Miasto Ł - Tomasz Piątek - ebook
Opis

Na każde niedzielne nabożeństwo T. zabiera ze sobą... gumowego prosiaczka. Przed laty ukradł go koleżance z pracy. Kobieta wkrótce zniknęła z jego życia, ale on zrozumiał, że okradł samego Boga. Teraz ma nadzieję, że pewnego dnia uda mu się naprawić swój błąd i zwrócić zabawkę. T. mieszka żoną H. i przybranym synem M. w zrujnowanej kamienicy, a kradzież gumowej zabawki nie jest jedynym błędem, który obciąża jego sumienie. Alkoholik i narkoman, człowiek, który przez wiele lat niszczył życie najbliższych, T. próbuje zrzucić z siebie bagaż uzależnienia i okrucieństwa. Tymczasem w kamienicy nadchodzą wielkie zmiany. Budynek został objęty programem „rewitalizacji" i kolejni mieszkańcy zmuszani są do wyprowadzki. T. wraz z rodziną zostaje w pustoszejącym domu z pytaniami, na które musi znaleźć odpowiedź. Być może odkryje, że ani w domu, ani w życiu nie jest sam... Wyginając słowa, dręcząc polską frazeologię i składnię, autor Miasta Ł. stara się przedrzeć przez fałsz języka i rzeczywistości. Chce zrozumieć, co naprawdę kryję się za inicjałami Ł, T, H i M. I co tak naprawdę je łączy.

Z recenzji poprzednich książek:

 

Na tle współczesnej literatury polskiej Tomasz Piątek jawi się jako zjawisko wyjątkowe.

Maciej Robert, „Życie Warszawy"

 

Piątek podarował nam powieść żarliwą i przewrotną, być może najlepszą w dotychczasowym dorobku. To kolejny głos w długiej i wielowątkowej dyskusji o sensie straceńczej śmierci i kulcie męczeństwa za narodową sprawę. [...] Mimo to rzecz Piątka brzmi zadziwiająco świeżo, niemal odnowicielsko.

Dariusz Nowacki, „Tygodnik Powszechny" (o "Wężu w kaplicy")

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 153

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Dariusz Sośnicki

Korekta: Małgorzata Denys, Beata Wójcik

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Hanna Gill-Piątek

Fotografia autora: © Hanna Gill-Piątek

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-379-5

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Kiedyś, dawno temu, T. siedział przy stoliku w ogródku restauracji San Marzano i jadł pizzę Limasol z baraniną, pyszną. Przy stoliku obok siedzieli rodzice z dzieckiem i klaunem. Dziecko płakało, bo klaun, ewidentnie sprowadzony na urodziny, jakoś nie dawał rady wyczyniać pociesznych podskoków i innych klaunich wygłupów. Ojciec, zdenerwowany, wziął klauna na stronę.

– No co to jest? No, panie, to ma być klaun?

Klaun był drobnym mężczyzną w średnim wieku, w szarym, znoszonym garniturze. Wygląd klauna nadawały mu jedynie dwa czerwone kółka na policzkach, niby rumieńce ze szminki, ale też jakoś niewyraźnie namalowane, jakby ze wstydem. Do niedawna był pewnie urzędnikiem. Dziecko płakało.

T. pożarł pizzę i ruszył w stronę wysokiej konstrukcji z drągów i linek, gdzie można było skakać na szelkach. Na elastycznych szelkach – nawet na wysokość trzech metrów, w górę i w dół!

To było kiedyś, w innym mieście. Teraz T. mieszka w mieście Ł., w największej miejscowej famule. Famuła to kamienica z czerwonej cegły, ponadstuletnia, w której kiedyś żyli robotnicy. Teraz żyją w niej bezrobotnicy. Bezrobotnik to taki robotnik, którego robocie to bezrobocie. Na przykład Rysiek. Rysiek jest bezrobotnikiem, bierze amfetaminę, pije alkohol i łyka klonazepamy. Kiedy to wszystko weźmie, to puka do drzwi T.

– Jakby przyszła policja, to nie mów, że mnie widziałeś.

