Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 436 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miecz Salomona - Marek Orłowski

Rok Pański 1187, Ziemia Święta. Wojska krzyżowców ponoszą miażdżącą klęskę na wzgórzach Hittinu. Zwycięski sułtan Saladyn zdobywa większość ziem Królestwa Jerozolimskiego. Wielki mistrz templariuszy wysyła z sekretną misją poselstwo do Starca z Gór, wodza owianej złą sławą sekty asasynów. Wraz z braćmi zakonnymi podąża Roland de Montferrat, zwany Czarnym Rycerzem.

Co chce osiągnąć mistrz templariuszy, układając się ze skrytobójcami Starca z Gór? Dlaczego los pcha Rolanda do siedziby asasynów, gdzie ukryto wykuty przed wiekami niezwykły miecz, przeklęty przez demona?

Krzyżowcy i Saraceni, zbroczone krwią pola bitew, mroczne tajemnice starożytnej Jerozolimy, zaginione skarby króla Salomona, starotestamentowa magia – oto świat rycerza z Montferratu. Aby w nim przeżyć, samotny krzyżowiec musi stawić czoło nie tylko wrogim mieczom, ale też siłom nadprzyrodzonym.

Czy czarna zbroja ochroni rycerza przed ścigającymi go cieniami przeszłości?

Marek Orłowski, a właściwie Marko Szapkarow–Orłowski, urodził się w 1958 roku w Warszawie. Jest absolwentem ASP w macedońskim Skopje. Pasjonuje się jeździectwem, sportami wodnymi i turystyką górską, ale też historią średniowiecza i zabytkową bronią. Aktywny tryb życia łączy z zamiłowaniem do czytania książek o dość eklektycznie dobranej tematyce. Samotny krzyżowiec jest jego literackim debiutem.

Opinie o ebooku Miecz Salomona - Marek Orłowski

Fragment ebooka Miecz Salomona - Marek Orłowski

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: WIOLETA MUSZYŃSKA, DOROTA RING
Projekt okładki: Dark Crayon / PIOTR CIEŚLIŃSKI
Ilustracje i mapa wewnątrz książki: MAREK ORŁOWSKI
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Copyright © by Marek Orłowski, 2014 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone.
ISBN 978-83-64185-61-8
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG I

Tak mówi Pan: Mów:

Miecz, miecz!

Wyostrzono go i wyczyszczono.

Na krwawy bój wyostrzono,

by lśnił jak błyskawica wyczyszczono...

Dałem, by go wyczyścić, by chwycić w dłoń;

miecz wyczyszczono i wyostrzono,

aby go podać w rękę tego, co zabija.

Biblia Tysiąclecia, Księga Ezechiela 21:14-16

KRÓLESTWO IZRAELA, DZIESIĄTE STULECIE PRZED NARODZENIEM CHRYSTUSA

Salomon poderwał się gwałtownie i usiadł na posłaniu. Odetchnął głęboko, z trudem wracając do rzeczywistego świata. Uchylił trzcinową matę zasłaniającą okno. Noc pulsowała odgłosami. Zakwilił drapieżny ptak, z daleka dochodziły stłumione nawoływania straży. Ale to nie one obudziły króla. Zatrzymał wzrok na oliwnym kaganku, zawieszonym na rzeźbionej kolumnie. Żółty ognik płonął równo w nieruchomym powietrzu, migotliwe błyski odbijały się w stojącym na posadzce złotym dzbanie. Słabe światło z trudem wydobywało z mroku szczegóły bogato zdobionej komnaty. Królewskie łoże z cedrowego drewna stało na podwyższeniu wykładanym kamiennymi płytami. Posadzkę pokrywały lwie skóry i wełniane kobierce. Przez kwadratowy otwór w ścianie płynął orzeźwiający chłód pory przedświtu. Władca narzucił na ramiona lnianą chustę i opadł z powrotem na miękkie poduszki.

