Miasto z gliny - Przemek Corso - ebook
Opis

Nie musisz szukać bandytów, oni sami cię znajdą. Nawet podczas urlopu i nawet w pięciogwiazdkowym hotelu w znanym kurorcie… Tym razem Robert Karcz, bohater trzeciej już książki Przemka Corso, „Miasto z gliny”, archeolog i awanturnik, rządowy agent, a jednocześnie prywatny złodziej zabytków znalazł się w Tunezji. Razem ze swoją siostrą, jej chłopakiem Michałem i Zuzą zamierzają cieszyć się wspólnym wyjazdem, wakacyjnym klimatem, słońcem, plażą, zwiedzaniem zabytków. Nie jest im to jednak dane – najpierw ktoś szuka Michała, potem Zuza zostaje napadnięta na plaży, a wieczorem w hotelu ma miejsce strzelanina, po której Michał i Karcz zostają zapakowani do samochodu, związani i wywiezieni na Saharę… Jak poradzą sobie dwaj mężczyźni, zostawieni na pastwę słońca i piachu? Czy gwiazda polarna doprowadzi ich do cywilizacji? Czego szukają na wykopaliskach w „mieście z gliny” Japończycy? Czy spotkanie „ducha z przeszłości” zmieni sposób myślenia Karcza i wpłynie na jego relacje z bliskimi?

Całkiem przez przypadek Tunezja okaże się dla Roberta Karcza symboliczną „przygodą większą niż życie”, a pozostali będą mieli okazję sprawdzić się w ekstremalnych sytuacjach i dowiedzieć się o sobie więcej, niżby chcieli. „Miasto z gliny” to nie tylko żar, skwar, piach i gangi handlarzy zabytków. To również rozliczenia z przeszłością i refleksja nad tym, co jest najważniejsze w chwili, w której śmierć zagląda w oczy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Mojej ‌córce Anastazji.

Kocham Cię.

ROBERT ‌KARCZ

wyciąg z teczki osobowej – ‌materiał ogólny;do dalszego ‌rozpracowania

Robert Karcz(w dalszej części „Karcz” ‌lub RK) – ‌archeolog; ‌doświadczony na ‌wykopaliskach w krajach niebezpiecznych. ‌Nieprzydatny ‌jako ‌agent. Można ‌go ‌jednak ‌osaczyć, gdy popadnie ‌w kłopoty z prawem. (Wyciągaliśmy ‌go ‌z Egiptu ‌– patrz załącznik).

Prowadzi nielegalną ‌działalność, polegającą na odzyskiwaniu ‌dzieł sztuki ‌za pomocą kradzieży. ‌Okrada złodziei. Część ‌dzieł sztuki ‌i zabytków ‌oddaje anonimowo do muzeów, ‌resztę sprzedaje, aby ‌finansować kolejne ‌akcje. ‌Da ‌się prowadzić ‌w zamian za potrzebne ‌mu informacje lub pomoc, ‌gdy popadnie w kłopoty.

Przez rok ‌ukrywał się w Legnicy, gdzie ‌pracował w gimnazjum jako nauczyciel ‌historii. Rozpracował Czarnego Kruka ‌(Robert Majcher ‌– znany ‌w Legnicy ‌kolekcjoner dzieł sztuki) oraz ‌trafił ‌na trop kosztowności ‌stanowiących ‌część „Złotego ‌Konwoju” (patrz załącznik). Sztabki ‌złota ‌zostały znalezione ‌w Legnicy, ‌a następnie ‌nielegalnie ‌przetransportowane przez ‌grupę przestępczą. ‌Karcz ‌odnalazł złoto i przekazał ‌je nam. To ‌jedna z najbardziej udanych akcji ‌od ‌lat.

Do niedawna był łatwy ‌do ‌śledzenia, gdyż jeździł charakterystycznym ‌fordem ‌mustangiem (spadek po ojcu). ‌Samochód został jednak ‌spalony podczas ostatnich tygodni ‌pobytu RK w Legnicy. Obecnie ‌RK ‌przebywa u swojej siostry ‌w Warszawie. ‌Wiemy, że ‌planują wspólny wyjazd na ‌zagraniczne wakacje.

INFORMACJE DODATKOWE I OSOBY ‌POWIĄZANE:

Justyna ‌Karcz– starsza siostra ‌RK ‌i jego jedyny żyjący krewny; ‌dziennikarka telewizyjna. ‌Po śmierci rodziców matkuje bratu, stara się pomagać, pożycza pieniądze. Naiwna – w tym kontekście możliwa do wykorzystania. Nie wie o działalności brata. RK trzyma ją w niewiedzy, by ją chronić.

Zuzanna („Zuza”) Nir – zgrabna blondynka, studentka, wysportowana, dawniej harcerka, marzy o karierze tancerki. Uważa Karcza za kolegę, przyjaciela, mentora – dokładnie nie wiemy. Karcz trzyma ją na dystans. Nie wiemy, jak wyglądają ich relacje, lecz nic nie wskazuje na motywacje erotyczne, dlatego w tym kontekście nie da się wykorzystać.

Potencjał Z. Nir: pośrednie źródło informacji – jest dobrze poinformowana, często się kontaktują.

Devraux – mężczyzna, wiek około 50 lat, prawdziwa tożsamość nieznana. Były członek Legii Cudzoziemskiej. Liczne powiązania, ale obecnie działa na własny rachunek. Prawdopodobnie głowa grupy nielegalnie handlującej dziełami sztuki. Odpowiedzialny za zniszczenie samochodu Karcza. Bardzo niebezpieczny. Znani współpracownicy: BRAK DOSTĘPU.

Michał Karmelita – chłopak Justyny Karcz. AKTA ZASTRZEŻONE. BRAK DOSTĘPU.

Autor raportu: Tomasz Kubek

-------------------------

Adnotacje dodatkowe:

1. Proszę o pilne udzielenie mi dostępu do akt zastrzeżonych.

2. Na wypadek, gdyby trzeba było przejąć prowadzenie Karcza z moich rąk:

Występuję jako przedstawiciel jakiegoś ministerstwa. Po tym jak wyciągnąłem go z Egiptu, Karcz sądzi, że chodzi o MSZ, dyplomację, dziedzictwo narodowe lub którąś ze służb. Jest podejrzliwy, lecz lojalny.

Wytworzyło się pomiędzy nami coś na kształt zaufania. Obecnie opiekuję się jego psem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy wszystkie zlecone zadania wykonał skutecznie.

PROLOG

Kiedy dotarł w okolice Międzygórza, świtało, a nad krętą leśną drogą unosiła się kilkunastocentymetrowa warstwa mgły. Znad kierownicy samochodu widział tylko gęsty las. Był skupiony na drodze. Szarżował, co kilka chwil dociskając pedał gazu i hamulec. Popisywał się, a może po prostu się stęsknił?

Przyklejona do tapicerki mała figurka przedstawiająca diabełka kiwała mocno głową, jakby zachęcała go do jeszcze większej lekkomyślności. Figurka była całkowicie nowa, wykonana ręcznie. Stała w tym samym miejscu, co poprzednia.

Tak! Tak! Szybciej!

O tej porze dnia prawdopodobieństwo spotkania kogoś na drodze było minimalne, a on znał te drogi. Znał każdy zakręt, każdą górę, każdy wąwóz, każde cholerne drzewo.

Stary ford mustang ryczał jak bestia przy każdym ostrzejszym zakręcie. Jego karoseria była zniszczona i nie trzeba było być detektywem, żeby domyślić się, że ktoś go kiedyś oblał benzyną i podpalił. Wystarczyło spojrzeć na wypalone zacieki, które sprawiały, że samochód wyglądał naprawdę groteskowo. Gdyby ktoś widział go wtedy, jak ścina z rykiem kolejny zakręt, musiałby się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śni.