I szybko chowa się w swoim mieszkaniu, w którym mieszka z dziewczyną i z pieskiem. Ukrywa się. A następnego dnia znowu wychodzi tylko po to, żeby zastukać do drzwi T. i powiedzieć, że się ukrywa. Jego mieszkanie to właściwie pokoik, trzy metry na trzy metry, z przedpokoikiem, który pełni rolę kuchni. Łazienki nie ma. Rysiek korzysta z kibla na korytarzu, w którym są pająki i wielki tygrys namalowany na plastikowej planszy.

T. czeka na H. i piecze coś, o czym zawsze marzył. H. jest żoną T., a T. jest mężem H.

Kiedy T. był mały, uwielbiał kukurydzę. Nie było wtedy wiele do jedzenia, więc jeśli się czasem trafiła kukurydza, to już było święto. Miał siedem lat, kiedy wymyślił Wspaniałe Danie. Ale wtedy mógł tylko o nim myśleć, nie mógł go zrobić.

Roztapia całą kostkę masła na patelni, na malutkim ogniu. Masło powoli staje się płynne, czasem sobie bulgotnie, czasem pryśnie. Kiedy się już roztopi, na górze zbiera się biały szum, piana, którą T. zbiera łyżką i wyrzuca do miski Istoty Lubo. Istota Lubo została kiedyś znaleziona w lesie i do dzisiaj reaguje żałobnym wyciem na widok odjeżdżającego samochodu, więc prawdopodobnie ją porzucono. Psiość Lubo przeszkadza T., więc T. woli myśleć o nim jako o Istocie Lubo.

Następnie T. odlewa roztopione masło do małej miseczki. Na dnie patelni zostaje tylko biały płyn, jakby mleko, który T. znowu wylewa do miski Istoty Lubo. Istota Lubo przychodzi, machając ogonem, bo już usłyszała, że coś się dzieje przy jej misce. Jego misce, bo Istota Lubo jest męska. A właściwie już nie jest, więc teraz to wszystko jedno, jego czy jej.

Roztopionym i oczyszczonym masłem T. smaruje dno brytfanki. Następnie robi ciasto z mąki kukurydzianej, roztopionego masła i odrobiny drożdży. Kładzie płaską warstwę tego ciasta na dno brytfanki i wkłada ją do ciepłego piekarnika, żeby ciasto sobie porosło.

W tym samym czasie kolby kukurydzy gotujące się w wielkim garnku podskakują i walą włochatymi czuprynami o pokrywkę. Woda wrze, T. zmniejsza ogień. Otwiera dwie wielkie puszki kukurydzy konserwowej i wrzuca zawartość do miksera. Mikser sieka i miażdży kukurydzę, aż powstaje rzadka, mokra papka.

T. wyjmuje gorące kolby z wrzątku i wrzuca je do zlewu, puszcza na nie zimną wodę, żeby je schłodzić. Potem zdziera z nich, palce sobie parząc, poszczególne ziarna.

Wyjmuje z lodówki zimne udka kurczaka i ścina z nich skrawki mięsa, chłodząc sobie palce. Myje patelnię z resztek białego płynu po maśle, wyciera, a następnie znowu zlewa na patelnię resztę masła z miseczki, tyle że teraz, pamiętajmy, jest to masło oczyszczone. Sieka czosnek, natkę pietruszki i lubczyk na drobne kawałeczki. W młynku do pieprzu miele pieprz razem z kminkiem. Trze świeży imbir na tarce, dodaje do czosnku, natki pietruszki i lubczyku. Potem czeka. Podczas gotowania T. czasem musi przerwać i poczekać, nic nie robić, na patelni czy w piekarniku też się wtedy nic nie dzieje. Teraz właśnie czeka tak chwilę, a potem znowu gotuje. Podgrzewa masło na patelni. Wrzuca kurczaka i smaży go najpierw bez przypraw. Oczyszczone masło się nie pali, można na nim smażyć długo. Potem dodaje pieprz z kminkiem i dużo ostrej papryki. A dopiero później czosnek, natkę, lubczyk i imbir. Sieka nać kolendry, dużo. I dorzuca na końcu, miesza ją, surową, z usmażonym kurczakiem. Kurczak jest z rynku, prawdziwy, nienastrzykiwany wodą, więc się dobrze smaży. Taki ze sklepu wypuściłby z siebie lepką wodę i gotowałby się, zamiast się smażyć. Kurczak jest z rynku, a cała reszta z Almy. Alma to sklep dla Świetlistych, który otwarto niedaleko od famuły, można tam kupić kolendrę w doniczkach. W famule mieszka kilku Świetlistych, jak na przykład Agnieszka, która zrobiła sobie w mieszkaniu euroremont, jeździ smartem i ma kotkę norweżkę, włochatą diablicę z trzema małymi włochatymi diabełkami. Agnieszka jest nawet w porządku. H. i T. też starają się być w porządku. Trudno powiedzieć, czy są Świetliści, bo zrobili sobie w mieszkaniu najpierw euroremont, a potem syf. Są chyba mieszańcami, tym bardziej że kupują raz na rynku, a raz w Almie.

