Wydawca: Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 315 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miecz Radogosta - Juraj Červenák

Najsłynniejsza seria fantasy rynków czeskiego i słowackiego!

Rogan powrócił z królestwa zmarłych, aby w świecie śmiertelników walczyć z biesami i siłami ciemności. Jako potomek czarnoksiężników z Góry Dzika musi jednak najpierw wydrzeć święty Krwawy Ogień z pazurów złowieszczych służalców Białoboga. Nie będzie to możliwe bez pamiątki rodowej - miecza wojennego, należącego niegdyś do boga Radogosta. Poszukiwania prastarego oręża zawiodą go daleko na zachód, gdzie plemię Czechów jest zagrożone przez plemię Łuczan dowodzonego przez demonicznego księcia Włościsława. Czarnoksiężnik i jego drużyna, wiedźma Mirena oraz przywódca wilczej sfory z zaświatów - Gorywałd, muszą stawić czoła nie tylko własnym nieprzyjaciołom, ale wciągnięci zostaną także w wir wojny, która zatrzęsie w posadach tronem książąt przemyślidowskich .

Juraj Červenák w drugim tomie cyklu „Czarnoksiężnik” rozwija motyw przewodni zapoczątkowany we „Władcy Wilków” i ponownie zabiera czytelników w pełną przygód podróż po świecie słowiańskich bohaterów, bogów i demonów.

Czarnoksiężnik, to znakomita seria, która błyskawicznie wciąga w świat słowiańskich herosów, książąt oraz magii, kapryśnych bogów i żądnych krwi biesów, a wszystko to na tle prawdziwych wydarzeń historycznych.

Juraj Červenák (ur. 1974 r.) to słowacki pisarz, który mistrzowsko łączy trzymającą w napięciu fantastyczną przygodę z historycznymi detalami. Za serię Czarnoksiężnik otrzymał Nagrodę Akademii Science Fiction, Fantasy i Horroru w kategorii „Najlepsza czeska i słowacka książka roku”. Nareszcie ukazuje się w języku polskim, co więcej w nowej, poprawionej przez autora wersji.

 

Opinie o ebooku Miecz Radogosta - Juraj Červenák

Fragment ebooka Miecz Radogosta - Juraj Červenák

Tytuł oryginału: RADHOSTOV MEČ
Tłumaczenie: AGATA MICKIEWICZ-JANISZEWSKA
Opracowanie graficzne: PIOTR CIEŚLIŃSKI
Ilustracja na okładce: © Michal Ivan
Redakcja serii i opracowanie historyczne: ARTUR SZREJTER
Korekta: WIOLETA MUSZYŃSKA, DOROTA RING
Skład: DOROTA DOBRZYŃSKA
Radhostov meč© 2010 by Červenák Juraj All rights reserved Copyright © for Polish edition by Instytut Wydawniczy Erica, 2014
ISBN 978-83-64185-57-1
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail:wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja:eLitera s.c.

iedługo miał zapaść zmrok. Dwunastu jeźdźców zatrzymało się na szczycie rzadko zalesionej góry.

Trwało święto przesilenia zimowego, jednak na trzy dni przed Godami poświęconymi Kraczunowi nagle się ociepliło i nastała odwilż. Śnieg, którym Morena, pani śmierci i zimy, od ponad miesiąca zasypywała krainy rozciągające się u podnóża góry Rzip, szybko topniał. W korytach potoków i rzek huczała mętna woda. Zaspy na drogach zastąpiło grząskie, zdradliwe błoto. Konie tuzina jeźdźców były zbryzgane ciemną breją, która teraz, kiedy wierzchowce stały w miejscu, skapywała im z brzuchów i ściekała po nogach.

Mężczyźni w siodłach wyglądali jak prawdziwa zbieranina – od siedemnastoletniego gołowąsa po siwiejącego pięćdziesięciolatka, od bohatera w łuskowej zbroi po wynędzniałego obszarpańca w pancerzu z garbowanej skóry i wyliniałym płaszczu z wilczego futra. Każdy był jednak uzbrojony po zęby, wszystkim też źle z oczu patrzyło. Wielu takich jak oni kręciło się teraz po terenach położonych na zachód i północ od Pragi oraz Wyszehradu, dwóch najważniejszych grodów plemiennego związku Czechów. Do niedawna większość z nich walczyła i bogaciła się, służąc u boku frankijskiego władcy podczas jego najazdów na Awarów. Kiedy jednak na południowo-wschodnich krańcach państwa Franków po niedawnych walkach pozostał tylko kurz, zaczęli w małych grupach wędrować wzdłuż i wszerz krain osłabionych licznymi wojnami. Po latach krwawych doświadczeń bardziej przypominali okrutne bestie niż ludzi.

Poza bezlitosnym wzrokiem dwunastu mężczyzn łączyło coś jeszcze: na piersi każdego połyskiwał srebrny amulet w kształcie biegnącego wilka z siedzącym na jego grzbiecie sokołem. A zatem służyli temu samemu panu, srebro zaś znaczyło, że nie byle kto wydawał im rozkazy.

Na czele drużyny stał żylasty mężczyzna około czterdziestki. W pętli u siodła, przy prawej nodze, miał zawieszony masywny topór. Kiedy zsunął z głowy kaptur, obnażył łysinę otoczoną pasmem rzadkich, lepkich od brudu włosów.

– Wspaniale. – Spojrzał w dolinę, a jego oczy błysnęły. – Nocleg mamy zapewniony.

U podnóża zalesionych zboczy góry, po których z wolna pełzły wieczorne cienie, szeroką doliną płynęła Ochrza. Nad brzegiem rzeki stała garstka prostych zabudowań, ogrodzonych jedynie nędznym wałem z gliny wymieszanej z kamieniami. Jeźdźcy usłyszeli dobiegający z oddali śpiew, a na dziedzińcu pośrodku osady dostrzegli ożywiony ruch.

– Co robimy, Dabro? – zwrócił się do przywódcy młody chłopak z odrażającą dziurą zamiast lewego oka.

– To, co zazwyczaj, Szteku. – Łysiejący wojownik wyszczerzył zęby. – Przekażemy wiadomość, a potem weźmiemy sobie to, na co przyjdzie nam ochota. Szczęśliwych i wesołych Godów, chłopcy!

Śmiejąc się złowieszczo, popędzili konie.

– Musisz jeszcze podrosnąć, Dzwonko. – Biezdziad, władyka rodu, zaczął się śmiać, kiedy zobaczył, jak jego siedmioletnia wnuczka podskakuje i bez powodzenia usiłuje dosięgnąć najniższej gałęzi badniaka. Chwycił ją pod pachy i podniósł. Miała skupioną minę, kiedy na iglastej gałązce wieszała trzy nawleczone na sznurek orzechy. Przez kilka dni pieczołowicie przygotowywała ofiarny dar, kiedy więc te starania zostały zwieńczone sukcesem, jej twarz pojaśniała.

