Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Między falami - Sarah Moss

Absolutnie fantastyczna książka! Bardzo, bardzo piękna powieść „Saturday Review”, BBC radio 4

Adam zajmuje się córkami i pisze książkę o historii katedry w Coventry. Pewnego dnia odbiera telefon ze szkoły swojej piętnastoletniej córki i dowiaduje się, że Miriam nagle upadła i przestała oddychać. Bez żadnej przyczyny. Od tej chwili Adam pogrąża się w wyczerpującym, przerażającym oczekiwaniu na to, co się może zdarzyć, na wyjaśnienia, których nikt mu nie może udzielić.

Między falami to książka o rodzicielskiej miłości, przytłaczającym lęku, chorobie i zdrowiu. O trudnej nastolatce i problemach małżeńskich. O pracy, płci i życiu rodzinnym w XXI wieku, o żonglerce, jaką jest codzienność. Jej lektura utwierdzi was w przekonaniu, że Sarah Moss to jedna z najbardziej oryginalnych i inteligentnych współczesnych pisarek.

 

Opinie o ebooku Między falami - Sarah Moss

Fragment ebooka Między falami - Sarah Moss

Tytuł ‌oryginału: The Tidal ‌Zone

Copyright © 2016 by ‌Sarah ‌Moss

Copyright © ‌Wydawnictwo ‌Poznańskie ‌sp.z o.o., 2018

Copyright ‌© for the ‌Polish ‌translation ‌by Wydawnictwo ‌Poznańskie ‌sp.z o.o. 2018

Redaktorzy ‌prowadzący: Monika ‌Długa, ‌Szymon Langowski

Redakcja: Hanna ‌Trubicka

Korekta: Magdalena Owczarzak

Składi łamanie: ‌Stanisław Tuchołka /panbook.pl

Projekt okładkii stron ‌tytułowych: Urszula ‌Gireń

Konwersja publikacji do ‌wersji ‌elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na ‌udostępnianie ‌okładki książkiw internecie.

Wydanie ‌elektroniczne ‌2018

eISBN 978-83-7976-880-6

Wydawnictwo Poznańskie sp.z o.o.

ul. ‌Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: ‌62 853-99-10

fax: 61 ‌853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

to, co ‌się ‌nie ‌stało

Pewnego razu kobietai jej mąż ‌leżeli razem,a nasienie mężczyzny ‌szukało drogi ‌wśród zagłębieńi komnat ‌ciała żony, aż ‌trafiło na ‌miejsce. Komórki ‌zaczęły się ‌dzielići przekształcać, ‌jak zawsze,i powstało ‌coś nowego. Minęło ‌kilka tygodnii kobieta ‌poczuła się ‌dziwnie. Miała ‌mdłości. Nowe stworzenie ‌zaczęło przyjmować ‌kształty. ‌Najpierw stało się ‌przecinkiem, potem kijanką, pojawił ‌się zalążek ‌mózgui kręgosłupa. Nagle,w bladym mroku letniej ‌nocy stało się ‌sercei ruszyłow jambicznym rytmie. Biło,a nowa ‌istota dostała ‌głowę, ręcei nogi. Biło, ‌kiedy zaczęła fikaći obracać ‌sięw wodach płodowych. ‌Przez dłuższy ‌czas unosiła ‌się ‌swobodnie, robiąc przewrotyi kopiąc. ‌Uczyła się słuchać ‌dźwiękówi tańczyć ‌do muzyki dobiegającejz jasnego ‌świata na zewnątrz. Kiedy ‌kobieta ‌pływała,a woda niosła jej ‌nabrzmiałe ciało, rosnącaw niej istota ‌dryfowała, wirując wokół własnej ‌osi. Kiedy ‌kobieta szła, ‌tupot krokówi stały pomruk ‌obu ‌serc, podobny ‌do ‌dźwięku silnika statku, kołysały istotkę do snu. W końcu zima minęła, a słońce zalało ziemię, po której stąpała kobieta, wychyliły się przebiśniegi i żonkile, otwierając bielutkie i żółciutkie wnętrza. Istotka poczuła, że jej ciasno. Miała wrażenie, że ściany macicy napierają jej na ręce i nogi, a nawet ściskają żebra i plecy. Wkrótce coś zepchnęło ją w dół, wciskając jej głowę między kości kobiety, przyginając do ciała ręce i nogi. Kobieta już nie pływała. Rzadziej teraz chodziła, a stworzenie poczuło się obolałe i złe. Aż wreszcie w pewien jasny, kwietniowy poranek, kiedy obłoczki snuły się wysoko po błękitnym niebie, a na zmęczonych, poszarzałych drzewach pojawiły się pierwsze pączki, dla kobiety i nowej istotki nadszedł czas rozstania. Była to bolesna, wielogodzinna praca, zajęła całą zimną noc i następny poranek, którego kobieta i jej mąż nawet nie zobaczyli, byli bowiem w pokoju bez okien. Czekali na narodziny swojego dziecka. Serce istotki biło już od wielu miesięcy, nie zatrzymywało się, czasem przyspieszało, a czasem zwalniało, ale nieodmiennie wybijało ten sam rytm. Narodziny są jak sen, jak zapomnienie. Kiedy dziecko przychodzi na świat, staje się cud – zaczyna oddychać. Najpierw jest ta straszna chwila, w której zostajemy oddzieleni od matki i jej natlenionej krwi. Jeszcze nigdy nie oddychaliśmy, nie wiemy więc, co robić. Porodówka zamiera. Udało się. Wzięła oddech. W sercu i płucach rozbrzmiała muzyka. Grały, ale nikt już nie nasłuchiwał.

Była dziewczynką, a co ważniejsze, sobą. Była kimś nowym, kimś, kto wcześniej nie istniał. Jak wszystkie dzieci, była więc objawieniem. Rosła w ramionach matki przez całe lato, wpatrując się w cienie liści na parasolce, która osłaniała jej nową skórę od słońca, patrząc, jak jej własne ręce unoszą się i tańczą. Nauczyła się uśmiechać, patrząc ojcu w oczy. Kiedy się skupiła, zaciskała podobne do rozgwiazdy palce na rzeczach, które chciała zbadać – kamykach, jaskrach, gładkim obszyciu kocyka. W pewną bladą noc nagle udało jej się przekręcić na brzuszek w łóżeczku, i chociaż nauka obracania się z powrotem na plecy zajęła jej sporo czasu, zaczęła też ćwiczyć podnoszenie ciężkiej główki. Przez cały ten czas jej serce biło, pompując krew, dzięki której rosła, uczyła się, a jej ciało się rozwijało. Wszystkie skomplikowane procesy w jej organizmie zachodziły prawidłowo, z rzadka tylko ktoś zastanawiał się, jak niezwykłe jest działanie płuc, jelit, nerek i mózgu.