We śnie też widział płomień. Była noc, taka jak teraz. Wokół rozciągała się pustynia. Niespodziewanie granat nieba przekreśliła ognista strzała, ciągnąc za sobą smugę blasku. Płomienisty grot rozciął noc na dwoje i z łoskotem uderzył w ziemię u stóp Salomona. Rozżarzona gruda gwiezdnego metalu odbiła się od kamieni i potoczyła w zarośla. Gałęzie wyschniętych tamaryszków stanęły w ogniu. Płomienie rosły, jarzącym się światłem odpychały ciemność, sięgały nieba...

– Co się stało? Panie mój, zbudziłeś się tak nagle... – Leżąca obok króla nałożnica podparła się na łokciu, pozwalając okryciu zsunąć się z pełnych piersi. Na tle smagłej skóry lśniły wilgotne od potu sutki, jak dwa rodzynki umoczone w słodkiej oliwie.

– To tylko sen, śpij dalej – mruknął Salomon.

– W ciemnościach nocy demony odzyskują siłę i dręczą sprawiedliwych. – W sarnich oczach kobiety widać było strach.

– Nic nie przemoże mocy Najwyższego, a to był tylko sen – powtórzył władca. Przymknął powieki, pozwalając, by kolorowe obrazy znów zatańczyły mu przed oczami. Ścisnął rękoma skronie, broniąc się przed natłokiem myśli. Jutro, gdy tylko wstanie dzień, wezwie kapłana Sadoka i dowódcę straży, po czym każe im szukać cudownego kamienia, rzuconego na ziemię ręką Boga. A właściwie dziś jeszcze – pomyślał, patrząc, jak czerń nocy ustępuje miejsca szarości brzasku. Tak, dziś jeszcze każe to uczynić. Uśmiechnął się mimo woli, wyobrażając sobie otyłego kapłana na grzbiecie konia. A jednak Sadok będzie posłuszny rozkazom i pojedzie na pustynię, choć pewnie to mu się nie spodoba. Ale jest sługą króla, tak jak król jest sługą Jahwe. Nie ośmieli się sprzeciwić jego woli.

Król nie mylił się – kapłan z trudem dotrwał końca podróży, choć przecież nie trwała dłużej niż jeden dzień i jedną noc.

Postękując, zsiadł z niewielkiego wałacha. Zmarszczył nos, wciąż czując w nozdrzach ostry zapach spoconego zwierzęcia. Odmówił modlitwę ku czci Jahwe, a potem ukradkiem wsunął dłoń pod luźną szatę. Pod palcami poczuł obły kształt egipskiego amuletu. Wprawdzie najwyższemu kapłanowi Jahwe nie godziło się wierzyć w moc magicznych klejnotów, ale ten błękitny „kamień zwycięski”[1] chronił ponoć wojowników i jeźdźców przed nieszczęściem.

– A zwłaszcza przed upadkiem – mruknął pod nosem. Rozłożył wełnianą derkę i zaczął sadowić się pod sterczącą skałą. Popatrzył spod oka na krzątających się wokoło żołnierzy. Na lnianych tunikach nosili skórzane zbroje wzmacniane płytkami z brązu. W promieniach budzącego się słońca lśniły wypolerowane spiczaste hełmy i groty włóczni trzymanych w ogorzałych dłoniach.

– Wiązać konie! – zarządził dowódca w pozłacanym hełmie z otokiem z białego zawoju. – Zostawcie tarcze i włócznie, nie będą wam potrzebne.

– Nie stójcie tak! Szukajcie gwiazdy, która spadła z nieba! – krzyknął Sadok. Zniecierpliwionym wzrokiem obserwował zbrojnych, zdejmujących sakwy z długogrzywych wierzchowców.

– Panie... – niepewnie odezwał się jeden z wojowników – ...a czego mamy wypatrywać?

Kapłan najwyraźniej był człowiekiem popędliwym. Wyrzucił ręce w górę w geście udawanego, a może prawdziwego oburzenia. Na przegubach rąk ostro zadzwoniły złote bransolety. Ocienioną pasiastą chustą twarz wykrzywił grymas gniewu. Sadok targnął gwałtownie głową, aż zatrzęsła się opadajaca na pierś, czarna, nigdy niestrzyżona broda.