– Zdążyłaś w ostatniej chwili. – Biezdziad postawił dziewczynkę na ziemi, chwycił ją za rękę i odsunął. – Teraz podpalimy drzewo i tym samym ofiara będzie spełniona.

Był to prastary zwyczaj. Dzień przed świętem przesilenia zimowego najsilniejsi mężczyźni z rodu wyruszali do lasu i przynosili piękną, mającą nawet do dwóch sążni jodłę. Zgodnie z tradycją ustawiali ją pośrodku dziedzińca osady i w ten sposób zwykła jodła stawała się badniakiem, drzewem ofiarnym dla pana przesilenia.

– Musimy oddać cześć Kraczunowi – dziadek wyjaśniał Dzwonce – w innym razie mógłby się na nas pogniewać i dni nie stawałyby się coraz dłuższe. Dalej by się skracały, aż w końcu nastałaby wieczna ciemność.

– Nie strasz jej, ojcze. – Czasta spojrzała na mężczyznę i przytuliła do siebie wyraźnie zaniepokojoną dziewczynkę.

Już od samego rana mieszkańcy osady podchodzili pod badniak i wieszali na nim dary. Błotnica była biedną wioską, ale każdy coś znalazł. Kawałek miodowego kołacza, pas słoniny, jabłko, łój, woreczek mąki, jajko. Wieczorem drzewo było bogato ustrojone, a zgromadzony wokół niego ród Błotniczan śpiewał i prosił Kraczuna o dłuższe dni. Obrzędu dopełnił Przyboj, najsilniejszy mężczyzna z rodu, mąż Czasty. Pod badniakiem złożył w ofierze owcę, a jej krwią poświęcił pień. Ociekającą posoką głowę zwierzęcia przekazał chłopcu, który w tym roku przeszedł postrzyżyny. Ten zwinnie wdrapał się na jodłę i na jej wierzchołku przymocował owczy łeb, z którego pyska śmiesznie wystawał język. Mięso upieką na wieczerzę.

Młodzieńcy przynieśli płonącą pochodnię i przekazali ją Biezdziadowi, gdyż starosta rodu był także głównym ofiarnikiem. Ogień, który za chwilę strawi drzewo i wszystkie dary, będzie świadczył o tym, że Kraczun przyjął ofiarę.

Jednakże zanim władyka przyłożył pochodnię do najniższych konarów badniaka, na drodze wiodącej od wzgórz do wioski zadudniły kopyta. Błotniczanie z lękiem się obejrzeli. Przyboj, pomimo tak uroczystej chwili, soczyście zaklął.

Przez zacieniony las biegł olbrzymi, czarny stwór. Oczy świecące jak u zjawy, paszcza pełna połyskujących kłów. Kluczył pomiędzy drzewami z taką prędkością, że jego łapy ledwie muskały powierzchnię śniegu – mknął lekko jak po wyłożonej kamieniami ulicy grodowej.

Zwietrzył zdobycz.

Jeźdźcy doskonale wykorzystali moment zaskoczenia. Zaatakowali.

Wrzeszcząc i wymachując bronią, przecwałowali pomiędzy zabudowaniami i wdarli się na okrągły dziedziniec pośrodku osady. Tam rozdzielili się i w okamgnieniu odcięli zaskoczonym ludziom wszystkie drogi ucieczki. Kilku Błotniczan próbowało się przedrzeć, ale razy zadane końskimi kopytami lub stopami jeźdźców powaliły ich w błoto.

– Gdzie, parszywa hołoto?!

Chłopi zbili się w ciżbę jak stado owiec przed sforą wilków. Mężczyźni wepchnęli do środka kobiety i dzieci, a sami ustawili się na obwodzie niczym żywa, gotowa do ataku tarcza.

Ucichł stukot kopyt, słychać było tylko dziecięcy płacz i szczekanie psów. Twarze napastników wykrzywiły się w szyderczych uśmiechach.

– Ożeż, a to dopiero dziura! – Wojownik w kolczudze splunął.

– Dziura? – Dabro się rozejrzał. Wokół stały przygarbione, niskie chaty i ziemianki o ścianach pokrytych cienką warstwą gliny wymieszanej z sianem. – Nie schlebiaj im, Karwaszu. To jest zwyczajne gnojowisko. Zgniła jama pełna gówna, szczyn i przerośniętych, dwunożnych szczurów.

– Wolałbym tu nie nocować – gderał Karwasz. – Jeśli wszy nas nie zeżrą, to już na pewno nigdy nie zmyjemy z siebie tego smrodu.

– Jasne, bo przecież tak pięknie pachniemy. – Jednooki Sztek zachichotał.

– W porównaniu z tym czymś, na pewno.

– Nie bądź takim pyszałkiem, Karwaszu – syknął Dabro. – Zdarłeś z frankijskiej padliny pancerz i myślisz, żeś urodzony pan wojny! Nie gadaj głupot. Zatem – przywódca drużyny przyjrzał się mieszkańcom osady – kto jest starostą tego rodu?

Biezdziad niepewnie wyszedł przed szereg. Wciąż trzymał w dłoni pochodnię, będącą w tym momencie jedynym źródłem światła. Migotliwy płomień wydobywał z gęstniejących ciemności obraz ostrzy obnażonej broni.

– Czego od nas chcecie?

– Czego chcemy? – Łysy przybysz uśmiechnął się złowieszczo. – Czy nie dzisiaj jest święto Kraczuna?

– Zgadza się.

– W takim razie – zbrojny poprawił się w siodle – przybyliśmy na ucztę. Przecież nie wygonicie wyczerpanych i głodnych wędrowców, którzy przybyli do was z życzeniami obfitych plonów w nadchodzącym roku oraz by wymodlić dla was łaskę bogów?!

Jeźdźcy wybuchnęli śmiechem. Mieszkańcy wioski patrzyli na nich z przerażeniem.

– Nie podoba ci się taka odpowiedź, starcze? – Dabro pochylił się w stronę starosty. – Dobra, mam inną. Jesteśmy tu, aby przekazać wam wiadomość od wilka Włościsława, księcia Łuczan.

Błotniczanie zamarli z przerażenia. Łysy skinął na Szteka. Ten wysunął z pochwy przy siodle długi żelazny miecz, będący w tych okolicach czymś niespotykanym. Uniósł go prawą ręką, podczas gdy w lewej trzymał powróz z łyka z pętlą na końcu.

– Nastaw uszu, litomierzycka zgrajo! – Dabro podniósł głos. – Książę Włościsław wzywa na wojnę! Przeciw Pradze i Wyszehradowi, przeciw tchórzliwemu Neklanowi! Każdy mężczyzna i chłopiec, który wzrostem przewyższa długość tego miecza, musi chwycić za broń i najpóźniej do dnia wiosennej równonocy stawić się we Włościsławiu, nowej twierdzy Łuczan, położonej między wzgórzami Medwiez i Przipet. Tam zbierają się ludzie na wyprawę przeciw Czechom. Wszyscy, którzy posiadają szkolone sokoły lub jastrzębie, niech przybędą wraz z nimi. Na tych, którzy nie poddadzą się woli Włościsława lub nie stawią się na czas, czeka ta łykowa pętla. Na niej zostaną bezlitośnie powieszeni. Zrozumieliście, śmierdziele?!

