Michael Kohlhaas - Heinrich von Kleist - ebook + książka

Michael Kohlhaas ebook

Heinrich von Kleist

0,0
40,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Minipowieść czy może nowela Heinricha von Kleista, twórcy niemieckiej nowelistyki psychologicznej i dramatopisarza, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku. Oparta na prawdziwej historii z XVI wieku, do dziś inspirująca, a przypomniana w ostatnich latach na świecie nowymi tłumaczeniami oraz filmem, opowieść-topos o heroicznej walce o godność. Tytułowy bohater, handlarz końmi, zostaje upokorzony przez junkra pruskiego. Jego najlepsze konie zostają niesprawiedliwie skonfiskowane, a służący pobity. Kiedy jednak Kohlhaas próbuje dochodzić swego, zabijają mu żonę. Szuka sprawiedliwości na drodze sądowej, ale ciągle piętrzą się przed nim przeszkody. Zdeterminowany Kohlhaas niestrudzenie przeciwstawia się biurokratycznej machinie imperium w walce z góry skazanej na porażkę. Wydana po raz pierwszy po polsku w 1960 roku, teraz w nowym przekładzie Łukasza Żebrowskiego.

 
 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 156

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt obwoluty, okładki i stron tytułowych

Jakub Zasada

Redaktor prowadzący

Kamil Piwowarski

Redakcja

Marcin Szuster

Korekta

Maciej Korbasiński, Małgorzata Denys

© Copyright for the Polish translation and the afterword by Łukasz Żebrowski

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy

Wydanie pierwsze w tej edycji, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01, e-mail: [email protected]

ISBN 978-83-8196-753-2

W połowie szesnastego wieku nad brzegami Haweli żył handlarz koni, niejaki Michael Kohlhaas, syn nauczyciela, jeden z najbardziej prawych, a zarazem najstraszniejszych ludzi swoich czasów. – Ten niezwykły mężczyzna do trzydziestego roku życia mógłby uchodzić za wzór dobrego obywatela. We wsi, wciąż noszącej jego imię, miał folwark, gdzie w spokoju utrzymywał się z własnego rzemiosła; dzieci, jakimi obdarzyła go żona, wychowywał w bojaźni bożej, ucząc je pracowitości i oddania; nie było sąsiada, który nie doświadczyłby od niego dobroci albo sprawiedliwości; krótko mówiąc, ludzkość powinna błogosławić jego pamięć, gdyby nie przebrał miary w pewnej cnocie. Poczucie sprawiedliwości uczyniło zeń zbójcę i mordercę.