T. wyjmuje brytfankę z pieca, znowu parzy się w palce, ale to jest normalne przy gotowaniu, wliczone w koszty, mówi sobie. Kładzie na cieście warstwę smażonego ostrego kurczaka. Na to warstwę zmiksowanej kukurydzy. Na to znowu warstwę ostrego kurczaka, którą tym razem polewa jeszcze śmietaną osiemnastką, taką bardziej kwaśną. Na to kładzie warstwę ziaren kukurydzy, zdartych z ugotowanych kolb. Na wszystko kładzie plastry żółtego sera cheddar i wszystko wkłada do pieca, żeby się upiekło. Bez soli, bo T. ma przerost podstawy serca, nieuleczalne nadciśnienie i nie może jeść soli, w związku z tym H. też je wszystko ugotowane bez soli i M., syn H., który zaraz wróci z gimnazjum, też. H. i M. solą sobie na talerzu.

Dzwoni telefon i to jest H.

– Spóźnię się trochę, bo jest wielki guik-guik – mówi.

– W porządku – odpowiada T. – To się musi popiec.

W tym momencie dociera do niego, że nie dostanie alkoholu w nagrodę za zrobienie obiadu. Nie dostanie już nigdy alkoholu w nagrodę za nic. Pada na podłogę, kładzie się na Istocie Lubo i długo oddycha razem z nią, w tym samym rytmie co ona. Przeszkadza mu nie tylko jej psiość, ale tak naprawdę też jej Istotność.

– Pocieszna Istoto Lubo – zaczyna wykład na leżąco, podczas gdy Istota pod nim sapie. – Pocieszna Istoto Lubo, czy wiesz, że jesteś Posłuszna? Posłuszna Istoto Lubo, czy wiesz, że jesteś Pocieszna? O Pocieszna i Posłuszna Istoto Lubo, czy wiesz, jak krańcowo i otchłannie Podległa jesteś? Czy wiesz, jak bardzo jesteś Podporządkowane, o Lubo? Czy wiesz, jak w czeluściach twojej Podległości Posłuszeństwo przeplata się z Pociesznością?

Potem M. ratuje psa, bo wraca ze szkoły, wyciąga go spod T. i zaczyna się z nim bawić. Ale tylko na krótko, M. będzie teraz sprzątał, a Lubo uważa odkurzacz za swojego osobistego wroga, dlatego na czas sprzątania najlepiej wyprowadzić psa na spacerek, i oczywiście zrobi to T.

A gdybym – myśli T. – przed spacerkiem wygłosił jeszcze jeden wykład? Tym razem dla M., ze szczególnie częstym użyciem słowa „Leniuch?” „Leniuszek!” – tak, z wykrzyknikiem. Żeby zmobilizować do szczególnie wydajnego sprzątania. Nie realizuje jednak tego planu. Za to wyrzeczenie płaci pies, który tym razem posłucha już nie wykładu, ale kazania:

– Raduj się, Lubo. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielkie dobrodziejstwo na ciebie spadnie, dobrodziejstwo spacerku. Czy jesteś radosne? Czy jesteś szczęśliwe?

