Miasto - Luis Zueco - ebook + książka

Miasto ebook

Luis Zueco

4,5
34,06 zł

lub
Opis

Opisana tu historia rozgrywa się w Albarracín, jednym z najpiękniejszych miasteczek w całej Hiszpanii. W czasach muzułmańskich Albarracín tworzyło jedno z arabskich królestw na Półwyspie Iberyjskim, zwanych taifami. Następnie przekształciło się w niezależną chrześcijańską seniorię zarządzaną przez pochodzący z Nawarry ród Azagra. W zasadzie stanowiło niewielki kraik otoczony przez ambitne królestwa szukające okazji, by go podbić. Jeśli przyjrzeć się mapom z wieku XIII, okazuje się, że na większości senioria Albarracín nie została zaznaczona. A jednak przetrwała niezależna do roku 1284.

Powieść, którą oddajemy do rąk czytelników, jest hołdem dla dziedzictwa i historycznego piękna Albarracín, uznaniem dla prac konserwatorskich, jakim poddano zabytki miasteczka. Hołdem dla jego zapomnianej historii.

Albarracín było seniorią. Wydarzenia opisane w powieści rozgrywają się wyłącznie w obrębie murów miasta stanowiącego serce tego średniowiecznego dominium, wtedy gdy handel, nauka i kultura przeżywały rozkwit w chrześcijańskich królestwach. Na kartach powieści czytelnik znajdzie liczne przykłady tego, jak mroczna może stać się dusza ludzka. Będzie też świadkiem pojedynków, niemym uczestnikiem intryg oraz tropicielem tajemnic i zagadek. Ponieważ średniowiecze tym właśnie było: okrutną i niebezpieczną epoką, w której miecz nie był jedyną bronią, jakiej należało się obawiać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 609

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0



Warszawa 2018

© Copyright for the Polish edition by Fabuła Fraza

© Copyright for the Polish translation by Rozalya Sasor, 2018

Fabuła Fraza Sp. z o.o.

02-495 Warszawa

ul. Apartamentowa 6/B3

www.fabulafraza.pl

[email protected]

Projekt graficzny i skład: DM QUADRO

Mapy i ilustracje w wersji polskiej: DM QUADRO

Redakcja: Dariusz Wilczak

Korekta: Alicja Kobel

ISBN: 978-83-65411-24-2

1.a edición: noviembre 2016

© Luis Zueco, 2016

© Ediciones B, S.A., 2016

Consell de Cent, 425-427-08009 Barcelona (España)

www.edicionesb.com

ISBN: 978-84-666-6011-2

DL B 20096-2016

Pol. Ind. Arroyomolinos, 128938 – Móstoles (Madrid)

Todos los derechos reservados. Bajo las sanciones establecidas

en el ordenamiento jurídico, queda rigurosamente prohibida,

sin autorización escrita de los titulares del copyright, la reproducción

total o parcial de esta obra por cualquier medio o procedimiento,

comprendidos la reprografía y el tratamiento informático, así como

la distribución de ejemplares mediante alquiler o préstamo públicos.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Mojej matce Asunción,

kobiecie

„Nie wszystkie prawdy są dla wszystkich uszu”

Imię róży, Umberto Eco

Pewnego sobotniego poranka, nim na nowo podjąłem pracę nad niniejszą powieścią, dowiedziałem się o śmierci Umberta Eco. Wiadomość zmusiła mnie do zrobienia przerwy w pisaniu. Rozmyślałem o jego książce Imię róży, o tych wszystkich autorach, o nas, którzy chwyciliśmy za pióro po jej lekturze. I o czytelnikach, którzy odkrywszy ją, stali się miłośnikami książek. A również o tym, jak bliski może się nam wydawać człowiek, chociaż go nie znamy i nigdy z nim nie zamieniliśmy słowa.

Jest to specyficzna cecha pisarzy. W swoich książkach umieszczają kawałek siebie, dzieląc go z nieznajomymi i tworząc w ten sposób więź z czytelnikami. Mistrzowie idą nawet dalej i, jak Umberto Eco, sprawiają, że ich książki zmieniają nas na zawsze.

PRZEDMOWA

Opisana tu historia rozgrywa się w Albarracín, jednym z najpiękniejszych miasteczek w całej Hiszpanii. W czasach muzułmańskich Albarracín tworzyło jedno z arabskich królestw na Półwyspie Iberyjskim, zwanych taifami. Następnie przekształciło się w niezależną chrześcijańską seniorię zarządzaną przez pochodzący z Nawarry ród Azagra. W zasadzie stanowiło niewielki kraik otoczony przez ambitne królestwa szukające okazji, by go podbić.

Jeśli przyjrzeć się mapom z wieku XIII, okazuje się, że na większości senioria Albarracín nie została zaznaczona. A jednak przetrwała niezależna do roku 1284.

Powieść, którą oddaję do rąk czytelników, jest hołdem dla dziedzictwa i historycznego piękna Albarracín, uznaniem dla prac konserwatorskich, jakim poddano zabytki miasteczka. Hołdem dla jego zapomnianej historii.

Albarracín było seniorią. Wydarzenia opisane w powieści rozgrywają się wyłącznie w obrębie murów miasta stanowiącego serce tego średniowiecznego dominium, wtedy gdy handel, nauka i kultura przeżywały rozkwit w chrześcijańskich królestwach.

Na kartach powieści czytelnik znajdzie liczne przykłady tego, jak mroczna może się stać dusza ludzka. Będzie też on świadkiem pojedynków, niemym uczestnikiem intryg oraz tropicielem tajemnic i zagadek. Ponieważ średniowiecze tym właśnie było: okrutną i niebezpieczną epoką, w której miecz nie był jedyną bronią, jakiej należało się obawiać.

DRAMATIS PERSONÆNajważniejsze postacie historyczne

Piotr III Wielki[1], syn Jakuba I Zdobywcy i jego drugiej żony Jolanty Węgierskiej. Król Aragonii, król Walencji, hrabia Barcelony i król Sycylii. Ekskomunikowany przez papieża Marcina IV.

Alfons X Mądry, syn Ferdynanda III Świętego, połączył królestwa Kastylii i Leónu. Jako syn Elżbiety Hohenstauf pretendował do tronu Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Wniósł ogromny wkład w rozwój kultury, astronomii, prawa i literatury hiszpańskiej.

Juan Núñez de Lara, kastylijski szlachcic, głowa rodu de Lara, poprzez małżeństwo z Teresą de Azagra uzyskał prawa do seniorii Albarracín.

Sancho IV Odważny, drugi syn króla Alfonsa X Mądrego i jego żony Jolanty Aragońskiej. Uzyskał prawo do tronu dzięki poparciu możnych kastylijskich, niezadowolonych z polityki jego ojca.

Teresa de Azagra, piąta władczyni Albarracín; jej małżeństwo z Juanem de Lara zakończyło okres dominacji rodu Azagra w seniorii.

Najważniejsze postacie fikcyjne

Lízer, młody żołnierz, który przybywa do Albarracín, gdzie zostaje członkiem straży miejskiej.

Martín, kataloński duchowny, podwładny dziekana katedry; posiada znaczne wpływy w diecezji i otrzymuje ważną misję.

Alodia, dziewczyna z Walencji; zmuszona do rozstania z rodziną, musi sobie radzić sama w świecie mężczyzn.

Alejandro de Ferrellón, dowódca straży miejskiej; surowy i uczciwy stróż prawa.

Brat Szczepan, wiekowy dominikanin, emisariusz papieski wysłany do Albarracín w celu zbadania tajemniczych wypadków, do których doszło w mieście.

Pablo de Heredia, głowa jednego z najważniejszych rodów w Albarracín; ojciec Atilana, jedynego syna, który niebawem przejmie po nim tytuł i włości.

Ayub, mudejar, którego rodzina związana jest z Albarracín od niepamiętnych czasów; mag o ogromnej wiedzy i szerokich kontaktach w całym świecie.

Abraham, żydowski medyk posiadający znaczny wpływ na miejski handel.

Blasco, ciekawski chłopiec, syn jednego z miejskich kowali.

Guillermo Trasobares, zamożny kupiec trudniący się handlem produktami wszelkiego typu, zwłaszcza winem.

Diego de Cobos, szlachcic pochodzący z Albarracín; przeciwnik przejęcia władzy w mieście przez napływową szlachtę kastylijską.

Melendo, stary duchowny, proboszcz parafii pod wezwaniem św. Jakuba.

PROLOG

Jest rok 1300. To rok przestępny, który rozpoczął się w piątek. Papież Bonifacy VIII ogłosił go pierwszym rokiem jubileuszowym i od tej pory jubileusz ma być upamiętniany w każdym następnym stuleciu.

Nie wiem, czy tak się stanie, ale w tym roku wierni świętowali go entuzjastycznie. Tutaj, w Rzymie, na ulicach w pobliżu placu Świętego Piotra, trzeba było zakazać wjazdu furmanom, bo zgromadziła się tak wielka ciżba ludzka, że wiele osób zginęło, stratowanych przez konne zaprzęgi.

W odpowiedzi na te smutne zdarzenia papież rozkazał, aby wszystkie ulice Watykanu przedzielono na pół białymi liniami: jedna strona miała być przeznaczona dla wozów, a druga dla pieszych. Podobno to pierwszy raz, kiedy zastosowano taki środek, swego rodzaju prawo drogowe.

Ja jestem staruszką i te sprawy coraz mniej mnie obchodzą, choć był czas, kiedy byłam niczym nieujarzmiona siła, pragnąca się wszystkiego dowiedzieć, odkryć wszystko.

Wiele lat minęło od tamtej pory. Nie uważam się za kobietę skłonną do melancholii. Myślę, że trzeba strzec się przed wspomnieniami, które z łatwością nas uwodzą przez swą niedoskonałość. Tak czy owak opowiem wam historię pewnego miasta. Nie z tych najludniejszych, jak Paryż, Londyn czy Wiedeń, chodzi o miasto niezbyt wielkie, ale szczególne, jak żadne inne. Miejsce, w którym spędziłam sporą część życia i które niegdyś stało się na cztery miesiące centrum całego chrześcijańskiego świata.

1

Spoczywało pod osłoną wysokich, dzikich gór, na samym dnie doliny wyżłobionej nurtem rzeki zasilanej w wodę przez obfite śniegi zimowe. Nie było doń innej drogi, jak przez ciasną przełęcz, prowadzącą pod same mury zwracające uwagę czerwonawym zabarwieniem, jakiego użyczał im szczególny gatunek kamienia pozyskiwanego z okolicznych gór. Miasto otaczały wyniosłe wzgórza, zwieńczone zamkami i wieżycami obronnymi, które rzucały śmiałe wyzwanie licznym, pragnącym je zdobyć wrogom.