Kiedy pojawiły się następne wiosenne kwiaty, dziewczynka uczyła się chodzić. Ojciec zabierał ją do parku. Trzymała się ławki otoczonej fioletowymi krokusami, a potem zawierzała ziemi i powietrzu, robiąc cztery chwiejne kroki po trawie, prosto w rozpostarte ramiona taty. Odkryła już wtedy kilka słów – tata, kaka, daj, nie. Nauczyła się trzymać kredkę i zostawiać swój ślad, odganiać wszystkich, którzy chcieli ją nakarmić, bo wolała jeść sama. Nie musiała uczyć się tańczyć, umiała to od zawsze.

Teraz wiemy, że muzyka zacięła się po raz pierwszy, kiedy dziewczynka miała pięć lat. Tej jesieni poszła do szkoły, a wiosną płynnie czytała. Nie trzeba jej już było czytać przed snem, za to niezbyt dobrze radziła sobie z liczbami. Pisanie jej nie interesowało. Bawiła się z innymi dziećmi w berka na kawałku betonu, który zastępował im plac zabaw. Niebo było zaciągnięte chmurami. Biegała i krzyczała, miała ciepłą skórę i różowe policzki, a opiekunki chowały ręce głębiej do kieszeni kurtek. Nagle jej stopy zwolniły. Mięśnie zmęczyły się. Za mało tlenu, za mało cukru. Za mało światła. Strach. Płuca pracowały z całej siły, ale nie mogły wytworzyć próżni, nie mogły wciągnąć powietrza, którego potrzebowała krew. Położyli ją w pokoju za recepcją, ale kiedy matka dotarła na miejsce, wszystko było już w porządku. Zaróżowiła się, poweselała, była tylko lekko poirytowana. Powiedzieli, że dali jej inhalator, który trzymają dla zapominalskich astmatyków, przepraszają, ale liczyli, że to pomoże, bo wyglądało to na atak astmy, i proszę, zadziałał. Matka, którą wezwano z pracy, klęczała przy dziewczynce. Wyciągnęła swój stetoskop i słuchała dźwięków dobiegających z klatki piersiowej córki, swobodnego oddechu, bicia serca. Wszystko było w porządku. Powiedziała, że astma jest często błędnie diagnozowana u dzieci. Może to jakiś wirus, jakaś chwilowa nieregularność, coś takiego. I może miała rację. Może nie było to ostrzeżenie, które przegapili.

Zdarzało się potem, że kiedy dziewczynka się przeziębiała, jej oddech świszczał. Nic wielkiego, i nie zdarzało się to często. Matka mówiła, że to nie astma, właściwie nie, chociaż dobrze mieć pod ręką inhalator, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby go używać, kiedy mała będzie się źle czuć w nocy.

Drugi alarm był głośniejszy. Wiadomo, rzecz jasna, że zawsze są trzy ostrzeżenia, trzy szanse na zapobieżenie czemuś strasznemu. Z drugiej strony gdyby nam się udało, nie byłoby tej opowieści. Stałaby się kolejną niewyobrażalną historią, która się nie wydarzyła. Było to na wyspie Kalymnos. Dziewczynka pływała w morzu. Woda była chłodna. Początkowo bała się fal i zimna, nie chciała, żeby słona woda zmoczyła jej jasne włoski, nie chciała wody w nosie i w uszach. Stopniowo jednak wchodziła głębiej, trzymając ojca za rękę, piszcząc, kiedy fale sięgały jej do kolan, moczyły uda i brzuch. Uczyła się skakać i śmiać z rozbijających się o piasek bałwanów, unosiła się na łagodniejszych falach, po czym opadała z powrotem na nogi. Jeszcze raz, do góry i na dół, płyniemy i lądujemy. Ręka zsiniała jej z zimna, była śliska od kremu do opalania i od wody morskiej, ale ojciec trzymał ją, aż wreszcie dziewczynka pozwoliła, żeby fale ją huśtały, bujały, kołysały, niosły tam, gdzie śpiewają syreny. Aż wreszcie matka się zdenerwowała, chciała, żeby ręce dziecka dotykały znowu powietrza, a stopy ziemi, i miała rację, bo dziewczynka stała jeszcze po kolana w ciemnej jak wino wodzie, kiedy w jej oddechu pojawiła się nowa, głośna nuta. Mamusiu, powiedziała, mamusiu, a mama wzięła ją za rękę i pociągnęła na plażę, gdzie na dnie torebki leżał nieużywany od miesięcy inhalator. Proszę, powiedziała, usiądź, schyl się, pamiętasz, jak to się robi. Pół godziny później szli już na lody. Każdy poczuje się dziwnie, wychodząc z lodowatej wody na gorące powietrze, każda krew, skóra i kości. Każde serce może się na moment zatrzymać, nie wiedząc, czy jest w morzu, czy na lądzie. Każde płuca mogą przeżyć zaskoczenie. Może zresztą miała astmę. Wielu ludzi ma.

Trzeci raz zdarzył się, kiedy dziewczynka dorastała, trwając w zawieszeniu między tęsknotą za dorosłością a zdziwieniem, że to już. Była już wzrostu matki, więcej ważyła, zaokrągliła się. Dało się zauważyć jej obecność. Była inteligentna, odważna i uparta, nie tańczyła już, czytała za to i pisała. Wstąpiła do Amnesty International, do Greenpeace i do Partii Zielonych. Kilka razy dziennie wypowiadała takie słowa jak patriarchat, hegemonia i neoliberalizm. Miała niebieskie pasemka, lubiła prowokować nauczycieli tuszem do rzęs: przepraszam, pani ma makijaż? Ależ, proszę pana, czy nie uczy nas pan właśnie, że dla sporej części świata kontrolowanie kobiecej seksualności jest bardziej istotne niż przekazywanie nam wiedzy?

Znaleźli ją na boisku. Zauważył ją nauczyciel WF-u, rozglądał się i dostrzegł kupkę ubrań pod drzewem. Zaczęła się lekcja, zastanawiał się więc, co się stało. Była nieprzytomna, wydawała dziwne dźwięki, powiedział, jej oddech brzmiał jak cięcie kartonu tępym nożem. Zanim zdążył zadzwonić po karetkę, wszystko ucichło. Przestała oddychać.