Lubo wzbrania się przed nałożeniem kolczatki, machając łbem we wszystkie strony, i T. myśli, żeby nałożyć mu ją szczególnie brutalnie: tak, aby przy okazji rozorać kolcami psie czoło. Tego planu też nie realizuje.

Potem T. wychodzi na klatkę schodową, przeciskając się razem z psem przez ledwo uchylone drzwi. Drzwi od mieszkania otwiera się jak najrzadziej i jak najwęziej, żeby nie wpuszczać odoru pani Tekli. Pani Tekla ma lat osiemdziesiąt siedem i mieszka w mieszkaniu obok, a właściwie w ciasnym pokoiku bez kuchni, łazienki i kaloryfera, który to pokoik pani Tekla jeszcze bardziej zagęściła, zbierając odpadki z podwórkowych śmietników i składując je w domu. T. nigdy nie był tam w środku, ale zna zapach. H. raz była u pani Tekli i mówi, że odpadki leżą w wielkich pryzmach pod ścianami, przykrywają je płachty, na których zbiera się – jak ropa przesączająca się spod skóry – żółty, lepki śluz. Latają nad nim muchy. Pani Tekla ogrzewa mieszkanie maszynką elektryczną do gotowania i co jakiś czas coś jej się zapala. Zamiast podłogi ma warstwę popiołu zmieszanego z kocimi odchodami, bo pani Tekla trzyma też koty i jedną Istotę, która kiedyś była psem, a teraz stała się Istotą naprawdę, straciła wszystkie włosy i jest cała różowa. Drzwi zamyka się jak najszybciej także po to, żeby pchły uciekające z kotów i z Istoty pani Tekli nie przedarły się do Istoty Lubo.

Schody są z drewna, takie, jak je zrobiono jeszcze w dziewiętnastym wieku. Właściwie wszystko jest takie. A na podwórku – komórki, też z dziewiętnastego wieku. W piętrowym, drewnianym budynku z czarną od zgnilizny galeryjką. To kiedyś były stajnie, teraz ludzie trzymają w nich węgiel, bo samochody tu dotarły, ale centralne ogrzewanie już nie. Kiedy się idzie galeryjką, trzeba się pochylać, daszek jest nisko i można poczuć, jak niscy byli ludzie w dziewiętnastym wieku. I chyba przekrzywieni w bok, bo idąc galeryjką, trzeba też się w bok przekrzywiać.

– Proszę pana! – wołają do T. chłopcy na podwórku. – Zagra pan z nami w kule?

Nauczyli się na robotach we Francji. Gra wygląda tak: rzuca się jedną kulę, a potem trzeba w nią trafić drugą. Kulla – T. nie może powiedzieć normalnie „kula”, od razu musi: kulla, kullala-la. No więc w krzaki, między drzewa i prześcieradła rozwieszone na sznurach między drzewami, tam gdzie wśród największych krzaczorów chłopaki wycięły sobie i udeptały polankę, aby na niej grać w kulle. Stuk i puk, Istota Lubo się wyrywa, też chce w kulle grać, chociaż w jej rozumieniu gra polega na tym, że się kullę łapie, a potem długo trzyma we wstrętnym psim pysku.

– No oddaj, Kubo, oddaj – chłopcy nie mogą się nauczyć, że Lubo ma na imię Lubo. A czasem nawet Lubo-Bubo Pocieszne.

Potem na tory. Tam są krzaczory większe, tam Lubo może biegać bez smyczy i na górce usypanej z ruin próbuje dokonać małego wyczynu: na pochyłym zboczu wysrać się, dupę mając wyżej niż głowę.

A w domu już H. i całowanie się, całuje H. tego złego człowieka, jakim jest T., w każdym razie nie najlepszego, i wszyscy siadają przy stole, włącznie z psem i kotami, patrząc, co też T. z piekarnika wyciągnie. A to w brytfance wyrosło raz wyżej, raz niżej, nierówne góry z zapieczonego sera, kratery wulkaniczne. Wygląda potwornie, ale pachnie cudownie.

