Opis

Książka w 3 wersjach językowych. Michał Strogoff. Kurier carski. Michel Strogoff. Courrier du tsar. Michael Strogoff. The Courier of the Czar. Tekst – Text – Texte: Polski / Français / Englisch. Michał Strogow – dwutomowa powieść przygodowa z cyklu „Niezwykłe podróże”.

Le roman raconte le périple de Michel Strogoff, courrier du tsar de Russie de Moscou à Irkoutsk, capitale de la Sibérie orientale. Sa mission est d'avertir le frère du tsar, resté sans nouvelles de Moscou, de l'arrivée des hordes tatars menées par le traître Ivan Ogareff pour envahir la Sibérie. Sur cette route pleine d'obstacles, il croise la belle Nadia, ainsi que les journalistes européens Harry Blount et Alcide Jolivet. Il n’a que cinq semaines pour aller de Moscou à Irkoutsk. Les courriers du tsar mettent à peine dix-huit jours pour parcourir cette distance. Michel Strogoff met trois mois, à cause de toutes les épreuves qu'il doit surmonter. Par exemple, il se fait brûler les yeux et devient aveugle... Nadia, sa fidèle amie, le suivra tout au long de son aventure. Ils se font passer pour frère et soeur. (http://fr.wikipedia.org/wiki/Michel_Strogoff)

Michael Strogoff: The Courier of the Czar (French: Michel Strogoff) is a novel written by Jules Verne in 1876. Critics, including Leonard S. Davidow, writing from Reading, Pennsylvania, in his 1937 introduction to The Spencer Press reprint as a volume in its "Classic Romances of Literature" series consider it one of Verne's best books. Davidow wrote, "Jules Verne has written no better book than this, in fact it is deservedly ranked as one of the most thrilling tales ever written." Unlike some of Verne's other famous novels, it is not science fiction, but a scientific phenomenon is a plot device. The book was later adapted to a play, by Verne himself and Adolphe D'Ennery. Incidental music to the play was written by Alexandre Artus in 1880. The book has been adapted several times for films, television and cartoon series. (http://en.wikipedia.org/wiki/Michael_Strogoff)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jules Verne

Michał Strogoff: Kurier carski

Michel Strogoff: Courrier du tsar

Michael Strogoff: The Courier of the Czar

Tekst – Text – Texte:

Polski / Français / Englisch

polski przekład aninimowy

translated by Agnes Kinloch Kingston

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Jules-Descartes Férat (1829-1889?), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Michał Strogow, kurier carski" (1876),

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:'Michael_Strogoff'_by_Jules_Férat_41.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights).

Teksty: polski, francuski i angielski na podstawie edycji z r. 1876. Zachowano oryginalną pisownię

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Michał Strogoff: Kurier carski

Część I.

ROZDZIAŁ I. UROCZYSTOŚĆ W PAŁACU.

Jenerale, nowa depesza.

– Zkąd?

– Z Tomska.

– Czy komunikacya z tem miastem przecięta?

– Tak jenerale, od wczoraj.

– Co godzina posyłać telegram do Tomska, i mnie dokładnie o wszystkiem uwiadamiać.

– Dobrze jenerale – odparł pułkownik K*.

Wyrazy te zamienione zostały o godzinie 2-ej rano, kiedy uroczystość dochodziła swego najwyższego blasku.

W czasie wieczoru, muzyka pułku Preobrażeńskiego i Pawłowskiego nieustannie wykonywała najpiękniejsze polki, mazury i walce. Pary tancerzy i tancerek snuły się po wytwornych salonach pałacu, stojącego zaledwo w odaleniu kilku kroków od „starego kamiennego domu” gdzie tyle strasznych dramatów odbywało się niegdyś, a echa których rozbudziły się właśnie tej nocy, głusząc motywa kadrylów.

Było w tem coś olśniewającego.

Wielki salon, najwspanialszy ze wszystkich w tym pałacu, służył orszakowi dostojników i kobiet pysznie strojnych, za odpowiednią oprawę ich wspaniałości. Bogate złocone sklepienie, ręką czasu nadwerężone, zdało się gwiazdzistem oświetleniem. Złotogłowia portyer i firanek, spadające w ciężkich fałdach, mieniły się jaskrawemi barwy, łamiąc się gwałtownie na rogach ciężkiej materyi.

Przez szyby wielkich obłąkowatych okien, światło salonów lekko przyćmione zasłonami, wydawało się na zewnątrz jakoby odbiciem pożaru, tworząc żywe przeciwstawienie z ciemnościami nocy, otaczającemi ten pałac błyszczący. Sprzeczność ta zajmowała uwagę osób nie tańczących. Umieściwszy się w framugach okien, mogli dojrzeć kilka dzwonów, rysujących się niepewnie wśród cieniów. Pod rzeźbionymi balkonami, przechadzały się liczne, milczące, z karabinem na ramieniu placówki, których spiczaste szyszaki zdawały się zakończone kitą o zapince płomiennej, od blasku świateł na zewnątrz wychodzących. Słyszeli także kroki patroli, wybijających takt na płytach kamiennych, dokładniej może, niż nogi tancerzy na posadzce salonów. Od czasu do czasu warta powtarzała hasło, czasami zaś trąbka na apel mięszając się z dźwiękami orkiestry, łączyła swe czyste tony do harmonii ogólnej.

Niżej jeszcze, przed fasadą, ciemne massy rysowały się na wielkich ostrokręgach światła, wychodzącego z okien pałacu. Były to statki na rzece, której wody oświetlone drgającym płomieniem kilku latarni okrętowych, obmywały pierwsze podmurowania tarasów.

Główny bohater balu, to jest wydający tę uroczystość, którego pułkownik K* tytułował jenerałem, był po prostu ubranym w mundur gwardyjski strzelców. Nie była to przesada, ale przyzwyczajenie człowieka obojętnego na przepych i pozór. Ubiór więc jego tworzył żywą sprzeczność z wytwornymi kostyumami, snującymi się wokoło niego.

Postać ta wysoka, twarzy przyjemnej i spokojnej, jednak z chmurą zamyślenia na czole, przechodziła kolejno od jednej do drugiej gruppy, ale mówiła mało, a nawet zdawała się nie wiele zwracać uwagi tak na wesołe dowcipy zaproszonej młodzieży, jako też na słowa poważniejsze wysokich dygnitarzy lub członków ciała dyplomatycznego Europy. Dwóch czy trzech z tych biegłych polityków- – fizyognomistów z urzędu – zauważyło na twarzy gospodarza, pewien objaw niepokoju. Przyczyny jego nie mogli odgadnąć, ale żaden nie odważył się zapytać. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oficer gwardyi tajemnicą swą nie chciał zakłócać uroczystości. Ożywienie i wesołość balu ani na chwilę nie zbladły.

Jednakże pułkownik K*, odawca depeszy z Tomska, czekał na rozkaz odalenia się, a oficer nie przerywał milczenia. Wziął telegram, przeczytał, czoło jego więcej się jeszcze zachmurzyło. Nawet mimowolnie chwycił za rękojeść szpady, potem oczy zasłonił na chwilę. Możnaby sądzić że blask światła go raził, i że szukał ciemności aby mógł lepiej w samego siebie spojrzeć.

– Tak więc – powiedział, odprowadziwszy pułkownika do framugi okna – od wczoraj nie mamy żadnych wiadomości.

– Żadnych, i należy się lękać, że wkrótce depesze nie będą mogły już przebyć granicy syberyjskiej.

– Ale wojska z Amuru i Irkutska, jako też z Zabajkalia, otrzymały rozkaz natychmiastowego wymarszu.

– Rozkaz ten wyprawiony ostatnim telegramem jaki mogliśmy przesłać za jezioro Bajkalskie.

– Czy z zarządami Jenissejska, Omska, Semipałatyńska i Tobolska, wciąż jesteśmy w bezpośredniej komunikacyi, od chwili wkroczenia?

– Tak jenerale, nasze depesze dochodzą ich, a obecnie mamy pewność, że tatarzy nie posunęli się za Irtysz i Obi.

– Milczeć o tem wszystkiem!

Poczem skłoniwszy się głęboko, pułkownik zniknął w tłumie i wkrótce opuścił salony bez zwrócenia na to niczyjej uwagi.

Oficer zaś stał chwilę zamyślony, potem zbliżał się do rozmaitych towarzystw, zebranych w kilku punktach salonu, i wtedy twarz jego znów wyrażała najzupełniejszy spokój.

Jednakże ważne wypadki w skutek których odbywała się powyższa rozmowa., nie były tak zupełnie nieznanemi, jak sądził oficer gwardyjski i pułkownik K*. Nie mówiono o tem urzędownie, to prawda, ale kilku dygnitarzy wiedziało mniej więcej dokładnie o wypadkach. W każdym razie, o tem czego się może zaledwo domyślano, a o czem nie mówiono wcale, nawet w ciele dyplomatycznem, rozmawiało dwóch z gości, nie odznaczających się ani mundurem, ani orderem żadnym na, a zdający się mieć wiadomości dosyć dokładne.

Jeden z tych ludzi był Anglikiem, drugi Francuzem; obydwaj szczupli, wysokiego wzrostu, jeden brunet, jako południowiec z Prowancyi, – drugi rudy jak prawdziwy gentleman z Lancashire. Anglo-Norman, sztywny, zimny, powolny, oszczędny w ruchach i słowach, zdawał się mówić i rozprawiać tylko pod naciskiem sprężyny, w równych przestankach działającej. Francuz przeciwnie, żywy, ruchliwy, jednocześnie mówił ustami, wzrokiem, rękami, posiadający dwadzieścia sposobów odmalowania swej myśli, kiedy tymczasem jego słuchacz zdawał się mieć tylko jeden wyraz niezmiennie wystereotypowany w mózgu.

Te ich sprzeczności fizyczne byłyby uderzyły najnędzniejszego w świecie fizyonomistę; badacz zaś popatrzywszy z bliska na dwóch cudzoziemców, byłby określił w krótkości tę ich sprzeczność słowami: że Francuz „cały był wzrokiem” Anglik „cały uchem”.

W istocie przyrząd optyczny jednego z nich w skutek częstego użycia., szczególniej był udoskonalonym. Czułość i ruchliwość jego błonki ocznej, wyrównywała czułości jednego z tych czarodziejów, rozpoznających kartę, w krótkiej chwili zbierania, albo poprostu z ułożenia kratki niedostrzegalnej dla innych oczów. Francuz ten posiadał więc w najwyższym stopniu dar tak zwanej „pamięci ocznej”

Anglik przeciwnie, zdawał się wyłącznie stworzonym do słyszenia i słuchania. Skoro jego organ słuchu uderzony został jakim dźwiękiem, niezapominał go więcej i w dziesięć, dwadzieścia lat poznał go wśród tysiąca.

Uszy jego nie posiadały, ma się rozumieć, zdolności poruszania się jak uszy zwierząt opatrzone trąbkami słuchowemi; ale ponieważ uczeni zawyrokowali, że uszy ludzkie są „prawie” nieruchome; możnaby twierdzić że uszy naszego Anglika, prostując się, skręcając w prawo i lewo, usiłowały pochwycić dźwięki zaledwo dosłyszalne.

Tutaj należy powiedzieć, że ta doskonałość wzroku i słuchu u tych dwóch ludzi, służyła im wybornie, bo Anglik był korespondentem Daily Telegraph, Francuz zaś korrespondentem… Jakiego dziennika lub jakich dzienników, nie mówił nigdy, a skoro go pytano odpowiadał żartobliwie, że korespondował ze swoją „kuzynką Magdaleną”. W gruncie, Francuz ten pozornie tak lekki, był bardzo przebiegłym i bystrym. Rozprawiając na wszystkie strony, być może dla pokrycia swej chęci dowiedzenia się czegoś, nigdy się nie zdradzał. Sama jego gadatliwość służyła mu doskonale, był on prawdopodobnie więcej milczący i skryty od swego kolegi z Daily Telegraph.

Jeżeli uczestniczyli na balu w nocy z 15 na 16 Lipca, uczestniczyli jako dziennikarze dla tem większego zbudowania czytelników.

