Miasto luster - Justin Cronin - ebook + książka

Miasto luster ebook

Justin Cronin

4,3

Opis

Dwunastu zostało pokonanych. Przerażające stulecie rządów ciemności dobiega wreszcie końca. Ci, którzy ocaleli, zaczynają budować nowe społeczeństwo. Ale w odległej martwej metropolii wciąż czai się Zero. Pierwszy. Ojciec Dwunastu. Dawniej był człowiekiem, teraz jest bestią, która płonie z nienawiści.

Ogień jego wściekłości może zostać ugaszony tylko przez śmierć Amy – jedynej nadziei ludzkości, Dziewczyny Znikąd, która ma powstać przeciwko niemu. Siły światła i ciemności zetrą się po raz ostatni, a Amy i jej przyjaciele poznają wreszcie swoje przeznaczenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1002

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (84 oceny)
41
32
9
1
1

Popularność



Kolekcje



EPICKI FINAŁ TRYLOGII PRZEJŚCIE, UZNANEJ PRZEZ STEPHENA KINGA ZA WIELKIE DZIEŁO AMERYKAŃSKIEJ PROZY FANTASY

Minęło 21 lat, odkąd uznano, że wirole zniknęły z powierzchni ziemi. Dla młodego pokolenia są jak potwory z bajek, w które nikt nie wierzy. W Republice Teksasu ludzie zaczynają żyć normalnie: osiedlają się poza murami, zakładają rodziny, dorabiają się…

Tylko dwie osoby – gangster Michael Fisher i wizjoner Lucius Greer – nie wierzą, że niebezpieczeństwo minęło. I choć wszyscy uważają ich za szaleńców, remontują stary norweski statek, by zamienić go w arkę, która pozwoli ludzkości przetrwać.

Tymczasem w kanałach i tunelach metra zrujnowanego Nowego Jorku uśpione miliony czekają na rozkazy z góry – z dworca Grand Central, gdzie rezyduje ich pan. Istota, która kiedyś była doktorem Timothym Fanningiem, spoglądając na słynny zegar, myśli o przeszłości i czeka na kobietę, która nigdy się nie zjawi. A także na dziewczynę, którą zamierza zabić.

JUSTIN CRONIN

Amerykański pisarz, zdobywca prestiżowych nagród literackich, Hemingway Foundation/PEN Award, Stephen Crane Prize i Whiting Award. Urodzony i wychowany w Nowej Anglii, ukończył Uniwersytet Harvarda i Iowa Writers Workshop. Był wykładowcą kreatywnego pisania na Uniwersytecie La Salle w Filadelfii oraz na Uniwersytecie Rice’a w Houston. Jest autorem pięciu powieści, w tym bestsellerowej trylogii, w skład której weszły Przejście, Dwunastu i Miasto luster.

Justin Cronin mieszka z żoną i dziećmi w Houston.

enterthepassage.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

PRZEJŚCIE

DWUNASTU

MIASTO LUSTER

Tytuł oryginału:

THE CITY OF MIRRORS

Copyright © Justin Cronin 2016

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Maria Głębicka-Frąc 2019

Mapy i ilustracje: © David Lindroth Inc. 2016

Redakcja: Marta Gral

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Bellina Huey

Ilustracja na okładce: Tom Hallman

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-802-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla mojej rodziny

I jakie mam szanse, nękany

Tak gniewem ludzkim jak bożym?Samotny i przestraszony

W świecie, któregom nie stworzył.

A.E. HOUSMAN Last Poems

DRAMATIS PERSONAE(w porządku chronologicznym)

PRZED WYBUCHEM EPIDEMII, OHIO, CAMBRIDGE I NOWY JORK

Timothy Fanning – student

Harold i Lorraine Fanningowie – jego rodzice

Jonas Lear – student

Frank Lucessi – student

Arianna Lucessi – jego siostra

Elizabeth Macomb – studentka

Alcott Spence – prezes korporacji studenckiej

Stephanie Healey – studentka

Oscar i Patty Macombowie – rodzice Elizabeth Macomb

Nicole Forood – redaktorka

Reynaldo i Phelps – policjanci

PO WYBUCHU EPIDEMII, REPUBLIKA TEKSASU

Alicia Donadio – żołnierz

Peter Jaxon – robotnik

Amy Bellafonte Harper – Dziewczyna Znikąd

Lore DeVeer – nafciarka

Caleb Jaxon – przybrany syn Petera Jaxona

Sara Wilson – lekarka

Hollis Wilson – jej mąż, bibliotekarz

Kate Wilson – ich córka

Siostra Peg – zakonnica

Lucius Greer – mistyk

Michael Fisher – Obwód

Jenny Apgar – pielęgniarka

Carlos i Sally Jiménezowie – przyszli rodzice

Grace Jiménez – ich córka

Anthony Carter – ogrodnik

Pim – znajda

Victoria Sanchez – prezydent Republiki Teksasu

Gunnar Apgar – generał

Ford Chase – szef personelu prezydenta

Maestro – kolekcjoner staroci

Foto – robotnik

Jock Alvado – robotnik

Theo Jaxon – syn Caleba i Pim Jaxonów

Bill Speer – hazardzista

Elle i Merry „Pchełka” Speer – córki Kate Wilson Speer i Billa Speera

Meredith – partnerka Victorii Sanchez

Rand Horgan – mechanik

Byron „Łata” Szumanski – mechanik

Weir – mechanik

Fastau – mechanik

Dunk Withers – przestępca

Phil i Dorien Tatumowie – farmerzy

Brian Elacqua – lekarz

George Pettibrew – sklepikarz

Gordon Eustace – szeryf

Fry Robinson – jego zastępca

Rudy – przybysz z Iowa

Żona Człowieka Oposa – przybyskza z Iowa

Rachel Wood – samobójczyni

Haley i Riley Wood – jej córki

Alexander Henneman – oficer

Hannah – nastoletnia córka Jenny Apgar

PO WYBUCHU EPIDEMII, REPUBLIKA INDOAUSTRALIJSKA

Logan Miles – naukowiec

Nessa Tripp – reporterka

Race Miles – pilot, syn Logana i Olli Milesów

Kaye Miles – nauczycielka, żona Race’a Milesa

Olla Miles – była żona Logana Milesa

Bettina – ogrodniczka, partnerka Olli Miles

Noa i Cam Miles – synowie bliźniacy Race’a i Kaye Milesów

Melville Wilcox – archeolog

PROLOG

Z pism Pierwszego Kronikarza (Księga Dwunastu)

przedstawionych na Trzeciej Globalnej Konferencji Poświęconej Okresowi Północnoamerykańskiej Kwarantanny

Centrum Badań Kulturowych i Konfliktów

Uniwersytet Nowej Południowej Walii, Republika Indoaustralijska

16–21 kwietnia 1003 roku po wybuchu epidemii

[Początek fragmentu 2]

ROZDZIAŁ PIĄTY

Tak oto Amy i jej zwolennicy wrócili do Kerrville leżącego w miejscu zwanym Teksasem.

I tam się dowiedzieli, że troje spośród nich zaginęło. A byli to Theo i jego żona Mausami oraz Sara, żona Hollisa, którą zwano Uzdrowicielką.

Albowiem Roswell, gdzie znaleźli schronienie, zostało oblężone przez wielką armię wiroli, które zabijały wszystkich bez wyjątku. I tylko dwóch z ich grupy przeżyło. A byli to Hollis Silny, mąż Sary, i Caleb, syn Theo i Mausami.

Wielki smutek ogarnął wszystkich z powodu utraty przyjaciół.

W Kerrville Amy zamieszkała wśród sióstr, które były kobietami BOGA. I podobnie uczynił Caleb, w ten sposób stając się podopiecznym Amy.

W owym czasie Alicia, którą zwano Ostrą, i Peter, Mąż Dni, chwycili za oręż i dołączyli do wojsk ekspedycyjnych, które tworzyli żołnierze Teksasu. Ich celem było odszukanie Dwunastu, albowiem dowiedzieli się, że zabicie jednego z Dwunastu oznacza śmierć podległych mu Wielu i wysłanie ich dusz do PANA.

Stoczono wiele bitew i wielu ludzi straciło życie. Jednakże ani nie zdołali zabić Dwunastu, ani nie znaleźli miejsc, w których ci zamieszkiwali. Albowiem w owym czasie nie było to wolą BOGA.

I nic się nie zmieniło przez lata, a minęło ich pięć.

Pod koniec tego czasu Amy dostała znak, a znakiem tym był sen. W tym śnie przyszedł do niej Wolgast w postaci mężczyzny. I rzekł:

„Mój pan czeka, a miejscem jego oczekiwania jest wielki statek, w którym zamieszkuje. Statek spoczywa na lądzie. Niebawem przyjdę po ciebie, aby wskazać ci drogę”.

Owym panem był Carter, Dwunasty z Dwunastu, zwany Carterem Ponurym; człowiek prawy w swoim pokoleniu i umiłowany przez BOGA.

I tak oto Amy czekała na powrót Wolgasta.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W owym czasie istniało również inne miasto, w miejscu zwanym Iowa. Było ono znane jako Ojczyzna.

Mieszkała tam rasa ludzi, którzy pili krew wiroli, żeby utrzymać się przy życiu, i władali przez wiele pokoleń. Zwano ich czerwonookimi. Największym pośród nich był naczelnik Guilder, człowiek z Poprzedniego Czasu.

Wirolem, który zapewniał im pożywienie, był Grey zwany Źródłem. Jego krew zawierała nasiono Zero, ojca Dwunastu. I Grey żył w łańcuchach, doznając wielkiego cierpienia.

W Ojczyźnie ludzie wiedli niewolniczy żywot; służyli czerwonookim i robili wszystko, co im kazano. Wśród nich była Sara Uzdrowicielka, pojmana w Roswell, uznana za zmarłą przez swoich przyjaciół.

Sara miała córkę, Kate, lecz dziecko zostało jej odebrane. Czerwonoocy rzekli Sarze, że dziecię nie przeżyło, co zrodziło wielką żałość w jej sercu.

Jednakże prawda była taka, że dziecko oddano kobiecie czerwonookich, Lili, żonie Wolgasta.

Córka Lili zmarła w Poprzednim Czasie i chociaż minęło wiele lat, w sercu matki wciąż ziała głęboka rana. Kate przyniosła jej pociechę, Lila uznała ją bowiem za swoją utraconą córeczkę.