Udał się był kiedyś za granicę ze stadem młodych koni, lśniących, dobrze odżywionych, i dumał, na co przeznaczy zysk, który miały mu przynieść na jarmarkach: część sposobem dobrych gospodarzy na nowe jego pomnożenie, część na doczesny użytek – kiedy dojechał do Łaby i nieopodal okazałego rycerskiego zamku na ziemi saskiej natrafił na szlaban, jakiego nigdy wcześniej na tej drodze nie spotkał. Wstrzymał konie akurat, kiedy zerwała się ulewa, i zawołał strażnika, który z kwaśną miną wyjrzał zaraz przez okienko. Handlarz koni kazał sobie otworzyć. A to co za nowość?, zapytał, kiedy po dłuższej chwili celnik wyszedł z domu. – Przywilej pański, odpowiedział tamten, otwierając: udzielony junkrowi Wenzelowi von Tronce. – Ach tak, odparł Kohlhaas. Junkier nazywa się Wenzel?, i przyjrzał się zamkowi, który błyszczącymi blankami wyzierał na pole. Stary pan nie żyje? – Zmarł na apopleksję, odrzekł celnik, podnosząc szlaban. – Hm! Szkoda!, powiedział Kohlhaas. Stary zacny był, znajdował przyjemność w ludzkim obcowaniu, kiedy tylko mógł, wspierał handel, kazał raz zbudować kamienny trakt, bo tam, gdzie droga schodzi do wsi, moja klacz złamała nogę. Cóż! Ile jestem dłużny? – zapytał; i spod łopoczącego na wietrze płaszcza wysupłał grosiwo, którego zażądał celnik. „Tak, stary”, dodał jeszcze, kiedy ten mamrotał: żwawo, żwawo! i przeklinał niepogodę, „lepiej by było dla mnie i dla was, gdyby to drzewo dalej stało w lesie”; po czym dał mu pieniądze i chciał jechać dalej. Ledwie jednak znalazł się pod szlabanem, a już nowy głos: stój, koniarzu!, zakrzyknął z wieży za jego plecami, i zobaczył, jak wójt zamku zatrzaskuje okno i śpieszy ku niemu na dół. A to co znowu?, zapytał sam siebie Kohlhaas i wstrzymał konie. Nadszedł wójt zamku, który zapinał jeszcze kamizelę na swojej obszernej postaci, i odwracając się od niepogody, zapytał o glejt. – Glejt?, spytał Kohlhaas. Lekko zakłopotany powiedział, że o ile wie, to takowego nie posiada; żeby mu jednak zechciano opisać, co to takiego, z łaski pańskiej, może przypadkiem będzie w to zaopatrzony. Przyglądając mu się z ukosa, wójt zamku odparł, że bez zezwolenia jaśnie pana żaden handlarz nie przejdzie z końmi przez granicę. Koniarz zapewnił, że za swojego życia siedemnaście razy przekraczał granicę bez takiego glejtu; że zna dokładnie wszystkie zarządzenia jaśnie pana tyczące się jego rzemiosła; że to zapewne pomyłka, dlatego prosi o opamiętanie i by go tu dłużej niepotrzebnie nie zatrzymywać, bo czeka go dziś jeszcze długa droga. Wójt odrzekł jednak, że po raz osiemnasty się nie prześlizgnie, zarządzenie ukazało się dopiero niedawno i że albo wykupi glejt tutaj, albo musi wracać, skąd przybył. Handlarz koni, którego te bezprawne egzekucje rozjątrzały coraz bardziej, po krótkim namyśle zsiadł z konia, oddał go parobkowi i powiedział, że sam o tym pomówi z junkrem von Tronką. I poszedł na zamek; wójt podążył za nim, on sam mamrotał zaś pod nosem o parszywych łapczywcach i o pożytkach z upuszczenia im krwi; i mierząc się spojrzeniami, obaj wkroczyli do sali. Traf chciał, że junkier siedział akurat w towarzystwie wesołych kompanów przy kielichu i kiedy Kohlhaas się do niego zbliżył, by złożyć skargę, wszyscy, rozbawieni jakąś anegdotą, wybuchnęli przeciągłym śmiechem. Junkier zapytał, czego chce; ujrzawszy obcego mężczyznę, rycerze umilkli; ledwie ten jednak zaczął swoją suplikę w sprawie koni, a już cała świta zakrzyknęła: Konie? Gdzie? i pośpieszyła do okien, aby je obejrzeć. Ujrzawszy stadko wielkiej krasy, zachęceni przez junkra, puścili się w dół na dziedziniec; deszcz ustał; wójt, zarządca i parobkowie stanęli dokoła i bacznie przyglądali się zwierzętom. Jeden chwalił deresza ze strzałką, innemu podobał się kasztan, trzeci głaskał srokacza w czarno-żółte cętki; wszyscy uważali, że konie urodą nie ustępowały jeleniom i że nigdzie w kraju nie hodowano lepszych. Kohlhaas odparł raźno, że nie są lepsze od rycerzy, którzy ich dosiądą; i zaprosił do kupowania. Junkier, którego bardzo nęcił potężny deresz, zapytał o cenę; zarządca nalegał, by kupił parę karych, które on, jako że koni brakowało, mógłby używać w gospodarstwie; kiedy jednak koniarz podał cenę, rycerze uznali, że jest za wysoka, a junkier rzekł, że lepiej by zrobił, gdyby poszukał okrągłego stołu i króla Artura, skoro na tyle szacuje swoje konie. Kohlhaas, widząc, jak wójt z zarządcą szepczą między sobą i znacząco popatrują na kare, wiedziony niejasnym przeczuciem, postanowił uczynić wszystko, aby zbyć im konie. Powiedział do junkra: „Panie, kupiłem te kare przed sześciu miesiącami za 25 guldenów w złocie; dajcie mi 30, a będą wasze”. Dwóch rycerzy stojących obok junkra nie kryło, że zapewne tyle są warte; junkier był skłonny wydać pieniądze na deresza, ale nie na kare, i gotował się do odejścia; na co Kohlhaas odparł, kto wie, może dobije z nim targu, kiedy następnym razem będzie tu przejeżdżał ze swoimi wierzchowcami; polecił się pamięci junkra i chwycił swego konia za cugle, aby odjechać. W tej samej chwili wójt zamku wystąpił z gromady i powiedział do handlarza koni, że przecie słyszy, bez glejtu nie wolno mu podróżować. Kohlhaas odwrócił się i zapytał junkra, czy ten warunek, który rujnuje jego rzemiosło, jest zasadny. Odchodząc, junkier odpowiedział z wyrazem zmieszania na twarzy: tak, Kohlhaas, musisz wykupić glejt. Pomów z wójtem i ruszaj w drogę. Kohlhaas zapewnił, że nie jest jego zamiarem obchodzenie zarządzeń, które dotyczyłyby wywozu koni; obiecał przy okazji przejazdu przez Drezno wykupić glejt w Tajnej Kancelarii i prosił, aby tym razem wyjątkowo zezwolono mu na przejazd, nic bowiem nie wiedział o tym wymogu. No!, powiedział junkier, kiedy znów zerwała się zawierucha i ze świstem omiatała jego cherlawe członki: puścić nieboraka. Chodźcie!, rzekł do rycerzy, odwrócił się i chciał iść do zamku. Wójt, zwrócony do junkra, odparł, że koniarz jako gwarancję wykupienia glejtu powinien przynajmniej dać coś pod zastaw. Junkier znowu się zatrzymał pod bramą zamkową. Kohlhaas zapytał, ile w takim razie, w pieniądzach albo w naturze, powinien oddać pod zastaw z powodu karych. Zarządca mruknął pod nosem, że mógłby oddać właśnie kare. W rzeczy samej, powiedział wójt zamku, tak będzie najwłaściwiej; a kiedy glejt zostanie wykupiony, może je w każdej chwili odebrać. Kohlhaas, zbity z tropu tak bezczelnym żądaniem, powiedział junkrowi, który marzł i osłaniał się połami kaftana, że kare chce sprzedać; ten jednak, akurat kiedy poryw wiatru wegnał przez bramę cały łaszt deszczu i gradu, zawołał, żeby uciąć sprawę: jak nie będzie chciał koni zostawić, wyrzućcie go z powrotem za szlaban; i odszedł. Kiedy koniarz zobaczył, że musi ustąpić przed przemocą, nie widząc innego wyjścia, postanowił spełnić żądanie; wyprzągł kare i zaprowadził je do stajni, którą wskazał mu wójt. Zostawił z nimi parobka, zaopatrzył go w pieniądze, napomniał, by do jego powrotu miał baczenie na konie, i z resztą stada, trochę niepewny, czy z powodu krzewiącej się hodowli koni nie mógł jednak zostać wydany w Saksonii taki nakaz, kontynuował podróż do Lipska, zdążał bowiem na targ.

