143 osoby interesują się tą książką

Opis

To oni tutaj rządzą!

Dwudziestotrzyletnia Emma Greene odnajduje swoje miejsce w małym mieście niedaleko Nowego Jorku. Wydaje się, że kobieta może w końcu zacząć szczęśliwy rozdział swojego życia, jednak nagle w miasteczku, które miało być jej ostoją, władzę przejmuje mafia.
Wielu mieszkańców postanawia się wyprowadzić, ponieważ nie wytrzymuje napięcia związanego z przybyciem niechcianych gości. Emma nie zamierza tego robić, wręcz przeciwnie. Nowi sąsiedzi niezwykle ją interesują, wręcz fascynują. I bacznie im się przygląda.
Myślała, że to ona obserwuje ich, ale bardzo się myliła. Oni od dawna mają ją na oku, szczególnie ich szef, Arthur Rossi. Kiedy Emma staje się świadkiem mafijnych gierek, Arthur w końcu będzie miał pretekst, aby się do niej zbliżyć.
Mogła uciec.
Miała wybór.
On jej na to pozwolił.
Ale tego nie zrobiła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Kinga Litkowiec Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2020 Wszelkie Prawa Zastrzeżone All rights reserved
Redakcja: Agata Wołosik-Wysocka
Korekta: Anna Strączyńska Magdalena Zięba-Stępnik
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Przygotowanie okładki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8178-299-9
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.
.

„Nie ma miłości bez ryzyka. Autorka bardzo dobrze o tym wie. Snuje swoją opowieść w zmysłowy, często brutalny sposób, fundując czytelnikowi skrajne emocje. Elektryzujący debiut, który zachwyci wszystkie fanki gatunku”.

K.C. Hiddenstorm, autorka

„Gorący debiut, który wbija w fotel z każdą przeczytaną stroną. Historia Emmy i Arthura jest czymś, na co od dawna czekałam. Główny bohater na pewno rozpali żar w sercu, a postać Emmy zauroczy każdą fankę niegrzecznych mafijnych powieści z nutą romantyczności”.

Cassie D., @world_of_casie

„To elektryzująca i wciągająca w niebezpieczny mafijny świat historia. Autorka zabierze Was w mroczną przygodę, gdzie rozgrywa się walka o miłość i władzę”.

Agata Sobczak, @dangerous_love98

„To elektryzujący z zaostrzoną nutką pikanterii debiut. W tej książce znajdziecie nietuzinkową historię dwojga ludzi, którzy odnajdują miłość w świecie opanowanym przez przemoc. Polecam!”.

Ana Rose, autorka

PROLOG

Nazywam się Emma Greene i mam dwadzieścia trzy lata. Mieszkam w małym miasteczku w pobliżu Nowego Jorku, w miejscu, które nie bez powodu zostało nazwane miastem mafii. Dwa lata temu niezwykle niebezpieczni ludzie postanowili zbudować swoje domy właśnie tutaj, tworząc sobie zaplecze mieszkalne z naszej małej miejscowości. Wiele osób ze strachu przed nimi postanowiło stąd wyjechać i nigdy nie wracać.

Wraz z przybyciem mafii wiele się zmieniło. Może to dziwne, ale wydaje mi się, że na lepsze. Wszystko zaczęło mieć pewnego rodzaju ład i porządek. Lokalni menele przestali zaczepiać ludzi na ulicach. Woleli zaszyć się w swoich melinach. Spadła przestępczość. Właściwie można też powiedzieć, że nie miał już kto popełniać tych przestępstw. Znacznie spadła liczba mieszkańców, także tych, którzy nie szczycili się kręgosłupem moralnym.

W naszym miasteczku rządzi trzech braci, a to, co się mówi o ich bezwzględności, wzbudza ogromny strach wśród ludności. Na ich temat krążą niemal legendy i mało kto ma na tyle odwagi, żeby mówić o nich na głos. Historie o ich życiu przekazywane są w zaufanym gronie. Skąd ludzie o nich tyle wiedzą? Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, czy wszystkie te opowieści są prawdziwe. Jednak z pewnością mieszkam przerażająco blisko mężczyzn, którzy mogą mnie zabić gołymi rękami i nikt nic na to nie poradzi.

Skąd ta pewność? Po prostu to wiem. Czasami ich widuję, chociaż oczywiście z nimi nie rozmawiam. Czy się boję? Trochę. Ale nie jest to paraliżujący strach. Raczej obawa, że coś może mi się stać. Jednak mafia już dawno opanowała miasto i do tej pory żaden z mieszkańców nie zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Paradoksalnie, tak jak mówiłam, liczba przestępstw w mieście znacznie zmalała. Oni tu rządzą i ustalają reguły. Nic nie odbywa się bez ich wiedzy i zgody. Są królami tego miejsca. Nikt nie odważyłby się im przeciwstawić.

Randall to ich miasto...

1

Już nie śpię. Po prostu patrzę tępo w sufit. Dociera to do mnie dopiero po chwili. Muszę wstać. Powtarzam sobie jak mantrę. W domu panuje kompletna cisza. Za oknem też. Nie wiem, która jest głośniejsza. Odwracam wzrok w kierunku okna i widzę, że dzień powoli wstaje. Jest kwiecień i wiosna wyraźnie obudziła się już do życia. Wszystko kwitnie, a drzewa zaczynają się zielenić.

Bardzo lubię poranki, bo są jak niezapisane kartki. Wszystko można zrobić od nowa, lepiej. Kiedyś budziły mnie różne dźwięki, teraz budzi mnie cisza. Tak jest lepiej, mówię sobie i prawie w to wierzę.

Leniwie zaczynam zbierać się do pracy. Jestem zmęczona, znowu się nie wyspałam. Wczoraj Olivia wysłała mi kolejny film o mafii, z informacją, że to coś naprawdę dobrego. Kiedy tylko zobaczyłam, że porywają tam jakąś kobietę, wiedziałam, że dłużej nie dam rady tego oglądać. Nie winię za to Olivii. Ona przecież nic nie wie. Nikt o tym nie wie...

I znów się zamyśliłam. Spoglądam na zegar, uświadamiając sobie, że jest bardzo późno, a ja nawet się nie ubrałam. Biegnę do swojego pokoju, otwieram szafę i wyciągam z niej pierwsze lepsze ubrania. Nie mam wielkich wymagań, oprócz tego, żeby były czyste. Padło na czarne rurki i niebieski sweter, którego nawet nie lubię, ale jest jakieś piętnaście stopni, a ja nienawidzę marznąć. Szybko wszystko zakładam na siebie. Rezygnuję z pełnego makijażu, maluję tylko rzęsy, po czym w pośpiechu wychodzę z domu. Na chodniku sprawdzam zawartość torebki, upewniając się, czy niczego nie zapomniałam. Wygląda na to, że nie.