Pewni ludzie w Ojczyźnie powstali przeciwko gnębicielom; byli to rebelianci. Gdy Sara do nich dołączyła, wysłali ją do Lili, żeby służyła jej w Kopule, gdzie mieszkali czerwonoocy, i w ten sposób dowiedziała się więcej o ich obyczajach. Tam też odkryła, że jej córka żyje.

Tymczasem Alicia i Peter wpadli na trop Martíneza, Dziesiątego z Dwunastu, w miejscu zwanym Carlsbadem i stoczyli tam bitwę z Wieloma. Jednakowoż nie znaleźli Martíneza, ponieważ ten uciekł z Carlsbadu.

Albowiem Zero rozkazał naczelnikowi Guilderowi zbudować potężne fortece, gdzie miało zamieszkać Dwunastu i żywić się krwią zwierząt i krwią mieszkańców Ojczyzny. Ich Wielu pożarło prawie każdą żywą istotę na ziemi, czyniąc ją pustkowiem niezdatnym ni dla człowieka, ni dla wirola, ni dla żadnego zwierza.

Zgodnie z owym planem Dwunastu kazało swoim Wielu opuścić miejsca ciemności, a ci tak uczynili. Nazwano to Porzuceniem.

Dwunastu rozpoczęło podróż do odległej o wiele kilometrów Ojczyzny, żeby przejąć władzę nad ziemią.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jednakże jeden nie posłuchał słów Zero, i był to Carter Ponury, Dwunasty z Dwunastu. Kazał on Wolgastowi sprowadzić Amy tam, gdzie mieszkał, żeby mogli we dwójkę połączyć siły przeciwko pozostałym z Dwunastu.

Amy posłuchała rozkazu i opuściła Kerrville, żeby wyruszyć do miejsca zwanego Houston. Towarzyszył jej Lucius Wierny, będący jej pomocnikiem i człowiekiem prawym w oczach BOGA.

W Houston Amy znalazła statek

Chevron Mariner

i w jego ładowni Cartera. Wiele zaszło pomiędzy nimi. Amy wyszła stamtąd już nie w dziecięcym, lecz w kobiecym ciele, i w towarzystwie Luciusa wyruszyła do Ojczyzny, na bitwę z Dwunastoma.

W owym czasie Peter, Mąż Dni, i Michael zwany Zmyślnym, a także Hollis, mąż Sary, również udali się do Ojczyzny, doszli bowiem do przekonania, że tam jest więziona Sara, podobnie jak wielu innych.

I mieli dwoje towarzyszy: Lore, zwaną Nawigatorką, i przestępcę zwanego Tiftym Gangsterem.

W tym samym czasie Alicia udała się do Iowa, by tropić Martíneza, Dziesiątego z Dwunastu, którego przysięgła zabić. Martínez bowiem był najgorszym pośród tych demonów, zabójcą wielu kobiet i plagą na ziemi.

Alicia została pojmana w Ojczyźnie, gdzie doznała wielu udręk z rąk czerwonookich i ich siepaczy, których zwano kolami. Najgorszym pośród nich był Sod. Jednakże Alicia była silna i nie złamali jej ducha.

Kiedy pewnej nocy Sod przyszedł do jej celi, żeby ponownie ją zniewolić, rzekła mu: „Poluzuj mi okowy, abyś mógł zażyć większej rozkoszy”. Po czym okręciła łańcuchy wokół jego szyi, w ten sposób wyciskając zeń życie. I uciekła, zabiwszy wielu innych.

Na pustkowiu za murami Ojczyzny przybyła do niej Amy i wtenczas Alicia ujrzała, iż Amy jest już kobietą ciałem i umysłem. Amy ją pocieszyła, były bowiem siostrami krwi.

Jednakże Alicia miała swoją tajemnicę: łaknienie krwi. Rosło w niej nasiono Dwunastu, czyniące ją wirolem. To wielce ciążyło jej na sercu, głęboko bowiem miłowała swoich towarzyszy i nie chciała się z nimi rozstawać.

Tymczasem czerwonoocy znaleźli i pojmali Sarę; stała się ich niewolnicą i doznała wielu strasznych upokorzeń. Albowiem naczelnik Guilder pragnął, żeby wszyscy, którzy powstali przeciwko niemu, poznali pełnię jego gniewu.

Zbliżała się jednakże godzina sądu. Amy i Alicia dołączyły do powstańców, żeby wystąpić przeciwko czerwonookim. Razem obmyślili plan wyzwolenia ludu Ojczyzny, unicestwienia Dwunastu i ocalenia Sary.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Stało się, że Peter i jego zwolennicy przybyli do Iowa i wszyscy razem utworzyli potężną siłę. Największą pośród nich okazała się Amy.

Albowiem poddała się czerwonookim, mówiąc: „Jestem wodzem powstańców; zróbcie ze mną, co chcecie”. Jej zamysł polegał na tym, by wściekły Guilder przywołał Dwunastu, ażeby ją zabili.

Stało się tak, jak przewidziała Amy, i wyznaczono godzinę egzekucji. Amy miała zostać stracona w miejscu zwanym stadionem, w wielkim amfiteatrze z Poprzedniego Czasu, na oczach ludu Ojczyzny.

Alicia z innymi ukryła się na stadionie, aby gdy ukaże się Dwunastu, użyć swej broni na nich i na czerwonookich.

Wyprowadzono Amy przed tłum i zakuto w łańcuchy; zawieszono ją na metalowej konstrukcji. Guilder, wielce radując się jej cierpieniem, nawoływał rzesze do podzielania jego radości.

Postawa Amy srodze go zawiodła. Guilder rozkazał Dwunastu ją pożreć, żeby wszyscy obecni poznali ogrom jego władzy i zgięli się przed nim w ukłonie.

Amy jednakże wiedziała, że nie jest sama, albowiem pośród Dwunastu był Wolgast, który ongiś zabrał ją do Cartera, ażeby ją chronić. I rzekła do Dwunastu:

„Witajcie, moi bracia. Oto ja, Amy, wasza siostra”. Tak brzmiały jej jedyne słowa.

Albowiem nagle zadrżała, jej ciało zajaśniało niczym światło roztrzaskujące ciemność i z rykiem wściekłości stała się jedną z nich, przybierając postać potężnego wirola. I było to Odpuszczenie. Widział to Peter, widziała Alicia, widział także Lucius.

Rozpękły się łańcuchy i wybuchła wielka bitwa, która skończyła się zwycięstwem. Wielu poległo. Jednym z nich był Wolgast, który poświęcił się dla ratowania Amy, darzył ją bowiem ojcowską miłością.

Tak oto starto z powierzchni ziemi Dwunastu i cały jej lud został uwolniony.

Co zaś się tyczy Amy, przyjaciele nie poznali jej losu; przepadła jak kamień w wodę.

ICÓRKA

Lata 98–101 po wybuchu epidemii

Gdzieś jest inny świat, ale tutaj jest ten.

PAUL ÉLUARD

1ŚRODKOWA PENSYLWANIASierpień, 98 rok po wybuchu epidemiiOsiem miesięcy po wyzwoleniu Ojczyzny

Ziemia ustępowała pod nożem, wyzwalając czarny zapach. Powietrze było gorące i wilgotne, ptaki śpiewały w koronach drzew. Alicia klęczała, dźgając glebę, odłupując grudy, które następnie wybierała garściami. Była już silniejsza, ale daleka od pełni sił. Jej ruchom brakowało koordynacji, ciało wydawało się nieposłuszne, wycieńczone. Wciąż nękały ją ból i wspomnienie bólu. Minęły trzy dni… czy może ten był czwarty? Pot perlił się na jej twarzy. Oblizała usta, żeby poczuć smak soli. Kopała i kopała. Strużki potu ściekały na ziemię. Tam w końcu każdy idzie, pomyślała. Wszystko idzie do ziemi.

Kopiec obok niej rósł. Jak głęboko trzeba kopać? Na głębokości metra ziemia zaczęła się zmieniać. Zrobiła się zimniejsza, pachnąca gliną. Alicia uznała to za znak. Zakołysała się na piętach i pociągnęła długi łyk z manierki. Ręce miała obtarte do żywego mięsa; u podstawy kciuka zwisał naddarty płat skóry. Przyłożyła dłoń do ust, odgryzła go i wypluła.

Żołnierz czekał na nią na skraju polany, głośno żując wysoką do pasa trawę. Był pełen gracji, miał gęstą grzywę, karo-dereszowatą maść, mocne kopyta i zęby, duże czarne oczy; otaczała go aura splendoru. Kiedy chciał, zachowywał absolutny spokój, a w następnej chwili dokonywał niezwykłych wyczynów. Uniósł mądry łeb, gdy usłyszał jej kroki. Widzę. Jesteśmy gotowi. Powoli się obrócił, wyginając szyję, i poszedł za nią przez las do miejsca, gdzie wisiała rozpięta plandeka. Na ziemi obok zakrwawionego posłania leżało małe zawiniątko z poplamionego koca. Jej córka nie przeżyła godziny, jednak w tym czasie Alicia stała się matką.

Żołnierz patrzył, gdy wyszła spod plandeki. Odsłoniła twarz dziecka. Żołnierz zbliżył pysk do drobnej buzi i rozdął chrapy, wdychając zapach. Maleńki nosek, oczy i usteczka jak pączek róży, zdumiewające w swoim człowieczeństwie; główkę okrywała czapeczka miękkich rudych włosów. Ale nie było życia, nie było oddechu. Kiedyś Alicia zastanawiała się, czy będzie zdolna pokochać dziecko poczęte w przerażeniu i bólu, spłodzone przez potwora. Przez mężczyznę, który ją bił, gwałcił, przeklinał. Jakże była głupia.

Wróciła na polanę. Słońce świeciło wysoko na niebie, w trawie brzęczały owady, dając koncert rytmicznego pulsowania. Żołnierz stał obok niej, gdy składała córkę do grobu. W chwili rozpoczęcia porodu Alicia pogrążyła się w modlitwie. Niech wszystko będzie dobrze. Gdy godziny zlały się w pasmo cierpienia, poczuła w sobie zimną obecność śmierci. Rozdzierał ją ból niczym stalowy wiatr tłukący się w jej komórkach, niosący echo grzmotów. Coś było nie w porządku. Proszę, Boże, chroń mnie, chroń nas. Modlitwy trafiały w próżnię.