Zbytecznem byłoby mówić, te ludzie ci namiętnie kochali swoje powołanie, rzucali się ze zręcznością łasicy, na nowiny najmniej przewidziane, żadna przeszkoda nie była zdolną ich przerazić, posiadali niezmiernie zimną krew i rzeczywistą odwagę ludzi swego fachu. Prawdziwi łowcy polujący na wiadomości, przeskakiwali płoty, przebywali rzeki, przesadzali zapory z nieporównanym ogniem biegunów czystej krwi, co chcą stanąć „pierwszym” lub „zginąć”.

Dzienniki nie żałowały im pieniędzy, – najlepszego, najpewniejszego i najdoskonalszego środka zdobywania wiadomości, po dziś dzień światu znanego. Należy dodać na ich pochwałę, że nigdy nie wglądali i niewdzierali się za mury prywatnego życia, a działali tylko kiedy interesa towarzyskie lub polityczne tego wymagały, Słowem byli tak zwanymi „reporterami politycznymi i wojennymi”.

Korrespondent francuzki nazywał się Alcyd Jolivet; Harry Blonnt, angielski. Spotykali się po raz pierwszy, na uroczystości w pałacu, z której mieli dać sprawozdanie do swoich dzienników. Niezgodność charakterów, połączona z zazdrością dziennikarską, nie mogła obudzić sympatyi wzajemnej. Jednak zamiast unikać, szukali się raczej, pragnąc przeczuć wiadomości dnia tego. Byli to dwaj myśliwi, polujący na jednem territoryum z jednaką ostrożnością. Co jednemu brakowało, z korzyścią mogło być wyciągnięte od drugiego, w wspólnym więc interesie potrzebowali się widzieć i porozumieć.

Tego więc wieczoru obydwaj czatowali. W istocie, coś było w powietrzu.

– Gdyby to nawet było tylko przelotem kaczek – mówił do siebie Alcyd Jolivet – warte jednego strzału.

Dwaj korrespondenci rozmawiali z sobą, właśnie w kilka chwil po wyjściu pułkownika K*, usiłując wymacać się wzajemnie.

– Doprawdy, panie, uroczystość ta jest cudowną! – powiedział ujmująco Alcyd Jolivet, rozpoczynając rozmowę tem zdaniem prawdziwie francuzkiem.

– Wspaniałą! telegrafowałem to już – odparł zimno Harry Blonnt, używając tego wyrażenia wyłącznie poświęconego uwielbieniu przez obywatela Królestwa Zjednoczonego.

– Jednak – dodał Alcyd Jolivet – jednocześnie czułem się w obowiązku oznajmić mojej kuzynce…

– Pańskiej kuzynce? – powtórzył Harry Blonnt zadziwiony, przerywając swemu koledze.

– Tak – ciągnął dalej Alcyd Jolivet – mojej kuzynce Magdalenie. Z nią to korresponduję. Kuzynka moja lubi dobrze i spiesznie być powiadamianą! Sądziłem się więc w obowiązku donieść jej, że podczas uroczystości jakaś chmura zdawała się obciążać czoło jenerała.

– Mnie zaś wydał się promieniejącym – odrzekł Harry Blonnt, pragnący może ukryć swe przekonanie w tej mierze.

– I naturalnie kazałeś mu „promienieć” w szpaltach Daily Telegraph!

– Rozumie się.

– Są ludzie umiejący w najkrytyczniejszych chwilach zachować pozory spokoju.

– Czego wcale nie dokazał nasz gospodarz, kiedy pułkownik zawiadomił go, iż komunikacya przerwana między granicą a Irkutskiem.

– Ah! to pan wiesz o tem?

– Doskonale.

– Mnie, trudno byłoby wiedzieć, ponieważ ostatni mój telegram poszedł do Udinska – zauważył z pewnem zadowoleniem Alcyd Jolivet.

– Mój zaś do Krasnojarska tylko – powiedział Harry Blonnt.

– A zatem musisz pan wiedzieć także o rozkazach wysłanych do armii w Nikołajewsku?

– Tak panie, wiem o tem równocześnie z chwilą wysłania telegrafu do Kozaków Tobolskich, aby się koncentrowali.

– Najszczersza prawda panie Blonnt, zamysły te i mnie były znane, a wierz mi, że kuzynka moja wielu rzeczy jutro się dowie.

– Właśnie jak czytelnicy Daily Telepraph, panie Jolivet.

– Otóż to: kiedy się wszystko widzi!…

– I słyszy co się mówi!…

– Interesująca, warta śledzenia kampania, panie Blonnt.

– To też śledzić ją będę, panie Jolivet.

– W takim razie spotkamy się może na territoryum mniej bezpiecznem od salonowej posadzki!

– Mniej pewnem, tak, ale…

– Ale też i mniej śliskiem – odparł Jolivet, który podtrzymał swego kolegę w chwili, kiedy ten tracił równowagę odalając się.

Na tem, dwaj koledzy rozstali się, zadowoleni, że jeden drugiego w niczem nie wyprzedził. W istocie obaj zarówno grali.

W tej chwili drzwi prowadzące do wielkich salonów otwarły się. Tam stało kilka obszernych stołów z prześliczną zastawą, zlotem i porcelaną obciążonych. Na stole środkowym przeznaczonym dla wyboru towarzystwa, błyszczał niezmiernej wartości serwis, sprowadzony z fabryk londyńskich, w około zaś tego arcydzieła sztuki jubilerskiej, odzwierciadlały się, pod blaskiem przepychu, tysiące sztuk najcudniejszego serwisu jaki kiedykolwiek wykonały rękodzielnie w Sevres.

Zaproszeni skierowali swe kroki ku sali jadalnej.

W tej samej chwili pułkownik szybko podszedł do oficera strzelców.

– I cóż? – zapytał tenże żywo, tak samo jak pierwszą razą.

– Telegramy nie przechodzą już za Tomsk.

– Kuryera natychmiast!

Oficer opuścił salon, wyszedł do przyległego pokoju. Byłto gabinet pracy, bardzo skromnie starym dębem umeblowany, położony w rogu pałacu. Kilka obrazów, między inne mi kilka z podpisem Horacego Vernet’a, wisiało na ścianie.

Oficer szybko otworzył okno, i odetchnął stanąwszy na obszernym balkonie, powietrzem orzeźwiającem pięknej nocy lipcowej.

Oczom jego, oświetlone promieniami księżyca ukazały się mury ufortyfikowane, w pośrodku których wznosiły się dwie katedry, trzy pałace i arsenał. W około tego opasania wyraźnie rysowały się trzy miasta: Kitaj-Gorod, Biełoj-Gorod, Zemlianoj-Gorod, rozległe cyrkuły europejskie, tatarskie lub chińskie, nad niemi wznosiły się wieże, dzwony, minarety, kopuły trzechset kościołów, z zatkniętemi srebrnemi krzyżami. W małej rzece płynącej krętem korytem gdzieniegdzie odbijały się promienie księżyca. Całość tworzyła ciekawą mozajkę różnokolorowych budynków w obwodzie dziesięcio milowem.

Rzeka ta była to Moskowa, miasto Moskwa, mur ufortyfikowany Kremlin.

ROZDZIAŁ II.TATARZY.

Jeżeli jenerał tak nagle opuścił salony pałacu, w chwili kiedy uroczystość kipiała w całym blasku, uczynił to dla tego, iż ważne wypadki spełniały się podówczas za granicami Uralu. Nie ulegało już wątpliwości, iż groził napad tatarów.

Rossya azyatycka albo Syberya zajmuje przestrzeń pięciuset sześćdziesięciu mil i liczy około dwóch milionów mieszkańców. Ciągnie się ona od gór Uralskich, oddzielających ją od Rossyi Europejskiej, aż do wybrzeży oceanu Spokojnego. Na południe graniczy z Turkestanem i cesarstwem Chińskiem; na północ z oceanem Lodowatym od morza Kara do cieśniny Behringa. Dzieli się ona na gubernie albo prowincye, jako to: Tobolską, Jenisejską, Irkutską, Omską i Jakutską; na dwa główne obwody: Ochocki i Kamczacki, posiada dwa kraje podległe dziś panowaniu Rossyi: kraj Kirgizów i Czukczów.

Ogromna ta przestrzeń stepowa, zawierająca przeszło sto dziesięć stopni od wschodu na zachód, jest zarazem miejscem deportacyi winowajców.

Dwaj jenerał-gubernatorowie reprezentują tutaj najwyższą władzę. Jeden z nich ma swoją rezydencyę w Irkutsku stolicy Syberyi zachodniej. Rzeka Czumna wpadająca do rzeki Jenisieju, przedziela obiedwie Syberye.

Żadna droga żelazna nie przecina jeszcze olbrzymich tych płaszczyzn, pomiędzy któremi znajdują się i bardzo urodzajne. Żaden gościniec nie czyni kunkurencyi kopalniom, co sprawia, iż na znacznej przestrzeni wnętrze gruntów syberyjskich, bywa bogatsze od powierzchni. w lecie jeżdżą tam kibitkami i telegami; sankami w zimie.

Jedyna kommunikacya, ale kommunikacya elektryczna, łączy granicę wschodnią z zachodnią Syberyi, za pośrednictwem drutu, przeszło ośm tysięcy wiorst długiego. Wyprowadzony z Uralu, przechodzi on przez Ekaterynburg, Kassimów, Tiumeń, Iszim, Omsk, Elamsk, Koływań, Tomsk, Krasnojarsk, Niżnyj-Udińsk, Irkutsk, Wierch-Nerczysk, Strelińsk, Ałbazyn, Błagowieszczeńsk, Radde, Orłowskaya, Aleksandrowskoe, Nikołajewsk, i pobiera sześć rubli dziewiętnaście kopiejek, za każdy wyraz idący na ostatnią stacyę. Z Irkutska przeprowadzona jest linia do Kiachty na granicy mongolskiej, ztamtąd zaś po trzydzieści kopiejek za wyraz, poczta przesyła depesze do Pekinu w ciągu dni czternastu.

Ta to właśnie linia z Ekaterynburga do Nikołajewska została przerwana, co zrodziło obawę, aby pewna część kirgizów nie przyłączyła się do tatarów.

Kirgizi dzielą się na trzy hordy: wielką, małą i średnią, liczą około czterechkroć sto tysięcy „namiotów” co znaczy dwa miliony dusz. Z tych rozmaitych pokoleń, jedne są niepodległe, drugie uznają władzę bądź Rossyi, bądź chanów z Chiwy, Kokondu i Buhary, to jest, najgroźniejszych naczelników w byłym Turkestanie. Horda średnia, najbogatsza i najliczniejsza zarazem; obozy jej zalegają całą przestrzeń od Sara-Su, Irtyszu, wyższego Iszim, Jeziora Hadisang i jeziora Aksakal. Wielka horda. zajmująca okolice na wschód średniej, ciągnie się do gubernii Omskiej i Tobolskiej. Gdyby więc ludy te uległy tatarom, byłoby to szkodą Rossyi azyatyckiej, a zarazem rozdzieleniem Syberyi na wschód Jenissieju.

Prawda, że Kirgizi ci, niewprawni w sztuce wojennej, są raczej rabusiami i złodziejami karawn, aniżeli regularnym żołnierzem. Tak jak to powiedział P. Lewszyn, „ścieśniona kolumna, albo czworobok dobrej piechoty, może stawić czoło dziesięćkroć przenoszącej liczbie Kirgizów, a jedna armata może znieść przerażającą ich liczbę”.

Tak, ale potrzeba aby czworobok dobrej kawaleryi przybył do kraju, aby armata opuściła prowincye rossyjskie, oddalone o dwa do trzech tysięcy wiorst. Oprócz tego z wyjątkiem drogi prostej łączącej Ekaterinburg z Jrkutskiem, stepy często bagniste, niełatwe do przebycia, i niewątpliwie upłynęłoby kilka tygodni, zanim wojska rossyjskie byłyby wstanie odeprzeć hordy tatarskie.

Omsk, jest środkowym punktem organizacyi wojskowej w zachodniej Syberyi, przeznaczonej dla utrzymania w posłuszeństwie ludności kirgizkiej. Tam są granice, które te ludy koczujące niezupełnie poddane, niejednokrotnie znieważyły. Linia kolonii wojskowych, to jest ta gdzie byli rozłożeni eszelonami kozacy od Omska do Semipałatyńska, była w kilku miejscach przerwaną. Oprócz tego należało się obawiać, aby „wielcy sułtani” zarządzający obwodami znaczniejszemi Kirgizów, nie przyjęli dobrowolnie lub przymusowo zwierzchnictwa tatarów, tak jak oni muzułmanów.