Nikt nawet nie pisnął. Strach Błotniczan był niemy jak niewolnik z odciętym językiem.

– Dobrze. – Wódz zbrojnych skinął głową. – Rano odmierzymy mieczem wszystkich chłopców. A teraz, staruchu – skierował spojrzenie na Biezdziada – zgodnie z obyczajem, któremu hołdujesz, zaproś nas do stołu biesiadnego! Pamiętaj, że twoja hojność zapewni ci łaskę bogów w nadchodzącym roku. Ponadto – dodał z krzywym uśmieszkiem – pozwoli ci dożyć świtu.

Władyka zacisnął zęby, po czym wziął głęboki oddech i powiedział:

– Tak nakazuje obyczaj. Na święto przesilenia zimowego każdy gość jest mile widziany i trzeba go ugościć jak własnego brata. Odłóżcie broń, spocznijcie i dołączcie do nas. Jesteśmy biednymi ludźmi, ale chętnie podzielimy się z wami tym, co mamy.

Jego słowa wywołały wśród niechcianych gości kolejny wybuch śmiechu. Brzmiał coraz bardziej złowieszczo.

– Tego możesz być pewien, że się podzielicie. – Dabro skrzywił się. – A te głupoty o biedzie możesz sobie w tyłek wsadzić. Badniak macie całkiem, całkiem, no i bogato ustrojony, a tam nawet tłuściutka kiełbasa wisi. Mnie się raczej wydaje, że macie się tu bardzo dobrze.

– I ja odnoszę takie wrażenie! – krzyknął Sztek, wyciągnął szyję i spojrzał swoim jedynym okiem ponad głowami błotniczańskich mężczyzn. – Jak się tak przyjrzeć, to i baby tu są niczego sobie. Mam nadzieję, że i one nas ugoszczą, cha, cha!

– Nie miej najmniejszych wątpliwości. – Przywódca wyszczerzył zęby. – Mnie się widzi ta tutaj. Słyszycie, chłopcy? Ta jest moja!

Biezdziada oblał zimny pot. Stali z Przybojem ramię w ramię, a spomiędzy nich wyglądała Czasta. Łysy przybysz wskazywał toporem wprost na nią. Starosta z ukosa spojrzał na zięcia i dostrzegł, jak krew napływa mu do twarzy.

Od razu wiedział, że będzie źle.

– A co, jeśli wam na to nie pozwolimy? – warknął Przyboj.

Śmiech ucichł nagle.

– Coś ty powiedział? – syknął Dabro.

Władyka usiłował dać zięciowi znać, by ten się uciszył. Czasta chwyciła męża od tyłu za rękę, ale siłacz nie zwracał na nich uwagi.

– Co, jeśli połamiemy każdą zafajdaną łapę, która spróbuje tknąć naszych kobiet? – Gwałtowny charakter młodego Błotniczanina dał o sobie znać. – Co, jeśli poślemy was do biesów, pasożytnicza zgrajo? Jest nas cztery razy więcej!

Jeźdźcy mocniej zacisnęli dłonie na rękojeściach broni. Łysol podjechał na koniu do Przyboja. Szarpnął wodzami na piędź przed nim, o mały włos nie taranując barczystego mężczyzny. Ten ścisnął w dłoni ofiarny nóż, wciąż lepki od owczej krwi.

– I co z tego? – warknął najemnik. – Nikt z was nie ma przy sobie nawet motyki, podczas gdy my ściskamy w łapach całkiem spore kawały żelaza. Wy jesteście parszywymi wieśniakami, my starymi wilkami, które walczyły na wojnie z Awarami, a na łuczańskim żołdzie odrąbywały łby Czechom, Lemuzom, Deczanom i waszym współplemieńcom, litomierzyckie gnidy. Już posraliście się ze strachu, my zaś czekamy tylko na okazję, żeby móc nacieszyć oko widokiem świeżej krwi. Pojmujesz, szczurze? – Dabro mówił coraz głośniej. – Kiedy się na was rzucimy, w jednej chwili zamienimy was w żarcie dla wron. I zgadnij, czyja głowa pierwsza poturla się w gnój!? – Mówiąc ostatnie słowo, błyskawicznie zamachnął się toporem, by dać Przybojowi nauczkę.

– Nieee! – Czasta i Biezdziad krzyknęli jednogłośnie.

Nad osadą błysnęło, coś syknęło w powietrzu. Na dziedzińcu zatańczyły ostre cienie Błotniczan i łuczańskich posłańców. Badniakiem wstrząsnęło uderzenie. Jodła z trzaskiem rozgorzała. Wódz łotrów znieruchomiał z toporem nad głową, a wysoko unoszący się płomień odbijał się w jego wytrzeszczonych ze zdziwienia oczach. Konie rżały, jeźdźcy i Błotniczanie z przerażeniem patrzyli na płonące drzewo. Biezdziad bezradnie spojrzał na pochodnię, którą wciąż trzymał w dłoni.

– Kraczun! – pisnęła zadowolona Dzwonka, ciągnąc jedną ręką za spódnicę matki, a drugą wskazując na badniak. – Kraczun przyjął nasze dary!

To jednak nie był Kraczun.

W pobliżu zadudniły kopyta. Rozległ się jęk przeszywający aż do szpiku kości. Zbójnicy odwrócili się w kierunku, skąd dochodziły dźwięki.

To była tylko zmyłka. Atak przyszedł z przeciwnej strony.

Z ciemności wyskoczył koń, na którego grzbiecie siedział ktoś bardzo szczupły. Ci, którzy w ostatniej chwili zauważyli wierzchowca i zdążyli się odwrócić, zobaczyli demoniczną twarz, głowę z wijącymi się wężami zamiast włosów i olbrzymie skrzydła.

W blasku płomieni błysnęło ostrze. Jeden z kompanów Dabrona, stojący nieznajomemu na drodze, nie zdążył nawet mrugnąć. Uderzenie wyrwało go z siodła. Kiedy wzlatywał w powietrze, tryskająca z czaszki krew wyglądała w blasku ognia jak sznur rubinów.

Demon zawrócił rumaka i na powrót zanurzył się w ciemności.

Mężczyzna z rozłupaną głową spadł w błoto.

Zapanowała pełna przerażenia cisza. Łysy, nadal trzymający topór nad głową, opamiętał się pierwszy.

– Szybko...

Nikt jednak nie zdążył się przekonać, kogo chciał ponaglić. Coś złowrogo zabuczało. Strzała wbiła się tuż pod uchem złoczyńcy. Przeszła przez szyję i, oblepiona od grotu aż po lotki lepką krwią, z pluskiem wpadła w błoto. Z obu dziur na szyi wojownika trysnęły dwa strumienie krwi. Przywódca, charcząc i wypluwając z ust czerwoną pianę, zwalił się z siodła.