Zrobił to, co trzeba, w odpowiedniej kolejności. Wyciągnął telefon, nacisnął trzy razy dziewiątkę, potem „głośnik” i położył aparat wśród mleczy, obok dziewczynki. Obrócił ją na plecy, sprawdził, czy nic nie ma w ustach, odchylił jej głowę. Sekundy przeciekały jak kapiący miód. Przytrzymał nos i wdmuchnął jej powietrze do ust, sprawdził, czy klatka piersiowa się uniosła, ale nie, a w każdym razie nieznacznie. Ponieważ jednak umiał tylko to i nic innego, kontynuował. Uczono go śpiewania w myślach, to pomaga zachować rytm. Nucił więc, splatając ręce i szukając właściwego miejsca na jej klatce piersiowej. Naciskał, kości się uginały, a pod nasadą dłoni czuł jej stanik. Śpiewał. Nellie the elephant packed her trunk and said goodbye to the circus. Między klatką piersiową dziewczynki a zimną trawą nie było zbyt wiele miejsca. Na początku łatwo było naciskać na jedną trzecią głębokości. Karetka, powiedział do telefonu. Szkoła. Nieprzytomna, nie oddycha. Prowadzę reanimację. I dalej śpiewał, wdmuchując powietrze.

Wiedział, że w ciele dziewczynki obumierały właśnie komórki mózgowe. Poziom tlenu jest niższy w wydychanym powietrzu. Ucisk klatki piersiowej, nawet bardzo silny, nie przesuwa zbyt wiele krwi. Twarz i wargi zaczęły jej sinieć. Trzeba śpiewać, trzeba naciskać dalej. Nellie the elephant… Ręce zaczęły słabnąć. Mocniej. Usłyszał syrenę, błękitne światła pojawiły się na polu, samochód podskakiwał na trawie. Otworzyły się lewe drzwi, silnik nadal pracował. Kobieta w zielonym kombinezonie, na rękach miała błękitne rękawiczki. Biegnące postaci, karetka. Przejmujemy ją, świetna robota, wstał więc, żeby zrobić miejsce. Zatoczył się. Uklękli przy dziewczynce. Było ich czterech: Mateusz, Marek, Łukasz, Jan, błogosławiony niech będzie Pan. Pojawił się helikopter, przyginając drzewa.

Nagle twoje serce ruszyło. Nagle w ciemności łona matki coś trzasnęło, coś rozbłysło i z niczego powstał prąd. Nagle zaczęłaś oddychać. Równie nagle przestaniesz, i ty, i ja, i wszyscy inni. Wtedy twoje płuca odpoczną, twój puls zniknie w ciemności, z której przyszedł.

Zatkaj uszy, połóż głowę na poduszce, posłuchaj, jak kroczy twoja krew.

Żyjesz.

wyobraź sobie

Przeczucia nie istnieją. To, że jemy właśnie średnio smaczną kanapkę albo z przesadnym zaangażowaniem intelektualnym przygotowujemy notkę na portal społecznościowy, nie oznacza, że nie tkwimy w zawieszeniu między utratą wszystkiego, co przyjmujemy za pewnik, a informacją, że to utraciliśmy. Choć żyjemy w czasach nieustającej komunikacji, ta chwila istnieje. Nawet teraz, kiedy to czytasz, ktoś – policjant, nauczyciel albo kolega – gra rolę anioła śmierci w przedstawieniu, którego częścią jesteś, choć o tym nie wiesz. Być może bierze właśnie głęboki oddech, przypominając sobie to, czego nauczył się lub nauczyła na Warsztatach z Przekazywania Złych Wiadomości. Może przygotowuje się do wybrania twojego numeru i wypowiedzenia słów, które wszyscy sobie wyobrażamy, którymi się torturujemy, zupełnie jakbyśmy w ten sposób mogli zepchnąć to, co się może zdarzyć, do świata koszmarów sennych i wyobrażeń. Był wypadek. Nie da się zapobiec czemuś, wyobrażając sobie, że to się stanie. Zresztą unikanie takich myśli też nie pomoże. „Nie wyobrażam sobie, przez co musicie oboje z Emmą przechodzić” – mówili różni ludzie, zwłaszcza rodzice na szkolnym placu zabaw, na który musieliśmy na zmianę chodzić dwa razy dziennie ze względu na Rose. „Jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażasz” – odpowiadałem. Jak wtedy, kiedy czytasz o zwykłych ludziach, którym przytrafiło się nagle coś strasznego. Oblodzona szosa, przysypiający kierowca ciężarówki, gniewny młody człowiek z bronią, który nie ma nic do stracenia. Przeszywa cię dreszcz i przewracasz stronę. Możesz to sobie wyobrazić, a twoje wyobrażenie będzie zgodne z prawdą. Nie to chcieli usłyszeć ci rodzice.

Nie istnieje też ironia. Anioł śmierci nie zatrzyma się dlatego, że właśnie wystawiasz twarz na wiosenne słońce, którego plamy rozświetlają las pełen kwitnących dzwonków, albo idziesz na kawę, którą chcesz wypić w środku dnia całkiem bez powodu, po prostu dla przyjemności. Nie ma żadnych aniołów ani przedstawienia. Ciesz się dzwonkami, póki możesz. Nie są żadnym symbolem. To po prostu kwiaty. Nie mają żadnej mocy.

Tak się składa, że nie jadłem kanapki, chociaż przemknęło mi przez myśl, że powinienem po nią za chwilę sięgnąć. Wyjątkowo nie siedziałem też w internecie, gapiąc się na plany domów, na które moglibyśmy sobie pozwolić, gdybyśmy zajęli się gromadzeniem środków dziesięć lat wcześniej. Pracowałem. Chcę przez to powiedzieć, że postawiłem laptopa na kuchennym stole i czytałem opasłą książkę, która głównie zawierała zdjęcia przedstawiające plany i budowę katedry w Coventry. Próbowałem nie wsadzić książki i laptopa w kałużę dżemu, którą Rose zostawiła na stole przed wyjściem do szkoły. Obiecałem sobie, że jej nie wytrę, dopóki nie zrobię przerwy na lunch. Odsuwałem się też od kubka zimnej kawy z mlekiem, którą Emma zrobiła, ale nie wypiła, zanim reszta z nas wstała, a którą być może zostawię na stole aż do jej powrotu późnym wieczorem, próbując w ten sposób udowodnić coś, czego nie potrafiłem wyrazić nawet sam przed sobą. Poszedłem pobiegać między odprowadzeniem dziewczynek a rozpoczęciem pracy, ale nogi tak mi drętwiały, że musiałem sobie uświadamiać konieczność poruszania nimi.