– Szukajcie kamienia, który upadł z wysoka, tak różnego od innych, jak świt różny jest od nocy. Drogę pokaże wam ziemia osmalona płomieniem – kapłan zwrócił się wprost do żołnierzy. Odpowiedziało mu milczenie. – Szukajcie kamienia ze śladami ognia. – Machnął ręką, zrezygnowany.

– Słyszeliście – podchwycił dowódca. – Szukać! Kto pierwszy znajdzie ten kamień, dostanie srebrnego sykla. Albo dwa sykle – dodał po namyśle.

Żołnierze rozbiegli się po okolicy. Hałaśliwie łamali suche zarośla i przetrząsali rozpadliny jałowego gruntu. Odgłosy szurania sandałów oddalały się z wolna. W drżącym od żaru powietrzu coraz słabiej słychać było okrzyki nawołujących się ludzi.

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, gdy przed spoczywającym w cieniu kapłanem stanął wojownik w złoconym hełmie.

– Panie – rzekł, oblizując wysuszone wargi. – Pozwól nam spocząć. Pustynia jest wielka, a my trudzimy się od świtu...

Sadok spojrzał na niego uważnie. Pot spływał na poznaczoną bliznami twarz mężczyzny i zlepiał w strąki kędzierzawe włosy. Grubo tkana tunika i zbroja poszarzały od pyłu. Na odsłoniętej łydce i rzemieniu sandałów czerwonymi paciorkami zastygły krople krwi z przeciętej cierniami skóry.

– Czyich słów zapomniałeś, Benajaszu? Moich czy króla, oby Jahwe zachował go w zdrowiu? – syknął kapłan, gniewnie szarpiąc szeroki naszyjnik upleciony ze złotych łańcuszków, oznakę jego godności. – Chcesz wrócić z niczym?! Lepiej by ci było rzucić się na własny miecz, niż nie wypełnić woli króla! Czy nie widziałeś strzały z ognia na niebie? I czy nie zapłonął płomień w ciemności, by wskazać nam drogę? Każ ludziom szukać dalej! Nie ustawajcie!

Dowódca straży króla Salomona zmrużył ze złością oczy. Nie przywykł do tak lekceważącego traktowania, choćby nawet przez najwyższego kapłana świeżo ukończonej Wielkiej Świątyni, którą władca wzniósł na chwałę Jahwe. Miał już odpowiedzieć cierpko, kiedy głośny krzyk odwrócił uwagę obu mężczyzn. Potykając się na skalnym rumowisku, biegł ku nim jeden z żołnierzy.

– Znaleźliśmy! – wołał z daleka. – Panie, racz pójść ze mną! Tam, za tą górą, znaleźliśmy kamień, który spadł z nieba!

– Bądź pochwalony, Panie, który dajesz życie synom Izraela – szepnął Sadok. Wstał wolno, opierając się na zdobionej złotem lasce. Odetchnął głęboko, czując opadające napięcie.

Twardym głosem przemawiał przed chwilą do dowódcy gwardii, sam nie miał jednak w sercu pewności, czy znajdą niebiański kamień.

Zaledwie wczoraj stał przed obliczem króla w pałacu jerozolimskim. Ciężkie, rzeźbione w egipskim stylu kolumny zdawały się wypełniać wielką salę niczym las. Salomon siedział, niedbale rozparty na tronie wykładanym kością słoniową i złotem. Muskularnymi dłońmi obejmował wyrzeźbione w kształt lwów poręcze. Jego twarz o ostrych, wyrazistych rysach, jakby rzeźbionych w marmurze, zachowywała wyraz spokoju. Władca nie poruszył się na widok najwyższego kapłana i dowódcy gwardii, ale jego spojrzenie stało się czujne, niczym oko sokoła śledzącego zdobycz.

