Miasto złodziei - Przemek Corso - ebook
Opis

Kontynuacja przygód Roberta Karcza z „Podziemnego miasta” porywa od pierwszych stron. Awanturnik i złodziej zabytków od kilku miesięcy ukrywa się jako nauczyciel historii w legnickim gimnazjum, ale nie potrafi żyć spokojnie. To oznacza duże kłopoty i nowe zagadki do rozwikłania. Problemy zaczynają się, gdy poznaje bezwzględnego pana Devraux i wpada na trop zaginionego konwoju złota. Kto odnajdzie Złoty Konwój? Karcz, Devraux, a może jeszcze ktoś? Kim są tytułowi złodzieje?

Chcecie poznać odpowiedź? Sięgnijcie do ebooka.

Publikacja jest drugą z pozycji tworzących nową serię wydawniczą Wojciecha Cejrowskiego – „Z MUSTANGIEM”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

ROBERT ‌KARCZ

wyciąg z teczki ‌osobowej – ‌materiał ogólny;do ‌dalszego ‌rozpracowania

Robert Karcz(w dalszej części ‌„Karcz” lub RK) ‌– ‌archeolog; doświadczony ‌na ‌wykopaliskach ‌w krajach niebezpiecznych. ‌W mojej ‌ocenie ‌nieprzydatny jako agent. ‌Można ‌go ‌jednak ‌osaczyć, gdy popadnie w kłopoty ‌z prawem. (Raz wyciągaliśmy ‌go z Egiptu ‌– patrz załącznik).

Prowadzi ‌nielegalną działalność polegającą ‌na odzyskiwaniu dzieł sztuki ‌za pomocą ‌kradzieży. Okrada ‌złodziei. Część ‌dzieł sztuki i zabytków ‌oddaje anonimowo do ‌muzeów, resztę sprzedaje, ‌aby finansować kolejne akcje. ‌Traktuje to jako osobistą ‌krucjatę i w ‌tym kontekście ‌również ‌można ‌go wykorzystać. Da ‌się prowadzić w zamian za ‌potrzebne mu informacje ‌lub w zamian za ‌pomoc, gdy ‌popadnie w kłopoty ‌z władzami ‌lub światem przestępczym.

Na ‌chwilę obecną pracuje oficjalnie ‌jako ‌nauczyciel historii (gimnazjum w Legnicy). ‌Albo czegoś ‌szuka ‌w samej Legnicy, albo przyczaił ‌się po ostatnich kłopotach ‌(patrz załącznik).

Rozpracował Czarnego ‌Kruka (Robert ‌Majcher – ‌znany ‌w Legnicy kolekcjoner ‌dzieł sztuki; ‌źródła dochodów i pochodzenie ‌dzieł sztuki w rozpoznaniu przez ‌Wydział 14. – patrz ‌załącznik).

Karcz jest łatwy ‌do śledzenia – jeździ ‌charakterystycznym fordem ‌mustangiem (nabyty ‌legalnie jako spadek ‌po ojcu).

INFORMACJE DODATKOWE ‌I OSOBY POWIĄZANE:

Justyna ‌Karcz– starsza siostra RK ‌i jego ‌jedyny żyjący krewny; ‌dziennikarka telewizyjna. Po śmierci ‌rodziców próbuje matkować bratu, ‌martwi się ‌o niego, stara się ‌pomagać. Naiwna ‌– ‌w tym kontekście ‌możliwa do wykorzystania. Nie kontaktują się często. Nie wie o działalności brata. Prawdopodobnie RK trzyma ją na dystans, żeby ją chronić.

Zuzanna („Zuza”) Nir – zgrabna blondynka, studentka, wysportowana, dawniej harcerka, obecnie marzy o karierze tancerki. Uważa Karcza za kolegę, przyjaciela, mentora – dokładnie nie wiemy. Karcz trzyma ją na dystans. Nie wiemy, jak wyglądają ich relacje, lecz niestety nic nie wskazuje na motywacje erotyczne, dlatego w tym kontekście nie da się wykorzystać.

Potencjał Z. Nir to tylko pośrednie źródło informacji o Karczu – jest dobrze poinformowana, często się kontaktują.

Rajmund Czaja – wnuk znanego w Legnicy kolekcjonera dzieł sztuki, wspomnianego powyżej Czarnego Kruka; uczeń gimnazjum, w którym uczy Karcz. Samotnie wychowywany przez matkę. Ojca brak. (Pomimo kilku prób, nie jesteśmy w stanie ustalić, kto nim był.)

Dziecko trudne, zamknięte. Rudy, małomówny, zawsze ubrany na czarno, chadza sam – łatwy do wyśledzenia. Karcz wbrew woli wszedł w rolę jego nauczyciela-mentora-opiekuna. Warto obserwować – być może Rajmund stanie się dla nas źródłem informacji.

Autor raportu: Tomasz Kubek

Adnotacja na wypadek, gdyby trzeba było przejąć prowadzenie Karcza z moich rąk: wobec RK występuję jako „przedstawiciel ministerstwa”. Po tym jak wyciągnąłem go z Egiptu Karcz prawdopodobnie sądzi, że chodzi o MSZ, dziedzictwo narodowe lub którąś ze służb. Jest podejrzliwy, lecz lojalny; ogólnie trudny we współpracy, niechętny.

PROLOG

Po kilku godzinach marszu ośnieżonym szlakiem przez góry Karcz myślał jedynie o tym, by usiąść przy kominku. Było całkowicie ciemno, a do tego wybrał trasę najbardziej wymagającą ze wszystkich. Chciał bowiem mieć pewność, że po drodze nie spotka nikogo.

Gdy zobaczył chatę, nie ukrywał radości.

„Udało się”, pomyślał.

Chata miała doskonałą lokalizację – w promieniu kilku kilometrów tylko las. Co prawda prowadziła do niej droga dla samochodów, ale nie mógł z niej skorzystać. Wydarzenia ostatnich kilku godzin wymuszały unikanie świadków.

„Nie musisz szukać kłopotów, one same cię znajdą” – jego ojciec często używał tego sformułowania, choć zamiast o kłopotach, mówił o przygodzie.

Podszedł do drzwi, otrzepał buty ze śniegu, wszedł do środka, wziął z szafki kluczyki od samochodu i ściągnął czarną kominiarkę. Mokre od potu włosy kleiły mu się do twarzy.

Spojrzał na zegar wiszący na ścianie.

„Ostatnie minuty starego roku – pomyślał. – Co to był za rok! Tyle zdarzeń, jakby kilka lat w jednym”.

Wyszedł na zewnątrz i spojrzał w gwiaździste niebo. Dolina w oddali była zupełnie niewidoczna, a jedyne, co dało się zobaczyć, to światła miasta bijące w niebo.

„Ktoś mnie tam teraz szuka – uśmiechnął się w myślach. – Ale nie znajdzie. Udało się”.

Był wykończony. Ledwo tu doszedł. Miesiące joggingu nie były w stanie przygotować go do marszu po kolana w śniegu i w kompletnej ciemności.

Obok chałupy, pod zadaszeniem z blachy, stał jego samochód, który wyglądał z tej perspektywy jak kot. Światło księżyca muskało karoserię.