Ale to nie był sen.

Samochód zatrzymał się na krawędzi urwiska, a małe kamyczki zachrzęściły pod oponami.

Z mustanga wysiadł mężczyzna. Był już po trzydziestce. Miał na sobie starą, krótką skórzaną kurtkę z setką małych zamków i zameczków. Zatrzasnął drzwi, wsunął ręce głęboko do kieszeni spodni, chroniąc je przed przejmującym zimnem, i zrobił kilka kroków w kierunku urwiska.

– Cholera – sapnął. – Zimno jak diabli…

Tak, jesień zaczynała tracić kolory, zwiastując nadejście zimy, a tego dnia zimno naprawdę przeszywało do kości. Lekko dygotał, a z każdym oddechem z jego ust i nosa dobywała się para.

To nie był sen.

Ile czasu minęło?

Spoglądał na górzysty leśny pejzaż.

Hen, daleko widział wyłaniające się spośród porannej mgły drewniane zabudowania: stajnię i piękne domki w stylu tyrolskim. Zupełnie jakby to było w Alpach, a nie w Polsce. Gdzieś w oddali było słychać wodospad.

Mężczyzna wziął głęboki wdech, który go orzeźwił i zadziałał na niego lepiej niż kawa, po czym wsiadł do samochodu i ruszył dalej w drogę.

„Jestem na miejscu – pomyślał. – Jestem w domu”.

***

Tadeusz Cieplak skończył w tym roku sześćdziesiąt osiem lat, ale miał więcej energii niż niejeden młodziak. W zależności od humoru mówił, że jest to albo zasługa górskiego powietrza, albo aktywnego trybu życia, albo bimbru, który pędził w piwnicy. Każda z wersji brzmiała tak samo prawdopodobnie.

– Dawno cię nie było, ty stary draniu! – krzyknął w kierunku Roberta Karcza, kiedy ten zaparkował swojego forda mustanga Mach 1 na podjeździe. Narzucił na siebie ulubiony płaszcz z podpinką i ostrożnie zszedł z ganku. – Dobrze wiesz, że nie lubię sobie odmrażać tyłka – mruknął, jakby nigdy nic. Jakby nie widzieli się raptem od kilku godzin, a nie od kilku lat.

Podszedł do samochodu i przyjrzał mu się uważnie, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś w rodzaju rozczarowania podszytego bólem.

– Jest gorzej, niż podejrzewałem – westchnął po chwili, dotykając zniszczonej maski Macha 1. – Taki piękny wóz… Mój Boże…

Karcz wyciągnął z bagażnika skórzaną torbę. Chuchał sobie cały czas w dłonie, próbując się ogrzać.

– Mówiłem ci, że go zniszczyli. Da się coś z tym zrobić?

Cieplak zdawał się go nie słuchać. Wsadził do ust skręta i nadal oglądał samochód.

– Palisz? – zwrócił się do Roberta, nie patrząc na niego.

– Nie, wujku. Nie palę.

Starszy mężczyzna tylko uśmiechnął się kwaśno i wskazał spaloną karoserię mustanga.

– Sądząc po tym, można by pomyśleć, że jarasz cały czas… Kiedy do mnie zadzwoniłeś, nie podejrzewałem, że Mach będzie wyglądał, jakbyś pojechał na przejażdżkę do piekła i z powrotem. Dopadłeś tych drani, co go tak załatwili?

– Nie do końca – przyznał niechętnie, przestępując z nogi na nogę i mocno zaciskając zsiniałą z zimna dłoń na rączce torby.

– Niedobrze… To zacieki po benzynie, nie? Kto robi takie rzeczy? Oblali go i podpalili?

– Tak. Zrobiłem wszystko, żeby doprowadzić go jako tako do ładu. Zapłaciłem za wymianę szyb… Ale to wszystko prowizorka. Da się coś z tym zrobić? – powtórzył pytanie. – Myśli wujek, że damy radę?

Cieplak zaciągnął się głęboko skrętem, a później rzucił go pod nogi i zdeptał kapciem. Podszedł do Karcza, spojrzał mu głęboko w oczy i objął go. Mocno, po męsku.

– Coś ci zagraża? – zapytał nagle.

– Nie bardziej niż zwykle, wujku.

– Tęskniliśmy za tobą – powiedział. – Ja i Nina.

– Ja też – odparł Karcz i poczuł, jak zaczyna mu się robić cieplej.

– Tylko mi się z tego wzruszenia nie zacznij mazać – prychnął Cieplak i machnął w kierunku domu. – Za to, co zrobiłeś z samochodem swojego starego, powinienem zostawić cię na dworze. Poważnie! Powinienem ci założyć kaganiec i kazać spać w budzie. Nie śmiej się!

– Nie śmieję się. Tylko twarz mi zesztywniała od zimna i to tak wygląda, jakbym się uśmiechał…

– W kagańcu byś się nie uśmiechał – rzucił żartobliwie Cieplak. – Idę do środka, otworzę ci warsztat. Objedź dom z drugiej strony. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, gdzie co jest… A! I dlaczego masz tę obrzydliwą rzecz na tapicerce?

– Co? – zdziwił się i zerknął w stronę wozu.

– Tę figurkę! – warknął. – Tego diabła czy co to jest! Chcesz, żeby twój stary przewrócił się w grobie?

– Dostałem to w prezencie od pewnego dzieciaka. To nowa figurka, bo… poprzednia nie przeżyła pożaru.

– I naprawdę musisz mieć to w środku?

– Wujku, to jest Obama. Znaczy, figurka byłego prezydenta… Pomalowana. Z rogami.

– Polityk?

– Tak.

Cieplak tylko burknął coś pod nosem.

– Weźmiesz moją torbę? – zapytał Karcz, ale Cieplak już wszedł do domu. Po chwili drzwi uchyliły się, a Karcz zobaczył w szczelinie jego twarz.

– No i co tak stoisz? Nie jestem głuchy. Zrobię się milszy, jak przestanę się wściekać za to, co zrobiłeś z wozem. Na razie torbę noś sobie sam.

– To nie była moja wina! – zaprotestował, ale drzwi zatrzasnęły się znowu.

Karcz rozejrzał się po posesji. Wielki, piękny trzypiętrowy dom miał w kilku miejscach tabliczki z napisem: „pokoje / rooms / Zimmer – 24/7”.

Po prawej stronie zobaczył budę dla psa. Psa nie było, ale przez daszek przerzucony był długi łańcuch.

Wzdrygnął się na samą myśl, westchnął i wsiadł do samochodu.

***

Tadeusz Cieplak i jego żona Nina tak naprawdę nie byli spokrewnieni z rodziną Karczów. Tadeusz po prostu przyjaźnił się z Karczem seniorem przez wiele lat, a wspólna pasja dotycząca motoryzacji uczyniła ich kimś w rodzaju braci.

Robert nie znał szczegółów, ale to dzięki Cieplakowi Mach 1 został sprowadzony do Niemiec w latach osiemdziesiątych, a później przeprowadzony przez polską granicę. Zresztą nie tylko Mach, masa innych samochodów również, choć te pozostałe nie wzbudzały w nim już żadnych emocji. Nikt nie musiał się martwić o pozwolenia, wizy czy bilety, bo wiadomo było, że – jak to mówili rodzice – „wujek Cieplak załatwi”. Zresztą bardzo często, kiedy coś się chrzaniło, ojciec powtarzał: „Cieplak załatwi”. Nie tylko w kwestiach motoryzacyjnych. W pewnym sensie weszło to nawet do ich domowego słownika.

Robert pamiętał to doskonale. Pamiętał, jak przez lata właściwie mieszkali w okolicach Międzygórza. Jak ojciec kupił tu dom.

Cieplak z ojcem odrestaurowali wspólnie kilka samochodów i zorganizowali jeden z dwóch Karczowych zlotów motoryzacyjnych. Senior był dumny jak paw.

