Middlesex - Jeffrey Eugenides - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

"„Monumentalną sagę o kazirodztwie pisał osiem lat, ale warto było. Na powieść Middlesex spłynęła lawina nagród, z Pulitzerem na czele”. Newsweek Polska „Jedna z ciekawszych amerykańskich powieści ostatnich lat, wyróżniona Nagrodą Pulitzera w 2002 roku. Zaczyna się jak lesbijski romans – nastolatka odkrywa fascynację koleżanką. Ale to dopiero początek szaleńczej rodzinnej sagi, z genetycznymi mutacjami, imperium tureckim, przemysłowym Detriot i nieoczywistą definicją płci w tle. Jeśli tak ma wyglądać postmodernizm, to prosimy o więcej”. Dziennik Polska Obejmująca osiem dekad – i jedno niezwykle trudne dojrzewanie – powieść Jeffreya Eugenidesa jest świetną, całkowicie wyjątkową baśnią o skrzyżowanych rodowodach, subtelnościach płci oraz głębokich, nieczystych ponagleniach pożądania. Middlesex jest spełnieniem wielkiego talentu pisarza, uznanego przez „The New Yorker” za jednego z najlepszych amerykańskich powieściopisarzy."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 907

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

MIDDLESEX

Copyright © 2002 by Jeffrey Eugenides

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski

Korekta: Natalia Karpińska

ISBN: 978-83-7999-531-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Karen Yamy, która pochodzi z zupełnie innej puli genów

Autor pragnie złożyć podziękowania następującym organizacjom i osobom za ich pomoc i wsparcie: Whiting Younger Writers’ Awards, John Simon Guggenheim Foundation, National Endowment for the Arts, Deutscher Akademischer Austauschdienst, American Academy w Berlinie, MacDowell Colony, Yaddo, Helen Papanikolas i Miltonowi Karafilisowi. Podczas pisania powieści „Middlesex” autor korzystał z następujących publikacji: The Smyrna Affair Marjorie Housepian Dobkin, Wrestling with Death: Greek Imigrant Funeral Customs in Utah Helen Z. Papanikolas, An Original Man Claude’a Andrew Clegg’a III, The Black Muslims in America, C. Erica Lincolna, Venuses Penuses: Sexology, Sexosophy, and Exigency Theory Dr Johna Moneya, Third Sex, Third Gender: Beyond Sexual Dimorphism in Culture and History pod redakcją Gilberta Herdta, Hermaphrodites and the Medical Invention of Sex Alice Domurat Dreger, Androgens and the Evolution of Male Tender Identity Among Male Pseudo-hermaphrodites with 5-alpha-reductase Deficiency autorstwa dr med. Julianne Imperato-McGinley, dr med. Ralph E. Peterson, dr med. Teofilo Gautier i dr med. Erasmo Sturla oraz Hermaphrodites with Attitude (czasopismo wydawane przez Intersex Society of North America).

Księga Pierwsza

Srebrna łyżeczka

Urodziłem się dwukrotnie – po raz pierwszy jako dziewczynka, w dzień wyjątkowo pozbawiony smogu, w Detroit, w styczniu 1960 roku i ponownie jako nastolatek na oddziale pomocy doraźnej w okolicach Petoskey w stanie Michigan, w sierpniu 1974 roku. Lepiej zorientowani czytelnicy mogli się już zetknąć z moją osobą jako przypadkiem odnotowanym w opracowaniu doktora Petera Luce’a „Identyfikacja płciowa u pseudohermafrodytów z syndromem braku 5-alfa-reduktazy”, opublikowanym w Journal of Pediatric Endocrinology w 1975 roku. Może widzieliście też moją fotografię w szesnastym rozdziale wyraźnie już przestarzałego opracowania „Genetyka i dziedziczenie”. Na stronie 578 stoję golusieńki obok diagramu wzrostu, a moje oczy zakrywa czarny prostokąt.

Zgodnie z metryką urodzenia nazywam się Calliope Helen Stephanides, ale na moim ostatnim prawie jazdy (wydanym w Niemieckiej Republice Federalnej) figuruje po prostu imię Cal. Jestem byłym bramkarzem drużyny hokeja na trawie, wieloletnim członkiem Fundacji na rzecz Ochrony Manatów, rzadkim gościem na nabożeństwach w greckim kościele prawosławnym i – przez większą część swojego życia – pracownikiem amerykańskiego Departamentu Stanu. Podobnie jak Tejrezjasz, najpierw byłem jedną osobą, a później stałem się kimś innym. Byłem wyśmiewany przez kolegów w klasie, traktowany przez lekarzy jak królik doświadczalny, obmacywany przez specjalistów, stanowiłem też przedmiot badań finansowanych przez fundację March of Dimes. Zakochała się we mnie rudowłosa dziewczyna z Grosse Pointe, która nie zdawała sobie sprawy z tego, kim jestem (podobałem się również jej bratu). Czołg zawiódł mnie raz na pole bitwy miejskiej, w basenie przeobrażałem się w mityczną postać; opuszczałem swoje ciało, aby zająć ciała innych – a wszystko to wydarzyło się, zanim skończyłem szesnaście lat.

Jednak teraz, gdy mam lat czterdzieści jeden, czuję, że nadchodzą nowe narodziny. Po dziesięcioleciach zupełnego braku zainteresowania odkryłem, że zaczynam myśleć o zmarłych stryjecznych i ciotecznych dziadkach i babkach, o dawno utraconych przodkach, nieznanych dalszych krewnych lub – co oczywiste w wypadku tak endogamicznej rodziny jak moja – o tym wszystkim naraz. I zanim będzie za późno, chciałbym to spisać raz na zawsze – tę szaleńczą, karkołomną wędrówkę jednego genu w czasie. Recesywną mutację na moim piątym chromosomie opiewaj, bogini! Opiewaj, jak rozkwitała dwa i pół wieku temu na zboczach Olimpu, gdy kozy meczały, a oliwki spadały z gałęzi. Opiewaj, jak przeszła przez dziewięć pokoleń, dojrzewając niezauważalnie w zanieczyszczonej puli genów rodziny Stephanides. I opiewaj, jak opatrzność w przebraniu masakry wysłała ten gen ponownie w podróż, jak przeleciał niczym cząsteczka pyłku przez morze do Ameryki, gdzie przeniknął zanieczyszczone przez przemysł deszcze, aby w końcu upaść na Środkowym Zachodzie na żyzną glebę łona mojej matki.

Przepraszam, jeśli czasami wpadam w nieco homerycki ton. To również kwestia genów.

Trzy miesiące przed moimi narodzinami, po zakończeniu jednego z naszych wystawnych niedzielnych obiadów, moja babcia Desdemona Stephanides poleciła mojemu bratu, aby przyniósł jej skrzynkę na jedwabniki. Jonasz właśnie kierował się do kuchni po dokładkę puddingu ryżowego, gdy stanęła mu na drodze. W wieku pięćdziesięciu siedmiu lat moja babcia – ze swoim niskim wzrostem i przysadzistą sylwetką i w budzącej grozę siatce na włosy – doskonale nadawała się do blokowania ludzkich ścieżek. Za nią w kuchni zgromadziła się spora grupa goszczących u nas tego dnia kobiet, śmiejących się i szepczących między sobą. Zaintrygowany Jonasz przechylił głowę, chcąc zobaczyć, co się dzieje, ale Desdemona wyciągnęła rękę i uszczypnęła go w policzek. Gdy ponownie skupił na niej uwagę, narysowała w powietrzu prostokąt i pokazała na sufit. A następnie, zniekształcając wyrazy z powodu źle dopasowanej sztucznej szczęki, powiedziała: – Idź dla yia yia, słodziutki mou.

Jonasz wiedział, co ma zrobić. Pobiegł przez korytarz do salonu. Na czworakach wdrapał się po głównych schodach na pierwsze piętro i minął pędem pokoje usytuowane wzdłuż korytarza. Na końcu znajdowały się prawie niewidoczne drzwi, pokryte tapetą niczym brama do tajemnego przejścia. Jonasz znalazł na wysokości swojej głowy klamkę i pociągnął za nią z całej siły, otwierając drzwi. Za nimi znajdowały się kolejne schody. Przez dłuższą chwilę mój brat wpatrywał się w otwierającą się nad nim ciemność, a następnie zaczął się wspinać, tym razem bardzo wolno, na poddasze, gdzie mieszkali moi dziadkowie.

W tenisówkach przeszedł pod zwisającymi z krokwi, zawiniętymi w mokre gazety dwunastoma klatkami dla ptaków. Dzielnie zanurzył się w kwaśny zapach papużek oraz w specyficzny aromat dziadków – mieszaninę naftaliny i haszyszu. Ominął zastawione książkami biurko dziadka i jego zbiór greckich płyt z piosenkami rebetiko. W końcu, obijając się o skórzaną otomanę i potrącając okrągły mosiężny stoliczek, znalazł łóżko mojej babci, a pod nim skrzynkę na jedwabniki.

Była wyrzeźbiona z drewna oliwnego, nieco większa od pudełka na buty i miała cynowe wieczko, w którym znajdowały się otworki wentylacyjne. Widniała też na nim ikona trudnego do rozpoznania świętego – jego twarz była wytarta, ale widać było palce lewej ręki wzniesione w geście błogosławieństwa nad niską, fioletową i zdumiewająco ufną w swoje siły morwą. Jonasz patrzył przez chwilę na ten żywy obraz mistyczno-botaniczny, następnie wyciągnął spod łóżka szkatułkę i otworzył ją. W środku znajdowały się dwie splecione z lin korony weselne oraz, zwinięte jak węże, dwa długie warkocze, każdy przewiązany zmurszałą czarną wstążką. Palcem wskazującym dotknął jednego z warkoczy. W tym momencie zaskrzeczała papuga, a mój brat aż podskoczył, zamknął skrzynkę, wsunął ją pod pachę i zaniósł na dół Desdemonie.

Babcia wciąż czekała na niego w drzwiach. Odebrała szkatułkę z jego rąk i odwróciła się w stronę kuchni. W tym momencie Jonaszowi udało się zaglądnąć do pomieszczenia, w którym wszystkie kobiety ucichły. Rozsunęły się, aby przepuścić Desdemonę, a tam, na środku kuchni, znajdowała się moja matka. Tessie Stephanides siedziała rozparta na kuchennym krześle, przytłoczona napiętą jak bęben kulą swojego ciężarnego brzucha. Na jej zarumienionej i rozpalonej twarzy rysował się wyraz szczęścia i bezradności. Desdemona ustawiła skrzyneczkę na stole i otworzyła wieczko. Sięgnęła pod korony i warkocze, i wyciągnęła spod nich coś, czego Jonasz wcześniej nie zauważył – srebrną łyżeczkę. Przywiązała nitkę do łyżeczki, podeszła z przodu do mojej matki i przytrzymała wiszącą łyżeczkę nad jej nabrzmiałym brzuchem. A co za tym idzie – także nade mną.