Nigdy nie zostało podbite. Nigdy nie stało się lennikiem żadnego króla czy cesarza. Mimo położenia pomiędzy czterema potężnymi królestwami chrześcijańskimi, było wolne i niezdobyte.

Lubił o tym rozmyślać, gdy jak tamtej, nieprzyjaznej nocy krążył samotnie wokół murów. Strażnik miejski Munio z trudem chronił przed lodowatymi podmuchami płomień trzymanej w ręku pochodni. Wicher od gór mroził wszystko, co napotkał na drodze, i przenikał aż do szpiku kości tego krzepkiego mężczyznę z gęstą brodą i nieco wyłupiastymi oczyma, którego każdy ruch kosztował wiele wysiłku. Kolana odmawiały mu posłuszeństwa już od paru zim, podczas marszu kostki mu puchły i siniały, pokrywając się ciemnymi wybroczynami sprawiającymi nieznośny ból, który dało się złagodzić, jedynie mocząc nogi w wodzie zimnej albo nawet lodowatej, jeśli mógł sobie pozwolić na zakup lodu w którejś z miejskich lodowni.

Wszystkie te dolegliwości sprawiały, że musiał często przystawać dla odpoczynku. Dzień wcześniej pewna znachorka z podgrodzia dała mu maść. Specyfik był kosztowny, ale przynajmniej koił ból w czasie wielogodzinnych patroli.

Miał za sobą już dwanaście długich lat służby i prawie zawsze pełnił wartę nocą. Ale byli i tacy z dłuższym stażem, toteż na zmianę warty mógł liczyć tylko wówczas, gdy któryś z nich się rozchorował. Teraz właśnie los miał się do niego uśmiechnąć: jednemu z najbardziej długowiecznych strażników zaczynało brakować sił i niebawem miał odejść ze służby. Ciężka to była robota. Do Albarracín zjeżdżali podróżnicy i kupcy ze wszystkich królestw, co powodowało różne zatargi i straż miejska musiała w nich zwykle interweniować. Często były to bijatyki opojów lub graczy, ale zdarzało się, że dochodziło do starć z bronią w ręku i przelewu krwi.

Parę lat wcześniej, chcąc położyć kres burdom i zamieszaniu, czwarty pan na Albarracín zarządził przeniesienie wszystkich oberży w pobliże bram miejskich, żeby mieć na oku cudzoziemców, którzy nieustannie ściągali do miasta. A przybysze byli wszelakiego stanu i pochodzenia. Aragończycy wyróżniali się nadmierną butą, Kastylijczycy, choć najbardziej popędliwi, uchodzili za najlepszych handlarzy, no i mieli wiele odwagi, Katalończycy i Galisyjczycy mniej rzucali się w oczy, lecz trudno było zgadnąć, co może ich rozdrażnić. A Francuzom i muzułmanom z Grenady nie należało ufać, nigdy. Munio najbardziej lubił przybyszów z Nawarry, po części dlatego, że i w jego żyłach płynęła nawarska krew. Jego prapradziad przybył do Albarracín z Tudeli, z królestwa Nawarry w czasach, kiedy te ziemie przypadły rodowi Azagra.

To były dawne dzieje. Teraz piąty pan na Albarracín był Kastylijczykiem, z możnego rodu de Lara.

„Czy ten przeklęty wiatr nigdy nie ucichnie?” – mruknął pod nosem.

Mroźny wicher wiał już od tygodnia. Na ogół nie trwało to aż tak długo. Góry zwykle chroniły miasto przed silnymi podmuchami, które hulały bardziej na północ, w dolinie Ebro. Ten początek roku był dziwaczny, łagodna zima przeszła w wiosnę, która obchodziła się z nimi zdumiewająco surowo.

Zwierzęta również to odczuwały. Ze stajni niosło się rżenie przemarzniętych koni.

Nie było na świecie rzeczy, której pragnąłby goręcej niż mieć konia, silnego wierzchowca, na którym mógłby wojować z niewiernymi. Oczyma duszy widział się na grzbiecie tej żywej machiny wojennej, zabijającego wrogów, by potem powrócić w glorii do Albarracín i przejechać przez bramę Molina wśród wiwatującego tłumu mieszkańców.

W młodości walczył jako piechur w barwach rodu Heredia, jednego z najstarszych w Albarracín, na ziemiach królestwa Murcji. Tam się nauczył, że chrześcijanie wojują w sposób tak odmienny od muzułmanów, że nawet koni używają różnych ras. Jazda chrześcijańska była ciężka, a konnica andaluzyjska składała się z szybkich jeźdźców. Kastylijscy rycerze dosiadali wierzchowców, które dzięki masywnej budowie były zdolne wytrzymać znaczny ciężar rynsztunku oraz impet frontalnego natarcia w pełnym galopie.

Natomiast muzułmańscy rycerze za całą ochronę mieli kolczugi i używali lekkich koni, z odmiany powstałej ze skrzyżowania miejscowych ras ze zwierzętami pochodzenia berberyjskiego. Były to wierzchowce drobniejszej budowy i szybsze, zapewniające większą zwrotność i umożliwiające skuteczne stosowanie taktyki ataku, polegającej na okrążaniu, męczeniu i zwodzeniu przeciwnika, by wreszcie pokonać go w walce wręcz.

Strażnik miejski porzucił wojaczkę, bo nie przynosiła godziwych zarobków, a on pragnął założyć rodzinę. Tak czy owak nie mógł zaprzeczyć, że były to najciekawsze lata jego życia, toteż tęsknił za nimi i codziennie wracał do nich pamięcią w ciągnących się w nieskończoność godzinach nocnego czuwania na ulicach miasta.

Kiedy tak oczyma duszy oglądał siebie na czarnym rumaku, poczuł, że coś mu spada na nos. Podniósł wzrok. Zaczął prószyć śnieg.

Po chwili śnieżne płatki zawirowały na wietrze. Coraz trudniej było przeniknąć wzrokiem zawieję. Śnieg sypał gęsto i po chwili miasto wraz z otaczającymi je murami pokrył śnieżny kożuch, osłaniając bielą czerwonawe kamienie.

Zapowiadała się długa noc.

Zdrętwiał z przenikliwego zimna. Rozcierał sobie dłonie w próżnej nadziei, że je rozgrzeje. Miecz wiszący u pasa ciążył mu jak nigdy. Ogarnął spojrzeniem fasady domów przy placu targowym: wszystkie były zamknięte na głucho, a ich mieszkańcy, w cieple, pogrążeni we śnie na swoich siennikach, podczas gdy on musiał przemierzać lodowate ulice, mając wiatr i śnieżycę za jedyne towarzystwo.

W oddali dostrzegł innego strażnika, jednego z najstarszych. Zwykle ich drogi krzyżowały się w najciemniejszych godzinach nocy i wymieniali między sobą parę słów.

– Jak tam na spacerku? – zapytał weteran z odrobiną ironii.

– Spacerek? Twarda z ciebie sztuka, Diosdado! – Munio wypuścił z ust obłoczek pary. – Nic szczególnego od strony bramy Molina i Bramy Wodnej. Co się stało, że ci przypadła nocna warta?

– Czasami mam ochotę powspominać dawne lata.

– Oj, z pewnością dawne, nawet bardzo dawne...

– Uważaj, co mówisz, jeszcze mógłbym ci spuścić tęgie lanie – odciął się Diosdado.

– W to nie wątpię. Coś nowego na obchodzie?

– Nasz pan, Juan Nuñez, wyjechał, skoro noc zapadła, z zastępem dwudziestu ludzi.

– Wiesz, dokąd ruszył o tak niesprzyjającej porze?

– Sądzę, że na północ, w stronę Nawarry. Słyszałem w oberży u Kulawca, że szykuje się kampania na ziemiach Moncayo – wsunął dłonie głębiej w skórzane rękawice, próbując oszukać chłód. – Jeden człowiek z Sangüesa mi powiedział, że zbierają pokaźne siły.

– Pan na Albarracín powinien siedzieć tutaj, a nie wojować gdzieś za Nawarrę – rzucił gniewnie Munio.

– Owszem, ale wiesz dobrze, że ma też inne włości, a do tego w Kastylii wciąż trwają niepokoje po śmierci króla Alfonsa X.

– W Kastylii nigdy się nie uspokoją.

– Nasz senior wytrwale wspiera starania infantów de la Cerda o prawo do tronu Kastylii, o które się wadzą ze swoim stryjem, królem Sanchem IV. Musi robić wypady na ziemie graniczne i pokazywać swoją siłę zbrojną, choćby tylko po to, żeby zyskać mocną pozycję przetargową – wyjaśnił Diosdado. – Ot, sprawy możnych.

– A mnie wystarczy przetrwać tę noc, i to zimną – stwierdził Munio, rozcierając dłonie, żeby choć odrobinę je rozgrzać.

– Nie zrzędź tyle – Diosdado klepnął go po plecach. – Nie pierwszy raz pada śnieg w kwietniu, nie ostatni. No dobra, ruszam dalej.

Strażnik powiódł wzrokiem za swoim towarzyszem, oddalającym się w stronę podgrodzia. Kiedy jego sylwetka roztopiła się w mroku, Munio również podjął swój obchód, a bóle w kolanach powróciły. Z trudem przemierzył kilka ulic i musiał przystanąć. Oparł miecz o gipsową fasadę budynku i wyobraził sobie, że jest w domu, ze swoją żoną Aurorą. Zamarzył o cieple jej skóry, pieszczocie jej palców na karku, jej splecionych nogach lub choćby jej zapachu, tym aromacie tak dobrze mu znanym i tak niezbędnym do życia. O tak, Aurora była najlepszym, co mu się w życiu zdarzyło, kochał ją uczuciem niepohamowanym i nieprzystającym do wieku, jakby oboje byli w kwiecie młodości. Wiedział, że znajomi sobie z nich żartują, z ich gruchania, porozumiewawczych gestów, z okazywanej czułości.

„I co w tym takiego złego? Może lepiej się ograniczyć do wypełniania powinności w łożu?”

Kochał ją nade wszystko w życiu. Dlatego pragnął porzucić nocną zmianę na warcie. I już niewiele brakowało. O ile szczęście mu dopisze, ten rok będzie ostatnim wartowania po nocy.

Jakiś hałas po przeciwnej stronie placu wyrwał go ze snów na jawie.