A później wszystko się skończyło.

Minęły lata i Robert nagle znowu siedział przy masywnym drewnianym stole, tylko że zamiast herbaty pił czarną kawę, powtarzając w myślach jak mantrę: „Cieplak załatwi”.

Historia zatoczyła koło.

W drugim końcu jadalni siedziało małżeństwo z dwuletnią córeczką i psem. Dziewczynka, zajmująca honorowe miejsce w foteliku dla dzieci, co chwilę zrzucała psu na podłogę zawartość swojego talerza.

– Widzę, co robisz, dziecko! – powiedział w końcu zniecierpliwiony ojciec, a dziewczynka zaczęła chichotać tak głośno, że po chwili wszyscy zaczęli się śmiać.

Karcz również.

– Wynajęli pokój na trzy dni – wyjaśnił Cieplak, siadając naprzeciwko Roberta i stawiając przed nim talerz z omletem. – Fajna rodzinka… Zaraz wyruszają na szlak.

Karcz kiwnął ze zrozumieniem głową.

– Dalej nosisz kurtkę swojego ojca – zauważył Cieplak. – Wiesz, że matka nigdy nie pozwalała mu w niej chodzić? Mówiła, że to wstyd nosić coś takiego, więc zakładał ją tylko do garażu.

Karcz upił łyk kawy.

– Takiego go zapamiętałem…

Cieplak westchnął.

– Brakuje mi drania – powiedział w końcu. – Jedz omlet…

– Ciocia Nina go robiła?

– Eeee, nie. Nina jest w sanatorium. Mam pomoc kuchenną na wszelki wypadek.

– A jak biznes?

Cieplak podrapał się po porośniętej siwą szczeciną twarzy.

– Pytasz: „jak”, odpowiadam: „srak” – odparł po długiej chwili namysłu. – Jak nie ma sezonu, to nic się nie dzieje. Więcej zarabiam na wypożyczaniu samochodów na wesela albo do centrów handlowych… Gdyby nie to, musielibyśmy jeść żwir z podjazdu. Mam lincolna, jednego starego chevy i kabriolet jak z taśmy produkcyjnej. Wszystko jest na stronie internetowej. Takie czasy. Ludzie dzwonią. Wynajmują.

– To dobrze.

– Jedz, synku. Masz na głowie jakieś nowe blizny?

Karcz uśmiechnął się tylko, nie podejmując tematu. Nabił na widelec kawałek omleta i wsadził go do ust.

– Jak tam twoja siostra? Ty przynajmniej dzwonisz, a ona jak poszła w świat… Ho, ho, ho! Nawet pół telefonu. Oglądamy ją często w telewizji. Piękna i wyszczekana jak wasz stary. Ciekawe, że ty zawsze miałeś opinię uciekiniera, ale to ona odcięła się od przeszłości… Tłumaczymy sobie z Ninką, że to jej sposób na radzenie sobie z tym, co spotkało waszych rodziców.

– Też tak uważam.

– Widujesz się z nią? Wszystko u niej dobrze?

Karcz chrząknął, jakby coś stanęło mu w gardle.

– Znowu masz kłopoty? – zapytał Cieplak szeptem, zupełnie jakby odczytał coś na jego twarzy. – W co wpieprzyłeś się tym razem?

Karcz uciekł wzrokiem i spojrzał na trzyosobową rodzinę z psem.

– Powiedzmy, że ja i jej nowy chłopak nie przypadliśmy sobie do gustu – mruknął.

– Coś więcej?

– Powiedzmy, że… – Karcz zawahał się na ułamek sekundy – …on jest z podobnej branży, co ja.

Cieplak zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami i w końcu parsknął śmiechem.

– Z tego co wiem, przez ostatni rok byłeś nauczycielem historii, tak? Podejrzewam, że nie chodzi ci o tę branżę… Bardziej o tę drugą, tak? Tę, przez którą ponad rok temu trafiłeś do więzienia w Egipcie i zafundowano ci ekstradycję?

Karcz wyciągnął w górę kciuk.

– Ładnie to opisałeś, wujku, dzięki! – rzucił ironicznie. – Moje życie w twoich ustach absolutnie nie brzmi jak totalna katastrofa… To nie było więzienie, tylko kilkumiesięczny areszt.

Cieplak wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Po chwili Karcz do niego dołączył, a potem wesołością zaraziła się też rodzina z małą dziewczynką. – Boże, Robert, ty stary draniu – powiedział Cieplak, ocierając łzę ściekającą po policzku. – Jak długo zostaniesz? 

– Do końca tygodnia.

– Wiesz, że naprawa Macha zajmie trochę czasu?

– Tak, wiem, ale lecę za granicę.

– Na ile?

– Na dwa tygodnie.

– Będziesz robił to, co myślę, że będziesz robił?

Karcz uśmiechnął się.

– Ani jednej z tych rzeczy… To bardzo skomplikowane. Nie będę sam… opowiem ci zresztą później.

– Powiesz, jeśli będziesz chciał – machnął ręką Cieplak. – Bardziej mnie interesuje inna kwestia. Tej twojej szkoły, w której pracowałeś. Powiedz mi, ale tak całkiem szczerze, synku, czego ty uczyłeś te dzieci? W tej całej szkole?

– Słucham?

– Czego je uczyłeś? Jak okradać szkolny sklepik? Jak ukraść samochód dyrektora?

Karcz omal nie zakrztusił się kawą.

– Słucham?

– Przepraszam, sklepik dla ciebie to pestka. Ty wolisz muzea albo prywatnych kolekcjonerów dzieł sztuki, prawda?

– Jak możesz o to pytać?

– Pytam, bo czegokolwiek uczyłeś te dzieciaki, to na pewno nie była historia.

– Miałem jeden epizod z muzeum… jako dziecko – powiedział Karcz zażenowany. – A w szkole po prostu uczyłem historii. Wiesz, jak było. Justyna załatwiła mi pracę. Popracowałem przez rok i zrezygnowałem…

– Wujka nie oszukasz – przerwał mu Cieplak. – Jeden epizod z muzeum, jako nastolatek, w Polsce! Po śmierci twojego ojca. Nie chcę ci przypominać, że przez ciebie byłem w to zamieszany, po tym jak część waszego majątku poszła pod młotek. Przygarnęliśmy was. Ciebie i siostrę. Ale ty wolałeś cały czas pakować się w kłopoty.

– Sam mnie nauczyłeś…

– Ani słowa! – warknął. – Wiem, czego cię nauczyłem. Chciałem, żebyś się czymś zajął, a nie żebyś…

– O czym my w ogóle rozmawiamy? – nie dał mu dokończyć Karcz. – Byłem dzieciakiem…

– Tak. I to ja cię kryłem. To do mnie przychodziła policja. Przypomnij mi, ile ostatnich lat spędziłeś za granicą?

Karcz, zamiast odpowiedzieć, tylko wzruszył ramionami.

– Nawet teraz jesteś po uszy w szambie – kontynuował Cieplak. – Mach 1 wygląda tak, jakby go ktoś celowo podpalił, a to pozwala mi się domyślać, że ciebie też ktoś chciał pięknie urządzić… Więc pozwól, synku, że zapytam: za co?

– Jestem archeologiem. Mam czystą kartotekę – powiedział i odsunął od siebie pusty talerz. – Muzea mnie nie interesują. A ostatnio nawiązałem współpracę… z ministerstwem. Trafiłem na trop pewnej sprawy. W Legnicy. I tak jakoś… wszystko się potoczyło…

Cieplak przerwał mu, unosząc wysoko dłoń.

– Nie chcę tego słuchać. Użyłeś słowa na „m”, za chwilę zaczniesz mówić o politykach. Wybacz, to obrzydliwe. Wolę normalnych złodziei. Przynajmniej wiem, czego się po nich spodziewać.