Dotychczas Desdemona mogła się pochwalić doskonałym wynikiem – już dwadzieścia trzy razy udało się jej poprawnie odgadnąć. Wiedziała, że Tessie to będzie Tessie. Przepowiedziała płeć mojego brata i wszystkich dzieci swoich przyjaciółek z kościoła. Nie odgadywała jedynie płci własnych dzieci, uważała, że szperanie w tajemnicach własnego łona przynosi matce pecha. Jednak bez strachu zgłębiała tajemnice łona mojej matki. Po chwili wahania łyżeczka zaczęła kołysać się z północy na południe, co oznaczało, że urodzę się jako chłopiec.

Moja matka, siedząca z rozstawionymi nogami na krześle, spróbowała się uśmiechnąć. Nie chciała urodzić syna. Jednego już miała. W rzeczywistości była tak pewna, że tym razem będzie dziewczynka, że wybrała dla mnie tylko jedno imię – Calliope. Ale kiedy moja babka krzyknęła po grecku: „Chłopiec!”, okrzyk ten rozniósł się po pomieszczeniu, przeniósł do korytarza, a przez korytarz do salonu, w którym mężczyźni dyskutowali na tematy polityczne. I moja matka, słysząc słowo „chłopiec” powtarzane tak wiele razy, zaczęła wierzyć, że może to być prawda.

Jednak gdy okrzyk babci dotarł do uszu mojego ojca, ten natychmiast wkroczył do kuchni, aby powiedzieć swojej matce, że przynajmniej tym razem jej łyżeczka się pomyliła.

– A skąd ty taki mądry? – zapytała go Desdemona. Na co udzielił jej odpowiedzi, jaką mogłaby usłyszeć od wielu Amerykanów jego pokolenia:

– To nauka, mamusiu.

Od chwili, gdy tylko zdecydowali się na drugie dziecko – w tym czasie restauracja dobrze prosperowała, a Jonasz dawno już wyrósł z pieluch – Milton i Tessie zgodnie chcieli mieć córeczkę. Jonasz skończył właśnie pięć lat. Niedawno znalazł na podwórku martwego ptaka i przyniósł go do domu, aby pokazać mamie. Bardzo lubił strzelać do różnych rzeczy, tłuc je młotkiem i rozbijać, a także mocować się z ojcem. W domu zdominowanym przez mężczyzn Tessie zaczęła czuć się obco, jak niedopasowany element rodzaju żeńskiego, i już wyobrażała sobie, że za dziesięć lat będzie uwięziona w świecie samochodowych kołpaków i problemów związanych z przepukliną. Uważała, że dziewczynka może stanowić dobrą przeciwwagę – wspólnie będą cieszyć się pieskami pokojowymi i ktoś będzie popierał jej propozycje wypadów na rewię Ice Capades. Wiosną 1959 roku, gdy pojawił się temat mojego poczęcia, matka nie mogła przewidzieć, że już wkrótce kobiety będą masowo palić swoje biustonosze. Sama nosiła biustonosze ogniotrwałe, usztywnione gąbką. Tessie bardzo kochała swojego syna, wiedziała jednak, że pewnymi sprawami będzie się mogła dzielić tylko z córką.

Jadąc rano do pracy, mój ojciec miewał wizje, w których pojawiała się niezwykle słodziutka ciemnooka dziewczynka. Siedziała na siedzeniu obok – zazwyczaj podczas postoju na światłach – i zasypywała pytaniami jego cierpliwe, wszystkowiedzące ucho.

– Jak to się nazywa, tatusiu?

– To? To jest znak Cadillaca.

– Co to jest znak Cadillaca?

– Dawno temu żył francuski badacz o nazwisku Cadillac, który odkrył Detroit. A ten znak był jego rodowym herbem, jeszcze z Francji.

– Co to jest Francja?

– Francja to kraj w Europie.

– A co to jest Europa?

– To jest kontynent, wielki kawał lądu, dużo, dużo większy od kraju. Ale cadillaki nie przyjeżdżają już z Europy, kukla. Pochodzą właśnie stąd, z dobrych starych Stanów Zjednoczonych.

Światła zmieniły się na zielone i ojciec pojechał dalej. Ale mój pierwowzór nie znikał. Dziewczynka była na następnych światłach, i na następnych. Jej towarzystwo było tak miłe, że mój ojciec, człowiek przedsiębiorczy, postanowił sprawdzić, co można zrobić, aby jego wizje się zmaterializowały.

Dlatego też od pewnego czasu w salonie, w którym mężczyźni rozmawiali o polityce, tematem dyskusji była również prędkość przemieszczania się nasienia. Peter Tatakis, zwany przez nas wujkiem Petem, wiódł rej wśród rozmówców zbierających się co tydzień na naszych czarnych dwuosobowych sofach. Odwieczny kawaler, nie miał żadnych krewnych w Ameryce i dlatego przywiązał się do naszej rodziny. Każdej niedzieli przyjeżdżał do nas swoim ciemnobordowym buickiem. Wysoki mężczyzna o fioletowawej twarzy, smutnym wyglądzie i niepasującej do reszty ciała, pełnej życia głowie otoczonej falującymi włosami. Dzieci w ogóle go nie interesowały. Orędownik serii arcydzieł literatury światowej Great Books (którą przeczytał dwukrotnie), wuj Pete zajmował się rozmyślaniami na poważne tematy i włoską operą. Jego namiętnością w dziedzinie historii był Edward Gibbon, a w literaturze dzienniki Madame de Staël. Lubił cytować dowcipną uwagę tej pisarki na temat języka niemieckiego, zgodnie z którą język niemiecki nie nadawał się do prowadzenia konwersacji, ponieważ czasownik występował dopiero na końcu zdania i trudno było przerywać rozmówcy. Wuj Pete chciał zostać lekarzem, ale jego marzenia zostały zniweczone przez „katastrofę”. W Stanach Zjednoczonych przez dwa lata uczył się kręgarstwa i obecnie miał w Birmingham niewielki gabinet, w którym stał, spłacany na raty, ludzki szkielet. W owym czasie kręgarze cieszyli się raczej wątpliwą reputacją, a ludzie nie przychodzili do wuja Pete’a, aby uwolnił ich energię kundalini. Nastawiał karki, prostował kręgosłupy i na specjalne zamówienie robił z gumy piankowej wkładki do butów. Trzeba jednak przyznać, że w niedzielne popołudnia był osobą, która w naszej rodzinie miała najwięcej wspólnego z medycyną. W młodości usunięto wujowi pół żołądka i teraz po obiedzie zawsze pił pepsi-colę, co miało mu pomagać w trawieniu posiłku. Nazwa tego napoju, jak nam kiedyś mądrze powiedział, pochodzi od nazwy enzymu trawiennego – pepsyny, dlatego nadawał się on doskonale do tego zadania.

Właśnie podobnej wartości wiedza sprawiła, że mój ojciec uwierzył w to, co wuj Pete miał do powiedzenia na temat harmonogramu procesu rozmnażania. Ułożywszy głowę na rzuconej poduszce i zdjąwszy buty, przy cicho brzmiącej z gramofonu moich rodziców muzyce z opery Madama Butterfly wujek Pete opowiadał, jak to pod mikroskopem zaobserwowano, że plemniki niosące męskie chromosomy przemieszczają się szybciej niż te, które zawierają chromosomy żeńskie. Stwierdzenie to wywołało natychmiastowe rozbawienie właścicieli restauracji i kuśnierzy zgromadzonych w naszym salonie. Mój ojciec przyjął jednak pozę swojej ulubionej rzeźby, Myśliciela, której miniaturka stała na stoliku telefonicznym po drugiej stronie pokoju. Chociaż temat ten został wywołany w atmosferze otwartej rozmowy, jaka panowała podczas tych niedzielnych spotkań poobiednich, było jasne, że niezależnie od bezosobowego tonu dyskusji nasienie, o którym mówiono, było nasieniem mojego ojca. Wuj Pete postawił sprawę jasno – aby urodziła się dziewczynka, para „powinna mieć stosunek seksualny dwadzieścia cztery godziny przed owulacją”. W takiej sytuacji szybsze plemniki niosące męskie chromosomy dotrą wcześniej i zginą, natomiast plemniki zawierające chromosomy żeńskie – wolniejsze, ale bardziej rzetelne – dotrą na miejsce we właściwym czasie, gdy jajo zostanie już uwolnione.

Mój ojciec miał sporo kłopotów, aby przekonać żonę do zaakceptowania takiego planu. Tessie Zizmo była dziewicą, gdy w wieku dwudziestu dwu lat wychodziła za mąż za Miltona Stephanidesa. Okres ich narzeczeństwa, który wypadł na czas II wojny światowej, był cnotliwym romansem. Moja matka była dumna ze sposobu, w jaki udało się jej jednocześnie podsycać i gasić żar w moim ojcu, trzymając jego uczucia na małym ogniu w czasie światowego kataklizmu. Nie było to jednak zbyt trudne, ponieważ Tessie mieszkała w Detroit, a Milton przebywał w Annapolis, gdzie studiował w Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Przez ponad rok Tessie zapalała w greckim kościele świeczki za swojego narzeczonego, a w tym czasie Milton wpatrywał się w jej fotografię przypiętą nad koją. Lubił ustawiać Tessie do fotografii w sposób zaobserwowany w magazynach filmowych – bokiem, z jedną nogą podniesioną i opartą na stopniu, odsłaniającą kawałek czarnej pończochy. Moja matka wygląda na tych starych fotografiach nad wyraz ulegle, jakby przepadała za chwilami, gdy jej mężczyzna w mundurze ustawia ją na jakiejś werandzie lub przy latarni, które znajdowały się w ich skromnej dzielnicy.

Tessie nie uległa, dopóki nie poddała się Japonia. Później, od nocy poślubnej począwszy (zgodnie z tym, co mój brat powiedział w moje zakryte rękami uszy), rodzice kochali się regularnie i sprawiało im to dużą uciechę. Na temat płodzenia dzieci moja matka miała jednak własne zdanie. Wierzyła, że embrion może wyczuwać, z jak dużą miłością jest tworzony. Dlatego też niezbyt jej odpowiadały sugestie mojego ojca.

– Milt, czy to są twoim zdaniem igrzyska olimpijskie?

– Tylko teoretyzowaliśmy – odrzekł mój ojciec.

– Co wuj Pete może wiedzieć o dzieciach?