Po chwili dochodzę do przejścia dla pieszych i tak jak każdego dnia znów stoję przed wyborem: przejść przez ulicę i iść do pracy drogą, przy której znajdują się domy mafiosów, czy iść prosto i przejść dopiero na kolejnych pasach. Zawsze mam ten sam dylemat i zawsze dokonuję tego samego wyboru. Biorę kilka wdechów i przechodzę przez przejście. Gdy jestem po drugiej stronie ulicy, sprawdzam w telefonie godzinę. Mam jeszcze dwadzieścia minut. Zdążę. Chyba.

Kiedy wchodzę na ulicę, którą wszyscy mieszkańcy nazywają „ulicą mafii”, automatycznie zwalniam. Ze strachu? Niezupełnie. Gdyby kierował mną strach, nie chodziłabym tędy, tak jak większość ludzi tego nie robi. U mnie wygrywa chora fascynacja niebezpiecznym życiem. Z jakiegoś powodu lubię przyglądać się domom mafiosów.

Pamiętam jeszcze stare fabryki, które stały dokładnie w tych miejscach przed wyburzeniem. Kilka dni po mojej przeprowadzce tutaj, wszystkie te budynki zostały zrównane z ziemią. Niedługo później każdy mieszkaniec już wiedział, kto wykupił to wszystko. Miasto praktycznie opustoszało w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, zostali tu nieliczni. Co prawda niektórzy mieszkańcy wrócili, gdy okazało się, że nic nam jednak nie grozi. Trzech braci, którzy rządzą tym miejscem, zapewniło nas, że o ile my nie będziemy stwarzać problemów, oni także tego nie zrobią. Swoje „interesy” załatwiają w innych miastach. Tutaj tylko mieszkają.

Po chwili zatrzymuję się na kilka sekund przed domem Lucasa. To najmłodszy z braci. Jego dom przypomina dworek w nowoczesnym stylu, który wydaje się odzwierciedlać charakter i wygląd swojego właściciela. Na pozór ładny domek, kryjący za swoimi drzwiami niebezpieczeństwo. Lucas nie przypomina wyglądem bezlitosnego gangstera. Jest bardzo przystojnym blondynem o delikatnych rysach twarzy i niebieskich oczach. Choć jeśli o oczach mowa, zazwyczaj ukrywa je za przeciwsłonecznymi okularami. Niezależnie od pory dnia i roku. Tylko dwa razy widziałam Lucasa bez nich i to tylko przez kilka sekund. Mimo dzielącej nas odległości, tych oczu nie dało się przeoczyć.

Obok domu Lucasa znajduje się posiadłość Ethana, średniego z braci. Nie zatrzymuję się przed nią zbyt często, a jeśli już, to na ułamek sekundy. Zawsze ktoś jest na zewnątrz, dzisiaj dwóch postawnych mężczyzn spaceruje po ogrodzie niedaleko wysokiej bramy. Gdy tylko ich zauważam, spuszczam głowę i idę dalej. Ten dom kojarzy mi się z willą, której posiadacza trochę poniosło. Nie lubię takich budynków, wszystkiego jest tutaj za dużo. Drobna cegła stroi każdą ścianę, a złoto-czarne zdobienia na oknach podkreślają efekt, na jaki najwyraźniej liczył właściciel, czyli przepych i bogactwo. Jednak nie wszyscy oceniają ten dom tak krytycznie jak ja. Moja przyjaciółka Olivia wielokrotnie zachwycała się zarówno Ethanem, jak i miejscem, w którym mieszka. Kiedyś odbyła się tam wielka impreza. Oli, idąc przez park, spotkała grupę ludzi, która została tam zaproszona. Wśród nich znajdował się jej były chłopak. Rozstała się z nim w przyjacielskich stosunkach, więc kiedy ten zaproponował jej, by dołączyła do nich, nie wahała się ani chwili. Potem przez kilka tygodni słuchałam, jak niesamowity dom w środku ma Ethan, i że jest sto razy piękniejszy, niż sobie wyobrażała, a jego właściciel jest tak boski, że nie może przestać o nim myśleć. Od tego wydarzenia minęło już osiem miesięcy, ale ona wciąż to rozpamiętuje. Ethan nie zamienił z nią nawet słowa, a Oli i tak jest w nim zakochana po uszy. Uwielbia jego pociągłą twarz, oliwkową karnację, brązowe oczy i zawsze idealnie ułożone włosy. To jej słowa.

Kiedy przechodzę obok ostatniego domu, znajdującego się na tej ulicy, moje serce nieco przyśpiesza. Zerkam ostrożnie w stronę posiadłości, by upewnić się, że nikogo nie ma na zewnątrz. Jest chyba największa ze wszystkich, ale na pierwszy rzut oka wcale nie sprawia takiego wrażenia. Ten biały, dwupiętrowy budynek z drewnianymi elementami wygląda naprawdę niesamowicie. Zawsze chciałam mieszkać w takim domu, choć szansa na to, że kiedyś tak się stanie, jest równa zeru. Moja pensja ledwo wystarcza mi na czynsz i jedzenie, a czasami nawet na to brakuje. To mi przypomniało, że w tym miesiącu wyjątkowo niecierpliwie czekam na moją wypłatę. Mój portfel jest już pusty i będzie mi ciężko przez najbliższe dni. Wzdycham, kiedy po raz kolejny uświadamiam sobie, w jak beznadziejnej jestem sytuacji. No nic, musisz zaciskać tyłek i zarabiać na tę swoją nędzną pensyjkę, bo może być jeszcze gorzej.

Te myśli sprawiają, że z wrażenia, zamiast iść dalej, dzisiaj znowu zatrzymuję się przed mijaną posiadłością na dłuższą chwilę. Pewnie nie zachwycałabym się nią tak bardzo, gdyby nie fakt, że jej właścicielem jest najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Co za pech, że jest mafiosem. Arthur, bo tak ma na imię, podobno ma na ciele tatuaż przedstawiający węża oplatającego krzyż. Nie wiem, czy to prawda, jednak mówią na niego Kobra, więc może coś w tym jest.

Mężczyzna jest wysoki i idealnie zbudowany, ma ciemną karnację, perfekcyjnie ułożone brązowe włosy i ciemne, niemal czarne, oczy. Mówi się, że to właśnie on sprawuje największą władzę z racji wieku. Myślę, że sam jego wygląd już budzi respekt.

