Miedziaki - Colson Whitehead - ebook

56 osób właśnie czyta

Opis

Tym razem akcja rozgrywa się na Florydzie w latach 60. XX wieku, a fabuła koncentruje się na losach dwóch chłopców skazanych na pobyt w poprawczaku.

Gdy idee ruchu na rzecz praw obywatelskich docierają wreszcie do Frenchtown, czarnej dzielnicy Tallahassee, Elwood Curtis postanawia wziąć sobie do serca słowa dr. Martina Luthera Kinga i nabiera przekonania, że jest „równie dobry jak każdy inny”. Choć rodzice go porzucili, jego babcia dba, by trzymał się z dala od kłopotów, Elwood jest więc na dobrej drodze do dostania się do lokalnego college’u dla kolorowych.

Ale kiedy jest się czarnym chłopcem żyjącym we wczesnych latach 60. XX wieku na amerykańskim Południu, gdzie stosunki społeczne wciąż regulują prawa Jima Crowa, niewinny błąd może przekreślić nadzieje na świetlaną, a nawet jakąkolwiek, przyszłość.

Elwood zostaje skazany na pobyt w poprawczaku nazywanym „Miedziakiem” (The Nickel Academy), którego misją jest „fizyczne, intelektualne i moralne” kształtowanie młodocianych przestępców, tak żeby pod jego pieczą wyrośli na „uczciwe i honorowe” jednostki.

W rzeczywistości Akademia okazuje się groteskową komnatą grozy, gdzie sadystyczna kadra bije i wykorzystuje seksualnie uczniów, korupcja i kradzieże są powszechne, a każdy chłopiec, który odważy się na opór, przepadnie bez wieści.

Ten zakład poprawczy na Florydzie istniał naprawdę – przez sto jedenaście lat przewinęły się przez niego tysiące podopiecznych, których bezlitośnie katowano, poniżono i łamano.

Druzgocąca, porażająca i niezwykle ambitna powieść, która dowodzi, że Colson Whitehead jest pisarzem w szczytowej formie.

Prawa Jima Crowa: regulacje prawne wprowadzone po zakończeniu wojny secesyjnej na szczeblu stanowym i lokalnym głównie w południowych stanach USA, mające na celu utrzymanie i pogłębienie segregacji rasowej. Na Florydzie zasada głosząca, że czarni i biali nie mogą uczyć się razem, była wyjątkowo restrykcyjnie przestrzegana. Stwarzało to pole do niewyobrażalnych wręcz nadużyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ZDOBYWCA PULITZERA COLSON WHITEHEAD PONOWNIE BIERZE NA CEL NAJCIĘŻSZE GRZECHY AMERYKI.

Wstrząsająca opowieść o przyjaźni dwóch chłopców skazanych na brutalne traktowanie w zakładzie poprawczym. Zainspirowana historią działającej na Florydzie przez ponad sto lat placówki „wychowawczej” dla młodzieży.

Lata 60. XX wieku. Na amerykańskim Południu nasila się walka z segregacją rasową.

Elwood Curtis ma duże szanse dostać się na uczelnię dla kolorowych i kiedyś zostać inżynierem. Ale w tych czasach niewiele trzeba, by kolorowy chłopak bez najmniejszej winy dostał się w tryby systemu sprawiedliwości, który może przekreślić jego przyszłość. Wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze.

Zamiast na uczelnię Elwood trafia do ośrodka wychowawczego nazywanego Miedziakiem, którego oficjalną misją jest kształtowanie charakterów i postaw młodocianych przestępców. Tymczasem miejsce to jest piekłem, w którym wychowankowie są pozbawiani godności, katowani i molestowani. A ci, którzy próbują stawiać opór, przepadają bez wieści.

COLSON WHITEHEAD

Jeden z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy. Nagrodzony w 2017 r. Pulitzerem, National Book Award i Carnegie Medal for Fiction za powieść Kolej podziemna, która jest właśnie ekranizowana przez znakomitego Barry’ego Jenkinsa. Zarówno poprzednia, jak i nowa książka autora znalazły się w zestawieniach kilkudziesięciu prestiżowych magazynów i blogów literackich jako najbardziej oczekiwane powieści roku. W lipcu 2019 r. pisarz trafił na okładkę magazynu „Time”.

Tego autora

KOLEJ PODZIEMNA

MIEDZIAKI

Tytuł oryginału:

THE NICKEL BOYS

Copyright © Colson Whitehead 2019 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Robert Sudół 2019

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: Reflection, Harlem, New York, 1964 © Neil Libbert/Bridgeman Images

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Oliver Munday

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-811-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Richarda Nasha

Prolog

Nawet po śmierci chłopcy sprawiali problemy.

Tajny cmentarz znajdował się po północnej stronie Miedziaka, na pstrokatej parceli zarosłej dziką trawą, pomiędzy starym warsztatem a śmietniskiem. Pole służyło za pastwisko w czasach, gdy szkoła otworzyła mleczarnię, żeby sprzedawać miejscowej klienteli nabiał – jedno z przedsięwzięć stanu Floryda, aby ulżyć podatnikom w kosztach utrzymania zakładu poprawczego. Deweloperzy budujący kompleks biurowy zagarnęli ten teren pod plac z restauracjami, czterema aranżacjami wodnymi i betonową sceną na okazjonalne imprezy. Odkrycie zwłok stanowiło bardzo kosztowną komplikację dla zaangażowanej agencji nieruchomości, czekającej na zielone światło po analizie wpływu inwestycji na środowisko naturalne, oraz dla prokuratury, która niedawno umorzyła dochodzenie w sprawie domniemanego znęcania się nad podopiecznymi Miedziaka. Teraz należało wszcząć nowe śledztwo, ustalić tożsamość zmarłych i przyczynę ich śmierci. Nikt nie miał bladego pojęcia, kiedy teren zostanie wyrównany, oczyszczony, zgrabnie uwolniony od przeszłości, a tego zdaniem ogółu należało dokonać dawno temu.