– Przeczytał ten artykuł w Scientific American – wyjaśnił Milton, aby zaś wzmocnić swoje stanowisko, dodał: – On prenumeruje to czasopismo.

– Posłuchaj, mój drogi! Jeśli będę miała problemy z kręgosłupem, to pójdę do wuja Pete’a, podobnie gdybym miała płaskostopie, jak ty. Ale to wszystko.

– To zostało sprawdzone. Pod mikroskopem. Plemniki zawierające męskie chromosomy są szybsze.

– Mogę się też założyć, że głupsze.

– Proszę bardzo. Możesz sobie obrażać plemniki z męskimi chromosomami. Nie ma sprawy! Nie są nam one potrzebne. Potrzebujemy natomiast starych, dobrych, powolnych i godnych zaufania plemników, w których znajdują się chromosomy żeńskie.

– Nawet jeśli to prawda, i tak brzmi to śmiesznie. Milt, nie mogę tego robić jak jakaś maszyna.

– Mnie i tak będzie trudniej niż tobie.

– Nie chcę o tym słyszeć!

– Sądziłem, że chcesz mieć córkę.

– Oczywiście, że chcę.

– A zatem – powiedział mój ojciec – właśnie w ten sposób możemy mieć córeczkę.

Tessie wyśmiała ten pomysł. Ale jej sarkazm skrywał poważne opory moralne. Ingerowanie w coś tak tajemniczego i cudownego, jak poczęcie dziecka, stanowiło dla niej akt nieposkromionej pychy. Przede wszystkim zaś Tessie nie wierzyła, że jest to w ogóle możliwe. A jeśli nawet było, nie uważała, że powinni tego spróbować.

Oczywiście, narrator znajdujący się w mojej sytuacji (jeszcze w stanie przedzarodkowym) nie może mieć zupełnej pewności co do opisywanych faktów. Mogę to tylko tłumaczyć naukową manią, jaka opętała mojego ojca wiosną roku 1959, symptomem wiary w postęp, którą zarażeni byli wówczas wszyscy. Pamiętajmy, że tylko dwa lata wcześniej sputnik został wysłany w kosmos. Choroba Heinego-Medina, z powodu której moi rodzice byli w dzieciństwie objęci kwarantanną i nie mogli wychodzić z domu, została pokonana dzięki szczepionce Jonasa Salka. Nie zdawano sobie sprawy, że wirusy są mądrzejsze niż istoty ludzkie i sądzono, że wkrótce pozostanie po nich tylko wspomnienie. W tak optymistycznie nastawionej powojennej Ameryce, której schyłek miałem okazję oglądać osobiście, każdy był panem własnego losu, a zatem (jak z tego wynika) mój ojciec również powinien starać się być panem swojego.

Kilka dni po rozmowie, w której przedstawił Tessie swój plan, Milton przyniósł wieczorem do domu prezent. Była to szkatułka zawinięta wstążką.

– Co to jest? – zapytała podejrzliwie Tessie.

– Czemu pytasz?

– Nie mam urodzin i nie jest to rocznica naszego ślubu. Dlaczego więc dajesz mi prezent?

– Czy zawsze muszę mieć powód, aby dać ci prezent? Dalej, otwórz go!

Tessie zagryzła wargę, nie do końca przekonana. Ale trudno było trzymać szkatułkę w dłoniach i jej nie otworzyć. W końcu zsunęła wstążkę i otworzyła wieczko.

Wewnątrz, na czarnym aksamicie, leżał termometr.

– Termometr – powiedziała moja matka.

– To nie jest byle jaki termometr – wyjaśnił Milton. – Znalazłem go dopiero w trzeciej aptece.

– Model luksusowy, tak?

– Tak jest – odrzekł Milton. – To jest termometr do mierzenia podstawowej temperatury ciała. Można na nim odczytać temperaturę z dokładnością do jednej dziesiątej stopnia Fahrenheita – podniósł brwi. – Zwykłe termometry zapewniają dokładność tylko do dwóch dziesiątych stopnia, a ten do jednej dziesiątej. Spróbuj, włóż go do ust.

– Nie mam gorączki – sprzeciwiła się Tessie.

– To nie jest termometr do mierzenia gorączki. Możesz go używać do sprawdzenia temperatury podstawowej swojego ciała. Jest dokładniejszy niż zwykły termometr do mierzenia gorączki.

– Następnym razem przynieś mi naszyjnik.

Ale Milton nalegał.

– Temperatura twojego ciała stale się zmienia, Tess. Możesz tego nie zauważać, ale tak jest. Pod względem temperatury ciągle się zmieniasz. Załóżmy, na przykład – przerwał, delikatnie odchrząknąwszy – że akurat masz owulację. Wtedy twoja temperatura rośnie. Zazwyczaj o sześć dziesiątych stopnia. Załóżmy teraz – mówił dalej ojciec, nabierając rozpędu i nie zważając na to, że Tessie zaczyna marszczyć brwi – że postanowilibyśmy wprowadzić w życie system, o którym mówiliśmy parę dni temu, oczywiście to tylko przykład, więc najpierw mogłabyś określić swoją temperaturę podstawową. Być może nie wynosiłaby ona dziewięćdziesiąt osiem stopni i sześć kresek. U każdego jest nieco inna. Tego też nauczyłem się od wuja Pete’a. W każdym razie, po określeniu temperatury podstawowej mogłabyś zaobserwować, kiedy temperatura podnosi się o sześć kresek. I właśnie wtedy, jeśli postanowilibyśmy robić to w ten sposób, wiedzielibyśmy, że możemy, no, wiesz… przyrządzić odpowiedni koktajl.

Moja matka nic nie odpowiedziała. Włożyła tylko termometr z powrotem do szkatułki, zamknęła ją i zwróciła mężowi.

– Dobrze – stwierdził mój ojciec stanowczo. – W porządku! Rób, jak uważasz. Możemy mieć kolejnego chłopca. Numer dwa. Jeśli chcesz, żeby tak było, to niech tak będzie.

– Nie jestem przekonana, czy teraz będziemy mieli cokolwiek – odparła moja matka.

W tym samym czasie ja czekałem w poczekalni do świata. Mojemu ojcu nawet nie zaświtała wtedy myśl o moim poczęciu (ogarnęły go natomiast ponure myśli, kiedy tak patrzył na trzymaną w rękach szkatułkę z termometrem). Moja mama wstaje z sofy. Kieruje się w stronę schodów, trzymając dłoń przy czole, a wizja mojego pojawienia się na tym świecie zdaje się coraz mniej prawdopodobna. Wstaje również mój ojciec, aby dokonać obchodu domu, wyłączyć światła i zamknąć drzwi. Nadzieja na moje narodziny powraca w chwili, gdy ojciec zaczyna wchodzić po schodach. Termin tego ważnego aktu musi być odpowiednio dobrany, abym mógł stać się tą osobą, którą jestem. Godzinne opóźnienie i już nastąpi zmiana zestawu genów. Moje poczęcie wciąż jeszcze było oddalone o kilka tygodni, ale już teraz moi rodzice zaczęli powoli zmierzać w kierunku mającego nastąpić zderzenia. W korytarzu na piętrze pali się nocna lampka z Akropolu, prezent od Jackie Halas, właścicielki sklepu z pamiątkami. Gdy mój ojciec wchodzi do sypialni, matka siedzi przy toaletce. Dwoma palcami wciera krem Noxzema w skórę twarzy, wycierając ją następnie chusteczką. Wystarczyło, aby mój ojciec powiedział czułe słowo, a ona by mu wybaczyła. Tej nocy mógł zostać stworzony ktoś inny niż ja, chociaż podobny do mnie. Na progu tłoczyła się nieskończona liczba możliwych tożsamości, a wśród nich ja – bez zarezerwowanego biletu. Godziny powoli mijają, planety na niebie krążą ze zwykłą prędkością, pogoda również ma pewne znaczenie, ponieważ moja mama obawia się piorunów i gdyby tej nocy padało, mogłaby przytulić się mocno do ojca. Ale nie, niebo pozostało czyste przez całą noc, a moi rodzice nadal trwali w swoim uporze. Zgasło światło w sypialni. Pozostali po swoich stronach łóżka. Na koniec głos mojej matki: „Dobranoc”, na co ojciec: „Do jutra”. Kolejne chwile, które miały prowadzić do powstania mojej osoby, układały się zgodnie z jakimś nieznanym planem. Dlatego też, jak sądzę, tak dużo o nich myślę.

W następną niedzielę matka zabrała Desdemonę i mojego brata do kościoła. Ojciec nigdy z nimi nie chodził, już w wieku ośmiu lat stał się apostatą z powodu niebotycznej ceny świec wotywnych. Podobnie mój dziadek wolał spędzać ranki, pracując nad tłumaczeniem na współczesny język grecki „odtworzonych” poematów Safony. Przez kolejne siedem lat, mimo powtarzających się udarów mózgu, pracował przy małym biurku, składając legendarne fragmenty w większą mozaikę, dodając w jednym miejscu strofę, w innym epilog, przywracając anapest lub jamb. Wieczorami słuchał swojej burdelowej muzyki i palił fajkę wodną.

W 1959 roku grecki kościół Wniebowzięcia znajdował się przy ulicy Charlevoix. W tym właśnie kościele byłem ochrzczony niecały rok później, aby zostać wychowanym zgodnie z nakazami wyznania prawosławnego. Kościół Wniebowzięcia – z jego stale zmieniającymi się zwierzchnikami, z których każdy był przysyłany do nas przez patriarchat w Konstantynopolu, każdy przybywał obdarzony autorytetem wielkim jak jego broda, w wyszywanych szatach liturgicznych znamionujących jego świętość, ale każdy ustępował po pewnym czasie (z reguły po sześciu miesiącach) z powodu sprzeczek wśród parafian, osobistych ataków na sposób, w jaki śpiewał, stałej potrzeby uciszania wiernych, którzy traktowali świątynię jak odkrytą trybunę na stadionie Tiger, wreszcie w związku z męczącą potrzebą wygłaszania cotygodniowego kazania dwukrotnie – najpierw po grecku, a później ponownie po angielsku. Kościół Wniebowzięcia – z panującym w nim ożywieniem w porze częstowania się kawą, z jego słabymi fundamentami i przeciekającym dachem, z wyczerpującymi etnicznymi festiwalami, lekcjami katechizmu, podczas których przez chwilę podtrzymywano w nas nasze dziedzictwo, aby zaraz potem pozwolić mu umrzeć w wielkiej diasporze.