Nie myślałem o zbombardowaniu starej katedry. To byłoby za proste. Próbowałem myśleć o gobelinie. Słyszałem, jak przewodnicy opowiadają o nim grupom siwowłosych ludzi w swetrach i wygodnych butach – sam stanę się kiedyś taki, jeśli los pozwoli – którzy wybierają się na wycieczkę z przewodnikiem po katedrze w środku tygodnia po południu. Przewodnicy mówią, że to największy gobelin na świecie. Nie widać tego z dołu, ale gdybyśmy go zdjęli i rozłożyli, sięgałby stąd za ławki, aż do chóru. Tak jakby Graham Sutherland liczył na zwycięstwo w światowym konkursie na największą utkaną powierzchnię. Zastanawiałem się, jak powiedzieć, że w momencie wejścia do katedry gobelin oznajmia, że choć ukończono ją w 1967 roku i ma cechy modernistyczne, tak naprawdę powstała w duchu tradycyjnej angielskiej sztuki i rzemiosła. Komuś przyzwyczajonemu do kamiennych posadzek i gotyckich okien, do marmurowych posągów przedstawiających lokalnych właścicieli ziemskich, może wydać się dziwna i mało kościelna, a przecież jest bardziej konserwatywnym odbiciem stylu narodowego i lokalnej tradycji niż większość podobnych budowli we Francji i w Niemczech. Wszystko jest tu zrobione ręcznie, przez lokalnych rzemieślników, w duchu typowej angielskiej nieufności do maszynowej produkcji, którą wymyślono na naszej zielonej i pięknej ziemi. Europa miała po wojnie bardziej palące problemy niż to, co zrobić ze zniszczonymi kościołami. Odbudowywać je, tak jakby można było wrócić do tego, co było dawniej, jakby dało się wskrzesić to, co już przepadło? A może zostawić ruiny w charakterze pomnika, memento mori, sugerując, że powrót nie jest możliwy, że nigdy nie zapomnimy o tym, co straciliśmy, że żałoba będzie trwała wiecznie? Na różne sposoby próbowałem to wyjaśnić. Chciałem przy tym uniknąć pompatyczności, nie byłem też pewny, w jakim stopniu mogę odnosić się do tematów niezwiązanych bezpośrednio z budynkiem i jego zawartością. Starałem się pamiętać, że nie piszę książki, kiedy nagle – bo jak inaczej? – zadzwonił mój telefon.

Nieznany numer komórkowy. Odebrałem, wchodząc po schodach. Zawsze tak robimy, bo na parterze jest słaby zasięg. Byłem więc na półpiętrze, patrząc w górę mijałem zdjęcie rocznej Rose wpadającej w ramiona ośmioletniej Miriam na plaży w Porthleven. Mówi Victoria Collier, powiedziała, i dopiero po chwili skojarzyłem, że to pani Collier, dyrektorka szkoły Miriam. Nadal nic we mnie nie drgnęło. Miriam zapewne pokłóciła się o jeden raz za dużo z niezbyt lotną nauczycielką angielskiego albo odmówiła związania włosów – szkoły karzą za takie grzeszki, żeby zapobiec wybuchowi prawdziwej rebelii. Ciągle dostawała uwagi, prosiła się o nie. Był wypadek, powiedziała pani Collier, chodzi o Miriam. Coś się stało, znaleźliśmy ją na boisku. Ktoś ją uderzył, pomyślałem, grali w hokeja albo w lacrosse i dostała kijem lub piłką, przez te piłki latające na wysokości głowy nigdy nie lubiłem lacrosse, nie żeby Mimi przepadała za grami zespołowymi. Czułem strach, w gardle, w uszach. Z Miriam już wszystko w porządku, powiedziała, jest przytomna i stabilna, ale straciła przytomność, czy coś w tym rodzaju. Wezwaliśmy karetkę, nie podobało im się, że tak długo jej nie było. Wróciła, ale na wszelki wypadek zabrali ją do szpitala. Nie było, wróciła, jak w jednym z tych góralskich domków meteorologicznych, w których mężczyzna znika, a kobieta wychodzi, kiedy ma padać, a może odwrotnie. Mózg przetwarzał te obrazy, ale ciało wiedziało, co robić i byłem już na dole, wpychając buty na nogi, łapiąc kluczyki do samochodu i otwierając zamek centralny, podczas gdy drugą ręką ściągałem płaszcz z wieszaka. Czy mogą poczekać, spytałem, skoro jest przytomna i stabilna? Czy mogą poczekać dziesięć minut? W normalnych warunkach, w środku dnia, kiedy nie ma korków, droga do szkoły zajmuje dwadzieścia minut. Dojechałem w osiem.

Nic jej nie było. Była to pierwsza rzecz, którą zauważyłem. Leżała płasko na plecach w mroku karetki, okryta jednym z tych gofrowanych koców. Na twarzy miała błoto, spod koca wystawały różne kable, a pikający monitor, taki jak do starego komputera, leżał między jej stopami jak mały piesek. Była bardzo blada, twarz jej dziwnie spuchła pod maską tlenową, ale wszystko było w porządku. Kiedy mnie zobaczyła, uniosła maskę. Cześć tato, powiedziała i przewróciła oczami, tak jak wtedy, kiedy Rose się z nią drażni, a jej nie chce się wstać. Jakby cała ta sprawa była jakąś farsą. Przepraszam za zamieszanie. Maska syczała, jakby coś z niej wyciekało, jak syrena alarmowa. Spojrzałem na ratowniczkę, która obserwowała monitor i nadymającą się opaskę do mierzenia ciśnienia, którą Miriam miała na ramieniu niczym rękawek do pływania. W przypadku lądowania na wodzie należy pociągnąć za sznurek lub dmuchać w wentyl. Miewa świszczący oddech, mówię, ma astmę. Jej matka, a moja żona, jest lekarzem internistą. Jakby to była wymówka. Jakby to, że mamy w rodzinie lekarza, oznaczało, że wolno nam ignorować objawy u dzieci, dopóki ktoś inny nie wezwie karetki.