Rozejrzał się ostatni raz.

Ani żywej duszy. Wszystko wyglądało jak unurzane w atramencie, a powietrze było chłodne i ostre.

Podszedł do samochodu, otworzył bagażnik i wsadził do niego dzisiejszą zdobycz. Trofeum. Wrzucił tam też czarną kominiarkę. Zrobił to jakby od niechcenia, a później po prostu zamknął bagażnik.

„Tylko ja i ty – pomyślał, ostatni raz zerkając na samochód. – Tylko my i gwiaździste niebo”.

I wtedy, jak na zawołanie, daleko ponad miastem pojawiły się pierwsze sztuczne ognie. Rozbłysły i zamieniły się w obietnicę lepszego jutra.

Odejdź, stary roku, rozpocznij się nowy.

Po chwili pojawiły się kolejne.

Gapił się na ten podniebny taniec, a później odwrócił się w stronę chaty. Wniósł do środka drewno na opał do kominka. Dokładnie zamknął za sobą drzwi. Niepokój poczuł dopiero po chwili, gdy na szarej wykładzinie zobaczył ślady łap.

– Co… – zaczął, ale nie udało mu się skończyć, bo nagle dostrzegł w kącie skulonego psa. Był biały od śniegu. Dygotał i wlepiał w niego wystraszone oczy.

Był w kiepskim stanie, ale najwyraźniej gotowy walczyć o to, by nikt nie wyrzucił go z powrotem na dwór.

– Skąd się tu wziąłeś, psie? – Karcz starał się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Ściągnął rękawiczki i położył je na stoliku. Następnie ostrożnie rozpiął zamek sportowej kurtki.

Nie wiedział, jak się zachować. Pies mógł mieć wściekliznę. Mógł być niebezpieczny. Dziki.

Kurtkę powiesił na wieszaku. Nie spuszczając wzroku ze zwierzęcia, schylił się i zaczął rozwiązywać buty.

– Możesz tu zostać na noc – powiedział. – Ale żadnego warczenia, szczekania i agresywnych zachowań, bo wtedy wylatujesz za drzwi, na mróz, rozumiesz?

Nie znał się na psach, ale potrafił ocenić, że ten jest przerażony, głodny i przemęczony.

Zupełnie jak on sam.

Odstawił buty, a później ostrożnie zrobił kilka kroków w kierunku kominka. Przez chwilę pomyślał, że pies zabłądził. Że może wystraszył się sztucznych ogni, którymi dzieciaki strzelały już od dobrych kilku godzin, nie mogąc się doczekać północy.

– Posłuchaj, psie… – zaczął, nie wiedząc tak naprawdę, co chce powiedzieć.

Przerażone oczy zwierzęcia wpatrywały się w niego, jakby czekając na oznaki wrogości.

– …szczęśliwego Nowego Roku – dokończył.

***

Obudziło go pukanie do drzwi. Wciąż było ciemno. Która godzina?

Wyszedł z sypialni, przecierając oczy, ubrany w bokserki i koszulkę. Pies spał przy dogasającym kominku i nawet nie zwrócił na niego uwagi.

„Żyjesz czy zdechłeś?”, pomyślał, patrząc na niego. Chudy, zarośnięty kundel, jakby słysząc jego myśli, zastrzygł uchem, ale nadal spał.

Kilka kolejnych uderzeń w drzwi frontowe.

Karcz spojrzał na nie, a później nieśpiesznie podszedł i złapał za klamkę, po drodze sprawdzając godzinę na ściennym zegarze.

Za piętnaście siódma.

Odczekał chwilę, po czym, jakby nigdy nic, otworzył drzwi. Podmuch zimna wtargnął do wnętrza chaty, sprawiając, że włosy zjeżyły mu się na karku. Zimno zadziałało lepiej niż najmocniejsza kawa. Wyostrzyło mu zmysły i sprawiło, że w jednej chwili przestał być śpiący.

– Szczęśliwego Nowego Roku! – mężczyzna za drzwiami miał donośny głos.

Był ubrany w zieloną kurtkę od jakiegoś munduru, wielką wełnianą czapkę i grube rękawiczki. Na ramieniu miał strzelbę, a pod nosem imponujący gęsty wąs, częściowo pokryty lodem. – Nazywam się Henryk Maj. Jestem strażnikiem leśnym.

– Karcz – odpowiedział Karcz. – Robert Karcz. Mogę w czymś pomóc?

– Robię obchód – wyjaśnił mężczyzna i wskazał dłonią leśny pejzaż za swoimi plecami. – Sprawdzam, czy na szlakach nikt się nie zgubił i nie zamarzł podczas Sylwestra… Wie pan, zabawa, popijawa, brawura, a w górach o nieszczęście bardzo łatwo.

– Tak?

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Ano. Mógłbym zrobić sobie u pana krótką przerwę na herbatę?

Karcz przyjrzał mu się uważnie, a później zerknął ponad jego ramieniem, jakby chciał się upewnić, czy mężczyzna przyszedł sam.

Żywej duszy, jedynie szary świt.

– Proszę wejść. I tak za chwilę się pakuję i wyjeżdżam – powiedział w końcu i niechętnie wpuścił mężczyznę do środka.

Maj rozejrzał się po wnętrzu chaty i zaczął dokładnie otrzepywać buty ze śniegu. Rzucił okiem w kierunku aneksu kuchennego i półotwartych drzwi do sypialni.

– Sam pan żeś jest tutaj? – zapytał z niedowierzaniem. – Jak to możliwe? W Sylwestra, znaczy, w Nowy Rok?

Karcz podszedł do zlewu, wziął czajnik i nastawił wodę.

– Lubię czasami pobyć sam – rzucił jakby od niechcenia, próbując nieznajomemu dać do zrozumienia, że to jego prywatna sprawa.

– Ano. Ja też. Dlatego pracuję, gdzie pracuję i robię to, co robię. Wie pan, nigdy nie sądziłem, że ktoś będzie wynajmował tę chatę – stwierdził Maj.

Zdjął strzelbę z ramienia, zawiesił ją na haku do ubrań, potem ściągnął kurtkę i zawiesił na tym samym haku. Rękawice wsadził do czapki i rzucił na podłogę pod kurtką.

Karcz dostrzegł kątem oka zawieszoną przy pasku kaburę z pistoletem. Mężczyzna miał około pięćdziesiątki i emanował pewnością siebie. Sprawiał wrażenie, jakby niejedno już w życiu widział i niejedno przeżył. Można by nawet powiedzieć, że czuł się tu jak u siebie. Chrząknął kilka razy, otrzepał śnieg i drobinki lodu z gęstych wąsów, poprawił pasek z kaburą i usiadł w fotelu.

