Miasto krwi - Kamil Dziadkiewicz - ebook

Miasto krwi ebook

Kamil Dziadkiewicz

4,0

Opis

Siedemnasty wiek, Hyruf. Epoka krwawych wojen religijnych. Poniżany przez ojca z powodu kalectwa Mulgih Thadur nie może dłużej znieść maltretowania siebie i swojej matki. Doprowadzony do ostateczności popełnia makabryczne morderstwo, które pozoruje na samobójstwo. Nie wie jednak, że z ukrycia obserwuje go człowiek Garlona, najważniejszej figury świata przestępczego Hyruf. Popełnione z desperacji zabójstwo wprowadza go na drogę zła, z której nie ma już odwrotu. Chcąc chronić rodzinę, godzi się na najgorsze z możliwych czynów. Początkowo zmuszany przez szantażujących, z czasem odnajduje się w profesji i przechodzi na stronę tych, z którymi walczył – najpierw zakłamanych duchownych, potem reformatorów – opętanych żądzą krwi przeciwników Kościoła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Od autora

Saga wschodnia. Miasto krwi to opowieść fantasy, aczkolwiek nawiązująca do kilku istotnych wydarzeń historycznych. Akcja rozgrywa się w XVII-wiecznym, fikcyjnym mieście Hyruf, dla którego pierwowzorem był brytyjski Londyn za czasów Oliviera Cromwella. Burzliwy charakter tamtych czasów idealnie wpasował się w zamysł fabularny. Pozostałe rzucające się w oczy nawiązania to: więzienie Nygate (odpowiednik Newgate), budynek Parlamentu czy Tulbagann (Tamiza). Z pomocą przyszła mi książka Petera Ackroyda Londyn. Biografia. Szanowana knajpa w Hyruf, Munn, to prawdziwy Boar’s Head, wykorzystany w sztukach między innymi przez Williama Szekspira, a charakterystyczna przyśpiewka to nic innego jak połączenie Vade Mecum for Malt Worms Neda Warda i PilgrimageJohna Taylora. Kolejnym nieocenionym źródłem informacji było dzieło Bronisława Geremka Ludzie marginesu w średniowiecznym Paryżu. XIV-XV wiek orazGrób alienataPawła Duma. Obie pozycje wykorzystałem do stworzenia wątków kryminalnych, opartych na dawnych wierzeniach i przekonaniach (rozdziały o korzeniu mandragory oraz palcach skazańców).

Na kilka słów wyjaśnienia zasługuje również wątek religijny oraz sama postać papieża Sykstusa. Chciałem pokazać niektóre wydarzenia z perspektywy fikcyjnego świata (naród żydowski, postać Jezusa), aby ułatwić czytelnikowi orientację. Postanowiłem wykorzystać motywy biblijne oraz przenieść erę wojen religijnych w trochę późniejszy okres, ponieważ uznałem, że wtedy mogłyby mieć bardziej dramatyczny wydźwięk. Osoba Sykstusa również nie jest przypadkowa. Papież ten w XV wieku był wielkim zwolennikiem inkwizycji, walczył z kryptojudaizmem oraz nie uniknął skandali związanych z legalizacją prostytucji czy z nepotyzmem.

Sporo wątków pozostawiłem niedokończonych, ponieważ Saga wschodnia. Miasto krwi będzie miała swoją kontynuację.

Szubieniczny dół

18 listopada 1646 roku, Hyruf

 

Ksiądz Thabeet wymówił ostatnie słowa modlitwy i szybko zamknął brewiarz. Towarzyszący mu kat podszedł do drewnianego podestu. Skazaniec, podtrzymywany przez dwóch pomocników, miał na głowie wełniany worek, zaciśnięty rzemieniem na krtani. Egzekutor odkaszlnął i splunął na ziemię, po czym zwolnił dźwignię. Ku wielkiej radości zgromadzonego tłumu zapadka gwałtownie się otworzyła i ciało bezwładnie zawisło. W kierunku wisielca poleciały wyzwiska, obrzucono go zgniłymi jajami, jabłkami i kamieniami. Nawet kilkuletnie dzieci, zachęcane ochoczo przez rodziców, ciskały w niego kulami ulepionymi z błota. Zawziętość mieszkańców Hyruf nie znała granic. Festiwal trwałby do rana, ale z powodu nadciągającej gęstej mgły trafienia stawały się coraz rzadsze i pociski zaczynały lądować niebezpiecznie blisko księdza, któremu nie uśmiechało się wracać do katedry w śmierdzącej sutannie. Thabeet był wyjątkowo szczupłym mężczyzną, sprawiającym wrażenie spokojnego, wręcz zagubionego. Na jego prośbę o zachowanie spokoju nikt w pierwszej chwili nie zareagował i dopiero gdy podniósł głos, tłum zaprzestał ostrzału. Gdyby sytuacja była inna, z pewnością nie omieszkałby rzucić paru kąśliwych słów o „umiarkowanym gniewie” i „prymitywnych rozrywkach, niegodnych współczesnych, cywilizowanych ludzi”, a tak tylko odwrócił się na pięcie, otwartymi dłońmi wskazując bliżej nieokreślone miejsce pod zapadnią szubienicy.