Pierwsza garść ziemi była najtrudniejsza. Jak to się robi? Alicia pochowała wielu mężczyzn. Jednych znała, innych nie; tylko jednego kochała. Chłopca, Cholewkę. Był zabawny, pełen życia, a potem odszedł. Przesiała ziemię przez palce. Grudki spadły na kocyk z cichym bębnieniem, jak pierwsze krople deszczu na liście. Jej córka znikała kawałek po kawałku. Żegnaj, pomyślała Alicia, żegnaj, moje kochanie, moja jedyna.

Wróciła do namiotu. Miała wrażenie, że jej dusza roztrzaskała się na milion okruchów szkła, a kości przemieniły się w ołowiane rury. Potrzebowała wody, żywności; zapasy się skończyły. Polowanie nie wchodziło w rachubę, a strumień płynący pięć minut drogi stąd, w dole, wydawał się odległy o całe kilometry. Potrzeby ciała… czy miały jakieś znaczenie? Nic nie miało znaczenia. Położyła się na posłaniu, zamknęła oczy i wkrótce zasnęła.

Śniła o rzece. O szerokiej, mrocznej rzece, nad którą świecił księżyc. Blask padał na wodę, tworząc złotą ścieżkę. Alicia nie miała pojęcia, dokąd prowadzi ścieżka i co ją czeka po drugiej stronie. Wiedziała tylko tyle, że musi się tam znaleźć. Zrobiła pierwszy ostrożny krok po rozjarzonej powierzchni. Jej umysł wydawał się podzielony: jedna połowa, w przeciwieństwie do drugiej, nie posiadała się ze zdumienia nad tym sposobem przemieszczania się. Gdy księżyc zetknął się z przeciwnym brzegiem, zrozumiała, że dała się zwieść. Błyszcząca ścieżka znikała. Alicia przyśpieszyła do biegu, rozpaczliwie pragnąc dotrzeć na drugą stronę, zanim pochłonie ją rzeka. Ale odległość była zbyt wielka i z każdym krokiem brzeg się oddalał. Woda pluskała wokół jej kostek, kolan, talii. Alicia nie miała siły z nią walczyć. Chodź do mnie, Alicio. Chodź do mnie, chodź do mnie, chodź do mnie. Tonęła, rzeka ją zabierała, pogrążała się w ciemności…

Zbudziła się w stonowanym pomarańczowym świetle; dzień zbliżał się do końca. Leżała w bezruchu, zbierając myśli. Przywykła do tych koszmarów; ich fragmenty się zmieniały, ale nigdy nie poczucie daremności i strach. Tym razem jednak coś było inaczej. Jakiś aspekt snu wdarł się w jej życie. Miała mokrą koszulę. Spojrzała w dół i zobaczyła powiększające się plamy. W piersiach miała mleko.

▪ ▪ ▪

Decyzja o tym, żeby zostać, nie narodziła się świadomie. Alicii po prostu brakowało woli, by ruszyć w drogę. Odzyskała siły. Podchodziły małymi krokami, aż w końcu, jak długo oczekiwani goście, przybyły wszystkie naraz. Zbudowała schronienie ze zwalonych gałęzi oraz pnączy i zadaszyła je plandeką. Lasy tętniły życiem; były tam wiewiórki i króliki, przepiórki i gołębie, a także jelenie. Niektóre zwierzęta okazywały się dla niej zbyt szybkie, ale nie wszystkie. Zastawiała pułapki i czekała albo polowała z łukiem: jeden strzał, czysta śmierć, a później surowa ciepła kolacja. Pod koniec każdego dnia, gdy światło przygasało, kąpała się w potoku. Woda była czysta i szokująco zimna. Podczas jednej z takich wypraw miała okazję zobaczyć niedźwiedzie. Usłyszała szelest – dziesięć metrów w górę strumienia coś ciężkiego poruszało się w krzakach. Po chwili na brzegu pojawiła się matka z dwójką młodych. Alicia dotychczas widziała takie stworzenia tylko na ilustracjach w książkach. Zwierzęta razem krążyły po płyciznach, poruszając błoto pyskami. Wyglądały dziwnie, jakby coś w ich anatomii było poluzowane i na wpół uformowane, jakby mięśnie były za słabo połączone ze skórą pod zmierzwionym grubym futrem. Otaczała je chmara owadów migoczących w resztkach dziennego światła. Niedźwiedzie nie spostrzegły, że je obserwuje, a jeśli nawet, uznały ją za niegodną uwagi.

Lato dobiegło końca. Jednego dnia otaczał ją świat dużych zielonych liści, zagęszczonych cieniem, a drugiego lasy wybuchły feerią kolorów. Rankiem oszroniona ściółka chrzęściła pod nogami. Chłód zimy spadł wraz z wrażeniem czystości. Na ziemi zaległa gruba warstwa śniegu. Czarne kontury drzew, drobne ślady ptaków, wybielone, wyprane z koloru niebo: wszystko zostało zredukowane do samej esencji. Jaki to miesiąc? Jaki dzień tygodnia? W miarę upływu czasu zaczęło brakować jedzenia. Alicia godzinami, nawet całymi dniami, ledwie się poruszała, oszczędzając siły. Od prawie roku nie rozmawiała z żywą duszą. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że już nie myśli słowami, jakby stała się leśnym stworzeniem. Zastanawiała się, czy traci zmysły. Zaczęła mówić do Żołnierza, jakby był człowiekiem. „Żołnierzu, co zjemy na kolację?”, „Żołnierzu, nie sądzisz, że pora zebrać chrust na ognisko?”, „Żołnierzu, czy niebo wygląda jak śnieg?”…

Pewnej nocy zbudziła się w schronieniu i zdała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu słyszy bijące pioruny. Wilgotny wiosenny wiatr dął zewsząd i znikąd, tarmosząc czubami drzew. Alicia z obojętnością słuchała nadciągającej szybko burzy. Nagle błyskawica rozdarła niebo, zamrażając scenę w jej oczach, i zaraz potem zabrzmiał ogłuszający trzask. Gdy lunęła ulewa i krople deszczu zaczęły uderzać jak kule, Alicia wprowadziła Żołnierza do schronienia. Koń drżał z przerażenia. Wiedziała, że musi go uspokoić, bo wystarczy jeden spanikowany ruch w maleńkiej przestrzeni, a jego masywne ciało roztrzaska ściany na kawałki. „Grzeczny konik”, mruczała, gładząc go po boku. Wolną ręką zarzuciła mu postronek na szyję. „Grzeczny, grzeczny konik. Co ty na to? Dotrzymasz dziewczynie towarzystwa w deszczową noc?” Był sztywny ze strachu, góra naprężonych mięśni, a jednak kiedy powoli pociągnęła za sznur, żeby się położył, nie stawiał oporu. Na zewnątrz zamigotała błyskawica, zadudnił grzmot. Z potężnym sapnięciem koń padł na kolana i przewrócił się na bok przy posłaniu Alicii, i tak razem spali, gdy deszcz przez całą noc zmywał zimę.

▪ ▪ ▪

Koczowała w tym miejscu przez dwa lata. Odejście było niełatwe, bo lasy niosły jej ukojenie. Przyjęła ich rytm za własny. Kiedy jednak nastało trzecie lato, zbudziło się w niej nowe uczucie: nadszedł czas, żeby ruszyć w drogę. Żeby ukończyć to, co rozpoczęła.

Resztę lata spędziła na przygotowaniach, które obejmowały skonstruowanie broni. Wybrała się na piechotę do nadrzecznych miasteczek i trzy dni później wróciła, dźwigając pobrzękującą torbę. Rozumiała podstawy tego, na co się porywa, bo wiele razy widziała ten proces. Uznała, że szczegóły dopracuje metodą prób i błędów. Wybrała płaski głaz przy strumieniu z myślą, że posłuży za kowadło. Na skraju wody roznieciła ogień i patrzyła, jak wypala się do żaru. Sztuka polegała na utrzymaniu odpowiedniej temperatury. Gdy uznała, że jest taka jak trzeba, wyjęła z worka pierwszy zakup: długą prawie na metr sztabę stali narzędziowej, grubości sześciu milimetrów i szerokości pięciu centymetrów. Wyciągnęła też młotek, cęgi i grube skórzane rękawice. Wsunęła koniec sztaby w żar i patrzyła, jak zmienia kolor. Gdy metal się rozgrzał, przystąpiła do pracy.

Jeszcze trzy razy wyprawiała się w dół rzeki po zapasy, z lepszym lub gorszym skutkiem, ale ostateczny rezultat sprawił jej satysfakcję. Okręciła rękojeść szorstkimi włóknistymi pnączami i po raz pierwszy porządnie chwyciła gładki metal. Miecz przyjemnie ciążył jej w dłoni. Wypolerowany sztych połyskiwał w słońcu. Ale prawdziwą próbą będzie pierwsze cięcie. Podczas ostatniej wyprawy w dół rzeki skręciła na poletko melonów wielkości ludzkiej głowy, rosnących w gąszczu rozcapierzonych palczastych liści. Wybrała jeden owoc, wrzuciła do worka i zabrała do domu. Tam postawiła go na zwalonym pniu, przymierzyła się i spuściła miecz, zakreślając ostrzem pionowy łuk. Połówki melona rozstały się leniwie, jakby oszołomione, i spadły na ziemię.

Nic jej tam nie trzymało. W noc przed odejściem odwiedziła grób córki. Nie chciała tego robić w ostatniej chwili. Rozstanie powinno być czyste. Przez dwa lata niczym nie oznaczyła tego miejsca, bo nic nie wydawało się godne. Teraz jednak czuła, że nie wypada zostawiać bezimiennej mogiły. Z resztek stali wykuła krzyż, młotkiem wbiła go w ziemię i uklękła. Z ciała już nic nie zostało, może tylko kilka kości albo ich odciski. Jej córka odeszła w glebę, drzewa, skały, nawet w niebo i zwierzęta. Odeszła w niewiadome miejsce. Jej głos, którego nie miała okazji wypróbować, brzmiał w śpiewie ptaków, a rude kędziorki widniały w płomienistych liściach jesieni. Alicia dumała o tym wszystkim, dotykając miękkiej ziemi. Ale nie miała w sobie więcej modlitw. Serce, raz pęknięte, już takie pozostało.

– Wybacz – szepnęła.