W istocie, już oddawna Tatarzy turkestańscy a szczególniej z Buhary, Chiwy, Kokandu i Kunduzy, usiłowali zarówno siłą jak przekonaniem, uwolnić hordy kirgizkie od panowania Rossyjskiego.

Kilka słów o tych Tatarach.

Tatarzy należą wyłącznie do dwóch różnych rass, do rasy kaukazkiej i mongolskiej.

Rasa kaukazka jest ta, powiedział Abel de Rémusat „którą europejczykowie uważają jako typ piękności naszego rodzaju, bo wszystkie ludy tej części świata mają swój rodzaj”; łączy pod jedno zwierzchnictwo Turków i krajowców szczepu perskiego.

Do rassy czysto mongolskiej liczą się: Mongołowie, Mandżurowie i Tybetanie.

Tatarzy podówczas zagrażający, byli z rassy kaukazkiej i wyłącznie zajmowali Turkestan. Obszerny ten kraj dzieli się na rozmaite państwa, zarządzane przez chanów, ztąd nazwa chanat. Głównymi chanami są: Buchara, Kokand, Kunduz etc.

W tej epoce najważniejszym i najgroźniejszym chanem był chan z Buhary. Rossya już kilkakrotnie prowadziła wojnę z jego dowódzcami, którzy w osobistym interesie, dla nałożenia swego jarzma, popierali niezależność Kirgizów. Obecny naczelnik Feofar-Chan:, wstępował w ślady swoich poprzedników.

Chanat Buhary, ciągnie się z północy ku południowi, pomiędzy trzydziestym siódmym a czterdziestym pierwszym równoleżnikiem, a od wschodu na zachód pomiędzy sześćdziesiątym pierwszym a sześćdziesiątym szóstym stopniom długości, to jest: zajmuje powierzchnię około dziesięciu tysięcy mil kwadratowych.

W państwie tem, ludności jest dwa miliony pięćkroć sto tysięcy mieszkańców, wojska sześćdziesiąt tysięcy, podczas wojny w trójnasób zwiększonego i trzydzieści tysięcy kawaleryi. Jest to kraina bogata w produkta zwierzęce, roślinne, mineralne, powiększona przyłączeniem ziemi Balkh, Aukoi i Meimaneh. Posiada dziewiętnaście miast znaczniejszych. Buhara otoczone murem, na przestrzeni ośmiu tysięcy mil angielskich, najeżone wieżami, osada sławna wsławiona przez Avicennesów i innych uczonych X wieku, uważaną jest za ognisko nauki muzułmańskiej i liczoną do najsławniejszych w Azyi środkowej; Samarkanda posiadająca grób Tamerlana i sławny pałac gdzie chowają niebieski kamień, gdzie każdy nowo-obrany chan powinien siedzieć; broni go niezmiernie silna warownia; Karszi opasane potrójnym murem, leży w oazie, otoczonej bagniskami, przepełnionemi żółwiami i jaszczurkami, prawie niezdobyte; Czerdżoui, prawie przez dwadzieścia tysięcy dusz bronione; nakoniec Katta-Kurhan, Nourata, Djizah, Paikande, Karakoul, Khouzar etc., składają zbiór miast trudnych do zdobycia. Chanat Buhara opasany górami, odosobniony przez stepy, jest państwem prawdziwie groźnem i Rossya musiała przeciw niemu znaczne siły wystawić.

Zarządzał wtedy tym krajem Tataryi dumny i dziki Feofar. Polegając na innych chanach – głównie na chanie z Kokandu i Kunduzy, wojownikach strasznych i chciwych łupieztwa, gotowych rzucić się na przedsięwzięcie przyjemne instynktom tatara, – wspomagany przez wszystkich dowódzców hord środkowych Azji, stanął na czele najścia. Wkroczył do obwodów Semipałatińskich, i kozacy w zbyt małej liczbie znajdujący się na tym punkcie, musieli cofnąć się. Rabując, burząc, zaciągając do wojska poddających się, biorąc do niewoli opierających się, przechodzili z jednego miejsca do drugiego, z całym taborem władzcy wschodniego, mogącym być nazwanym domem obywatelskim, jego żonami i niewolnicami – wszystko to z czelnością Gengis-Chana nowożytnego.

ROZDZIAŁ III. MICHAŁ STROGOFF.

Wkrótce drzwi gabinetu otwarły się i oficer służbowy oznajmił pułkownika K*.

– Gdzie kuryer? żywo zapytał jenerał.

– Jest tam jenerale, odpowiedział K*.

– Czy znalazłeś człowieka jakiego nam potrzeba?

– Śmiem ręczyć za niego.

– Czy on liczy się do służby pałacowej?

– Tak jest jenerale.

– Znasz go?

– Osobiście i wiem że kilkakrotnie już wykonywał z pomyślnym skutkiem, bardzo trudne zlecenia.

– Za granicą?

– Na Syberyi.

– Zkąd rodem?

– Z Omska. To Syberyjczyk.

– Czy posiada zimną krew, rozum i odwagę?

– Tak jenerale, posiada on wszystkie warunki do pomyślnego przeprowadzenia missyi tam, gdzie innym niezawodnie nie powiodłoby się.

– W jakim wieku?

– Lat trzydzieści.

– Czy to człowiek silny, wytrwały?

– Jest on zdolnym znieść najstraszniejsze mrozy, głód, pragnienie i niewygody.

– Czy to człowiek żelazny?

– Tak jenerale.

– A serce?

– Z czystego złota.

– Nazywa się?

– Michał Strogoff.

– Czy gotów do drogi?

– Oczekuje Waszych rozkazów.

– Niech wejdzie.

Za chwilę kuryer Michał Strogoff wchodził do gabinetu jenerała.

Michał Strogoff był wysokiego wzrostu, silnie zbudowany, o szerokich barkach i wypukłej piersi. Głowa jego przedstawiała piękny typ rassy kaukazkiej. Członki zdawały się sprężynami mechanicznie ułożonemi do wykonywania pracy wymagającej siły. Pięknego tego chłopca nie łatwo było wbrew jego woli poruszyć, bo skoro stał, nogi jego zdawały się być wrośniętemi w ziemię. Na głowie kształtu kwadratowego, o szerokim czole, wiły się loki z pod kasku żołnierskiego. Kiedy twarz jego zazwyczaj blada mieniła się, to tylko pod wpływem przyspieszonego bicia serca, żywsza cyrkulacya napędzała mu krew do twarzy. Oczy miał szafirowe, wejrzenie prawe, otwarte, niewzruszone, błyszczało mu z pod cokolwiek chmurnej powieki, świadcząc o wysokiej jego odwadze „odwadze bez gniewu, odwadze bohaterskiej”, jak się wyrażają fizyognomiści. Z pod dużego nosa o rozwartych rozdrzach, ukazywały się usta symetryczne, cokolwiek wywinięte, znamionujące istotę wspaniałomyślną i dobrą.

Michał Strogoff był charakteru stanowczego, decydował się prędko, nie zaciskał paznogci w niepewności i nie drapał się w ucho. Zarówno oszczędny w gestach jak w słowach, umiał stać nieruchomie jak żołnierz przed swoim zwierzchnikiem, ale kiedy chodził, ruch jego oznaczał się wielką swobodą i dystynkcyą poruszeń, – co dowodziło ufności i bystrości umysłu zarazem. Był on jednym z ludzi dających się określić jednem pociągnięciem pióra.

Michał Strogoff nosił wytworny wojskowy mundur, podobny cokolwiek do munduru oficerskiego strzelców konnych, podczas wyprawy buty, ostrogi, spodnie prawie obcisłe, kurtka obłożona futrem, szamerowana żółtym sutaszem na tle bronzowem. Na wypukłej piersi błyszczało kilka krzyży i kilka medali.

Michał Strogoff, należał do korpusu kuryerów, był on oficerem pomiędzy tymi wybranymi. Jego ruchy, fizyognomia, chód, malowały człowieka „wykonawcę rozkazów”. Posiadał więc najważniejszy przymiot, jak mówi romansopisarz Turgeniew, do osiągnięcia wysokiego stanowiska.

W istocie, jeżeli człowiek mógł odbyć podróż z Moskwy do Irkutska, przezwyciężając przeszkody, narażając się na nieuniknioną prawie zgubę, to człowiekiem tym mógł być tylko taki Michał Strogoff.

Ważną okolicznością było i to, że Michał Strogoff doskonale znał okolice które miał przebywać, znał rozmaite narzecza, nie dla tego że je już kilkakrotnie przebywał, ale dla tego że był pochodzenia syberyjskiego. Ojciec jego od lat dziesięciu już nieżyjący, stary Piotr Strogoff, mieszkał w Omsku, gdzie matka jego Marta Strogoff dotąd zamieszkiwała. Tamto, w pośród dzikich stepów prowincyi Omska i Tobolska, odważny strzelec syberyjski wychowywał swego Michała, zaprawiając go do wszelkich niewygód. Prawdziwem powołaniem Piotra Strogoff, było myśliwstwo. Tak w lecie jak i w zimie, wśród najwyższych upałów, zarówno jak w najtęższe mrozy, przechodzące czasami pięćdziesiąt stopni niżej zera (Celciusza) przebiegał zamarzłą płaszczyznę, jodłowe lasy, zakładał sidła, czatował ze strzelbą na drobną zwierzynę, z widłami lub nożem na grubego zwierza. Grubą zwierzyną były niedźwiedzie syberyjskie, groźne i dzikie, dorównywające wzrostem, niedźwiedziom morza lodowatego. Piotr Strogoff zabił ich przeszło trzydziestu dziewięciu, to znaczy że i czterdziesty padł pod jego ciosami, a wiadomo, jeżeli mamy wierzyć legendom rossyjskim, jak wielu myśliwych zadało śmiertelny cios trzydziestu dziewięciu niedźwiedziom, czterdziestego zaś sami padali ofiarą!

Piotr Strogoff przekroczył liczbę fatalną, bez najlżejszego zadraśnięcia nawet. Od tej pory, syn jego Michał, wówczas liczący lat jedenaście, towarzyszył mu w jego wyprawach – nosił widły, i miał być pomocą ojcu, nożem tylko uzbrojonemu. W czternastym roku Michał zabił niedźwiedzia sam, – ale to nic jeszcze; – zdjąwszy zeń skórę, zaciągnął ten olbrzymi ciężar do domu rodzicielskiego, oddalonego o wiorst kilka. To wskazywało w dziecku siłę niepospolitą.

Życie takie posłużyło mu; doszedłszy do wieku dojrzałego, był zdolny znieść wszystko, zimno, upał, głód, pragnienie, niewywczas. Był to człowiek z żelaza. Mógł dwadzieścia cztery godzin nic nie jeść, dziesięć nocy nie spać, znaleść sobie schronienie na. stepie, tam gdzie innego powietrze zdusiłoby. Obdarzony nadzwyczaj delikatnemi zmysłami, prowadzony instynktem Delawara wśród białej płaszczyzny, kiedy mgła zaciemniała cały horyzont, nawet kiedy przebywał w okolicach podrównikowych, gdzie noce biegunowe długie dnie trwają, odnajdywał drogę tam, gdzie inny nie umiałby kroku postąpić. Znał wszystkie tajemnice swego ojca. Nauczył się kierować według znaków niedostrzegalnych prawie, układu sopli, gałęzi na drzewach, odbicia ostatnich granic horyzontu, zdeptanej trawy w lesie, niepewnych odgłosów przebijających powietrze, dalekich wystrzałów, ciągnienia ptaków, mgły, słowem z tysiąca wskazówek przemawiających do umiejących je rozpoznać. Wreszcie zahartowany na mrozie i śniegach posiadał zdrowie żelazne i serce złote, jak to prawdziwie objawił pułkownik K*.

Jedyną namiętnością Michała Strogoff była jego matka, stara Marta, która żadną miarą niechciała opuścić Omska i starego domu, gdzie cały wiek swój z mężem przeżyła. Syn porzucał ją z sercem wezbranem, przyrzekając o ile możności jak najczęściej odwiedzać, czego dotrzymywał z religijną sumiennością.