Tak, to może być to, powiedziała ratowniczka, a jej jasny warkocz poruszył się, kiedy poprawiała koc Miriam. W szpitalu zrobią jej komplet badań. Nieściągaj na razie maski, Miriam. A tata niech usiądzie tutaj. Nie jestem twoim tatą, pomyślałem. Później się przyzwyczaję do tego, że medycy, którzy w szpitalusą bogami, lingwistycznie przyjmują pozycję dzieci. Właściwie mają rację, to, kim jeszcze jestem, nie ma teraz znaczenia. Jestem tatą Miriam. Siadam i chcę ją wziąć za rękę, a ona uśmiecha się do mnie, ale mam wrażenie, że pod tymi kocami i kablami jest bardzo daleko ode mnie, za daleko, żeby dosięgnąć mojej ręki.

Dopiero kiedy włączają syrenę, zdaję sobie sprawę, że nie bałem się tak, jak powinienem. Przypominam to sobie teraz i widzę, że była to ostatnia chwila mojej niewinności, kiedy siedziałem w karetce i wierzyłem, że Miriam nic nie jest.

Czekał na nas cały zespół lekarzy, pokój był ich pełen. Stali wokół łóżka na intensywnej terapii, jakby szykowali się do jakiegoś rytuału, do przekształcenia chleba w ciało człowieka. Do złożenia dziewicy w ofierze.

– Nadjeżdżają – mówi ktoś, a potem, z nutką rozczarowania: – O, jest przytomna.

Miriam próbowała usiąść na noszach, ale kable były za krótkie. Wyciągała szyję, żeby zobaczyć, dokąd ją wiozą. Twarz miała nadal bladą i opuchniętą, wciąż oddychała nierówno. We włosach miała błoto. Chciałem je wyczesać, naprawić wszystko. Połóż się teraz, złociutka, powiedzieli, poczujesz małe ukłucie. Widać było, że wiedzą, co robią i co się zaraz stanie. Uspokajało mnie to i uciszało. Najwyraźniej wszystko toczyło się według utartego schematu i tylko ja nie wiedziałem, co będzie dalej.

arytmetyka pozostawania przy życiu

Było to dla mnie bardzo ważne, żeby o tym mówić. Uświadamiać innych, że to się może zdarzyć – organizm ich dziecka może przestać działać. Przestać oddychać, przestać bić. Płuca mogą się zatrzymać w dowolnym momencie, skrzydła, które zaczęły trzepotać w sercu, zanim jeszcze ukształtowały się kości, zanim u zarodka, który miał stać się Miriam, pojawił się rdzeń kręgowy i czaszka, mogą w każdej chwili zatrzymać się i opaść. Wtedy w żyłach zbiera się krew. Przestaje płynąć. Komórki w ciele dziewczynki nie dostają tlenu, mięśnie nie dostają cukru. Wszystko staje. Nawet myśli. Cichnie tykanie metronomu jej ciała. Odchodzi. Oddala się. To się może stać. To się już stało. Musiałem mówić ludziom, że świat jest inny, niż im się wydaje.

Spytałem Miriam, czy mogę ją na chwilę zostawić, żeby zadzwonić do kilku osób. Jadła wtedy jogurt, siedząc na łóżku na Oddziale Intensywnego Nadzoru. Z jej ubłoconego i podartego mundurka wystawały budzące grozę kable prowadzące do monitorów. Zapnij koszulę, chciałem powiedzieć, przykryj się kocem, widać ci biustonosz. OK, odparła, właściwie mogę pooglądać telewizję, skoro uznali, że jest równie ważna, jak tlen i zestaw do intubacji. Chciałem spytać, czy jest pewna, bo w domu jej nigdy nie ogląda, za to oskarża matkę o uzależnienie od opium dla mas i twierdzi, że seriale kostiumowe podsycają w Anglikach uwielbienie dla snobizmu i schlebiania bogatym i uprzywilejowanym, którzy nie zapracowali sobie na swój majątek. Jej zdaniem wiadomości są zaściankowe, a programy kulinarne, które ogląda Emma, opierają się na gloryfikacji zajęć domowych i, co gorsza, promują spożywanie produktów, jakich powinniśmy unikać. To zaburzenie odżywiania na skalę ogólnokrajową, oznajmia, patrząc, jak Emma ogląda dekorowanie tortu masłem, śmietanką i czekoladą, oraz nadziewanie ciasteczek karmelem i mlekiem skondensowanym. Mamy obsesję na punkcie otyłości, odchudzania i pieczenia pieprzonych ciast, mówi. Kochanie, zamknij się, odpowiada Emma, przez cały dzień pracowałam z otyłymi i niedożywionymi, zjedz ciasteczko i pozwól mi obejrzeć parę bzdur, zanim pójdę spać. Idź, dzwoń, tato, powiedziała Mim, po czym nacisnęła coś, wypełniając pokój syntetycznym, amerykańskim śmiechem.

Siedząca po drugiej stronie pokoju pielęgniarka podniosła głowę i zrobiła notatkę. Pacjentka ogląda telewizję? Monitor zaczął pikać szybciej, patrzyłem, jak tętno Miriam rośnie, zielone na czarnym tle, jego zapis wznosi się i opada, kasując się i zapisując od nowa co cztery lub pięć uderzeń. Przyspiesza, pomyślałem, jej serce bije szybciej, ale pielęgniarka nie wyglądała na przejętą. Poziom tlenu spadał: 95, 94, znowu 95. Tato, odezwała się Miriam, nie odrywając wzroku od komputera. Nic mi nie jest, idź dzwonić.

Widziałem, że nic jej nie jest, że jogurt i wyprostowana postawa nie pasowały do tego pokoju, w którym podtrzymuje się pacjentów przy życiu. Oparłem się o grzejnik. Był za gorący, parzył mnie przez spodnie, a dyskomfort wydawał się całkiem na miejscu.