Ranek niczym się nie wyróżniał – bezwietrzny, szary, mglisty. Miecz w pochwie z jeleniej skóry ukośnie spoczywał na jej plecach, a bandoliery z nożami krzyżowały się na piersi. Podobne do gogli ciemne okulary ze skórzanymi osłonami na skroniach skrywały jej oczy. Alicia przytroczyła sakwę i wskoczyła na grzbiet Żołnierza. Koń od wielu dni zachowywał się niespokojnie, jakby przeczuwał, że wyruszą w drogę. Chcesz zrobić to, co myślę? Wiesz, właściwie tu mi się podobało. Planowała jechać na wschód wzdłuż rzeki i nie odstępować od niej w drodze przez góry. Przy odrobinie szczęścia dotrze do Nowego Jorku, zanim spadną pierwsze liście.

Zamknęła oczy, opróżniła umysł. Wiedziała, że dopiero wtedy, gdy oczyści tę przestrzeń, napłynie głos. Nadciągnął z tego samego miejsca, z którego pochodzą sny, jak wiatr dmący z głębi jaskini, szepczący jej do ucha.

Alicio, nie jesteś sama. Znam twój smutek, ponieważ jest moim smutkiem. Czekam na ciebie. Przyjdź do mnie. Wróć do domu.

Piętami trąciła boki Żołnierza.

2

Dzień się kończył, gdy Peter wracał do domu. Ponad nim bezkresne niebo Utah pękało, otwierając się w długich szczelinach koloru na tle ciemniejącego błękitu. Wczesnojesienny wieczór: noce zimne, a dni jeszcze przyjemne. Szedł wzdłuż pomrukującej rzeki z wędką na ramieniu, z psem hasającym u boku. Miał w torbie dwa tłuste pstrągi, owinięte w złote liście.

Gdy zbliżył się do zagrody, usłyszał muzykę. Ściągnął ubłocone buty i wraz z torbą zostawił na ganku. Wszedł do domu. Amy siedziała przy starym pianinie, plecami do drzwi. Podszedł i stanął za nią. Była tak głęboko skupiona, że go nie zauważyła. Słuchał, stojąc bez ruchu, ledwie oddychając. Amy lekko się kołysała w takt muzyki. Jej palce zwinnie pomykały po klawiaturze, nie tyle grając tony, ile je wywołując. Melodia była dźwiękowym ucieleśnieniem czystych emocji. Wyrażała głęboki smutek, ale przepojony taką czułością, że wcale nie wydawała się smutna. Sprawiła, że Peter pomyślał o czasie, który zawsze odpływa w przeszłość, stając się wspomnieniem.

– Wróciłeś.

Nawet nie zauważył, że skończyła grać. Położył ręce na jej ramionach, a ona przesunęła się na ławeczce i odchyliła głowę.

– Chodź tu – powiedziała.

Pochylił się, żeby mogła go pocałować. Jej oszałamiające piękno było dla niego nowym odkryciem za każdym razem, gdy na nią spoglądał. Ruchem głowy wskazał klawiaturę.

– Wciąż nie wiem, jak ty to robisz.

– Podobało ci się? – Uśmiechała się. – Ćwiczyłam cały dzień.

Odparł, że tak, bardzo mu się podobało. Wyznał, że ta melodia nasunęła mu wiele myśli. Trudno było ująć to w słowa.

– Jak rzeka? Długo cię nie było.

– Tak? – Dzień, jak wiele innych, minął w mgiełce zadowolenia. – O tej porze roku jest tak pięknie, że chyba straciłem poczucie czasu. – Pocałował ją w czubek głowy. Włosy miała świeżo umyte, pachnące ziołami, których używała do zmiękczenia ługu. – Graj. Przygotuję kolację.

Wyszedł przez kuchnię na podwórze. Barwy ogrodu przygasły, niebawem ogród uśnie pod śniegiem, resztki jego przepychu rozpoczną zimowanie. Pies gdzieś się wałęsał. Zataczał szerokie kręgi wokół domu, ale Peter się o niego nie martwił, bo zawsze przed zmierzchem znajdował drogę powrotną. Napompował wody do miski, ściągnął koszulę, ochlapał wodą twarz i pierś, po czym wytarł się do sucha. Rykoszetujące od wzgórz ostatnie promienie słońca sprawiały, że na ziemi kładły się długie cienie. Była to pora dnia, którą lubił najbardziej – wrażenie, że wszystko się stapia, że wszystko trwa w stanie zawieszenia. Gdy ciemność się pogłębiała, patrzył na pojawiające się gwiazdy: jedna, druga, następna. Pora była taka jak melodia Amy: połączone wspomnienia i tęsknota, szczęście i smutek, początek i koniec.

Rozpalił ognisko, umył oprawione ryby, umieścił delikatnie białe mięso w rondlu i dodał trochę smalcu. Amy wyszła z domu i siedzieli razem, patrząc na dochodzącą potrawę. W kuchni przy świeczce zjedli pstrąga, pokrojone w plastry pomidory, ziemniaki pieczone w ognisku, a później jabłko na spółkę. Napalili w kominku w bawialni i siedzieli na kanapie, okryci kocem, z psem jak zwykle wylegującym się u ich stóp. W milczeniu patrzyli w płomienie. Nie odczuwali potrzeby wymiany słów, bo powiedzieli już sobie wszystko, co mieli do powiedzenia; wszystkim się podzielili i wszystko o sobie wiedzieli. Po jakimś czasie Amy wstała i wyciągnęła rękę.

– Chodź ze mną do łóżka.

Zabrali świeczki i weszli po schodach. W maleńkiej sypialni na poddaszu rozebrali się i skulili pod kołdrami, przytuleni dla ciepła. Pies przeciągle westchnął i legł na podłodze w nogach łóżka. Dobre stare psisko, wierne jak lew, miało tam trwać do rana, czuwając nad nimi. Peter rozkoszował się bliskością i ciepłem ich ciał, wspólnym rytmem oddechu, odczuwając nie szczęście, ale coś głębszego, bogatszego. Przez całe życie chciał być znany tylko przez jedną osobę. Na tym polega miłość, uznał. Na wzajemnym poznaniu.

– Peter? Co jest?

Minął jakiś czas. Jego umysł, unoszący się w bezwymiarowej przestrzeni pomiędzy snem i jawą, zawędrował do starych wspomnień.

– Myślałem o Theo i Maus. O tamtej nocy w stodole, o ataku. – Przepłynęła jakaś myśl, tuż poza zasięgiem. – Mój brat nigdy się nie dowiedział, co zabiło wirola.

Amy milczała przez chwilę.

– To ty, Peter. Ty ich ocaliłeś. Mówiłam ci… nie pamiętasz?

Rzeczywiście mówiła? A jeśli tak, to co przez to rozumiała? Przecież był wówczas w Kolorado, wiele kilometrów i dni dalej. Jak mógłby tego dokonać?

– Wyjaśniłam ci, jak to działa. Ta zagroda jest wyjątkowa. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są jednym i tym samym. Byłeś w stodole, ponieważ musiałeś tam być.

– Ale niczego nie pamiętam.

– Dlatego, że to się jeszcze nie wydarzyło. Nie dla ciebie. Nadejdzie jednak czas, kiedy się wydarzy. Będziesz tam, żeby ich uratować. Żeby uratować Caleba.

Caleb, jego chłopiec. Nagle przytłoczył go smutek przemieszany z głęboką, pełną tęsknoty miłością. Oczy zapiekły go od łez, wzruszenie dławiło go w gardle. Tyle lat. Minęło tyle lat.

– Ale teraz jesteśmy tutaj – powiedział. – Ty i ja, w tym łóżku. To jest prawdziwe.

– Na świecie nie ma już niczego prawdziwego. – Przytuliła się do niego. – Nie martwmy się tym teraz. Wiem, że jesteś zmęczony.

Był zmęczony. Bardzo, bardzo zmęczony. Czuł lata w kościach. W jego umyśle osiadło wspomnienie, jak przeglądał się w rzece. Kiedy to było? Dzisiaj? Wczoraj? Tydzień temu, miesiąc, rok? Słońce stało wysoko, tworząc skrzące się lustro na powierzchni wody. Jego odbicie falowało w nurcie. Głębokie zmarszczki i obwisłe policzki, wory pod oczami zmąconymi przez czas, przerzedzone włosy białe jak śniegowa czapka. Patrzył na twarz starca.

– Czy… ja umarłem?

Amy nie odpowiedziała. Peter wtedy zrozumiał, co mu mówi. Nie tylko to, że umrze jak każdy, ale że śmierć nie jest końcem. Zostanie w tym miejscu, czuwający duch na zewnątrz murów czasu. Oto klucz do wszystkiego, otwierający drzwi, za którymi leży odpowiedź na wszystkie tajemnice życia. Pomyślał o dniu, kiedy przybył do zagrody, bardzo dawno temu. Wszystko w niewytłumaczalny sposób było nienaruszone, spiżarnia zaopatrzona, zasłony w oknach i talerze na stole jakby na nich czekały. Tym właśnie było to miejsce. Jego jedynym prawdziwym domem na świecie.

Leżąc w ciemności, czuł pierś puchnącą z zadowolenia. Stracił wiele rzeczy i nie brakowało też ludzi, którzy odeszli. Wszystko umierało. Nawet sama ziemia, niebo i rzeki, i umiłowane przez niego gwiazdy pewnego dnia osiągną kres istnienia. Ale nie było to coś, czego należy się obawiać, i na tym polegało zaprawione kroplą goryczy piękno życia. Wyobraził sobie chwilę swojej śmierci. Wizja była tak silna, jakby nie tyle widział ją w wyobraźni, ile wspominał. Leży w tym samym łóżku, jest letnie popołudnie i Amy go obejmuje. Wygląda zupełnie jak teraz, silna, piękna i pełna życia. Łóżko stoi przodem do okna, przez zasłony sączy się rozproszone światło. Nie ma bólu, jest tylko wrażenie rozpadu. „W porządku, Peter – mówi Amy. – Wszystko w porządku. Niebawem znów będziemy razem”. Światło staje się coraz jaśniejsze, najpierw przepełnia jego oczy, a później świadomość, i tak oto Peter odchodzi: odpływa na falach światła.

– Tak bardzo cię kocham – powiedział.

– A ja kocham ciebie.

– To był cudowny dzień, prawda?

Skinęła głową, przytulona do niego.

– I będzie ich znacznie więcej. Ocean dni.

Przytulił ją jeszcze mocniej. Na zewnątrz trwała zimna, cicha noc.

– To była piękna melodia – odezwał się. – Cieszę się, że znalazłem to pianino.