– Naprawdę nie sądziłem, że ktoś to wynajmie. Sama chata piękna, solidna, ale cholernie daleko od miasta, od wszystkiego. Ludzie lubią bliżej, boją się miśków, złodziei, duchów… A tymczasem okazało się, że to żyła złota! Gdybym to przewidział, kupiłbym ją dawno temu za bezcen, jak jeszcze była zrujnowana. Droga jest często nieprzejezdna, ale to prawdziwy raj dla kawalerów, pannic na wydaniu i innej maści imprezowiczów. Goście z korporacji przywożą sobie lale. Oj, panie… eee… Karcz, żebyś pan wiedział, jakie tu są imprezy kawalerskie… Chlanie, chlanie i jeszcze raz chlanie… Widzę po flaszkach. Wychlać potrafią, ale pozbierać do kubła już gorzej. Masz pan tu telewizję?

– A nie wiem – odpowiedział Karcz i zdobył się na uśmiech. Zauważył, że mężczyzna nie ściągnął butów i zostawił za sobą mokre ślady. – Nie mam wyboru, jeżeli chodzi o herbaty… Mogę panu zrobić czarną.

Maj wzruszył ramionami.

– Może być. Byle gorąca. A cytrynkę pan ma?

– Nie ma.

– To niech pan dobrze posłodzi. Musi mi pan wybaczyć, że tak wypytuję o wszystko, ale strażnik jestem i to mój rewir, a poza tym po prostu jestem zdziwiony. Spodziewałem się tu kolejnej imprezy, pijanych chłoptasiów, a tymczasem doszły mnie słuchy, żeś pan tu sam jak palec…

– W tej okolicy wszyscy wszystko wiedzą?

– Ano! – przyznał Maj, nie spuszczając z Karcza oczu. – Mała wiocha. „Monitoring sąsiedzki”, wie pan… Każdy wszystkiego pilnuje i jak trza, to od razu poinformuje, kogo trzeba… Co do tej chaty, to prosta sprawa: zawsze dostajemy informację, kto ją wynajmuje. Jak rodzina z dziećmi, to trza mieć na uwadze, że dzieci… Jak impreza kawalerska, to trza mieć na uwadze, że mogą się zachlać i nogi połamać… Jak przyjeżdża ktoś z kochanką… to trza mieć na uwadze, żeby mu nie przeszkadzać… No wie pan. W gruncie rzeczy chodzi o kwestie bezpieczeństwa, bo ja nie oceniam, czy to dobrze, że ktoś ma kochankę. Ale co do pojedynczych osób, żeśmy się nie spotkali jeszcze z czymś takim…

Karcz podrapał się po policzku.

– Pozwoli pan, że się ubiorę – wskazał swoje bokserki, a potem drzwi do sypialni.

Maj uśmiechnął się i kiwnął głową.

– Jasne! Za zimno w takich gaciach chodzić. To pański pies? – zapytał, kiedy Karcz był już w połowie drogi do sypialni.

– Przypałętał się w nocy. Warczał, kiedy go próbowałem wyrzucić.

– Pewnie się wystraszył sztucznych ogni… W nowym roku znajduję w okolicach sporo zagubionych psów. Rzadko kiedy dożywają poranka. Wie pan, ucieknie, zgubi się i zamarznie. Albo poczuje miśka i zwiewa, a potem już sam nie wie, gdzie jest.

– O tym samym pomyślałem – odparł Karcz zza drzwi. – Dlatego pozwoliłem mu zostać.

Elektryczny czajnik wydał z siebie kliknięcie oznaczające, że woda się zagotowała.

– Nie chcę się rządzić, ale pozwoli pan, że zaleję herbatę?

Karcz tylko mruknął.

Kiedy Maj podszedł do aneksu kuchennego, Karcz wciągnął na siebie jeansy i podszedł do okna. Było zablokowane. Można było je uchylić, ale nie otworzyć. Warknął pod nosem, wziął z półki czarną bluzę z kapturem i wymacał w jednej z kieszeni kluczyki do samochodu. Wrócił do głównej części chaty. Maj siedział w fotelu przed kominkiem i popijał gorącą herbatę. Pies przyglądał mu się nieufnie.

– Może nie do końca rozsądne było wpuszczanie w nocy tego psa? Może dziki? Wściekły? – powiedział, pocierając dłonią gęsty wąs, jakby próbował go ugładzić.

– Nie wpuszczałem go – powiedział Karcz. – Sam wszedł. Uznałem, że skoro warczy, to rozsądniej będzie nie wchodzić w konflikt. A poza tym… Pan strażnik by go wywalił na dwór i pozwolił zamarznąć?

Maj rozsiadł się wygodniej, wystawiając przed siebie podeszwy butów.

– Jest pan staroświecki – stwierdził. – To dobra cecha. Jeżeli ta psina doszła tu w mrozie z samego miasta, to trza przyznać, że zasłużyła na to, żeby żyć… To się akurat panu chwali.

Karcz nie skomentował. Założył bluzę i spojrzał w stronę kominka, gdzie suszyły się jego skarpetki.

– Super samochód, ten pański – powiedział Maj. – Imponujący. Ford mustang o ile się nie mylę. Widziałem tego konika na masce…

– Mach 1 – doprecyzował Karcz. – Niespecjalnie popularny i niespecjalnie drogi…

– Co pan! Piękny wóz – ciągnął Maj. – A czym się pan zajmuje? Samochodami?

Karcz zawahał się.

– Jestem nauczycielem historii w gimnazjum…

Mężczyzna wybuchnął śmiechem i znowu potarł wąs.

– Z takim autem?! To chyba jakieś bardzo dobre gimnazjum.

– Tak.

Strażnik pokręcił z niedowierzaniem głową, a jego ręka sięgnęła do kabury. Odpiął zabezpieczenie.

– Pan siądzie na chwilę, a nie stoi jak na odprawie. Co pan będziesz tak stał…

– Wezmę herbatę – Karcz zerknął na drzwi wyjściowe. Cztery metry. Nie miał na sobie butów i skarpetek. Do samochodu kolejnych sześć metrów w prawo. Po śniegu i lodzie. Start samochodu. Nie wiadomo, w jakim stanie jest droga w dół.

Niech to szlag!

„Rok pod psem”, pomyślał z ironią.

Podszedł do aneksu kuchennego, wziął kubek z herbatą i usiadł w fotelu naprzeciwko Maja. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się.

– Mam nadzieję, żem pana nie obudził – zagadnął Maj.

– Wyspałem się w nocy. Nie jestem zbyt rozrywkowy.

– Widzę.

Milczeli przez chwilę, po czym obydwaj spojrzeli na psa.

– To naprawdę przybłęda? – upewnił się strażnik.

– Tak – odparł Karcz. – Leży przy kominku od wczoraj. Dałem mu wody i resztę jedzenia z lodówki.

– Może chory jest?

– Nie wiem, ale będzie pan mógł się nim zająć… dostarczyć do miasta czy coś, bo ja na pewno nie wezmę go ze sobą. To przypadkowa znajomość i nie potrwa długo.

Mężczyzna tylko pogładził wąs.

Karcz upił łyk herbaty.

– Czy strażnicy leśni nie powinni mieć oznakowań? Jakiejś odznaki? – spytał w końcu.

– Tak, podczas spotkań z szefostwem. Podczas… oficjalnego dnia w pracy…

– Ten jest nieoficjalny?

Maj chrząknął.

„Pierwszy stycznia – pomyślał Karcz. – Pierwszy dzień reszty twojego życia”.