Najpierw zadzwoniłem do wydziału, na którym miałem następnego dnia wykładać. Historia sztuki 113: Jak patrzeć na budynek. Właściwie nie jestem naukowcem. Należę do grupy bezrobotnych z doktoratem, których zatrudnia się na śmieciowej umowie do prowadzenia zajęć z pierwszym rokiem, kiedy uniwersytet zdaje sobie we wrześniu sprawę z tego, że połowa pracowników ma urlopy naukowe, a druga połowa uważa, że prowadzenie kursów dla początkujących jest poniżej ich godności. Telefon Hanny, sekretarki wydziału, dzwonił i dzwonił. Przeważnie jestem pełnoetatowym rodzicem, tatą, który siedzi w domu. Ojciec Emmy używa określenia „człowiek wypoczynku”. Jest chirurgiem, należy do ludzi, którzy zniszczą ci nowy sweter z kaszmiru, żebyś przypadkiem nie poprosił ich znowu o zrobienie prania. Potrafi wymienić zużyty implant biodra albo kolana, ale ma czelność twierdzić, że nie pojmuje działania wirówki w pralce. Uważa mnie za darmozjada i obiboka, który żeruje na jego córce. Wybaczyłbym mu wszystko, gdyby tylko był dla niej miły, gdyby pozwolił jej poczuć, że nadaje się na lekarza, córkę czy też człowieka.

Zostawiłem wiadomość. Tu Adam Goldschmidt. Przykro mi, nie mogę jutro przyjść, moja córka… Moja córka jest w szpitalu. Przestała oddychać. Stanęło jej serce. Przepraszam.

Trzymałem telefon w ręce. Zadzwoniłem z karetki do Emmy, już tu jechała, pożyczyła samochód od kolegi. Nie jedź za szybko, pomyślałem, nie daj się zaaresztować, nie miej wypadku. Tak jakby istniał wzór fabuły, która nie zawiera żadnego wypadku. Zatrzymanie akcji serca i wypadek samochodowy nie mogą przydarzyć się w tej samej rodzinie w ciągu jednego dnia, nie pozwala na to poetyka Arystotelesa. Miriam zjadła jogurt. Oglądała telewizję i splatała palce na podołku, bawiąc się sondą tlenową, zaciśniętą na lewym kciuku. Patrzyłem, jak jej tętno wzrasta, 73 uderzenia na minutę, 76 uderzeń, po czym znowu spada, 68, 66, 63. A co, jeśli będzie nadal spadać, zastanawiałem się. Gdzie jest pielęgniarka, dlaczego nic nie robi, może to się znowu dzieje, 62, 61, czy jej serce powinno bić pięćdziesiąt parę razy na minutę? Szybko. Muszę pójść po kogoś. 58.

– Mim?

Spojrzała na mnie. Opuchlizna zniknęła, wróciły jej kolory. Wygląda zwyczajnie. Pomijając kable, błoto i podarte ubranie. Pomijając to, że leży na Oddziale Intensywnego Nadzoru. 61, 63, 64.

– Tak?

– Dobrze się czujesz?

Spojrzała na monitory, na czerwony przycisk przy łóżku.

– Doskonale, tato. Kwitnąco, nie widzisz?

– Chciałem tylko… – Chciałem tylko spytać,czy umrzesz. Czy znowu umrzesz. Chciałem spytać, czyoddychasz.

– Mama jedzie?

Przytaknąłem.

– Jest w drodze.

– Dobrze. Tato, jest tu gdzieś mój telefon? Chcę powiedzieć Sophie i Charlotte, że nic mi nie jest.

Stałem tam. Na ekranie opalone, białe nastolatki skąpane w promieniach hollywoodzkiego słońca, zgromadzone przy basenie z obrazu Davida Hockneya. Martwiłem się kiedyś, że dziewczynki pomylą to z prawdziwym życiem, że będą czekały, aż chłopcy o gładkiej skórze zaproszą je na „randkę”, że będą się spodziewały niezbyt poważnych dylematów moralnych, które rozwiążą w czterdzieści pięć minut, opromienione blaskiem cnoty i chwały. Jednak nasze dzieci doskonale rozpoznają gatunki i lepiej niż my odróżniają opowieści od prawdziwego życia. Dziewczyna wskoczyła do wody w ubraniu, unosiła się na falach, płacząc, z twarzą zanurzoną do połowy. Serce zabiło mi szybciej: zaraz utonie, a oni będą tam stali i patrzyli, jak tonie. Ale wtedy pogrążony w poważnej rozmowie z inną dziewczyną chłopiec zauważył nastolatkę w basenie, pobiegł do niej z werandy i pięknie zanurkował. Ach.

– Och, Brad, ty mnie, no, uratowałeś? – wygłupiała się Miriam. – Jesteś, no, moim bohaterem? Ale wiesz, i tak nie będziemy uprawiać seksu, bo jestem, no, cnotliwa? A zresztą, no, mieszkamy w kraju, w którym antykoncepcja jest, no, grzechem, więc jak może zauważyłeś w innych serialach, jak się uprawia seks, to się zachodzi w ciążę? Tato, przyniosłeś mi jakąś książkę?

– Nie – odparłem. – Wyobraź sobie, że nie tym razem.

Pielęgniarka znowu coś zanotowała, jakby czekała na przejaw mojego sarkazmu.

Podszedłem do okna. Powinienem jeszcze do kogoś zadzwonić. Do szkoły, trzeba im powiedzieć, że nic jej nie jest. Że wydaje się, że nic jej nie jest. I ktoś musi odebrać Rose, raczej nie wyjdziemy stąd na tyle wcześnie, żeby zdążyć. Nie wyjąłem łososia z zamrażarki, będziemy musieli ugotować coś innego, coś szybkiego, bo będzie mało czasu na zadania domowe, kolację i położenie się. Makaron. W lodówce jest szpinak, może też ricotta. Rose będzie protestować. Okno wychodziło na parking. Ludzie stali w kolejce do automatów parkingowych, otwierali drzwi samochodów, bezmyślnie wkładali kluczyki do stacyjek, zapinali pasy i jechali do domów. Czuli się bezpiecznie, jakby im nic nie groziło. Albo prawie nic. Martwisz się o dzieci przechodzące przez jezdnię, myślałem. Po kilkudniowej gorączce martwisz się, że to zapalenie opon mózgowych, a nie grypa, zwłaszcza jeśli pojawia się wysypka. Martwisz się, że da się uwieść komuś złemu, że nie zobaczy tego, co ty widzisz. Martwisz się, że zabraknie jej doświadczenia, że zrani ją ciemność tego świata, chociaż wiesz, że musi sama doświadczyć tej ciemności, bo inaczej nie nauczy się bronić, że nie możesz i nie powinieneś jej wiecznie chronić. Martwisz się, że pójdzie na nie taką imprezę, weźmie nie takie narkotyki, wsiądzie do samolotu razem z kimś, kogo przepełnia gniew i kto nie ma nic do stracenia. Ale nie martwisz się, nie przychodzi ci to nawet na myśl, że pewnego dnia po prostu przestanie oddychać, że będzie miała zawał serca na szkolnym boisku, nie dlatego, że wjechał w nią samochód albo złapała jakiegoś wirusa, albo zraniło ją ostrze lub poparzył ogień, nie dlatego. Jak mógłbyś żyć, gdybyś się o to martwił?