„Komu też przyszło do głowy szwendać się po ulicach przy takiej pogodzie?”

Zbliżył się ostrożnie, z powodu śniegu trudno było cokolwiek dojrzeć. Może to po prostu kot narobił hałasu, choć wiadomo, że zwierzęta najlepiej wiedzą, że nie warto wychodzić na taki chłód. Dotarł do rogu, skąd droga prowadziła do najstarszej części Albarracín. Nie miał przekonania do tych uliczek z czasów, kiedy miasto stanowiło samodzielną muzułmańską taifę. Wielu potomków dawnych mieszkańców wciąż żyło w tych domach, między którymi ledwie się można było przecisnąć, bo tłoczyły się jeden przy drugim, prawie stykając się okapami. Krążyły opowieści, że kryją w swoich wnętrzach piękne pomieszczenia i dziedzińce.

Zszedł ku rzece. Ta część miasta podobała mu się dużo bardziej, miała dość przestrzeni, aby odetchnąć.

Spojrzał na jeden z pobliskich domów i dostrzegł blask światła w oknie.

Tak, nie było wątpliwości. Jakaś dziwna postać poruszała się wewnątrz. Zaczekał, aż znów się pokaże, była jak cień. I nagle zobaczył oczy świecące jak gwiazdy. Krew zastygła mu w żyłach, i to nie z zimna.

Munio nigdy nie napotkał na swej drodze diabła, ale nieraz słyszał, jak inni o nim opowiadali po oberżach. Szatan nie miał możności ukryć swojej natury całkowicie, tak stanowił dekret boski. Dlatego ilekroć przybierał wygląd człowieka, czegoś musiało w nim brakować. To właśnie sądził, że widzi w oknie: złego ducha. Pomyślał, co by było, gdyby podczas jego warty zdarzyło się coś strasznego, a on nie wszcząłby alarmu. Jak nic pożegnałby się ze zmianą pory obchodów i wizją snu u boku żony.

Budynek, któremu się przyglądał, nie należał do pierwszych lepszych. Znajdowała się w nim miejska garbarnia, to tam zwierzęce skóry przygotowywano do krojenia i szycia, z tego też powodu mieścił się tuż obok wielkiego koryta. Munio wiedział o tym bardzo dobrze, bo więcej niż raz zdarzały się problemy z zaopatrzeniem i garbarze wnosili skargi do rady miejskiej.

O tej porze garbarnia powinna być pusta. Strażnik oparł się ramieniem o drzwi i próbował je pchnąć. Na próżno, chociaż zdawało się, że włożył w ruch dość siły, by je otworzyć. Wtedy usłyszał przerażające wycie, nieludzki krzyk dobiegający z wnętrza budynku.

„Dlaczego to się dzieje akurat na mojej warcie? Co za pech!”

„I co mam teraz robić?”

Znów pomyślał o żonie. Ciągle mu powtarza, żeby nie pakował się w kłopoty, że nie płacą mu aż tyle, żeby musiał ryzykować. Że panowie siedzą sobie wygodnie po domach, w ciepełku, kiedy on spędza noce na ulicy wśród przestępców i pijaków. O tak, w tym akurat Aurora się nie myliła. Ale on był strażnikiem miejskim i miał swój honor. Co z tego, że był biedny, niezbyt bystry, że nie umiał czytać ani pisać. Miał przecież honor, którego nigdy nie splamił. Czego nie można było powiedzieć o możnych tego miasta, tak świeckich, jak duchownych, których nieraz widywał wychodzących ciemną nocą z domów publicznych.

On nie był taki. On miał honor.

Wciągnął zimne powietrze Albarracín, przełknął ślinę i wszedł do budynku.

Warsztat garbarski wypełniał ciężki do zniesienia fetor, powstały ze zmieszanego smrodu odchodów, zepsutego mięsa i uryny. Poczuł przyprawiający o mdłości zapach i omal nie zwymiotował. W końcu, nie bez wysiłku, udało mu się opanować i zbadać uważnie pomieszczenie. Wyłożoną płytami podłogę poprzecinaną siecią odprowadzających kanalików zajmowały narzędzia i przyrządy należące do cechu: płaskie, okrągłe misy, prostokątne korytka, wielki zbiornik wody i sterty moczących się skór. Rozejrzał się po warsztacie, ale wszystko zdawało się w porządku. To go uspokoiło. Odetchnął lżej, rozluźnił mięśnie i pomyślał, że niebawem skończy się jego warta, wkrótce znajdzie się przy żonie, ciesząc się jej pieszczotami.

Z warsztatem łączyły się tylko trzy pomieszczenia, postanowił jednak upewnić się, że i one są puste. W dwóch pierwszych znajdowały się magazyny i suszarnie, za to trzeci zdawał się mieć całkiem odmienne przeznaczenie. Kiedy tylko wszedł do środka, wróciły złe przeczucia.

Ktoś tam był.

Zrobił jeszcze kilka kroków i jego przeczucia się potwierdziły.

Pomieszczenie tonęło w półmroku. Na podłodze rysował się wydłużony cień, który bujał się z boku na bok. Uniósł wzrok i zobaczył kołyszącą się postać. Pod samym sufitem, z metalowego haka, zwisało głową w dół coś, co przypominało kształtem ludzkie ciało.

Ruszył przed siebie zahipnotyzowany kołyszącym się ruchem, przełknął ślinę, wiedział, że popełnia błąd, nie mógł go jednak uniknąć. I wtedy niewyraźny kształt ukazał się w pełni przed jego oczami. Tak, to było ludzkie ciało, lecz tam, gdzie powinna okrywać je skóra, nie było nic, prócz krwawej i lepkiej mazi. Podszedł ostrożnie bliżej i upewnił się, że to rzeczywiście obdarty ze skóry człowiek, pod którym, na podłodze, zdążyła się już uformować wielka, ciemna kałuża rozlewającej się strużkami po pęknięciach płyt cieczy. Trup miał wykrzywioną twarz, a jego rysy zamarły na zawsze w grymasie cierpienia.

Munio upadł na kolana, drżąc z przerażenia, oparł dłonie o podłogę i próbował wydusić z siebie jakieś słowa. Chciał się pomodlić, lecz usta miał jak sklejone. Nie udało mu się wymówić ani jednego słowa. Poczuł nagle, że wilgotnieją mu dłonie, więc je podniósł i zobaczył, że splamiła je rozlewająca się w kałużę ciecz, która nie była niczym innym jak krwią.

Pchany jakąś nieznaną siłą znów uniósł wzrok. Spojrzał w oczy zwłokom przyglądającym się strażnikowi martwym spojrzeniem, z groteskowo wykrzywioną bólem twarzą niczym demony i potwory wyrzeźbione na kapitelach katedry.

To przerażające wyobrażenie jeszcze bardziej uwrażliwiło mu zmysły i teraz, rozglądając się wokół, dostrzegał jedynie cienie i sylwetki, ruszające się niczym żywe istoty. Chwycił za rękojeść miecza i wyszarpnął go z pochwy. Zaczął badać pomieszczenie, szukając w półmroku duchów ostrzem broni. Nagle usłyszał westchnięcie.

Wiszący człowiek wciąż żył!

Rzucił się ku niemu i zdjął go z haka. Dłonie zapadały mu się w żywym ciele nieszczęśnika, które spadło na niego całym swoim ciężarem. Munia owiał ten sam, odrażający smród, nie udało mu się utrzymać równowagi i zwalił się razem z obdartym ze skóry ciałem na podłogę.

Dał się słyszeć przerażający jęk, usta nieszczęśnika się rozwarły, lecz nie wydały z siebie ani jednego zrozumiałego słowa, jedynie rzężenie bólu.

– Słyszycie mnie? Mówicie! Niech to! – westchnął strażnik z rozpaczą. – Kto wam to zrobił? Kto to był? Odpowiedzcie! Powiedzcie coś, na Boga!

Lecz człowiek nie mógł mu odpowiedzieć, pozbawiony przytomności, umierający, przyduszał go własnym ciężarem. Munio zrzucił go z siebie i z sercem w gardle zaczął się odczołgiwać, pchany naglą potrzebą opuszczenia tego miejsca jak najszybciej. Im szybciej, tym lepiej. Żeby znaleźć pomoc. Żeby przeżyć.

Niespodziewanie poczuł z boku palący ból, lecz krzyk uwiązł mu w zakneblowanych ustach.

Wyobraził sobie, że znów jest przy żonie, że leżą zawinięci w prześcieradła na sienniku w swojej alkowie.

Wiedział, że już jej nie zobaczy.

2

Albarracín budziło się ze snu okryte grubym na dwie piędzi kożuchem śniegu. Choć pod koniec minionego roku śnieżyce nie należały do rzadkości, nigdy nie sypało aż tak intensywnie jak tej nocy. Wiatr ustał zupełnie, a niskie, zimowe słońce na bezchmurnym niebie rozświetlało promieniami czerwonawe ściany budynków i otaczające miasto góry. Dzień zapowiadał się przyjemnie ciepły, lecz było to złudne wrażenie, ponieważ w cieniu temperatura obniżała się znacznie. Z zapadnięciem nocy powróci surowość ostatków zimy, więc nie pozostawało nic innego, jak cieszyć się wypełnionymi słońcem godzinami.

Zaopatrzeni w drągi mężczyźni oczyścili w pierwszej kolejności wejścia do domów, potem do stajni, a na koniec spiętrzyli śnieg w hałdach na skraju ulic. Do zachodu słońca zamarznie, więc należało go usunąć, nim ktoś zrobi sobie krzywdę. Mimo ryzyka Martín biegł ulicą, nie zważając na ostrzeżenia wykrzykiwane przez ludzi na widok jego ekwilibrystycznych ślizgów wykonywanych na oblodzonej drodze. Młody duchowny został wezwany przez przełożonego, dziekana przewodzącego kapitule katedralnej, czyli kolegium duchownych doradzających jego ekscelencji biskupowi. Jeśli by się tak zdarzyło, choć niech Bóg broni, w przypadku wakatu w siedzibie biskupiej kolegium mogło zastąpić jego ekscelencję w zarządzaniu diecezją.

Martín należał do jego najmłodszych członków, nawet nie otrzymał jeszcze nominacji. Niemniej czuł, że to dla niego ogromny zaszczyt podlegać rozkazom dziekana, bo nie dość, że był bardzo młody, to nie pochodził z miasta. Do Albarracín przybył w poszukiwaniu siedziby biskupiej, w której mógłby szybko wspiąć się po szczeblach kariery. Tutejsza świetnie się do tego celu nadawała ze względu na niewielkie rozmiary. Koniecznie chciał się czuć użyteczny Kościołowi, tylko w ten sposób potrafił uśmierzyć nękający go niepokój. Ponieważ Martína przerażała myśl, że mógłby w czymś uchybić Bogu, powziął nieodwołalną decyzję, by wieść przykładne życie duchownego. By nikt nigdy nie mógł rzec o nim złego słowa.