Wszyscy chłopcy wiedzieli o tej cholernej parceli. Ale trzeba było dopiero studentki z Uniwersytetu Południowej Florydy, żeby dowiedział się świat, dziesiątki lat po tym, gdy pierwszego miedziaka zasznurowano w worku na kartofle i wrzucono do dołu. Spytana, jak wypatrzyła groby, Jody odparła:

– Ziemia wyglądała dziwnie.

Zapadły teren, liche chwasty. Jody z resztą uniwersyteckiej ekipy archeologicznej od miesięcy prowadziła wykopaliska w obrębie oficjalnego cmentarza. Władze stanowe nie mogły rozporządzać posiadłością, dopóki ludzkie szczątki nie zostaną przeniesione w inne miejsce, studenci zaś musieli zaliczyć zajęcia w terenie. Używając palików i drutu, podzielili teren na sektory. Kopali szuflami i przy użyciu ciężkiego sprzętu. Na tackach, po przesianiu ziemi, zostały kości, klamry od pasków i butelki po wodzie sodowej, wszystko w formie bezładnej ekspozycji.

Oficjalny cmentarz chłopcy z Miedziaka nazywali Boot Hill, tak jak miejsca pochówku typów spod ciemnej gwiazdy – nazwę wzięli z westernów, na które chodzili w soboty, zanim zesłano ich do zakładu poprawczego i pozbawiono podobnych rozrywek. Nazwa przylgnęła, ostała się na pokolenia, także wśród studentów z południowej Florydy, którzy nigdy w życiu nie widzieli westernu. Boot Hill znajdował się na dużym stoku po północnej stronie. Białe krzyże na mogiłach łowiły słońce w pogodne popołudnie. Na dwóch trzecich z nich wyryto nazwiska; reszta była nietknięta. Identyfikacja okazała się sprawą trudną, ale rywalizacja między młodymi archeologami gwarantowała stały postęp. Szkolne archiwa, chociaż niekompletne i prowadzone mało starannie, wskazały, kim był „WILLIE 1954”. Spalone szczątki uwidaczniały los tych, którzy zginęli w pożarze internatu w 1921 roku. Przyporządkowanie DNA do żyjących krewnych – do tych, których studentom udało się odnaleźć – połączyło zmarłych ze światem żywych. Z czterdziestu trzech ciał siedem pozostało anonimowych.

Studenci usypali białe krzyże w stos obok wykopaliska. Gdy nazajutrz rano wrócili do pracy, okazało się, że ktoś roztrzaskał wszystkie w drobny mak.

Boot Hill oddawał chłopców jednego po drugim. Jody poczuła podekscytowanie, gdy obmywając wodą ze szlauchu znaleziska wyjęte z jednego z wykopów, zobaczyła pierwsze szczątki. Profesor Carmine powiedział, że mała kość w jej dłoni należała najprawdopodobniej do szopa pracza albo innego niedużego zwierzęcia. Tymczasem dzięki tajnemu cmentarzysku Jody się zrehabilitowała. Dokonała odkrycia, gdy chodziła dokoła w poszukiwaniu sieci komórkowej. Profesor poparł jej domysły na podstawie zaobserwowanych nieprawidłowości: te wszystkie pęknięcia i rozłupane czaszki, żebra przeorane śrutem. Jeśli szczątki z oficjalnego cmentarza budziły podejrzenia, to jaki los spotkał tych z nieoznakowanych mogił? Dwa dni później psy tropiące i obrazowanie wielospektralne potwierdziły sprawę. Brak białych krzyży, brak nazwisk. Tylko kości czekające na odkrycie.

– A mówili na to „szkoła” – powiedział profesor Carmine.

Na ponad czterech tysiącach metrów kwadratowych ziemi można sporo ukryć.

Któryś z dawnych wychowanków lub ich krewnych dał cynk mediom.

Na tamtym etapie studenci nawiązali już relacje z byłymi podopiecznymi zakładu poprawczego, przeprowadzili z nimi wywiady. Ludzie ci przypominali zrzędliwych wujów i zakapiorów ze starych osiedli, mężczyzn, którzy mogą nieco zmięknąć, gdy się ich lepiej pozna, ale nigdy nie tracą twardego środka. Studenci archeologii powiedzieli im o drugim cmentarzu, powiedzieli członkom rodzin o martwych chłopakach, których wykopali z ziemi, a wtedy miejscowa radiostacja wysłała reportera. Wielu dawnych wychowanków już wcześniej mówiło o tajnych grobach, ale jak zawsze w przypadku Miedziaka, nikt im nie uwierzył. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy to samo usłyszano z innych ust.

Prasa ogólnokrajowa podchwyciła temat i wówczas ludzie po raz pierwszy przyjrzeli się bliżej szkole w zakładzie poprawczym. Miedziak był zamknięty od trzech lat, co tłumaczyło dzikość terenu i typowy nastoletni wandalizm. Nawet najniewinniejszy zakątek – stołówka czy boisko – wyglądał złowrogo, więc nie trzeba było retuszować zdjęć dla efektu. Materiał filmowy robił bardzo niepokojące wrażenie. W kątach drżały i pełzały cienie, a każdy ślad i zaciek wydawał się plamą zakrzepłej krwi. Jakby wszystkie obrazy uwiecznione przez kamerę odsłaniały ponurą tajemnicę – tego Miedziaka, jaki widać od środka i o jakim nie mówi się na zewnątrz.