Tessie wraz z Desdemoną i moim bratem posuwała się wzdłuż nawy głównej, obok wypełnionych piaskiem tac ze świecami wotywnymi. Górowała nad nimi postać Chrystusa Pantokratora, wielka jak balon na paradzie w Święto Dziękczynienia. Jego postać rozpościerała się pod kopułą, dopasowana kształtem do jej krzywizny. W przeciwieństwie do przyziemnego Chrystusa cierpiącego, przedstawianego na ścianach kościołów na wysokości oczu, nasz Chrystus Pantokrator był wyraźnie transcendentalny, wszechmocny, niebiański. Sięgał w dół do znajdujących się nad ołtarzem apostołów, prezentując im cztery zwinięte skóry owcze z Ewangeliami. A moja matka, która przez całe swoje życie starała się uwierzyć w Boga i nigdy się jej to nie udało, patrzyła w górę i szukała u niego przewodnictwa.

Oczy Chrystusa Pantokratora migotały w przyciemnionym świetle. Można było odnieść wrażenie, że ciągnęły Tessie do góry. Przez kłębiące się kadzidło oczy Zbawiciela jarzyły się jak ekran telewizyjny prezentujący przegląd najnowszych wydarzeń…

Najpierw był obraz Desdemony sprzed kilku tygodni, gdy udzielała rad swojej synowej.

– Dlaczego chcesz mieć więcej dzieci, Tessie? – pytała z wystudiowaną obojętnością. Pochylona, aby spojrzeć w piec, i ukryć w ten sposób malujący się na jej twarzy niepokój (niepokój, który pozostał niewytłumaczalny przez kolejne szesnaście lat), Desdemona starała się zniechęcić ją do tego pomysłu: – Więcej dzieci, więcej kłopotów…

Następnie doktor Philobosian, od wielu lat nasz lekarz rodzinny. Ze swoimi wiekowymi dyplomami, stary doktor przedstawił swoje orzeczenie.

– To nonsens. Plemniki niosące męskie chromosomy przemieszczają się szybciej? Posłuchaj, pierwszą osobą, która zobaczyła plemniki pod mikroskopem, był Leeuwenhoek. Wiesz, co one mu przypominały? Robaki…

I ponownie Desdemona, tym razem poruszająca inną kwestię:

– To Bóg decyduje, kim ma być dziecko. Nie ty…

Takie sceny pojawiały się w umyśle mojej matki podczas niekończących się nabożeństw niedzielnych. Wierni wstawali i siadali. W pierwszej ławce wiercili się moi kuzyni: Sokrates, Platon, Arystoteles i Kleopatra. Zza ikonostasu wyłonił się ojciec Mike i rozkołysał swoją kadzielnicę. Moja matka starała się modlić, ale to nic nie dawało. Ledwo doczekała chwili, gdy mogła pójść napić się kawy.

Już w wieku dwunastu lat moja matka nie mogła inaczej rozpocząć dnia niż wypijając dwie filiżanki nazbyt mocnej, czarnej jak smoła i niesłodzonej kawy – upodobanie to przejęła od kapitanów holowników i kawalerów w garniturach, jakich pełno było w pensjonacie, w którym dorastała. Jako uczennica szkoły średniej, wzrostu metr pięćdziesiąt pięć, siadywała obok mechaników samochodowych w restauracji na rogu, pijąc kawę przed rozpoczęciem lekcji. Oni przeglądali formularze wyścigowe, a Tessie kończyła zadanie z wiedzy o społeczeństwie. Teraz, w podziemiach kościoła, powiedziała Jonaszowi, żeby poszedł pobawić się z innymi dziećmi, a sama chciała dojść do siebie przy filiżance kawy.

Właśnie piła drugą, gdy nad uchem usłyszała ciche westchnienie i delikatny, kobiecy głos:

– Dzień dobry, Tessie – był to jej szwagier, ojciec Michael Antoniou.

– Witaj, ojcze Mike. Bardzo piękne nabożeństwo – odpowiedziała Tessie i natychmiast tego pożałowała. Ojciec Mike był duchownym pomocniczym w kościele Wniebowzięcia. Kiedy ostatni proboszcz powrócił do Aten, odwołany z hukiem po zaledwie trzech miesiącach, cała rodzina miała nadzieję, że ojciec Mike może uzyskać awans. Ale w końcu stanowisko to otrzymał nowy ksiądz z zewnątrz, ojciec Gregorios. Ciotka Zo, która nigdy nie przepuściła okazji, aby ponarzekać na własne małżeństwo, powiedziała przy obiedzie swoim głosem aktorki komediowej: – Tak to już jest z tym moim mężem. Zawsze o krok od sukcesu.

Chwaląc nabożeństwo, Tessie wcale nie zamierzała chwalić ojca Grega. Sytuacja była tym bardziej delikatna, że przed laty Tessie i ojciec Michael Antoniou byli zaręczeni i mieli się pobrać. Obecnie była żoną Miltona, a ojciec Mike – mężem jego siostry. Ledwo Tessie zeszła, aby się otrzeźwić i napić kawy, a już dzień wymykał się jej spod kontroli.

Wyglądało jednak na to, że ojciec Mike nie odczuł kłopotliwości całej sytuacji. Stał, uśmiechając się łagodnymi oczami nad wzburzonym wodospadem swojej brody. Będąc człowiekiem dobrotliwym, ojciec Mike cieszył się dużym powodzeniem wśród odwiedzających kościół wdów. Często tłoczyły się wokół niego, częstując go ciasteczkami i pławiąc się w otaczającej go aurze wieczystej szczęś­liwości. Aura ta wynikała po części z tego, że ojciec Mike sprawiał wrażenie w pełni zadowolonego ze swojej niewielkiej postury. Jego niski, wynoszący tylko metr sześćdziesiąt trzy, wzrost mógł świadczyć o ogromnej dobroczynności, jakby – zamiast samolubnie rosnąć – rozdał przypadającą na niego wysokość. Wydawało się też, że wybaczył Tessie zerwanie przed laty ich zaręczyn, ale zawsze coś wisiało w powietrzu, jak talk, który czasami wzbijał się z jego koloratki.

Z uśmiechem, delikatnie trzymając filiżankę i spodeczek, ojciec Mike zapytał:

– Co słychać w domu, Tessie?

Moja matka wiedziała oczywiście, że jako cotygodniowy niedzielny gość w naszym domu ojciec Mike był doskonale poinformowany o pomyśle z termometrem. Odniosła przy tym wrażenie, że w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia.

– Przyjdziesz dziś do nas – powiedziała obojętnie – to sam zobaczysz.

– Nie mogę się doczekać – odparł ojciec Mike. – W waszym domu zawsze prowadzimy bardzo interesujące rozmowy.

Tessie jeszcze raz przyjrzała się oczom ojca Mike’a, ale sprawiały wrażenie pełnych autentycznego ciepła. I w tym momencie wydarzyło się coś, co zupełnie odwróciło jej uwagę od rozmówcy.

Po drugiej stronie pomieszczenia Jonasz stał na krześle i starał się dosięgnąć kurka w termosie do kawy. Chciał nalać kawę do filiżanki, ale gdy już udało mu się odkręcić kurek, nie potrafił go zakręcić. Wrząca kawa wylewała się na stolik. Gorący płyn ochlapał stojącą nieopodal dziewczynkę. Dziecko odskoczyło. Otworzyło usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Moja matka przebiegła przez pokój i błyskawicznie porwała małą do toalety.

Nikt nie pamiętał, jak nazywała się ta dziewczynka. Nie należała do rodziny żadnego ze stałych parafian. Nawet nie była Greczynką. Pojawiła się w kościele tylko tego dnia i nigdy więcej jej tu nie widziano, wyglądało to tak, jakby jedynym celem jej istnienia było wywarcie wpływu na zmianę zdania mojej matki. W łazience odsuwała od siebie parującą koszulę, podczas gdy Tessie przyniosła wilgotne ręczniki.

– Wszystko w porządku, kochanie? Nie poparzyłaś się?

– Ten chłopiec jest bardzo niezdarny – powiedziała dziewczynka.

– Chyba masz rację. Ciągle pakuje się w tarapaty.

– Chłopcy bywają bardzo niesubordynowani.

Tessie rozbawiło to stwierdzenie:

– Dysponujesz bogatym słownictwem.

Po usłyszeniu komplementu dziewczynka uśmiechnęła się szeroko:

– „Niesubordynowany” to moje ulubione słowo. Mój brat jest bardzo niesubordynowany. W zeszłym miesiącu moim ulubionym słowem było „napuszony”. Ale nie można tego słowa używać tak często. Jeśli dobrze się zastanowić, to niewiele rzeczy może być napuszonych.

– Masz rację – przytaknęła Tessie, śmiejąc się. – Ale niesubordynowani są wszędzie.

– W pełni się z panią zgadzam – odparła dziewczynka.

Dwa tygodnie później. Niedziela wielkanocna 1959 roku. Przywiązanie naszej religii do kalendarza juliańskiego jeszcze raz spowodowało, że nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka z naszymi sąsiadami. Dwa tygodnie wcześniej mój brat patrzył, jak dzieci z sąsiedztwa szukały różnokolorowych jajek w pobliskich krzakach. Widział, jak jego koledzy zjadają głowy czekoladowym króliczkom i wrzucają do przepastnych ust pełne garście żelków w kształcie fasolek (gdy tak stał w oknie, mój brat najbardziej na świecie chciał wierzyć w amerykańskiego Boga, który zmartwychwstał odpowiedniego dnia). Dopiero wczoraj Jonasz mógł pomalować jajka i tylko na jeden kolor – czerwony. Dzisiaj w całym domu czerwone jajka lśnią w coraz dłuższych promieniach wiosennego przesilenia. Czerwone jajka wypełniają misy na stole w jadalni. Wiszą w woreczkach zawieszonych nad drzwiami. Stoją rzędami na kominku i są zapiekane w mających kształt krzyża bochenkach chleba tsoureki.

Ale mamy już późne popołudnie, jest po obiedzie. I mój brat się uśmiecha, ponieważ nadchodzi ta jedyna część greckiej Wielkanocy, którą woli od szukania jajek i jedzenia żelków – zabawa w rozbijanie jajek. Wszyscy gromadzą się przy stole w jadalni. Zagryzając wargę, Jonasz wybiera jajko z misy, ogląda je, a następnie odkłada na miejsce. Wybiera inne.

– To chyba będzie dobre – mówi Milton, wybierając swoje. – Zbudowane jak wóz pancerny.

Milton podnosi jajko. Jonasz przygotowuje się do ataku. Nagle moja matka szturcha ojca w plecy.

– Chwileczkę, Tessie. Właśnie rozbijamy jajka.

Kolejne szturchnięcie, tym razem silniejsze.

– Co?

– Moja temperatura – chwila przerwy – wzrosła o sześć kresek.