I z tymi słowy, skuleni razem w dużym, miękkim łóżku na poddaszu, odpłynęli w sen.

▪ ▪ ▪

Cieszę się, że znalazłem to pianino.

To pianino.

To pianino.

To pianino…

Peter wzniósł się na poziom świadomości i stwierdził, że jest nagi, okręcony mokrymi od potu prześcieradłami. Przez chwilę leżał w bezruchu. Czy był…? I nie był…? W ustach czuł taki smak, jakby jadł piasek, pęcherz ciążył mu niczym kamień. Za oczami pierwsze dźgnięcie kaca zapowiadało długi, męczący dzień.

– Sto lat, poruczniku.

Lore leżała obok niego. Nie tyle obok, ile owinięta wokół niego; ich ciała były splecione i śliskie od potu w miejscu, gdzie się stykały. Korzystali wcześniej z tej chałupy – z tylko dwoma izbami i wychodkiem na tyłach – choć nie wiedział, do kogo należy. Okienko nad łóżkiem było szarym prostokątem przedświtu letniego dnia.

– Najwyraźniej z kimś mnie mylisz.

– Och, wierz mi – położyła palec pośrodku jego piersi – nie ma mowy o pomyłce. Jak się czujesz, mając trzydzieści lat?

– Jak dwudziestodziewięciolatek z pękającą głową.

Posłała mu uwodzicielski uśmiech.

– Cóż, mam nadzieję, że podobasz się sobie taki. Wybacz, że zapomniałam o kartce.

Odrzuciła prześcieradła, usiadła na brzegu łóżka i podniosła koszulę z podłogi. Miała szerokie, silne ramiona i długie włosy, które wiązała w koński ogon. Wcisnęła się w brudne spodnie, wsunęła stopy w buty. Obróciła się nieco i spojrzała na niego.

– Wybacz, że zmykam, mi amigo, ale muszę odprawić cysterny. Zrobiłabym ci śniadanie, tylko poważnie wątpię, czy jest z czego. – Pochyliła się, żeby szybko pocałować go w usta. – Pozdrów ode mnie Caleba, dobrze?

Chłopiec spędził noc u Sary i Hollisa. Żadne z nich nie zapytało Petera, dokąd idzie, chociaż z pewnością domyślali się, co zamierza.

– Dobrze – rzucił.

– Zobaczymy się, jak następnym razem będę w mieście? – Nie odpowiedział, więc przechyliła głowę i spojrzała na niego. – A może… raczej nie.

W zasadzie nie miał odpowiedzi. Nie łączyła ich miłość – ten temat nigdy się nie pojawił – ale było to coś więcej niż fizyczne pożądanie. Uczucie wpadało w szarą strefę pomiędzy; nie będąc ani jednym, ani drugim, i właśnie na tym polegał problem. Przebywanie z Lore przypominało mu o tym, czego nie mógł mieć.

Posmutniała.

– Cholera. A ja tak piekielnie cię lubiłam, poruczniku.

– Nie wiem, co powiedzieć.

Westchnęła, odwracając wzrok.

– Przypuszczam, że to nie miało szans na przetrwanie. Żałuję, że nie pomyślałam, żeby rzucić cię pierwsza.

– Przepraszam. Nie powinienem pozwolić, żeby sprawy zaszły tak daleko.

– Wierz mi, przejdzie. – Zadarła głowę, patrząc w sufit, i odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, po czym przepędziła łzę. – Pieprzyć to, Peter. Widzisz, do czego mnie doprowadziłeś?

Czuł się okropnie. Nie przewidział czegoś takiego. Jeszcze minutę temu był pewien, że oboje będą dryfować, niesieni nurtem tego, cokolwiek to było, aż w końcu stracą sobą zainteresowanie albo ktoś nowy pojawi się w ich życiu.

– Nie chodzi o Michaela, prawda? – zapytała Lore. – Bo już ci mówiłam, że między nami koniec.

– Sam nie wiem – mruknął, po czym przyznał: – Dobra, może trochę. Dowie się, jeśli będziemy to ciągnąć.

– No to się dowie… i co z tego?

– Jest moim przyjacielem.

Otarła oczy i parsknęła cichym, pełnym goryczy śmiechem.

– Twoja lojalność jest godna podziwu, ale możesz mi wierzyć, zajmuję ostatnie miejsce na jego liście ważnych spraw. Pewnie ci podziękuje, że dzięki tobie ma mnie z głowy.

– To nieprawda.

Wzruszyła ramionami.

– Mówisz to tylko dlatego, że jesteś miły. I może właśnie dlatego tak bardzo cię lubię. Ale nie musisz kłamać. Oboje wiemy, co robimy. Ja wciąż sobie powtarzam, że wyrzucę go z pamięci, chociaż oczywiście tego nie robię. Wiesz, co mnie dobija? Nawet nie może powiedzieć mi prawdy. Ten cholerny rudzielec! O co chodzi z tą dziewczyną?

Peter przez chwilę czuł się zagubiony.

– Mówisz o… Alicii?

Lore spojrzała na niego ostro.

– Peter, nie bądź tępakiem. Jak sądzisz, co Michael robi w tej swojej durnej łodzi? Minęły trzy lata, odkąd Alicia zniknęła, a on wciąż nie może o niej zapomnieć. Gdyby rzeczywiście gdzieś była, może wtedy miałabym szanse. Ale przecież nie można rywalizować z duchem.

Przemyślenie tych słów zajęło mu dłuższą chwilę. Gdyby przed minutą ktoś go spytał, nie powiedziałby, że Michael choć trochę lubił Alicię, bo przecież od zawsze darli koty. Ale w głębi duszy wiedział, że tak naprawdę wcale się nie różnili – te same pokłady siły, ta sama determinacja, to samo nieprzyjmowanie do wiadomości odmowy, gdy jakiś pomysł wpadał im do głowy. I oczywiście łączyły ich długie wspólne dzieje. A te wyprawy Michaela łodzią? Czy były jakąś formą żałoby po Alicii? Każdy przeżywał jej zniknięcie po swojemu. Przez pewien czas Peter był na nią zły. Porzuciła ich bez słowa wyjaśnienia, nawet się nie pożegnała. Ale wiele się zmieniło… świat się zmienił. Teraz czuł głównie czysty ból samotności… i puste zimne miejsce w sercu, kiedyś zajmowane przez Alicię.

– Co do ciebie – podjęła Lore, przecierając oczy nadgarstkiem – nie wiem, kim ona jest, ale to szczęściara.

Zaprzeczanie nie miało sensu.

– Naprawdę przepraszam.

– Już to mówiłeś. – Ze zranionym uśmiechem zacisnęła ręce na kolanach. – Cóż, mam swoją ropę. Dziewczyna raczej nie może prosić o więcej. Bądź tak miły i czuj się jak świnia, dobra? Nie za długo. Tydzień, dwa wystarczą.

– Już się czuję jak świnia.

– Dobrze. – Pochyliła się i pocałowała go namiętnie. Jej pocałunek smakował łzami. Gwałtownie się odsunęła. – Na pożegnanie. Do zobaczenia, poruczniku.

▪ ▪ ▪

Słońce wschodziło, gdy wszedł po schodach na szczyt zapory. Kac zagnieździł się na dobre i Peter wiedział, że dzień wymachiwania młotkiem na rozpalonym dachu niczego nie polepszy. Godzina snu załatwiłaby sprawę, ale po rozmowie z Lore chciał oczyścić umysł przed pójściem do pracy.

Wstający dzień powitał go na tamie, ze światłem złagodzonym przez warstwę niskich chmur, które miały zniknąć w ciągu godziny. Od czasu gdy odszedł z sił ekspedycyjnych, zapora stała się w jego myślach miejscem o totemicznym znaczeniu. Któregoś dnia przed brzemienną w skutki wyprawą do Ojczyzny sprowadził tu bratanka. Nie działo się nic godnego uwagi. Chłonąc widoki, rozmawiali o misjach Petera z czasów służby w wojsku i o rodzicach Caleba, Theo i Maus. W końcu zeszli na dół, żeby popływać, czego Caleb nigdy wcześniej nie robił. Zwyczajna wycieczka, jednak pod koniec dnia coś się zmieniło. W sercu Petera otworzyły się drzwi. W owym czasie tego nie rozumiał, ale po ich drugiej stronie czekało nowe podejście do życia, obejmujące przyjęcie ojcowskiej odpowiedzialności za chłopca.

Takie było jego jedno życie, to, o którym wiedzieli ludzie. Peter Jaxon, oficer wojsk ekspedycyjnych w stanie spoczynku, został cieślą i ojcem, obywatelem Kerrville w Teksasie. Wiódł życie jak każdy inny, z jego troskami i radościami, ze wzlotami i upadkami, z lepszymi i gorszymi dniami, i był z tego zadowolony. Caleb skończył dziesięć lat. W przeciwieństwie do Petera, który w tym wieku już służył jako goniec w straży, chłopiec miał prawdziwe dzieciństwo. Chodził do szkoły, bawił się z kolegami, wypełniał obowiązki bez szczególnego ponaglania i tylko czasami się skarżył; co wieczór Peter kładł go do łóżka i chłopiec odpływał w sny w bezpiecznym przeświadczeniu, że jutrzejszy dzień będzie dokładnie taki sam jak dzisiejszy. Był wysoki na swój wiek, jak na Jaxona przystało, i z jego twarzy już zaczynała znikać dziecięca miękkość. Z dnia na dzień coraz bardziej przypominał ojca, Theo, chociaż już nie poruszał tematu rodziców. Peter nie unikał rozmowy – bratanek po prostu nie pytał. Pewnego wieczoru – gdy mieszkali razem już od sześciu miesięcy – lekkim tonem, jakby mówił o pogodzie, zapytał: „Mogę nazywać cię tatą?”. Peter nie krył zaskoczenia, bo tego nie przewidział. „Na pewno chcesz?” – zapytał. Chłopiec pokiwał głową. „Aha – mruknął Peter. – Chyba tak będzie dobrze”.

Co do drugiego życia, Peter nie mógłby powiedzieć, jakie było; wiedział tylko to, że istnieje i że trwa w nocy. Jego sny o zagrodzie obejmowały wachlarz dni i wydarzeń, ale ich wymowa zawsze była taka sama: towarzyszyło im poczucie przynależności, domu. Sny były tak żywe, że budził się z wrażeniem, że naprawdę przenosił się do tamtego miejsca i czasu, jakby godziny jawy i snu stanowiły dwie strony tej samej monety i obie były jednakowo prawdziwe.