Jeśli tak sprawa się miała z niewinnymi miejscami, to jak wyglądały te makabryczne?

Chłopcy z poprawczaka byli tańsi niż najtańsze fordanserki, a dostawało się od nich więcej za swoje pieniądze, przynajmniej tak mawiano. W ostatnich latach niektórzy byli wychowankowie organizowali grupy wsparcia, odnawiali kontakty przez internet albo spotykali się w bistrach i McDonaldzie. Lub przy stole u kogoś w kuchni, po godzinnej podróży. Razem uprawiali własną fantomową archeologię, przekopując się przez dziesięciolecia i odzyskując dla ludzkich oczu okruchy tamtych dni. Każdy z własnymi znaleziskami. „Mówił, że później złoży mi wizytę”. „Rozklekotane schody w szkolnej piwnicy”. „Otarte do krwi stopy w tenisówkach”. Składali te kawałki w obraz potwierdzający wspólnie przeżyty mroczny czas. Skoro to prawda w twoim przypadku, to także prawda w przypadku kogoś innego, więc już nie jesteś sam.

Duży John Hardy, emerytowany sprzedawca dywanów z Omaha, prowadził stronę internetową miedziaków, zamieszczając na niej najnowsze doniesienia. Informował pozostałych o petycji na rzecz wszczęcia kolejnego śledztwa i o przygotowywaniu oficjalnych przeprosin przez władze. Mrugający widżet cyfrowy śledził zbiórkę funduszy na budowę planowanego pomnika. Prześlij mailem Dużemu Johnowi swoją historię z Miedziaka, a wrzuci ją do internetu opatrzoną twoim zdjęciem. Udostępnienie linku rodzinie było jak konstatacja: to właśnie tam mnie ulepiono. Wyjaśnienie i zarazem przeprosiny.

Piąty z kolei doroczny zjazd był dziwny, choć konieczny. Chłopcy byli teraz starszymi facetami, mieli żony i eksżony, dzieci, z którymi rozmawiali lub nie rozmawiali, nieufne wnuki, które czasem przywozili, oraz te, których nie wolno im było widywać. Albo sklecili sobie jakieś życie po wyjściu z Miedziaka, albo nigdy nie dopasowali się do normalnych ludzi. Ostatni palacze papierosów nieznanych już marek, spóźniający się na zajęcia terapeutyczne, zawsze o krok od zniknięcia. Martwi w więzieniu, gnijący w pokojach wynajmowanych na tygodnie, zamarznięci na śmierć w lesie po wypiciu terpentyny. Mężczyźni spotykali się w sali konferencyjnej Eleanor Garden Inn, by nadrobić zaległości, po czym ruszali kawalkadą na uroczysty obchód po Miedziaku. W niektóre lata czułeś się na siłach, żeby zagłębić się w ten betonowy korytarz, chociaż wiadomo było, że prowadzi do złych wspomnień, a w niektóre wręcz przeciwnie. Unikaj widoku tego budynku albo śmiało patrz mu w facjatę, zależnie od swoich zasobów tego ranka. Duży John po każdym zjeździe umieszczał w internecie sprawozdanie z myślą o tych, którzy nie dali rady przyjechać.

W Nowym Jorku mieszkał dawny miedziak Elwood Curtis. Co jakiś czas szukał w sieci informacji o zamkniętym poprawczaku, żeby zobaczyć, czy pojawiło się coś nowego, ale od zjazdów trzymał się z daleka i nie dopisywał się do list, a to z wielu powodów. Jaki w tym sens? Dorośli mężczyźni. Co, podsuwacie sobie nawzajem chusteczki do otarcia łez? Jeden z pozostałych wrzucił do internetu historię o tym, jak pewnego wieczoru zaparkował przed domem Spencera i gapił się przez wiele godzin na sylwetki w oknie, aż w końcu wybił sobie zemstę z głowy. Zrobił nawet replikę skórzanego pasa, którą chciał wypróbować na nadzorcy. Elwood tego nie kumał. Gdyby szli na całego, może by się przyłączył.

Kiedy jednak odkryto tajny cmentarz, zrozumiał, że musi wrócić. Zagajnik cedrów widoczny za ramieniem reportera telewizyjnego przywołał uczucie gorąca na jego skórze, świst suchych much w uszach. To wcale nie było tak dawno. I nigdy nie będzie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

W Boże Narodzenie 1962 roku Elwood dostał najlepszy prezent w swoim życiu, choć przecież podarek ten zrodził w nim myśli, które doprowadziły go do zguby. Płyta Martin Luther King at Zion Hill była jego jedyną i prawie nigdy nie schodziła z gramofonu. Babcia Harriet miała kilka krążków z gospel, które puszczała wtedy, gdy świat znowu wrednie ją potraktował. Elwoodowi nie wolno było słuchać zespołów wytwórni Motown ani popularnych piosenek z powodu ich wulgarnego charakteru. Pozostałymi prezentami okazały się części garderoby – nowy czerwony sweter i skarpetki. Z całą pewnością zniszczyły się w noszeniu, ale nic tak dobrze nie wytrzymywało ciągłego użytku jak płyta gramofonowa. Każda rysa i trzask, których przybywało z upływem miesięcy, były świadectwem oświecenia Elwooda. Ilekroć słuchał, osiągał coraz głębsze rozumienie słów wielebnego. Chrzęst prawdy.