– Sadoku, synu Abigela, i ty, Benajaszu, słuchajcie słów swojego króla – przemówił mocnym głosem. – Z woli Przedwiecznego miałem sen. Widziałem, jak w najczarniejszej godzinie nocy, kiedy ciemność otula swym płaszczem ziemię, na pustynię spada ognista kula. Z kuli wystrzelił płomień o barwie nieba. Sięgnął pod same chmury... Widziałem, jak płoną w nim moi wrogowie, a ich kości obracają się w popiół. I widziałem, jak płomień przybrał kształt miecza, jakiego nie widziały ludzkie oczy...

Ty, Benajaszu, weźmiesz wojowników i poprowadzisz ich, by szukali skały, która spadła z nieba. Ty, Sadoku, będziesz moimi oczami i uszami i będziesz baczył, by wypełniła się moja wola. A gdy znajdziecie kamień, który widziałem we śnie, udacie się na skraj pustyni Negew, by odszukać świętego męża, który żyje wśród skał, niezbyt daleko od namiotów plemienia Edomitów. Nikt nie zna jego imienia, nikt nie wie, skąd przybył. Lecz on posiadł sztukę kucia broni, jakiej nie znają synowie Izraela.

Salomon przerwał, widząc, jak kapłan bezwiednie szarpie brodę, chcąc przemówić.

– Mów, Sadoku – zezwolił łaskawie.

– Królu królów, panie namaszczony przez Jahwe, sprawiedliwy władco Izraela! – zawołał przerażony kapłan. Osunął się na kolana, jakby nagle ugięły się pod nim nogi. – Nie każ mi tego czynić! Słyszałem o tym mężu. Jedni uważają go za świętego, ale inni mówią, że jest jednym z... Nich – dokończył, zniżając głos i rozglądając się niespokojnie dokoła.

– Mów dalej, synu Abigela – zachęcił go władca. Jego pociągła twarz miała nieodgadniony wyraz.

– Dawno temu, nim runęły ołtarze fałszywych bogów, demony chodziły swobodnie po ziemi Kanaan, a ludzie oddawali im cześć – niewyraźnie mamrotał klęczący mężczyzna. – Łączyły się nawet z kobietami śmiertelnych. Ze związków tych rodzili się Oni, zwani nefilim. To ich Mojżesz wygnał na pustynię: synów Azazela, Adramelecha i innych. Lecz przeżyli wygnanie i posiedli mądrość. Poznać ich można po dziwnych oczach, które świecą na czerwono w ciemności. Żyją jak inni ludzie, lecz nie do końca są ludźmi. Nefilim nie znają bowiem snu... A o starcu owym, o którym mówisz, panie, słyszałem od lewitów – kapłanów palących kadzidło przed ołtarzem, na którym stoi Arka Przymierza z Najwyższym. Posłuszne są mu złe duchy pustyni i nawet demon Agares, który sprawia, że ziemia drży i przewracają się góry...

– Jahwe panuje nad demonami jak ja nad swoim ludem. Pamiętaj o tym, ty, któremu pozwalam składać ofiary na ołtarzu Najwyższego – spokojnie odparł Salomon, a jego wargi wygięły się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. Palcami pogładził wiszącą na szyi złotą gwiazdę.

Ani uśmiech, ani gest króla nie uszły uwagi kapłana. Sadok pomyślał, że od pewnego czasu władca zachowuje się osobliwie. Nie rozstaje się na przykład z kutym w złocie amuletem w kształcie sześcioramiennej gwiazdy. Salomon zaczął go nosić tuż po tym, jak zniknął Hiram z Fenicji, budowniczy Świątyni. Czy gwiazda była jego pożegnalnym darem? Tego Sadok nie wiedział. Wypolerowany gładko metal pokryty był rytami, jakich najwyższy kapłan nigdy wcześniej nie widział i których znaczenia nie znał. Zapytać zaś nie śmiał.