Sztek i Karwasz, dwie prawe ręce zabitego, spojrzeli na siebie, po czym jednocześnie unieśli broń i krzyknęli:

– Zasadzka! Dalej na ten motłoch!

Pozostali najemnicy nie zastanawiali się nad bezsensownością rozkazu – po prostu go usłuchali. Zawyli i zaatakowali Błotniczan.

– Uciekajcie! – krzyknął Biezdziad i rzucił pochodnią w Szteka. Jednooki odtrącił ją na bok mieczem i zwrócił się na koniu w kierunku starosty. Już szykował się, by zadać cios, kiedy z boku zaatakował go Przyboj. Zięć starosty miał siły za dwóch – strącił mordercę z siodła i powalił w błoto. Zbój ryknął. Mąż Czasty chwycił go za włosy i wbił w jego zdrowe oko nóż ofiarny. Ostrze zanurzyło się w czaszce i zgrzytnęło na kości. Zanim Sztekiem wstrząsnęły przedśmiertne drgawki, Przyboj wykręcił mu dłoń i wyrwał z niej miecz. Tymczasem władyka podniósł z ziemi topór Dabrona.

Błotniczanie usiłowali uciec z dziedzińca oświetlonego blaskiem ognia. Matki ze wszystkich sił starały się uchronić dzieci przed zadeptaniem, a mężczyźni próbowali osłaniać drogę ich ucieczki. Panował rozgardiasz i ogłuszająca wrzawa. Czasta wzięła Dzwonkę na ręce i pobiegła w stronę najbliższej chaty. Tuż za nią zadudniły kopyta. Obejrzała się ze zgrozą. Jedyne, co w tym zamieszaniu zauważyła, to pożądliwy uśmiech jeźdźca. Poczuła zanurzającą się we włosy łapę napastnika.

– Mam cię, suko!

Krzyknęła i mocniej przycisnęła do siebie płaczącą córkę. Po chwili pojawił się kolejny koń. Kobieta usłyszała potworny jęk, dokładnie taki sam jak ten, który zwiastował pierwszy atak skrzydlatego demona. Słychać było brzęk żelaza tnącego mięso i kość. Coś uderzyło ją w plecy i z chlupotem wpadło w błoto. To była głowa jeźdźca z zastygłym na twarzy uśmiechem. Obok Czasty przebiegł wierzchowiec z bezgłowym ciałem w siodle. Potknęła się i o mały włos nie upadła. Pomimo przejmującego strachu coś ją skłoniło, by ponownie się odwrócić. Olbrzymi rumak demonicznego sprzymierzeńca zarżał i stanął dęba. Wielkie czarne skrzydła zatrzepotały w powietrzu.

Czasta i Dzwonka, obie obryzgane świeżą krwią, głośno krzyczały.

Jeździec, uzbrojony w topór na długim stylisku, wtargnął pomiędzy Biezdziada a Przyboja. Siłaczem, mocno uderzonym piersią konia, aż okręciło w kółko. Napastnik zamachnął się i zadał cios w jego ramię. Błotniczanin krzyknął i padł na ziemię. Odświętny ubiór zalała krew. Z drugiej strony doskoczył władyka i rąbnął najemnika toporem w plecy. Zbyt słabo – ostrze ześlizgnęło się po kolczudze. Najeźdźca zachwiał się w siodle, soczyście zaklął i ruszył na kolejnego przeciwnika. Ostrze uderzyło w tarczę, którą starosta błyskawicznie uniósł. Biezdziad upadł. Jeździec szarpnął lejcami z zamiarem najechania na leżącego. Starzec wytrzeszczył oczy.

Rozległ się dźwięk, jakby ktoś w pobliżu biegł po błocie. Władyka spojrzał w kierunku, skąd dochodził odgłos i jego oczy zrobiły się jeszcze większe.

Ogromne łapy oderwały się od ziemi, czarny cień w potężnym skoku przeleciał ponad końskim grzbietem. Zbój zleciał z siodła niczym słomiana kukła. Błoto rozbryznęło się na wszystkie strony. Napastnik miotał się pod ogromnym, czarnym ciałem. Biezdziad usłyszał dźwięk, jaki wydaje mięso rozszarpywane kłami. Krzyk złoczyńcy zamienił się w bulgocące charczenie. Zgrzytnęły łamane kości. Mężczyzna kopnął nogami w powietrzu i znieruchomiał.

Zjawa zwróciła płonące oczy w kierunku ogarniętego przerażeniem starca. Z czarnej sierści na pysku kapała krew.

Pozostali jeźdźcy w końcu zrozumieli, że z łowców przemienili się w bezlitośnie tępione szkodniki. Zostawili mieszkańców osady w spokoju, zatrzymali konie pośrodku dziedzińca i osłaniając się nawzajem, wpatrywali się w otaczającą ich ciemność. Ci Błotniczanie, którzy nie ucierpieli, pomagali rannym współplemieńcom i przenosili ich w bezpieczne miejsce. Po chwili wszyscy zniknęli w mroku między chatami.

Zapadła cisza. Łotrzy wyczekiwali w plamie migotliwego światła, rzucanego przez wciąż płonący badniak. W błocie leżały trupy ich kompanów.

W końcu zauważyli.

Z tyłu, za trzaskającym iskrami drzewem, pojawił się mężczyzna na rosłym ogierze. Wyglądał jak czarna zjawa. Przez plecy miał przewieszony kołczan wypełniony strzałami, w dłoni ściskał łuk.

Z lewej strony, w świetle ognia, pojawiło się ogromne zwierzę. Pies, a raczej wilk, poruszał się sprężyście, a przy tym złowieszczo. Ucieleśnienie śmierci. Zatrzymał się obok jeźdźca, jego oczy błysnęły czerwonym blaskiem.

Jako trzeci, z prawej strony, przykłusował wojownik z mieczem w dłoni. Najemnicy gapili się na niego bezmyślnie. To, co brali za ogromne skrzydła, było w istocie połami rozwianego płaszcza. Węże na głowie straszydła okazały się warkoczykami. Twarz zaś wcale nie była szkaradna – to tatuaż na policzkach nadawał jej groźny wygląd.

– A niech to – wycedził przez zęby najmłodszy ze zbójów, ledwie siedemnastoletni, a mimo to o ciele gęsto usianym bliznami. – To oni.

– Jacy oni? – szepnął znajdujący się z jego prawej strony siwiejący pięćdziesięciolatek z brodą.

– Czarownik, wiedźma i wilk. Opowiadali o nich morawscy kupcy, którzy wieźli Frankom niewolników z Księstwa Nitrzańskiego. To dzikie bestie, czarownicy, upiory. Jak nic żywią się ludzką krwią.

Karwasz zdobył się na odwagę i ruszył konno w stronę tajemniczej trójki. Rumak opierał się jednak i nie chciał podejść do szczerzącego zęby wilka.

– Czego chcecie? – zawołał zbój we frankijskim pancerzu. – Dlaczego nas zaatakowaliście?