– Sam pytałeś…

– No dobrze, a co z tym pętakiem, chłopakiem twojej siostry? Po której stronie barykady jest? Kolekcjoner?

– Pośrodku. Nielegalny handlarz. System jak w piramidzie. On jest na górze i ma kontakty.

– A ty wbiłeś mu się pod paznokieć i nie chcesz wyjść – stwierdził Cieplak. – Justyna pewnie nic nie wie, prawda?

Karcz milczał.

– Nic nie wie, tak? – powtórzył dobitniej.

Karcz dalej milczał.

– Zapytam inaczej: czy twoja siostra wie, że jej chłopak może być potencjalnie niebezpieczny i że masz z nim zatarg?

Karcz nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, ale z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Chwycił kubek i napił się kawy.

Cieplak przyglądał mu się z niedowierzaniem.

– A czy ty w końcu… w końcu porozmawiałeś ze swoją siostrą i powiedziałeś jej, czym TY się zajmujesz? Bez owijania w bawełnę? Tak jak mi obiecałeś kilka lat temu?

Karcz bardzo powoli ukrył się za kubkiem z kawą.

Cisza była wymowna.

– Muszę jej pilnować – powiedział wreszcie, jakby to wszystko wyjaśniało. – Opiekuję się nią. Nic innego nie mogę zrobić. Czekam.

Cieplak zaklął siarczyście.

– Czyli nadal tylko ja wiem?

– Tak. Myślę, że Justyna się domyśla, ale nigdy nie chciała wiedzieć.

– Powiedziała ci to? Powiedziała ci, że nie chce wiedzieć?

– Wyczytałem to w jej spojrzeniu – odparł Karcz po bardzo długiej chwili. Jego głos brzmiał bez przekonania.

– Wy, dzieci, nie przestajecie mnie zaskakiwać… Czy to ten nowy pętak Justyny jest odpowiedzialny za to, co się stało z Machem?

– W pewnym sensie.

– Powiesz jej?

– Posłuchaj…

– Synek, to ty mnie posłuchaj. Nawarzyłeś piwa i teraz musisz je wypić. Nie wszystkie rzeczy da się naprawić jak forda mustanga.

– Powiedziałem ci, że w przyszłym tygodniu lecę za granicę…

– Wspomniałeś. Na dwa tygodnie.

– Powiedziałem ci, że nie lecę sam…

Cieplak próbował domyślić się, do czego zmierza.

– Lecę do Tunezji z Justyną…

– …i z nim – dokończył za niego. – Z pętakiem.

– Tak. Justyna zaprosiła też moją znajomą z Legnicy. Studiuje teraz w Warszawie. Zuza. Pisałem ci o niej. Justyna ufundowała jej wycieczkę, żebym nie był sam i nie czuł się jak piąte koło u wozu.

– To twoja…

– Nie, nic z tych rzeczy.

– Cholerne rodzinne wakacje – zakpił Cieplak. – Nie wierzę.

– Na to wychodzi.

– Niewiarygodne. On coś czuje do niej? Ten pętak do Justyny, znaczy.

– Tak. Najwyraźniej.

– I ma kupę szmalu?

– Tak.

– I ma masę znajomości?

– Tak.

– I pewnie jest Żydem, tak?

– Wujku, litości! Nie znoszę takich komentarzy.

– To nie komentarz, tylko stwierdzenie faktu. Muszę się napić – Cieplak nagle wstał od stołu, zabrał pusty talerz po omlecie i ruszył nieco chwiejnym krokiem do kuchni.

– Też mi dolej – poprosił Karcz, stawiając pusty kubek po kawie na środku stołu.

– Synek, ja nie mówię o kawie. Ja mówię o bimbrze. Wstawaj! Idziesz ze mną! Napijemy się, posłuchamy dobrego country i jakoś znajdziemy wyjście z tej sytuacji.

Karcz spojrzał na zegar na ścianie.

– Jest siódma rano.

Cieplak odwrócił się przez ramię.

– Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje… Ruchy, synek! Wybierzemy farbę do wozu i przedyskutujemy resztę twojego życia.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W KTÓRYM WSZYSCY CZUJĄ WAKACYJNY KLIMAT

Abyło to tak.

Lot wyczarterowanym samolotem z Warszawy do Tunezji trwał niewiele ponad trzy godziny. Zabieranie ze sobą skórzanej kurtki nie miało najmniejszego sensu, ale mimo to Karcz zrobił to. Czuł się w niej bezpiecznie, zupełnie jakby nosił ochronny pancerz. Ściągnął ją dopiero przed wejściem do samolotu, złożył i wsadził do walizki, w której oprócz najpotrzebniejszych rzeczy miał jeszcze buty na zmianę, małego netbooka, aparat fotograficzny i czytnik e-booków z kilkunastoma książkami nagranymi na karcie pamięci.

Jedna z książek nosiła tytuł „Idiota za granicą”. Polecił mu ją nauczyciel geografii z legnickiego gimnazjum. W głębi duszy modlił się, żeby tytuł nie okazał się dla niego proroczy…

Swoją drogą nigdy nie sądził, że miejsce prawdziwych książek w jego bagażu zajmie elektroniczne urządzenie, ale musiał przyznać – nawet wbrew sobie – że było to bardzo wygodne.

Justyna Karcz i Zuza Nir były bardzo zadowolone z rozwoju wydarzeń i cały czas trajkotały jak najęte. Z całego towarzystwa tylko Michał Karmelita, wyglądem przypominający amerykańskiego surfera, był całkowicie wyluzowany. W samolocie wychylił trzy drinki, choć bynajmniej nie sprawiał wrażenia, jakby bał się latać. W sumie bardziej sprawiał wrażenie, jakby miał z całej tej sytuacji niezwykłą frajdę.

Karcz obserwował go ukradkiem. Spoglądał na niego średnio co kwadrans, próbując dostrzec w jego zachowaniu chociaż jeden fałszywy ruch.

Przyglądał się, jak trzymają się za ręce z jego siostrą.

Nie ma co, Karmelita był świetnym aktorem.

Uśmiechał się do Karcza za każdym razem, kiedy ich spojrzenia spotykały się niby przypadkiem.

Zachowywał się tak, jakby Karcz był dla niego zupełnie neutralny. Jakby nie łączyła ich żadna niezbyt miła historia.

Zuza Nir co chwilę szturchała Karcza w bok.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Słucham?

Zuza przewróciła oczami.

– Karcz, pytałam, czy byłeś w Tunezji?

Ostatnie spojrzenie w kierunku Karmelity.

– Tak, byłem – odparł i wziął głęboki wdech.

– I co?

„Nic” – pomyślał.

– Kraina Berberów i Kartagińczyków – odparł, jakby miało jej to wszystko wyjaśnić.

– Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że jesteś skończonym nudziarzem – żachnęła się. – Nie dziwię się, że nie masz dziewczyny…

Na dźwięk tych słów jego siostra odwróciła się do nich.

– Ona ma rację, Robert – powiedziała, puszczając do niego oko.

Była śliczna. Czasami nie mógł uwierzyć, jak wiele lat minęło od czasu, kiedy byli dziećmi i tłukli się przy każdej możliwej okazji.

– Myślę, że… – zaczął Karmelita, po raz pierwszy odkąd spotkali się na lotnisku w Warszawie włączając się do rozmowy. – Robert to cicha woda. Ma więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać, co nie, Robert?

Karcz tego nie skomentował. Czuł, jak Zuza szturcha go kilka razy, najwyraźniej próbując wydobyć od niego jakąś odpowiedź, ale bezskutecznie.

„Najważniejsze są pozory” – pomyślał.

„Będziemy dobrze się bawić. Dziewczyny będą zadowolone.