– Tu u nas wszyscy wszystkich znają… Kojarzy pan ten duży hotel? Potężnego potwora dla opływających w luksusy frajerów?

Karcz wzdrygnął się.

– Widziałem go z trasy.

– Ludzie są w Nowy Rok mało czujni – kontynuował Maj. – Chleją, pieprzą się… Sodomia i gomoria. A szczególnie ci bogaci. Paniska w wielkich hotelach, co płacą kilka tysięcy za noc… Rozumie pan? Kilka tysięcy! To normalne, tyle płacić za zwykłe wyrko? To w ogóle jest moralne?

– Jeśli ich stać… Ktoś wydał, ktoś inny zarobił. Miejsca pracy dla miejscowych…

– Coś panu powiem: wczoraj w tym hotelu byli pewni ludzie… I coś im ukradziono…

– ...

– Taaaa… KTOŚ im coś ukradł. I zaciekawiła mnie jedna rzecz w całej tej historyjce. Bo widzisz, chłopie, ktoś komuś chciał coś sprzedać… Po cichu! Ktoś inny przyjechał to kupić, a żeby było po cichu, umówili się w Sylwestra, kiedy w hotelu jest balanga. Kumasz?

– Nie bardzo. I nie wiem też, czemu mi pan to opowiada.

– Dziwna wymiana w Sylwestra coś panu mówi? Walizeczka jedna, druga, pyk… Ludzie gadają, że jeden z tych jegomości z walizkami jest jakimś Niemcem od dzieł sztuki, rozumiesz pan? No i wyobraź sobie, chłopie, że ten Niemiec z całą swoją świtą przyjeżdża akurat do nas. Tutaj, w góry. I akurat w Sylwestra. I bierze najdroższy apartament. Gładka gadka, ja, ja, ja, Schweine… I ten Niemiec ma ze sobą na Sylwestra katalogi sztuki. Rozkłada je po pokoju, ogląda jakieś obrazy, cuda na kiju… Pokojówki sprzątają, wszytko widzą. I nagle przyjeżdża grupa Polaków na spotkanie z tym Niemcem… Biorą drugi apartament naprzeciwko. Nadążasz pan?

– Mniej więcej. Niemiec, pieniądze, hotel, Polacy, dzieła sztuki…

– Wczoraj Polacy spotykali się z Niemcem. Wymieniali się walizeczkami. Tylko nie przewidzieli, że będzie tam ktoś jeszcze… Ktoś, kto o wszystkim wiedział i tylko czekał, żeby przechwycić tę walizkę dostarczoną przez Polaków – Maj pogładził się po wąsie i spojrzał ostro na Karcza. – Okradziono Niemca, zrobiło się zamieszanie, ludzie się pobili, Niemiec wpadł w szał… Wszyscy wszystko widzieli, wszyscy wszystko słyszeli, a kradzież NIE została zgłoszona na policję. Co mi pan powie na to, panie… Karcz?

– Nie mam pojęcia. Pan mnie nachodzi w czasie urlopu i opowiada jakieś hotelowe sensacje.

– W tym hotelu pracuje masa moich znajomych, przyjaciół, mój kuzyn… Oczy są wszędzie. Dookoła głowy, chłopie. I tak żem pomyślał, żeś pan był w tym hotelu wczoraj w nocy. Czy się mylę? – pochylił się w jego stronę i przez kilka chwil świdrował go wzrokiem. – Dzisiaj pan odjeżdża? – zapytał.

Karcz wstał.

– Tak. Za chwilę. Co zrobimy z psem?

Maj spojrzał na zwierzaka, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie są w pomieszczeniu sami.

– To znaczy?

– Jest pan strażnikiem leśnym… Nie wezmę psa ze sobą.

– Niech go pan zamknie w łazience. Szkód raczej nie narobi, a ja przekażę, komu trzeba… Ruszam w trasę.

Odstawił kubek na drewniany stolik i wyciągnął do Karcza potężną dłoń. Karcz uścisnął ją i zaprosił swojego gościa gestem ręki w kierunku drzwi.

Kiedy mężczyzna zwany Henrykiem Majem był mniej więcej w połowie drogi do wyjścia, zwolnił nagle i Karcz nie miał już wątpliwości, dokąd doprowadzi ich to spotkanie.

– Jakiego faceta stać, żeby samotnie wynająć taką chatę w górach? Na całe święta i Sylwestra? – zapytał Maj retorycznie. – Faceta który jest… przepraszam za wyrażenie, nauczycielem w gimnazjum?

Nagle stanął w pół kroku, odwrócił się gwałtownie, a jego wąs przesłaniający dolną połowę twarzy zafalował. W dłoni miał pistolet. Wymierzony prosto w Karcza.

– Przestań mi wciskać kit! – warknął. – Jesteś tu sam jak palec. A ja żem widział cię wczoraj w tym pieprzonym hotelu, jak wyskakujesz przez okno. Jesteś sprytny i szybki, ale nie aż tak sprytny i nie aż tak szybki… Nauczyciela stać, żeby wynająć taką drogą chatę? Nawet nie jest na twoje nazwisko. Karcz? Śmiechu warte…

– Nazywam się Robert Karcz. Chatę wynajął dla mnie mój znajomy…

– Stul pysk! Jesteś zwyczajnym złodziejem! – wycedził tamten przez zęby. – Co zabrałeś z tego hotelu?

– Nie wiem, o czym pan mówi – powiedział Karcz stanowczo.

– Chłopie, widziałem cię wczoraj, jakeś wyskakiwał przez pieprzone okno! Mój kuzyn cię widział. Miałeś w łapach walizkę. Co w niej było?

– Przecież mnie pan nie zastrzeli – odparł Karcz, próbując trzymać nerwy na wodzy. – Niech pan będzie poważny.

Maj uniósł wyżej pistolet.

– Gdzie jest walizka i co w niej jest? – huknął.

– Nie jestem złodziejem…

Maj wykonał gwałtowny ruch i uderzył go kolbą pistoletu w twarz. Karcz zachwiał się, a z łuku brwiowego pociekła mu krew.

– Wyłaź na zewnątrz! Przed dom! Natychmiast! Bo zastrzelę jak zwyczajne bydlę! Żaden z ciebie turysta! Chata pusta, prawie żadnego żarcia, żadnego alkoholu…

– Nie mam butów – mruknął Karcz, próbując osłonić się przed kolejnym ciosem.

– Wyłaź boso. Otwórz drzwi i wyłaź na dwór!

Niechętnie wyszedł na zewnątrz. Kiedy stanął bosą stopą na zasypanym śniegiem ganku, poczuł, jak setki lodowych igieł wbijają mu się w skórę. Wykonał kilka kroków i nagle poczuł silnie pchnięcie. Zatoczył się i stanął po kolana w śniegowej zaspie.

„Szczęśliwego Nowego Roku”, pomyślał i myśl ta całkiem go rozbawiła.

– Mam pieniądze! – krzyknął, odwracając się do napastnika. Krew zalała mu jedno oko. – W samochodzie. Niech mnie pan nie zabija…

Maj pewnym krokiem zszedł z ganku prosto w śnieg.