– Dawaj, dawaj, dawaj! – popędza H.

Jedzą. Dobrze jest. Jak w marzeniach z dzieciństwa. Kukurydziany tort z mięsem. Kukurydza, mięso i zapieczony żółty ser – trzy rzeczy, które T. w dzieciństwie kochał najbardziej. T. od trzech miesięcy jest trzeźwy.

– Ale ty mi powiedz, H. – mówi, kiedy jest mu tak dobrze, że chciałby jeszcze lepiej. – Dlaczego ja teraz nie mogę się napić alkoholu? Dlaczego nie mogę się napić jak człowiek?

– Gdybyś mógł, toby znaczyło, że to nie jest dla ciebie aż taka przyjemność. Czyli też nie miałbyś tego orgazmu, za którym tęsknisz.

– A dlaczego ja już się najadłem?

– Znowu będziesz płakał, że jesteś najedzony?

– Chciałbym dalej pojeść, a już nie mogę.

– Wielu rzeczy nie możesz. Nie polecisz na Księżyc. Nie zostaniesz ambasadorem, na przykład w Rzymie, i w ogóle nigdzie, bo ambasador musi bywać na bankietach, gdzie pije się alkohol, a ty nie możesz.

– Ambasador. Jaki jest rym do słowa „ambasador”? On uprawiał sado-maso, on uprawiał maso-sado, dyplomato-rafinato, jednym słowem ambasador. Powiedz to szybko, to się zrymuje. A wiesz, że gdy polski konsul przyleciał do Hongkongu, okazało się, że w gabinecie ma wypchanego krokodyla ze wstążeczką na pysku, prezent od chińskich pracowników konsulatu? I denerwował go ten krokodyl, ale wyrzucić nie wypada, bo prezent. Siedział więc w gabinecie i się denerwował. Każdego by denerwowało gadzie truchło. Aż nie wytrzymał i tupnął ze złości na tego krokodyla. I wtedy ten krokodyl ze strachu wlazł pod szafę. Okazało się, że był żywy. A pysk miał zawiązany, żeby nie zaatakował. Bo to nie on miał zjeść konsula, tylko konsul jego, to był prezent kulinarny. Krokodyla świeżonka z grilla, z sosem hoisin, jeden z największych przysmaków tam.

– Skurwysyny. Biedny krokodyl – mówi H., która chociaż je kurczaki, jest buddystką odłamu tybetańskiego i jako taka lubi zwierzątka, a nie lubi Chińczyków. – Ale powiedz mi, że konsul go nie zabił.

– Nie zabił, bo go ujęło, że ktoś się go wreszcie przestraszył. A nawet wlazł ze strachu pod szafę, jak jamnik. I nazwał tego krokodyla Jamnik. Okazało się, że ten krokodyl nie jest straszliwy, tylko strachliwy, najstrachliwszy z krokodyli. Kiedy mu konsul odwiązał pysk, to nawet nie próbował gryźć, tylko lizał go po rękach, jak pies. I Chińczykom spodobało się imię Jamnik, bo okazało się, że w miejscowym dialekcie to znaczy „Bulwa Dobroci”. I sugerowali, że mają takie właśnie bardzo dobre bulwy, które idealnie pasują do siekanego krokodyla. Ale konsul za bardzo sam był Bulwą Dobroci, żeby zjeść Jamnika. Zresztą, okazało się, że w miejscowym dialekcie „Konsul” znaczy „Drżący Błazen”, tak więc z tą szafą to był i pierwszy, i ostatni raz, kiedy ktoś się konsula przestraszył. O ile krokodyl to ktoś, a nie coś.

– Pies to na pewno ktoś.

– Pies to na pewno Pocieszna Istota Lubo.

– A więc silnie zdefiniowana osobowość. Czyli ktoś. Jeśli chodzi o koty…

– Każdy kot ma inną osobowość. Kot o silnej osobowości to ktot. Taki, że jak go widzisz, mówisz sobie: „To jest ktoś”. Wśród ptaków najsilniejsze osobowości mają krukowate – ornitolodzy mówią na nie ptaki naczelne, ptasie małpy.