Śmiechy i wygłupy.

Wszyscy czują wakacyjny klimat”.

Z tą myślą przysnął na godzinę, a kiedy się obudził, zauważył na swoich kolanach zapakowaną w folię hawajską koszulę.

– Co to jest? – zapytał zaspany.

Justyna i Zuza jednocześnie wybuchnęły śmiechem.

– Nie przejmuj się – odparł Karmelita. – Dostałem identyczną.

Na potwierdzenie swoich słów uniósł koszulę w folii nad głowę, tak aby Karcz mógł ją zobaczyć ze swojego miejsca.

– Mam to nosić? – upewnił się, pocierając zaspane oczy.

– Jezu, Robert! To prezent! Udawaj chociaż, że się cieszysz! Musimy was rozruszać – stwierdziła Justyna. – Będziecie wyglądali bosko.

Kiedy wysiedli na lotnisku w Monastyrze, czas natychmiast zwolnił. Odprawa paszportowa trwała wieczność i okazała się o wiele bardziej męcząca niż lot. Przez kilka chwil, stojąc w długiej kolejce z paszportem w zębach i walizką w jednej ręce, a hawajską koszulą w drugiej, poczuł niepokój. A co będzie, jeśli nie przepuszczą go przez odprawę? Co, jeżeli poda paszport, a pogranicznicy dopatrzą się czegoś na ekranach komputera?

Tylko czego?

Był już w Tunezji trzy razy, ale nigdy jako turysta.

Kiedy dotarł do okienka, powitał go po francusku czarnoskóry urzędnik.

Wszystko było dobrze.

– Witamy w Tunezji…

I po wszystkim.

Kiedy Karmelita zniknął w toalecie, Justyna złapała brata za kark i przyciągnęła go do siebie.

– Robert, co się dzieje? – szepnęła.

– Co? – wydukał.

– Nie jestem głupia. Co się dzieje?

– Pyśka… – zaczął, ale Justyna ścisnęła go mocniej i przyciągnęła do siebie tak blisko, że wyglądali jak para zakochanych.

– Ściskasz mi kark – zauważył lekko zniecierpliwiony.

– Wiem, co robię – usłyszał w odpowiedzi.

Zuza Nir, wyraźnie zaciekawiona ich dziwnym zachowaniem, podeszła do nich, ciągnąc za sobą swoje dwie ciężkie walizki, ale wystarczyło jedno spojrzenie Justyny, żeby zrozumiała, że musi im dać chwilę.

– Ty i Michał… Dlaczego się nie lubicie?

– Pyśka…

– Jeszcze cztery miesiące temu wszystko było w porządku, a teraz zachowujecie się jak dwa koguty. Co. Się. Stało? – zapytała, akcentując każde słowo.

– Justyna, puść mnie…

– Kocham cię, Robert, ale zaklinam cię… – syknęła. – Lubię tego faceta i chcę, żebyśmy miło spędzili czas. Zależy mi na tym. Uśmiechaj się, noś tę cholerną koszulę i poświęć trochę czasu Zuzi. Ona cię lubi, a ostatnio czuje się przez ciebie odtrącona…

– Co?

– Zachowujesz się dziwacznie! Rozmawianie z tobą to ciągłe słuchanie „tak, tak, tak, w porządku, ok”. Ja to zauważyłam i ona też to zauważyła. Jesteś jak ściana, a mnie się kończy groch, którym mogę rzucać. Nie lubię cię takiego. Coś knujesz.

– Wcale nie.

– Wiem, że coś knujesz! Jesteś nieobecny. Nie pytam cię o opinię. Wycisnę z ciebie, co się dzieje. Albo z Michała. On też jest na ciebie cięty. Doprowadza mnie to do szału. Ale póki co, spędzimy czas jak rodzina… jak paczka przyjaciół.

Puściła jego kark i mimochodem pogładziła go po twarzy.

– Sam chciałeś lecieć na te wakacje – szepnęła ledwo dosłyszalnie. – Zaprosiłam Zuzię, bo ją lubię… i ty też. A gdybyś miał lecieć z nami sam, Michał by się nie zgodził.

Karcz pocałował ją w policzek.

„Chciałem, bo muszę się tobą opiekować” – pomyślał, ale nie odezwał się słowem.

To był jego sposób na powiedzenie: „tak, masz rację. Kiedyś zrozumiesz”.

Na razie nie rozumiała.

Na ulicy powitał ich uśmiechnięty kierowca busa w tradycyjnej czerwonej szaszii – swoistej czapeczce, noszonej niegdyś wyłącznie przez mężczyzn. Teraz szaszije były do kupienia na każdym straganie z pamiątkami, i to w dowolnym kolorze.

Karmelita uścisnął kierowcy rękę i płynnym francuskim zaczął z nim negocjować cenę przejazdu do Port el-Kantaoui, ponad sto kilometrów na północ.

Było gorąco. Aż strach było pomyśleć, jaki skwar musiał panować w pełnym słońcu.

– Wszystko w porządku? – szepnęła Zuza do Justyny.

Justyna tylko kiwnęła głową.

– Tak. Musiałam w końcu… sama wiesz…

– Gdzie on w ogóle zniknął? – zapytała Zuza po chwili, próbując sobie wyobrazić przebieg rozmowy pomiędzy rodzeństwem.

Justyna rozejrzała się po ulicy, próbując w tłumie odszukać Roberta.

– Niewiarygodne – westchnęła. – Spójrz…

Karcz szedł właśnie do nich, ubrany w hawajską koszulę.

– Dziewczyny, wyglądam, jakbym był na wakacjach? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.

– Przebrałeś się! – parsknęła śmiechem Zuza. – Naprawdę, do twarzy ci!

Karmelita obrzucił go nieprzychylnym spojrzeniem, a on tylko pochylił się w stronę siostry i szepnął jej do ucha:

– Ja ciebie też.

Wtedy po raz pierwszy poczuła, że cały ten szalony plan urlopowy może się udać. Że wszystko będzie dobrze.

Spojrzała bratu głęboko w oczy i z uznaniem kiwnęła głową.

– Jedziemy – zadecydował Karmelita. – Dajcie facetowi walizki.

W tym samym momencie z głośników znajdujących się na pobliskim meczecie dało się słyszeć nawoływanie, na co kierowca, zupełnie ignorując człowieka o wyglądzie amerykańskiego surfera, po prostu zaczął się modlić. Dopiero po chwili schował walizki do busa. Wszystko odbyło się w całkowitym milczeniu – najwyraźniej nadal się modlił.

– Co to wszystko znaczy? – zapytała cicho Zuza.

– Modlitwa jest lepsza niż sen, Zuziu – odpowiedział Karcz.

– Tak przy lotnisku? – zapytała jeszcze ciszej, najwyraźniej nie chcąc nikogo urazić, a zapewne najbardziej samego kierowcy.

– Wszędzie – wtrącił się Karmelita. – Pięć razy dziennie… wszędzie.

– Witaj, przygodo! – stwierdziła Zuza, coraz bardziej podekscytowana.

***

Pięciogwiazdkowy hotel, w którym się zameldowali na dwa dni, wyglądał jak pałac otoczony basenami, palmami i drzewami cytrusowymi. Kilkaset balkonów na wschodniej elewacji miało kształt łuku, który sprawiał wrażenie, jakby w zamyśle architekta miał obejmować turkusowe morze. Cały horyzont. Balkony i tarasy z widokiem na szeroką piaszczystą plażę oraz przystań dla jachtów i tak były lepsze od tych na zachodniej stronie, wychodzących na pola golfowe i całą resztę tego raju dla bogaczy.

Cały Port el-Kantaoui był jednym wielkim, nowoczesnym kompleksem rozrywkowo-wypoczynkowym. Takich hoteli jak ten, w którym mieszkali, było więcej. Wszystkie w rękach kuwejckich szejków. Wszystkie bezduszne.