– Nie zabiję cię, o ile dasz mi walizkę. Co w niej jest?

– Jezu… – sapnął Karcz. – To bezwartościowy szmelc!

– Czyli jednak! – zadowolenie w głosie mężczyzny było aż nadto wyraźne.

– Bezwartościowy szmelc!... – powtórzył Karcz bardziej dobitnie, dopatrując się w tym swojej ostatniej nadziei. Musi zaciągnąć faceta do samochodu i tam spróbować go obezwładnić. To jego jedyna szansa.

Maj splunął na śnieg.

– Po co kraść bezwartościowy szmelc? – zapytał z niedowierzaniem. – Najpierw mówisz, żeś to nie ty wziął, a teraz, że to szmelc… Kogo okłamujesz?

– Jest bezwartościowy dla ciebie – wyjaśnił Karcz w końcu. W jego głosie słychać było zaczepkę, choć wiedział, że w obecnej sytuacji może więcej stracić, niż zyskać. Drżącą z zimna ręką otarł krew spływającą po twarzy.

– Czyli jednak jesteś złodziejem – powiedział Maj z zadowoleniem. – A ja jestem… złodziej okradający złodzieja. Zimno ci w stopy, chłopie? Nie jest to zbyt przyjemne, co?

Chciał dopowiedzieć coś jeszcze, ale Karcz niespodziewanie zaczął rechotać. Najpierw cicho, potem głośniej, aż ostatecznie wybuchnął niepohamowanym śmiechem, dezorientując tym swojego oprawcę.

– Z czego się śmiejesz?

– Nawet nie wiedziałbyś, gdzie to sprzedać – pokręcił głową. Zimno wykręcało jego ciało, na twarzy miał rozmazaną krew. – Mieszasz się w nie swoje sprawy. Nawet nie wiedziałbyś, co z tym zrobić – powtórzył i znowu zaczął się śmiać.

Maj wyszczerzył zęby.

– Ja już wiem, co z tym zrobić!

– W samochodzie, w bagażniku… Nie mam kluczyków… – wydusił z siebie Karcz, przestępując z nogi na nogę. Skóra na stopach zaczęła go parzyć.

– Strzał zabrzmi w górach jak kolejny fajerwerk. Nie prowokuj mnie!

– Naprawdę. Otworzę ci samochód. Mam to w bagażniku – powiedział Karcz, robiąc krok w stronę zadaszenia, pod którym stał ford mustang. – Otworzę ci go, wąsaczu. Spokojnie, zrobię to…

Maj znowu podniósł broń, jakby szykując się do strzału, a wtedy wydarzyła się rzecz, której ani on, ani Karcz w ogóle się nie spodziewali. Najpierw usłyszeli ujadanie psa, a kiedy spojrzeli w kierunku otwartych drzwi chaty, było już za późno.

Pies skoczył Majowi do gardła. Mężczyzna zawył, a jego głos odbił się echem od gór.

Padł strzał.

Karcz zerwał się do biegu, wyciągnął z kieszeni bluzy kluczyki i doskoczył do samochodu. Klucz nie trafił w zamek i zarysował lakier. Karcz syknął. Przy drugiej próbie otworzył drzwi.

Maj darł się wniebogłosy, ale już go nie widział. Nie chciał widzieć. Wszystko, czego potrzebował, to samochód i jego zawartość.

Ford mustang Mach 1 odpalił od razu.

Karcz błyskawicznie wrzucił bieg i nagle poczuł silne uderzenie. W pierwszej chwili pomyślał, że to Maj, ale to był pies. Zwierzę z impetem wskoczyło do środka, przebiegło po nim i strzeliło go w twarz grubym ogonem. Zanim się zorientował, co się wydarzyło, pies siedział już na miejscu pasażera i wlepiał w niego wystraszone oczy, jakby chciał powiedzieć: JEDŹ, JEDŹ, JEDŹ KRETYNIE! NA CO CZEKASZ!?

– Nie do wiary! – szepnął i zatrzasnął drzwi. Samochód wystartował, wpadając w lekki poślizg, a później na długiej prostej nabrał prędkości, rozrzucając na wszystkie strony lekki, świeży puch. Liczył się tylko samochód i niebezpieczna droga w dół.

Kiedy Henryk Maj podniósł się ze śniegu, przyciskając ranę na szyi, byli już daleko. Nie słyszeli jego krzyków. Nie słyszeli drugiego strzału.

Mała figurka z dużą głową na sprężynce przymocowana do tapicerki Macha 1 kiwała się radośnie na wszystkie strony, jakby liczyła, że wpadną w kolejny poślizg i wylądują na drzewie.

– Nie dzisiaj – powiedział Karcz. – Nie dzisiaj.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W KTÓRYM ROBERT KARCZ WRACA DO PRACY

Wnętrze samochodu pachniało białymi skórzanymi fotelami i czymś jeszcze. Czymś, czego nie dawało się jednoznacznie opisać. Pachniało dzieciństwem i przygodą. Pachniało obietnicą lepszego życia.

Czerwono-czarny ford mustang model Mach 1 z 1971 roku był niecodziennym widokiem na polskich ulicach, ale nie na tyle ekstrawaganckim, żeby przyciągać uwagę na dłużej. No chyba że ktoś był pasjonatem. Wtedy zdecydowanie doceniłby fakt, że samochód wyglądał tak, jakby wyjechał z taśmy produkcyjnej kilka lat temu, a nie kilkadziesiąt.

Robert Karcz pamiętał, z jaką pieczołowitością jego świętej pamięci ojciec zajmował się Machem 1. Przejął od niego tę pasję i pielęgnował ją w sobie do dziś. Nie chodziło o motoryzację i samochody ogólnie. Te nie robiły na nim najmniejszego wrażenia. Chodziło o sentyment. O historię. Ich wspólną historię.

Mach 1 był jedyną rzeczą, którą Karcz odziedziczył po ojcu. Jedyną rzeczą, którą posiadał na własność. Ta bestia z silnikiem V8 i drapieżnym wyglądem była najwygodniejszym modelem spośród mustangów produkowanych w tamtym okresie. Opływowe kształty, dwa szerokie wloty powietrza na masce i dwa okrągłe przednie światła, które wyglądały jak oczy. Coś, co możesz prawdziwie kochać albo szczerze nienawidzić.

– Synu, ten samochód to w pewnym sensie początek i koniec – powtarzał ojciec, woskując karoserię. – Zaczęły się lata siedemdziesiąte. Matka chciała mnie udusić, kiedy dowiedziała się, że sprowadzam go ze Stanów. Tutaj! Do Polski! W tamtych czasach… – zamyślił się na chwilę. – Tylko nie mów matce, że tak powiedziałem… Poczułaby się urażona. Ona i twoja siostra są pod tym względem podobne.

– Dobrze, tato.

