Miasto marzeń - Elżbieta Ruman - ebook
Opis

Trzeba marzyć, bo to właśnie marzenia zmieniają świat – powiedziała Małgosia Kożuchowska rozpoczynając niezwykłe wydarzenie w jednym z rzymskich kościołów.

To przygoda, która trwa – a którą rozpoczęło spotkanie autorki książki, Elżbiety Ruman z aktorką Małgorzatą Kożuchowską. Od 10 lat, razem przeżywają wielkie przygody i spotkania z wyjątkowymi ludźmi. Towarzyszą im miłość, zdrada, łzy , cuda i wielka wiara rodząca nadzieję tam, gdzie widać było tylko cierpienie i zgliszcza.

Książka „Miasto marzeń" wprowadza w świat w którym wszystko jest możliwe, świat widziany oczyma aktorki Małgorzaty Kożuchowskiej i autorki książki, dziennikarki, Elżbiety Ruman.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 199

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta, skład i łamanie

Lidia Ciecierska

Projekt okładki

Oficyna Wydawnicza Edytor.org

Zdjęcie na okładce

Agata Dyka

© Copyright by Elżbieta Ruman, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7823-532-3

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział 1

Konkurs

Warszawa, grudzień 2005 rok

Grudniowy wieczór był wyjątkowo mroźny. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, ciemności rozpraszane były setkami światełek choinkowych, a neonowy pajac, któremu nakazano udawać św. Mikołaja, smętnie pobłyskiwał na rogu Okopowej. Wjechałam na pusty plac parkingowy. W czasie gorączki przedświątecznych zakupów, restauracje świeciły pustkami. Skulona pod płotem psina ożywiła się, spoglądając na mnie z nadzieją.

– Chodź maleństwo – wyciągnęłam do niego resztkę mojej pracowniczej kanapki. Wyglądała dość smętnie, ale pies z wdzięcznością wyrwał chleb z mojej ręki.

Naciągnęłam na głowę ulubioną błękitną czapeczkę. Mój projekt wymagał udziału jednej z najpopularniejszych polskich aktorek, więc nie miałam zamiaru wejść na spotkanie z nią z zamarzniętym mózgiem. Bogdan Sadowski, zastępca szefa redakcji programów katolickich TVP, jezuity Andrzeja Majewskiego, od początku popierał mój pomysł – atrakcyjne ukazywanie dobra w cotygodniowych programach redakcji katolickiej Telewizji Polskiej. Do podejmowanych w programach tematów przyciągnąć miała widzów uwielbiana przez miliony fanów aktorka.

Projekt mojego autorstwa pt. „Talenty” wygrał redakcyjny konkurs na nowy program o tematyce rodzinno-społecznej. Szef redakcji, ks. Majewski, postanowił – niestety – nie zmieniać tytułu istniejącego już, choć dogorywającego, cyklu, uzasadniając tę decyzję „przyzwyczajeniem” widzów do tytułu i czołówki. A więc stary tytuł: „My Wy Oni” dostał zupełnie nową – zaprojektowaną przeze mnie – zawartość. Teraz jeszcze musiałam przekonać do pomysłu samą Małgorzatę Kożuchowską, co większość kolegów uważała za niemożliwe. Jedynie Bogdan obiecał mi wsparcie redakcyjne w trakcie rozmowy z Gwiazdą.

W myślach układałam sobie argumenty: „Projekt jest rewelacyjny, potrzebuje tylko wyjątkowej prowadzącej” (na początek dobre pochlebstwo…). „Chcę pokazać widzom świat pełen dobra i nadziei – i mam nadzieję, że pani Kożuchowska tej nadziei im nie chce zabierać” (lekkie wymuszenie). „Ważną postacią w projekcie jest Jan Paweł II. Program jest szansą na mówienie o nim nawet tym widzom, którzy włączą telewizor tylko dlatego, żeby zobaczyć co o papieżu powie Gwiazda” (wiedziałam z własnego wywiadu, że Małgosia Kożuchowska bardzo go ceni). „Jeśli ona się nie zgodzi, to programu nie będzie. Jej udział jest warunkiem emisji cyklu na antenie TVP1” (lekki terror i ostatnia deska ratunku).

Umówiłyśmy się w kawiarni na Woli. Zbliżała się 17.30. Dochodząc do lokalu, zobaczyłam z ulgą, że redaktor Sadowski już czeka przy drzwiach wejściowych. Tupał głośno, usiłując ogrzać zziębnięte w eleganckich trzewikach stopy.