Było postanowione że w dwudziestym roku życia Michał Strogoff wstąpi do korpusu kuryerów. Młody Syberyjczyk odważny, rozumny, gorliwy, dobrego prowadzenia, odznaczył się zaraz w podróży na Kaukaz, podczas buntu kilku sukcessorów Szamyl’a; potem podczas ważnej missyi, która go pociągnęła aż do Petropolowki w Kamczatce, na granicę Rossyi azyatyckiej. Podczas tej podróży rozwinął zadziwiająco przymioty zimnej krwi, przezorności, odwagi, która zjednała mu pochwałę zwierzchników i posunęła szybko na drodze obranego zawodu.

Z urlopów przynależnych mu po tak dalekich drogach, nieomieszkał nigdy korzystać, poświęcając czas ten swojej starej matce, jeżeli nawet tysiące wiorst dzieliło go od niej i zima uczyniła drogi nieprzebytemi. A jednak, wprawdzie poraz to pierwszy dopiero, Marta już trzy lata niewidziała syna, trzy lata, trzy wieki! Za parę dni miał otrzymać urlop i już przygotowywał się w drogę do Omska, kiedy wypadły wiadome nam okoliczności. Tak więc Michał Strogoff został wprowadzonym do jenerała, niewiedząc zupełnie czego odeń żądano.

Jenerał nic nie mówiąc patrzył nań chwil kilka badając okiem przenikliwem; Michał zaś stał nieruchomie.

Potem, jenerał widocznie zadowolony, odwrócił się do biórka, dal znak naczelnikowi policyi aby usiadł i po cichu podyktował list z kilku wierszy się składający.

Po napisaniu, jenerał z całą uwagą list odczytał i podpisał. Włożono go w kopertę i zapieczętowano.

Wtedy jenerał dał znak Michałowi Strogoff aby się przybliżył.

Michał postąpił kilka kroków i znów stanął nieruchomie, gotów odpowiadać.

Jenerał jeszcze raz bacznie się weń wpatrzył. Potem zapytał krótko:

– Nazywasz się?…

– Michał Strogoff.

– Jakie zajmujesz stanowisko?

– Kapitana korpusu kuryerów.

– Znasz Syberyą?

– Jestem Syberyjczyk.

– Urodziłeś się?

– W Omsku.

– Czy masz tam krewnych?

– Mam.

– Kogo?

– Moją starą matkę.

Jenerał umilkł. Potem ukazując mu list trzymany w ręku odezwał się:

– Oto list który rozkazuję ci oddać do własnych rąk dowodzącego, nikomu innemu.

– Wręczę go według rozkazu.

– Głównodowodzący jest w Irkutsku.

– Udam się do Irkutska.

– Ale trzeba będzie przebyć kraj zalany przez Tatarów, którzy usiłować będą ten list ci odebrać.

– Przedrę się.

– Będziesz przejeżdżał przez Omsk?

– Tamtędy droga mi wypada.

– Jeżeli będziesz się widział z matką, narazisz się na odkrycie. Potrzeba abyś jej nie widział!

Michał Strogoff zawahał się.

– Nie będę się z nią widział.

– Przysięgnij mi iż nic cię nie skłoni do odkrycia kto jesteś, i gdzie się udajesz?

– Przysięgam.

– Michale Strogoff, ciągnął dalej jenerał, wręczając list kuryerowi, weź ten list, w nim mieści się ocalenie kraju.

– List ten zostanie wręczonym.

– Więc przedrzesz się bądź co bądź wypadnie?

– Przedostanę się lub zginę.

– Potrzebuję abyś żył.

– Będę żyć i przedostanę się, odpowiedział Michał Strogoff.

Jenerał zdawał się być zadowolonym pewnością i spokojem odpowiedzi Michała.

– Idź więc w imię Boga.

Michał Strogoff skłonił się po wojskowemu, opuścił natychmiast gabinet jenerała, a w kilka chwil później i pałac.

– Zdaje mi się że szczęśliwie wybrałeś pułkowniku.

– I ja tak sądzę, Michał Strogoff wykona wszystko, co tylko człowiek wykonać jest w stanie.

– To w istocie jest człowiek, odpowiedział jenerał.

ROZDZIAŁ IV. Z MOSKWY DO NIŻNEGO-NOWGORODU.

Przestrzeń którą miał przebyć Michał Strogoff między Moskwą a Irkutskiem, wynosiła pięć tysięcy dwieście werst (5,523 kilometry). Kiedy drut telegraficzny nie był jeszcze przeprowadzony między górami Uralskiemi a granicą wschodniej Syberyi, depesze przesyłano za pośrednictwem kuryerów, a najpospieszniej nawet odbywając podróż, potrzeba było ośmnastu dni na przebycie przestrzeni z Moskwy do Irkutska. Ale stanowiło to wyjątek, a droga Rossyi azyatyckiej trwała zazwyczaj od czterech do pięciu tygodni, chociaż czyniono wszelkie możliwe ułatwienia dla gońców cesarskich.

Jako człowiek nie lękający się ani zimna ani śniegów, Michał Strogoff byłby wolał podróż w czasie zimy, dozwalającej całą przestrzeń przebyć sankami. Wtedy niedogodność jej zmniejsza się zrównaniem stepów śniegami. Wtedy niema strumieni do przebycia. Wszędzie powierzchnia lodowa ułatwia podróż sankami. Może wówczas pewne zjawiska natury stają się groźnemi, jako to ustawiczne mgły, niezmierne mrozy, zawieruchy, zasypujące nieraz całe karawany. Często także, wilki zmuszone głodem, tysiącami zalegają płaszczyznę. Dogodniej byłoby jednak, narażać się na niewygody zimy, bo wtedy Tatarzy byliby rozlokowali się w miastach, nie zaś włóczyli po stepach. Ale nie od niego zależał wybór czasu i chwili. Jakiekolwiek były warunki, musiał zgodzić się na nie i jechać.

W takich to okolicznościach, Michał Strogoff miał odbywać podróż.

Naprzód nie jechał już jako kuryer. Należało nawet pozory zajmowanego przezeń stanowiska usunąć. Gdyby go odkryto, missya jego przepadła. To też wręczając mu znaczną sumę potrzebną na podróż i pewne ułatwienia, pułkownik K* nie dał mu żadnego otwartego rozkazu, poprzestał na wydaniu „podorożnej”.

Podorożna była wystawiona na imię Mikołaja Korpanoff, negocyanta, mieszkającego w Irkutsku. Upoważniała ona do przybrania w danym razie eskorty złożonej z kilku osób.

Podorożna, było to poprostu pozwolenie używania koni pocztowych; ale Michał Strogoff wtedy tylko miał z niej korzystać, jeśli nie podawała w podejrzenie jego stanowiska, to jest, tylko na terrytoryum europejskiem. Ztąd wynikało że w Syberyi, nie mógł już rozkazywać na stacyach pocztowych, wybierać koni, ani też robić żadnych wyjątków na swój pożytek osobisty. Michał Strogoff powinien był pamiętać, że już nie jest kuryerem, a prostym kupcem Mikołajem Korpanoff, podróżującym z Moskwy do Irkutska, i jako taki musiał się podać wszelkim niedogodnościom zwykłego podróżnika.

Przebyć z mniejszą lub większą szybkością, ale przebyć niepostrzeżonym, taki był program jego.

Przed trzydziestu laty eskortę dostojnego podróżnika, składało najmniej dwustu kozaków konnych, dwustu piechurów, dwudziestu pięciu kawalerzystów, trzysta wielbłądów, czterysta koni, dwadzieścia pięć wozów, dwa statki przenośne i dwie armaty… Takie materyały były potrzebne dla odbycia podróży przez Syberyą.

Michał Strogoff nie miał ani armat, ani kawalerzystów, ani piechurów, ani żadnych zwierząt w ogóle. Miał jechać powozem lub konno – w razie potrzeby odbywać podróż piechotą.

Pierwsze tysiąc czterysta werst, to jest odległość między Moskwą a granicą nie przedstawiały żadnych trudności. Droga żelazna, powozy pocztowe, parowe statki, konie na rozmaitych stacyach, były przeznaczone do użytku wszystkich a tem samem i do użytku Michała Strogoff.

Tak więc szesnastego lipca rano, bez śladu munduru, z podróżnym workiem na plecach, odziany w zwykle szaty, w obcisłą kurtkę spiętą pasem i szerokie spodnie w buty wpuszczone, Michał Strogoff szedł na kolej, aby wsiąść na pierwszy pociąg. Na pozór był zupełnie bezbronny, ale pod pasem krył się rewolwer, a w kieszeni szeroki jatagan, służący myśliwcowi syberyjskiemu do zakłócia niedźwiedzia bez nadwerężania drogocennego jego futra.

Na kolei moskiewskiej wielu zebrało się pasażerów. Koleje rossyjskie są miejscem bardzo licznych zgromadzeń, składających się zarówno z odjeżdżających jak z przyglądających się tym ostatnim. Jest to pewien rodzaj giełdy na wiadomości.

Michał zastał pociąg mający go zawieść do Niżnego Nowgorodu, Tam, w owej epoce, kończyła się droga żelazna, która łącząc Moskwę z Petersburgiem, ma być doprowadzoną aż do granicy rossyjskiej. Była to przestrzeń czterystu werst. Pociąg przebywał ją w ciągu dziesięciu godzin. Michał Strogoff przybywszy do Niżnego Nowgorodu: w miarę okoliczności, miał podróżować dalej bądź parowym statkiem po Wołdze, albo też dostać się przez góry Uralskie.

Michał Strogoff oparł się w kącie, jak zamożny mieszczanin niezbyt zajmujący się swemi interesami i usiłujący czas snem sobie skrócić.

Ale ponieważ nie był sam jeden w całym przedziale, spał tylko jednem okiem i słuchał obydwoma uszami.

Podróżni byli to po większej części kupcy udający się na sławny jarmark do Niżnego Nowgorodu. Ma się rozumieć była to mięszanina Żydów, Turków, Kozaków, Rossyan, Georgianów, Kałmuków i innych, ale prawie wszyscy prowadzili rozmowę w języku rossyjskim.

Rozmawiano więc o ważnych wypadkach odbywających się za Uralem.

Egoiści zapatrywali się na wojnę, tylko z punktu widzenia handlowego. W Michale Strogoff nikt niedomyślał się wojskowego, brano go za kupca i rozmawiano swobodnie, on zaś słuchał.

– Mówią że cena herbaty wznosi się, rzekł Pers dający się łatwo poznać po futrzanej astrachańskiej czapce i ciemnej fałdowanej sukni, wytartej czyszczeniem.

– Oh! ceny herbaty nigdy nie spadną, odparł stary żyd o pomarszczonej twarzy. Prowadzący handel z Niżnym Nowgorodem, łatwo ją będą mogli przesłać przez zachód, ale co do dywanów z Bukhara, inaczej się rzeczy mają.

– Jaktol Więc wy oczekujecie transportu z Bukhara? Pers zapytał.

– Nie, ale transportu z Samarkandy, a ten jeszcze więcej jest narażonym.

– Jeżeli dywany nie przybywają, to i handel zapewne ustanie.

– A stracone korzyści, Boże Izraela, wykrzyknął żydek, czy to za nic rachujesz?

– Masz słuszność, odrzekł inny podróżny, produkta Azyi mogą niedopisać na jarmarku, tak dywany z Samarkandy, jako też wełna, łój, szale wschodnie.

– Strzeż się więc, odezwał się jakiś dowcipny Rossyanin. Potłuścisz szale jeżeli je z łojem pomieszasz.

– Was to śmieszy! odparł zgryźliwie kupiec, którego nie bawiły żarty tego rodzaju.

– Czy darcie się za włosy, posypanie popiołem nawet, zmieni co w wypadkach? Nie! tak samo jak i w przewozie towarów.

– Znać że nie jesteście kupcem, zauważył żydek.

– Na honor, nie, zacny potomku Abrahama! Nie handluję ani chmielem, ani pierzami, ani miodem, ani woskiem, ani solonem mięsem, ani kawiorem, ani drzewem, ani wełną, ani wstążkami, ani lnem, ani safianem, ani futrami!…

– Ale czy kupujecie? zapytał Pers, przerywając wyliczanie podróżnika.