Używała termometru. Mój ojciec dowiaduje się o tym po raz pierwszy.

– Teraz? – szepcze mój ojciec. – Jezu, Tessie, czy jesteś pewna?

– Nie, nie jestem pewna. Powiedziałeś, żebym zwracała uwagę na każdy wzrost temperatury, więc ci mówię, że mam temperaturę wyższą o sześć kresek. I – dodaje, zniżając głos – oprócz tego minęło już trzynaście dni od wiesz czego.

– No, już, tato – prosi Jonasz.

– Przerwa – mówi Milton. Wkłada swoje jajko do popielniczki. – To jest moje jajko. Niech nikt go nie dotyka, dopóki nie wrócę.

Na górze, w głównej sypialni, moi rodzice dokonują tego ważnego aktu. Naturalne dziecięce poczucie przyzwoitości powoduje, że powstrzymam się od bardziej szczegółowego opisu tej sceny. Tylko jedno – po skończeniu mój ojciec, jakby dolewał paliwo pod sam korek, mówi: „Powinno wystarczyć”. Okazuje się, że ma rację. W maju Tessie dowiaduje się, że jest w ciąży, i rozpoczyna się oczekiwanie.

Po sześciu tygodniach mam już oczy i uszy. Po siedmiu mam nozdrza i nawet wargi. Zaczynają się formować moje genitalia. Na pewnym etapie rozwoju płodowego hormony, zgodnie ze wskazówkami chromosomów, hamują rozwój struktur Müllera, a pobudzają kanały Wolffa. Moje dwadzieścia trzy sparowane chromosomy połączyły się i skrzyżowały, puszczając w ruch koło ruletki. W tym samym czasie mój papou kładzie rękę na brzuchu mojej matki i mówi: „Para szczęś­ciarzy!” Ustawione w odpowiednie regimenty, moje geny wypełniają wydane rozkazy. Wszystkie za wyjątkiem dwóch – pary szubrawców (lub rewolucjonistów, w zależności od punktu widzenia) kryjących się na chromosomie piątym. Wspólnie wysysają enzym, który zaprzestaje produkcji określonego hormonu, komplikując w ten sposób moje życie.

W salonie mężczyźni przestali rozmawiać o polityce i zamiast tego zakładają się, czy nowe dziecko Milta będzie dziewczynką czy chłopcem. Mój ojciec jest pewny swego. Dwadzieścia cztery godziny po stosunku temperatura ciała mojej matki wzrosła o kolejne dwie kreski, co potwierdziło owulację. Do tego czasu plemniki zawierające męskie chromosomy już się poddały, wyczerpane. Plemniki z żeńskimi chromosomami wygrały wyścig, podobnie jak żółw w biegu z zającem (to właśnie wtedy Tessie wręczyła Miltonowi termometr i powiedziała, że już nigdy więcej nie chce widzieć tego instrumentu).

Wszystkie te wydarzenia poprzedziły dzień, w którym Desdemona wymachiwała sztućcem nad brzuchem mojej matki. W tym czasie nie istniała jeszcze ultrasonografia i musiała wystarczyć łyżeczka. Desdemona kucnęła. W kuchni zrobiło się cicho. Stojące wokół kobiety zagryzły wargi, patrząc i czekając. Przez pierwszą minutę łyżeczka w ogóle się nie poruszyła. Ręka Desdemony zaczęła drżeć i upłynęły długie sekundy, zanim ciotka Lina ją uspokoiła. Łyżeczka zawirowała, ja kopnąłem, moja matka krzyknęła. I wtedy, powoli, jakby poruszana niewyczuwalnym wiatrem, w ten nieziemski, spirytystyczny sposób srebrna łyżeczka zaczęła się kołysać, najpierw zataczając małe koła, ale z każdym obrotem podążając po bardziej eliptycznym torze, aż jej droga spłaszczyła się do linii prostej, wskazującej kierunek od pieca do krzeseł pod ścianą. Innymi słowy – z północy na południe.

Desdemona krzyknęła:

– Koros!

I pokój wybuchł okrzykami:

– Koros, koros!

Tej nocy mój ojciec powiedział:

– Nie pomyliła się już dwadzieścia trzy razy pod rząd, to znaczy, że w końcu musi zrobić błąd. Tym razem się myli, zaufaj mi.

– Mnie nie będzie przeszkadzać, jeśli to będzie chłopiec – powiedziała moja matka. – Naprawdę. Najważniejsze, żeby było zdrowe, miało dziesięć palców u rąk i dziesięć u nóg.

– Co za „ono”? Przecież mówisz o mojej córce.

Moje narodziny wypadły tydzień po Nowym Roku, 8 stycznia 1960 roku. W poczekalni, zaopatrzony tylko w cygara z różową wstążką, mój ojciec wykrzyknął: „Bingo!”. Urodziła się dziewczynka. Czterdzieści osiem centymetrów długości i trzy kilogramy dwadzieścia dekagramów wagi.

Tego samego dnia, 8 stycznia, mój dziadek miał pierwszy ze swoich trzynastu udarów mózgu. Obudzony przez moich rodziców pędzących do szpitala, wstał z łóżka i zszedł na dół, aby zrobić sobie kawę. Godzinę później Desdemona znalazła go leżącego w kuchni na podłodze. Jego władze umysłowe pozostały nienaruszone, jednak tego ranka, gdy ja wydałem swój pierwszy krzyk w szpitalu położniczym, mój papoustracił zdolność mówienia. Według Desdemony mój dziadek zasłabł zaraz po tym, jak odwrócił filiżankę, aby przepowiedzieć swoją przyszłość z fusów.

Usłyszawszy informację o mojej płci, wuj Pete nie chciał przyjmować żadnych gratulacji. Nie było w tym żadnych czarów.

– Poza tym – żartował – to Milt odwalił całą robotę.

Desdemona zrobiła się ponura. Jej urodzony w Ameryce syn miał rację i ta świeża porażka spowodowała, że stary kraj, w którym nadal starała się żyć mimo jego oddalenia o cztery tysiące mil i trzydzieści osiem lat, oddalał się jeszcze bardziej. Moje przybycie na świat oznaczało koniec przepowiadania narodzin dzieci i początek powolnego upadku jej męża. Chociaż skrzyneczka na jedwabniki miała się jeszcze pojawiać od czasu do czasu, wśród znajdujących się w niej skarbów nie było już srebrnej łyżeczki.

Wyciągnięto mnie, dostałem klapsa i zostałem opłukany – w tej właśnie kolejności. Owinięto mnie w kocyk i pokazano światu razem z sześcioma innymi niemowlakami (czterema chłopczykami i dwiema dziewczynkami), a każdy z nich, w przeciwieństwie do mnie, został odpowiednio oznaczony. Wiem, że to niemożliwe, ale coś pamiętam – iskry powoli wypełniające ciemny ekran.

Ktoś włączył moje oczy.

Swaty

Kiedy historia ta ujrzy światło dzienne, mogę zostać najsłynniejszym hermafrodytą w historii. Byli już inni przede mną. Alexina Barbin uczęszczała na pensję dla dziewcząt we Francji, zanim stała się Ablem. Pozostawiła autobiografię odnalezioną przez Michela Foucaulta w archiwach francuskiego Departamentu Higieny Publicznej (jej pamiętniki, kończące się na krótko przed samobójczą śmiercią autorki, nie prezentują zagadnienia w sposób zadowalający – to właśnie po ich przeczytaniu wiele lat temu po raz pierwszy pomyślałem o napisaniu własnych). Gottlieb Göttlich, urodzony w 1798 roku, żył jako Marie Rosie do momentu, gdy osiągnął wiek trzydziestu trzech lat. Pewnego dnia bóle brzucha spowodowały, że Marie poszła do lekarza. Doktor zbadał ją, podejrzewając przepuklinę, a zamiast tego znalazł niezstąpione jądra. Od tego czasu Marie przywdziała męskie ubranie, przyjęła imię Gottlieb i zbiła fortunę, jeżdżąc po Europie i wystawiając się na pokaz przed lekarzami.

Skoro już wspomniałem o lekarzach, muszę powiedzieć, że jestem lepszy nawet od Gottlieba. Jeśli przyjąć, że na chemię mózgu i histologię ma wpływ poziom hormonów w czasie rozwoju płodowego, to umysł mam męski. Ale zostałem wychowany jako dziewczynka. Gdybyśmy mieli wymyślić doświadczenie określające względny wpływ natury i wychowania, moje życie mogłoby być tu idealnym przykładem. Podczas mojego pobytu w klinice, prawie trzydzieści lat temu, doktor Luce poddał mnie całej serii testów. Przeszedłem test pamięci wzrokowej Bentona i testy rysunkowe Bendera. Zmierzono mój werbalny iloraz inteligencji, a także wiele innych rzeczy. Luce poddał analizie nawet mój charakter pisma, aby sprawdzić, czy pisałem w sposób męski – linearny, czy też kobiecy – zaokrąglony.

Jedno wiem na pewno – mimo mojego poddanego działaniom endrogenów umysłu, w opowiadanej przeze mnie historii jest pewien wrodzony element żeńskiej kolistości. Jak w każdej historii genetycznej. Stanowię ostatnie wypowiedzenie składowe w zdaniu złożonym, a zdanie to zaczyna się w odległej przeszłości, w zupełnie innym języku, i należy je przeczytać od samego początku, aby dotrzeć do końca, którym jest moje pojawienie się na świecie.