Spoglądam na ten dom jeszcze przez chwilę, po czym sprawdzam godzinę. Cholera, przeklinam w myślach, gdy biegnę w stronę baru, w którym pracuję. I tak nie zdążę, ale może będę przed Tessą. Z przyśpieszonym oddechem wbiegam do baru, rozglądając się po pomieszczeniu. Olivia właśnie wyciera ladę, a kiedy mnie zauważa, odkłada ścierkę i podchodzi bliżej.

– Znowu się spóźniłaś. Masz szczęście, że nie ma szefowej. – Oli marszczy czoło i śmieje się głośno.

Cieszę się, że pracuję z moją przyjaciółką. Niejednokrotnie tłumaczyła mnie przed Tess, choć sama nie wie, dlaczego tak często się spóźniam. Olivia nie ma pojęcia, że nie potrafię oprzeć się pokusie oglądania jego domu, wpadając w trans i tracąc kontakt ze światem. Wiem, że powinnam w końcu zmienić moją trasę i iść do pracy drogą, którą wracam. Jest niewiele dłuższa, ale przejście nią zajmuje mi o wiele mniej czasu. Nie wracam z pracy „ulicą mafii”, ponieważ jest wtedy zbyt późno na spacery po tak niebezpiecznej okolicy. Dla własnego dobra powinnam nie robić tego też rano. Ale jak widać, nie mogę się oprzeć.

Kiedy zdejmuję płaszcz, zauważam przerażoną Tessę, która właśnie weszła do baru.

– Dziewczyny, ubierajcie się szybko, odwiozę was do domów! – krzyczy z paniką w głosie.

– Dlaczego? Co się stało? – pytam szefową, obserwując, jak jej twarz robi się coraz bardziej blada.

– Podobno szykuje się nam wojna gangów. Ktoś ukradł braciom sporo pieniędzy. Nikt nie jest bezpieczny, dopóki nie znajdą kasy. Ludzie zamykają sklepy i biura. My też nie będziemy ryzykować. No już, ubierajcie się szybko!

Po dwóch minutach jesteśmy już w samochodzie, Tessa wybiera trasę, tak żeby ominąć ulicę mafii. Najpierw odwozi Olivię, która wydaje się bardziej podekscytowana niż przerażona. Myślę, że powinnam porozmawiać z nią na temat filmów, które ogląda. Mam coraz większą pewność, że mącą jej w głowie.

–  Dajcie znać, jak dojedziecie do domu. – Olivia trzaska drzwiami, a po chwili znika, wchodząc do klatki w swoim bloku.

Dostrzegam, że Tessa jest bardzo zdenerwowana. W lusterku widzę jej oczy, są przerażone i nieobecne. Ściska kurczowo kierownicę i co kilka sekund rozgląda się na boki.

Mijamy właśnie stary park, do którego mało kto już zagląda, pewnie dlatego, że jest zniszczony i bardzo zaniedbany. Ciężko odnaleźć w nim jakąkolwiek ścieżkę. Nagle zauważam dwie sylwetki biegnące między krzakami w kierunku ruin. Tessa nie jedzie zbyt szybko, więc mam chwilę, by się im przyjrzeć. To dwóch chłopaków. Wyglądają na młodych. Choć z tej odległości może mi się tak tylko wydawać. Gdy znikają z zasięgu mojego wzroku, opieram głowę o zagłówek fotela.

Kim oni byli? Nie widziałam ich wcześniej, to na pewno nie są ludzie z tego miasta. Chyba że, po prostu ich nie rozpoznałam. Po chwili dociera do mnie coś jeszcze, ważny szczegół, na który wcześniej nie zwróciłam uwagi. Walizka. Jeden z nich biegł z ogromną walizką.

Co w niej było? Ubrania? A może pieniądze? Muszę przestać się nad tym zastanawiać.

Dopiero gdy zatrzymujemy się pod moim domem, natrętne myśli się ulatniają. Tessa odwraca się w moją stronę.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, zadzwoń do mnie. Nigdzie nie wychodź, siedź w domu i nikomu nie otwieraj drzwi. Masz co jeść?

Kiwam twierdząco głową, a ona uśmiecha się lekko.

– Dziękuję, że mnie odwiozłaś. W razie czego zadzwonię do ciebie. Nie martw się.

Otwieram drzwi samochodu i wolnym krokiem idę w kierunku domu. Wygrzebuję z torebki klucze, a kiedy przekręcam zamek, słyszę, jak Tessa odjeżdża.

Wchodzę do środka i szybko zamykam drzwi. Czuję samonapędzający się niepokój. Nie mogę się rozluźnić. Rzucam torebkę na stolik, siadam na kanapie i schylam się po pilota, ale nie biorę go do ręki. Wiem, że i tak na niczym się nie skupię. Znów nachodzą mnie te myśli.

Co było w walizce? Może to oni ukradli pieniądze? A gdybym tam poszła? Albo powiedziała braciom, że coś widziałam?

– Kurwa! – Wstaję gwałtownie z kanapy, po czym zaczynam chodzić w kółko i gadać do siebie. – Co mnie to w ogóle obchodzi?

Chcę po prostu już o tym nie myśleć. Jest jeszcze bardzo wcześnie, nie wiem, jak wytrzymam tyle godzin do nocy. Staram się jakoś zorganizować sobie czas, ale nie potrafię wyrzucić tego z głowy.

Wytrzymuję do samego wieczoru, o dwudziestej jem kolację i biorę po niej szybki prysznic. Gdy jestem w swojej sypialni, odnoszę wrażenie, że słyszę strzały, jakby z oddali, bardzo stłumione. Coraz bardziej chcę zapomnieć o walizce, którą widziałam...

2

Budzę się kilka minut przed jedenastą. Nie wychodząc spod kołdry, biorę do ręki telefon. Na ekranie widnieje siedem nieodebranych połączeń, wszystkie od Tess. Nie chcę do niej oddzwaniać, bo w tym momencie po prostu nie mam siły na rozmowę. Piszę jednak SMS-a, by nie zastanawiała się, czy wszystko u mnie dobrze.

Przepraszam, dopiero się obudziłam, nie mogłam zasnąć w nocy. Miałam wyciszony dźwięk.

Odkładam telefon i podchodzę do szafy. Mogłabym się przebrać, ale w sumie i tak nigdzie nie idę. Szybko podejmuję decyzję, że na razie zostanę w koszulce i bokserkach. Kiedy odwracam się w stronę kuchni, moja komórka wibruje. Podchodzę bliżej. To wiadomość od Tessy.

To dobrze.