– Kiedyś będzie twój. Złapiesz kluczyki i nie będziesz chciał ich puścić. To będzie sygnał, że powinieneś jechać. Po prostu wsiąść i jechać. Poczujesz to. Zew. Tak jak ja wtedy, kiedy go pierwszy raz zobaczyłem w Arizonie. Samochód będzie do ciebie mówił i będzie cię ostrzegał. A ty powinieneś go posłuchać. Twoja siostra tego nie rozumie. Nie śmiej się. Wiesz, dlaczego tak mówię? Bo niektóre samochody mają duszę, Robert. Niektóre samochody mają duszę, tak samo jak ludzie…

Karcz senior mówił, a Karcz junior słuchał. Ojciec snuł opowieści, a syn chłonął każde słowo. Mach 1 to nie był jego jedyny samochód. Senior restaurował stare samochody i jeździł na wystawy. Sam również zorganizował dwa zloty pasjonatów motoryzacji.

A później wszystko się zmieniło. Rodziców zabrakło. Został tylko Robert, jego siostra i samochód. Początek i koniec. Reszta poszła pod młotek. Zanim Justyna i Robert otrzymali majątek, przeszedł on – oficjalnie i nieoficjalnie – przez ręce różnych ciotek i wujków.

Justyna rozsądnie zainwestowała swoją część w samą siebie, co ostatecznie zapewniło jej posadę w dużej stacji telewizyjnej oraz kontrakt na prowadzenie programu śniadaniowego. Robert tymczasem miotał się, jeżdżąc gdzie tylko mógł. Ukończył pedagogikę, bo tak chciała jego matka, a kiedy już wywiązał się z obietnicy, po prostu zniknął. Kiedy wrócił, był już studentem archeologii.

Tłumaczył, że to z pasji, ale Justyna znała swojego brata jak własną kieszeń. Wiedziała, że archeologia to tylko pretekst. Że historia i inne związane z nią zainteresowania to próba radzenia sobie z upływającym czasem.

Ona budowała swoją karierę i zarabiała pieniądze, a on marzył o kopaniu w skamielinach i wymierzaniu swojej własnej sprawiedliwości. Tylko czym była owa sprawiedliwość? Tego zdawał się nie wiedzieć nawet sam Karcz.

Wziął głęboki wdech, wyciągnął z kieszeni starej skórzanej kurtki zegarek bez paska, spojrzał na niego, a później pstryknął palcem figurkę diabełka, przyklejoną na tapicerce Macha 1. Był to klasyczny amerykański bubble head. Oznaczało to, że postać stała na podstawce, miała normalny tułów i karykaturalnie wielką głowę przymocowaną na sprężynie, którą wprawiał w ruch byle podmuch. Jego diabełek był ręcznie przerobioną podobizną Baracka Obamy. Karcz otrzymał go w prezencie kilka miesięcy wcześniej razem z breloczkiem-latarką. W dłoń z wysoko uniesionym kciukiem wklejono malutkie widły, a nad szerokim uśmiechem i ufnym spojrzeniem znalazła się para rogów. Wszystko doprawiono czerwienią pod kolor karoserii samochodu.

– Trzeba iść do pracy – powiedział Karcz, a Diabeł Obama tylko pokiwał głową, zadowolony z siebie.

Westchnął ostatni raz i wysiadł z samochodu. Zamknął drzwi i schował kluczyki do kieszeni jeansów. Delikatnie dotknął rysy na lakierze, którą zrobił kilka dni wcześniej, nie trafiając kluczykiem do zamka, i cmoknął z niezadowoleniem.

– Dlaczego pan już nie jeździ samochodem? – usłyszał nagle i aż podskoczył ze strachu, choć nie należał do specjalnie strachliwych. Myślał, że jest zupełnie sam, a tymczasem głos wyrwał go z zamyślenia.

W drzwiach garażu stała mała postać ubrana w czarną bluzę z kapturem. Była całkowicie nieruchoma, zupełnie jakby dopiero odpowiedź na zadane pytanie mogła ją wprawić w ruch.

– Jezu, Rajmund – powiedział Karcz i dotknął czołem chłodnego dachu auta. – Kiedyś dostanę przez ciebie zawału.

Niski chłopiec z rudą grzywką opadającą na pucołowatą twarz podszedł do niego.

– Dlaczego samochód stoi w garażu, a pan już nie jeździ? – zapytał znowu, jakby nie zauważając reakcji Karcza.

Robert uśmiechnął się, rozczochrał mu włosy i wyciągnął z bagażnika jakiś przedmiot zawinięty w kawał brudnego płótna. Wsadził go delikatnie do torby z klamerkami, którą przerzucił sobie przez ramię.

– Pamiętasz, jak przyjechałem do Legnicy pół roku temu? – zagadnął chłopca. – Powiedziałeś mi wtedy, że nauczyciele nie jeżdżą takimi samochodami…

Rudy Rajmund tylko kiwnął głową. Jego twarz była jak zawsze nieruchoma i czujna, zupełnie jakby wszędzie wietrzył podstęp.

– No więc nie jeżdżę – skwitował Karcz, zamykając bagażnik i zachęcając chłopca gestem dłoni do wyjścia z garażu.

Rajmund westchnął, najwyraźniej niezadowolony z odpowiedzi, i wyszedł, witając poranek na swój ponury sposób.

– Ale pan nie jest normalnym nauczycielem – burknął.

Karcz zamknął drzwi, zatrzasnął kłódkę i ponownie spojrzał na zegarek.

– Mamy trzydzieści minut, żeby zdążyć na pierwszą lekcję – stwierdził i zawahał się. – Rajmund…

– Tak?

– Włosy ci szybko rosną.

– Niestety – odparł chłopiec, jakby to była najgorsza rzecz na świecie.

Robert parsknął i rozejrzał się po ulicy.

– Mam do ciebie pytanie i liczę, że odpowiesz na nie szczerze – zaczął po chwili. – Co ty w ogóle tu robisz o wpół do ósmej rano i skąd wiedziałeś, gdzie mam garaż?

– To znaczy? – zdziwił się Rajmund.

– To znaczy to, o co zapytałem.

– Pani woźna Krysia mi powiedziała, bo zapytała Zuzę – wyjaśnił.

Karcz zamyślił się i poprawił wiszącą na ramieniu torbę.

– Dzisiaj jest pierwszy dzień szkoły po przerwie świątecznej, prawda? Mamy styczeń, tak?

Chłopiec przytaknął.

– Kiedy pani Krysia ci to napisała?

– W święta – odparł. – Razem z życzeniami. Napisałem do pani Krysi, bo nie miałem numeru do Zuzy, a wiem, że to od jej taty wynajmuje pan garaż.

– Jak zapytasz Zuzę, na pewno da ci numer telefonu.

Rajmund machnął ręką. Kwadratowy tornister na jego plecach był niemal większy od niego i z profilu chłopiec wyglądał jak rudy żółw, co razem z jego specyficznym charakterem nie przysparzało mu kolegów wśród rówieśników, lecz Karcz lubił go właśnie za to, że był sobą. Zawsze ubrany w ponure kolory, marchewkoworudy i przesadnie analityczny, a co za tym idzie, całkowicie odstający od innych pierwszoklasistów w gimnazjum.

– Już mam numer Zuzy – wyjaśnił Rajmund. – Pani Krysia też mi go wysłała.