W Dreźnie, gdzie na jednym z przedmieść miał dom z kilkoma stajniami, jako że doglądał stamtąd handlu na mniejszych targach krajowych, zaraz po przybyciu udał się do Tajnej Kancelarii, gdzie od rajców, z których kilku znał, dowiedział się, co zresztą od początku przeczuwał, że historia z glejtem jest zmyślona. Kohlhaas, któremu gderliwi rajcy, na jego prośbę, wydali pisemne świadectwo o niedorzeczności owej historii, zaśmiał się z dowcipu cherlawego junkra, chociaż jeszcze nie w pełni rozumiał, co ten chciał osiągnąć; kilka tygodni później, sprzedawszy ku swemu zadowoleniu konie, z którymi podróżował, wrócił, nie czując innej goryczy niż ta płynąca z ogólnej mizerii świata, na zamek von Tronków. Wójt zamku, któremu pokazał dokument, nie rozwodził się już nad nim, a na pytanie koniarza, czy może na powrót otrzymać zwierzęta, odpowiedział: wystarczy, że zejdzie i je odbierze. Jeszcze kiedy przechodził przez dziedziniec, dowiedział się z przykrością, że w kilka dni po tym, jak swego parobka zostawił na zamku von Tronków, sługę dotkliwie pobito i wypędzono z powodu, jak powiadano, niegodziwego zachowania. Zapytał chłopaka, który przekazał mu tę wiadomość, co takiego zrobił jego parobek i kto od tego czasu oporządzał konie, na co ten odpowiedział, że nie wie, po czym koniarzowi, którego serce ściskały złe przeczucia, otworzył stajnię. Jak wielkie było jednak jego zdziwienie, gdy zamiast swoich dwóch gładkich i dobrze odżywionych karych ujrzał parę wychudzonych, zmarniałych szkap; kości, które mogłyby służyć za wieszak; zaniedbana, pozlepiana grzywa i sierść, bez pieczy i troski – obraz prawdziwej nędzy w królestwie zwierząt! Kohlhaas, którego przywitało rżenie i niemrawe ruchy koni, nie posiadał się z oburzenia i zapytał, co się z nimi stało. Stojący obok chłopak odpowiedział, że nie spotkało ich żadne nieszczęście, dostawały też należny im obrok, ale były akurat żniwa, a że brakło pociągowych, używano ich czasem na polach. Kohlhaas przeklinał to haniebnie ukartowane gwałtownictwo, zdusił jednak gniew, czując własną bezsilność, i już się szykował, cóż mu bowiem pozostało, by wraz z końmi ponownie opuścić to gniazdo zbójeckie, kiedy zjawił się wójt zamku, zaalarmowany wymianą zdań, i zapytał, w czym rzecz. W czym rzecz?, odpowiedział Kohlhaas. Kto pozwolił junkrowi von Tronce i jego ludziom do robót w polu używać karoszy, które u niego zostawiłem? Dodał: czy tak się godzi człowiekowi? i próbował pobudzić wyczerpane szkapy, uderzając je rózgą, i pokazywał wójtowi, że ani drgną. Wójt zamku przyglądał mu się przez chwilę zuchwale, po czym odparł: patrzcie grubianina! Czy ten cep nie powinien Bogu dziękować, że chabety w ogóle żyją? Niby kto miałby się o nie troszczyć, pytał, skoro parobek uciekł? Czyż nie słusznie się stało, że za podawany im obrok odsługiwały na polach? Na koniec radził, żeby nie dokazywał, bo psy zawoła i z ich pomocą zaprowadzi spokój na dziedzińcu. – Handlarzowi koni serce tłukło się pod kaftanem. Coś go popychało, by niegodziwego brzuchacza rzucić w błoto i postawić stopę na jego miedzianym obliczu. Jednak jego poczucie sprawiedliwości, które podobne było do wagi złotniczej, wahało się jeszcze; przed szrankami własnego serca wciąż czuł niepewność, czy nad nieprzyjacielem ciąży wina; i kiedy przełykając zelżywą mowę, przystąpił do koni i zajęty cichym rozważaniem okoliczności, doprowadzał do porządku końskie grzywy, zapytał zniżonym głosem: za przyczyną jakiego to zaniedbania wydalono parobka z zamku? Wójt odpowiedział: bo hultaj był krnąbrny! Bo się opierał koniecznej zmianie stajni i żądał, by z powodu jego chabet konie dwu paniczów, którzy przybyli na zamek, nocowały na gościńcu! – Kohlhaas oddałby równowartość koni, żeby mieć parobka pod ręką i jego słowa móc porównać ze słowami pyskatego wójta. Wciąż stał i rozczesywał karym strąki, zastanawiając się, co należało czynić w jego położeniu, kiedy nagle scena się odmieniła i junkier Wenzel von Tronka, wracający z gromadą rycerzy, parobków i psów z polowania na zające, wpadł na dziedziniec zamkowy. Kiedy zapytał, co zaszło, zaraz odezwał się wójt i gdy po jednej stronie psy poczęły przeraźliwie skowytać na widok obcego, a rycerze z przeciwnej strony nakazywali im milczenie, powiadomił junkra, w najbardziej zjadliwy sposób wypaczając stan rzeczy, o buncie, jaki wznieca ów koniarz tylko dlatego, że robiono czasem użytek z jego karych. Powiedział z szyderczym śmiechem, że handlarz wzbrania się przed uznaniem tych koni za swoje. Kohlhaas zawołał: „to nie  s ą  moje konie, wielmożny panie! To nie są  k o n i e,  które były warte trzydzieści guldenów w złocie! Chcę odzyskać swoje konie, dobrze odżywione i zdrowe!” – Junkier, któremu chwilowa bladość wystąpiła na twarz, zsiadł z konia i powiedział: skoro dupek żołędny nie chce z powrotem zabrać koni, może je zostawić. Chodź, Güntherze! Hans! Idziemy!, zawołał, strzepując kurz ze spodni; a kiedy z rycerzami stał u drzwi, krzyknął jeszcze: dajcie wina! i wszedł do środka. Kohlhaas powiedział, że prędzej każe wezwać oprawcę i konie rzucić na ścierwisko, niż poprowadzi je w takim stanie do swojej stajni w Kohlhaasenbrück. Zostawił szkapy tam, gdzie stały, nie dbając o nie, i zapewniwszy, że umie dochodzić swych praw, wskoczył na gniadosza i odjechał.