Wyglądało to trochę jak „państwo w państwie”.

Port otoczony był charakterystycznymi biało--niebieskimi domkami wystylizowanymi na tunezyjską wioskę. Ciasne uliczki i medyna, czyli stara arabska dzielnica z bazarami. Tylko że ta była nowa. Nieprawdziwa.

Pełna plastikowych pamiątek i obrzydliwie drogiego szmelcu.

Robert Karcz przez dwa dni pobytu zdążył wymyślić hasło reklamujące cały ten lunapark dla bogaczy.

Jeżeli Tunezja to jeden z najciekawszych krajów na świecie, to Port el-Kantaoui to pięciogwiazdkowa dziura w dupie Tunezji.

Nawet potrafił to sensownie uargumentować.

Jeżeli nie interesują cię zabytki. Jeżeli masz gdzieś historię. Jeżeli kochasz splendor i cię na niego stać. Tutaj poczujesz się lepiej niż w domu.

Innymi słowy, było zupełnie inaczej, niż sobie wszyscy wyobrażali, a przynajmniej zupełnie inaczej, niż wyobrażała sobie to Zuza Nir, która od dwóch dni chodziła po obiekcie z rozdziawioną buzią. Najzabawniejsze było to, że wszystko miało pozostać bez zmian aż do dnia wyjazdu.

Robert Karcz, w ciemnych okularach, ubrany w hawajską koszulę, stał przy jednym z basenów, obserwując hotel. Ten ogromny pałac. Próbował zlokalizować balkon swojego pokoju, ale na próżno.

– Fajna koszula – usłyszał nagle za swoimi plecami. – Wiesz, że nie jesteś na Hawajach?

Odwrócił się i zobaczył śliczną, opaloną na ciemny brąz dziewczynę. Wyglądała jak z billboardu. Mogła mieć jakieś dwadzieścia parę lat. Było tu takich więcej, ale żadna do tej pory nawet na niego nie spojrzała.

„Hebanowa piękność” – pomyślał.

Widział swoje odbicie w szkłach jej okularów.

W hawajskiej koszuli, którą kupiła mu siostra, wyglądał jak skończony pajac, no ale Justynie zależało, żeby poczuł wakacyjny klimat. Pocieszał się tym, że nie on jeden dostał taki prezent.

– Zorientowałam się, że jesteś Polakiem – powiedziała po polsku dziewczyna i zachichotała.

Karcz przyglądał się jej przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy mówi do niego.

– Zorientowałaś się po koszuli? – zażartował.

– Między innymi. Ale usłyszałam też, jak przeklinasz – odparła zaczepnie i dotknęła swojej głowy na wysokości skroni. – Jestem bystra. Bang! Bang!

– Jest tu jeszcze jeden facet ubrany podobnie… – mruknął pod nosem.

– Twój kolega?

Karcz zawahał się.

– Nie, nic z tych rzeczy – odpowiedział po chwili. – Tamten jest opóźniony w rozwoju. Nazywa się Michał. Zabraliśmy go na wycieczkę, żeby poznał ludzi. Mają tu ładną strefę dla dzieci i zjeżdżalnie. Zawsze dostajemy na niego zniżkę, więc się opłaca.

– Michał?

– Tak. Michał Karmelita. Jako dziecko potrafił zapamiętać jedynie nazwę cukierka, więc tak go zaczęliśmy nazywać. „Michałek, Michałek, chodź tu” – dodał z kamienną twarzą, jakby rzeczywiście mówił o czymś naprawdę ważnym.

Hebanowa dziewczyna wycelowała w niego palec, jakby próbowała go zastrzelić z niewidzialnego rewolweru.

„Naładowana broń mima” – pomyślał.

– Jesteś całkiem zabawny – stwierdziła. – Moi znajomi to sztywniaki… Postawisz mi drinka?

Karcz posłał jej uśmiech.

– Pewnie, czemu nie – stwierdził i wyciągnął z kieszeni kartę do swojego pokoju. W hotelowych barach i przy basenie za wszystko płaciło się kartą do pokoju. Wystarczyło zbliżyć ją do terminalu.

Podał dziewczynie kartę. Klasnęła w dłonie jak dziecko na widok słodyczy. Miał wrażenie, że zaraz rzuci mu się na szyję z wdzięczności.

– Ciekawa jestem, jak wyglądasz pod tą koszulą… – mruknęła. – Masz ochotę na moktajl?

– Nie wiem, co to jest.

– A sex on the beach? – zapytała kokieteryjnie i, nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę zadaszonego baru, gdzie arabski przystojniak potrząsał shakerem przed tłumem rozchichotanych panienek i panów, którzy za wszystko płacili. Odprowadził ją wzrokiem. Kręciła zmysłowo pupą, a on na ten widok westchnął ciężko.

– Witaj, nudo! Boże, co za nuda! Tu można zakwitnąć! Kto to u licha jest, Karcz?

To była Zuza Nir. Miała na sobie jasny sportowy top i kolorowe szarawary, nazywane też spodniami Sindbada. Biorąc pod uwagę, że znajdowali się w Tunezji, można by docenić jej umiejętność adaptowania się do otoczenia, ale ona często chodziła w takich spodniach również w Polsce. Taki miała styl. Za to tutaj nikt takich nie nosił…

Mało powiedzieć, że wyróżniała się z tłumu. To, że wyglądała zupełnie inaczej niż „wakacyjna dziewczyna” w bikini, było nawet zabawne. Ten kontrast. Oczywiście była naprawdę ładna. Ładna i aż nadto praktyczna. Bardzo jasne blond włosy miała spięte w ciasny kucyk. Spodnie wyglądały, jakby narobiła w gigantyczną pieluchę, ale Karcz wiedział, że są bardzo wygodne. O sportowym staniku nie wspominając.

Nie ma co. Wyróżniała się, zwłaszcza w takim miejscu, jak tunezyjski kurort.

– Karcz, czy ty się gapisz na moje szarawary? – zapytała nagle z pretensją.

Karcz podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Zauważył, że Zuza mruży oczy, co chwilę spoglądając w ślad za opaloną ślicznotką.

Czyżby była zazdrosna?

Zuzę Nir poznał ponad rok temu w Legnicy. Była kilkanaście lat młodsza od niego, ale od razu się zakumplowali. Kilka razy nawet mu pomogła, jeżeli za pomoc można uznać wożenie Karcza co chwila do szpitala, kiedy pakował się w kolejne kłopoty. Czasem też wertowała razem z nim stare książki i dzienniki.

Ona często nazywała go w myślach „panem detektywem”, a on ją – „irytującym dzieciakiem”.

I tak już zostało.

Duet prawie doskonały. Ona w szarawarach i sportowym staniku, a on w hawajskiej koszuli i szortach. Obydwoje wyglądali jak skończone głupki.

– Co to za lachon? – zapytała ostro. – Naganiasz sobie panienki? Myślałam, że masz gust…

Karcz pokazał jej wysoko uniesiony kciuk, pomijając milczeniem to, co powiedziała.

– Jak mija dzień? – zmienił temat.

– Byłam właśnie na siłowni. Pobiegać na bieżni. Człowieeeeku… – jęknęła. – Mam nadzieję, że pojedziemy w końcu na jakąś wycieczkę, bo to miejsce mnie przeraża.

Uśmiechnął się. Lubił w niej to, że była szczera i nie przebierała w słowach.

– To znaczy?

– Ale ty jesteś głupi, Karcz! Rozejrzyj się. Jesteś archeologiem, nie? Powinieneś lubić stare rzeczy. A jedyna stara rzecz w tym hotelu to stare bogate baby z młodymi chłopakami i obrzydliwe grubasy ze złotymi zegarkami… Jeżeli mamy tu siedzieć jeszcze przez dwa tygodnie, to chyba nie wyjdę z siłowni – znowu jęknęła. – Gadam tak, jakbym była niewdzięczna?