Czym były te sny? Skąd się brały? Czy były wytworem jego umysłu, czy może pochodziły z zewnętrznego źródła – od Amy? Peter nikomu nie powiedział o pierwszej nocy ewakuacji z Iowa, kiedy Amy do niego przyszła. Miał ku temu wiele powodów, ale najważniejszy z nich był taki, że brakowało mu pewności, czy to zdarzyło się naprawdę. Zbudził się z głębokiego snu z córką Sary i Hollisa, śpiącą mu na kolanach – oboje byli opatuleni, by chronić się przed zimnem Iowa – pod niebem tak pijanym gwiazdami, że zdawał się unosić wśród nich. I była tam Amy. Nie rozmawiali, nie musieli. Dotyk ich rąk wystarczył. Chwila trwała wieczność i skończyła się w okamgnieniu. A Amy zniknęła.

Czy to zdarzenie też mu się przyśniło? Dowody mówiły, że tak. Wszyscy uważali, że Amy zginęła na stadionie, unicestwiona przez wybuch, który zabił Dwunastu. Nie znaleziono po niej ani śladu. Jednak ta chwila wydawała się taka realna. Czasami Peter był przekonany, że Amy wciąż gdzieś jest, lecz zaraz potem zakradały się wątpliwości. W końcu postanowił zachować te pytania dla siebie.

Stał przez jakiś czas, patrząc na słońce zalewające blaskiem teksańskie wzgórza. W dole nieruchoma powierzchnia zbiornika lśniła niczym lustro. Chciałby popływać, żeby pozbyć się kaca, ale przed stawieniem się w pracy musiał zaprowadzić Caleba do szkoły. Nie uważał się za dobrego cieślę – tak naprawdę umiał robić tylko jedno, być żołnierzem – jednak praca była stała i blisko domu, a z powodu realizowanych projektów zarząd budownictwa potrzebował jak najwięcej rąk do pracy.

Kerrville pękało w szwach. Z Iowa przybyło pięćdziesiąt tysięcy ludzi i w ciągu zaledwie dwóch lat podwoiła się liczba mieszkańców miasta. Przyjęcie tylu osób nie było łatwe. Kerrville zbudowano z myślą, że liczba ludności nie ulegnie zmianie. Pary, które chciały mieć więcej niż dwoje dzieci, musiały płacić ogromne grzywny. Mogły mieć trzecie dziecko tylko w przypadku, jeśli któreś z dwójki zmarło przed ukończeniem dziesiątego roku życia.

Przybycie ludzi z Iowa zawaliło całą koncepcję. Brakowało żywności, paliwa i leków, wystąpiły problemy sanitarne – wszystkie bolączki, jakie wiążą się z przebywaniem zbyt wielu osób na za małym terenie, łącznie z konfliktami między dawnymi a nowymi mieszkańcami. Śpiesznie wzniesione miasteczko namiotów przyjęło kilka pierwszych fal uchodźców, ale z napływem kolejnych tymczasowe obozowisko szybko przemieniło się w enklawę biedy. Wielu przybyszów po latach pracy przymusowej miało kłopot z dostosowaniem się do życia, w którym nie wszystkie decyzje były podejmowane za nich – powszechne stało się powiedzenie „leniwy jak z Ojczyzny”; inni poszli w przeciwnym kierunku: naruszali godzinę policyjną, zapełniali burdele i szulernie Dunka, pili, kradli, bili się i generalnie dostawali amoku. Jedyną częścią populacji zadowoloną z tego stanu rzeczy byli gangsterzy, którzy obławiali się na czarnym rynku, handlując całą gamą towarów – od żywności, przez bandaże po młotki.

Ludzie zaczęli otwarcie mówić o wyprowadzce za mur. Peter przypuszczał, że przejście od słów do czynów jest tylko kwestią czasu. Od trzech lat nie widziano ani jednego wirola, draka czy głupka, więc narastały naciski na władze cywilne, żeby otworzyć bramę. Opowieści o wydarzeniach na stadionie w Ojczyźnie krążyły wśród mieszkańców w tysiącu różnych wersji – nie było dwóch takich samych – ale w końcu nawet najbardziej zatwardziali niedowiarkowie zaczęli akceptować koncepcję, że zagrożenie naprawdę przeminęło. Kto jak kto, ale Peter powinien zgodzić się z tym pierwszy.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na miasto. Prawie sto tysięcy osób: kiedyś taka liczba zwaliłaby z nóg Petera, który wychował się w miasteczku – w świecie – liczącym mniej niż stu mieszkańców. Przy bramie, wyrzucając dieslowy dym w poranne powietrze, gromadziły się autobusy, żeby zabrać robotników do kompleksu rolnego. Zewsząd dobiegały dźwięki i zapachy życia, miasto się budziło i przeciągało. Epoka wiroli dobiegła końca – ludzkość wreszcie rozkwitała. Kontynent czekał, gotów do wzięcia, a Kerrville było miejscem, gdzie zaczęła się nowa epoka. Dlaczego zatem wszystko wydawało się takie wątłe, takie kruche? Dlaczego, stojąc na zaporze w skądinąd podnoszący na duchu letni poranek, czuł wewnętrzne drżenie obawy?

Cóż, pomyślał, niech tak będzie. Jeśli pełnienie funkcji ojca czegoś go uczy, to tego, że można się martwić o wszystko, tyle że martwienie się niczego nie zmieni. Miał przed sobą lunch do spakowania, „Bądź grzeczny” do powiedzenia i dzień uczciwej nieskomplikowanej pracy. I za dwadzieścia cztery godziny zacznie wszystko na nowo. Trzydziestka, pomyślał. Dzisiaj skończyłem trzydzieści lat. Gdyby dziesięć lat temu ktoś go zapytał, czy dożyje tego dnia, nie mówiąc już o wychowywaniu syna, uznałby go za wariata. Więc może tylko to się naprawdę liczy. Może po prostu wystarczy życie i ktoś, kogo kochasz i kto kocha ciebie.

▪ ▪ ▪

Powiedział Sarze, że nie chce żadnej imprezy, ale przeczuwał, że ta kobieta coś wymyśli. „Po wszystkim, przez co przeszliśmy, trzydziestka to nie w kij dmuchał. Zajrzyj po pracy. Będzie nas tylko piątka. Obiecuję, nic wielkiego”. Peter odebrał Caleba ze szkoły i poszedł do domu się umyć. Kilka minut po osiemnastej zjawił się z synem w mieszkaniu Sary i Hollisa, gdzie oczywiście czekało przyjęcie, którego nie chciał. W dwóch maleńkich dusznych pokojach tłoczyły się dziesiątki ludzi – sąsiedzi i współpracownicy, rodzice kolegów Caleba, mężczyźni, z którymi służył w wojskach ekspedycyjnych, nawet siostra Peg w ponurym szarym habicie, śmiejąca się i gawędząca jak wszyscy inni. Sara uściskała go zaraz za progiem i życzyła mu stu lat, a Hollis wsunął Peterowi szklankę w rękę i poklepał go po plecach. Caleb i Kate chichotali jak szaleni, nie mogąc się pohamować.

– Wiedziałeś o tym? – zapytał Peter syna. – A ty, Kate?

– Oczywiście, że wiedzieliśmy! – krzyknął chłopiec. – Żałuj, tato, że nie widziałeś swojej miny!

– No to masz wielki kłopot. – Peter mówił jak rozsierdzony ojciec, chociaż sam też się śmiał.

Były jedzenie, picie, tort, nawet kilka własnoręcznie zrobionych albo wycyganionych prezentów, niektórych zabawnych: skarpety, mydło, scyzoryk, talia kart, wielki słomkowy kapelusz, który Peter od razu nasadził na głowę, żeby wszystkich rozbawić. Od Sary i Hollisa dostał kompas kieszonkowy, przypomnienie o wspólnych podróżach. Hollis dorzucił jeszcze małą stalową butelkę.

– Najnowszy wyrób Dunka, coś wyjątkowego – powiedział, puszczając oko. – I nie pytaj, jak to zdobyłem. Wciąż mam szemranych znajomych.

Kiedy Peter rozpakował ostatnie prezenty, siostra Peg wręczyła mu zrolowany arkusz papieru. Widniał na nim nagłówek, Sto lat naszemu Bohaterowi, a poniżej były podpisy – jedne czytelne, drugie nie – wszystkich dzieci z sierocińca. Peter, któremu wzruszenie ścisnęło gardło, objął starszą kobietę, czym zaskoczył ich oboje.

– Dziękuję. Dziękuję siostrze i wszystkim.

Dochodziła północ, kiedy przyjęcie się skończyło. Caleb i Kate spali w łóżku Sary i Hollisa, jedno na drugim jak szczeniaki. Peter i Sara siedzieli przy stole, podczas gdy Hollis sprzątał.

– Jakieś wieści od Michaela? – spytał Peter.

– Ani słowa – odparła Sara.

– Martwisz się?

Ściągnęła brwi i wzruszyła ramionami.

– Michael to Michael. Nie rozumiem tej sprawy z łodzią, ale zrobi to, co chce zrobić. Myślałam, że może przy Lore się ustatkuje, ale to chyba zamknięty rozdział.

Peter poczuł wyrzuty sumienia. Dwanaście godzin temu był w łóżku z tą kobietą.

– Jak w szpitalu? – zapytał, licząc na zmianę tematu.

– Istny dom wariatów. Kazali mi odbierać porody. Rodzi się mnóstwo dzieci. Jenny jest moją asystentką.

Sara mówiła o znalezionej w Ojczyźnie siostrze Gunnara Apgara. Ciężarna Jenny przyjechała do Kerrville z pierwszą partią ewakuantów i zdążyła na czas, żeby urodzić w szpitalu. Rok temu wyszła za mężczyznę z Iowa, chociaż Peter nie miał pojęcia, czy to on jest ojcem dziecka. W wielu wypadkach takie związki były improwizowane.

– Przeprasza, że nie mogła przyjść – dodała Sara. – Wiele dla niej znaczysz.

– Poważnie?

– Nie tylko dla niej, prawdę mówiąc. Nie mogłabym zliczyć, ile osób mnie pytało, czy cię znam.

– Żartujesz.

– Wcale nie. Nie widziałeś tego plakatu?

Zakłopotany, wzruszył ramionami, choć w głębi duszy odczuwał zadowolenie.