Stało się to dla niego obsesją, a we wzorowych zwyczajach znalazł sens życia. Lecz czasem nachodziły go wątpliwości i wtedy strach i niepokoje przybierały na sile. Miał nadzieję, że w Albarracín dręczące go zmory znikną raz na zawsze.

Skręcając w stronę katedry, wpadł na dwóch biegnących z naprzeciwka chłopaków. Zderzył się z jednym z nich i obydwaj upadli na śnieg.

– Niech to...! – duchowny ugryzł się w język.

– Wybaczcie, ojcze – tłumaczył się wystraszony chłopaczyna. – Nie widziałem was, przysięgam, że nie zauważyłem i kiedy... Pomogę wam, nie gniewajcie się, bardzo was proszę.

– Mógłbyś trochę uważać – ofuknął go obolały Martín, podnosząc się z ziemi.

– Zapomnijcie o tym, ojcze – wtrącił towarzysz, wyższy i zgrabniejszy od chłopca. – Jest taki niezdarny, że ciągle na coś wpada albo na kogoś. Już ja mu dam nauczkę, obiecuję.

– Tylko tu więcej nie biegajcie – skarcił obydwu, kiwając groźnie palcem. – Jesteś jego bratem?

– Tak – opowiedział, pochylając głowę. – Już wam przecież powiedziałem, że go ukarzę.

– Żeby to było ostatni raz.

– Bo chcieliśmy powiedzieć ojcu, co się zdarzyło strażnikowi – wyrwał się mniejszy z chłopców.

– Cicho bądź, Blasco! – wyższy szturchnął łokciem gadułę.

– Że co? – dopytywał się Martín. – Co się przytrafiło strażnikowi?

– Zabili go – wyznał brat Blasca.

– O czym wy mówicie?

– Codziennie rano wspinamy się na mury miejskie, bo kiedyś zostaniemy rycerzami – wyjaśnił z niewinną radością – i stamtąd widać wszystko, co się dzieje w mieście. A gdy dojrzymy coś ciekawego, zaraz tam lecimy, żeby sprawdzić.

– Domyślam się – duchowny rzucił okiem na odzienie i wygląd tej szczególnej pary. Od razu odgadł, że marzenia o rycerstwie nie będą mogły się spełnić. – Jak zginął strażnik? Wiecie coś o tym?

– Dzisiejszego ranka było dużo ruchu przed wejściem do katedry – odezwał się Blasco. – Podeszliśmy tam ukradkiem i dowiedzieliśmy się o śmierci strażnika.

– Dostał nożem w brzuch, w garbarni, ale nie to jest najgorsze...

– Jak cię zwą?

– Alfonso, a to mój brat Blasco.

– No dobrze, a można wiedzieć, co jest gorsze od śmierci strażnika miejskiego? – chłopcy spojrzeli po sobie, wzruszając ramionami.

– Zabili też jednego z garbarzy – odpowiedział starszy.

– Ci sami ludzie?

– No cóż, ojcze – rzucił Alfonso – rozumiecie, że my też coś z tego musimy mieć... – i wyciągnął przed siebie rękę.

– Aha, widać, że już wiesz, o co biega.

– Co biega? – zapytał młodszy z braci.

– Nic, nieważne, tak tylko powiedziałem. W zasadzie, będąc w waszym wieku, niewiele się od was różniłem.

– Przecież jesteście księdzem...

– Blasco! Zamknij się wreszcie! – Alfonso uraczył brata kolejnym szturchnięciem, tym razem silniejszym.

– Nazywam się Martín – przedstawił się, rozbawiony zachowaniem pary łobuzów. – Opowiedzcie o tym zabitym garbarzu.

– A co będziemy mieć w zamian? – nalegał Blasco.

– Radość ze służby bożej – odpowiedział z uśmiechem.

– Żałuję, ojcze, ale my jesteśmy skromni ludzie, zadowolimy się czymś bardziej ziemskim, jak pieniądze albo jedzenie – Alfonso odważył się powiedzieć wprost, czego chcieli.

– Macie – Martín dał im monetę.

– Może być. Myślę, że tak, że zabili go ci sami ludzie. Podobno oskórowali go jak jakieś zwierzę.

– Strażnika?

– Nie, garbarza. Obdarli go ze skóry.

– Święty Boże! – westchnął, wykonując znak krzyża. – Nie chcę nic więcej słyszeć. Muszę już iść, a wy nie biegajcie tak...

Nie zdążył dokończyć zdania, bo obydwaj chłopcy rzucili się już biegiem w dół ulicy.

Alfonso był szybszy i zawsze wyprzedzał brata, ale na każdym zakręcie zwalniał trochę, żeby ten mógł go dogonić. Ślizgali się na zamarzniętym śniegu, starając się zachować równowagę i nie upaść na bruk. Chwilowo się im udawało, póki jakiś powóz nie przeciął im drogi i Alfonso nie zatrzymał się w miejscu jak wryty. Blasco jednak nie zwolnił i uderzył w brata, tak że obydwaj upadli tuż obok karocy.

Kiedy tak leżeli na śniegu, drzwiczki powozu się otworzyły i z wnętrza spojrzała na nich para oczu bardziej błękitnych niż samo niebo.

– Patrzcie, oto jak się pada do stóp damy.

Obydwaj chłopcy zaraz się podnieśli i spojrzeli do góry, lecz z wrażenia trudno im się było opanować.

– Doño Tereso, czy wszystko dobrze, pani? – zapytał woźnica, podchodząc z boku do drzwiczek. – Czy te łobuzy nie pozwalają sobie na zbyt wiele?

– Spokojnie, Inocencio – kobieta o złotych włosach i smukłej szyi, którą zdobił połyskujący krzyż, przyglądała im się z wnętrza powozu. – Chciałam się tylko przywitać, możemy ruszać.

– Kim jesteście? – spytał odważnie Alfonso.

– Chybaś ogłupiał, szczeniaku! To przecież doña Teresa de Azagra, pani na Albarracín! Więc zabierajcie swoje brudne spojrzenia z jej osoby!

– A wy? – spytała doña Teresa z uśmiechem. – Jak się nazywacie?

– To mój brat Blasco, a ja jestem Alfonso.

– Miło mi was poznać. Uważajcie, bo ulice są tutaj niebezpieczne.

– Oczywiście – odpowiedział Blasco, podczas gdy karoca ruszała, a doña Teresa de Azagra żegnała chłopców ciepłym uśmiechem.

– Oddawaj mi czapkę! – Alfonso porwał mu z głowy wełniane nakrycie i rzucił się biegiem, by brat nie mógł go dogonić, wołając:

– Sam ją weź!

Ojciec Martín wszedł do katedry, zanurzył palce w wodzie święconej i się przeżegnał. Przeszedł przez nawę do zakrystii, a stamtąd do sali przeznaczonej na spotkania kapituły. Zdziwił się jednak, nie spotkawszy pozostałych członków kolegium. Na pewno się nie pomylił, zawsze bardzo pilnował wszystkich harmonogramów i spotkań.

– Dziekan oczekuje was w przedpokojach archiwum pałacu biskupiego – odezwał się schrypnięty głos za jego plecami.

Należał do ojca Melendo, duchownego słusznej postury, z łysiną okrywającą szpiczastą czaszkę i wiecznie podkrążonymi sinym cieniem oczami. Jego zawsze mroczne spojrzenie wyglądało z dziobatej twarzy, zniszczonej jakąś nieznaną i złośliwą chorobą. Miał ramiona wielkie jak dwie gałęzie, dłonie zaś białe, z wyraźną siatką żył, zakończone powykręcanymi niczym korzenie paznokciami.

– Dziękuję – Martín kiwnął głową.

Ojciec Melendo nie odezwał się więcej, zatem młody ksiądz udał się we wskazane miejsce. Nie znajdowało się daleko. Katedrę łączył z budynkami siedziby biskupiej długi korytarz, a archiwum należało do najważniejszych miejsc w całym pałacu biskupim, zajmowało też najwięcej przestrzeni. Dlatego też miało odpowiednio duże przedpokoje, gdzie rozwiązywano czasem waśnie albo konsultowano tomy z archiwum. Otworzył drzwi i znalazł dziekana siedzącego na bogato zdobionym krześle, z oparciem wybitym czarną skórą i złoconymi nitami.

– Raczcie wybaczyć, czyżbym się spóźnił?

Duchowny rzucił Martínowi zagubione spojrzenie, jakby ten wyrwał go z jakiejś mistycznej wizji, lecz po chwili uśmiech rozjaśnił mu oblicze.

– Wejdź, Martín – uśmiechnął się – przyszedłeś w samą porę.

– A co z pozostałymi członkami kapituły?

– Nikt więcej nie przyjdzie. To z tobą chcę porozmawiać, sam na sam – wskazał mu miejsce.

Martín usiadł zgodnie z poleceniem przełożonego. Nie potrafił ukryć zdenerwowania, sytuacja była nadzwyczaj niecodzienna i z niepewności przewracało mu się w żołądku. Wiedział przy tym, że zanosi się na coś bardzo ważnego, przeczucia co do tego typu zdarzeń nigdy go nie myliły.

Dziekan był mężczyzną o dość szczególnym wyglądzie. Wiecznie zaróżowione policzki sprawiały wrażenie, jakby jakiś wewnętrzny ogień palił mu skórę. Miał czarne włosy i gęste brwi, nie był wysoki, ale za to korpulentny, z krótką szyją i ramionami, które niemal dotykały uszu. Przypominał raczej wieśniaka, a nie dziekana katedry i łatwiej było go sobie wyobrazić zbierającego kamienie z pola niż czytającego Pismo Święte przed ołtarzem.

– Jestem bardzo zadowolony z twoich postępów, naprawdę, bardzo – zaczął dziekan. – Początkowo twoje wstąpienie między członków kolegium spotkało się z dużą niechęcią. Co zrozumiałe, zważywszy na twoją przeszłość... Sam zresztą najlepiej zdajesz sobie z tego sprawę, twoje listy polecające były raczej mało obiecujące.

– Tak, eminencjo, ale wszystko zostało już wyjaśnione, mój ojciec był jedynie tajnym wywiadowcą.