Nie mieli telewizora, jednak przemówienia doktora Kinga stanowiły tak wymowną kronikę zdarzeń – zawierającą wszystko, czym Murzyn był i czym miał być – że płyta okazała się równie dobra jak telewizja. Może nawet lepsza, szlachetniejsza, jak ten górujący nad okolicą ekran w Davis Drive-In, gdzie Elwood zajrzał dwa razy. Widział to wszystko: Afrykanie gnębieni przez biały grzech niewolnictwa. Murzyni poniżani i ciemiężeni przez segregację, no i ten świetlany obraz, gdy nagle otworzyły się wszystkie miejsca, dotąd zamknięte dla jego rasy.

Przemówienia zostały nagrane wszędzie, w Detroit, Charlotte i Montgomery, i łączyły Elwooda z walką o prawa czarnych w całym kraju. Jedno z nich sprawiło nawet, że poczuł się jak członek rodziny Kinga. Każdy dzieciak słyszał o wesołym miasteczku, był w nim albo zazdrościł komuś, kto był. W trzecim wejściu na stronie A doktor King mówił o swojej córce marzącej o wizycie w lunaparku przy Stewart Avenue w Atlancie. Yolanda błagała o to rodziców za każdym razem, gdy widziała z szosy wielki szyld albo gdy w telewizji wyświetlano reklamy. Swoim smutnym gardłowym głosem doktor King musiał jej wytłumaczyć, że obowiązuje system segregacji rasowej, który zatrzymuje kolorowe dziewczynki i chłopców po drugiej stronie płotu. Musiał wyjaśnić błędne rozumowanie białych – nie wszystkich, ale dostatecznie wielu – które nadawało temu systemowi moc i sens. Radził córce, aby oparła się złudnemu powabowi nienawiści i goryczy, zapewnił ją, że „choć nie możesz pójść do wesołego miasteczka, wcale nie jesteś gorsza niż ci, którzy tam chodzą”.

Taki właśnie był Elwood – nie gorszy od reszty. Trzysta siedemdziesiąt kilometrów na południe od Atlanty, w Tallahassee. Czasem widział reklamy wesołych miasteczek, gdy odwiedzał krewnych w Georgii. Przejażdżki gondolami i wesoła muzyka, rozradowane białe dzieciaki stojące w ogonku do kolejki górskiej i minigolfa. Zapinające pasy w rakiecie atomowej lecącej na Księżyc. Wzorowe świadectwo szkolne gwarantuje darmowy wstęp, głosiła reklama – pod warunkiem, że nauczyciel przybił czerwoną pieczątkę. Elwood miał najlepsze stopnie i trzymał plik świadectw w oczekiwaniu na dzień, kiedy do wesołego miasteczka uzyskają wstęp wszystkie dzieci Boże, jak to obiecał doktor King.

– Będę wchodził za darmo przez cały tydzień, bez problemu – powiedział do babci, leżąc w dużym pokoju i szorując kciukiem po wytartym dywanie.

Babcia Harriet odratowała ten dywan z tylnego zaułka po ostatnim remoncie hotelu Richmond. Biurko w jej pokoju, mały stolik obok łóżka Elwooda oraz trzy lampy też były sprzętami wyrzuconymi z Richmond. Harriet pracowała w tym hotelu od czternastego roku życia, kiedy to dołączyła do swojej matki w ekipie sprzątaczek. Gdy Elwood poszedł do szkoły średniej, dyrektor hotelu, pan Parker, dał jasno do zrozumienia, że przyjmie go jako boya, bo potrzebuje takiego łebskiego smarkacza. Ten biały mężczyzna był więc rozczarowany, kiedy chłopak zatrudnił się w trafice Marconiego. Pan Parker zawsze okazywał życzliwość rodzinie Elwooda, nawet po tym, jak wylał jego matkę za kradzież.

Chłopak lubił Richmond, lubił też pana Parkera, ale myśl o związaniu czwartego pokolenia rodziny z dziejami hotelu sprawiała, że czuł się nieswojo w sposób, którego nie potrafił opisać. I to nawet przed tą historią z encyklopediami. Gdy był młodszy, po szkole siadywał na skrzynce w hotelowej kuchni i czytał komiksy i cykl Hardy Boys, a babcia sprzątała i szorowała na górze. Jego rodzice wybyli w świat, wolała więc trzymać dziewięcioletniego wnuka przy sobie, zamiast pozwolić mu obijać się samemu po domu. Widząc Elwooda w towarzystwie innych, uznawała te popołudnia za drugą szkołę, cieszyła się, że wnuk obraca się wśród ludzi. Kucharze i kelnerzy traktowali chłopca jak maskotkę, bawili się z nim w chowanego i serwowali wyświechtane mądrości na różne tematy: obyczaje białych, odpowiednie traktowanie panny, strategie chowania pieniędzy po domu. Najczęściej Elwood nie rozumiał, o czym mówią ci mężczyźni, jednak dzielnie kiwał głową, po czym wracał do czytania książek przygodowych.

Podczas przestojów w pracy rzucał czasem wyzwanie zmywaczom w konkurencji wycierania talerzy na czas, a oni dobrodusznie okazywali zaskoczenie z powodu jego wyższości w tej dyscyplinie. Lubili widzieć uśmiech na jego twarzy i osobliwy zachwyt po każdym odniesionym zwycięstwie. Ale potem nastąpiła rotacja personelu. Nowe hotele w śródmieściu podkupywały pracowników, kucharze przychodzili i odchodzili, kilku kelnerów nie wróciło, gdy kuchnię ponownie otwarto po podtopieniu fundamentów. W wyniku tej zmiany wyścigi Elwooda z miłej rozrywki przerodziły się w nieprzyjemną krzątaninę; nowi zmywacze dostali cynk, że wnuk jednej ze sprzątaczek odwali za ciebie robotę, jeśli mu wmówisz, że to zabawa, miej na to oko. Kim jest ten poważny chłopak, który się tu kręci, gdy reszta z nich zapieprza, poklepywany po głowie przez pana Parkera, jakby był pieskiem, siedzący z nosem w komiksach, jakby miał wszystko gdzieś? Nowy narybek w kuchni chciał przekazać młodemu umysłowi inne lekcje życiowe. To, czego się już dowiedzieli o świecie. Elwood pozostawał nieświadomy, że istota rywalizacji uległa zmianie. Gdy rzucał wyzwanie konkurentom, wszyscy w kuchni uśmiechali się półgębkiem.