– O ile można jak najmniej, i tylko na swój własny użytek, odpowiedział tenże przymrużając oczy.

– To jakiś żartowniś.

– To niebezpieczny człowiek, odpowiedziano po cichu. Strzeżmy się!

W drugim rogu przedziału zajmowano się więcej polityką, aniżeli sprawami handlowemi. – Słyszałem o skoncentrowaniu wojsk na granicy.

– W istocie kupcy ci mają słuszność, niepokojąc się o handel i przewóz.

– Lękam się iż jarmark Niżnego Nowgorodu nie ukończy się tak świetnie jak rozpoczął!

Jeżeli w tym przedziale przedmiot rozmowy nie był urozmaiconym, nie był różnorodniejszym i w innych wagonach tego pociągu; ale wszędzie można było spostrzedz zachowywanie pewnych ostrożności.

To zauważył jakiś podróżny siedzący w pierwszynn wagonie pociągu. Podróżny ten – widocznie cudzoziemiec – wszystkim zaglądał w oczy i zadawał naraz dwadzieścia pytań, na które otrzymywał bardzo dwuznaczne odpowiedzi. Co chwila wychylający się przez otwarte okno, z wielką nieprzyjemnością swoich towarzyszów podróży, bacznie przyglądał się horyzontowi z prawej strony. Pytał o nazwę najdrobniejszych nawet miejscowości, jakim trudniły się handlem, jakie posiadały rękodzielnie, wiele liczyły mieszkańców, jak dalece były moralnemi etc., i wszystko to zapisywał w książeczce przepełnionej już notatkami.

Podróżnikiem tym był Alcyd Jolivet, a jeżeli zadawał tyle pytań, to jedynie w nadziei iż z tylu różnorodnych odpowiedzi, pochwyci jaki fakt interesujący dla „swojej kuzynki”. Skutkiem tego wydał się podejrzanym i odbierał odpowiedzi bez znaczenia. Zapisał więc w książeczce:

„Podróżni niewypowiedzianej ostrożności”.

Kiedy Alcyd Jolivet w ten sposób zapisywał swoje wrażenia z podróży, jego kolega, jadący tym samym pociągiem, w jednakim celu, takiemu samemu oddawał się zajęciu, takie same obserwacye robił w drugim przedziale. Nie widzieli się tego dnia na pociągu moskiewskim i obydwaj nie wiedzieli że jadą na teatr wojny.

Tylko Harry Blount małomówiący, a słuchający dużo nie natchnął swych towarzyszów taką nieufnością jak Alcydes Jolivet. To też nie wzięto go za niebezpiecznego człowieka i rozmawiano przy nim aż nazbyt swobodnie. Tak więc korrespondent z Daily Telegraph mógł badać wypadki zajmujące kupców udających się do Niżnego Nowgorodu i jak dalece handel Azyi środkowej był zachwiany.

To też bez najmniejszego wahania zapisał rezultaty swoich spostrzeżeń.

„Podróżnicy niezmiernie zaniepokojeni, mówią tylko o wojnie, a mówią tak swobodnie jak nigdy”.

Czytelnicy Daily Telegraph byli narażeni na mniej pewne objaśnienia, aniżeli „kuzynka” Alcydesa Jolivet.

Oprócz tego, ponieważ Harry Blount siedział po lewej stronie pociągu, widział tylko część okolicy dość urozmaiconej, nie zadając sobie trudu patrzenia na prawo, gdzie były długie płaszczyzny, dodał więc z zupełną pewnością.

„Kraj górzysty między Moskwą a Włodzimirem”.

Widocznem jednak było, że rząd rossyjski wśród tych ważnych wydarzeń, przedsiębrał środki odpowiednie.

W istocie, cesarstwo liczące dwanaście milionów kilometrów kwadratowych, nie może pozostawać w bezustannym spokoju. Pomiędzy tylu różnorodnemi ludami muszą być koniecznie pewne odcienia. Terrytoryum rossyjskie w Europie, Azyi i Ameryce, rozciąga się od piętnastego do sto trzydziestego stopnia długości zachodniej. Liczy przeszło siedmdziesiąt milionów mieszkańców mówiących trzydziestoma różnorodnemi językami. Rassa słowiańska jest naturalnie przeważną, ale wliczają się w nią Rossyanie, Polacy, Litwini. Dodawszy do tego Finlandyę, Estonię, Lapończyków, Czeremissów, Czuwaszów, Niemców, Greków, Tatarów, pokolenia kaukazkie, hordy Mongolskie, Kałmuków, Samojedów, a łatwo zrozumiemy że w tak obszernem państwie trudno utrzymać jedność i że może ona dopiero być wynikiem czasu.

Michał Strogoff był zupełnie w porządku, a tem samem nie miał powodu obawiać się policyi.

Na stacyi Włodzimierz pociąg stał kilka minut, co pozwoliło korespondentowi Daily Telegraph zdjąć podwójny szkic, fizyczny i moralny, tej dawnej stolicy rossyjskiej.

Na tej stacyi przybyło podróżnych. Między innemi, młoda dziewczyna stanęła przy drzwiczkach przedziału, zajmowanego przez Michała Strogoff.

Naprzeciw kuryera było puste miejsce. Dziewczyna zajęła je, kładąc przy sobie mały worek podróżny z czerwonej skóry, stanowiący jak się zdawało cały jej pakunek podróżny. Potem nie podniósłszy nawet oczu na swych przypadkowych towarzyszów podróży, rozpoczynała drogę mającą trwać kilka godzin jeszcze.

Michał mimowoli bacznie spoglądał na nową swą sąsiadkę. Ponieważ siedziała tak iż miała jechać obrócona tyłem, Michał ofiarował jej swoje miejsce, podziękowała mu za to lekkiem skinieniem głowy.

Dziewczyna ta liczyła szesnaście do siedemnastu lat najwyżej. Głowa jej prześliczna, przedstawiała w całej czystości typ słowiański, – typ cokolwiek surowy, przeznaczony raczej aby być pięknym, aniżeli ładnym, skoro kilka lat jeszcze stale ukształtuje jej rysy. Z pod chusteczki wymykały się bogate blond włosy. Oczy ciemne, wejrzenie powłóczyste nieopisanej słodyczy, nos prosty, szczupły i blady. Usta zarysowane cienko, jak zdawało się, już dawno zapomniały uśmiechu.

Młoda podróżna była wysoka, smagła, o ile o tem można było wnosić z pod obszernego okrycia pozoru bardzo skromnego. Chociaż byłato jeszcze „bardzo młoda dziewica” w całem znaczeniu tego wyrazu, wysokie czoło, kształty czyste niższej części twarzy, wskazywały wielką energię moralną, co wcale nie uszło uwagi Michała Strogoff. Widocznie dziewczyna ta cierpiała już w przeszłości i spodziewała się cierpienia w przyszłości – widząc ją w niezbyt wesołych kolorach; ale niemniej było pewnem, że umiała walczyć i postanowiła zwalczać trudności życia. Wola jej musiała być żywa i silna, pokój niewzruszony, nawet w okolicznościach gdy mężczyzna musiałby się ugiąć i wzruszyć koniecznie.

Takie wrażenie na pierwszy rzut oka budziła młoda dziewczyna. Michał. Strogoff sam silny i niewzruszony, musiał zauważyć cechy tej fizyognomii, i ostrożnie aby ją nie niepokoić, ale bezustannie obserwował swoją sąsiadkę.

Ubiór młodej podróżnej odznaczał się nadzwyczajną prostotą i czystością zarazem. Nie była bogatą, łatwo to było odgadnąć, ale napróżno szukanoby najmniejszego zaniedbania w jej ubiorze. Cały jej pakunek składał worek podróżny, który dla braku miejsca umieściła na kolanach.

Miała na sobie długie futro ciemnego koloru, bez rękawów, przystające wdzięcznie do szyi. Pod tem okryciem, tiunika ciemna także, spadała na suknię długą po kostki, ozdobioną u dołu skromnym haftem. Buciki skórkowe o grubych podeszwach zdawały się wybrane mi w przewidywaniu długiej podróży, okrywały jej małe nogi.

Michał Strogoff po pewnych szczegółach i kroju jej ubrania, wnosił że sąsiadka jego jest Inflantką i pochodzi z prowincyi baltyckich.

Ale dokąd udawała się dziewczyna, sama, w tak młodym wieku, bez opieki ojca, matki lub brata, tak koniecznej dla niej? Czy przybywała z daleka, z prowincyi Rossyi zachodniej? Czy tylko do Niżnego Nowgorodu jechała, czy też cel jej podróży był aż za granicą Rossyi zachodniej? Czy jaki przyjaciel lub krewny czekał na pociągu jej przybycia? Czy niebyło raczej prawdopodobniejszem, że wysiadłszy z wagonu znajdzie się tak samotna w mieście, jak w tym przedziale, gdzie nikt – tak mogła sądzić – nie zdawał się o nią troszczyć? To było prawdopodobne.

W istocie, przyzwyczajenia jakich się nabywa w osamotnieniu, bardzo widocznie malowały się w całem zachowaniu podróżnej. Sposób wsiadania do wagonu, gotowania się do podróży, starania się aby nie zawadzać nikomu, wszystko to wskazywało przyzwyczajenie do samotności i rachowania na siebie samą tylko.

Michał Strogoff obserwował ją z zajęciem, sam zamknięty w sobie, nie szukał zręczności rozpoczęcia rozmowy, chciaż dopiero za kilka godzin mieli przybyć do Niżnego Nowgorodu.

Jeden raz tylko, kiedy sąsiad tej młodej osoby – kupiec co tak nierozważnie układał łój z szalami – zasnął grożąc sąsiadce swoją wielką głową, kiwającą się na wszystkie strony, Michał Strogoff zbudził go, dając do zrozumienia aby siedział prosto i przyzwoicie.

Kupiec dość ordynarny z natury, pomruknął kilka słów przeciwko „ludziom mięszającym się w to co do nich nie należy”; ale Michał spojrzał nań tak groźnie, że podróżny oparł się o stronę przeciwną, a tym sposobem uwolnił dziewczynę od swego niemiłego sąsiedztwa. Ta spojrzała na młodego człowieka, a w wejrzeniu jej malowało się milczące dziękczynienie.

Ale wkrótce zaszła okoliczność, dająca Michałowi prawdziwe wyobrażenie o charakterze tej dziewicy.

Dwanaście wiorst od stacyi Niżnego-Nowgorodu, przy raptownym spadku drogi żelaznej, pociąg zatrząsł się gwałtownie. Potem przez kilka chwil leciał po pochyłości.

Upadanie podróżnych, krzyki, zamięszanie w wagonach, ogólny rozruch, takie było pierwsze wrażenie. Lękano się jakiego ważnego wypadku. To też przed zatrzymaniem jeszcze pociągu, otwierano drzwiczki, a przerażeni podróżnicy jedną tylko myśl mieli: opuszczać wagony i szukać schronienia na drodze.

Michał Strogoff natychmiast pomyślał o sąsiadce, ale podczas kiedy wszyscy wyskakiwali z wagonów krzycząc i rozbijając się, dziewica siedziała spokojnie na miejscu, z twarzą zaledwie pobladłą cokolwiek.

Czekała. Michał czekał także.

Ona nie ruszała się aby wyjść z wagonu, on nie poruszył się także.

Oboje byli niewzruszeni.

„Energiczna natura,” pomyślał Michał.

Niebezpieczeństwo szybko minęło. Zerwanie łańcucha wagonowego sprawiło wstrząśnienie, potem wstrzymanie pociągu, ale niewiele brakowało aby wagony z szyn wysadzone, zaryły się w ziemię lub wpadły w trzęsawiska. To sprawiło całą godzinę opóźnienia. Nakoniec pociąg ruszył i o wpół do dziewiątej wieczorem przybył na stacyę Niżnego-Nowgorodu.

Za nim ktokolwiek wysiadł z wagonu, inspektorzy policyi ukazali się przy drzwiach i zażądali papierów.

Michał pokazał swoją podorożnę wydaną na imię Mikołaja Korpanoff, i nie robiono mu żadnych trudności.