– Tak, tak, wiem o tym. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto nie będzie chciał uwierzyć. Twój ojciec... To delikatny temat.

– Wypełniał tylko rozkazy z Rzymu.

– Lecz ty się między nimi urodziłeś. Zrozum, Martín, nieufność trudno wytrzebić – dodał dziekan.

– Ojciec uchronił mnie przed fałszywą wiarą, a Bóg wskazał prostą drogę ku cnocie.

– Nie wątpię, dlatego przecież jesteś tutaj z nami – odpowiedział ciepło dziekan. – Mimo to, nawet jeśli Bóg okazuje nam swoją wolę, czasami nie podążamy za Jego głosem.

– Zapewniam was, że ja...

– Wiem. Wiem, że podążasz we właściwym kierunku, niemniej zawsze istnieje niebezpieczeństwo błędu. Jedno potknięcie i cały trud przebytej drogi idzie na marne. Rozumiesz, co mam na myśli, prawda?

– Tak, oczywiście.

– To ważne, abyś miał co do tego jasność. Otwiera się przed tobą obiecująca droga, a jeśli zostaniesz zręcznie pokierowany, możesz być bardzo użyteczny dla Kościoła, zwłaszcza dla tego kościoła.

– Niczego goręcej nie pragnę.

– Przyszło nam, Martín, żyć w trudnych czasach. Kiedy już niemal wyrzuciliśmy niewiernych z chrześcijańskiej ziemi, królowie i ich synowie zaczęli wojować między sobą, pragnąc ozdobić swoje kudłate głowy koronami ze złota i drogich kamieni. Zamiast się zjednoczyć w walce przeciwko muzułmanom, by wytrzebić tę zatrutą jadem wiarę, która wyniszcza naszą ziemię – oznajmił, składając dłonie na wysokości piersi, niczym do modlitwy. – Lecz tacy właśnie są ludzie. Pamiętaj, co ci powiedziałem: jeden fałszywy krok może nas pchnąć ku otchłani zła, tylko jeden krok.

– Będę pamiętać.

– Cieszę się – dziekan się znów uśmiechnął, nadmiernie szerokim, jakby sztucznym uśmiechem.

Martín spoglądał wyczekująco na przełożonego. Dziekan podniósł się z krzesła i stojąc, przyglądał się uważnie młodemu duchownemu.

– Muszę cię prosić o wyjątkową przysługę.

– Co tylko rozkażecie.

– Dobrze, dobrze – poklepał Martína po plecach. – Niebawem do Albarracín przybędzie wysłannik z Rzymu – w głosie dziekana dało się wyczuć wahanie – i nie będzie to zwyczajny duchowny. Na ile udało się nam zorientować, wręcz przeciwnie.

– Co to znaczy, wasza eminencjo?

– Mamy doskonałe relacje z Rzymem, podobnie jak z królem Francji – dziekan stanął za oparciem krzesła. – Dlatego, dla dobra diecezji i tego miasta, powinny być takie nadal. Nie mamy zbyt wielu sprzymierzeńców, za to nasi wrogowie są liczni i potężni.

– Doskonale rozumiem, jak ciężkie musi być życie pomiędzy tyloma wrogimi królestwami.

– I ambitnymi.

– Bez wątpienia, mają wielkie ambicje.

– Nawet sobie nie wyobrażasz. Mnich, którego przysyła nam papież, należy do zakonu dominikanów, do psów pańskich, jak sam zresztą wiesz. Uważa się ich za strażników Kościoła, dlatego też zajmują się kwestiami uchodzącymi za... szkodliwe.

– Szkodliwe?

– Tak jak słyszysz, Martín – przytaknął zafrasowany dziekan. – Zwłaszcza że dominikanin, który ma nas odwiedzić, zdaje się wybitnym badaczem, wręcz ekspertem w ruchach uznawanych przez Rzym za niebezpieczne.

– Nie rozumiem.

– Magia, Martín. Nasz dominikanin zajmuje się tropieniem błędów wiary powiązanych z magią i przesądami.

– Po co zatem przyjeżdża do Albarracín?

– Do Rzymu wysłano list z zawiadomieniem, że w naszej diecezji mają miejsce niestosowne praktyki.

– Jakiego rodzaju praktyki?

Dziekan podszedł do młodego duchownego i położył mu ręce na ramionach.

– Rzym nas obserwuje. Jeśli nie będziemy działać z odpowiednią zręcznością, możemy stracić niezależność naszej diecezji, rozumiesz?

– Tak, ale co to za czyny aż tak niebezpieczne, że z Rzymu wysyła się do nas dominikanina?

– Najgorsze, że tego akurat nie wiemy.

– Czyżbyście nie znali treści listu?

– Nie, ani jego nadawcy, chociaż musi być mieszkańcem Albarracín... – dziekan westchnął, wracając na swoje miejsce. – Dlatego pod żadnym pozorem nie możemy pozwolić, żeby ów dominikanin znalazł tu coś, co Rzymowi mogłoby się nie spodobać. Sami musimy to odkryć wcześniej, cokolwiek to jest.

– A co to ma wspólnego ze mną? Jakiej pomocy oczekujecie?

– Będziesz mieć na niego oko – dziekan zmierzył Martína wzrokiem. – Kogoś takiego jak ty nie będzie podejrzewać.

– Kogoś takiego jak ja...

– Martín, jesteś człowiekiem emanującym dobrocią, o czystym spojrzeniu... Wydajesz się niezdolny do niegodziwych uczynków, dlatego dominikanin będzie ci ufać.

– Ufać?

– Nie może wiedzieć, że go śledzisz – odpowiedział dziekan – więc bądź ostrożny. Dowiedzieliśmy się, że to człowiek przebiegły i dociekliwy, podobno ma dar wykrywania kłamstwa.

Martín wstał i spojrzał uważnie na dziekana.

– Chcecie, żebym śledził wysłannika Świętego Piotra?

– Dokładnie tak.

3

Alejandro de Ferrellón pełnił funkcję dowódcy straży miejskiej w Albarracín, a do jego obowiązków należało utrzymywanie porządku i prawa wewnątrz murów miejskich. Nie należał do ludzi spokojnych czy oględnych w zachowaniu, ale był skuteczny. Włosy przyprószyła mu już siwizna, zachował jednak krzepę i zręczność. Twarz miał zawsze skwaśniałą, jakby mina stanowiła część ciemnego munduru, który odróżniał strażników miejskich od reszty mieszkańców Albarracín. Pochodził z podupadłej rodziny szlacheckiej, a po swoich przodkach odziedziczył mimikę twarzy i sposób mówienia zawsze odpowiedni do sytuacji i władczy.

Stanowisko dowódcy piastował od lat dziesięciu i przez cały ten okres Albarracín omijały większe kłopoty. Zdarzały się, rzecz jasna, zwyczajne pijackie burdy i bijatyki, incydenty na targu, zwady z cudzoziemcami próbującymi wprowadzić na rynek produkty zakazane w mieście, ale nigdy nic naprawdę poważnego.

Z tego powodu Ferrellón był tak zirytowany tego poranka.

Przetrząsnął w garbarni każdy kąt, wywrócił do góry nogami wszystko: beczki, kanalizację, skóry i magazyny. Mimo to nic nie rzuciło światła na wstrząsające zdarzenie poprzedniej nocy. Munio, zamordowany strażnik, był dobrym człowiekiem, zostawił żonę i pół tuzina dzieciaków. Reszta podwładnych Ferrellóna miotała się wściekle, domagali się sprawiedliwości i ukarania winnego zbrodni. Zabito jednego z jego ludzi, a na to nie mógł pozwolić. Do tego trzeba jeszcze dodać okrutną śmierć garbarza. Nawet nie chcieli myśleć, że ich towarzysz mógłby cierpieć podobne tortury. Na razie jednak obydwa zabójstwa stanowiły jedną wielką niewiadomą i nikt zdawał się nie mieć najmniejszego pojęcia, co właściwie wydarzyło się w warsztacie.

Tak przynajmniej twierdził znajdujący się przed nim człowiek, niejaki Bermudo stojący na czele cechu garbarzy. Zdrowo wyglądający rzemieślnik z zaokrąglonymi policzkami i pokaźnych rozmiarów brzuchem.

– Niemożliwe, żeby nie było żadnych świadków – niecierpliwił się Alejandro de Ferrellón. – A może wiesz o kimś, kto ma na pieńku z twoim mistrzem garbarskim?

– Znalazłby się niejeden zadowolony z jego śmierci.

– Jak to?

– Mistrz Ordoño był Kastylijczykiem, z Salamanki, jeśli chodzi o ścisłość. Przybył do Albarracín z nowymi władcami seniorii. Doprowadził do ruiny miejskich garbarzy i przejął cech. Jeszcze do wczoraj kontrolował cały handel skórami w Albarracín i miał wielu naprawdę zawziętych wrogów. Gdyby miał za coś zapłacić, uzbierałaby się całkiem spora lista powodów. Nie rozumiem tylko, skąd takie okrucieństwo.

– Jak mu się udało przejąć cech?

– Tego wam powiedzieć nie mogę.

– Jak to nie możesz? – twarz dowódcy straży sposępniała niczym burzowa chmura.

– Widzicie, dzięki zachowaniu tajemnicy zarabiamy na życie – tłumaczył Bermudo ze spokojem. – Jeśli wam wyjawię, jakim sposobem skórujemy szybciej niż konkurencja, wszyscy się o tym dowiedzą. Pójdziemy z torbami – zawiesił głos – a bracia z warsztatu mnie powieszą.

– Zatem niczego mi nie powiesz?

– W cechu wiedzę można przekazywać jedynie jego członkom. Nie wyobrażacie sobie nawet, ilu chce się do nas przyłączyć każdego tygodnia! Jak ciężko trzeba pracować od rana do późnej nocy, żeby ze zwykłego czeladnika zrobić majstra! I jak niewielu udaje się osiągnąć stopień mistrzowski i otworzyć własny warsztat.

– Tak jak tobie – dodał Alejandro de Ferrellón. – Po śmierci cechmistrza pierwszy majster, czyli ty, zajmuje jego miejsce w warsztacie.

– Ja go nie zabiłem! To on nauczył mnie wszystkiego – rzucił nerwowo pierwszy majster.

– Więc kto? Kto obdarł go żywcem ze skóry? Słyszysz? Oskórowany jak jakieś zwierzę! – i uszczypnął się w dłoń obrazowym gestem.

– I gdzie ona jest?

– Kto gdzie jest? – Alejandro de Ferrellón stracił cierpliwość.