Miał dwanaście lat, kiedy pojawiły się encyklopedie. Jeden z pomocników wciągnął do kuchni stos kartonów i zwołał naradę. Elwood wcisnął się do kręgu – zawartością pudeł okazał się komplet encyklopedii, który jakiś komiwojażer porzucił w jednym z apartamentów na górze. Krążyły legendy o cennych przedmiotach pozostawianych przez białych klientów w pokojach, rzadko jednak zdarzało się, żeby podobny łup zjechał do ich podziemia. Kucharz Barney otworzył górne pudło i wyjął oprawiony w skórę tom Fisher’s Universal Encyclopedia, A-Be. Podał go Elwoodowi, który był zaskoczony ciężarem książki, cegłą z kartkami o czerwonych brzegach. Zaczął wertować, mrużąc oczy nad drobnym drukiem – „Archimedes”, „argonauta” – i już wyobraził sobie, że leży na kanapie w domu i przepisuje ulubione słowa. Słowa, które wyglądają interesująco na papierze albo brzmią interesująco w jego wyimaginowanej artykulacji.

Pomocnik Cory zaoferował, że odda komuś swoje znalezisko – nie umiał czytać i nie zamierzał się rychło nauczyć. Elwood się zgłosił. Biorąc pod uwagę skład personelu kuchni, było mało prawdopodobne, że znajdzie się inny chętny na encyklopedię. Ale wtedy Pete, jeden z nowych zmywaczy, powiedział, że się z nim ścignie o te książki.

Pete był niezgrabnym Teksańczykiem, którego przyjęto do hotelu dwa miesiące wcześniej. Zatrudniono go do sprzątania ze stołów, ale po kilku incydentach przeniesiono do kuchni. Pracując, zerkał przez ramię, jakby się bał, że jest obserwowany, i w ogóle niewiele mówił, jednak z upływem czasu swoim chrapliwym śmiechem ściągnął na siebie kpiny pozostałych. Pete wytarł dłonie o spodnie i powiedział:

– Mamy czas przed kolacją. Jesteś gotowy?

W kuchni urządzono więc porządne zawody. Największe jak dotąd. Skombinowano stoper i wręczono go Lenowi, siwowłosemu kelnerowi, który pracował w hotelu od ponad dwudziestu lat. Swój czarny uniform utrzymywał w nienagannej czystości i twierdził, że jest zawsze najlepiej ubranym człowiekiem w sali jadalnej, co wprawia białych klientów w zażenowanie. Z racji uwagi, jaką poświęcał szczegółom, idealnie nadawał się na rzetelnego arbitra. Ustawiono dwa stosy złożone z pięćdziesięciu dwóch talerzy każdy, namoczonych wcześniej w zlewie pod nadzorem Elwooda i Pete’a. Dwaj pomocnicy wystąpili w roli sekundantów pojedynku, gotowi do podawania kolejnych suchych ścierek w razie potrzeby. W drzwiach kuchni stanęła czujka, na wypadek gdyby przypałętał się kierownik.

Niby nieskłonny do brawury, Elwood miał pewną siebie minę, bo od czterech lat ani razu nie przegrał zawodów w wycieraniu naczyń na czas. Pete tchnął skupieniem. Elwood nie widział w Teksańczyku zagrożenia, bo „przetarł” go we wcześniejszych wyścigach. Słowem Pete był zwykłym nieudacznikiem.

Len policzył od dziesięciu do jednego i zaczęli. Elwood trzymał się metody, którą udoskonalił z biegiem lat, mechanistycznej i delikatnej. Nigdy dotąd nie upuścił ani nie obtłukł mokrego talerza, odstawiając go za szybko na kontuar. Obsługa kuchni skandowała, a Elwood z coraz większym niepokojem patrzył na rosnący stos suchych talerzy po stronie Pete’a. Teksańczyk uzyskał przewagę, miał jakby dodatkowe zasoby sił. Widzowie wydawali z siebie odgłosy zdziwienia. Elwood się uwijał, goniąc za wizją encyklopedii w swoim domu.

– Koniec! – krzyknął Len.

Elwood wygrał jednym talerzem. Mężczyźni wyli i śmiali się, wymieniając wymowne spojrzenia, których sens zrozumiał dopiero później.

Harold, jeden z pomocników, klepnął go w plecy.

– Urodzony do zmywania naczyń, szpenio normalnie.

W kuchni gruchnął śmiech i Elwood włożył z powrotem A-Be do pudła. Co za ekskluzywna nagroda.

– Zasłużyłeś – powiedział Pete. – Mam nadzieję, że zrobisz z tego dobry użytek.

Elwood poprosił kierowniczkę służby sprzątającej, aby powiedziała jego babci, że spotkają się w domu. Nie mógł się doczekać jej miny, gdy zobaczy encyklopedię na półce, elegancką i dostojną. Zgarbiony zataszczył pudła na przystanek autobusowy przy Tennessee. Widzieć go wtedy – poważny chłopak dźwigający brzemię światowej wiedzy – to być świadkiem sceny, którą mógłby narysować Norman Rockwell. Oczywiście gdyby Elwood miał białą skórę.