Inni podróżni tego przedziału wydali się także niepodejrzanymi.

Młoda dziewczyna, przedstawiła nie pasport, bo ten już nie jest wymaganym w Rossyi, ale pozwolenie potwierdzone pieczęcią, wyjątkowego pozoru.

Inspektor przeczytał je uważnie. Potem popatrzywszy bacznie na właścicielkę i rysopis, zapytał:

– Czy pochodzisz pani z Rygi?

– Tak jest.

– Udajesz się do Irkutska?

– Tak.

– Jaką drogą?

– Przez Permę.

– Dobrze, powiedział inspektor. Każ przyłożyć wizę w policyi Niżnego-Nowgorodu. Dziewica na znak podziękowania ukłoniła się.

Słysząc że pytania i odpowiedzi, Michał Strogoff doznał zdziwienia i litości zarazem. Jakto, ta młoda dziewczyna sama, w drodze na tak oddaloną Syberyą, w okolicznościach tak groźnych jak obecne. Jak się tam dostanie? co z nią będzie?

Po skończonym przeglądzie otworzono drzwiczki wagonów; ale za nim Michał zdołał jeden krok postąpić, młoda Inflantka zginęła w tłumie na stacyi.

ROZDZIAŁ V. ROZPORZĄDZENIE W DWÓCH ARTYKUŁACH.

Niżnyj-Nowgorod położony przy zbiegu Wołgi i Oki, jest stolicą guberni tegoż nazwiska. Tam to Michał miał porzucić drogę żelazną, w owej epoce w tym punkcie się kończącą. Tak więc, w miarę jak posuwał się dalej, droga stawała się mniej bezpieczną i mniej szybką.

Niżnyj-Nowgorod liczący zazwyczaj trzydzieści do trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców, mieścił w sobie podówczas przeszło trzykroć sto tysięcy, Napływ ten ludności był wynikiem sławnego jarmarku, trwającego trzy tygodnie. Niegdyś odbywał się on w Makarewie, dopiero w roku 1817 został przeniesionym do Niżnego-Nowgorodu. Miasto spokojne zazwyczaj, dziwnie było ożywione. Dziesięć różnorodnych plemion kupców europejskich i azyatyckich, bratało się z sobą pod wpływem zamiany handlowej.

Chociaż późno już było kiedy Michał opuścił kolej, liczni przechodnie krążyli jeszcze w obydwóch miastach rozdzielonych korytem Wołgi, z których wyższe, zbudowane na stromej skale, bronione jest warownią zwaną „kreml” w Rossyi.

Gdyby Michał potrzebował był zabawić czas jakiś w Niżnym-Nowgorodzie, z trudnością mógłby znaleść pomieszczenie nietylko w hotelu, ale w oberży nawet. Było przepełnienie. Jednak ponieważ nie mógł wyjechać natychmiast, bo musiał czekać na statek odpływający Wołgą, potrzebował koniecznie jakiegoś schronienia. Ale poprzednio chciał dowiedzieć się dokładnie o której godzinie statek wychodzi, – w tym celu udał się do bióra Stowarzyszenia, którego statki kursowały pomiędzy Niżnym-Nowgorodem a Permą.

Tam, ku wielkiemu jego niezadowoleniu powiedziano mu że Kaukaz, taka była nazwa statku, udawał się do Permy dopiero nazajutrz w południe. Siedmnaście godzin oczekiwania! Nieprzyjemne to dla człowieka, któremu pilno, ale cóż robić, trzeba się zrezygnować. Tak też i uczynił, bo nie upierał się nigdy napróżno. Zresztą w obecnych okolicznościach żaden powóz, żadna telega, żaden kabryolet pocztowy, żaden koń nie byłby go zawiózł pospieszniej do Permy lub Kazania. Korzystniej więc było zaczekać na statek, ponieważ była to najpospieszniejsza droga komunikacyi.

Michał udaje się więc do miasta, w celu wynalezienia jakiejkolwiek oberży, dla przenocowania w niej. Prawdopodobnie gdyby nie dokuczający mu głód, nie byłby o tem pomyślał, a raczej błąkał się aż do rana po ulicach Niżnego-Nowgorodu. Starał się raczej o kolacyę, aniżeli o łóżko. Jedno i drugie znalazł pod znakiem Miasto Konstantynopol.

Oberżysta ofiarował mu pokój dosyć przyzwoity; niewiele było w nim mebli, ale nie brakowało ani obrazu Matki Boskiej, ani wizerunków kilku świętych, oprawnych w złotą materyę. Kaczka faszerowana kwaśnym bigosem, sosem gęstym oblana, chleb żytni, zsiadłe mleko, cukier w proszku i kwas, rodzaj piwa bardzo pospolitego w Rossyi, zostały mu natychmiast podane; a było to więcej aniżeli potrzebował dla zasycenia się. Posilił się więc doskonale, o wiele lepiej od swego sąsiada przy stole, który jako „starowina” sekty Raskolników, uczyniwszy ślub wstrzemięźliwości, odrzucał z talerza kartofle i pił herbatę bez cukru.

Po ukończeniu kolacyi Michał zamiast pójść do swego pokoju, machinalnie udał się na przechadzkę do miasta. Ale chociaż nie zupełnie zmierzchło jeszcze, tłum rozproszył się, ulice pustoszały, każdy powracał do mieszkania.

Dla czego Michał nie położył się od razu do łóżka, jak to należałoby uczynić po dniu przepędzonym na kolei żelaznej? Czyż myślałby o pięknej Inflantce, będącej przed kilku godzinami jego towarzyszką podróży? Nie mając żadnego zajęcia, w istocie myślał o niej. Czyżby się obawiał aby w tym tłumie nie była wystawiona na jaką zniewagę? Lękał się tego i miał słuszność lękać się. Czy miał nadzieję spotkać ją, a w razie potrzeby zostać jej opiekunem. Nie. Spotkać ją trudno było. Zaopiekować się… jakiem prawem?

„Sama, powtarzał, sama wśród tych koczowników! A niebezpieczeństwo obecne niczem jest jeszcze z niebezpieczeństwami czekającemi ją w przyszłości! Syberya! Irkutsk! To co ja przedsiębiorę dla kraju, ona czyni dla… Dla kogo? Dla czego? Ma upoważnienie przebycia granicy! A tam kraj jest wzburzony! Bandy tatarów uwijają się po stepach!…”

Chwilami Michał zatrzymywał się i rozmyślał.

„Bezwątpienia myśl tej podróży przyszła jej przed najściem tatarów! Może ona nie wie co się dzieje!… Ale nie, wszak kupcy zupełnie swobodnie przy niej mówili… nie wydawała się jednak być zadziwioną… Nawet nie żądała najmniejszego objaśnienia. A więc wiedziała, a wiedząc, idzie!… Biedna dziewczyna!… Powód skłaniający ją do tego musi być bardzo ważny! Ale jakkolwiek byłaby odważną, – a jest nią bezwątpienia, – siły zawiodą ją w drodze, a nie mówiąc już o niebezpieczeństwach i przeszkodach, nie będzie mogła znieść trudów takiej podróży!… Nigdy nie będzie mogła dostać się do Irkutska!”

I Michał wciąż szedł bez celu, ale znając doskonale miasto, nie lękał się zabłądzenia.

Pochodziwszy tak z godzinę, usiadł na ławce przed drewnianą chałupą, stojącą między innemi na wielkim placu.

Siedział tam od pięciu minut, kiedy ktoś silnie oparł rękę na jego ramieniu.

– Co tu robisz, zapytał głosem szorstkim mężczyzna wysokiego wzrostu.

– Odpoczywam, odrzekł Michał.

– Czy masz zamiar noc przepędzić na tej ławce?

– Tak, jeżeli mi się podoba, odparł Michał, tonem cokolwiek za wyrazistym jak na kupca. – Przybliż się, niech cię zobaczę!

Michał przypomniawszy sobie iż przedewszystkiem powinien być ostrożnym, instynktowo odsunął się.

– Niema potrzeby aby mnie oglądano, odpowiedział.

I z zimną krwią cofnął się na jakie dziesięć kroków od zapytującego.

Wtedy przyglądając się uważnie, zdało mu się iż ma do czynienia z cyganem, z rodzaju tych których się spotyka na wszystkich jarmarkach, a w zetknięciu tak moralnem jak i fizycznem zawsze nieprzyjemnymi. Potem rozpatrując się w ciemności, dojrzał przy chacie długi wóz w jakim zazwyczaj mieszkają cyganie, włóczący się po Rossyi.

Jednak Cygan o dwa lub trzy kroki postąpił ku Michałowi chcąc go wyraźniej zapytać, kiedy w tem drzwi chaty otwarły się. Kobieta zaledwo widzialna, postąpiła żywo i w narzeczu pospolitem, w którem Michał poznał mięszaninę syberyjską, powiedziała:

– Zostaw go i chodź na kolacyę.

Ale w tym samym języku, chociaż z odmiennym akcentem, cygan odpowiedział kilka wyrazów znaczących:

– Masz słuszność, Sangarro! Wreszcie, jutro wyjeżdżamy!

– Jutro? odparła półgłosem kobieta zadziwiona.

– Tak Sangarro, i to Ojciec sam posyła nas… tam gdzie się udajemy!

Przy tych słowach mężczyzna i kobieta weszli do chaty, zamykając za sobą drzwi starannie.

– Jeżeli cyganie chcą abym ich nie rozumiał, dobrze się wybrali, powiedział do siebie Michał, bądź co bądź radziłbym im przy mnie mówić innym językiem!

Jako Syberyjczyk, spędziwszy wiek dziecinny w stepach, Michał znał prawie wszystkie narzecza używane od Tataryi aż do morza Lodowatego, Co do znaczenia słów zamienionych między cyganami, nie interesowało go ono wcale. I cóż go to mogło obchodzić?

Ponieważ było już bardzo późno, postanowił wrócić do oberży dla wypoczynku. Odchodząc szedł z biegiem Wołgi, której wody ginęły pod ciemnemi massami niezliczonych statków. Zoryentowawszy się podług wody, poznał tylko co opuszczone przez siebie miejsce. Że nagromadzone wozy i chaty, zajmowały właśnie plac przeznaczony co roku na główny targ Niżnego-Nowgorodu, – to wytłómaczyło mu zebranie tam cyganów ze wszystkich stron świata.

Michał, w godzinę potem, spał snem cokolwiek niespokojnym na jednym z tych łóżek, wydających się twardemi cudzoziemcom, i nazajutrz 11 lipca już był wielki dzień, kiedy się przebudził.

Pięć godzin przebyć jeszcze w Niżnym-Nowgorodzie; wydało mu się wiekiem. Cóż innego mógł uczynić dla zabicia czasu, jeżeli nie chodzić po mieście? Zjadłszy śniadanie, zapiąwszy worek, zawizowawszy podorożną w policyi, gotów był do drogi. Ale nie będąc człowiekiem wstającym później niż słońce, podniósł się, ubrał, list z pieczęciami cesarstwa schował starannie do kieszeni, umieszczonej między wierzchem a podszewką, spiął się pasem: potem zamknął worek i przewiesił go przez plecy. To zrobiwszy, nie chcąc już powracać do oberży pod znakiem „Miasto Konstantynopol”, mając zamiar zjeść śniadanie na wybrzeżu Wołgi, zapłacił rachunek i opuścił domostwo.

Skutkiem nadmiaru przezorności, Michał jeszcze raz udał się do bióra statków i upewnił, że „Kaukaz” odpływa o naznaczonej godzinie. Wtedy poraz pierwszy przyszła mu myśl, że ponieważ młoda Inflantka miała jechać do Permy, prawdopodobnie zajmie także miejsce na pokładzie „Kaukazu”, a w takim razie, Michał razem z mą będzie podróż odbywał.

Wyższe miasto z swoim kremlinem, obwodu dwóch wiorst, podobne do Moskwy, było wtedy bardzo opuszczone. Ale o ile wyższe miasto było milczące, o tyle niższe było ożywione!