– Staniesz przed mężem z pustyni – ciągnął król, jakby nie widział spojrzenia kapłana – i przemówisz do niego tymi słowy: „Mówi do ciebie Salomon, syn Dawida, z woli Najwyższego król Izraela. Ja, który jestem opoką mego ludu, pozdrawiam cię przez moich posłów. Oni przyniosą ci kamień niezwykły, który zrodziły gwiazdy. I jest moją wolą, abyś wykuł z niego miecz, którym zwyciężę wrogów i zaprowadzę pokój na mojej ziemi. Weźmiesz złoto i kość słonia, i klejnoty z kraju Punt. Ozdobisz nimi miecz, aby był godny króla. A czego zechcesz w nagrodę, dam ci z mojego skarbca. Jeśli pożądasz złota, dostaniesz, ile udźwigniesz. A jeśli zemsty pragniesz, nakarmię sępy ciałami twoich wrogów”. I jeszcze powiesz mu: „Mówi do ciebie ten, który wzniósł mury święte ku chwale Tego, Który Jest. Powiedziałem Hiramowi z Fenicji, aby wziął brąz i drewno cedrowe, i kamień ozdobny i przywiózł złoto z kopalni Ofiru. I aby zbudował dom dla Tego, który kazał wschodzić słońcu. I Hiram był mi posłuszny. Tak i ty bądź mi posłuszny i wykuj miecz, który pobłogosławi Pan”.

Salomon odchylił się w tył, dotykając plecami marmurowego oparcia tronu. Przeszedł go dreszcz, bo cienki materiał szaty nie chronił przed chłodem kamienia. Rzeźbione w cedrowym drewnie wrota były otwarte. Dolatywał przez nie odległy zgiełk miasta, nakładając się na senne brzęczenie much pod sklepieniem sali posłuchań. Przez wycięte w dachu otwory wpadały snopy światła, kładąc się jasnymi plamami na posadzce.

– Dziwny był mój sen – cicho powiedział król, patrząc na wirujące w blasku słońca drobinki kurzu. – Dziwny zaiste...

– Panie, jeśli zechcesz, przywołam zaklinaczy, którzy objaśniają nocne widzenia, powiedz tylko słowo. – Sadok znów opadł na klęczki u stóp tronu i podniósł ręce w błagalnym geście.

Władca milczał. Patrzył w zamyśleniu gdzieś w dal, jakby nie widział klęczącego kapłana ani zastygłych w bezruchu gwardzistów w pozłacanych zbrojach. Wyczyszczone do połysku krótkie miecze z brązu połyskiwały oleiście w półmroku sali.

– Widziałem, jak spada gwiazda... I widziałem starca z pustyni, jak kuje dla mnie miecz o ostrzu błękitnym niczym niebo... Ale widziałem też krew na ostrzu i dłoń ściskającą rękojeść...

Urwał, wyciągając przed siebie ręce. Oglądał je uważnie, jakby pierwszy raz widział swoje palce zdobne ciężkimi pierścieniami.

– Nie była to moja dłoń – szepnął.

Zdecydowanym ruchem sięgnął po pierścień ozdobiony wielkim rubinem. Klejnot rozjarzył się purpurą, gdy padł na niego zabłąkany promień słońca.

– Weź, Sadoku – powiedział Salomon. Jego władczy głos odbijał się echem od granitowych ścian. – Ten oto kamień z kraju królowej Szeby każesz kowalowi oprawić w rękojeści miecza.

– Uważaj swoją wolę za spełnioną. – Kapłan skłonił się tak nisko, że frędzle białej chusty zamiotły marmur posadzki.

– Spieszcie się! – napomniał go król. – We śnie ujrzałem obrazy zdarzeń, które mają się wkrótce spełnić. Gwiazda upadnie tej nocy.

– Tak, panie, w tej godzinie ruszymy w drogę. Ale, o królu, który panujesz sprawiedliwie i którego rozum jest nieogarniony jak piasek na brzegu morza, powiedz, dokąd mamy się udać?

Salomon nie wahał się ani chwili. Stanął wyprostowany i wyciągnął przed siebie rękę. Ogniwka złotego łańcucha brzęknęły, gdy palce drugiej ręki objęły wiszącą na szyi złotą gwiazdę.