– Nie, gadasz normalnie. Jak Zuza Nir.

– Pytam poważnie.

– Gadasz jak dziewczyna, która idzie na basen w szarawarach…

– Oj, odwal się, Karcz! Panie Hawajska Koszula – syknęła i odwróciła się od niego. Co chwilę uciekała wzrokiem w kierunku baru.

– Widziałaś moją siostrę? – zapytał po chwili.

– Taaaa – mruknęła. – Jest z Michałem na polu golfowym. Podobno zaczynają się tam dzisiaj jakieś Międzynarodowe Mistrzostwa Golfiarzy…

– Naprawdę?

– Powinni zmienić nazwę na Mistrzostwa Nudziarzy… Nie zrozum mnie źle, ale kiedy Justyna zaprosiła mnie na wakacje do Tunezji, myślałam, że będziemy zwiedzać, że przejedziemy się na wielbłądach… Wiesz, cieszę się i oczywiście jestem wdzięczna, ale…

– Przecież niedaleko są wielbłądy – zauważył.

– Karcz, w zagrodzie! A ja marzę o pustyni i podróży. O zobaczeniu czegoś więcej. WIĘCEJ, rozumiesz?!

– Rozumiem – przytaknął, a po chwili dodał: – Mam tak samo.

– Tylko nie mów Justynie, że narzekam.

– Nie powiem jej. Możesz być spokojna.

„I tak wszyscy zauważyli” – dodał w myślach.

– Dzięki, Karcz.

– Nie ma problemu – odparł.

– To powiesz mi w końcu, co to za… dziewczyna? – powtórzyła pytanie po raz trzeci, ale tym razem grzeczniej. Najwyraźniej cała sytuacja, w której znalazł się Karcz, nie przypadła jej do gustu.

– Tamta? – wskazał dziewczynę przy barze lekkim kiwnięciem głowy.

– Taaa…

Cmoknął, zastanawiając się, czy powiedzieć jej prawdę. Że umiera z nudów. Że dziewczyna jest naciągaczką. Że przyjechała tu z Polski z koleżankami na urlop i świetnie się bawi na cudzy koszt. Że wystawił się jej i od półtora dnia czekał, aż złapie haczyk.

Tylko że gdyby był z nią szczery, Zuza pewnie od razu zapytałaby, po co to robi. A on był po prostu ciekaw, czy w takim hotelu jak ten w jakikolwiek sposób weryfikowane są karty do pokoi. Czy można swobodnie korzystać z cudzych kart i czy system rejestruje każdą aktywność posiadacza. A co najważniejsze, cały czas próbował zlokalizować balkon i okna swojego pokoju. Oszacować odległość i wysokość.

– To tylko syrena – szepnął.

– Co? – zdziwiła się i podeszła bliżej, żeby lepiej słyszeć. – O czym ty gadasz, Karcz?

– Zaczepia facetów i wyłudza drinki. Polska turystka. Nie jest miejscowa.

– To tak można? – zdziwiła się, przyglądając się nadchodzącej właśnie opalonej piękności, niosącej dwa drinki: jeden dla Karcza, drugi dla siebie.

– Przystojniaku, mam nadzieję, że się nie gniewasz, ale postawiłam też drinka koleżankom – powiedziała hebanowa dziewczyna z uśmiechem, a Karcz pomyślał, że zrobiła dokładnie tak, jak przewidział. Kiedy zauważyła Zuzę Nir, obrzuciła ją lodowatym spojrzeniem, a później uśmiechnęła się z politowaniem.

– To twoja dziewczyna? Czy może przyjaciółka upośledzonego Michałka? – zakpiła.

– Karcz – warknęła Zuza. – Kto to jest upośledzony Michałek?

Dziewczyna podeszła do Karcza i ze smutną miną podsunęła mu drinka.

– Nie będę wam przeszkadzać. Jak będziesz chciał pogadać, wiesz, gdzie mnie szukać, panie…

– Tak?

– …panie z pokoju siedemset dziesięć – szepnęła.

Karcz uśmiechnął się i wziął od niej fikuśny kieliszek z palemką.

– Masz moją kartę? – zapytał.

– Miałam zajęte ręce, więc wsunęłam ją za majteczki – poinformowała go prowokacyjnie. – Wyciągniesz ją?

– Zaraz rzygnę – powiedziała Zuza wystarczająco głośno, żeby usłyszał ją każdy w promieniu kilku metrów.

– Już masz jedną rękę wolną – zauważył Karcz i na dowód swoich słów uniósł drinka w geście toastu. – Poradzisz sobie.

Hebanowa wyglądała na zaskoczoną, ale nie dała się zbić z tropu. Wyciągnęła kartę zza majtek i wręczyła mu ją z uśmiechem.

– Może jednak jesteś bardziej interesujący, niż myślałam – stwierdziła. Opuściła ciemne okulary, ukazując zielone oczy, i mrugnęła do niego.

– Rzygnę, Karcz! – powtórzyła Zuza głośniej.

– Cholera! – zaklęła dziewczyna i spiorunowała Zuzę Nir wzrokiem. Zmiana nastroju i wyrazu jej twarzy była błyskawiczna. – Przeszkadzam ci w czymś, blondyno? Nie widzisz, że rozmawiam?

Zuza przewróciła tylko oczami, co poirytowało tamtą jeszcze bardziej.

– To jest ten twój upośledzony Michaś, tak? – zwróciła się do Karcza, najwyraźniej zniesmaczona. – Wszystko teraz kumam. Elo! Spadam stąd. Bawcie się dobrze w swoim towarzystwie. I dzięki za driny…

Karcz, którego to wszystko niezmiernie bawiło, tylko się uśmiechał.

– Kim jest upośledzony Michaś? – drążyła Zuza, rozkładając ręce w geście kompletnego zdezorientowania. – O czym ona bredzi?

– Nieważne.

– Postawiłeś tej… tej dziewczynie drinka? – upewniła się z obrzydzeniem. – Dobrze słyszałam? I jej koleżankom?

„Nie ja” – pomyślał Karcz.

– Rachunek jest na pokój, a za pokoje płaci Michał Karmelita. Za twój też. Poużywaj sobie. Postaw jakiemuś chłopakowi z siłowni napój izotoniczny.

Zuza Nir zamrugała, jakby nie zrozumiała ani jednego słowa. Jakby komputer wewnątrz jej głowy przegrzał się na ułamek sekundy.

– Nie rozumiem, Karcz. Myślałam, że to twoja siostra płaci za nasze wakacje.

Nie skomentował tego, tylko wręczył jej kieliszek z palemką.

– Smacznego – powiedział. – To pyszny moktajl. Wrócę za piętnaście minut.

Zuza przyjrzała się szklance.

– Ja nawet nie wiem, co to takiego… Co to jest moktajl, Karcz?

Nie słuchał jej. Lekkim krokiem szedł już w kierunku hotelu. Jeszcze kilka razy spróbował znaleźć swój balkon i ocenić odległość od znajdującego się piętro wyżej apartamentu.

Jeżeli nie uda się z kartą, będzie musiał spróbować innego sposobu.

Ale z drugiej strony – dlaczego miałoby się nie udać?

***

W recepcji powitał go uśmiechem czarnoskóry mężczyzna w eleganckim uniformie z nazwą hotelu na krawacie. Miał okulary i zadbany zarost na twarzy. Każda z osób zatrudnionych w hotelu wyglądała, jakby na co dzień pracowała w telewizji. Te same uśmiechy i spojrzenia.

„Justyna musi mieć wrażenie, że w ogóle nie wyszła z pracy” – pomyślał.