– Pani Kożuchowskiej jeszcze nie ma – przywitał mnie. – Mam nadzieję, że masz dla niej dobre argumenty.

– Jasne – odpowiedziałam. – Wiem, że muszę mieć i że na pewno nie są to argumenty finansowe.

– Ha, ha – zaśmiał się kolega. – To nie nasza wina, że Telewizja przeznacza raczej „biedne” środki na nasze programy. Ale jeśli nie mamy środków na gwiazdorskie honorarium, to musimy mieć choć jakiś pomysł…

O to się nie martwiłam, w końcu to ja jestem od pomysłów. Obawiałam się tylko, jak odbierze je popularna aktorka. Dotąd nie poznałam jej osobiście. Wiedziałam tylko, że jest torunianką, ma dwie siostry, i że z wielką wrażliwością i talentem wchodzi w powierzone jej role. Tylko intuicja mówiła mi, że to osoba, która znajdzie treść w bliskich mi tematach. A więc warto spróbować.

Usiedliśmy przy stoliku, ukrytym za porośniętym pnączami przepierzeniem. Zamówiliśmy dwie kawy.

– Trzy! – zawołałam do odchodzącej kelnerki.

W drzwiach pojawiła się Kożuchowska i byłam pewna, że zapach kawy pomoże naszym rozmowom.

Blond włosy schowane pod dużą czarną czapką, puchowy płaszczyk. Szybko nas zauważyła i wyciągnęła rękę na powitanie.

– Małgosia – powiedziała. Jej bezpośredniość natychmiast stopiła osiemdziesiąt procent lodu niepewności, jaki właśnie mnie obezwładniał.

– No i co to za pomysł? – rzuciła, badawczo mierząc nas wzrokiem.

Redaktor Sadowski z kurtuazją odebrał okrycie Małgosi i zaniósł na stojący niedaleko drewniany wieszak. Kelnerka postawiła przed nami filiżanki z kawą.

– O, jest i dla mnie? Świetnie, dziękuję. Od razu zacznijmy, bo troszkę się obawiam, że nie nadaję się na panią redaktor.

– Oj, spójrzmy od razu pozytywnie – rzuciłam. Dla mnie to była jedyna droga.

W rozmowie telefonicznej przedstawiłam aktorce pomysł cyklu i sposób realizacji programu. Jej rola to bycie gospodarzem programu i rozmowy z jego bohaterami. Mówiłam, że pierwotny tytuł cyklu, „Talenty”, wypływa z pomysłu, aby pokazywać „talent do czynienia dobra”, a więc poznawać ludzi, którzy się nie poddają, odbijają od dna, przemieniają życie swoje i innych oraz miejsca, w którym na przekór złu i trudnościom, dzieje się dobro. Wiele mediów żyje z epatowania złem i przemocą, nawet programy informacyjne – niezgodnie z etyką dziennikarską – zaczynają się od wypadków i tragedii. Mój pomysł na cotygodniowe programy redakcji katolickiej TVP1 polega na „szukaniu dobra w świecie i atrakcyjnym przybliżaniu go widzom”, jak napisałam w merytorycznym uzasadnieniu projektu…

– Atrakcyjne pokazywanie dziejącego się w świecie dobra to unikalny projekt w dzisiejszych mediach. Potrzebuję wyjątkowej prowadzącej – odważnie rzuciłam pierwszy z pomostów.

– Ela, sam pomysł jest świetny, ja też uważam, że to, co dobre trzeba pokazywać w mediach profesjonalnie, i że katolicki to nie znaczy „zgrzebny”. Ale dlaczego ja? Nie jestem redaktorem, tylko aktorką. Nie umiem prowadzić programu (Kożuchowska sięgnęła po cukiernicę).

– Chciałabym, żebyś w programie była sobą, nie panią redaktor. Wyobrażam sobie, że pytania, które będziesz zadawała naszym bohaterom, będą twoimi autentycznymi pytaniami; takimi, jakie pewnie zadawaliby także widzowie po obejrzeniu reportażu filmowego z ich historiami.

– To jest redakcja katolicka, tak? – zapytała aktorka. Patrząc troszkę zbyt poważnie, ostrożnie mieszała parującą kawę.