I teraz, już po moim urodzeniu, cofnę film. Mój różowy kocyk odlatuje, moje łóżeczko przesuwa się po podłodze, moja pępowina ponownie się przytwierdza, a ja krzyczę, wciągany między nogi mojej matki. Znowu staje się bardzo gruba. I dalej do tyłu, gdy łyżeczka przestaje się kołysać, a termometr powraca do swojej aksamitnej szkatułki. Sputnik wraca po swoim torze na wyrzutnię, a choroba Heinego-Medina szerzy się na świecie. Krótka migawka, prezentująca najpierw mojego ojca jako dwudziestotrzyletniego klarnecistę grającego numer Artie Shawa do słuchawki telefonicznej, a później jako ośmiolatka w kościele, zgorszonego ceną świec. Teraz mój dziadek w 1933 roku, odklejający z kasy swój pierwszy „szczęśliwy” amerykański banknot jednodolarowy. Następnie opuszczamy Amerykę, jesteśmy na środku oceanu, puszczana do tyłu ścieżka dźwiękowa brzmi zabawnie. Pojawia się parowiec, a na pokładzie śmiesznie kołysze się szalupa ratunkowa, ale już statek cumuje, najpierw rufą, i znowu jesteśmy na stałym lądzie. Film dalej odwija się ze szpuli, cofając się do samego początku…

Późnym latem 1922 roku moja babcia, Desdemona Stephanides, nie przepowiadała narodzin, ale śmierć, przede wszystkim własną. Stała właśnie w chatce, w której hodowała jedwabniki, wysoko na zboczu Olimpu w Azji Mniejszej, gdy jej serce bez ostrzeżenia przestało bić. Wrażenie bardzo wyraźne – poczuła, jak jej serce staje i zwija się w kulkę. Następnie, kiedy zesztywniała, ponownie zaczęło pospiesznie uderzać, tłukąc się o żebra. Wydała krótki okrzyk zdumienia. Jej dwadzieścia tysięcy wrażliwych na uczucia ludzi jedwabników nagle przestało snuć swoje kokony. Mrużąc oczy w ciemnym świetle, moja babcia spojrzała w dół i zobaczyła wyraźnie trzepoczący przód jej tuniki. To właśnie wówczas zdała sobie sprawę, że w jej ciele może się zrodzić niezależny od niej bunt. Desdemona stała się tym, czym pozostała na resztę swojego życia – chorą osobą uwięzioną w zdrowym ciele. Ponieważ jednak nie ufała we własną wytrzymałość, mimo że jej serce już się uspokajało, wyszła na zewnątrz, aby po raz ostatni spojrzeć na świat, którego miała nie opuścić przez następne pięćdziesiąt osiem lat.

Rozciągający się przed nią widok był naprawdę wspaniały. Trzysta metrów niżej leżała stara stolica osmańska – Bursa, wyglądająca jak rozłożona na zielonym dywanie doliny plansza do gry w tryktraka. Czerwone romby dachówek stykały się z rombami bielonych ścian. Porozrzucane w okolicy groby sułtanów były podobne do jasnych żetonów. W 1922 roku ruch samochodowy nie blokował jeszcze ulic, a wyciągi narciarskie nie przecinały sosnowych borów na zboczu góry. Miasto nie było otoczone zakładami metalurgicznymi i tekstylnymi, które wypełniły powietrze smogiem. Bursa wyglądała (przynajmniej z wysokości trzystu metrów) prawie tak, jak przez minione sześć stuleci – święte miasto, osmańska nekropolia i centrum handlu jedwabiem, a jej spokojne, biegnące w dół ulice kwitły minaretami i cyprysami. Dachówki Zielonego Meczetu zmieniły z czasem kolor na niebieski, ale była to właściwie jedyna różnica. Jednak Desdemona Stephanides, kibicując z daleka, patrzyła z góry na planszę i widziała to, czego nie zauważali gracze.

Gdybyśmy poddali psychoanalizie powody palpitacji serca mojej babki, okazałoby się, że były one objawem głębokiego żalu. Jej rodzice nie żyli – zginęli w czasie ostatniej wojny z Turkami. Grecka armia, zachęcona przez aliantów, dokonała inwazji na zachodnią Turcję w 1919 roku, odbierając starożytne terytorium Grecji w Azji Mniejszej. Po latach życia w odosobnieniu na zboczu góry ludzie z Bithynios, wioski mojej babki, wkroczyli w bezpieczny świat Wielkiej Idei – Megale Idea, snu o Wielkiej Grecji. Obecnie Bursę okupowały greckie wojska. Nad dawnym pałacem osmańskim powiewała grecka flaga. Turcy wraz ze swoim przywódcą Kemalem Mustafą wycofali się na wschód, do Angory. Pierwszy raz w swoim życiu Grecy z Azji Mniejszej wyrwali się spod panowania tureckiego. Już nie obowiązywały rozporządzenia zabraniające giaurom (niewiernym psom) noszenia jaskrawych ubrań, jazdy konnej czy używania siodła. Tureccy urzędnicy nigdy już nie mieli, jak to czynili przez ostatnie wieki, przybywać co roku do wioski i siłą zabierać najsilniejszych chłopców, aby służyli w oddziałach janczarów. Mężczyźni z wioski, niosąc jedwab na rynek w Bursie, byli obecnie wolnymi Grekami w wolnym greckim mieście.

Jednak opłakująca rodziców Desdemona wciąż była więźniem przeszłości. I gdy tak stała na górze, patrząc w dół na wyzwolone miasto, czuła się oszukana przez swoją niezdolność odczuwania szczęś­cia wraz z innymi. Wiele lat później, już jako wdowa – gdy całą dekadę spędziła w łóżku, bardzo żywo starając się umrzeć – przyznała w końcu, że te dwa lata między wojnami pół wieku wcześniej były jedynym przyzwoitym okresem w jej życiu. Ale wtedy wszyscy, których wówczas znała, już nie żyli i mogła to powiedzieć tylko do telewizora.

Przez blisko godzinę Desdemona starała się ignorować swoje złe przeczucia, dalej pracując wśród jedwabników. Przyszła tu z domu, wychodząc tylnymi drzwiami przez słodko pachnącą altankę zarośniętą pędami winogron i przez tarasowo ukształtowane podwórze, zmierzając do niskiej, krytej strzechą chatki. Panujący wewnątrz drażniący zapach larw nie przeszkadzał jej. Hodowla jedwabników była osobistą, choć śmierdzącą oazą mojej babki. Wszędzie wokół niej, jak na jakimś firmamencie, miękkie i białe gąsienice tkwiły uczepione zebranych w wiązki gałązek morwy. Desdemona patrzyła, jak snują kokony, ruszając główkami jakby w rytm muzyki. Kiedy tak spoglądała, zapominała o istniejącym na zewnątrz świecie, o jego zmianach i niepokojach, jego okropnej nowej muzyce (która za chwilę ma się pojawić). Słyszała natomiast swoją matkę, Euphrosyne Stephanides, która wiele lat temu w tej właśnie wylęgarni objaśniała jej tajemnice jedwabników. „Aby uzyskać dobry jedwab, musisz być czysta” – mówiła córce. I dodawała: „Jedwabniki wiedzą wszystko. Zawsze można poznać człowieka po tym, jak wyglądają jego jedwabniki”. Oprócz udzielania ogólnych rad Euphrosyne podawała również konkretne przykłady: „Taka Maria Poulos, która zadziera spódnicę przed każdym. Widziałaś jej kokony? Plama po każdym mężczyźnie. Przyjrzyj się następnym razem”.

Jedenastoletnia czy dwunastoletnia Desdemona dawała wiarę każdemu słowu i teraz, jako młoda, dwudziestojednoletnia kobieta, nadal jeszcze trochę wierzyła w moralizatorskie powiastki swojej matki i bacznie przyglądała się konstelacji kokonów, szukając na nich oznak swojej nieczystości (te jej sny!). Szukała również innych znaków, ponieważ jej matka utrzymywała, że jedwabniki reagowały na zdarzenia historyczne. Po każdej masakrze, choćby wydarzyła się w wiosce oddalonej o pięćdziesiąt mil, włókna gąsienic zmieniały barwę na kolor krwi. „Widziałam je, krwawiące jak stopy samego Christosa” – to znowu słowa Euphrosyne, a pamiętająca o nich Desdemona wiele lat później mruży oczy w słabym świetle, aby zobaczyć, czy kokony zmieniają barwę na czerwoną. Wyciągnęła tacę i potrząsnęła nią, wyciągnęła następną i właśnie wtedy poczuła, że jej serce przestaje bić, zwija się w kulkę, a po chwili zaczyna uderzać ją od środka. Upuściła tacę, zobaczyła, jak jej tunika trzepocze od jakiejś siły wewnętrznej, i zrozumiała, że jej serce funkcjonuje zgodnie z jemu tylko znaną instrukcją, że ona sama nie panuje ani nad nim, ani tak naprawdę nad niczym innym.

I tak moja yia yia, cierpiąca na pierwszą ze swoich urojonych chorób, stała, patrząc w dół, na Bursę, jakby w oczekiwaniu na pojawienie się widocznego potwierdzenia swoich niewidzialnych obaw. I wówczas nadeszło potwierdzenie w postaci dźwięków dochodzących z wnętrza domu – to zaczął śpiewać jej brat, Eleutherios (Lefty) Stephanides. Śpiewał po angielsku, źle wymawiając i tak niewiele znaczące słowa:

– Ev’ry morning, ev’ry evening, ain’t we got fun – nucił Lefty. Stał przed lustrem w sypialni, jak miał to w zwyczaju robić codziennie mniej więcej o tej porze, i przypinał nowy celuloidowy kołnierzyk do nowej białej koszuli, wyciskał (pachnącą cytryną) brylantynę na dłoń i wcierał ją w swoje świeżo ostrzyżone na Rudolfa Valentino włosy. I ciągnął:

– In the meantime, in-between time, ain’t we got fun.

On również nie rozumiał tekstu, wystarczała mu sama melodia. Ta muzyka kojarzyła się Lefty’emu z frywolnością ery jazzu, koktajlami na ginie, dziewczynami roznoszącymi papierosy na tacach, to ona powodowała, że energicznie pomadował włosy… Natomiast stojąca na podwórzu i słysząca ten śpiew Desdemona reagowała zupełnie inaczej. Piosenka przywodziła jej na myśl tylko cieszące się złą sławą knajpy w mieście, w których upijał się jej brat, te haszyszowe speluny, gdzie grali rebetiko i muzykę amerykańską, i gdzie śpiewały rozwiązłe kobiety… A w tym czasie Lefty wkładał swój nowy prążkowany garnitur, składał czerwoną chusteczkę dopasowaną do czerwonego krawata… I zrobiło jej się dziwnie, czuła to zwłaszcza w brzuchu, w którym przewalało się od skomplikowanych emocji, smutku, złości i jeszcze czegoś innego, czego nie potrafiła nazwać, a co bolało najbardziej.

– The rent’s unpaid, we haven’t a car – Lefty zawodził słodkim tenorem, jaki miałem później odziedziczyć, a wśród tej muzyki Desdemona znów usłyszała głos swojej matki, ostatnie słowa Euphrosyne Stephanides wypowiedziane na chwilę przed śmiercią od rany postrzałowej: „Zajmij się Leftym. Obiecaj. Znajdź mu żonę!” – i Desdemona odpowiadająca przez łzy: „Obiecuję. Obiecuję!”… Te wszystkie głosy pojawiające się jednocześnie w głowie Desdemony idącej przez podwórze do domu. Przeszła przez małą kuchnię, w której gotował się obiad (dla jednej osoby), i wkroczyła prosto do dzielonej z bratem sypialni. Wciąż śpiewał:

– Not much money, oh! but honey – zakładał spinki do mankietów, robił przedziałek, ale w tym momencie podniósł wzrok i zobaczył swoją siostrę: – Ain’t we got… – i pianissimo: – …fun. – I ucichł.