Tess jest dla mnie trochę jak matka, taka kochająca, ale jednocześnie surowa, czyli prawdziwa. Kiedy zaczęłam szukać pracy, znalazłam jej ogłoszenie, szukała dwóch młodych dziewczyn do nowego baru. Zadzwoniłam do niej, a ona kazała mi przyjechać. Wtedy też poznałam Olivię. W sumie już po kilku minutach narodziła się między nami nić sympatii. Tego samego dnia, podjęłam decyzję o przeprowadzce tutaj na stałe. Wynajęłam mały domek od starszej pani i tak wydawało się, że znalazłam chwilowo swoje miejsce i że w końcu moje życie będzie wyglądać w miarę normalnie. Niedługo później, bo rok po wykupieniu placu na ulicy starych fabryk, w mieście pojawiła się grupa tajemniczych mężczyzn. W moim życiu jednak niewiele to zmieniło. Pracowałam wciąż w barze u Tessy, zarabiałam na czynsz, jedzenie i wszystko w sumie toczyło się normalnie. Zaczęłam się jedynie spóźniać do pracy, co niejednokrotnie doprowadzało szefową do szału.

Moje myśli wracają z przeszłości do teraz. Do faktu, że dzisiaj nie idę do pracy. Od kiedy się obudziłam, towarzyszy mi nieprzyjemne uczucie.

W końcu postanawiam trochę się rozluźnić. Biorę świeżo zaparzoną kawę i siadam z gorącym napojem przy oknie. Mieszkam na spokojnej ulicy i zawsze niezwykle to sobie ceniłam. Jednak to, co dzieje się teraz, jest nie do zniesienia. Ani jednej żywej duszy, nie słyszę ani jednego dźwięku. Mam wrażenie, że gram teraz w filmie „Jestem legendą” z Willem Smithem. Najwidoczniej aktor nie wiedział, że przetrwał ktoś jeszcze, tak – ja.

W końcu decyduję się wyjść na zewnątrz. Nie wiem, czy to mądre, czy raczej głupie, po prostu wychodzę.

Zmierzam z kubkiem do mojego małego ogródka i podchodzę do bramki. Nadal cisza, czuję, jakbym straciła słuch. Po chwili dociera do mnie odgłos silnika. Kilka sekund później trzy czarne auta przejeżdżają ulicą z prędkością światła. Stoję jeszcze chwilę, nasłuchując odgłosów nieuchronnego wypadku, jednak niczego takiego nie słyszę.

Gdy kończę kawę, cisza wciąż jest zbyt przerażająca. Mam wrażenie, że zaraz coś wybuchnie lub grupa ludzi zacznie strzelać w kierunku domów. Moje nogi wydają mi się nakazywać, żebym wracała do domu i schowała się pod łóżkiem. Nie robię tego jednak. Chyba po prostu tracę rozum. To pewnie przez te filmy, których ostatnio się naoglądałam. Wszystko przez Olivię. Jest tak zafascynowana Ethanem, że chce zobaczyć, jak to wszystko może w rzeczywistości wyglądać. Oczywiście to nie ma żadnego sensu. W końcu ile może mieć wspólnego film gangsterski z prawdziwym życiem mafiosa.

Nogi wygrywają i wracam do środka. Dla odmóżdżenia postanawiam włączyć jakiś romans. To nie jest jednak dobry pomysł, w każdej pikantnej scenie widzę siebie i Arthura. Wystarczy, że moja przyjaciółka ma już obsesję na punkcie jednego z braci. Wyłączam telewizor i przechodzę do pokoju. Z szuflady z bielizną wygrzebuję paczkę papierosów. Co prawda rzuciłam palenie już jakiś czas temu, ale teraz potrzebuję nikotyny. Do tej pory wypaliłam jedenaście papierosów z tej paczki, a mam ją od pół roku, więc to chyba dobry wynik. Przyszła pora na dwunastego. Zabieram ze sobą zapałki i idę znowu na zewnątrz. Dochodzę do wniosku, że cisza w moim własnym domu jest bardziej dobijająca niż ta na zewnątrz.

Odpalam papierosa, zaciągam się delikatnie, później jeszcze raz. Z każdym kolejnym wdechem czuję, że stres zaczyna odpuszczać. Jedenaście poprzednich papierosów też było właśnie tym, lekarstwem na nerwy. Można powiedzieć, że każdy z nich mógłby opowiedzieć inną historię. Tym razem jednak po spaleniu całego papierosa, czuję, jak zaczyna kręcić mi się w głowie. Wchodzę do domu i siadam na kanapie.

Wciąż nie mogę przestać myśleć o tym, co widziałam wczoraj. Może prysznic i śniadanie skierują moje myśli na inne tory.

Po wyjściu z łazienki zabieram się za kanapkę z serem, którą sobie przygotowałam i znów nie wiem, co ze sobą zrobić. W normalnych okolicznościach po prostu bym wyszła. Spacer zawsze dobrze mi robi. Ale to niestety odpada. Z braku sensowniejszych pomysłów, zabieram się za sprzątanie. Nienawidzę tego, więc na ogół staram się po prostu nie bałaganić, żeby później nie mieć zbyt wiele roboty.

Po kilku godzinach biegania po domu ze szmatką orientuję się, że na dworze zapadł już przytłaczający mrok. Świetnie. Jakby atmosfera nie była wystarczająco gęsta. Ta cisza na ulicy mnie dobija.

Rozglądam się po domu. Znam już każdy kąt na pamięć. Właściwie od czasu, kiedy mieszkała tu starsza pani, niewiele się zmieniło. Oprócz telewizora, kanapy i mojego łóżka wszystkie meble mają już swoje lata. Dostałam pozwolenie na przemeblowywanie i urządzenie domu tak, jak mi się podoba, ale prawda jest taka, że nie stać mnie na to. Może kiedyś się to zmieni. Jednak teraz najważniejsze jest dla mnie to, że mam, gdzie spać, a że czasami nie starcza mi na jedzenie to cóż, mówi się trudno. Najdziwniejsze jest to, że mimo tego szczęścia, które mnie rozpierało, kiedy zrozumiałam, że będę miała swój własny kąt, teraz ta cisza, ta samotność i ten niepokój dookoła sprawiają, że przestaję czuć się tutaj bezpiecznie.

***

Kolejne dni mijały niemal identycznie, a ja czułam powoli, że wariuję. Siedzenie w domu doprowadzało mnie do obłędu. Jednak chodzenie do pracy było też dla mnie rozrywką, z której istnienia w moim życiu nie zdawałam sobie sprawy. Podobnie jak wyprawy do sklepu po jedzenie. Co niedługo powinnam zrobić, bo chociaż mało jadłam, moja lodówka zrobiła się już prawie pusta.