– Ta osada jest pod naszą ochroną. – Jeździec, którego wzięli za demona, znów ich zaskoczył, gdyż mówił kobiecym głosem.

– Łgarstwo! Wszystkie litomierzyckie wsie i grody podlegają łuczańskiemu księciu Włościsławowi. A my jesteśmy tu z jego woli!

– Z pewnością również z woli księcia napadliście na samotną chatę leżącą dwie mile stąd. Także na rozkaz Włościsława zadusiliście dzieci, zgwałciliście ich matkę, a ojca wypatroszyliście jak rybę.

– Działamy na rozkaz pana! – odciął się Karwasz. – Kto się nam sprzeciwia, sprzeciwia się samemu księciu i musi za to srogo zapłacić. Pozwólcie nam odejść, bo inaczej...

– Inaczej co? – warknął mężczyzna z łukiem.

Już głos kobiety przyprawiał ich o gęsią skórkę, jednak ton wojownika sprawił, że dopiero teraz krew zastygła im w żyłach niczym tężejący wosk. Usłyszeli dźwięk żelaza wysuwanego z pochwy. W dłoni czarnego jeźdźca ukazał się miecz. Ostrze odbiło blask ognia i oświeciło twarz mówiącego, dotąd pozostającą w cieniu. Zobaczyli wyszczerzone zęby i przerażające oczy ze źrenicami czarnymi niczym bramy wiecznej ciemności.

To jedno spojrzenie wystarczyło, by Karwasz zawrócił konia i popędził go uderzeniami pięt.

– Jazda! – zawołał na kompanów. – Uciekajcie!

Czarny jeździec bez namysłu spiął wierzchowca do biegu. Wilk i wiedźma uczynili to samo.

Bestie nigdy nie pozwalają uciec zdobyczy.

zy mnie widzicie?! – Biezdziad siedział u szczytu stołu, skrywając się za stosem miodowych kołaczy, podpłomyków, grudek owczego sera, kiełbas i dzbanów z miodem pitnym.

– Ani jednego włoska nie widzimy! – chórem odpowiedzieli zgromadzeni wokół biesiadnego stołu Błotniczanie.

– Abyście za rok znów mnie nie widzieli! – Władyka powstał i uniósł ręce w modlitewnym geście. – Wspólnie ulejmy miodu bogom, niech chronią Błotnicę i obdarzą nas obfitymi plonami. Abyśmy za rok znów mieli stół zastawiony licznymi pokarmami. Podajcie mi róg obfitości.

Czasta włożyła w ręce ojca wielki róg z miodem. Wszyscy obecni podnieśli swoje naczynia.

– Dla ciebie, Perunie, abyś dał nam dostatek deszczu i uchronił od niebieskiego ognia! – przemówił starzec i wylał odrobinę miodu na udeptaną glinę pod nogami. Pozostali rodowcy uczynili to samo.

– Dla ciebie, Żywio, aby kłosy były pełne, drzewa owocowały, plastry ociekały miodem, a zwierzyna zapełniała lasy. Aby ziemia obrodziła hojnie, a myśmy pozostali syci przez cały rok!

Trzeci raz miód zwilżył polepę, po czym biesiadnicy w końcu unieśli naczynia do ust.

– Wstrzymajcie się jeszcze – poprosił starosta. Mieszkańcy osady spojrzeli na niego z zaskoczeniem. – Chwalmy także bogów, których być może imienia nie znamy, a którzy zesłali nam tych troje obrońców. – Zwrócił się w stronę gości, siedzących na zaszczytnych miejscach po jego prawicy. – Gdyby nie oni, nie byłoby nas tu teraz. Bez ich pomocy nie wyszlibyśmy cało z potrzasku. Składamy wam dzięki, Roganie, Mireno i Gorywałdzie!

Oczy wszystkich zgromadzonych w izbie zwróciły się ku trójce tajemniczych przybyszy. Obok starosty stał wysoki mężczyzna o kruczoczarnych włosach, a po jego lewej szczupła jasnowłosa kobieta z tatuażem na szyi i twarzy. Oboje byli ubrani na czarno. Ogromny wilk leżał obok paleniska i obserwował otoczenie zadziwiająco rozumnymi oczami.

Mężczyzna o imieniu Rogan podziękował Biezdziadowi skinieniem głowy i napił się trunku. Biesiadnicy z niepewnością odwzajemnili gest.

Kobiety rozniosły potrawy oraz pełne dzbany. Z rożna nad paleniskiem zdjęły kusząco pachnącą, upieczoną na złocisto tuszę owcy. Rozpoczęła się uczta.

Biezdziad nie pamiętał równie ponurego Kraczuna. Może z wyjątkiem tego, kiedy po raz pierwszy obok niego, u szczytu stołu, zabrakło żony, która zmarła na kaszel i ból w piersiach. Błotniczanie jedli w milczeniu, ze spuszczonym wzrokiem. Wciąż mieli żywo w pamięci strach towarzyszący nieproszonej wizycie łupieżców, a teraz z ukosa, jakby z rezerwą, patrzyli na trójkę gości. Poza starostą nikt nie zdobył się na odwagę, by z nimi porozmawiać, nikt nawet nie śmiał się do nich zbliżyć. Wprawdzie obronili osadę przez spustoszeniem, ale ze zbójami obeszli się aż nadto okrutnie i krwawo. Nie zwracali uwagi na prośby i błagania, nie okazali ani krzty zmiłowania. Wzbudzali strach.

Powoli nastrój się ocieplał, gdy miód coraz bardziej łagodził obawy. W końcu ktoś zaintonował pieśń, inni dołączyli i biesiada wreszcie przestała przypominać ucztę żałobną.

Także Mirena popiła sobie zdrowo, więc jej lodowate spojrzenie złagodniało.

– Dzięki ci, starosto. – Stuknęła swoim kielichem o róg Biezdziada. – Piję za zdrowie szczodrego gospodarza! To, że siedzimy przy tym stole, jest dla nas czymś w rodzaju cudu. Powiedz, Czarny, kiedy ostatni raz świętowałeś Kraczuna?

Rogan spojrzał nieprzytomnym wzrokiem w odległą przeszłość.

– Już nie pamiętam – wymamrotał, ale zdradził go błysk w oku, będący oznaką miłego wspomnienia.

– Rozumiem. – Władyka wzniósł róg. Przepili do siebie. – Służąc w wielkim wojsku, nie przywiązuje się dużej wagi do obyczajów.

Łucznik uniósł ciemne brwi.

– Jak odgadłeś, że służyłem?

– Nie musiałem zgadywać. – Starosta wierzchem dłoni otarł wąsy. – Mieszkamy wprawdzie na odludziu, ale sława Czarnego Rogana, łucznika i pogromcy Awarów, dotarła także tutaj. Wielu moich rodowców uczestniczyło w wyprawie przeciw kaganatowi. Kiedy wrócili, opowiadali o tobie. Ale słyszałem, że udałeś się na wschód, do Bułgarów, dlatego zaskoczyło mnie, że zjawiłeś się tutaj, na zachodzie. Co w środku zimy wygnało was na wędrówkę?