– Moja siostra i ja zgubiliśmy karty do pokoju – powiedział Karcz po angielsku, opierając się o długi na kilkanaście metrów blat. Ściągnął ciemne okulary, złożył je i wsunął do kieszonki na piersi. Recepcjonistów i recepcjonistek było więcej. Przypominało to trochę salę odpraw na lotnisku, tylko że tutaj traktowano człowieka z przesadną nadgorliwością.

Recepcjonista z profesjonalnym uśmiechem prześwietlił go spojrzeniem, a później wystukał coś na klawiaturze.

– Pana nazwisko? – zapytał. Miał ładny, wyuczony akcent.

– Karcz – odparł. – K-A-R-C-Z… Robert.

– Pana siostra również?

– Tak. Oczywiście.

– Obydwoje zgubiliście karty? – dopytywał.

– Tak. Ja mam pokój osobno, ona jest w apartamencie. K-A-R-C-Z. Justyna, zupełnie jak JUSTIN, ale z Y.

– Tak, widzę państwa w systemie. Pański pokój ma numer siedemset dziesięć, a pana siostra… ma apartament B2, tak?

Recepcjonista podrapał się po twarzy. Wyraźnie się wahał.

– Och… – powiedział Karcz nagle, wyciągając z kieszeni kawałek plastiku. – Mam przy sobie polski dowód osobisty. Paszporty mamy w pokojach… jeżeli to pomoże.

Recepcjonista spojrzał na dokument z orzełkiem i zdjęciem potwierdzający tożsamość i wyraźnie poczuł ulgę. To ułatwiało sprawę.

– Gdzie państwo zgubili karty?

Karcz podrapał się po głowie.

– Niestety, nie wiem. Gdybym wiedział, spróbowałbym je znaleźć… Moja siostra poszła teraz z panem Karmelitą… Jak „karmel” przez K i ITA na końcu…

Recepcjonista po raz ostatni zerknął na ekran komputera. Przeczytał coś i kiwnął głową. Opłaty za dwa pokoje i apartament dokonano w dniu przyjazdu kartą kredytową zarejestrowaną na nazwisko Karmelita. Musiał przeczytać tę informację.

Wersja Karcza zgadzała się w stu procentach.

Recepcjonista znowu posłał mu profesjonalny uśmiech.

– Proszę dać mi chwilę – odpowiedział. – Pańska karta do pokoju… To ciekawe… robił pan zakupy w barze przy basenie? Kilkanaście minut temu?

Karcz nabrał powietrza i zrobił minę skończonego głupka.

– Nie – odpowiedział z pełnym przekonaniem. – Nie ma takiej możliwości. Nawet nie zbliżyłem się do baru od dwóch dni.

– Osiem drinków?

– Na pewno nie.

– Jest pan pewien?

– Oczywiście – mina głupka ustąpiła miejsca sztucznej irytacji. – Ile razy mam powtórzyć?

Recepcjonista struchlał.

– Możemy sprawdzić zapisy z kamery, jeżeli pan sobie życzy, ale…

– No pewnie, że chcę!

***

Karcz został zaprowadzony do ukrytego pomieszczenia za recepcją. Długi korytarz, rząd krzeseł i drzwi, każde opisane znaczkami. Biuro parkingu, biuro recepcji, kierownik piętra i tak w nieskończoność. Przy każdych drzwiach elektroniczny zamek na kartę albo na kod.

Recepcjonista kazał mu zaczekać pod drzwiami ze znaczkiem „monitoring”. Po kilku chwilach drzwi otworzyły się, a recepcjonista zaprosił go do środka uprzejmym gestem.

Pokój był ogromny i panował w nim półmrok. Siedziały w nim cztery osoby, każda otoczona ekranami.

– Niech pan spojrzy na ten duży ekran – odezwał się recepcjonista. – To bar…

Ujęcie pokazywało tłum kobiet i mężczyzn znad głowy barmana.

– Ta kobieta zapłaciła za drinki, używając pana karty. Zna ją pan?

Hebanowa dziewczyna i jej koleżanki przy barze. Każda z drinkiem w wymyślnym kieliszku z parasolką. Nie żałowały sobie.

Karcz pokręcił głową.

– Pierwszy raz ją widzę na oczy.

Recepcjonista westchnął.

– Możemy sprawdzić resztę nagrań… Zwrócimy panu koszt drinków…

– Nie, nie ma potrzeby – przerwał mu Karcz. Próbował zachować spokój i brzmieć obojętnie, ale wszyscy czterej pracownicy monitoringu zerknęli na niego. – Szkoda czasu. To moja wina. Nie pilnowaliśmy swoich kart… Proszę koszt tych drinków dopisać do rachunku. Zapłacę za swoją głupotę. Proszę tylko zablokować natychmiast obydwie karty i wydać mi duplikaty.

– Na pocieszenie dodam, że na karcie pana siostry nie ma żadnych transakcji.

– Oooo, świetnie. Bardzo się cieszę. Panowie, dobra robota. Przepraszam za kłopot – zwrócił się do pracowników ochrony. Dwóch pokręciło głową i uśmiechnęło się z zażenowaniem, a dwóch pozostałych mruknęło coś w podziękowaniu.

Karcz ostatni raz rzucił okiem na ekran, na którym w stopklatce została utrwalona hebanowa dziewczyna pochylona nad specjalnym terminalem. Uśmiechała się. W dłoni trzymała jego kartę.

„Na zdrowie” – pomyślał.

Kiedy wrócili na recepcję, czarnoskóry mężczyzna usłużnie wydał mu duplikat karty do pokoju numer siedemset dziesięć.

– A karta mojej siostry?

– Będzie musiała podejść po nią osobiście – poinformował go grzecznie. – Jej stara karta jest już zablokowana.

Karcz skrzywił się.

– Podobno przy płaceniu kartą sprawdzacie tożsamość w systemie – powiedział z pretensją. – Dlaczego moją kartą zapłaciła jakaś dziewczyna? Znam politykę hotelu. Wiem, że jest to dla was priorytetowe. Są tu bardzo ważni ludzie. Wyglądam jak tamta dziewczyna z nagrania? Chyba nie…

– Nie, proszę pana – przyznał zakłopotany recepcjonista.

– Tak właśnie myślałem. Miły z pana człowiek, a ja nie robię panu problemów, ale – kontynuował Karcz tonem nieznoszącym sprzeciwu – siostra prosiła mnie, żebym zablokował jej kartę i wziął nową, więc chciałbym to zrobić. Po prostu. Teraz!

Recepcjonista przez chwilę bił się z myślami, aż w końcu podsunął mu nową kartę do apartamentu B2, w którym nocowali Justyna Karcz i Michał Karmelita.

– Jeszcze raz bardzo pana przepraszam – powiedział recepcjonista. – Udanego pobytu. Jestem do pana dyspozycji.

Karcz wziął kartę, kiwnął w jego kierunku głową i odszedł.

Serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Czuł kopa adrenaliny. Było to przyjemne, ale też ryzykowne.

Być może zaczną przeglądać nagrania i chociaż był prawie pewien, że wybrał miejsce, w którym nie uda się go zidentyfikować, musiał brać pod uwagę, że się pomylił. Że mogą zobaczyć, że jednak rozmawiał z hebanową dziewczyną przed i po zakupach. A może po prostu to zignorują i uznają temat za zamknięty? Może uznają, że jest zwykłym naiwniakiem, którego orżnęła inna polska turystka? Mogło być różnie. Nie wiedział, który ze scenariuszy się ziści, ale w każdym przypadku musiał się śpieszyć, jeżeli miał zamiar zrobić to, co planował.

Ostatni raz rozejrzał się po ogromnym i pięknym holu. Kiedy wszedł do windy, użył karty z numerem B2. Usłyszał cichy dźwięk skanera i drzwi zasunęły się, zamykając go na trzy minuty w wielkiej puszce.

***