Super Woźna Krysia, jak ją nazywali w Gimnazjum nr 30 w Legnicy, była prawdziwą bohaterką dla uczniów. Przebojowa starsza pani kochała też plotki i ploteczki, i była doskonałym źródłem informacji. Niestety, źródłem dostępnym dla wszystkich przez siedem dni w tygodniu i w zasadzie dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Będziemy tak stać przed garażem? – zapytał Rajmund, po raz drugi tego ranka wyrywając go z zamyślenia. Sprawiał wrażenie, jakby oczekiwał konkretnej odpowiedzi.

Karcz uniósł wysoko kciuk w geście mówiącym „masz rację” albo „słuszna uwaga, stary”, ale chłopiec spojrzał tylko na jego dłoń, odwrócił się i zaczął iść. Bez słowa ruszył za nim.

– Gdybym miał tatę, to mógłby pan wynajmować garaż od nas, ale nie mam – powiedział Rajmund po kilku minutach marszu.

Karcz nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił.

– Tęskniłem za tobą – przyznał wreszcie. – Nie widzieliśmy się dwa tygodnie i powiem ci, że brakowało mi i ciebie, i twoich spostrzeżeń. Poważnie.

Rajmund odwrócił się do niego i po raz pierwszy uśmiechnął się rozbrajająco. Przez chwilę wyglądał jak normalny trzynastolatek.

– Ja za panem też – odpowiedział i kiedy wydawało się, że już nic więcej nie powie, nagle wypalił: – Ale lepiej byłoby pojechać do szkoły samochodem. Dlaczego zostawia pan samochód w garażu, a my musimy iść? To bez sensu.

Przyjrzał mu się, próbując znaleźć odpowiednie wytłumaczenie.

– Nie chcę zwracać na siebie uwagi. Podczas ostatniego semestru w szkole dużo się wydarzyło. Uważam, że zwracanie na siebie uwagi… przynajmniej teraz… byłoby z mojej strony nierozważne.

– Nie rozumiem – odparł chłopiec. – Przecież i tak wszyscy wiedzą, gdzie ma pan garaż. Co za różnica, czy będzie pan jeździł, czy…

– Jacy wszyscy? – zdziwił się.

– Pani Krysia ze szkoły – usłyszał w odpowiedzi.

– Pani Krysia to rzeczywiście wszyscy – westchnął i gdzieś w głębi duszy poczuł niepokój.

– Co się panu stało w oko? – zaciekawił się nagle Rajmund.

Ręka Karcza odruchowo zawędrowała do plastra chirurgicznego na łuku brwiowym, który rzekomo miał być prawie niewidoczny.

– Uderzyłem się – wyjaśnił obojętnie.

– Gdzie?

– Gdzie się uderzyłem?

– Tak.

– W oko. O, tu – zażartował i wskazał plaster palcem, ale grobowa mina chłopca sprawiła, że wyraz zadowolenia spełzł mu z twarzy.

– Czy spędzał pan całe święta i Sylwestra w Legnicy?

Karcz kaszlnął.

– Rajmund, czuję się jak na jakimś przesłuchaniu…

– Pana samochodu nie było w garażu.

– Byłem u siostry – skłamał, gładko ucinając temat.

Rajmund tylko spojrzał na niego podejrzliwie.

– Nie sądzę – powiedział, na co Karcz pogroził mu palcem.

– Jeszcze jedno słowo i zrobię wam kartkówkę z historii. Nie podskakuj mi, bo na razie nie macie wystawionych ocen za pierwszy semestr. Do ferii zostały jeszcze trzy tygodnie, więc uważaj.

– Co ma pan w torbie? – drążył jednak chłopiec, zupełnie niezrażony.

– Rajmund!

– Tak?

– Pomilczmy przez chwilę. Za dużo mówisz.

– Pani Cicha i moja mama mówią, że za mało mówię i że się nie odzywam – odrzekł. – Każdy uważa co innego.

Karcz uśmiechnął się kwaśno.

– Cieszę się w takim razie, że wyzwalam w tobie najlepsze cechy.

Rajmund nagle zwolnił kroku, aż wreszcie się zatrzymał.

– Co się stało? – Karcz też się zatrzymał. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak rewolwerowcy przed pojedynkiem w samo południe.

– Moja mama chce z panem porozmawiać – wydusił z siebie w końcu. Najwyraźniej sprawiło mu to dużą trudność. – Chodzi o to, że pomagam panu rozwiązywać zagadki i że pomagam panu w śledztwach…

Karcz zmieszał się. Słowa „pomagam”, „zagadki” i „śledztwa” były nadużyciem. Nigdy nie podejrzewał, że spędzanie czasu z chłopcem, który najwyraźniej z nikim innym nie chciał tego czasu spędzać, zaowocuje czymś słodko-gorzkim. Jak widać, nawet najszczersze intencje mogły prowadzić do setek nieporozumień.

Oczami wyobraźni zobaczył matkę Rajmunda, która obrzuca go inwektywami i grozi mu, że ma natychmiast przestać mieszać w życiu jej syna.

A tak naprawdę jedyne, co robił Karcz, to odwoził go po szkole do domu…

Kiedy dzieciak pojawił się na jego drodze, od początku chodziło tylko o samochód. Rudy, mimo kłopotów w nauce i niezbyt jasnej sytuacji rodzinnej, pokochał Macha 1 i zaczął dosłownie prześladować Karcza, zupełnie jakby nie mógł zrozumieć, że nauczyciel historii (na chwilowym zastępstwie) może jeździć amerykańskim potworem po legnickich drogach.

Nie chciał rozmawiać z jego matką, bo wiedział, że przyciśnięty do ściany powie jej prawdę. Że to nie on zabiega o czas jej syna. Że to nie on prosił o breloczki i diabełka do samochodu. Nie on prosił o małego rudego przyjaciela. W ogóle nie prosił o przyjaciela.

– Z chęcią porozmawiam z twoją mamą… – mruknął w końcu, ale bez odrobiny przekonania.

– Powiedziała mi, że to przez pana dziadek musiał wyjechać z kraju.

– Twój dziadek wyjechał? – zdziwił się.

– Słyszałem, jak o panu rozmawiali – zawahał się. – Dlatego dzisiaj do pana przyszedłem. Moja mama zabrania mi pana widywać. Mówi, że nie może mnie pan już odwozić po szkole.

Karcz ostentacyjnie wzruszył ramionami, próbując rozładować atmosferę i dając im obu sygnał, że nie ma to większego znaczenia.

– Słuchaj, jestem twoim nauczycielem, ale jestem też twoim kumplem. Porozmawiam z twoją mamą i wszystko będzie dobrze.

– Mama trochę płakała.

– Wszystko będzie dobrze – powtórzył uspokajająco.

– Dziadek przez telefon powiedział, że jest pan hieną i że zetrze pana w proch.

– Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze – powiedział po raz kolejny Karcz. – Ale nic nie mogę obiecać – dodał, zmieniając lekko ton.

– Podobno jest pan padliną.

– Twój dziadek naprawdę tak powiedział?

– Tak. Do mamy często przyjeżdża policja i pytają o dziadka, ale mama nie wie, gdzie dokładnie pojechał. Wiem, że nie zrobił pan nic złego… Dziadek lubił swój dom i swoje obrazy bardziej niż nas. Mama też to wie. Dlatego mogę tu być.