Wróciłem na poprzednie miejsce i patrzyłem na zawieszony nad jej głową monitor, podczas gdy ona wbijała wzrok w telewizor. Liczyłem, że zobaczę prawdę, podczas gdy ona wolała kłamstwa. Saturacja spadała, 95, 92, 89, coś zaczęło dzwonić, z nutą ponaglenia, jak ktoś, kto po wielokroć dzwoni do drzwi, zaczynając się zastanawiać, czy osoba po drugiej stronie nie leży na dole schodów. Liczby znikły.

– Proszę… – zacząłem, ale pielęgniarka już się zjawiła.

Umocowała ponownie sondę na palcu Miriam.

– Już – powiedziała. – To tylko to. Wszystko jest w porządku. Najpierw patrzymy na pacjenta, tato, a potem na urządzenia. Ma zdrowy kolor.

Usiadłem na plastikowym krześle, które było najwyraźniej przeznaczone dla towarzysza, strażnika, świadka. Wpatrywałem się w monitor, jakbym miał z niego wyczytać fabułę tej historii, a kiedy tak patrzyłem, przypomniało mi się, że kiedyś już wpatrywałem się w pomiar tętna, w innym szpitalu, kiedy Rose przychodziła na świat. Martwiliśmy się wtedy, bo jej serce biło wolniej po każdym skurczu, a położnym nie podobało się, że nie przyspiesza od razu. Niedobór tlenu, syknęła Emma między jęknięciami. Boimy się, że przygniata pępowinę. Nawet wtedy mówiła my. My lekarze. Przypomniałem sobie pierwszy raz, kiedy usłyszałem bicie serca Miriam, na długo przed tym, kiedy było widać, że w ciele Emmy jest inna istota. Przypomniałem sobie niekształtnego człowieczka pływającego po czarno-białym ekranie, taki efekt specjalny, dość prymitywny. Po USG wróciliśmy do samochodu. Emma przekręciła kluczyk i włączyło się radio. Audycja popołudniowa, pomyślałem, dziwna powtórka Wojny światów, z fabułą osnutą tym razem wokół samolotów, które wbijają się w nowojorskie drapacze chmur. Nie była zbyt dobra, wyłączyłem ją więc, żebyśmy mogli porozmawiać o dziecku.

Miriam spytała niedawno, jak to było, zanim samoloty wleciały w World Trade Center. Niewinnie, pomyślałem, chociaż jak każda niewinność, widać ją tylko z perspektywy czasu. Mieliśmy innych wrogów, i tyle, odpowiedziałem. Dopiero co przestaliśmy się przejmować Zimną Wojną i Wzajemnym Zagwarantowanym Zniszczeniem. Było to równie przerażające, jak terroryzm oparty na religii, pod pewnymi względami nawet bardziej. Była może przerwa od lęku, w późnych latach dziewięćdziesiątych, ale za bardzo jej nie pamiętam. A ja wciąż się boję Wzajemnego Zagwarantowanego Zniszczenia, powiedziała Miriam, chyba tylko głupi się nie boją. Słyszałeś, że nikt nie wie, gdzie się podziała większość plutonu wykorzystywanego do celów militarnych w krajach byłego ZSRR? To znaczy, ktoś oczywiście wie, i nietrudno zgadnąć kto, ale oficjalnie nic nie wiadomo. Jezu, powiedziałem, powiedz, że nie wyszukiwałaś znowu plutonu wykorzystywanego do celów militarnych w internecie, wydawało mi się, że już o tym rozmawialiśmy. Uspokój się, nikt nie pomyśli, że biała piętnastolatka może być terrorystką, odpowiedziała. A ja ci mówiłem, że tak właśnie myślą, do cholery, i nawet gdyby nie olewali karty praw człowieka, to ona i tak nie ma mocy w przypadku podejrzanych o terroryzm. Nigdy byśmy cię już nie zobaczyli, musisz przestać to robić. Nie żyjemy w wolnym kraju, Miriam. Nie możesz mówić wszystkiego, co ci ślina na język przyniesie, nie jeśli dotyczy to bomb i wojny. Wzruszyła ramionami, nastolatki zawsze wiedzą lepiej. OK, tato, iPad i tak jest zarejestrowany na ciebie, to wszystko idzie z twojego konta. Świetnie, powiedziałem, będę teraz musiał napisać pieprzoną książkę o terroryzmie, będę mógł cię kryć, mówiąc, że zbierałem materiał. Zresztą i tak raczej nie uwierzą, żekoleś zajmujący się sztuką i rzemiosłem nagle postanowił zająć się lokalizacją plutonu wykorzystywanego do celów militarnych w rozpadających się państwach. Musisz z tym skończyć, Miriam. Wiedziałem, że mnie nie posłucha, wiedziałem, że groza świata, który po nas dziedziczyła, oznacza dorosłość, o jakiej marzą wszystkie piętnastolatki. Gdybym był lepszym rodzicem, nauczyłbym się ograniczać jej dostęp do pewnych stron internetowych. I tak lepiej, żeby szukała broni niż pornografii. Chyba.

Jej tętno rosło, 68, 71, 72, saturacja skakała, ale utrzymywała się na poziomie dziewięćdziesiąt parę, ciśnienie krwi z ostatniego odczytu wynosiło 108/72.

Nie brałem już za pewnik arytmetyki pozostawania przy życiu, piszącej właśnie swoje nagłówki nad łóżkiem mojej córki.