Po powrocie do domu opróżnił z komiksów zieloną biblioteczkę w dużym pokoju i rozpakował pudła. Zatrzymał się przy Ga, ciekaw, jak bystrzaki z wydawnictwa poradziły sobie z „galaktyką”. Strony były puste – ani jednej zadrukowanej. Wszystkie tomy w pierwszym kartonie okazały się puste, oprócz tego, który Elwood wyjął wcześniej w hotelu. Z wypiekami na twarzy otworzył pozostałe dwa pudła. Nigdzie żadnego tekstu.

Gdy babcia wróciła z hotelu, pokręciła głową i powiedziała, że to może felerne wydanie albo egzemplarze pokazowe, które komiwojażer prezentował potencjalnym klientom jako próbki, żeby widzieli, jak komplet wyglądałby w ich domu. Tej nocy myśli w głowie Elwooda tykały i szumiały jak chronometr. Zaświtało mu, że pomocnik… co tam pomocnik – że wszyscy w kuchni wiedzieli, że tomy są puste. I odegrali przedstawienie.

Mimo to ustawił encyklopedię w biblioteczce. Wyglądała imponująco nawet wtedy, gdy z powodu wilgoci okładki się pofałdowały. Bo skórzana oprawa też była lipna.

Następne popołudnie było jego ostatnim w hotelowej kuchni. Wszyscy zbyt uważnie mu się przyglądali.

– Jak ci się podobają książki? – zakpił Cory i czekał na reakcję.

Stojący przy zlewie Pete miał na twarzy uśmiech jakby wychlastany tępym nożem. Wiedzieli. Babcia zgodziła się, że wnuk jest dostatecznie duży, by zostawać w domu sam. Przez całą szkołę średnią Elwood bił się z myślami, czy zmywacze od początku celowo pozwalali mu wygrywać. Był tak bardzo dumny ze swoich umiejętności, co z tego, że prostych, podstawowych. Do ostatecznych wniosków doszedł dopiero wtedy, gdy wylądował w Miedziaku, bo tam prawdy o rywalizacji nie dało się uniknąć.

Rozdział drugi

Pożegnanie z hotelową kuchnią oznaczało pożegnanie z własną grą, którą utrzymywał w tajemnicy: za każdym razem, gdy otwierały się wahadłowe drzwi jadalni, zakładał się sam ze sobą, czy w środku siedzą czarni klienci. W końcu orzeczeniem Sądu Najwyższego sala jadalna w hotelu Richmond została wyjęta spod zasady segregacji. Gdy wieczorem w radiu podano wyrok, babcia zapiszczała, jakby ktoś wylał na nią gorącą zupę. Opanowała się szybko i wygładziła sukienkę.

– Koniec z Jimem Crowem – rzekła. – Z tymi niegodziwymi prawami.

Nazajutrz po ogłoszeniu decyzji sądu wstało słońce i wszystko wyglądało tak samo. Elwood spytał babcię, kiedy Murzyni zaczną się zatrzymywać w hotelu Richmond, a ona odparła, że powiedzieć komuś, że może coś zrobić, to jedno, a skłonić go do zrobienia tego to co innego. Na dowód wyliczyła różne jego zachowania, więc pokiwał głową: może i tak. Prędzej czy później drzwi otworzą się na oścież i ukaże się czarna twarz – wyelegantowany przedsiębiorca z Tallahassee na delegacji służbowej albo szykowna dama zwiedzająca miasto – która będzie się rozkoszować aromatyczną potrawą przygotowaną przez kucharzy. Był tego pewien. Grę tę rozpoczął jako dziewięciolatek, a trzy lata później jedyni kolorowi, których widział w jadalni, nosili talerze, napitki albo mopa. Przestał grać dopiero wtedy, gdy dobiegły końca jego wizyty w hotelu. Pozostało niejasne, czy przeciwnikiem w tej grze była jego własna naiwność, czy ośli upór świata.

Pan Parker nie był jedynym człowiekiem, który widział w Elwoodzie wartościowego pracownika. Biali zawsze składali mu oferty zatrudnienia, dostrzegając jego robotny i stabilny charakter, a przynajmniej dostrzegając, że zachowuje się inaczej niż inni kolorowi chłopcy w jego wieku, i to właśnie brali za sumienność. Pan Marconi, właściciel trafiki przy Macomb Street, obserwował Elwooda, gdy ten był jeszcze skamlącym berbeciem w pordzewiałym wózku. Matka, szczupła kobieta o zmęczonych ciemnych oczach, nigdy nie usiłowała uspokoić dziecka. Kupowała pliki czasopism filmowych i znikała w głębi ulicy, a Elwood zawodził przez całą drogę.

Pan Marconi opuszczał swoje stanowisko przy kasie tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Przysadzisty i spocony, z włosami zaczesanymi do góry i cienkim czarnym wąsikiem, pod wieczór robił się wyraźnie zaniedbany. Powietrze przed sklepem było przesycone wonią jego odżywki do włosów, a w ciepłe popołudnia zostawiał za sobą aromatyczny szlak. Ze swego krzesła pan Marconi obserwował, jak Elwood rośnie i podąża za własną gwiazdą, dystansując się od chłopców z sąsiedztwa, którzy odstawiali różne hece, wszczynali awantury i wsuwali kradzione cuksy do ogrodniczek, bo myśleli, że sklepikarz nie widzi. Widział wszystko, nie mówił nic.