Ruszył z kopyta i był już w drodze do Drezna, kiedy zadumawszy się nad parobkiem i skargą, którą przeciw niemu podnieśli na zamku, zaczął jechać stępa i nim ujechał tysiąc kroków, zawrócił konia i chcąc zawczasu przesłuchać parobka, co mu się wydało roztropne i sprawiedliwe, zboczył do Kohlhaasenbrück. Słuszne odczucie, oswojone z ułomnym urządzeniem świata, skłoniło go bowiem, aby, mimo doznanych upokorzeń, jeśli parobka rzeczywiście, jak twierdził wójt zamku, trzeba by było obarczyć jakąś winą – przeboleć stratę koni jako sprawiedliwe następstwo. Na przekór temu inne, równie trafne odczucie, zakorzeniające się coraz głębiej i głębiej, mówiło mu, gdy jechał dalej i wszędzie, gdzie się zatrzymywał, słyszał o niesprawiedliwościach, jakich na zamku von Tronków dopuszczano się codziennie wobec podróżnych: że jeśli całe zajście, jak wszystko na to wskazuje, było ukartowane, powinien oddać światu swe siły, aby uzyskać dla siebie zadośćuczynienie za doznane zniewagi, a swoich współobywateli zabezpieczyć przed przyszłymi.