W niedzielny wieczór postanawiam obejrzeć brazylijską telenowelę – to jeden z tych seriali, do których można wracać co kilka odcinków i wciąż jest się na bieżąco. Nigdy nie oglądałam takich tasiemców, ale dziś postanowiłam spróbować. Desperacja wymaga poświęceń. Długo jednak nie wytrzymuję i wyłączam telewizor.

Na szczęście nie myślę już tak często o tym, co wydarzyło się tydzień temu. Powoli wymazuję z pamięci to, co widziałam. Wstaję z kanapy i idę w stronę łazienki. Zatrzymuje mnie jednak dźwięk nadchodzącej wiadomości. To mogą być tylko dwie osoby, ale z Olivią rozmawiałam kilka chwil temu. Biorę do ręki telefon i upewniam się, że miałam rację. Tak, to Tessa. Dzięki Bogu!

Jutro wracamy do pracy. Mogę po Ciebie przyjechać.

Nigdy nie podejrzewałabym, że ta wiadomość tak bardzo mnie ucieszy. Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Jestem szczęśliwa, że będę mogła w końcu wyjść z domu. Kto by pomyślał, że taka zwykła rutyna tyle nam daje. Chyba najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, że wszystko jest normalnie.

Odpisuję szybko Tess:

Super! Znaczy, że wracamy do pracy. Nie ma problemu, sama przyjdę. Do zobaczenia!

Biegnę szybko do łazienki, biorę długi prysznic i starannie depiluję nogi. Nie dbałam o siebie przez ostatnie dni.

Po ogoleniu nóg podnoszę się i przez przypadek łapię swoje odbicie w lustrze. Jestem przerażona tym, co widzę! Wygrzebuję z szuflady pod umywalką kilka kosmetyków. Zapuściłam się bardziej, niż przypuszczałam.

Dokładnie myję twarz i nakładam maseczkę. Żeby nie stać bezczynnie, aż będę mogła ją zmyć, suszę włosy. Wychodzę z łazienki i zerkam na zegar. Jest kilka minut po dwudziestej, a ja już czuję zmęczenie. Byle jak wklepuję w twarz krem i kładę się do łóżka. Mam nadzieję, że zdarzy się cud i jutro będę mogła wyjść z domu, nie strasząc ludzi w barze. O ile jacyś tam przyjdą. Po chwili zasypiam i nic już nie pamiętam.

3

Rano budzę się, zanim zadzwoni budzik. Czuję, że w końcu wszystko wraca do normy.

Wyskakuję z łóżka i biegnę prosto do okna. Otwieram je, po czym zerkam na termometr. Nie ma jeszcze dwudziestu stopni, a zachmurzone niebo nie daje nadziei na słoneczny dzień. Podchodzę do szafy i przeszukuję jej zawartość. Chcę dziś wyglądać dobrze.

Gdzieś w głębi duszy uświadamiam sobie, że od dwóch lat stroję się nawet przed wyjściem po zakupy. Moja podświadomość wie, że robię to z jego powodu, jednak ja nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Do dzisiaj. Stoję tak dłuższą chwilę, tocząc walkę sama ze sobą. Skoro już się do tego przyznałam, powinnam udowodnić sobie, że to nieprawda.

Nic z tego nie wychodzi. Nie potrafię. Wyjmuję z szafy bordową sukienkę z długimi rękawami. W szufladzie znajduję grube, czarne rajstopy, które ładnie wyglądają połączone z botkami i płaszczem w tym samym kolorze. Kiedy uznaję, że wyglądam dobrze, idę do kuchni. Wypijam szybko trochę już zimną kawę i jem w pośpiechu śniadanie. Zegarek pokazuje, że zostało mi jeszcze dwadzieścia minut do wyjścia.

W łazience staję przed lustrem i rozczesuję włosy, nakładam lekki makijaż i jestem już gotowa.

Wychodzę przed czasem, więc nie czuję na plecach pośpiechu. Staję przed przejściem dla pieszych, jednak tym razem nie przechodzę na drugą stronę. Idąc dalej ulicą, mijam ich domy, ale z daleka. Po raz pierwszy nie ciągnie mnie tam jakaś dziwna siła.

Miasto wciąż jest jakby opustoszałe, ale nie przejmuję się tym. Idę przed siebie, nie myśląc w sumie o niczym. Dochodzę do skrzyżowania, oddalonego od baru już tylko o dwie przecznice. Rozglądam się, by sprawdzić, czy nie jedzie żaden samochód, i nagle zamieram. Arthur stoi z jakimś mężczyzną po drugiej stronie ulicy, rozmawiają o czymś, wciąż rozglądając się, tak, jakby bali się, że zostaną podsłuchani. Nagle jego wzrok spotyka mój, a po moich plecach przebiegają dreszcze. Mam wrażenie, że nagle kilka małych zwierzątek rozpoczęło pęd po mojej skórze. Widzieć kogoś z daleka, a z tak bliska to wielka różnica.

Patrzy na mnie tak, jakby zastanawiał się, co ja tutaj robię, a do mnie dopiero po chwili dociera, że stoję w miejscu i gapię się na niego. Lekki powiem wiatru sprawia, że moje długie brązowe włosy zasłaniają mi po chwili całą twarz. Zakładam je pośpiesznie za ucho i przechodzę przez ulicę, kątem oka dostrzegając że obaj mężczyźni nie spuszczają ze mnie wzroku. Całe szczęście bar jest już blisko. Z tą myślą idę przed siebie, starając się nie odwracać głowy w ich kierunku. Czuję ich spojrzenia na plecach, a oczyma wyobraźni widzę, jak celują we mnie z broni. Nie wiem, skąd w mojej głowie takie irracjonalne myśli. Po co ktoś miałby do mnie strzelać? Muszę powiedzieć Olivii, że nie będę oglądała z nią więcej tych filmów, bo przez nie wyobraźnia płata mi figle. Oni tam po prostu stali i rozmawiali, patrzyli na mnie, bo zamiast iść jak człowiek, gapiłam się na nich. Przecież z tego powodu nie zabija się ludzi. Chyba.

Kiedy wchodzę do baru, czuję ulgę. Tessa z Olivią już tu są. Spoglądam na zegar, ale wszystko wskazuje na to, że tym razem się nie spóźniłam. Oli, gdy tylko mnie widzi, od razu rzuca mi się na szyję.

– Ale ja za tobą tęskniłam!

– A ja za tobą – odpowiadam jej z lekkim uśmiechem na twarzy i odwracam się w stronę szefowej. – Już po wszystkim? Znaleźli pieniądze?