– Szukamy pewnej osoby – wymijająco odrzekła Mirena. – Zmierzamy do Dębowego Lasu, do źródeł Biliny.

Starzec szeroko otworzył oczy.

– To złe okolice, pełne czarów. Istny koniec świata. Nawet potężni Frankowie, kiedy podążają na wschód po zdobycze, wolą omijać tę pełną wił i ludożerczych hejkali dzicz, więc udają się okrężną drogą biegnącą na północy, przez deczańskie przesmyki. Poza tym – władyka ściszył głos – jadąc do Dębowego Lasu, musicie wkroczyć na terytorium Łuczan. A to niezbyt przyjazne ziemie. Na dodatek książę Włościsław szykuje się właśnie na wojnę.

– Widzieliśmy już jej zapowiedź w postaci miecza i łykowej pętli – przytaknął Rogan. – Jeśli rody posłuchają, Łuczanie zgromadzą liczne wojsko.

– Rody posłuchają. – Biezdziad zwiesił siwą głowę. – Przed Włościsławem wszyscy się korzą. Książę jest silny i okrutny, bezlitośnie gnębi sąsiadów, pali, morduje, bierze w niewolę. Mówią o nim nawet, że nie jest człowiekiem, a wcielonym demonem. Składa przecież ofiary złemu Czarnobogowi, który w zamian karmi go swą tajemną mocą. Dzięki niej książę w nocy przemienia się w wilka i przebiegając lasy, zmierza do okolicznych osad, wiedziony zapachem ludzkiej krwi.

Gorywałd przestał chrupać kości i podniósł znad nich wzrok. Łucznik nawet nie mrugnął, nie odpowiedział też na wymowne spojrzenie Mireny, tylko spokojnie upił łyk miodu.

– Na usługach Włościsława jest ponoć zaklinacz – ciągnął starosta – równie zły i żądny władzy jak jego pan. A może nawet gorszy. To on nakłania władcę do nowych podbojów, on snuje podstępne plany, on pod posągiem Czarnoboga podrzyna ludziom gardła i krwią maluje na ciele Włościsława magiczne znaki. On zaszczepił w nim dzikość wilczej rasy... – Biezdziad zamilkł, spostrzegłszy, że twarze gości ściągnęły się niczym skórzane maski.

Zauważył również zaciekawione spojrzenie Gorywałda – wilk obserwował go, jakby rozumiał każde słowo. Władyka szybko uniósł róg i duszkiem go opróżnił.

– Ale Włościsław już raz poniósł klęskę – Czarny przerwał nieprzyjemne milczenie.

Starzec odkaszlnął.

– Prawda. Dwa lata temu uzbrojeni Łuczanie ruszyli na Czechów. Zdobyli Drzewicz i Slany, butnie spalili nawet świętą Budecz, prastarą siedzibę Kroka. Dotarli aż do Hradca, siedziby Częstomira, kuzyna księcia Neklana. I to miejsce obróciliby w popiół, ale na szczęście w sądnej godzinie pospieszyły Czechom z pomocą rody z północy i zachodu, Lemuzowie, Deczanie i my, Litomierzycy. Włościsław musiał szybko odtrąbić odwrót, aby nie dostać się w nasze łapy. Jego zemsta nadeszła jednak nagle niczym letnia burza. Palił i grabił tereny nad Łabą, Ochrzą i Mżą, podbijał jedną twierdzę za drugą, dziesiątkował rody, które wówczas stanęły po stronie Czechów. Na naszych litomierzyckich ziemiach wzniósł ogromny gród i nazwał go swoim imieniem. Jadąc na zachód stąd, można go dostrzec w oddali, za lasami. Weźcie sobie jednak moją radę do serca – omińcie to miejsce niczym zarazę. Jest to siedlisko złych i okrutnych ludzi, nie tylko Łuczan, ale również najemników zwabionych wizją zdobyczy.

– Ominiemy – przytaknął Rogan. – Nie dotyczą nas spory między Czechami a Łuczanami.

– O, gdybyśmy i my mogli powiedzieć to samo. – Gospodarz westchnął. – Zanosi się na wielką wojnę. Czeski książę Neklan chciał jej uniknąć, wysłał nawet do Łucka posłów z prośbą o pokój i spokojne sąsiedztwo. Wysłani starostowie złożyli u stóp Włościsława hojne dary – złote i srebrne grzywny, kutą zbroję, malowane tarcze, a nawet dziesięć koni ze szlachetnej hodowli. Łuczański książę wyśmiał ich, wygnał i kazał przekazać Neklanowi, że wkrótce sam wybierze się po wszystkie skarby ukryte na Wyszehradzie i w praskim grodzie.

– Z pewnością nie rzucał słów na wiatr. – Czarny zamieszał resztę miodu na dnie kielicha.

Biezdziad wziął dzban i dolał jemu, sobie oraz Mirenie.

– Zostawmy te ponure wizje. Trwa przecież Kraczun.

– Prawda – przytaknęła czarownica, będąca z każdą chwilą w coraz lepszym nastroju. – Troski trzeba utopić w miodzie.

– Dobrze prawisz, czcigodna wiedźmo. – Władyka wyprostował plecy i uniósł róg. – Hej, Czasta, przynieście jeszcze parę dzbanów!

Słowa starosty spotkały się z radosną odpowiedzią ucztujących. Ktoś rozpoczął pieśń o ucieczce Horymira z niewoli oraz jego odważnym skoku z wyszehradzkiej skały, którego dokonał na swoim wspaniałym koniu Szemiku. Pozostali biesiadnicy natychmiast dołączyli się do śpiewu. Szybko poczuli, jak strach mija i zastępuje go szczera radość.

Uchyliły się drzwi i izbę wypełniły odgłosy uczty. Ktoś śpiewał pioseneczkę o zbłąkanym młodzieńcu i stęsknionych rusałkach. Choć minęła północ, Błotniczanie wciąż dobrze się bawili.

Światło ognia z głównej sali przemknęło po izbie i ześlizgnęło się po ostrzu miecza, który trzymał Rogan.

– Jeszcze nie śpisz? – Mirena piętą przymknęła drzwi. Zapaliła knot na łzawej grudce wosku stojącej pośrodku stołu. Płomień zakołysał się i spłoszył cienie zastygłe dotąd w kątach.

– Nawet gdybym chciał, nasi gospodarze wyją tak głośno i fałszywie, że zęby same mi zgrzytają. – Wojownik siedział na rozklekotanym stołku i przesuwał osełką po klindze broni. – To jest również główny powód mojej tchórzliwej ucieczki z uczty. A ty co? Czemu tak szybko się ulotniłaś?

Wiedźma wypiła łyk z przyniesionego przez siebie glinianego dzbana i usiadła na prostym posłaniu.

– Jak zwykle. – Wzruszyła ramionami. – Przecież wiesz.

– Jasne, że wiem. Często wychodzisz w nocy. Nigdy nie mówisz gdzie i po co.