Elwood należał do drugiego pokolenia klientów z Frenchtown. Pan Marconi powiesił swój szyld w 1942 roku, kilka miesięcy po tym, gdy w pobliżu otwarto bazę wojskową. Czarni żołnierze przyjeżdżali autobusami z koszar Gordon Johnston i lotniska Dale Mabry, przez cały weekend urządzali we Frenchtown piekło, po czym wybywali pociągiem na wojnę. Miał krewnych, którzy otworzyli dochodowy interes w śródmieściu, ale to biały, rozumiejący ekonomikę segregacji, robił prawdziwe pieniądze. Trafika Marconiego znajdowała się kilka domów od hotelu Bluebell. Za rogiem był bar Tip Top i salon bilardowy Marybelle. Pan Marconi handlował odpowiedzialnie różnymi tytoniami i puszkami prezerwatyw marki Romeo.

Po wojnie przeniósł cygara na zaplecze, ściany pomalował na biało i dodał półki z prasą i słodyczami oraz lodówkę z napojami gazowanymi, co znacznie podniosło renomę sklepiku. Zatrudnił pomoc. Nie potrzebował pracownika, ale żona lubiła mówić ludziom, że mają personel, a on wyobrażał sobie, że dzięki temu interes wyda się bardziej atrakcyjny w oczach dystyngowanej części populacji Frenchtown.

Elwood miał trzynaście lat, gdy Vincent, wieloletni magazynier pana Marconiego, wstąpił do wojska. Vincent nie należał do najsumienniejszych pracowników pod słońcem, był jednak punktualny i schludny, a te dwie cechy pan Marconi cenił u innych, nawet jeśli nie u siebie. W ostatnim dniu pracy Vincenta Elwood kręcił się przy półce z komiksami, jak prawie każdego popołudnia. Miał osobliwy zwyczaj czytania komiksów od deski do deski, dopiero potem kupował, a kupował każdy, którego dotknął. Pan Marconi spytał go wreszcie, dlaczego ślęczy nad tym tutaj, skoro i tak bierze i płaci, bez względu na to, czy komiks jest dobry.

– Ja się tak upewniam – odpowiedział Elwood.

Sklepikarz spytał go wtedy, czy szuka pracy. Elwood zamknął egzemplarz Journey into Mystery i odparł, że musi najpierw porozmawiać z babcią.

Harriet kierowała się w życiu długą listą zasad określających, co jest dopuszczalne, a co nie, czasem zaś jedynym sposobem, aby Elwood się w tym połapał, było popełnienie błędu. Odczekał do końca kolacji, gdy zjedli smażonego suma ze szczawiem, a babcia wstała, żeby posprzątać. Okazało się, że w tym przypadku Harriet nie ma żadnych skrytych obiekcji, pomimo że jej wuj Abe palił cygara i patrz, co się z nim porobiło, pomimo że Macomb Street zyskała reputację wylęgarni zła, pomimo że dziesiątki lat wcześniej źle potraktowana przez pewnego włoskiego sklepikarza, wciąż chowała ciężką urazę.

– On chyba nie jest krewnym tamtego – powiedziała, wycierając ręce. – A jak jest, to dalekim.

Pozwoliła Elwoodowi pracować w trafice po lekcjach i w weekendy, a pod koniec każdego tygodnia zabierała połowę jego wypłaty na dom, a drugą połowę odkładali na college. Poprzedniego lata wspomniał o pójściu do college’u, niezobowiązująco, nieświadomy brzemienności własnych słów. Wprawdzie spór Brown kontra Wydział Oświaty przyniósł nieoczekiwane rozstrzygnięcie, jednak ktoś z rodziny Harriet aspirujący do wyższego wykształcenia był istnym cudem. W obliczu takiej wizji prysły wszelkie obawy związane z pracą u pana Marconiego.

Elwood porządkował gazety i komiksy na drucianych stojakach, wycierał kurz z mniej popularnych słodyczy i pilnował, żeby pudełka z cygarami były ułożone zgodnie z teorią pana Marconiego o „opakowaniu” i o tym, jak ono ekscytuje „szczęśliwą część ludzkiego mózgu”. Nadal kręcił się przy komiksach, czytał z przejęciem, jakby w ręce trzymał dynamit, ale to gazety miały teraz dużą siłę przyciągania. Znalazł się pod luksusowym urokiem „Life Magazine”. W każdy czwartek duża biała ciężarówka podrzucała plik „Life” – Elwood rozpoznawał dźwięk jej hamulców. Gdy już uporządkował zwroty i nowe egzemplarze, kulił się na stopniu drabiny, żeby śledzić najnowsze wypady dziennikarzy do nieznanych zakątków Ameryki.

Znał udział Frenchtown w walce o prawa Murzynów, dzielnicy granicznej, w której kończyło się jego osiedle, a zaczynało prawo białego człowieka. Ilustrowane zdjęciami artykuły w „Life” wiodły go prosto na linię frontu, do bojkotów autobusowych w Baton Rouge, do okupacji domu towarowego w Greensboro, gdzie inicjatywę przejęli młodzi ludzie, niewiele starsi od niego. Byli bici metalowymi sztabami, polewani wodą ze szlauchów, opluwani przez białe kobiety o wykrzywionych wściekłością twarzach i upamiętniani przez aparaty fotograficzne jako wizerunki szlachetnego oporu. Zdziwienie budziły drobne szczegóły: jakim cudem w wirze tych gwałtownych wydarzeń krawaty młodych mężczyzn pozostały prostymi czarnymi strzałami, a faliste fryzury młodych kobiet prezentowały się nienagannie na tle transparentów z hasłami protestu. Blichtr pomimo krwi zalewającej twarze. Młodzi rycerze śmiało stający przeciw smokom. Elwood był wąski w ramionach i chudy jak wróbel, bał się o swoje okulary, które sporo kosztowały, a także o marzenia, które mogły zostać rozwiane uderzeniem pałki policyjnej, łomu lub kija baseballowego, chciał się jednak przyłączyć. Nie miał wyboru.