Przez chwilę widać było w lustrze twarze obojga. W wieku dwudziestu jeden lat, na długo przed założeniem źle dopasowanej sztucznej szczęki i przybraniem narzuconego samej sobie inwalidztwa, moja babka bez wątpienia była piękną osobą. Czarne włosy nosiła zaplecione w długie warkocze upięte pod chustką. Jednak nie były to warkocze delikatne jak u małej dziewczynki, ale ciężkie i kobiece, obdarzone naturalną mocą, przypominające ogon bobra. Te warkocze nosiły w sobie historię kolejnych lat, pór roku i zmiennej pogody, a kiedy je rozpuszczała w nocy, opadały jej do pasa. W tej chwili były dodatkowo przewiązane czarnymi jedwabnymi wstążkami, przez co stały się jeszcze bardziej imponujące, jeśli tylko można je było zobaczyć, a to udawało się niewielu. Zazwyczaj oglądać można było tylko twarz Desdemony – jej duże smutne oczy i jej bladą, jak oświetloną świecami cerę. Muszę również wspomnieć z nutką zazdrości trapiącej dziewczynkę płaską jak deska, jaką kiedyś byłem, o zmysłowej figurze Desdemony. Jej ciało było dla niej powodem ciągłego zakłopotania. Dawało znać o sobie w zupełnie nieprzewidywalny sposób. W kościele, gdy klękała, na podwórzu, gdy trzepała dywany, pod brzoskwinią, gdy zrywała owoce – kobiecość Desdemony wymykała się więzom jej burych, ograniczających ją ubrań. Kiedy więc całe jej ciało podrygiwało, jej zawinięta w chustkę twarz sprawiała wrażenie odizolowanej i zgorszonej tym, co wyczyniały jej piersi i biodra.

Eleutherios był wyższy i szczuplejszy. Na fotografiach z tego okresu przypominał podziwiane przez niego postaci z półświatka – złodziei i hazardzistów z cienkimi wąsikami, przesiadujących w nadmorskich knajpach Aten i Konstantynopola. Jego jastrzębi nos, takież oczy i rysy powodowały, że cała twarz przypominała wyglądem tego ptaka. Gdy się jednak uśmiechnął, z jego oczu biła łagodność i od razu było widać, że Lefty w rzeczywistości nie był gangsterem, ale rozpieszczonym, wiecznie pogrążonym w książkach synem dostatnio żyjących rodziców.

Tego letniego popołudnia w 1922 roku Desdemona nie patrzyła na twarz brata. Spojrzała natomiast na marynarkę, błyszczące włosy, prążkowane spodnie i próbowała zrozumieć, co się z nim stało przez tych kilka ostatnich miesięcy.

Lefty był rok młodszy od Desdemony i nieraz się zastanawiała, jak mogła te dwanaście miesięcy przeżyć bez niego. Odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze był po drugiej stronie koca z koziego futra, który rozdzielał ich łóżka. Zza tego kelimi wystawiał teatrzyk kukiełkowy, wykręcając swoje dłonie w postać bystrego garbatego Karaghiozis, który zawsze przechytrzał Turków. W ciemności układał wiersze lub śpiewał piosenki i jednym z powodów, dla których nienawidziła nowej amerykańskiej muzyki, było to, że śpiewał ją wyłącznie dla siebie. Desdemona zawsze kochała swojego brata, tak jak potrafi kochać brata tylko dorastająca na zboczu góry siostra – był jej całą rozrywką, jej najlepszym przyjacielem i powiernikiem, wspólnie odkrywali drogi na skróty i utajone cele mnichów. Od samego początku bardzo dobrze rozumieli się z Leftym i czasami zapominała nawet, że byli odrębnymi osobami. Jako dzieci tarzali się po tarasowo ukształtowanym zboczu góry jak czworonożne i dwugłowe stworzenie. Do tego stopnia przyzwyczaiła się do cienia syjamskiego rodzeństwa, jaki rzucali wieczorem na bielone ściany domu, że gdy tylko widziała swoją samotną sylwetkę, wydawało jej się, że jest przecięta na pół.

Wszystko się zmieniło, gdy nastały czasy pokoju. Lefty zaczął korzystać z nowej wolności. W ostatnich miesiącach schodził do Bursy łącznie siedemnaście razy. Trzy razy zatrzymał się na noc w Cocoon Inn, naprzeciw meczetu sułtana Ouhana. Pewnego ranka wyszedł z domu ubrany w wysokie buty, kolanówki, bryczesy, doulamas i kamizelkę, a następnego dnia wieczorem wrócił w garniturze w prążki, z jedwabnym szalem wsuniętym za kołnierzyk, jak jakiś śpiewak operowy, i w czarnym meloniku na głowie. Można było zauważyć również inne zmiany. Zaczął się uczyć języka francuskiego z małego, fioletowego podręcznika do rozmówek. Nabrał też pretensjonalnych gestów, na przykład wkładania rąk do kieszeni i dzwonienia bilonem lub uchylania kapelusza. Gdy Desdemona robiła pranie, w kieszeniach Lefty’ego znalazła pokryte symbolami matematycznymi karteczki. Jego ubranie pachniało piżmem, dymem, czasami wydzielało również słodkawy zapach.

Nawet to, że odbicia ich twarzy były w lustrze połączone, nie było w stanie ukryć faktu, że coraz bardziej się od siebie oddalali. I gdy moja wiecznie przygnębiona babka, w której sercu rozpętała się teraz burza, spojrzała na swojego brata, powrócił do niej obraz jej samotnego cienia i poczuła jakąś wewnętrzną pustkę.

– I dokąd to idziesz tak wystrojony?

– A jak sądzisz? Do Koza Han. Sprzedać kokony.

– Byłeś tam wczoraj.

– Teraz jest sezon.

Szylkretowym grzebieniem Lefty zrobił przedziałek po prawej stronie, nakładając brylantynę na niesforny kosmyk, który nie chciał się ułożyć.

Desdemona podeszła do brata. Wzięła do ręki brylantynę i powąchała ją. Zapach był inny niż ten na jego ubraniu.

– Co tam jeszcze robisz?

– Nic.

– Czasami zostajesz na całą noc.

– To kawał drogi. Zanim tam dojdę, jest już późno.

– Co ty palisz w tych knajpach?

– To, co jest w fajce. Niegrzecznie tak wypytywać.

– Gdyby tylko matka i ojciec wiedzieli, że tyle palisz i pijesz… – zamilkła.

– Ale nie wiedzą, prawda? – powiedział Lefty. – Więc nic mi nie grozi.

Jego niefrasobliwy ton nie brzmiał przekonująco. Lefty zachowywał się tak, jakby już otrząsnął się po śmierci rodziców, ale Desdemona umiała go przejrzeć. Uśmiechnęła się smutno do brata i, nie mówiąc nic, wyciągnęła rękę zaciśniętą w pięść. Odruchowo, wciąż jeszcze przeglądając się w lustrze, Lefty również zacisnął dłoń w pięść. Policzyli:

– Raz, dwa, trzy… Teraz!

– Nożyczki łamią się na kamieniu, ja wygrałam – rzekła Desdemona. – Zatem powiedz mi.

– Co mam ci powiedzieć?

– Powiedz, co jest tak interesującego w Bursie.

Lefty ponownie zaczesał włosy do przodu i zrobił przedziałek po lewej stronie. Kręcił głową przed lustrem w lewo i w prawo.

– Jak jest lepiej? Po lewej czy po prawej?

– Niech się przyjrzę – Desdemona delikatnie podniosła rękę do włosów Lefty’ego… i zmierzwiła je.

– Hej!

– Czego szukasz w Bursie?

– Daj mi spokój.

– Powiedz!

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – spytał Lefty zirytowany zachowaniem siostry. – Jak myślisz, czego ja mogę szukać? – mówił z tłumioną siłą. – Szukam kobiety.

Desdemona chwyciła się za brzuch, przyłożyła drugą rękę do serca. Zrobiła dwa kroki do tyłu i z tego miejsca jeszcze raz spojrzała na brata. Pomysł, że Lefty, który miał te same oczy i brwi co ona, który spał w łóżku obok niej, mógłby odczuwać tego rodzaju pożądanie, nigdy jeszcze nie przyszedł Desdemonie do głowy. Ciało Desdemony, aczkolwiek dojrzałe pod względem fizycznym, wciąż było czymś obcym dla jego właścicielki. W nocy w ich sypialni widziała, jak jej brat przyciska się do materaca plecionego ze sznurków, jakby wyładowywał na nim swoją złość. Gdy byli dziećmi, spotkała go w wylęgarni jedwabników ocierającego się niewinnie o drewniany palik. Ale to wszystko nie robiło na niej żadnego wrażenia.

– Co robisz? – spytała Lefty’ego, wówczas ośmio- lub dziewięcioletniego, trzymającego mocno palik i ruszającego kolanami w górę i w dół. Spokojnym, zdecydowanym głosem odpowiedział:

– Chcę to poczuć.

– Co poczuć?

– No, wiesz – stękając, dysząc, ruszając miarowo kolanami, odpowiadał – to uczucie.

Ale ona nie wiedziała. Miało upłynąć jeszcze kilka lat, zanim Desdemona, siekając ogórki, oprze się o róg stołu kuchennego i nie zdając sobie z tego sprawy, po chwili oprze się nieco mocniej, a później będzie przyjmować tę pozycję codziennie, z rogiem stołu wciśniętym między swoimi nogami. Teraz, przygotowując posiłki bratu, czasami powracała do swojej starej znajomości ze stołem, ale czyniła to nieświadomie. Odpowiedzialne za to było jej ciało, potajemnie działające z typową dla wszystkich ciał przebiegłością.

Inaczej było w wypadku wypraw jej brata do miasta. Najwidoczniej wiedział, czego szukał, w pełni porozumiewał się ze swoim ciałem. Jego umysł i ciało stanowiły jedną istotę, rządzoną jedną myślą, ogarniętą jedną namiętnością, a Desdemona pierwszy raz w życiu nie była w stanie odczytać tej myśli. Wiedziała tylko, że nie miała z nią żadnego związku.