Karcz tylko się uśmiechnął, ale to nie był wesoły uśmiech. Mimowolnie sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wymacał w niej kluczyki.

– Porozmawiam z nią – zapewnił Rajmunda raz jeszcze. – Obiecuję.

Słowa same znalazły drogę przez jego usta.

Dziadek Rajmunda nazywał się Robert Majcher i poza samym imieniem nie łączyło go z Karczem absolutnie nic. Starszy mężczyzna kolekcjonował dzieła sztuki, a Karcz, mówiąc oględnie, nie przepadał za prywatnymi kolekcjonerami.

Po chwili chłopiec ruszył przed siebie.

– Przykro mi, że tak się to wszystko ułożyło – ciągnął Karcz. – Ale jestem z ciebie bardzo dumny.

Rajmund tylko posłał mu jedno ze swoich spojrzeń.

– Jestem z ciebie dumny, bo rozmawiając ze mną użyłeś większej liczby słów niż kiedykolwiek. Niczym się nie martw. Ani dziadkiem, ani mną. Niczym. To wielkie nieporozumienie.

– Co się panu stało w oko? – zapytał znowu znienacka chłopiec, jakby liczył, że zmianą tematu na chwilę uśpił jego czujność i tym razem dostanie swoją odpowiedź.

– Rajmund, muszę cię znowu zabrać do fryzjera.

– Nie jest pan tak groźny, jak profesor Cicha…

– Nikt nie jest tak groźny, jak pani Cicha – mruknął, przywołując na myśl obraz starej nauczycielki z Gimnazjum numer 30.

– Co ma pan w torbie? Nigdy pan nie nosił takiej torby.

– Rajmund! Błagam…

Chłopiec prychnął, rozczarowany brakiem odpowiedzi.

– To idiotyczne, że musimy iść na nogach, a Mach 1 stoi w garażu – stwierdził, a ponieważ nie było reakcji, dodał: – Samochody są po to, żeby jeździć.

– A nogi są po to, żeby chodzić – rzucił Karcz.

– Po co, jak ma się taki samochód?

– Bo czasami… – zamyślił się – musimy robić rzeczy, których nie lubimy, żeby bardziej docenić to, co mamy.

– Już pan docenił?

Karcz poczochrał go po marchewkowej głowie. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Wystarczyłoby jedno słowo, nic więcej. Niestety, zamiast słowa znowu zostało milczenie. Jak zwykle.

Zatrzymał się i spojrzał w stalowoszare niebo.

– Rajmund, poczekaj chwilę…

***

Na początku nikt nie zwrócił uwagi na ryk silnika, ale kiedy czerwono-czarny ford mustang wjechał na parking za szkołą, w oknie pokoju nauczycielskiego pojawiło się kilka twarzy. Karcz znał je, ale zdecydowanie miałby problem z przypomnieniem sobie imion i nazwisk ich właścicieli.

Opony zachrzęściły na żwirze, a Karcz zgasił silnik i popatrzył na Rudego Rajmunda, który siedział obok, trzymając swój tornister między nogami.

– Jesteś zadowolony? – zapytał chłopca, ale ten nawet na niego nie spojrzał. – Rajmund?

– A pan jest zadowolony? – odparował Rajmund zimnym tonem, czym umiejętnie starł Karczowi uśmiech z twarzy.

– Tak – odpowiedział. – Zdecydowanie jestem.

Rajmund westchnął, odpiął pas bezpieczeństwa, wziął tornister i bez słowa wyszedł z samochodu, trzaskając drzwiami.

Karcz patrzył w ślad za oddalającą się sylwetką chłopca, a dziwne przeczucie, że coś jest nie tak, nie dawało mu spokoju. Miał wrażenie, że coś uczepiło się jego pleców i dyszało w kark, czekając na najbardziej odpowiedni moment, żeby wbić mu zęby w szyję.

Siedział jeszcze przez chwilę w samochodzie, bijąc się z myślami, a później zerknął we wsteczne lusterko i delikatnie dotknął plastra chirurgicznego nad okiem.

„Bywało gorzej – pomyślał. – O wiele gorzej”.

Odchylił się przez prawe ramię i sięgnął na tylne siedzenie po torbę z klamerkami. I wtedy zauważył małą reklamówkę z papierową torbą w środku, z której wypadła gumowa piłka.

Zaklął cicho.

Zapomniał wyciągnąć zakupy z samochodu.

I wtedy przypomniały mu się słowa siostry: „jak zamierzasz kimkolwiek się opiekować, skoro nie potrafisz zaopiekować się sam sobą?”.

Może miała rację? Może wszystkie decyzje, które podejmował, nie były wynikiem planowania, a zwyczajnej zwierzęcej emocji? Impulsu? Instynktu?

Co z tego?

Wysiadł, delikatnie zamknął samochód i zarzucił torbę na ramię. Spojrzał na budynek Gimnazjum nr 30, który wyglądał, jakby ktoś wyciosał go z kamienia.

– Nie do wiary – mruknął, zostawiając w samochodzie tę część siebie, której nie potrzebował przez najbliższych kilka godzin.

„Później wrócę do przemyśleń, a teraz będę nauczycielem – postanowił. – Belfrem na zastępstwie”.

Nie miej oczekiwań. Dostosuj się.

Wystarczyło wejść do środka, przywitać się ze wszystkimi i zacząć wystawiać oceny. Trzy tygodnie do ferii. Bułka z masłem.

Zanim się zorientował, nogi same zaniosły go do głównego wejścia, gdzie, mimo późnej godziny, nadal stały tłumy dzieciaków.

– Za pięć minut rozpocznie się pierwsza lekcja – powiedział do nich, a potem zaczął zdawkowo, ale z sympatią odpowiadać na wszystkie spóźnione życzenia noworoczne.

Dopiero kiedy wszedł do pokoju nauczycielskiego, zorientował się, że kurczowo ściska w dłoni kluczyki od samochodu. Spojrzał na swoją rękę z niedowierzaniem. Próbował ją otworzyć, wykonać chociaż jeden najmniejszy ruch, ale nie był w stanie.

Od razu pomyślał o ojcu. Uderzyło go jakieś niewyraźne wspomnienie.

– Robert, wszystko w porządku? – usłyszał głos nauczyciela geografii, który przez ostatnie kilka miesięcy za wszelką cenę próbował umówić się z Karczem na boks, błędnie biorąc jego częste urazy głowy i twarzy za efekt ciągłych treningów i oddanego profesjonalizmu. – Hej, Robbie! Robbie? – pstryknął kilka razy palcami, aż Karcz się wzdrygnął.

– Zgoliłeś wąsy – zauważył tylko, próbując robić dobrą minę do złej gry.

Nauczyciel geografii tylko zachichotał.

– No wiesz… sylwestrowe szaleństwo. Działo się, oj, działo – mrugnął porozumiewawczo. – Impreza w domu. Grupowa depilacja, rozumiesz…

– Co takiego? – zdziwił się Karcz. – O czym ty gadasz?