Kiedy po przybyciu do Kohlhaasenbrück uściskał Lisbeth, swoją wierną żonę, i ucałował dzieci, które skakały z radości u jego kolan, od razu zapytał o Hersego, najstarszego parobka: czy nic o nim nie słyszeli? Lisbeth powiedziała: ależ tak, najdroższy Michaelu, ach, ten Herse! Wyobraź sobie, nieszczęśnik zjawia się tu jakieś czternaście dni temu, niemiłosiernie obity; nie, obity tak, że z trudem oddycha. Niesiemy go do łóżka, gdzie obficie pluje krwią, i w odpowiedzi na nasze usilne pytania słyszymy historię, której nikt nie rozumie. O tym, jak go wraz z końmi, którym odmówiono przejazdu, pozostawiłeś na zamku von Tronków, jak haniebnym sponiewieraniem zmuszono go do wyjazdu i jak uniemożliwiono mu zabranie koni. Doprawdy?, powiedział Kohlhaas, zdejmując płaszcz. Czy doszedł już do siebie? – Nie całkiem, odpowiedziała Lisbeth, pluje jeszcze krwią. Chciałam zaraz posłać parobka na zamek von Tronków i polecić mu, by oporządzał wierzchowce, zanim sam się tam zjawisz. Herse zawsze dowodził swojej prawdomówności i zaiste był nam wierny jak nikt inny, nie powinnam zatem podawać w wątpliwość jego słów, za którymi przemawia tyle znaków, i sądzić, że w inny sposób postradał konie. A jednak zaklina mnie, bym od nikogo nie oczekiwała, że pokaże się w tym zbójeckim gnieździe, i bym porzuciła konie, jeśli nie chcę w zamian poświęcić człowieka. – Leży jeszcze w łóżku?, zapytał Kohlhaas, uwalniając się od halsztuka. – Od kilku dni znowu chodzi po podwórku. Zresztą, ciągnęła, zobaczysz, że to wszystko prawda, a całe zdarzenie jest zuchwalstwem, na jakie od niedawna sobie pozwalają wobec obcych na zamku von Tronków. – Przyjdzie mi to dopiero zbadać, odparł Kohlhaas. Wołajże go do mnie, Lisbeth, jeżeli już wstał! Z tymi słowy zasiadł na wysokim krześle; a gospodyni, wielce uradowana jego opanowaniem, poszła i sprowadziła parobka.