Wertując gazety w trakcie zastoju na swojej zmianie, czerpał wzorce, aby stać się człowiekiem, którym chciał się stać, i oddalał się coraz bardziej od typu chłopaka z Frenchtown, którym nie był. Babcia od dawna odciągała go od włóczenia się z kolegami, których uważała za gałganów idących prostą drogą do piekła. Trafika, podobnie jak hotelowa kuchnia, była bezpiecznym schronieniem. Wszyscy wiedzieli, że Harriet surowo wychowuje wnuka, a inni rodzice z Brevard Street pomagali jej utrzymać Elwooda z dala od kłopotów i stawiali go za wzór. Gdy chłopcy, z którymi bawił się wcześniej w Indian i kowbojów, gonili go po ulicy albo rzucali w niego kamieniami, robili to raczej z żalu, nie ze złości.

Ludzie z osiedla co chwila zaglądali do Marconiego, więc dwa światy, w których żył Elwood, wciąż się zazębiały. Pewnego popołudnia zabrzęczał dzwonek nad drzwiami i do środka weszła pani Thomas.

– Dzień dobry – odezwał się Elwood. – Mamy zimną oranżadę.

– No to może skorzystam – odparła.

Znawczyni najświeższych trendów, była tego dnia ubrana w uszytą własnoręcznie sukienkę w groszki, której fason ściągnęła z artykułu o Audrey Hepburn. Zdawała sobie sprawę, że niewiele kobiet z sąsiedztwa potrafi nosić taką kreację z równą pewnością siebie, a gdy zastygała, trudno było ustrzec się podejrzenia, że pozuje, czekając na rozbłysk fleszy.

W latach dorastania pani Thomas przyjaźniła się blisko z Evelyn Curtis. Jednym z najwcześniejszych wspomnień Elwooda było to, gdy w upalny dzień matka trzymała go na kolanach, grając w remika. Mrużył oczy, żeby zobaczyć jej karty, a ona kazała mu siedzieć spokojnie, bo jest skwar. Kiedy wstała i poszła do wychodka, pani Thomas ukradkiem poczęstowała go swoją oranżadą. Zdemaskował ich jego pomarańczowy język i zachichotali, gdy Evelyn po powrocie zganiła oboje bez przekonania. Elwood hołubił to wspomnienie.

Pani Thomas otworzyła torebkę, żeby zapłacić za dwie oranżady i najnowszy „Jet”.

– Nadążasz z lekcjami?

– Tak, psze pani.

– Nie przeciążam chłopaka – wtrącił pan Marconi.

– Mhm – skwitowała podejrzliwym tonem. Kobiety z Frenchtown miały złą opinię o trafice z powodu dawnych dni i uważały Włocha za współwinnego domowych nieszczęść. – El, pamiętaj, rób to, co powinieneś.

Zgarnęła sporą resztę i wyszła, odprowadzona wzrokiem przez chłopca. Jego matka zostawiła ich oboje; możliwe, że przysyłała dawnej przyjaciółce widokówki z miejsca swojego pobytu, ale do syna zapominała napisać. Może pewnego dnia pani Thomas podzieli się nowinami.

Pan Marconi miał w ofercie „Jet” i oczywiście „Ebony”. Elwood namówił go do wzięcia „The Crisis” i „The Chicago Defender”, a także innych czasopism dla czarnych. Babcia i jej przyjaciółki prenumerowały te tytuły, więc wydawało mu się dziwne, że trafika ich nie sprzedaje.

– Masz rację, weźmiemy – zgodził się pan Marconi. Przygryzł wargę. – Chyba kiedyś to mieliśmy. Nie wiem, co się stało.

– No to fajnie – powiedział Elwood.

Jeszcze długo po tym, gdy pan Marconi przestał czepiać się nabywczych zwyczajów swoich stałych klientów, chłopak pamiętał, co sprowadzało każdego z nich do sklepu. Jego poprzednik Vincent od czasu do czasu ożywiał przestrzeń sprośnym żartem, ale nie można powiedzieć, żeby wykazywał inicjatywę. Elwood zaś miał jej w nadmiarze, przypominał więc panu Marconiemu, który dostawca tytoniu orżnął ich przy ostatniej dostawie i których słodyczy nie warto już zamawiać. Sklepikarz z trudem rozróżniał czarne damy z Frenchtown – wszystkie robiły chmurne miny na jego widok – więc to Elwood okazał się kompetentnym rzecznikiem trafiki. Pan Marconi patrzył na chłopaka, zatopionego w lekturze czasopism, i zastanawiał się, co go nakręca. Babcia mu nie pobłażała, to jasne. Elwood był inteligentny i pracowity, chluba swojej rasy. Zarazem okazywał się mało rozgarnięty, gdy chodziło o najprostsze sprawy. Nie wiedział, kiedy zrobić krok do tyłu i odpuścić. Weźmy tę historię z podbitym okiem.

Dzieciaki podwędzały słodycze. Bez względu na kolor skóry. W latach swojej rozbuchanej młodości pan Marconi też popełnił niejedno głupstwo. Tu i tam straci się parę groszy, ale przecież wliczone jest to w koszty ogólne – smarkacz podpieprzy dziś lizaka, jednak on i jego koledzy od lat wydają pieniądze w trafice. I jego rodzice też. No bo co, przepędzisz takiego ze sklepu za podobną duperelę, to słowo rozniesie się po okolicy, zwłaszcza takiej jak ta, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, no i rodzice przestaną przychodzić, bo poczują się zawstydzeni. Dla pana Marconiego przymykanie oka na drobne kradzieże było prawie jak inwestycja.

Elwood