– Tak – odpowiedziałam. Wiedziałam, że Kożuchowska jest osobą wierzącą. Czasem z daleka widywałam ją w kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu.

– No właśnie… – Małgosia zamyśliła się. – Ja jestem aktorką, gram różne role – nie zawsze „święte” – spojrzała pytająco na redaktora Sadowskiego. Jej niebieskie oczy i długie blond włosy sprawiały, że – grając poważne role – wyglądała jak nastolatka.

– To oczywiste – Bogdan przejął pałeczkę. – Katolicki to znaczy powszechny, więc podejmujemy wszystkie tematy związane z życiem i jego dylematami. Z tego, na ile poznałem projekt Eli, wiem, że są to również bardzo kontrowersyjne tematy, a więc niczego się nie boimy. To normalne, że aktor wchodzi w różne historie i postacie.

Rozmowa się przeciągała, a ja modliłam się do świętych od spraw beznadziejnych – św. Rity, św. Antoniego, a nawet św. Krzysztofa. Widziałam, że decyzja aktorki nie jest oczywista.

– Może zróbmy jeden program – rzuciłam, patrząc z nadzieją na Małgosię Kożuchowską.

– Dobry pomysł! – poparł mnie Bogdan Sadowski. Spokojny i stonowany stwarzał mocne podstawy do rozmowy.

– Tym bardziej, że jeśli się nie zgodzisz, to cyklu po prostu nie będzie – dorzuciłam. – Szef redakcji postawił warunek: będzie pani Kożuchowska, będzie cykl… Może brzmiało to troszkę żałośnie, ale sytuacja dziennikarzy w Telewizji nie jest komfortowa. Wszelkie zgłaszane przez nas projekty, zanim znajdą się na antenie, są opiniowane przez wiele osób, czasem zupełnie inaczej patrzących na świat.

– No ładnie – aktorka była wstrząśnięta. – Terrorystka – dodała, patrząc na mnie. Widziałam jednak iskierki w jej oczach.

– A więc OK! Jeden program.

Małgosia wstała.

– Pędzę dalej. Mam jeszcze 18 stron roli do nauczenia na jutro. Czyli – tak, jak pisałaś – spotykamy się w czwartek, na Woronicza. Czekam na scenariusz. Do zobaczenia.

Otuliła się płaszczem i już jej nie było. Patrzyliśmy w ślad za nią, podmuch zimnego powietrza wtargnął przez otwierane drzwi. Szybko wsiadła do samochodu i zniknęła.

– Dwie łyżeczki – powiedziałam.

Redaktor Sadowski spojrzał na mnie z niepokojem…

– Dwie łyżeczki? – powtórzył zdziwiony.

– Sypie dwie łyżeczki cukru do kawy, a ja myślałam, że pije gorzką. Jest taka szczupła.

Byłam pod wrażeniem naturalności aktorki, żadnego „gwiazdorzenia”, jak mówimy na Woronicza o tych aktorach, którym popularność zdecydowanie zaszkodziła. Jest otwarta, szczera i po prostu miła.

– Nie wierzyłem, że ci się uda, a widzę, że jesteś zachwycona – redaktor Sadowski spojrzał na mnie z uznaniem. – Wygląda na to, że po prostu ona się zgodziła!

Wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie.

– Wyjdziemy razem, dzięki za współpracę. Zgodziła się na jeden, ale postaram się, żeby moi bohaterowie wciągnęli ją na dłużej.

To był stresujący wieczór, ale założyłam, że interesuje mnie tylko sukces. Czytałam, że najlepiej prosperujące biznesy zaczęły się od marzenia o tym, co według innych jest niemożliwe, i że podstawą powodzenia jest pozbycie się lęku. Spróbowałam, stosując jeszcze dodatkowe, nieśmiałe wymuszęnie na rzeczywistości, wsparte pomocą Niebios – niektórzy nazywają to wrodzonym optymizmem. Wyszliśmy w mroźny wieczór, a ja z wdzięcznością spojrzałam w rozgwieżdżone grudniowe niebo.

„Nie wiem, kto z Was mi pomógł” – myślałam. Prosiłam Jana Pawła II, ale też św. Ritę od spraw beznadziejnych. – Dzięki Wam Wszystkim – uśmiechnęłam się do bezgranicznych przestworzy.

Małgosia Kożuchowska już pojechała. Za tydzień zaczynamy.