– A ty nigdy nie pytałeś. Aż do teraz.

– Gorywałd mówi, że chodzisz rozmawiać z bogami. Że wzywasz Chors i czerpiesz siłę z księżycowego blasku.

Przymrużyła oczy.

– Wszarz mnie śledził?

– Możliwe. O celach jego nocnych wędrówek wiem tyle samo, co o twoich.

– Ale moje jakoś bardziej cię niepokoją.

– Nie twierdzę, że jestem zaniepokojony. Pytam tylko.

– Nie mam dzisiaj ochoty na przepytywanie. – Wyciągnęła do towarzysza rękę z dzbanem. – No, napij się. Na początku tutejszy miód smakował jak skisłe pomyje, ale z każdym łykiem wydaje mi się coraz lepszy. Mocna Chors, muszę być nieźle spita!

Czarownik wcale się nie krępował i porządnie pociągnął z naczynia.

– Tak, to są pomyje. – Jęknął i oddał dzban. – Nie powinniśmy przeciągać wizyty. Z samego rana chciałbym wyruszyć.

– Jestem za. I tak do rana zdążymy nałapać sporo wszy w tej dziurze. – Podrapała się po łokciu. – Wyobraź sobie, że jedna dziewczyna poprosiła mnie o przepis na napój miłości, dzięki któremu zyskałaby przychylność młodzieńca z sąsiedniej osady. Wzięła mnie za jakąś zakichaną zielarkę! Mnie, łowczynię demonów i zaklinaczkę duchów!

Spojrzał na nią z ukosa. Przesunęła się na łóżku i oparła plecami o ścianę.

– Co się patrzysz? Mówię ci, że się spiłam. To był dziwny dzień. Ta walka z Łuczanami... Wiesz, że zrobiliśmy pieprzony dobry uczynek?!

Uniósł kąciki ust.

– Naprawdę tak cię to brzydzi?

– Oczywiście! Nie chcę, aby ludzie zaczęli gadać, że Mirena zwana Osą chodzi od osady do osady i bezinteresownie pomaga biedakom w potrzebie. Jakaś dobra wiła ze mnie czy co? To mogłoby zepsuć moją sławę pogromczyni biesów!

Zachichotał i wypróbował palcem ostrze miecza.

– Jeśli to cię w jakiś sposób pocieszy, według mnie nie dokonaliśmy szczególnie bohaterskiego wyczynu. Nie zauważyłaś, jak mieszkańcy na nas patrzyli, kiedy dobijaliśmy rannych? Wątpię, by nas podziwiali. Raczej przeraziliśmy ich, a takie wrażenia mało pasują do święta radości i pokoju.

– Mam tego żałować?! Te prostaki sobie na to zasłużyły. Oprawcy kobiet i dzieci. Któż wie, co zrobiliby z tymi biedakami... – Zmieszała się. – Szlag by to trafił! Ja przecież naprawdę działałam w dobrej wierze!

– To szalone czasy. Jeśli ty nie zabijesz, zakatrupią ciebie.

– Oto właściwe podejście. – Wycelowała w niego palec wskazujący. – Dokładnie tak to jest. Nie jesteśmy bohaterami. Po prostu nie mamy wyboru. – Poczęstowała Rogana miodem, ale kiedy przecząco pokręcił głową, wzruszyła ramionami i sama pociągnęła z dzbana. – Nawet ty nie wyprzesz się swego dziedzictwa. Nie upuścisz z własnych żył krwi przodków i nie nalejesz sobie innej. Czarnobóg powierzył ci misję. Czy ci się to podoba, czy nie, jeszcze kilka razy zanurzysz ostrze w ciele człowieka.

– Czarnobóg... Nawet mi nie wspominaj o tym straszydle z zaświatów. – Obracał miecz w dłoni i nieprzytomnym wzrokiem przyglądał się odbiciom świeczek na ostrzu. – Postawił na mej drodze wrogów, o których nie mam nawet bladego pojęcia. Nie wiem, kim są. Bez trudu mogę rozpruwać brzuchy, ale potrzebuję ku temu dobrego powodu.

– Ta hołota zabiła ci ojca. I położyła łapę na twoim dziedzictwie. To nie jest dla ciebie wystarczający powód?

– Ojca nie znałem, Dziczej Góry też nie widziałem. Mam walczyć w imię przeszłości, która nic dla mnie nie znaczy?

Zmrużyła oczy jak każdy, kto wiele wypił i usiłuje skoncentrować się na słowach rozmówcy.

– No jasne, trochę cię rozumiem. Ale nie możesz tak po prostu odciąć się od tego wszystkiego. Jesteś potomkiem rodu czarnoksiężników – tego nie da się zmienić. Drzemie w tobie moc pochodząca od bogów. Umarłeś, ale Czarnobóg i Morena odesłali cię z powrotem, ponieważ mają wobec ciebie plany. Teraz nie możesz się wycofać i powiedzieć: „Dzięki, ale to nie dla mnie”.

– Otrzymałem niechciany dar. – Znów chwycił osełkę.

– Ten dzień był naprawdę szczególny. Nie pamiętam cię tak gderliwego i wątpiącego. Mamy za sobą sporo drogi, a ty chcesz dać sobie z tym spokój?

– Tego nie powiedziałem. Ale zaczynam tracić poczucie zasadności własnych działań.

– To przecież proste. Znajdziemy tego chłopa... jakże mu tam...

– Dagomir. Mam nadzieję, że go znajdziemy.

– Znajdziemy Dagomira, on ci da broń twego ojca, potem udamy się na Dziczą Górę i ze świątyni Krwawego Ognia wykurzymy samozwańców. Widzisz? Proste!

– Wiem, co trzeba zrobić, nie bardzo jednak rozumiem po co. I dlaczego właśnie ja.

– Wola bogów.

– A co mi do niej? Zawsze działałem na własną rękę. Miałem swoje cele.

– To się nazywa „przyjęcie odpowiedzialności”.

– I kto to mówi. Myślałem, że nie chcesz robić dobrych uczynków i bezinteresownie pomagać biedakom.

– Nie, tego właśnie nie chcę. Za darmo nawet kura nie dziobie.

Rogan uniósł wzrok i utkwił go w wiedźmie.

– No? – zapytała. – Mów. Co ci świta w głowie?

Przez dłuższą chwilę patrzył jej prosto w oczy.

– Czemu właściwie ze mną zostałaś, Oso? Mogłaś przeczekać zimę w cieple i wygodzie. Mogłaś chociażby odjechać z Wielimirem i Krasą do Księstwa Nitrzańskiego. A zamiast tego przejechałaś ze mną Morawy i dolinę Wagu, przebyłaś zasypane śniegiem wierchy. I chcesz iść dalej, do ogarniętego wojną Łucka i dzikiego Dębowego Lasu, gdzie przecież nie mają odwagi się zapuścić nawet frankijskie wojska. „Za darmo nawet kura nie dziobie” – mówisz, dlatego nie rozumiem, co będziesz mieć z wędrówki u mego boku?