– Jestem zwyczajnym cieślą. I to nie najlepszym w tym fachu, jeśli chcesz znać prawdę.

Sara się roześmiała.

– Mów, co chcesz.

Dawno minęła godzina policyjna, ale Peter umiał unikać patroli. Caleb ledwie otworzył oczy, kiedy wziął go w ramiona i ruszył do domu. Zdążył położyć chłopca do łóżka, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

– Peter Jaxon?

Mężczyzna w drzwiach był wojskowym, z pagonami sił ekspedycyjnych na ramionach.

– Jest późno, mój syn śpi. Co mogę dla pana zrobić, kapitanie?

Oficer podał mu zapieczętowaną kartkę.

– Dobrej nocy, panie Jaxon.

Peter po cichu zamknął drzwi, przeciął wosk nowym scyzorykiem i rozłożył kartkę.

Panie Jaxon, czy mogę prosić o wizytę w moim biurze w środę o ósmej rano? Brygadzista został powiadomiony, że spóźni się pan do pracy.

Z poważaniem

Victoria Sanchez

Prezydent Republiki Teksasu

– Tato, czego chciał ten żołnierz? – Caleb wszedł do pokoju, trąc oczy pięściami.

Peter jeszcze raz przeczytał wiadomość. Czego może od niego chcieć Sanchez?

– Nic takiego – odparł.

– Znowu jesteś w wojsku?

Spojrzał na chłopca. Dziesięć lat. Rósł tak szybko.

3CZERWONA STREFAPiętnaście kilometrów na zachód od Kerrville w TeksasieLipiec, 101 rok po wybuchu epidemii

Lucius Greer, zwany Wiernym, zajął miejsce na ambonie godzinę przed świtem. Miał pieczołowicie odnowiony sztucer kalibru .308 z wypolerowaną drewnianą kolbą i celownikiem optycznym, którego soczewkę przyćmił czas, ale wciąż nadawał się do użytku. Zostały mu tylko cztery naboje, więc niedługo będzie musiał wybrać się do Kerrville, żeby kupić więcej. Ale tego ranka, pięćdziesiątego ósmego dnia, wcale się tym nie martwił. Wystarczy jeden strzał – to wszystko, czego potrzebował.

Rzadka mgiełka zawisła w nocy nad polaną. Jego pułapka – wiadro zmiażdżonych jabłek – stała sto metrów po nawietrznej, w kępie wysokiej trawy. Lucius czekał, siedząc bez ruchu z podkulonymi nogami i sztucerem na kolanach. Nie wątpił, że jego zwierzyna się zjawi; zapach świeżych jabłek był nieodparty.

Dla zabicia czasu zmówił prostą modlitwę: Boże, Panie wszechświata, bądź moim przewodnikiem i pocieszycielem, daj mi siłę i mądrość, żebym wypełniał Twoją wolę w czekających mnie dniach, żebym wiedział, co jest ode mnie wymagane, i żebym był godny podopiecznej, którą mi powierzyłeś. Amen.

Lucius czuł, że coś nadchodzi. Wiedział to tak dobrze, jak znał bicie własnego serca, tchnienie w piersi, układ kości. Długi łuk ludzkiej historii zmierzał ku godzinie ostatecznej próby. Nie miał pojęcia, kiedy wybije ta godzina, ale z pewnością wybije i wtedy nastanie czas dla wojowników. Dla ludzi takich jak Lucius Greer.

Minęły trzy lata od wyzwolenia Ojczyzny. Wciąż pamiętał wydarzenia tamtej nocy, niezatarte wspomnienia wypalone w świadomości. Dzień sądu na stadionie i wielkie wejście wiroli; powstańców kierujących siłę ognia na czerwonookich, Alicię i Petera zbliżających się do sceny z dobytą bronią i strzelających raz za razem; wychudzoną Amy w łańcuchach, a potem ryk z jej gardła w chwili wyzwolenia mocy; jej przemieniające się, porzucające ludzki kształt ciało i trzask łańcuchów, gdy się uwolniła, i szybki jak błyskawica śmiały skok na potwornych wrogów; chaos i zamęt bitwy, i Amy uwięzioną pod Martínezem, Dziesiątym z Dwunastu; jasny błysk destrukcji i zaraz potem absolutną ciszę, cały świat zamrożony w bezruchu.

Gdy następnej wiosny Lucius wrócił do Kerrville, zrozumiał, że nie może dłużej mieszkać wśród ludzi. Znaczenie tamtej nocy było dla niego jasne – został powołany do samotnego istnienia. Zbudował sobie skromną chatę nad rzeką, ale czuł zew czegoś głębszego, wzywającego go do dziczy. Luciusie, obnaż się. Odłóż swoje zobowiązania, odrzuć wszelkie dobra doczesne, żebyś mógł mnie poznać. Tylko z nożem i ubraniem na grzbiecie zapuścił się na wysuszone wzgórza i wędrował dalej, nie mając innego celu poza najgłębszą samotnością, jaką tylko mógł znaleźć – żeby jego życie odnalazło swój prawdziwy kształt. Dni bez jedzenia, krwawiące poharatane stopy, język spuchnięty z pragnienia; po tygodniach spędzonych tylko z grzechotnikami, kaktusami i palącym słońcem do towarzystwa zaczęły się halucynacje. Skupisko karnegii stało się szeregiem stojących na baczność żołnierzy, jeziora pojawiały się tam, gdzie ich nie było, linia gór przybrała formę otoczonego murami dalekiego miasta. Lucius przyjmował te widziadła bezkrytycznie, bez świadomości, że są ułudą; były prawdziwe, bo tak wierzył. Przeszłość i teraźniejszość stopiły się w jego umyśle. Czasami był Luciusem Greerem, majorem wojsk ekspedycyjnych, kiedy indziej więźniem, młodym rekrutem, a nawet chłopcem z czasów swojego dzieciństwa.

Tygodniami wędrował w tym stanie, istota wielorakich światów. Pewnego dnia zbudził się i stwierdził, że leży w wąwozie pod unicestwiającym słońcem. Jego ciało było groteskowo wychudzone, pokaleczone i posiniaczone; miał zakrwawione palce, stracił też kilka paznokci. Co się stało? Czy sam to sobie zrobił? Niczego nie pamiętał. Zachował tylko nagłą, przytłaczającą świadomość obrazu, który ujrzał w nocy.

Lucius miał wizję.

Nie wiedział, gdzie jest, zdawał sobie sprawę tylko z jednego – że musi iść na północ. Po sześciu godzinach wędrówki znalazł się na drodze wiodącej do Kerrville. Oszalały z pragnienia i głodu, szedł dalej, aż tuż przed zmierzchem zobaczył tablicę z czerwonym znakiem X. Żelazna skrytka była obficie zaopatrzona w żywność, wodę, ubrania, paliwo, broń i amunicję. Był tam nawet generator. Najbardziej uradował go humvee. Umył się, oczyścił rany i spędził noc na miękkim posłaniu. O świcie zatankował pojazd, naładował akumulator i napompował opony, po czym ruszył na wschód. Rankiem drugiego dnia dotarł do Kerrville.

Na skraju pomarańczowej strefy porzucił humvee i poszedł do miasta pieszo. Tam, w mrocznym pokoju w H-town, wśród ludzi, których nie znał i którzy z reguły się nie przedstawiali, sprzedał trzy karabinki z żelaznej skrytki, żeby kupić konia i zapasy. Zapadała noc, gdy przybył do swojej chaty, stojącej na brzegu rzeki wśród topoli i dębów dwubarwnych. Miała tylko jedną izbę z polepą zamiast podłogi, ale na jej widok w sercu wezbrała mu radość z powrotu. Jak długo go nie było? Miał wrażenie, że upłynęły lata, całe dziesięciolecia życia, chociaż minęło tylko kilka miesięcy. Czas zatoczył pełne koło. Lucius był w domu.

Rozsiodłał konia, spętał go i wszedł do chaty. Gniazdo z puchu i gałązek na łóżku wskazywało, że coś się tu zadomowiło pod jego nieobecność, ale poza tym w skromnym wnętrzu nie zaszły inne zmiany. Zapalił latarnię i usiadł przy stole. U jego stóp leżał worek z zapasami: remington, pudełko naboi, nowe skarpety, brzytwa, zapałki, lusterko, sześć piór, trzy butelki atramentu jeżynowego i arkusze grubego włóknistego papieru. Napełnił miskę nad rzeką i wrócił do domu. Jego twarz w lusterku nie była ani bardziej, ani mniej szokująca, niż się spodziewał: zapadnięte policzki, oczy cofnięte w głąb czaszki, poparzona, pokryta bąblami skóra, zmierzwiona czupryna szaleńca. Dolną część twarzy porastała broda, w której z radością zamieszkałaby rodzina myszy. Właśnie skończył pięćdziesiąt dwa lata. Mężczyzna w lusterku spokojnie mógł mieć sześćdziesiąt pięć.

Ha, mruknął do siebie. Jeśli znów ma zostać żołnierzem, nawet starym i w rozsypce, będzie wyglądać jak należy. Ściął kołtuny i brodę, po czym namydlił twarz i ogolił się brzytwą. Wylał mydliny za próg chaty i wrócił do stołu, gdzie leżały pióra i papier. Zamknął oczy. Obraz widziany tamtej nocy w wąwozie różnił się od halucynacji, które nie odstępowały go na krok w czasie pobytu na pustyni. Był bardziej jak wspomnienie czegoś, co przeżył. Przywoływał z pamięci szczegóły, w wyobraźni przemierzając przestrzeń. Czy mógł choćby marzyć o oddaniu czegoś równie wspaniałego ręką amatora? Ale musi spróbować.

Lucius zaczął rysować.

▪ ▪ ▪

Szelest w zaroślach. Lucius przysunął lunetkę do oka. Było ich cztery, buchtujące, posapujące i chrząkające: trzy lochy i odyniec, rudawobrązowy, z wielkimi, ostrymi jak brzytwa szablami. Siedemdziesiąt kilogramów dzikiej świni do wzięcia.

Strzelił.

Lochy pierzchły, a dzik, wstrząsany głębokim drżeniem, zrobił kilka chwiejnych kroków i przednie nogi się pod nim ugięły. Lucius obserwował go przez lunetkę. Po kolejnym drżeniu, potężniejszym niż pierwsze, zwierzę upadło na bok.