– Ta jego skóra – odpowiedział garbarz, przyglądając się zaambarasowanemu dowódcy straży miejskiej. – To ważne.

– Jego skóra... – zawahał się. – Nie wiem, czy coś z niej jeszcze zostało.

– Co macie na myśli? – spytał zdumiony Bermudo.

– Diosdado! Do mnie!

Jeden z ubranych na czarno mężczyzn podszedł do dowódcy.

– Gdzie znaleźliście skórę zmarłego?

– Nie zostało z niej wiele, panie... – Diosdado podrapał się po karku. – Morderca wyrzucił ją z warsztatu i wygląda, że zajęły się nią psy.

– Ale... – garbarzowi brakło słów. – Kto mógł dopuścić się takiego barbarzyństwa? Dajcie mi zobaczyć ciało.

– Święty Boże! A po co?

– Jeśli się dowiem, w jaki sposób zdarto z niego skórę, będę mógł wam powiedzieć, czy zrobił to garbarz czy ktoś inny. Technika zdejmowania skóry z żywego zwierzęcia jest bardzo trudna i wśród nas, majstrów, niewielu umie posługiwać się nią z wprawą.

– Wśród was?

– Tak – odpowiedział.

– Zgoda – Ferrellón dał znak Diosdadowi.

Cała trójka ruszyła ku stojącemu na zewnątrz wozowi. Diosdado podniósł płachtę w kolorze ochry i oczom zebranych ukazały się okrwawione, pozbawione skóry zwłoki. Ohydna, przyprawiająca o mdłości masa złożona z mięśni i żył.

– Święty Boże! – Bermudo przeżegnał się szybko. – Nieszczęsny człowiek... Co za potwór mógł to zrobić? – spytał, przełykając łzy.

– Uspokój się, dorwiemy go – zapewnił garbarza Alejandro de Ferrellón. – Teraz potrzebujemy twojej pomocy. Opisz nam cechmistrza.

– Wysoki, szczupły, oczy jasne, wystające kości policzkowe. Wyglądem przypominał pielgrzyma z długą, zaniedbaną brodą – Bermudem wstrząsnął szloch. – Teraz nie przypomina już niczego.

– Skup się na tym, po co tu przyszedłeś.

– To zupełne partactwo – stwierdził pierwszy majster. – Bardzo kiepska robota. Nawet celowo trudno by było coś tak sknocić.

– Zatem nie mógł to być nikt z cechu.

– Gdyby to miało być dzieło garbarza, znaczyłoby, że się naprawdę starał, żeby nikt tego nie poznał. Już wam przecież mówiłem, że niełatwo oskórować żywą istotę, zapewniam.

– Diosdado, przepytaj pozostałych majstrów i czeladników też.

Alejandro de Ferrellón przyglądał się z niechęcią leżącemu ciału. Nie zauważył głębokich ran, co oznaczało, że ofiara zmarła z wyczerpania. Zawrócił do pomieszczenia, w którym znaleziono wiszące zwłoki. Na posadzce wciąż widać było ślady krwi obok miejsca, gdzie zabito strażnika miejskiego.

Z podwładnym Ferrellóna mordercy obeszli się dość bezceremonialnie, po prostu wbili mu pod żebra dobrze naostrzony sztylet, przeszywając serce.

– Głęboka i czysta rana. Można by sądzić, że broń, którą ją zadano, była rozgrzana.

– Ma to sens. Zabójca mógł ją podgrzewać, żeby łatwiej zdejmować skórę z garbarza – dodał Diosdado.

– Też tak sądzę. Musieli go napaść z zaskoczenia, z pewnością podeszli od tyłu, tak że nie miał się jak bronić.

Dwóch zabitych, a każdy w całkiem odmienny sposób i żadnego śladu kata. Ferrellón obejrzał w skupieniu hak, na którym zawieszono garbarza Ordoña. Wyobraził sobie jego cierpienie i strażnika przybywającego nieszczęśnikowi z pomocą. Plamy krwi na drewnianym, stojącym nieopodal słupie, o który mógł się oprzeć, próbując ucieczki. Wtedy coś zwróciło uwagę dowódcy – obok krwawych odcisków palców na drewnie znajdował się rysunek w kształcie koła.

Koła z czarnym punktem w środku.

Badając uważnie miejsce zbrodni, dowódca pojął nagle, że garbarz musiał narysować koło, zwisając już z haka, ponieważ część rysunku znajdowała się nad plamą krwi.

Ferrellón pochylił się, przeszukując podłogę, aż dotarł do stosu skór, gdzie natknął się wreszcie na kawałek węgla, jakich używano do szkicowania. Ordoño stworzył swój rysunek w agonii, ale po co?

– Musiał zrobić go wcześniej. Nikt po oskórowaniu nie byłby w stanie rysować.

– To prawda, choć może dopiero zaczął go rysować, nie wiem...

– Niczego nie znaleźliśmy – poinformował Diosdado, w hierarchii drugi po dowódcy, zawsze oddany swojemu przełożonemu.

– Szukajcie dalej. Przepytajcie wszystkich, każdego dzieciaka w okolicy.

– Już to zrobiliśmy. Nikt nie widział ani nie słyszał niczego.

– Niemożliwe. Musimy znaleźć jakiegoś świadka.

– Obdarli go ze skóry, a do skórowania trzeba się przyuczyć, więc musi za tym stać któryś z członków cechu – oznajmił Diosdado. – Tak właśnie! Lepiej ich przymusić, aż któryś w końcu wyzna prawdę. Możemy ich postraszyć, że jeśli nic nam nie powiedzą, zamkniemy garbarnię, a wtedy umrą z głodu.

– Uspokój się, chłopie – skarcił go Ferrellón. – Trzeba działać ostrożnie, bo sprawy cechów nie są takie proste.

Dowódcy straży miejskiej wciąż nie mieściło się w głowie, jak można obedrzeć ze skóry żywego człowieka. W swoim życiu widział już niejedną potworność, lecz ta przewyższała okrucieństwem wszystkie inne.

– Ej, czego tam szukasz? – zawołał do jednego ze swoich ludzi, który kręcił się przy wozie.

– Tylko sprawdzałem ciało.

– Co za obrzydliwość! Na Boga! Niech go wreszcie zabiorą i pochowają – rozkazał Alejandro de Ferrellón. – Lízer, za czym tu węszysz? Ktoś cię pytał o zdanie?

Chłopak wstąpił do straży niedawno. Przypuszczali, że uczył się na księdza, ale porzucił ten zamiar, nim przyjął święcenia. Może dlatego był tak małomówny. Swoje obowiązki wypełniał należycie, chodził na patrole i zawsze był karny. Z rzadka tylko widywano go w towarzystwie: nie chadzał do oberży ani nie odwiedzał kobiet. Kilka razy zdarzyło mu się dobyć miecza, gdy nie było innego wyjścia, i świadkowie powiadali, że niezły był z niego fechmistrz.

– Nikt – odpowiedział Lízer, nie przestając przyglądać się zwłokom – ale zdjęli z niego skórę w taki sposób, że... Nie do wiary...

– Ktoś z cechu poprzysiągł mu zemstę i jej dopełnił – podsumował Diosdado i opuścił głowę.

– Dlaczego uważacie, że to musiał być ktoś z garbarni? – dopytywał się Lízer.

– A kto inny umiałby zdjąć skórę z człowieka? – wrzasnął Diosdado. – A ty się nie odzywaj i wykonuj polecenia! Zrozumiano?

– Tak jest! Ale gdyby ktoś z otoczenia chciał go zabić, lepiej by zrobił, szukając innego sposobu, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

– Co ty możesz o tym wiedzieć! – Diosdado rzucił mu pełne wściekłości spojrzenie.

– Chłopak ma rację – dowódca straży się zamyślił. – To nie mógł być nikt z cechu. Ale po co kogoś poddawać takim torturom? Jak uważasz?

– Nie wiem, nawet nie umiem sobie wyobrazić – odpowiedział Diosdado.

– A ja tak. Może być tylko jeden powód – Alejandro de Ferrellón pogłaskał się po brodzie i spojrzał ponownie na trupa. – Zmusić go do mówienia.

– Zbyt skomplikowane – Diosdado splunął na ziemię.

– Sprowadź pierwszego majstra cechu, chcę z nim jeszcze porozmawiać.

Diosdado bez sprzeciwu ruszył po Bermuda, który był bardzo niezadowolony, że musi znów stawić się przed dowódcą.

– O co chodzi tym razem? Nie mam o niczym pojęcia, powtarzam wam po raz kolejny. Do tego wyciągnęliście mnie z domu, od żony i dzieci!

– Spokojnie, nie musisz się niczego obawiać. Potrzebuję twojej pomocy – odpowiedział Ferrellón, starając się ułagodzić garbarza. – Musisz mi opowiedzieć, jakie sekrety kryje garbarnia.

– Że co? Nie rozumiem.

– Powiem jaśniej – dowódca westchnął z rezygnacją. – Dlaczego ktoś chciałby torturować cechmistrza z waszego warsztatu?

– Dlaczego? Nie umiem wam odpowiedzieć.

– Posłuchaj uważnie! Zabito jednego z moich ludzi, a twojego mistrza obdarto ze skóry, żywcem! Dlatego lepiej, żebyś coś jednak umiał powiedzieć, bo inaczej zamknę ten warsztat.

– Nasz warsztat – odpowiedział z wahaniem Bermudo – jest jedyną garbarnią w mieście. Wiecie przecież, jak działają cechy, mamy nasze sekrety, bo w innym wypadku...

– Bo w innym wypadku każdy umiałby obrabiać skóry – dokończył Alejandro de Ferrellón. – To już mi powiedziałeś wcześniej. Czy ktoś mógł się posunąć do morderstwa, żeby poznać wasze sekrety?

– Morderstwa... No tak, oczywiście.

Dowódca straży zmienił się na twarzy.

– Diosdado! Dowiedz się, kto jeszcze sprzedaje albo ostatnio sprzedawał w mieście skóry, wygarbowane czy nie, obojętne. Czekaj! I sprawdź myśliwych, tych, co przynoszą skóry zgodnie z prawem, i kłusowników.

– Tak jest!

– Bermudo, kolejna sprawa. Co ci mówi symbol składający się z koła z punktem w środku?

– Nic, panie.

Lízer wyszedł z garbarni, pochylił się i narysował palcami na ziemi opisany przez dowódcę znak. Przyglądał mu się przez chwilę, a potem uniósł spojrzenie ku niebu, na którym świeciło słońce.