Michał Strogoff przeszedłszy Wołgę po moście ze statków, strzeżonym przez konnych kozaków, przybył na to samo miejsce, gdzie poprzedniego dnia widział obozy cygańskie. Jarmark Niżnij-Nowgorodzki, z którym nie mógłby rywalizować nawet jarmark Lipski, odbywał się w niejakiem oddaleniu od miasta. Na obszernej płaszczyźnie leżącej za Wołgą, wznosił się tymczasowy pałac gubernatora, i tamto rezyduje znaczny ten urzędnik, przez cały czas trwania jarmarku, czas wymagający ciągłej baczności i czuwania.

Wtedy płaszczyzna ta cała była zabudowana drewniane mi domkami symetrycznie pobudowanemi, w taki sposób, że między jednym a drugim pozostawiona była dość szeroka aleja, aby zapewnić swobodę ruchu. Pewne nagromadzenie chałup rozmaitej wielkości i kształtów, tworzyło wyłączny cyrkuł handlujących. Był tam cyrkuł żelaza, cyrkuł futer, cyrkuł wełny, drzewa, tkanin, suszonych ryb, etc. Niektóre domy były pobudowane nawet z materyałów dość fantastycznych; jedne z herbaty w cegiełkach, inne z kwadratów mięsa solonego, to jest z próbek towarów pokazywanych przez właścicieli nabywcom. Szczególna reklama, na wzór amerykański!

W alejach tych słońce było wysoko na horyzoncie, ponieważ tego poranku wstało przed czwartą godziną, – napływ zaś ludzi już był wielki. Rosyanie, Syberyjczycy, Niemcy, Kozacy, Turcy, Persowie, Georgianie, Grecy, Ottomani, Chińczycy, różnorodna mięszanina plemion europejskich i azyatyckich, rozmawiali, rozprawiali, targowali się. Wszystko cokolwiek do sprzedania i nabycia zdawało się być zgromadzone na tym placu. Posługacze, konie, wielbłądy, osły, statki, wozy, wszystko co służy do przewozu towarów, zgromadzone było na placu jarmarcznym. Futra, drogie kamienie, materye jedwabne, kaszmiry indyjskie, tureckie dywany, zbroje kaukazkie, tkaniny ze Smyrny albo Ispahanu, herbata karawanowa, bronzy europejskie, zegary szwajcarskie, aksamity i materye ljońskie, bawełny angielskie, owoce, leguminy, ruda uralska, malachity, wonności, perfumy, medyczne rośliny, drzewo, powrozy, rogi etc. wszystkie produkta Indyi, Chin, Persyi, morza Kaspijskiego i morza Czarnego, zostały zgromadzone na tym punkcie globu.

Był to ruch, wrzawa, ścisk przechodzący wszelkie wyobrażenie, krajowcy pochodzący z gminu byli bardzo wymowni, cudzoziemcy nie ustępowali im kroku. Byli tam kupcy z Azyi Środkowej, którzy potrzebowali roku na przebycie tych długich płaszczyzn, eskortując towary i którzy dopiero za rok znów mieli zobaczyć swoje sklepy i rodziny. Nakoniec jarmark w Niżnym-Nowgorodzie jest tak ważny, że zamiany dochodzą do stu milionów rubli.

Dalej, na placach między cyrkułami tego improwizowanego miasta, mnóstwo kuglarzy wszelkiego rodzaju, szarlatanów, akrobatów, ogłuszających wyciem swojej orkiestry; cyganów przybyłych z gór, bawiących się wróżbą, – śpiewających najdziwaczniejsze arye, tańczących najoryginalniejsze tańce; komedyantów jarmarcznych teatrów, przedstawiających dramaty Shakespeare'a, przystosowane do gustu widzów, tłumnie tam przybywających. Dalej, w długich alejach przewodnicy niedźwiedzi, swobodnie prowadzili swoich czworonożnych sztukmistrzów, z menażeryi rozlegały się przeraźliwe ryki zwierząt, podbudzanych, zmuszanych batem lub czerwoną pałeczką do posłuszeństwa; nakoniec w środku obszernego centralnego placu, poczwórny rzęd widzów otaczał chór „marynarzów Wołgi”; siedzieli oni na ziemi tak jak na pomoście, naśladując wiosłowanie pod przewodnictwem naczelnika orkiestry, prawdziwego sternika tego imaginacyjnego statku!

Kostiumy dziwne i prześliczne! Nad tłumem tym wznosiła się chmura ptaków uciekających z klatek, w których je przywieziono. Według zwyczaju przyjętego na jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie, za kilka kopiejek miłosiernie ofiarowanych, dozorcy otwierali drzwi więźniom swoim, a ci setkami biegali wydając okrzyki radosne.

Taki widok przedstawiała płaszczyzna, taki miała przedstawiać przez tygodni sześć, to jest przez czas trwania sławnego jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie. Po tej ogłuszającej epoce, wrzawa, jak na zaklęcie ucichnie, miasto znów przybierze swój charakter urzędowy, zapadnie w swą zwykłą monotonność, i z pomiędzy tego olbrzymiego napływu kupców, ze wszystkich stron Azyi i Europy, nie pozostanie ani jeden kupiec mający coś do sprzedania jeszcze, ani jeden nabywca potrzebujący coś kupić.

Należy nadmienić tutaj, że tym razem przynajmniej Francya i Anglia były reprezentowane na wielkim jarmarku w Niżnym-Nowgorodzie, przez dwa najznakomitsze okazy cywilizacyi nowożytnej: P.P. Harry Blount i Alcydesa Jolivet.

W istocie, dwaj korrespondenci przybyli szukać wrażeń na korzyść swoich czytelników, i korzystali jak umieli najlepiej z kiku pozostalych im wolnych godzin, bo i oni także mieli odpłynąć na „Kaukazie”.

Spotkali się z sobą właśnie na polu jarmarcznem; zdziwienie ich nie było wielkie, ponieważ jednakowy instynkt prowadził ich ku jednemu celowi; tym razem jednak nic z sobą nie mówili, ograniczając się na zimnym ukłonie.

Alcydesowi Jolivet, optymiście z natury, zdawało się iż wszystko idzie jak należy, a że szczęśliwy przypadek dostarczył mu posiłek i schronienie, zapisał w swej książeczce kilka uwag bardzo pochlebnych dla miasta Niżnego-Nowgorodu.

Harry Blount przeciwnie, próżno szukał kolacyi i musiał spać pod gołem niebem. Patrzył więc na wszystko z zupełnie innego punktu widzenia i myślał o piorunującym artykule przeciwko miastu, gdzie właściciele hotelów nie chcieli przyjmować podróżnych, którzy chętnie daliby się obedrzeć „tak moralnie jak i fizycznie!”

Michał włożywszy jedną rękę w kieszeń, w drugiej trzymając fajkę na długim cybuchu, zdawał się być człowiekiem najobojętniejszym i najcierpliwszym na świecie. Jednak znać było po pewnem ściągnięciu muskułów, że ciążyło mu to wędzidło, że radby je zerwać.

Od dwóch godzin nieustannie przebiegał miasto i niezmiennie powracał na pole jarmarczne. Przebiegając między gromadami zauważył, iż pewien niepokój malował się na twarzach kupców przybyłych z Azyi. Zamiana cierpiała na tem widocznie. Że kuglarze, ekwilibryści robili wielką wrzawę przed szopami, łatwo to było zrozumieć, bo ci biedacy nie mieli nic do stracenia w przedsiębierstwie handlowem, ale kupcy wahali się zawierać umowy z kupcami Azyi środkowej, których kraj był wzburzony najściem tatarów.

Był też inny symptomat, który koniecznie musiał zwrócić uwagę. W Rossyi zawsze widać mundur wojskowy. Żołnierze chętnie mięszają się z tłumem, szczególniej zaś w Niżnym-Nowgorodzie, podczas jarmarku, ajentom policyjnym zazwyczaj przychodzą w pomoc liczni kozacy z włóczniami na; ramieniu, mający rozkaz utrzymania porządku w tym tłumie trzechkroć stu tysięcznym.

Otóż tego dnia wojskowi, kozacy i inni, nie pokazywali się wcale. Niewątpliwie w przewidywaniu spiesznego wymarszu, zatrzymano ich w koszarach.

Jeżeli nie było żołnierzy, za to oficerowie co chwila się ukazywali. Od dnia poprzedniego adjutanci, wyjeżdżając z pałacu jenerał-gubernatora, we wszystkich kierunkach się rozbiegali. Tworzyło to niezwykły ruch, który tylko ważność wypadków mogła usprawiedliwić. Sztafety snuły się na drogach prowincyi, tak od strony Włodzimierza jak i gór Uralskich. Zamiana depeszy telegraficznych między Moskwą a Petersburgiem była nieustanna. Położenie Niżnego-Nowgorodu, niedaleko od granicy Syberyjskiej, wymagało wszelkiej przezorności.

Dostojnikiem nie mniej zajętym od jenerał-gubernatora był naczelnik policyi. On i inspektorzy jego, mając polecenie utrzymania porządku, przyjmowania reklamacyi, czuwania nad wykonaniem przepisów, chwili nie wypoczywali. Bióro administracyi dniem i nocą otwarte, było wciąż oblegane, to też dowiedziano się niebawem, iż naczelnik policyi został wezwany sztafetą do pałacu jenerał-gubernatora.

Naczelnik policyi udał się tam i natychmiast jakby przeczuciem wiedziona, rozbiegła się wieść, iż jakieś środki ostrożności przewyższające wszelkie oczekiwania, zostaną przedsięwzięte.

Michał przysłuchiwał się wszystkiemu, aby w danym razie skorzystać z tego.

– Zamkną jarmark, wołał jeden.

– Pułk Niżnyj-Nowgorodzki dostał rozkaz wymarszu! odpowiadał drugi.

– Oto naczelnik policyi! zewsząd wołano.

Wielki szmer powstał w tłumie, lecz stopniowo uciszył się i nastało głębokie milczenie. Wszyscy przeczuwali ważne jakieś zawiadomienie ze strony rządu.

Naczelnik policyi poprzedzony dozorcami, opuścił pałac. Oddział kozaków towarzyszył mu, robiąc miejsce przejścia między tłumem.

Skoro naczelnik policyi przybył na środek placu, wszyscy zobaczyli że trzymał depeszę w ręku.

Wtedy głosem podniesionym przeczytał rozkaz następujący: 1º Zabrania się wszystkim podanym opuszczenia prowincyi z jakiegokolwiek bądź powodu; 2º Cudzoziemcom pochodzenia azyatyckiego, rozkazuje się opuścić miasto w ciągu dwudziestu czterech godzin.

ROZDZIAŁ VI. BRAT I SIOSTRA.

Okoliczności usprawiedliwiały te środki ostrożności, tak twarde dla osób prywatnych.

„Zabrania się wszystkim podanym opuszczenia prowincyi”.

„Cudzoziemcom pochodzenia azyatyckiego, rozkazuje się opuścić miasto w ciągu dwudziestu czterech godzin”. Było to wydalić handlarzy z Azyi środkowej, jako też bandy cyganów mniej więcej przychylnych tatarom, których jarmark zgromadził tutaj.

Ale łatwo także pojąć, iż wieść ta spadła piorunem na Niżnij-Nowgorod, więcej od innych prowincyi dotknięty.

Tak więc osoby, które interesa wzywały za granicę syberyjską, nie mogły przynajmniej chwilowo, opuścić prowincyi. Treść pierwszego artykułu była wyraźna. Nie było żadnych wyjątków. Wszelki interes prywatny, musiał się ugiąć pod naciskiem interesu ogólnego.

Co do drugiego artykułu wydalenia, rozkaz brzmiał nieodwołalnie. Dotyczył on tylko osób pochodzenia azyatyckiego, ale te nie miały innego środka, jak tylko zapakować rzeczy, towary i udać się z powrotem drogą tylko co przebytą. Co do kuglarzy których liczba była znaczna, dla tych otwierały się widoki nędzy, gdyż mieli prawie tysiąc wiorst do przebycia.

To też powstał szmer niezadowolenia, okrzyk rozpaczy.

I natychmiast wyprowadzanie się z obszernej płaszczyzny, rozpoczęto. Płótna rozciągnięte przed szopami, składano; teatra jarmarczne rozbierano na części; tańce i śpiewy ustały; ognie zagasły, powrozy gimnastyków rozciągnęły się; stare konie ruchomych tych mieszkań, wyprowadzono ze stajen i zaprzęgnięto do wozów. Ajenci policyjni i żołnierze, opóźniających się zmuszali do pośpiechu, sami nawet rozbierali namioty. Nie ulegało wątpliwości, iż pod wpływem tych środków, przed wieczorem jeszcze plac Niżnego-Nowgorodu będzie zupełnie opuszczonym i po rozgłośnym gwarze, nastanie głuche milczenie.