– Nie, ale zapewniają, że mieszkańcom nic nie grozi. Mamy żyć normalnie, nie wolno nam jedynie chodzić po zmroku po mieście, bo wtedy może być niebezpiecznie. Dopóki nie znajdą tych pieniędzy, tak niestety będzie. – Tess odpowiada mi spokojnym tonem.

Od kiedy mafia stała się w tym mieście policją i władzą? Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jaką rolę im wszyscy daliśmy. Łącznie ze mną...

Kiwam głową, odganiając ponure myśli i zabieram się do pracy.

Tego dnia nie mogłyśmy narzekać na nawał obowiązków. Przez pięć godzin miałyśmy tylko dwóch klientów. Dobrze, że w ogóle ktoś przyszedł. Chociaż może to i lepiej, bo gdyby trzeba było robić coś wymagającego skupienia przez dłuższą chwilę, byłoby mi ciężko. Spotkanie Arthura na ulicy i ten jego zimny wzrok nie pozwala mi się w ogóle rozluźnić.

Po kilku godzinach czekania na gości Tessa w końcu uznaje, że dziś skończymy wcześniej, bo przecież nie będziemy siedzieć bezczynnie. Chwilę wcześniej poszła na zaplecze spakować jakieś dokumenty, żeby nadrobić zaległości w domu.

Olivia w tym czasie ogarnia bar, a mi jak zwykle zostaje sprzątanie ze stolików. Właśnie wycieram ostatni, kiedy zauważam dwie postacie za oknem. Kątem oka dostrzegam, że to ci sami mężczyźni, których widziałam rano i na których tak się zapatrzyłam. Nagle przyszła mi do głowy myśl, że mnie szukają. Wmawiam sobie, że to irracjonalne, niemożliwe, ale strach całkowicie mnie paraliżuje.

Obaj są ubrani na czarno i mają skórzane kurtki. Arthur patrzy na mnie przez kilka sekund, po czym szturcha łokciem swojego towarzysza, i teraz o Boże... uff odchodzą. Spoglądam w kierunku drzwi, jednak te na szczęście się nie otwierają. W końcu do płuc wpada mi upragnione powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy, że przez kilka chwil w ogóle nie oddychałam.

Kilka minut później Tess zamyka bar, a ja proszę ją o podwózkę. Trzeciego spotkania z tymi mężczyznami mogę już nie przeżyć. Tego jestem pewna.

***

Po powrocie do domu, jeszcze kilka razy analizuję całą sytuację. Za każdym razem dochodzę do innych wniosków. Teraz to nic ani nikt nie wyciągnie mnie z mojej twierdzy. Wcale nie chcę iść jutro do pracy. Niesamowite jak wszystko może się zmienić w krótkim czasie. Jeszcze niedawno chciałam się stąd jak najszybciej wyrwać, a teraz ciągle myślę o wgramoleniu się pod łóżko.

Przed siedemnastą nie wytrzymuję, postanawiam wybrać się do sklepu, który przez cały tydzień był zamknięty. Żyłam dzięki mrożonkom, a te właśnie się skończyły. Zdecydowanie potrzebuję też alkoholu. Jak widać, każdy rodzaj strachu można pokonać, jeżeli ma się odpowiednią motywację. Jeżeli mam siedzieć pod łóżkiem przez cały wieczór, to przynajmniej nie na trzeźwo. Po raz kolejny myślę o tym, że samotne mieszkanie nawet w tak małym domu to jednak słaba opcja.

Do sklepu mam pięć minut drogi, co wiele razy już uratowało mi skórę. Nakładam czarne rurki, obcisłą bokserkę i grubą kurtkę. Jeszcze adidasy i szybko wychodzę z domu.

Już po kilku sekundach żałuję swojej decyzji. Znowu oni! Teraz idą w moim kierunku, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest kurwa sen! Mam ochotę uciec, ale co by to dało?

Na drżących nogach idę przed siebie, nie mając odwagi spojrzeć w oczy Arthura. Mam cichą nadzieję, że jednak mnie ominą. Niestety już po chwili wiem, że tak się nie stanie. Blokują mi przejście, a ja unoszę głowę. Już nie ma sensu, żebym udawała, że ich nie widzę. Kobra stoi przede mną, uśmiechając się nieznacznie, a ja czuję, że już czas pożegnać się z życiem.

– Witaj kotku, właśnie szliśmy do ciebie. Bardzo miło z twojej strony, że do nas sama wyszłaś. A teraz zawracaj, bo musimy porozmawiać. – Ta prośba brzmi raczej jak rozkaz, który nie wiedzieć czemu, od razu wykonuję. Bo co mi zostało?

Czuję, jak serce zaczyna bić mi coraz szybciej, jego oczy są takie... mroczne, zimne, nie ma w nich w ogóle życia.

Zawracam i idę w kierunku domu, a przez głowę przebiegają mi różne myśli. Z kim chciałabym się teraz pożegnać? Na pewno z Olivią i Tess, ale czy z kimś jeszcze? Kiedy moje życie stało się takie puste? Ucieczki nawet nie rozważam. Poddałam się już, i to jeszcze zanim Arthur cokolwiek powiedział.

Wchodzimy do mojego domu przez te same drzwi, przez które przed chwilą wyszłam. Nagle mój własny dom wydaje mi się obcy, jakbym sama była tu intruzem.

Kiedy jesteśmy już wszyscy w środku, drugi mężczyzna bierze krzesło z kuchni i stawia je przed sobą. Ruchem ręki daje mi znać, że mam na nim usiąść. Gdy już siedzę, zaskakuje mnie, kierując się w stronę drzwi. Po chwili wychodzi z domu, a ja zostaję sam na sam z Arthurem. Jest w tej sytuacji coś podniecającego i przerażającego jednocześnie. Widocznie tak reaguję na stres. – Kompletnie tracę rozum. Gdyby Olivia widziała mnie w tym momencie. Jeszcze przed chwilą moje życie było w miarę normalne a teraz...

– Chciałabyś mi coś powiedzieć? – Mężczyzna staje naprzeciwko mnie, krzyżując ręce na klatce. Kręcę jedynie przecząco głową. Nie czuję już rąk ani nóg. Nie czuję już nic. Mogę tylko kiwać głową jak jakaś kukła.