4

Lízer przebywał w Albarracín dopiero od kilku lat. Przybył do miasta z silnym postanowieniem, żeby wstąpić do tamtejszej straży i piąć się po szczeblach kariery. Liczył, że w osiągnięciu celu pomoże mu zręczność w posługiwaniu się mieczem, jakiej nie powstydziłby się żaden rycerz, umiejętność niezbyt często spotykana wśród członków straży.

Ponieważ brakowało mu doświadczenia, został przydzielony jako towarzysz Diosdada, najstarszego stażem w kompanii. Wydawało się, że to dobry pomysł, bo któż lepiej mógłby go wszystkiego nauczyć, jeśli nie weteran znający miasto jak własną kieszeń. Nikt go jednak nie ostrzegł przed zmiennymi nastrojami starszego kolegi ani przed jego wybuchowym charakterem.

Śmierć Ordoña, mistrza cechu garbarzy, wywołała falę strachu na ulicach Albarracín. Dlatego Alejandro de Ferrellón nakazał swoim podwładnym zwiększyć liczbę patroli w mieście, aby stały się dobrze widoczne, co miało uśmierzyć niepokój mieszkańców skłonnych dawać wiarę byle plotce i nadmiernie puszczać wodze fantazji.

Szli ulicą św. Jana, a minąwszy starą muzułmańską twierdzę, alcazabę, ruszyli w stronę baszty Doñi Blanki położonej na skraju miasta. Następnie skręcili w ulicę Marii Panny, aż w końcu zatrzymali się na placu przed katedrą. To tam zbierało się najwięcej ludzi i tam też straż powinna być najbardziej widoczna.

Diosdado mówił niewiele, za to wciąż coś pod nosem mamrotał, jakby wiecznie chodził wściekły. Język rozwiązywał mu się jedynie w obecności dowódcy straży i tylko przełożonemu okazywał pewien szacunek. Przez resztę czasu przypominał raczej gotujący się przed wybuchem wulkan.

– Dziś jest dzień targowy, idziemy na plac – warknął.

Lízer usłuchał bez zbędnej zwłoki i wspięli się na mury miejskie, z których straż obserwowała okolicę. Z położonego wysoko chodnika rozciągał się przepiękny widok, a otaczające i chroniące Albarracín góry wywoływały poczucie spokoju i harmonii. Gdy zeszli z murów po drewnianych schodach i doszli na plac targowy, zatrzymali się przed linią pierwszych straganów.

– Dzisiaj przyszło mniej ludzi niż zwykle – mruknął Diosdado, opierając ręce na biodrach.

– Może nie ma nic dobrego do kupienia?

– Nie w tym rzecz – odparł.

– Powinniśmy sprawdzić mięso, mleko, ser i masło. Od tego jesteśmy.

– Nie, od tego to ja jestem – rzucił Diosdado, przypatrując się z uwagą młodszemu koledze. – Od trzydziestu lat do moich obowiązków należy sprawdzanie jakości produktów i warunków higienicznych ich sprzedaży. A także jakości wełny i skór. Tym się nie musisz martwić.

– A co z rybami?

– Tych z połowów rzecznych, jak pstrągi, brzany i inne mniejsze gatunki, dostarczają przeważnie ludzie trudniący się sporadycznie również handlem ulicznym albo nawet sprzedający je u siebie w domu – Diosdado ruszył przez rynek. – Tym się możesz zająć. I myśliwymi. Często wyprawiają się na łowy w pobliskie góry i sprzedają potem mięso na zaimprowizowanych straganach.

– Łapią pewnie kuropatwy, zające i króliki.

– Zgadza się, czasem też gołębie. Poza tym w dni targowe do miasta schodzą się okoliczni wieśniacy z ptactwem domowym: kurami i kapłonami.

– A jeśli ich nie sprzedadzą? Co z nimi robią?

– Pod koniec dnia ubijają cały drób i sprzedają go taniej, żeby nie wracać z inwentarzem do domu – Diosdado zatrzymał się i spojrzał na Lízera. – Słuchaj no, niech ci tylko nie przyjdzie do głowy wtykać nos do wina. To delikatny interes i zajmuję się nim osobiście. Zapamiętaj sobie!

Nagle usłyszeli krzyki dobiegające z jednej z sąsiadujących z targiem ulic. Diosdado natychmiast ruszył biegiem w tę stronę. Natomiast Lízer, chociaż był szybszy, uznał, że lepiej będzie pozostać nieco z tyłu.

Niebawem dostrzegli słup dymu i poczuli intensywny swąd spalenizny, chwilę później zaś stanęli przed ogarniętym płomieniami domem. Miał niemal pozbawioną okien fasadę, lecz drewniany dach palił się niczym samo piekło.

– Szybko! Ustawcie się w łańcuch! Trzeba podawać wodę ze zbiornika! – Diosdado zaczął organizować zbierający się tłum. – Ej, ty! – krzyknął na próbującego wymknąć się człowieka. – Jest ktoś w środku?

– Nie wiem. Nikt nie wychodził...

– Niech to! Ustaw się i pomagaj! Nie bądź tchórzem! – zrugał nieszczęśnika i pchnął go do przodu.

Nakazał też przyniesienie wszystkich wiader i naczyń, jakie mogłyby się zdać do noszenia wody, a kobietom i dzieciom polecił się odsunąć.

– W środku może ktoś być! – krzyknął Lízer, biegnąc w stronę płonącego budynku.

Diosdado był zbyt zajęty organizowaniem pomocy i ustawianiem ludzi, dlatego też nie zauważył, kiedy młody strażnik zbliżył się do zajętego ogniem domu, kopniakiem wyważył drzwi i wpadł prosto w płomienie.

Wewnątrz ledwo dało się oddychać. Lízer szybko rozerwał koszulę i zasłonił usta kawałkiem materiału.

– Jest tu ktoś? Słyszycie mnie? – zawołał wśród kłębów dymu i duszącego żaru. – Jestem strażnikiem miejskim! Krzyknijcie, żebym mógł was odnaleźć!

Zdawało się, że w środku nie ma nikogo. Budynek w każdej chwili groził zawaleniem, Lízer z coraz większym trudem łapał powietrze, a temperatura stawała się nieznośna. Wtedy usłyszał kaszel i był przekonany, że słuch go nie zawodzi. Chociaż w gęstym dymie nie widział dalej niż na dwa kroki, ruszył ku drzwiom, które jakimś cudem trzymały się jeszcze w zawiasach. Obok nich, na ścianie, wisiało odbijające płomienie ogromne lustro. Gdy na nie spojrzał, zauważył leżącą na podłodze kobietę.

Lízer podbiegł do bezwładnej postaci i uniósł jej głowę. Była nieprzytomna.

– Wyciągnę was stąd! – zawołał, ściągając czarny płaszcz i owijając nim kobietę.

Wyglądała, jakby spała. Uwagę strażnika przyciągnęła jej błyszcząca skóra, długie włosy i kształt twarzy. Nie mógł jednak przyglądać się dłużej. Tuż za nim spadła belka, a wraz z nią posypały się kawałki drewna i gruzu. Chwycił kobietę w ramiona, przeskoczył płonące szczątki i rzucił się biegiem do wyjścia. Zatrzymało go blokujące drogę nadproże. Nie było czasu do stracenia, osłonił więc głowę nieprzytomnej dziewczynie, wziął rozpęd i uderzył w belkę ramieniem. Przeszkoda ustąpiła, a Lízer upadł i potoczył się na zewnątrz, chociaż uderzył się przy tym w czoło. Oszołomiony próbował otworzyć oczy, lecz udało mu się dojrzeć zaledwie dwie rozmazujące się, różnokolorowe tęczówki, zanim padł bez zmysłów przed palącym się budynkiem.

Ocucił go kubeł wylanej na głowę wody.

– Można wiedzieć, co ci strzeliło do głowy? – głos udzielający mu reprymendy był nie do pomylenia. – Jesteś największym durniem, jaki kiedykolwiek pojawił się w tym mieście!

– Daj mu spokój, Diosdado – rozpoznał przed sobą postać Alejandra de Ferrellón. – Dobrze się czujesz, chłopcze?

– Tak – bolała go głowa. – Tak sądzę. Co się stało?

– Diosdado cię wyratował. Wpadłeś na genialny pomysł, żeby wejść do płonącego budynku. Niewiele brakowało!

– Co z kobietą? – zapytał Lízer, wciąż nie całkiem pewny, gdzie się znajduje ani co się dzieje.

– Jaką kobietą?

– Tą, którą wyniosłem z domu. Dobrze się czuje?

– Lízer, z tego budynku nikt się nie wydostał – odpowiedział z wahaniem dowódca straży. – Sądzimy, że w środku przebywał jedynie stary muzułmanin, który musiał zginąć w płomieniach. Zapewniam cię, że żadna kobieta z tego domu nie wyszła, a muzułmanin mieszkał sam. Stary odludek, który prawie nigdy nie wyściubiał nosa na ulicę.

– To niemożliwe! Widziałem ją, owinąłem w swój płaszcz...

– Co za dureń z ciebie! Po prostu dureń! – powtarzał wściekły Diosdado.

– Nawdychałeś się dymu, a do tego mocno oberwałeś. Lepiej podziękuj temu zrzędzie i się przygotuj, bo będzie ci twój „wyczyn” wypominać do końca życia... Wszystko ma swoją cenę – Alejandro de Ferrellón się uśmiechnął.

5

Najwspanialsze domostwo w Albarracín należało do rodziny Heredia, która się tu wprowadziła, podążając za pierwszym przedstawicielem rodu Azagra rządzącego miastem aż do pojawienia się nowych władców seniorii – rodu de Lara. Budynek zdobiła szeroka fasada z czterema oknami doprowadzającymi światło do reprezentacyjnych pomieszczeń znajdujących się na pierwszym piętrze, natomiast wyżej umieszczono jedynie wąskie, pionowe świetliki. Bramę wejściową wieńczył klińcowy łuk półkolisty. Całość, o charakterze raczej surowym, imponowała rozmiarem. Część znajdująca się najdalej od bramy sprawiała wrażenie nieco zapuszczonej. Podobnie wzniesiona raczej niedbale przybudówka nie wyglądała na często odwiedzaną część domu.