Zmuszeni jeszcze jesteśmy dodać, że wszystkim koczującym pokoleniom dotkniętym wydaleniem, wzbronione były nawet stepy syberyjskie; trzeba było skierować się na południe morza Kaspijskiego, bądź do Persyi, bądź do Turcyi, bądź wreszcie, na płaszczyzny Turkestanu, Posterunki i góry Uralskie, tworząc jakby przedłużenie rzeki z tej strony granicy rossyjskiej, nie byłyby ich przepuściły. Musiały więc tysiące wiorst przebywać, zanim znajdą się na terrytoryum dozwolonem.

W chwili kiedy naczelnik policyi dokończył czytania, Michał uderzony był dziwną myślą:

„Szczególniejszy zbieg okoliczności! szczególniejsza wspólność między tym rozkazem wydalającym cudzoziemców pochodzenia azyatyckiego i słowami zamienionemi tej nocy między cyganami. „To ojciec sam posyła nas tam gdzie iść chcemy!” powiedział ten starzec. Jakim sposobem cyganie ci mogli przewidzieć przedsięwzięte przeciw nim środki ostrożności, jakim sposobem wiedzieli je naprzód i dokąd zamierzają się udać? Otóż to ludzie podejrzani, dla których rozkaz gubernatora widocznie przynosi więcej korzyści aniżeli szkody!”

Ale rozmyślania te, bezwątpienia sprawiedliwe, przerwała myśl inna, przechodząca nagle przez głowę Michała. Zapomniał o cyganach, ich słowach podejrzanych, dziwnej wspólności z ogłoszonym ukazem… Wspomnienie młodej Inflantki stanęło nagle przed nim.

„Biedne dziecko! wykrzyknął mimowoli. Nie będzie mogła przebyć granicy!”

W istocie młoda dziewczyna pochodziła z Rygi, była Inflantką, tem samem Rosyanką, nie mogła więc opuścić terrytoryum rossyjskiego. Poprzednie pozwolenie teraz już nie miało żadnej ważności. Wszystkie drogi przed nią zamknięto, i jakikolwiek powód prowadził ją do Irkutska, teraz droga ta została jej przeciętą.

Myśl ta wielce zajęła Michała. Naprzód niewyraźnie ukazał mu się pomysł, że w niczem nie narażając swej ważnej missyi, możeby mógł przyjść z pomocą biednej dziewczynie – i myśl ta się doń uśmiechnęła. Znając niebezpieczeństwa na jakie narażał się osobiście, on mężczyzna, silny i energiczny, w kraju znanym mu dokładnie, wiedział o ile one będą straszniejsze dla młodej dziewczyny. Ponieważ udawała się także do Irkutska, musiała więc tak jak on przedzierać się pomiędzy hordami tatarów. Jeżeli, oprócz tego, miała do swego rozporządzenia tylko środki konieczne na podróż przedsięwziętą w zwyczajnych okolicznościach, jakże wystarczą jej one przy obecnych wypadkach, niebezpieczeństwa i koszta zdwajających?

„A więc powiedział sobie: ponieważ udaje się drogą na Permę, niepodobna abym jej nie spotkał. Będę mógł bez jej wiedzy czuwać nad nią, a ponieważ zdaje się iż jej zarówno pilno jak mnie przybyć do Irkutska, nie będzie więc to powodem najmniejszego opóźnienia”.

Ale jedna myśl sprowadza drugą. Dotąd Michał myślał tylko jak o dobrym uczynku, jako o przysłudze. Nowa wątpliwość zrodziła się w jego głowie, i kwestya się przedstawiła z innej strony.

„Wreszcie, powiedział sam do siebie, ona mnie więcej jeszcze, aniżeli ja jej, może być pożyteczną. Obecność jej przy mnie, może zatrzeć wszelkie względem mej osoby podejrzenia. W człowieku przebiegającym samopas stepy, łatwiej odgadnąć kuryera. Jeżeli przeciwnie ta młoda dziewczyna towarzyszyć mi będzie, daleko podobniej będę wyglądać na Mikołaja Korpanoff, jak to wskazuje moja podorożna. Trzeba więc aby mi towarzyszyła! W takim razie bądź co bądź, muszę ją wynaleść. Prawdopodobnie od wczoraj wieczór nie mogła znaleść powozu aby opuścić Niżnij-Nowgorod. Szukajmy więc i niech Bóg mi dopomaga”.

Michał Strogoff opuścił plac Niżnego-Nowgorodu, gdzie zamięszanie spowodowane wykonaniem rozporządzenia, dosięgło szczytu. Młoda szukana przezeń dziewczyna, nie mogła się tam znajdować.

Była dziewiąta godzina rano. Statek odchodził dopiero w południe. Michał Strogoff miał więc przed sobą dwie godziny czasu, dla wyszukania tej z której chciał zrobić swoją towarzyszkę podróży.

Przebył znów Wołgę i przebiegł cyrkuły drugiego wybrzeża rzeki, daleko mniej tłumne od pierwszych. Zwiedzał ulicę po ulicy, miasto wyższe, miasto dolne, wchodził do kościołów naturalnego schronienia wszystkich płaczących i cierpiących, Nigdzie nie spotkał młodej Inflantki.

„A jednak nie mogła jeszcze opuścić Niżnego-Nowgorodu. Szukajmy dalej!”

W ten sposób Michał błądził przez dwie godziny. Szedł nie zatrzymując się, nie czuł utrudzenia; szedł powodowany wrażeniem nie dozwalającem zastanowienia. Wszystko napróżno.

Wtedy pomyślał, że może dziewczyna niewiedziała o rozporządzeniu, – okoliczność nieprawdopodobna – bo takie uderzenie piorunu musiało być słyszane przez wszystkich. Widocznie interesowana wszelkiemi wiadomościami z Syberyi, jak mogłaby nie wiedzieć o środkach w tym względzie przedsięwziętych, środkach osobiście ją dotykających?

Nakoniec, jeżeli o niczem nie wiedziała, za parę godzin przybędzie zająć miejsce na statku, a tam jaki nielitościwy, wzbroni jej przejścia! Michał koniecznie musiał ją widzieć pierwej, aby dzięki jemu, mogła uniknąć tego niepowodzenia.

Wszelkie jednak poszukiwania były daremne, wkrótce ostatecznie stracił nadzieję.

Była jedenasta godzina, Michał chociaż w każdej innej okoliczności było to zbytecznem, pomyślał o przedstawieniu podorożnej w biurze naczelnika policyi. Rozporządzenie nie mogło go dotyczeć, jednak na wszelki wypadek chciał się upewnić, iż nic mu nie przeszkodzi w opuszczeniu miasta.

Musiał więc znów powrócić na drugi brzeg Wołgi, do cyrkułu gdzie było biuro naczelnika policyi.

Wielki tam był napływ ludu, bo chociaż cudzoziemcy mieli rozkaz opuszczenia miasta, niemniej jednak zachowywano pewne formalności. Wydalano z miasta, ale trzeba było mieć pozwolenie, aby zostać wydalonym.

Tak więc kuglarze, cyganie, wraz z kupcami Persyi, Turcyi, Indyi, Turkestanu, Chin, zapełniali dziedziniec domu w którym się mieściło biuro policyi.

Każdy się spieszył, gdyż środki podróży były bardzo poszukiwane w tym tłumie ludzi wydalonych, opóźniający się zaś byli narażeni na niewykonanie rozkazu w czasie zostawionym, a to byłoby ich naraziło na niemałe nieprzyjemności.

Michał dzięki swoim silnym łokciom przebył dziedziniec. Ale wejść do biura i dostać się aż do urzędników, o wiele trudniejszem było. Jednak powiedziawszy kilka słów do ucha woźnego i dawszy mu kilka rubli – i tam się dostał.

Ajent wprowadziwszy go do sali posłuchalnej, poszedł uwiadomić wyższego urzędnika.

Tak więc Michał miał wkrótce ukończyć z policyą i być zupełnie swobodnym. Tymczasem rozglądał się po sali. I kogóż zobaczył?

Tam, na ławce, raczej omdlała aniżeli siedząca – była młoda dziewczyna, pogrążona w niemej rozpaczy.

Michał Strogoff nie omylił się, była to młoda Inflantka.

Nie wiedząc o rozporządzeniu gubernatora, przybyła do biura policyi po wizę!… Odmówiono jej! Niewątpliwie była ona upoważniona udać się do Irkutska, ale rozkaz był formalny, unieważnił wszystkie poprzednie upoważnienia, i drogi Syberyi zostały przed nią zamkniętemi.

Michał uszczęśliwiony iż ją nakoniec odszukał, zbliżył się.

Popatrzywszy nań chwilę, poznała towarzysza podróży i twarz jej rozjaśniła się. Instynktownie powstała, jak rozbitek czepiający się deski zbawienia, miała prosić o jego wstawiennictwo…

W tej chwili ajent dotknął ramienia Michała.

– Naczelnik policyi oczekuje was, powiedział.

– Dobrze, odparł Michał.

I nie przemówiwszy słowa do tej której szukał od wczoraj, nie uspokoiwszy nawet jednym giestem mogącym ją i jego skompromitować, udał się za ajentem.

Inflantka widząc iż opuszcza ją ten od którego pomocy się spodziewała, upadła na ławkę.

Nie upłynęło trzech minut, kiedy Michał znów się ukazał w towarzystwie ajenta.

Trzymał w ręku swoją podorożną, otwierającą mu wolne przejście na wszystkich drogach Syberyi.

Zbliżył się do młodej Inflantki i podając jej rękę:

„Siostro…” powiedział.

Zrozumiała! Powstała, ani chwili nie wahała się!

– Siostro, powtórzył Michał, mamy upoważnienie jechać do Irkutska. Czy jedziesz?

– Idę z tobą mój bracie, odrzekła dziewczyna podając rękę Michałowi.

I oboje opuścili dom naczelnika policyi.

ROZDZIAŁ VII. WYJAZD WOŁGĄ.

Przed nadejściem południa jeszcze, dzwon parowca zgromadził w przystani Wołgi tłumy ludzi; byli tam tacy co jechali, i tacy co byliby pragnęli pojechać. Kotły Kaukazu już były dostatecznie ogrzane. Kominem wychodził lekki dym, kiedy tymczasem koniec rury i klapę, wieńczyły obłoki pary białej.

Rozumie się, że policya była obecną przy odpłynięciu Kaukazu, i była bez litości dla podróżnych nie posiadających wymaganych warunków do odjazdu, a pragnących opuścić miasto.

Liczni Kozacy przechadzali się na wybrzeżu, gotowi w razie potrzeby przyjść z pomocą policyi – ale okazało się to zbytecznem; wszystko odbyło się w porządku.

O naznaczonej godzinie, zadzwoniono po raz ostatni, odwiązano liny przytrzymujące statek, olbrzymie koła z szumem zaczęły wyrzucać wodę i Kaukaz przepłynął szybko między dwoma miastami, składającemi Niżnyj-Nowgorod.

Michał i młoda Inflantka, zajęli miejsce na pokładzie Kaukazu. Nie robiono im w tej mierze żadnych trudności. Wiemy bowiem już, że podorożna wydana na imię Mikołaja Korpanoff, upoważniała tego kupca do podróżowania po Syberyi, w towarzystwie. Tak więc, byli to brat i siostra podróżujący pod opieką policyi.

Oboje, usiadłszy na tylnym pomoście, spoglądali na niknące im z oczu miasto, tak bardzo strwożone rozkazem władz.

Michał nie odzywał się wcale do młodej dziewczyny, nie zapytywał o nic. Czekał aż sama zacznie mówić, jeżeli naturalnie uważać będzie to za stosowne. Tej ostatniej spieszno było opuścić miasto, w którem bez cudownej opieki swego towarzysza, byłaby została więźniem. Milczała, ale wzrok jej wyrażał dziękczynienie.

Wołga, starożytna Rha, uważaną jest