– Tam – powiedział uroczyście. – Staniesz na górze Moriah i ruszysz w stronę, gdzie wschodzi słońce. A gdy na świat spłynie cień nocy, sam zobaczysz...

Zmierzch przygasił światło dnia. Stary człowiek uniósł pooraną bruzdami twarz, ciesząc się pieszczotą zachodzącego słońca. Długie, skołtunione włosy spływały siwą falą na jego ramiona, łącząc się z równie długą brodą.

Wyciągnął przed siebie spracowane dłonie, pozwalając im odpocząć. Dzieło nie było jeszcze ukończone. Minęło wiele dni, te zaś rozciągnęły się w miesiące, a kowal wciąż nie uznawał przedmiotu, który stworzył, za doskonały.

Ciągle od nowa przekuwał nieziemski metal, aż ten przybrał kształt długiego ostrza. Na zmianę rozgrzewał go do czerwoności i studził w wodzie bijącego wśród skał źródła. Jękliwym głosem recytował zaklęcia i sypał do wody sproszkowane zioła. Zielona para buchała gęstym obłokiem.

Wykuty z niebiańskiej skały miecz spoczywał nocą w miejscu świętym, aby nasycić się mocą. Był to tajemniczy, prastary krąg z ustawionych pionowo potężnych głazów. Nomadzi omijali to skupisko skał, wierząc, że nawiedzają je złe duchy.

Otwór jaskini przesłoniła sylwetka człowieka. Starzec przerwał polerowanie błyszczącej klingi i spojrzał z niechęcią na intruza. Zmarszczył brwi, zagniewany. Miejscowi nie ważyli się wchodzić do jego pustelni bez zaproszenia. Czekali przy źródle, by wysłuchać wróżby albo zostawić w darze żywność.

– Czego chcesz, Abu-an? – spytał niechętnie. – I dlaczego ośmieliłeś się wejść, nie pytając o zgodę? Czy plemię Ananza wysłało cię, byś ściągnął na nie mój gniew?

Owinięty płaszczem ze skóry wielbłąda pasterz upadł na twarz, bijąc czołem o kamień posadzki.

– Wybacz, o świątobliwy! Od wielu księżyców nie dawałeś znaku życia. Starsi wysłali mnie, bym zobaczył...

– Zobaczyłeś. Wróć i powiedz im, że żyję. I będę żyć nawet wtedy, gdy piasek pustyni zasypie ich kości!

– Powiem, o świątobliwy! Powiem! Oto dar dla ciebie. – Gość pospiesznie rozwinął węzełek z suszonym mięsem i daktylami.

Jego rozbiegane, błyszczące oczy, patrzące spod gęstwy czarnych kudłów, znieruchomiały nagle. Koczownik jak urzeczony wpatrywał się w niezwykły przedmiot w rękach starca.

Kowal nie zwracał uwagi na przybysza. Powolnym, niemal pieszczotliwym ruchem przesuwał kawałkiem skóry po głowni miecza. Ostrze, na którym wiły się misternie ryte wzory, zdawało się świecić własnym, niebieskim światłem. Połyskująca złotem rękojeść kończyła się gałką z oprawionym w niej purpurowym kryształem. Klejnot zdawał się pulsować czerwonym światłem, jakby biło w nim żywe, krwawiące serce.

Starzec ocknął się z zamyślenia i spojrzał surowo na klęczącego opodal mężczyznę.

– Odejdź, Abu – mruknął. – Wracaj do swoich żon i dzieci. Zakłócasz mój spokój.

Koczownik odszedł w milczeniu. Nie zapomniał jednak niezwykłej broni, jaką dane mu było ujrzeć. Obraz błękitnego ostrza prześladował go, stopniowo odbierając rozum. Nocami przewracał się niespokojnie na posłaniu ze skór, daremnie czekając na sen. W ciemnościach wciąż miał przed oczami gorejący blask czerwonego kamienia osadzonego w rękojeści.