Pablo de Heredia, głowa rodu, należał do najznaczniejszych rycerzy w mieście, jednak od przybycia Kastylijczyków rodzina stopniowo traciła wpływ na rządzenie seniorią. Mimo tego ród Heredia wciąż cieszył się znacznym poważaniem wśród mieszkańców Albarracín i należało się liczyć ze zdaniem jego przedstawicieli. Pablo de Heredia miał tylko jednego syna, Atilana. Został po raz trzeci wdowcem, a wszystkie inne dzieci przedwcześnie zmarły z różnych przyczyn – jego pierworodny zginął w nieszczęśliwym wypadku, gdy spadł z urwiska. Śmierć syna była dla niego wielkim zmartwieniem, dlatego cały swój wysiłek włożył w starania, by uczynić z Atilana godnego dziedzica rodu. Chłopak pochodził z nieprawego łoża, jednak wobec braku innych potomków i utraty trzech kolejnych, ukochanych żon postanowił uznać dziecko i dać mu swoje nazwisko.

Atilano był młodzieńcem zgrabnym i wysokim, od Herediów odróżniała go ciemna karnacja, cecha raczej niespotykana w tym rodzie, gdzie większość miała płowe włosy, skórę jasną i niebieskie oczy. Atilano musiał odziedziczyć wygląd po najętej do służby matce, która zmarła, kiedy był jeszcze małym brzdącem. Teraz nie miało to większego znaczenia. Usynowiony przez Pabla de Heredia musiał otrzymać stosowne wykształcenie. Ojciec żałował czasem, że nie zdecydował się na ten krok wcześniej, ponieważ chłopak zdawał się dość naiwny, raczej bierny i apatyczny. Wierzył jednak, że zdoła z niego zrobić godnego następcę.

Tego ranka przyszła wiadomość z Teruel. Pablo de Heredia utrzymywał dobre kontakty w tym i innych miastach, jak Barcelona, Cuenca czy Walencja.

– Wiedza to władza, synu – powiedział, otwierając pergamin. – Trzeba się dobrze orientować w sprawach, jakie mają miejsce poza tymi murami, bo nic nie pozostaje bez echa. Nieznaczny ruch w Pampelunie może wywołać huragan, który zmiecie z powierzchni ziemi piękną Sewillę.

– Tak, ojcze.

Pablo de Heredia czytał list powoli, a z każdą kolejną linijką coraz bardziej zmieniał się na twarzy. Doczytał jednak do końca.

– Jestem coraz bardziej przekonany, że jedyne, do czego może doprowadzić stanowisko Korony Aragonii, to konfrontacja z Ojcem Świętym – skrzywił się z dezaprobatą. – Walka Stolicy Apostolskiej z cesarstwem osiągnęła już apogeum: papiestwo zwróciło się przeciwko Hohenstaufom, dynastii, która pyszniła się niegdyś cesarską koroną i podzieliła Italię na dwa obozy, gdzie Sycylia i Neapol wspierały Hohenstaufów, a reszta papieża – wyjaśnił. – Teraz wszystko się zmieniło.

– Rzym leży daleko. Nie powinniśmy się bardziej martwić tym, co się dzieje bliżej?

– Boże święty! Synu! Ileż jeszcze musisz się nauczyć! – westchnął Pablo de Heredia. – Nasza senioria graniczy z Aragonią i Kastylią, a w walce o kontrolę nad cesarstwem liczą się jedni i drudzy. Aragończycy znani są z surowości charakteru, lecz choć brak im wyrafinowania i cesarskiego splendoru, są to świetni wojownicy.

– Może tak było kiedyś. Teraz ziemie Korony Aragonii zostały podzielone.

– Zgadza się. Jakub I spisał tyle testamentów, że już nie wiadomo, którego się trzymać. W ostatnim rozdzielił swoje królestwo pomiędzy synów. Piotr odziedziczył Aragonię, Katalonię i Walencję, a Jakub – Majorkę, Montpellier, Roussillon, Cerdagne i resztę hrabstw na północ od Pirenejów.

– Skąd ta obsesja dzielenia ziemi? – mruknął Atilano. – Co go pchnęło do takiego błędu?

– Jakub Zdobywca był królem, ale również człowiekiem, ulegającym słabościom jak każda inna ludzka istota, a może nawet bardziej. Kiedy zostaniesz ojcem, zrozumiesz.

– Lecz rozdzielając w ten sposób królestwo między synów, stworzył sztuczne państwo, którego terytoria nie łączą się ze sobą. Jeśli Majorka, Montpellier i pirenejskie hrabstwa zostaną jednocześnie zaatakowane, nie sposób ich obronić.

– Szaleństwo, bez dwóch zdań. Ale szaleństwo królewskie – odpowiedział Pablo de Heredia. – Na nieszczęście dla nas jego syn nie jest takim głupcem. Nowego monarchę Korony Aragonii nie fascynują królewski przepych i splendor ani tytuł. Tym, co pociąga Piotra III, jest władza, która wiąże się z godnością króla, dlatego może być dla nas tak niebezpieczny.

– Władza?

– Otóż to. Piotra III nie kusi materialny aspekt królowania, a niewielu władców potrafi się go zrzec. To człowiek, którego nie kupisz, ale musisz się go strzec – ciągnął Pablo de Heredia. – Królewski tytuł tak mało dla niego znaczy, że przez długi czas kazał się nazywać infantem. Piotr III różni się od swojego ojca. Ma mroczny, złożony charakter i zawsze wyprzedza wszystkich o krok. U podstaw jego decyzji nie leżą ani kaprysy, ani zachcianki – on nigdy nie podzieliłby królestwa. We wszystkim, co robi, kieruje się wyższym celem i dlatego musimy być tak dobrze poinformowani. Nigdy nic nie wiadomo.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Wejść – rozkazał Pablo de Heredia.

Do pomieszczenia wszedł schludnie ubrany służący o charakterystycznym, szpiczastym nosie i ciemnych oczach. Na widok szlachetnie urodzonych pochylił głowę.

– Mój panie, w mieście zginęła kolejna osoba. Tym razem w piekarni...

– Co się stało? Mów natychmiast! – zdenerwował się arystokrata.

– Spalono Beltrána, mistrza piekarskiego.

6

Piekarnia znajdowała się w pobliżu dawnego arabskiego bazaru, przekształconego przez chrześcijan w plac targowy. Sprzedawany w niej chleb pochodził od różnych piekarzy, których warsztaty zajmowały część rzecznego nabrzeża. Wzniesiono je tak daleko od miejskich zabudowań z powodu zagrożenia pożarem oraz by skrócić drogę do młynów, gdzie mielono zboże na mąkę. Niemniej piekarnia przy bazarze od dawien dawna miała pozwolenie na wypiekanie chleba we własnym piecu.

Zainteresowanie liczbą piekarń i ich kontrola pojawiły się na początku wieku, aby nie dopuścić do sytuacji, w której brakłoby pieczywa w mieście. Drugi pan na Albarracín nawet osobiście udzielił zgody piekarzom na pracę w nocy, chociaż nocna praca była zakazana w innych częściach miasta.

Alejandro de Ferrellón wszedł do piekarni z wypisaną na twarzy niechęcią i ruszył w głąb lokalu. Ciemny strój podkreślał kolor włosów dowódcy, nadając mu wygląd człowieka sprytnego, który doskonale wie, co się święci. Zatrzymał się przy blatach piekarskich. Na podłodze leżało całkowicie zwęglone ciało.

– Diosdado, na miłość boską, zakryj to! Całe miasto nie musi go przecież oglądać!

– Tak jest! – strażnik rzucił koc na ciało mistrza piekarskiego.

– Nie teraz! Muszę go jeszcze zbadać... Potem! Kiedy skończę – zrugał go przełożony.

Alejandro de Ferrellón kucnął i dokładnie przyjrzał się zwłokom. Nie powiedział ani słowa. Nogi, a nawet kostki u nóg piekarza skrępowano łańcuchami w taki sposób, że nie miał najmniejszych szans na ucieczkę z płonącego budynku. Związano mu również nadgarstki, lecz już nie za pomocą żelaza, a sznurem, który niemal doszczętnie spłonął w pożarze. Bez wątpienia rodzaj więzów z górnej części ciała różnił się od użytych w dolnej.

Wstał, nie przerywając milczenia, i podszedł do pieca.

– Diosdado, wejdź do środka – rozkazał w odpowiedzi na niepewne spojrzenie podwładnego. – Słyszałeś, co mówię.

– Ale...

– Spokojnie, nie będziemy go rozpalać, chociaż nie dlatego, że brak nam ochoty... – zakpił dowódca straży.

Diosdado przełknął ślinę i się pochylił, by wejść do wnętrza komory. W środku miejsca było sporo i wciąż czuło się intensywny zapach palonego mięsa. Diosdado wyobraził sobie, jak okropna musiała być śmierć w płomieniach.

– Co tam widzisz?

– Nic.

– Na kopule, powiedz, jeśli coś zobaczysz.

Diosdado miał wrażenie, że wnętrze pieca go zgniata, oddychał z trudem, cały się spocił, a z nerwów rozbolało go coś w piersi.

– Diosdado!

Krzyki przełożonego tylko potęgowały uczucie duszności, miał wrażenie, że brak mu powietrza, w głowie zaczęło mu wirować. Ktoś chwycił go za nogi i wyciągnął z komory.

– Co to ma być? Sam mam się wszystkim zajmować? – Alejandro de Ferrellón odsunął na bok swojego zastępcę.

Diosdado stał blady, ciężko oddychał, a pot lał się z niego strumieniami.

– Poczekajcie, panie! – Lízer niespodziewanie powstrzymał dowódcę. – Ja to zrobię.

– Ty? – Alejandro de Ferrellón nieufnie spojrzał na chłopaka.

Młody Lízer, do którego obowiązków należały jedynie obchód i mało znaczące prace, wykazywał rzadko spotykaną inicjatywę. To mu się podobało, umiał docenić odważnego człowieka. Chociaż obawiał się, że mogła to też być oznaka brawury. Wdarcie się do płonącego budynku należało uznać za czyn szaleńczy, ale chłopakowi nie można było odmówić męstwa, a takich ludzi lubił.

– Mogę tam wejść.

– Świetnie. Ja nie mam ochoty się ubabrać – stwierdził. – Ruszaj do dzieła i powiedz, co widać na suficie komory.

Lízer usłuchał. Wczołgał się do wnętrza pieca, a następnie obrócił się, żeby go obejrzeć od środka.

– Potrzebuję świeczki – zawołał.

Diosdado, nieco już spokojniejszy, choć wciąż markotny z powodu zamieszania, podał młodemu strażnikowi świeczkę, a ten zbadał piec, mimo że nie bardzo wiedział, czego właściwie szuka.

– Chłopcze – krzyknął do niego dowódca straży.

– Co chcecie wiedzieć, panie?