Doprowadzało ją to do szału. Podejrzewam również, że czuła pewną zazdrość. Czyż nie była jego najlepszą przyjaciółką? Czyż nie mówili sobie zawsze o wszystkim? Czyż nie robiła dla niego wszystkiego – gotowała, szyła i zajmowała się domem jak ich matka? Czyż to nie ona samodzielnie zajmowała się hodowlą jedwabników, dzięki czemu on, jej bystry mały braciszek, mógł się uczyć u księdza klasycznej greki? Czyż to nie ona powiedziała: „Ty zajmuj się książkami, a ja zajmę się hodowlą jedwabników. Wystarczy tylko, że będziesz sprzedawał kokony na rynku”. A kiedy zaczął zostawać dłużej w mieście, czy narzekała? Czy wspominała o znalezionych karteczkach albo o jego czerwonych oczach, czy też o piżmowo-słodkim zapachu jego ubrań? Desdemona podejrzewała, że jej marzycielski braciszek zaczął palić haszysz. Tam, gdzie była muzyka rebetiko, zawsze był haszysz. Lefty radził sobie ze stratą rodziców w jedyny sposób, jaki znał, znikając w chmurze dymu haszyszowego, jednocześnie słuchając niewątpliwie najsmutniejszej muzyki na świecie. Desdemona wszystko to rozumiała i dlatego też nic nie mówiła. Ale widziała, że jej brat próbuje teraz uciec przed żalem w sposób, jakiego się nie spodziewała, i już nie chciała siedzieć cicho.

– Chcesz kobiety? – zapytała z niedowierzaniem w głosie. – Jakiej kobiety? Turczynki?

Lefty nic nie powiedział. Po swoim wybuchu ponownie zajął się czesaniem włosów.

– A może potrzebujesz jakiejś panienki z haremu. Mam rację? Myślisz, że nic nie wiem o tych rozwiązłych dziewczynach, tych poutanes? Wiem dobrze, nie jestem taka głupia. Podoba ci się, jak grube dziewczyny trzęsą przed tobą brzuchami? Z brylantem w samym środku tłustego brzucha? Chcesz jedną z nich? Powiem ci coś. Wiesz, dlaczego te tureckie dziewczyny skrywają twarz? Myślisz, że to z powodu religii? Nie. To dlatego, że w przeciwnym razie nikt nie zniósłby ich widoku! – teraz już krzyczała. – Wstydziłbyś się, Eleutheriosie! Co się z tobą dzieje? Dlaczego nie znajdziesz sobie dziewczyny w naszej wiosce?

W tym momencie Lefty, który właśnie otrzepywał marynarkę, zwrócił siostrze uwagę na przeoczony przez nią fakt.

– Może tego nie zauważyłaś – rzekł – ale w naszej wiosce nie ma żadnych dziewczyn.

I rzeczywiście nie bardzo odbiegało to od prawdy. Bithynios nigdy nie było dużą wioską, ale w 1922 roku było mniejsze niż kiedykolwiek. Ludzie zaczęli wyjeżdżać w 1913 roku, gdy plaga filoksery zniszczyła porzeczki. Exodus trwał podczas wojen bałkańskich. Kuzynka Lefty’ego i Desdemony, Sourmelina, wyjechała do Ameryki i mieszkała w miejscu zwanym Detroit. Zbudowane na łagodnym zboczu góry Bithynios odbiegało charakterem od wiosek niebezpiecznie położonych na skałach. Stanowiło eleganckie czy też przynajmniej harmonijne skupisko otynkowanych na żółto domów z czerwonymi dachami. Najwspanialsze domy, a były takie dwa, miały çikma – wykuszowe okna wiszące nad ulicą. Najbiedniejsze, a tych było wiele, stanowiły zazwyczaj jednoizbowe pomieszczenia z kuchnią. Były też takie jak Desdemony i Lefty’ego, z zapchanym meblami salonem, dwiema sypialniami, kuchnią i wygódką w podwórzu, z europejską toaletą. W Bithynios nie było żadnych sklepów ani poczty czy banku, tylko kościół i tawerna. Na zakupy trzeba się było wybierać do Bursy, najpierw pieszo, a później jadąc konnym tramwajem.

W 1922 roku w wiosce żyło zaledwie sto osób. Mniej niż połowę stanowiły kobiety. Z czterdziestu siedmiu kobiet dwadzieścia jeden było starych, a dwadzieścia było mężatkami w średnim wieku. Trzy były młodymi matkami, każda z córeczką w pieluchach. Jedna była jego siostrą. Pozostawały dwie dziewczyny na wydaniu i Desdemona pospiesznie wysunęła ich kandydatury.

– Co to ma znaczyć, że nie ma żadnych dziewcząt? A Lucille Kafkalis? To bardzo miła dziewczyna. Albo Victoria Pappas?

– Lucille cuchnie – trzeźwo odpowiedział Lefty. – Kąpie się może raz do roku. Na imieniny. A Victoria? – przesunął palcem nad górną wargą. – Victoria ma większe wąsy niż ja. Nie chcę, żeby moja żona używała mojej brzytwy – mówiąc to, odłożył szczotkę do ubrań i włożył marynarkę.

– Nie czekaj na mnie – rzekł i wyszedł z pokoju.

– Idź! – zawołała za nim Desdemona. – Nic mnie to nie obchodzi! Tylko pamiętaj: kiedy twoja turecka żona zdejmie swoją maskę, nie wracaj biegiem do wioski!

Ale Lefty już poszedł. Jego kroki ucichły w oddali. Desdemona znowu poczuła, jak w jej krwi podnosi się poziom tajemniczej trucizny. Nie zwróciła na to uwagi.

– Nie lubię jeść w samotności! – krzyknęła w otaczającą ją pustkę.

Wiatr z doliny wzmógł się, jak każdego popołudnia. Wiał przez otwarte okna domu. Zadzwonił zasuwką jej skrzyni na wyprawę i leżącym na niej starym sznurem koralików, które jej ojciec przesuwał palcami, gdy musiał się uspokoić. Desdemona wzięła do ręki ten sznur. Zaczęła po kolei przesuwać koraliki w palcach, tak jak robił to jej ojciec, a także jej dziadek i pradziadek, dokonując w ten sposób przekazywanego z pokolenia na pokolenie ustalonego rytuału dokładnego i gruntownego zamartwiania się. W miarę jak koraliki stukały jeden o drugi, Desdemona poddawała się ich działaniu. Jakie były zamiary Boga? Dlaczego zabrał jej rodziców i zostawił ją, aby martwiła się o swojego brata? Co miała z nim zrobić? „Palenie, picie, a teraz jeszcze gorzej! I skąd on bierze pieniądze na te wszystkie głupoty? Z moich kokonów, to jasne!” Każdy przechodzący przez jej palce koralik odpowiadał kolejnej przykrości, o jakiej sobie przypominała i którą starała się puścić w niepamięć. Desdemona, ze swoimi smutnymi oczami i twarzą dziewczynki zmuszonej przedwcześnie dorosnąć, siedziała ze zmartwieniami nad sznurem koralików, podobnie jak wszyscy mężczyźni w rodzinie Stephanides przed nią i po niej (aż do mnie, jeśli mogę się tu liczyć).

Podeszła do okna i wysunęła głowę na zewnątrz, usłyszała szelest wiatru w sosnach i białych brzozach. Nadal odliczała koraliki, które powoli zaczynały spełniać swoje zadanie. Poczuła się lepiej. Postanowiła zająć się swoim życiem. Lefty nie wróci dziś w nocy. Jakie to ma znaczenie? Poza tym, komu on jest potrzebny? Byłoby jej łatwiej, gdyby nigdy nie wrócił. Ale była to winna swojej matce, musi przypilnować, żeby nie zachorował na jakąś wstydliwą chorobę albo, co gorsza, nie uciekł z jakąś Turczynką. Koraliki nadal opadały, jeden po drugim, przez ręce Desdemony. Ale ona już nie liczyła swoich uraz. Koraliki przywoływały jej na myśl obrazy z magazynu mody ukrytego w starym biurku ich ojca. Jeden koralik był fryzurą. Drugi był jedwabną halką. Następny był czarnym biustonoszem. Moja babcia zaczęła myśleć o swatach.

W tym czasie Lefty schodził zboczem góry, niosąc worek kokonów. Gdy dotarł do miasta, poszedł w dół Kapali Carsi Caddesi, skręcił przy Borsa Sokak i wkrótce przeszedł pod łukiem na dziedziniec Koza Han. W środku, wokół niebieskawozielonej fontanny, stały setki sztywnych, wysokich do pasa worków, które pieniły się kokonami jedwabników. Wszędzie pełno było sprzedających lub kupujących mężczyzn. Krzyczeli od dziesiątej rano, kiedy to rozlegał się dzwon oznajmiający otwarcie, i teraz ich głosy były już ochrypłe.

– Dobra cena! Dobra jakość! – Lefty przeciskał się przez wąskie ścieżki między workami, mocno trzymając własny towar. Nigdy nie interesował go sposób, w jaki jego rodzina zdobywała środki do życia. Nie potrafił ocenić kokonów jedwabników przez ich dotykanie czy wąchanie, tak jak robiła to jego siostra. Przynosił je na targ tylko dlatego, że kobietom wstęp był tu wzbroniony. Denerwowało go przepychanie się, wpadanie na tragarzy i omijanie stojących wszędzie worków. Wyobrażał sobie, jak by to było przyjemnie, gdyby tak wszyscy na chwilę się zatrzymali, gdyby mogli stać nieruchomo i podziwiać świetlistość kokonów w wieczornym świetle, ale oczywiście było to niemożliwe. Ciągle wrzeszczeli i rzucali sobie nawzajem kokony w twarz, kłamiąc i targując się. Ojciec Lefty’ego uwielbiał porę targu w Koza Han, ale ta żyłka do handlu nie przeszła na jego syna.

Obok zadaszonego portyku Lefty zauważył znanego mu kupca. Pokazał mu zawartość swojego worka. Kupiec sięgnął głęboko do środka i wyciągnął kokon. Zanurzył go w misce z wodą i obejrzał. Następnie zanurzył go w miseczce z winem.

– Będę musiał z nich zrobić organdynę. Są zbyt słabe.

Lefty nie wierzył w słowa tego człowieka. Jedwab Desdemony był zawsze najwyższej jakości. Wiedział, że powinien zacząć krzyczeć, obrazić się i udawać, że zabiera swój towar gdzie indziej. Ale był już spóźniony, za chwilę miał odezwać się dźwięk dzwonu oznajmujący zamknięcie targu. Ojciec zawsze mu mówił, żeby nie przynosił kokonów pod koniec dnia, ponieważ wtedy trzeba sprzedawać za niższą cenę. Lefty poczuł, jak pod nowym ubraniem przebiega go dreszcz. Chciał mieć tę transakcję z głowy. Czuł się bardzo zażenowany – wstydził się za ludzi, za ich żądzę pieniędzy, za ich umiłowanie oszustwa. Bez słowa protestu zaakceptował podaną mu cenę. Gdy tylko transakcja została zawarta, pospiesznie opuścił Koza Han, aby zająć się prawdziwym celem swojej wizyty w mieście.