Powietrze poruszyło się. Pielęgniarka wygładziła notatki i spódnicę. Nawet Miriam zerknęła na drzwi. Idzie lekarz, pomyślałem, powie nam, co się stało. A może wyjaśni, dlaczego to się stało i powie, co trzeba teraz zrobić. I kiedy pójdziemy do domu. Wyprostuj się, chciałem powiedzieć, wyłącz telewizor i uważaj. Lekarka z pogotowia, zgadywałem, o długich nogach i rękach, ta z sali reanimacyjnej, która wiedziała, co robić. Ale to była Emma. Zatrzymała się na ułamek sekundy, zobaczyłem, jak jej mięśnie, skóra, włosy i ubrania przygotowują się. Zobaczyłem, jak pozwala sobie na jedno krótkie spojrzenie na monitor i wchodzi do pokoju, do Miriam.

szpitalny czas

Całymi dniami dryfowaliśmy przez szpitalny czas, który w pewien sposób przypomina czas niemowlęcy, kiedy to spędza się w domu tygodnie i miesiące, czekając, aż dziecko urośnie na tyle, że będzie można robić coś innego. Zadanie polega na tym, żeby minuty mijały niezauważalnie, a spojrzenie na zegar było przyjemną niespodzianką. Wyjście na korytarz po wodę jest jak wycieczka. Może uda się zauważyć nowego pacjenta albo wymienić uśmiech z innym rodzicem. Poproszenie pielęgniarki o pudełko chusteczek jest jak spotkanie towarzyskie. Przy odrobinie szczęścia nie będzie akurat bardzo zajęta i porozmawiacie chwilę o pogodzie albo o korkach. Mówią, że obchód będzie o dziewiątej trzydzieści. Początkowo wydaje ci się, że to oznacza, iż krótko po tej godzinie ktoś przyjdzie i powie ci coś, czego jeszcze nie wiedziałeś, popychając sprawę do przodu. Nic z tego. Wyglądało na to, że nikt nie wiedział, dlaczego zdrowa piętnastolatka przestała oddychać na boisku. Wcześniej odnosiłem niejasne wrażenie, że wiedza medyczna mniej więcej odpowiada wadze problemu, i że chociaż lekarze mogą nie wiedzieć, dlaczego boli cię czasem noga albo masz przez kilka dni mdłości, będą umieli stwierdzić, dlaczego ktoś przestał oddychać. Położył się na boisku i umierał. Trudno powiedzieć, stwierdziła lekarka, kiedy próbowałem ją zmusić do rozmowy, może być kilka przyczyn, musimy zaczekać na wyniki badań. Wygląda na to, że to była reakcja na coś. No dobrze, pomyślałem, jakaś reakcja, odpowiedź, czyli musi istnieć przyczyna, czynnik wywołujący, trzeba tylko dowiedzieć się jaki, i w przyszłości będziemy mogli go unikać. Ma rację, odezwała się Emma, w przypadku osób, które do tej pory były zdrowe, trudniej o diagnozę, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że bardzo szybko doszła do siebie. Chodzi o to, że jej astma jest interesująca i to faktycznie może być reakcja na jakiś czynnik, ale nawet jeśli tak jest, to być może ma to jakieś drugie dno. Poczekamy, zobaczymy, jest tu pod dobrą opieką.

Nie nazwałbym tego opieką, raczej obserwacją, chociaż być może w szpitalu to jedno i to samo. Obserwują każdy skurcz mięśnia sercowego, odczytują każdy ruch płuc. Czasami miała świszczący oddech, zwłaszcza w nocy. Zdarzało się, że saturacja spadała do takiego poziomu, który sprowadzał lekarza, chociaż nie była to pora obchodu. Nebulizator, proszę, mówili, i ktoś nakładał Mimi maskę na twarz. Wilgotna mgiełka pojawiała się w środku z sykiem, a jej niemalże kwiatowy zapach unosił na moment w powietrzu.

Nie jest to więc czas niemowlęcy, ponieważ jesteś tu dlatego, że Miriam przestała oddychać, i najwyraźniej wszyscy spodziewają się, że stanie się to jeszcze raz. Nie wyjmiesz ryby z zamrażarki, nie zmienisz żarówki w przedpokoju. Musiałeś odwołać wizytę hydraulika, który miał naprawić bojler, i spotkanie z doktorantką, która pisze pracę o ruchu Arts & Crafts. Wszystko zostało wstrzymane. Tylko Rose musi chodzić do szkoły i jeść posiłki, trzeba robić pranie i sprzątać jakoś łazienkę, oddaloną o dwadzieścia cztery kilometry od Oddziału Intensywnego Nadzoru. Pikanie monitorów wypełnia dni i noce, tak jak wypełniałby je twój własny oddech. Nie można jednak ufać oddechowi, tak jak nie można ufać biciu serca. Cisza przestała być naturalna, a raczej to, co naturalne, nie jest już ciche ani oczywiste. Strach pulsuje w żyłach, w uszach, za uszami. Okazuje się, że to strach nadaje znaczenie czasowi. Bo tak naprawdę boimy się, że czas Miriam się kończy.

Dwie pierwsze noce spędziłem w szpitalu na składanym krzesełku koło łóżka Miriam, bliżej niż kiedykolwiek, odkąd przestała przychodzić do naszego łóżka w weekendowe poranki. Musimy się zamieniać, powiedziała Emma. Teraz moja kolej, jesteś potrzebny Rose, a Mimi potrzebuje też mnie. Mimi nie potrzebuje cię tak, jak mnie, pomyślałem, to ja z nią zawsze jestem, to ja patrzyłem, jak stawia pierwsze kroki, byłem na każdej próbie jasełek, to do mnie zadzwonili. Jasne, powiedziałem, masz rację.

Rozmawialiśmy na korytarzu, stojąc tak, żeby widzieć Miriam, na wypadek gdybyśmy musieli wbiec do sali, nacisnąć czerwony przycisk, gdybym musiał wzywać pomocy, podczas gdy Emma zacznie resuscytację, która tak naprawdę spowalnia tylko obumieranie komórek w nadziei, że ktoś zdąży przynieść adrenalinę i defibrylator, po czym użyje ich zanim serce i mózg przestaną się komunikować. Mieliśmy tylko dziesięć minut. Potem będę musiał pożegnać się z Miriam i pojechać po Rose do szkoły. Zawiozę ją do domu, żeby się przebrała i coś zjadła, zabiorę rzeczy, które Miriam będzie chciała ze swojego pokoju, i przywiozę Rose do szpitala, żeby się zobaczyła z siostrą. Chciałem poprosić, żeby powiedziała mi, jakie są możliwości. Żeby dopuściła mnie do swoich lęków, podzieliła się historiami, które zna z doświadczenia. A jednocześnie chciałem, by sobie poszła, nie zarażała mnie koszmarami. Może skurczą się i znikną, jakbyśmy oglądali je we wstecznym lusterku? Nie mów mi niczego, co nie jest dwudziestoczterokaratową prawdą, Emmo. Zamiast tego powiedziałem, że pojadę do Sainsbury, a jeśli starczy mi czasu, zrobię porcję dalu i zostawię w lodówce. Wydaje mi się, że Rose ma w