Pustelnik wzniósł ku wschodowi długą klingę i czekał, aż skąpie ją światło brzasku. Miecz był gotów. Brakowało mu tylko błogosławieństwa pierwszego promienia budzącego się słońca. Recytując ostatnie inkantacje, kowal zmrużył oczy przed oślepiającym blaskiem, jakim zapłonęło błękitne ostrze. Odetchnął głęboko i opuścił miecz. Chwila, na którą czekał, nadeszła.

Król jest głupcem – pomyślał. – Sam oddał się w moje ręce. W chwili gdy weźmie do ręki miecz, opęta go pradawna magia. Moc miecza otworzy bramę czasu i powrócą ci, którzy przed wiekami władali tą ziemią. Ich synowie zbyt długo już czekają na ten dzień.

Starzec spojrzał na siejący krwawe błyski klejnot i uśmiechnął się złowrogo. W tej samej chwili kątem oka zobaczył ruch wśród skał. Jakiś człowiek w stroju koczownika wspinał się wąską ścieżką prowadzącą do jaskini. Zbliżył się w końcu i upadł na twarz u podnóża głazu, na którym stał pustelnik.

– To znowu ty, Abu, synu Ansina? – spytał starzec, bardziej zdziwiony niż rozgniewany. – Czego chcesz tym razem? Czy okulał wielbłąd wodza, czy może twoją żonę rozbolał brzuch?

– O świątobliwy! O mądry! – zawodził pasterz, nie podnosząc się z ziemi. – Wybacz zuchwałość, pozwól powiedzieć.

– Mów, Abu-an. – Starzec westchnął z rezygnacją.

– Oddam ci moje wielbłądy, o święty, oddam je wszystkie...

– Przestań skamleć niczym szczenię szakala i mów, z czym przychodzisz.

– Oddam żony. Zabierz w niewolę moje dzieci...

– Nie chcę twoich żon i dzieci. Chcę, byś powiedział, czego chcesz, a potem wrócił do swojego obozu.

– Nie mogę przestać myśleć o mieczu, który wykułeś... Opętał mnie. We dnie wciąż widzę blask jego ostrza... Nocami dżinny mamią mnie widokiem czerwonego kamienia, który świeci w rękojeści. Nie cieszy mnie miłość żon. Jadło zamienia się w moich ustach w popiół. Cień namiotu nie przynosi ochłody... Oddam ci wszystko, o świątobliwy, wszystko, tylko daj mi ten miecz...

– Czy demony pustyni odebrały ci rozum?! Czy słońce zmąciło ci myśli?! – krzyknął rozwścieczony kowal. Tupnął nogą, aż z krawędzi zwietrzałej skały posypały się okruchy kamienia. – Idź precz sprzed moich oczu i nie waż się wracać! Nigdy! Słyszałeś, Abu? Obyś nie postawił stopy obok śladów moich stóp. Ani nikt z twojego plemienia!

– Błagam cię, o litościwy! Pozwól chociaż potrzymać go w dłoni...

– Idź precz! – zawołał starzec i odwrócił się plecami do koczownika.

Tamten nie odezwał się więcej. Ale też nie odszedł. Wężowym ruchem wpełzł na skalną półkę i zachwycony wpatrywał się w cudowną broń leżącą na głazie. Coś przyciągało go do niej z nieodpartą siłą. Kusiło, by dotknął długiej klingi o niebieskawym połysku, zakończonej ostrym szpicem. A gdyby tak położył dłoń na ostrzu pokrytym dziwnymi znakami? Tylko na chwilę... Nie mogąc się dłużej powstrzymać, delikatnie musnął palcami połyskujący metal.

Pustelnik obejrzał się przez ramię i zamarł z oburzenia.