– Gorąco tu, zdejmij kurtkę – mówiąc to, robi to samo ze swoją. Jest w obcisłej czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Na prawym przedramieniu rzeczywiście ma tatuaż. Jest piękny. Przerażający, ale piękny. Patrzę na niego otępiała, jakbym nie rozumiała, co do mnie powiedział. – Mam Ci pomóc? – mówi dalej, jakby nie widział mojego tępego wzroku. – Mogę to zrobić, ale na samej kurtce się nie skończy. – Uśmiecha się delikatnie i przymruża oczy. Czy on, cczzzzczy on naprawdę to powiedział?

Nagle dociera do mnie, że zupełnie oszalałam, bo wizja rozbierającego mnie Arthura, tego zupełnie obcego i w dodatku bardzo niebezpiecznego mężczyzny, zamiast mnie przerażać, wydaje mi się całkiem kusząca. Tak, to pewne, jeżeli to przeżyję, jutro dzwonię do wariatkowa.

Zdejmuję posłusznie kurtkę, żeby nie myślał, że nawet, jeżeli wyglądam, jakbym nic nie rozumiała i paraliżował mnie strach, to nic do mnie nie dociera. Przypominam sobie też, że nałożyłam dzisiaj chyba najbardziej wydekoltowaną bluzkę, jaką mam. Jest tak obcisła, że moje piersi wyglądają w niej niczym dwa wielkie melony. Mężczyzna, który stoi właśnie przede mną, nawet nie ukrywa zainteresowania tym widokiem. Może te dwa wielkie melony uratują mi dzisiaj skórę lub... właśnie nie.

– Gdzie się wybierałaś? – pyta nagle, patrząc mi w oczy. Czemu uważa, że ma prawo do takich przesłuchań? W ogóle czemu uważa, że ma prawo być w moim domu i wydawać mi rozkazy? Jeszcze nigdy tak jak dzisiaj nie marzyłam o tym, żeby mieszkać w normalnym mieście, gdzie jest policja.

– Do sklepu.

– Na pewno? – Podchodzi jeszcze bliżej, a dom zaczyna się jakby kurczyć.

– Tak, jak zapewne wiesz, przez was było tu ostatnio bardzo niebezpiecznie, a ja nie zrobiłam sobie wcześniej zapasów jedzenia. Możesz zresztą sprawdzić zawartość mojej lodówki, bo czujesz się tu chyba bardziej jak u siebie niż ja sama – mówię, zapominając o oddychaniu.

Mam od razu ochotę ugryźć się w język. Po co ja tyle gadam? Nawet w obliczu śmierci potrafię być pyskata.

– Wygadana jesteś. – Robi kilka kroków i nagle jest tuż za mną. Pochyla się, a ja niemal mdleję, gdy czuję zapach jego perfum. Dłonią odgarnia mi włosy, a jego szept sprawia, że moje ciało przechodzą przyjemne dreszcze.

– Podobno wiesz coś o naszych pieniądzach – szepcze, muskając ustami płatek mojego ucha. Czuję dreszcze, wszędzie.

Nikomu o tym nie mówiłam. Jak się dowiedział? Nagle zaczynam wyraźnie drżeć. Nie wiem, czy ze strachu, czy ekscytacji. Jeżeli to drugie, mój ostatni telefon przed śmiercią będzie do wariatkowa. Przysięgam.

– Skąd wiesz? – pytam cicho.

– A więc jednak.

Prostuje się i znów staje naprzeciwko mnie.

– Nie. To znaczy, chyba coś wiem, ale to może być pomyłka. Ja po prostu... Ja po prostu coś widziałam – zaczynam się jąkać.

– Spokojnie. Skoro nic nie zrobiłaś, to nie musisz się bać. Nie zabijam dla zabawy. Weź głęboki wdech i mów, co widziałaś. – Wydaje mu się, że mnie w ten sposób uspokoi, mówiąc o zabijaniu i zabawie w jednym zdaniu.

– Kiedy skradziono wam pieniądze, moja szefowa odwoziła mnie do domu. Po drodze mijałyśmy stary park na obrzeżach miasta. Zobaczyłam dwóch chłopaków biegnących między drzewami, chyba w kierunku ruin. Jeden z nich miał dużą walizkę. – Głos zaczyna mi się łamać.

– Pamiętasz, jak wyglądała ta walizka? – pyta mnie spokojnie.

– Chyba była ciemna, wydaje mi się, że brązowa. Nic więcej nie pamiętam.

– Kurwa. To ona. – Podchodzi szybko do drzwi i otwiera je. – Aaron! Mamy je, zbieraj się, jedziemy do starego parku na obrzeżach miasta. – Krzyczy do mężczyzny, który tu z nim przyszedł, najwyraźniej Aarona.

Znów wraca do mnie i podaje mi moją kurtkę. Nie musi nawet nic mówić. Wiem, że muszę jechać z nimi.

Wychodzimy z domu, a ja od razu dostrzegam czarny terenowy samochód, zaparkowany na chodniku. Przyciemniona szyba kierowcy zjeżdża w dół. Lucas odwraca głowę w moją stronę. Mimo że ma ciemne okulary, doskonale widzę jego zaskoczenie. Podchodzimy bliżej i dopiero wtedy odwraca się w stronę Arthura.

– Czyli miałeś rację. Wie, gdzie są nasze pieniądze? – pyta wyraźnie zdenerwowany.

– Tak. Musimy pojechać do starego parku. Ale ty wrócisz do Ethana i powiesz mu o wszystkim. Trzeba ustalić, kto był na tyle głupi, żeby z nami zadzierać.

Lucas wychodzi z samochodu i bez słowa idzie w kierunku ich domów. Jego miejsce zajmuje Aaron. Kobra otwiera mi drzwi z tyłu i sam siada obok. Mówiąc szczerze, wolałabym, żeby siedział z przodu. Nie mogę się skupić, kiedy jest tak blisko mnie. Boję się, że nie będę umiała przestać na niego patrzeć, ale muszę dać sobie z tym radę. Skoro już oszalałam, to może coś z tego będę miała... na koniec.

Mimo że nasze miasteczko jest małe, droga dłuży mi się niemiłosiernie. Nie pomaga też fakt, że cały czas czuję na sobie wzrok Kobry. W końcu nie wytrzymuję i odwracam głowę w jego stronę. Jest nad wyraz spokojny i wpatruje się we mnie tak, jakby chciał odczytać moje myśli. Cholera, dlaczego on jest taki przystojny? I po co cały czas się na mnie gapi? To doprowadza mnie do szału. Moje ciało coraz gorzej radzi sobie z tą sytuacją. Zaciskam pięści i staram się jakoś uspokoić. Nie chcę myśleć o nim w ten sposób, ale nie potrafię tego powstrzymać.