Jeszcze bardziej zmrużyła oczy.

– A wiesz, że zadaję sobie to samo pytanie? Zazwyczaj w towarzystwie jakiegoś mężczyzny wytrzymuję najwyżej tydzień, potem mam go powyżej uszu. Z drugiej strony – ty także czekałeś w Pustogradzie, dopóki nie wylizałam się z ran, choć Gorywałd stale ci przypominał, jak ważną misję masz do wypełnienia. Pomyśl, co kieruje twoim postępowaniem, to może zrozumiesz, co kieruje moim. I odłóż wreszcie to żelastwo, wnerwiasz mnie!

Osełka jakby umyślnie znów zazgrzytała na ostrzu. Mirena zaklęła, wyrwała Roganowi miecz z rąk i odrzuciła go na bok. Broń uderzyła o ścianę i z brzękiem upadła na podłogę.

Odłożył osełkę i spojrzał kobiecie w oczy.

– Zdaje się, że chcesz mi coś powiedzieć.

– Nie prowokuj mnie, Czarny. Znamy się nie od dzisiaj – już ty dobrze powinieneś wiedzieć, jaka jestem, kiedy wypiję...

Uniósł brwi.

– ...ale zamiast tego trajkoczesz coś o żałowaniu za własne czyny i podobnych głupotach.

– Czego więc chcesz?

– Żebyś mnie objął i powiedział: „Długo na to czekałem”.

– Osa...

– Prawda, mam w czubie, ale jeszcze potrafię rozróżnić, co jest jedynie skutkiem działania miodu, a czego pragnę naprawdę. I wiem, że tego chcę naprawdę.

– Posłuchaj, Osa...

– Nie nazywaj mnie tak, w twoich ustach to brzmi jak wyzwisko! – zbiesiła się. Odbicie blasku świec w szarych oczach zamieniło się w płonące języki. – Gdybym wiedziała, że to podziała – wycedziła przez zęby – już dawno spojrzałabym ci głęboko w oczy, podporządkowałabym cię swojej woli i zmusiła, byś klęczał przy moich nogach – a dokładnie: pomiędzy nimi. Tyle tylko, że na ciebie to na pewno nie podziała. Przy tobie wszystkie moje czary słabną. I nie patrz tak na mnie, wyszłam na głupią. Najchętniej wydrapałabym ci te czarne oczyska.

Niespodziewanie wyciągnął rękę pachnącą żelazem i odgarnął z jej twarzy warkoczyki. Przez jego usta przeleciał jeden z tych uśmiechów, o których Mirena nie wiedziała, co sądzić. Nie powiedział ani słowa, ale niewidzialna zasłona opadła, a w umysł wiedźmy wlały się jego uczucia. Najsilniejszym strumieniem tryskała żądza.

Zareagowała od razu. Chwyciła go za dłoń i przyciągnęła do siebie, na łóżko. Otoczyła rękoma jego szyję, a nogami oplotła biodra wojownika. Całowała go szybko, raczej gryzła. Mocno ją ścisnął i opadł na nią całym swym ciężarem. Będąc blisko siebie, czuli, jak wypełnia ich pożądanie.

– Długo na to czekałem – rzucił między pocałunkami.

Zaśmiała się bezgłośnie.

– Wiedziałam...

Skrzypnęły drzwi. Przez szparę wślizgnęła się do izby ognista poświata.

– Kimkolwiek jesteś – syknęła Mirena, nie patrząc nawet w stronę wejścia – natychmiast wynocha i zamknij za sobą drzwi! Jeśli ktoś tu wlezie, przysięgam na Chors, że rozpruję mu brzuch, a jelita zamienię w węże!

– Czy to oznacza, że przeszkadzam? – Usłyszeli w swoich głowach.

– Spostrzegawczy jesteś – szepnął Rogan.

– Wystarczyło powiedzieć. Znajdę sobie jeszcze jakąś kość. – Czarny pysk zniknął, a drzwi znów się zamknęły.

– Jelita w węże? – Mężczyzna się skrzywił. – Skąd ci takie rzeczy przychodzą do głowy?

– Milcz już – powiedziała i pstryknęła palcami. Świeczka zgasła, a izbę wypełniła woń dymiącego się knota.

W biesiadnej sali pijani Błotniczanie bełkotliwie śpiewali piosenkę:

Hej, młodziaku, chodźże, hop,

pokaż nam, czyś ty jest chłop.

Dzikie dziewki, tutaj patrzcie

i na jego widok skaczcie!

iedy Mirena się obudziła, wszystko wokół było pobielone szronem. Do szałasu, naprędce skleconego z gałęzi między trzema rosnącymi blisko siebie świerkami, wpadał chłód. Czarownica zaklęła, z jej ust wyleciał kłąb białej pary.

– Tęga zima. – Rogan kucał i w skupieniu patrzył na cienkie gałązki ułożone w stos na wygaszonym popiele z wieczornego ogniska. Wyglądało to tak, jakby chciał je rozpalić wzrokiem.

– Straszna – przytaknęła wiedźma i zaczęła się ruszać, aby w zmarzniętych rękach i nogach krew zaczęła płynąć trochę szybciej.

– W nocy się rozchmurzyło. – Chuchnął w zdrętwiałe dłonie i znów skierował je w stronę kupki gałęzi, próbując czarami rozpalić ogień. – Ściął mróz.

Mirena skupiła myśli i odrobiną mocy posiliła czary, które chroniły ją przed zamarznięciem, ale w nocy znacznie osłabły. Pod płaszczem i czuhą z owczej wełny znów rozlało się przyjemne ciepło. Omal nie westchnęła z rozkoszy. Opatuliła się aż po uszy i błogo uśmiechnęła.

– Co próbujesz zrobić? – zapytała z rozbawieniem.

– A jak myślisz?

– W ten sposób nie wzniecisz ognia. Nie jesteś skupiony. Masz głowę napchaną mnóstwem innych spraw. Uspokój myśli i skup się na jednej rzeczy. A tak w ogóle, czemu sobie nie odpuścisz i nie wślizgniesz się do mnie?

Spojrzał na nią. Uśmiechała się. Nie chłodno i złowieszczo, jak miała w zwyczaju. W jej oczach tańczyły figlarne iskierki.

– Widzę, że dzisiaj czujesz się lepiej – rzucił.

– O wiele lepiej.

Kiedy wczoraj o świcie opuszczali Błotnicę, wyglądała jak zdechlak, którego czarami zmuszono, by wstał z grobu. Ilość wypitego miodu zrobiła swoje. Było jej tak źle, że ledwie utrzymywała się w siodle. Rogan wziął ją ostatecznie na swojego konia. Opierała się plecami o jego klatkę piersiową i cały dzień na przemian jęczała i przeklinała.

Czarownik znów skierował wzrok na ognisko.

– Tak czy inaczej, potrzebuję ognia. Gorja jeszcze przed świtaniem wybrał się na łów. Obiecał, że przyniesie coś na ząb.