– Zuchwały psie! – syknął, wyciągając rękę. Spóźnił się. Widząc groźny błysk w oczach starca, Abu-an rzucił się długim susem i pierwszy złapał za rękojeść. Bez zastanowienia, z całą zrodzoną z desperacji siłą pchnął mieczem w pierś starego kowala. Ostrze wbiło się tak głęboko, że złocisty jelec oparł się o ciało ofiary. Przez chwilę obaj stali nieruchomo, zaskoczeni nagłością wypadków. Koczownik odskoczył gwałtownie do tyłu, wyrywając miecz. Patrzył ze zgrozą, jak ranę wypełnia spieniona krew. Z przebitych płuc ze świstem uszło powietrze, a z rozpłatanego ciała buchnęła jasnoczerwona fontanna. Starzec przycisnął ręce do piersi i cofnął się chwiejnie w głąb jaskini.

Rozpryskując wokoło szkarłatne krople, zaczął przemawiać okropnym, syczącym głosem, coraz mniej podobnym do ludzkiego. Słychać w nim było krakanie sępów, wycie hien i ponure zawodzenie pustynnego wiatru.

– Przeklinam cię, plugawy pomiocie psa i szakala! Przeklinam cię wielkim zaklęciem pustyni! Oby złe duchy wywlekły z ciebie nędzną duszę, a ciało stoczył trąd!

Pasterz skulił się i przypadł twarzą do ziemi. Starał się nie słuchać, ale słowa dudniły mu w uszach jak grzmot, wwiercały się w mózg niczym rozżarzony świder.

– Miecz, który zdobyłeś za cenę krwi, będzie przeklęty na wieki! Od dziś już zawsze będzie pożądał krwi i tylko krew ugasi jego pragnienie! Oto rzucam na niego ostatni czar i klątwę. Wyciągnięty do walki, zawsze zabije, nie zawsze jednak śmierć zabierze przeciwnika. Posłuszny będzie tylko jednej dłoni... a sam wybierze swego pana... Ty nim nie będziesz, nędzny robaku, pełzający w pyle! Ciebie ten miecz zabije pierwszego! Zabije! Za...bi...je...

Głos śmiertelnie rannego przeszedł w rzężenie. Spomiędzy szybko bielejących warg pociekła krwawa strużka.

Abu-an cofał się powoli, spełzając tyłem ze skalnej półki. Szalony strach podnosił mu włosy na głowie i mącił rozum. Nie wypuszczał jednak rękojeści miecza z zaciśniętej dłoni. Gonił go, odbijając się echem wśród skał, okropny krzyk umierającego człowieka – czy może demona, bo tego pasterz nie był już pewien.

Poczuł wstrząs kamiennych płyt pod nogami i z trwogą zobaczył, jak skały wokół niego unoszą się i opadają niczym namioty smagnięte skrzydłem wichru, a zbocze nad jaskinią faluje, podobne do przesypujących się piasków. Uskoczył do tyłu, bo głazy zaczęły się zsuwać po stoku i łączyć w coraz szerszą lawinę.

Po raz ostatni podniósł wzrok na majaczącą w wejściu sylwetkę. Spadające kamienie przysłoniły otwór szarą kurtyną piargu i kurzu, ale i tak zdołał dostrzec, że oczy starca zaczynają świecić w ciemnościach, podobne do rozżarzonych węgli. Wokół jego sylwetki kłębiły się pasma pyłu czy dymu – a może były to skrzydła? Abu-an pochylił głowę, czując, że ten widok nie jest przeznaczony dla ludzkich oczu.

W głębi pieczary rozległo się przeraźliwe wycie. Zagłuszył je ryk walących się skał. Wielki kamienny blok oderwał się od skalnego masywu i runął z hukiem, zamykając wejście. Mniejsze kamienie i odłamki toczyły się z hurgotem, zasypując skalny próg, źródło i ścieżkę prowadzącą do groty.

W ciągu niewielu lat nawiewane wiatrem piaski pustyni zatarły ostatni ślad po jaskini i jej tajemniczym mieszkańcu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

[1] Kamień zwycięski, kamień błękitnego nieba – tak w starożytności nazywano turkus, wydobywany wówczas w Egipcie na półwyspie Synaj.