W końcu dojeżdżamy na miejsce. Wychodzimy z samochodu i idziemy w kierunku ruin. Kiedyś stał tam jakiś budynek. Teraz przypominał raczej ogromne schody. Olivia opowiadała mi, że jeszcze w czasach szkolnych właśnie tu przychodziła ze znajomymi na wagary. Co na nich robili, już nie chciałam wiedzieć.

Obaj mężczyźni od razu wchodzą na mur i zaczynają go dokładnie oglądać. Myślę o tym, żeby im pomóc. Wiem, że jeśli walizka jest tu ukryta, to istnieje tylko jedno miejsce, gdzie mogłaby się zmieścić. Momentalnie gryzę się w język, ale w końcu nie wytrzymuję.

–  Musicie odsunąć ten głaz, wcześniej była tam ogromna dziura. – Pokazuję palcem, o który głaz dokładnie mi chodzi, bo jest ich kilka.

Wielki kamień niemal pasuje do reszty, więc na pierwszy rzut oka wygląda jak część ściany. Odsuwają go, a Aaron schyla się i po chwili wyciąga walizkę. Od razu ją otwiera. Widzę, że pieniądze tam są i czuję ulgę.

– Zawieź je do Ethana. Ja zajmę się małą – mówi do Aarona, ale jego oczy skupiają się na mnie.

Głośno przełykam ślinę. Przysięgam, że chcę zacząć biec przed siebie, ale moje nogi robią się jak z waty.

Po kilku sekundach Aarona już nie ma. Zostaję znów sam na sam z Arthurem, a on szybko staje obok mnie. Kładzie rękę na moich plecach i prowadzi mnie wzdłuż ruin. Nagle chwyta mnie za ramiona i przyszpila do ściany, po czym unosi ręce i blokuje drogę ucieczki, opierając je o mur. Pochyla się nade mną i przez chwilę patrzy na mnie jak na zdobycz. To wyjątkowo dzikie spojrzenie, cholernie podniecające i jednocześnie przerażające.

–  Szkoda, że jest tak zimno, bo chętnie zdjąłbym ci tę kurtkę. – Uśmiecha się lekko.

Nagle jego usta delikatnie muskają moją szyję, a ja czuję ciepło w podbrzuszu i paraliżujący strach. Wiem, że muszę być stanowcza. Słyszałam już o wielu dziewczynach, które umilały noce tym panom. Nie chcę być jedną z nich.

– Skąd pomysł, że wiem coś o walizce? – Staram się odwrócić jego uwagę.

Prostuje się nieco i delikatnie uśmiecha. Patrzy mi w oczy, co sprawia, że ciężko jest mi się skupić.

– Nie jestem idiotą, mała. Zdradziło cię twoje zachowanie. Jestem świetny w odczytywaniu ludzkich zachowań. Mowa ciała mówi wszystko. Ty od razu dałaś mi do zrozumienia, że coś wiesz. Domyśliłem się, widząc cię na ulicy. – Jego uśmiech poszerza się jeszcze bardziej. – No i dziś zmieniłaś trasę do pracy, już wcześniej kazałem mieć cię na oku. Ale musiałem zawiesić zakaz wychodzenia z domów, żebyś w końcu mi się pokazała.

– Co teraz? – pytam z, jestem tego pewna, wypisanym strachem na twarzy.

– Teraz pójdziemy do mnie – informuje mnie stanowczym tonem.

4

Po kilku minutach jesteśmy już pod domem Arthura. Każdy krok w kierunku ogromnych drzwi wejściowych wzbudza we mnie coraz większe emocje. Nie wiem, czego mam się spodziewać i co czeka mnie po przekroczeniu progu. Wiem tylko, że za chwilę moje życie bardzo się zmieni. Już się zmieniło. Czuję strach, i ekscytację, choć to drugie bierze górę nad moim lękiem. Arthur z pewnością nie należy do grzecznych chłopców, wręcz z pewnością jest całkowitym ich przeciwieństwem. Jest niebezpieczny. To dla mnie jasne.

Kiedy stoję przy drzwiach, widzę rząd samochodów pod domem Ethana. Ma to zapewne jakiś związek z zaginioną walizką pieniędzy. Zastanawia mnie jednak, dlaczego Kobra zamiast być tam, jest tu ze mną. To dość dziwne, a może jedna walizka wypchana forsą po brzegi to dla niego nic szczególnego? Może takie „drobne sprawy” zostawia swoim ludziom?

Jestem w takim stanie, że nie wiem nawet, kiedy znalazłam się wewnątrz pałacu Arthura. Tak, to z pewnością jest pałac. W środku wygląda obłędnie, wszystkie meble, rzeźby, a nawet dywan sprawiają wrażenie bardzo drogich. Jednak całość nie jest przesadzona, dom urządzony jest ze smakiem. Zahacza o minimalizm. Z jednej strony zimny, ale ma w sobie coś, co sprawia, że czuję się dobrze.

– O czym tak myślisz? – szepcze mi do ucha.

Dopiero teraz dochodzi do mnie, że stoję na środku holu zbyt długo, oglądając każdy jego centymetr.

Patrzę na niego. Jego ciemne oczy błyszczą jak dwa diamenty. Jakby czegoś ode mnie chciał, czegoś żądał.

– O tym, że ładnie tu u ciebie – odpowiadam zawstydzona. W sumie co mam powiedzieć? To wszystko jest bardzo dziwne. Jestem w obcym domu, z potencjalnie niebezpiecznym mężczyzną, który z jakiegoś powodu zachowuje się, jakby od dawna mnie znał lub co najmniej obserwował i nie czuję wystarczającej dozy strachu. Wręcz nie czuję go już wcale. W wariatkowie już pewnie mają dla mnie miejsce.

– Cieszę się, że ci się podoba. Chodź, zrobię ci drinka. Może coś zjesz? – Kładzie rękę na dole moich pleców. Teraz nie mogę kątem oka go podziwiać. Bo dokładnie to robiłam, podziwiałam go, a nie to całe luksusowe wnętrze.

– Nie, dziękuję, nie jestem głodna. – Naprawdę sądzi, że byłabym w stanie coś przełknąć w tej sytuacji? Dla niego też znajdzie się miejsce w zakładzie specjalnym. Zapewne w tym samym pokoju.

Mimo że nie jadłam już od wielu godzin, posiłek jest ostatnią rzeczą, która przychodzi mi do głowy. Tyle myśli kotłuje się w mojej głowie, że nawet nie dałabym rady niczego przełknąć. Arthur wskazuje mi dłonią, bym poszła wzdłuż korytarza, sam idzie tuż obok. Jest wysoki i męski, ale też zimny. Pod maską okazywanych mi uprzejmości wyczuwam w nim rezerwę.