– W takim razie kruk to ktuk. A istnieją gady naczelne?

– Właśnie. To krokodyle.

– Więc to był ktokodyl.

– Nie miał silnej osobowości, skoro tak się bał.

– Miał silnie zdefiniowaną, skoro był tak wielkim tchórzem.

– O, właśnie, musimy sobie wziąć jeszcze tchórzofretkę.

– Nie!

Istota Lubo i dwa koty. Kicia pierwotnie miała nazywać się Ciri, ale ostatecznie zrobiła się z niej Ciotka Kotka (po sterylizacji). Kocurek niby nazywa się Jaskier, i nawet o tym wie, ale wszyscy mówią do niego Zizia, a on wie, że o niego chodzi. Kocurka H. znalazła wplątanego w silnik samochodu. Przechodziła obok warsztatu samochodowego w pewną niedzielę. I usłyszała miauczenie, a właściwie piszczenie. Domyśliła się, że do silnika jednego z samochodów stojących na podwórku warsztatu wszedł jakiś kotek – próbował się ogrzać w nocy, a teraz pewnie nie mógł wyjść. Tylko jak się dostać do tego samochodu, skoro podwórko warsztatu jest zamknięte, ogrodzone wysokim parkanem i strzeżone alarmem – i nikogo tam nie ma, bo jest niedziela? H. znalazła numer telefonu do firmy prowadzącej warsztat, ale nikt nie odbierał, firma przecież urzędowała w warsztacie, a tam nikogo nie było. Ale H. się nie poddała. Pobiegła po sąsiadach i znalazła w końcu kogoś, kto kiedyś naprawiał swój samochód w warsztacie i została mu z tego czasu komórka do właściciela. Ale że była niedziela, właściciel nie odbierał. H. zadzwoniła do straży miejskiej, ale tam jej powiedzieli, że straż miejska nie zajmuje się kotami, i odesłali do strażaków. Strażacy powiedzieli jej, że oni zdejmują tylko koty z drzew, do tego mają sprzęt, natomiast nie mają sprzętu do wpełzania pod samochód. H. była tak zdesperowana, że zadzwoniła po policję…

– I ciągle nie mogę w to uwierzyć, że ekipa policyjna przyjechała ratować kota – powiedział T.

– Jest taki jeden dzień w roku, kiedy policjanci mogą naprawić całe zło, które czynią przez resztę dni. Wystarczy, że zrobią wtedy jedną dobrą rzecz, ale właśnie tego dnia – i ten uczynek równoważy całą resztę.

– Szkoda, że nie tego dnia złapaliśmy z Danielem złodziei. To znaczy on złapał, a ja trzymałem. Mróz był minus dwadzieścia, wracam z Istotą Lubo i nagle widzę – idzie Daniel, trzymając za kark dwóch łebków. I woła mnie: „Chodź, chodź!”. Podchodzę, a on mi wręcza jednego z nich i mówi: „Trzymaj go, a ja będę trzymał drugiego”. Próbowali mu się włamać do samochodu. No więc stoję i trzymam, zimno, pies piszczy, a on woła żonę, żeby zadzwoniła po psy. Stoimy i czekamy, widzę, że chłopaki są z problemu, jak to się mówi wśród uzależnionych, naćpani. Stoję i trzymam chłopaka, chociaż sam jestem trzeźwy dopiero dwa tygodnie. Przyjeżdża policja i każe tym złodziejom się kłaść na betonie. Minus dwadzieścia i minut dwadzieścia już tak leżą. Nagle jeden policjant okazuje litość: „Pan pójdzie z tym pieskiem do domu, on piszczy, jemu zimno”. Spisali moje zeznania jak najszybciej, żeby pieskowi zimno nie było. Kiedy szedłem do domu, to chłopaki dalej leżeli.

– I co zrobiłeś?

– Nawet mi nie przyszło do głowy, żeby coś zrobić. Teraz widzę, że było trzeba. Wtedy, nie wiem, jakieś zaufanie miałem do tych psów, znaczy policjantów. Tak, jakieś zaufanie, po tamtej akcji, co wiesz.