Lucius zszedł po drabinie i zbliżył się do leżącego w trawie dzika. Przeturlał go na plandekę, powlókł do zwisającej z drzewa liny, związał zadnie nogi, założył hak i zaczął go podciągać. Gdy łeb odyńca znalazł się na wysokości jego piersi, przywiązał linę, ustawił miskę, wyjął nóż i zaczął ciąć po gardle zwierzęcia.

Do miski chlusnęła struga krwi. Dzik miał jej prawie cztery litry. Kiedy przestała ściekać, Lucius przelał ją z misy do plastikowego pojemnika. Gdyby miał więcej czasu, oprawiłby i rozebrał dzika, po czym uwędził mięso na sprzedaż. Ale był dzień pięćdziesiąty ósmy, więc musiał ruszyć w drogę.

Opuścił zwierzę na ziemię – przynajmniej kojoty skorzystają – i wrócił do chaty. Musiał przyznać, że wnętrze wygląda jak siedziba wariata. Nieco ponad dwa lata temu po raz pierwszy przyłożył pióro do papieru, a teraz ściany były pokryte owocami jego pracy. Rozszerzył technikę, od atramentu przechodząc do węgla, ołówków, nawet farby, która kosztowała krocie. Niektóre obrazy były lepsze niż inne – oglądając wszystkie w porządku chronologicznym, każdy mógłby prześledzić powolny, czasami frustrująco nieumiejętny proces samokształcenia artysty. Te najlepsze, w zadowalający sposób oddające wizję, Lucius obracał w głowie przez cały dzień niczym tony piosenki, od których można się uwolnić tylko wtedy, gdy się je zanuci.

Michael był jedyną osobą, która widziała te obrazy. Lucius trzymał się z daleka od ludzi, ale Michael wytropił go przez kogoś z gangu, znajomego Lore. Pewnego wieczoru ponad rok temu, gdy Lucius wracał po zastawieniu pułapek, zobaczył na podwórku starego pick-upa i Michaela siedzącego na opuszczonej klapie. Przez lata ich znajomości Michael z raczej potulnego chłopca wyrósł na dobrze zbudowanego mężczyznę w kwiecie wieku: twardy i szczupły, o silnych rysach i z pewną surowością widoczną w oczach. Towarzysz, na jakiego można liczyć w knajpianej burdzie, która zaczyna się od prztyczka w nos, a kończy totalną rozpierduchą.

– A niech mnie, Greer! – zawołał. – Wyglądasz jak gówno na sucharze. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć na gościnę w twoich progach?

Lucius wyciągnął flaszkę. Z początku nie było dla niego całkiem jasne, czego chce Michael, który wydał mu się trochę zmieniony, jakby zdezorientowany, odrobinę zapadnięty w siebie. Co więcej, Michael nigdy nie był cichy. Pomysły, teorie i różne projekty, czasem szalone i nie do końca przemyślane, wystrzeliwały z niego niczym kule z karabinu. Wciąż cechowała go głęboka koncentracja – człowiek mógłby pewnie ogrzać ręce na jego czaszce – ale było w nim coś mrocznego, jakby był uwięziony w klatce, jakby rozmyślał nad czymś, czego nie umiał wyrazić słowami.

Lucius słyszał, że Michael odszedł z rafinerii, rozstał się z Lore, zbudował jakąś łódź i spędzał na niej większość czasu, żeglując samotnie po Zatoce Meksykańskiej. Nie powiedział, czego szuka na pustym oceanie, a Lucius nie dociekał, bo niby jak sam mógłby wyjaśnić swoją pustelniczą egzystencję? Ale oczywiście wieczór spędzili razem; coraz bardziej wstawieni, raczyli się gorzałą upędzoną według specjalnej receptury nr 3 Dunka – ostatnimi czasy Lucius w zasadzie nie pił, ale doszedł do wniosku, że bimber jest dobry jako rozpuszczalnik. W pewnej chwili uznał, że składając mu wizytę, Michael naprawdę nie kierował się niczym innym jak tylko podstawowym ludzkim pragnieniem przebywania z drugą osobą. Ostatecznie obaj błąkali się po pustkowiach i może tym, na czym naprawdę Michaelowi zależało, gdy odcedziło się bzdury, było spędzenie kilku godzin w towarzystwie kogoś, kto rozumiał, przez co przechodzi. Obaj ulegli głębokiemu impulsowi izolowania się od innych akurat wtedy, kiedy wszyscy powinni tańczyć z radości, wychowywać dzieci i generalnie cieszyć się światem, w którym śmierć nie skacze z drzew i nie dopada cię po prostu dla hecy.

Przez jakiś czas wymieniali się nowinami. Rozmawiali o pracy Sary w szpitalu, o jej długo oczekiwanej przeprowadzce z Hollisem z obozów dla uchodźców do stałego mieszkania, o awansie Lore na brygadzistę w rafinerii, o Peterze, który odszedł ze służby w siłach ekspedycyjnych, żeby zostać w domu z Calebem, o niebędącej dla nikogo niespodzianką decyzji Eustace’a, który postanowił zrobić to samo i wrócić z Niną do Iowa. Optymistyczny ton lukrował powierzchnię rozmowy, ale Lucius nie dał się zwieść. Pod powierzchnią zawsze czyhały imiona, których nie wymawiali.

Lucius nikomu nie mówił o Amy – tylko on znał prawdę. Co do losu Alicii, nie miał niczego do zaoferowania, ani on, ani najwyraźniej nikt inny. Kobieta rozpłynęła się w wielkiej pustce Iowa. W owym czasie Lucius wcale się tym nie przejmował – swoimi niezapowiedzianymi długimi nieobecnościami i równie zaskakującymi nagłymi powrotami Alicia przypominała kometę – ale mijały dni i nikt jej nie widział. Kiedy jeszcze Michael tkwił uwięziony w łóżku z nogą w gipsie na wyciągu, Lucius widział w oczach przyjaciela świadomość, że Alicia zniknęła, płonącą niczym szukający bomby długi zapalony lont. „Nie rozumiesz – powiedział wtedy Michael, niemal lewitując nad łóżkiem z frustracji. – Tym razem jest inaczej”. Lucius nie zadał sobie trudu, żeby zaprzeczyć – bo ta kobieta nie potrzebowała absolutnie nikogo – ani nie próbował powstrzymać Michaela, gdy dwanaście godzin po zdjęciu gipsu siadł na konia i pojechał w śnieżycę, żeby jej szukać. Było to nierozsądne posunięcie, zważywszy, że minęło dużo czasu i że sam ledwie się trzymał na nogach. Ale Michael był Michaelem, a mężczyźnie nie mówi się „Nie”. Co więcej, cała sprawa miała dziwnie osobisty wydźwięk, jakby odejście Alicii było wiadomością przeznaczoną wyłącznie dla niego. Wrócił pięć dni później, na wpół zamarznięty, przejechawszy sto pięćdziesiąt kilometrów, i więcej o tym nie wspomniał ani tego dnia, ani nigdy potem. Nawet nie wymówił jej imienia.

Wszyscy ją kochali, ale Lucius wiedział, że nikt nie zna jej serca, że jest jej pisane życie z dala od innych. Alicia roztopiła się w eterze i po trzech latach Lucius zastanawiał się nie nad jej losem, ale czy ona w ogóle istniała.

Zdążyli wychylić po trzy szklanki i dawno minęła północ, gdy Michael wreszcie poruszył temat, który najwyraźniej nurtował go od samego początku.

– Naprawdę myślisz, że już ich nie ma? Że nie ma wiroli?

– Czemu pytasz?

Michael uniósł brew.

– No mów – rzucił.

Lucius starannie przemyślał odpowiedź.

– Byłeś tam, widziałeś, co się stało. Zabij Dwunastu, a zabijesz resztę. O ile się nie mylę, to była twoja koncepcja. Trochę za późno, żeby zmieniać zdanie.

Michael bez słowa odwrócił wzrok. Czy odpowiedź go zadowoliła?

– Powinieneś kiedyś ze mną pożeglować – odezwał się w końcu i nieco się rozchmurzył. – Naprawdę by ci się spodobało. Tam jest wielki szeroki świat. Nigdy czegoś takiego nie widziałeś.

Lucius się uśmiechnął. Cokolwiek go gryzło, był gotów o tym rozmawiać.

– Pomyślę – obiecał.

– Kiedykolwiek zechcesz. – Michael wstał, przytrzymując się ręką stołu, żeby nie stracić równowagi. – Cóż, tak czy inaczej, jestem kompletnie nawalony. Jeśli to ci nie przeszkadza, chyba czas, żebym poszedł się zrzygać, a później przekimał w samochodzie.

Lucius wskazał wąską pryczę.

– Łóżko jest twoje, jeśli chcesz.

– Miło z twojej strony. Może kiedy poznam cię lepiej.

Michael chwiejnym krokiem dobrnął do drzwi. Odwrócił się i powiódł zaczerwienionymi oczami po maleńkiej izbie.

– Niezły z ciebie artysta, majorze. Ciekawe obrazki. Kiedyś będziesz mi musiał o nich opowiedzieć.

I to było wszystko. Gdy Lucius zbudził się rano, Michaela już nie było. Myślał, że może znowu go zobaczy, ale więcej się nie zjawił. Przypuszczał, że dostał to, czego szukał, a może uznał, że u niego tego nie znajdzie. Naprawdę myślisz, że już ich nie ma? Co powiedziałby jego przyjaciel, gdyby usłyszał prawdziwą odpowiedź na swoje pytanie?

Lucius odłożył na bok te niepokojące myśli. Postawił bańkę z krwią dzika w cieniu chaty i zszedł nad rzekę. Woda Guadalupe zawsze była zimna, ale jeszcze zimniejsza w zakolu, gdzie powstało głębokie zagłębienie – sześć metrów do dna – zasilane przez naturalne źródło. Lucius ściągnął buty i spodnie, chwycił uprzednio przywiązaną linę, nabrał tchu i czystym łukiem skoczył z wysokiego wapiennego brzegu. Nurkował i z każdym metrem temperatura spadała. Torba z grubego płótna wisiała pod nawisem, chroniona przed nurtem. Lucius przywiązał sznur do paska, wysunął torbę spod nawisu, wypuścił powietrze z płuc i wypłynął na powierzchnię.

Wspiął się na przeciwległy brzeg, poszedł w dół rzeki do płycizny, wrócił na drugą stronę i poczłapał ścieżką na szczyt wapiennej skarpy. Usiadł na krawędzi, chwycił linę i wciągnął torbę.