– Kiedy sąsiadka stała w oknie i chciała skakać?

– Tak, zrobiło na mnie wrażenie, że policja tutaj przyjechała w minutę. W Warszawie samo dodzwonienie się na policję zajmuje godzinę. A tutaj zadzwoniłaś i po minucie byli. I ten krasnolud, co wysiadł z radiowozu, najpierw charczy do nas: „Won stąd, wycofać się spod okna, to nie widowisko”, a potem tym charczącym głosem zaczyna profesjonalnie terapeutyzować dziewczynę, żeby nie skakała. Równocześnie kolega popędził schodami do góry, żeby uciszyć tego alkoholika, co się rozbijał dziewczynie po mieszkaniu, że ze strachu chciała się zabić.

– To też był ten jeden dzień w roku, kiedy robią dobrze – mówi H. – A z tą dziewczyną nie udało mi się już później pogadać. Barnaba mówi, że ona z nikim nie gada.

– Nie tylko ona zresztą.

– No właśnie. – H. najwyraźniej myśli o sąsiadach, bo wzdycha. – Nie wiem, jak ich ściągnąć na zebranie w sprawie rewitalizacji. Nasza kamienica będzie rewitalizowana! – H. skacze, z radości chyba. – Władze przeznaczyły ją do remontu generalnego i dlatego chłopaki z podwórka zrobiły własny plan rewitalizacji, właśnie podwórka, żeby zaproponować władzom…

– Kto?

– Chłopaki z podwórka.

– Ci, co grają w kulle? Kulle-le?

– Tak, zrobili plan, na którym jest profesjonalny tor do kulli. Kulli czy kull? Tych kulli czy tych kull? I boisko do siatkówki.

– Na naszym podwórku? Gdzie? – T. nie wierzy.

– Na dziedzińcu przed komórkami.

– Tam to mogą robić slalom między gównami. Przecież tam cała psia część kamienicy sra.

– Oczyści się i wysypie piaseczkiem.

– Żeby psy miały gdzie srać.

– No więc potrzebne jest zebranie, powie się lokatorom, że od tej pory prosimy o niewyprowadzanie psów na podwórko, bo robimy tam boisko. Trzeba to miło, po sąsiedzku powiedzieć. A ty napiszesz artykuł do podwórkowej gazetki, „Brązowy problem”, chłopaki założyły gazetkę.

– I nazywa się „Brązowy problem”?

– Nie, twój artykuł będzie się tak nazywał. I kupiłam ci nową szklankę do herbaty, zamiast tej, co ci Zizia stłukła, znaczy stłukł.

Szklanka do herbaty to poważna sprawa, T. nienawidzi pić z kubka.

– Dziękuję ci, kochanie. Lubię widzieć, co piję.

– A jeśli chodzi o „piję”, to był Rysiek i znowu mówił, żeby nikomu nie mówić, że on tu mieszka. Mówił, że ma trzyletni wyrok. Ściga go policja, a on się ukrywa.

– Kiedy byłem w ośrodku, był tam taki Wania, który też brał amfetaminę i kloniaki. I mówił tak: „Widzę wasze duchy nad waszymi głowami i kiedy wieczorem sobie robicie zebranie, to nad waszymi głowami wasze duchy robią sobie drugie zebranie, zebranie duchów, i teraz też, kiedy mówię do ciebie i ty udajesz, że mi wierzysz, to widzę twojego ducha nad twoją głową, że wcale mi nie wierzy, wcale mnie nie słucha”.

– I co z tym Wanią?

– Ciągle widzi duchy. Ale jest trzeźwy, bo mu duchy kazały.

– Aha, pojutrze jadę do Warszawy na Konferencję Działań czy coś takiego – mówi H. – A jeśli zechcesz mi towarzyszyć, to jedziemy.

– Samochodem, czy mega-guik-guikiem?

– Jutro będzie za duży guik-guik, żeby nie jechać mega-guik-guikiem.

– Za duży guik-guik na ulicach? Trasą będzie się ciągnął powolny guik-guik samochodów?

– Guik-guik.

Guik-guik