Kat miał w zwyczaju zostawiać ciało na widok publiczny jeszcze przez jakiś czas, ale w wyjątkowych okolicznościach – albo na wyraźne polecenie bezpośredniego przełożonego – postępował inaczej. Ponieważ miał około pięciu stóp, musiał użyć taboretu, bo inaczej nie sięgnąłby sznura nawet długim, rzeźniczym nożem przypiętym do pasa. Kiedy wreszcie przeciął ostatnie włókno liny, wisielec spadł z głuchym łoskotem na ziemię. Wyglądało to wyjątkowo upiornie, jakby dusza nieszczęśnika właśnie opuściła czyściec i trafiła prosto do piekła. Przygarbieni grabarze pospiesznie zabrali się do kopania dołu, kiedy ksiądz Thabeet ponownie przemówił.

– Edelber Thadur przywłaszczył sobie to, co stanowi własność naszego Pana: czas zgonu – obwieścił tonem niepozostawiającym żadnych wątpliwości. – Nie powinniście zatem wątpić, że spotkał go zasłużony los. Lecz jeśli ktoś spośród was ma na ten temat odmienne zdanie lub jest w posiadaniu informacji mogących uchronić Edelbera od ognia piekielnego, niechaj wygłosi je teraz przy wszystkich albo zamilknie na wieki.

Podczas krótkiej chwili ciszy nikt nie zabrał głosu. Thabeet zadowolony patrzył, jak kupka odrzucanej ziemi rośnie z minuty na minutę. Kat, po wymianie porozumiewawczego spojrzenia z księdzem, leniwie machnął na pomocników. Dwaj młodzi chłopcy podbiegli w podskokach. Jeden z nich przekręcił ciało na brzuch i odsłonił szyję Edelbera. Drugi, nieco starszy, a tym samym mający więcej siły, chwycił za topór. Ostrze niebezpiecznie zachybotało nad jego głową, a następnie spadło. Brakowało mu krzepkości dorosłego kata, musiał więc powtórzyć proces jeszcze dwukrotnie, zanim głowa oddzieliła się od reszty tułowia. Po tym makabrycznym widowisku ciało zostało przewrócone na plecy. Zdyszany pomocnik odłożył topór. Zastąpił go znowu kat, który stanął okrakiem nad zwłokami. Wyjął zaostrzony kołek z kieszeni surduta i wbił go kowalskim młotem w klatkę piersiową wisielca. Thabeet, choć wiedział o konieczności przeprowadzenia tego obrządku, mimowolnie odwrócił wzrok. Odcięta głowa i przebity tors… Za wiele atrakcji jak na jeden dzień dla duchownego, który wolał zajmować się mniej brutalnymi sprawami.

Grabarze wciągnęli tułów do dołu, a dopiero potem wylądowała tam głowa. Tym razem Thabeet już przyglądał się procederowi. Nie mógł zignorować najważniejszej części pochówku. W końcu po niej miał znowu powiedzieć parę słów do tłumu.

– Sprawiedliwości stało się zadość – zagrzmiał, kiedy ostatnie uderzenia łopat trafiły w wyrównywany grunt. – Samobójstwo jest ucieczką od Stwórcy, ewidentną utratą wiary w sens odkupienia. Miejcie to na uwadze, bracia i siostry! Inaczej zostaniecie skazani na wieczne potępienie. Spotka was dokładnie to samo, co tego nieszczęśnika! – Popatrzył na publikę surowym wzrokiem i zrobił znak krzyża. – W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Zgromadzenie, niczym stado owiec, potulnie wykonało polecenie. Thabeet szybkim krokiem opuścił plac Straceńców, torując sobie drogę łokciami. Gapie podchodzili do miejsca pochówku i prześwietlali wzrokiem piach, który niedawno przysypał Edelbera. Wkrótce zostałem tylko ja, obserwujący wszystko z dachu pobliskiej kamienicy. Jedyne, na co było mnie stać, to pełen złośliwości uśmiech, który wypełzł na połowę moich ust.

Dwa tygodnie wcześniej…

Znowu przyszedł do domu pijany w sztok. Od kiedy został wyrzucony z cechu murarzy, pił ciągle, na dodatek w ogromnych ilościach. Przerwy robił sobie tylko w niedziele, kiedy nie działała żadna gospoda, albo gdy pozbył się wszystkich pieniędzy i nikt z jemu podobnych nie miał choćby złamanego dalera na roztrwonienie przy kuflu piwa.

Zamglonymi oczami omiótł pokój i wtedy zobaczył matkę stojącą przy piecu. Wyglądał jak czort szukający kolejnej ofiary – spocony, z rozwichrzonymi czarnymi kudłami i szeroko rozstawionymi łapami. Całości dopełniała kwadratowa szczęka z bulwiastym nosem wciśniętym między wstrętne, świńskie oczy. Matka wiedziała, że w takich sytuacjach lepiej się nie odzywać i po prostu zejść staremu głupcowi z drogi. Obwiniał ją o każde swoje niepowodzenie, a ponieważ ona zwykle siedziała cicho, bo, jak mówiła – chciała mnie w ten sposób chronić przed jego gniewem – tak naprawdę tylko utwierdzała ojca w przekonaniu, że ma do niej słuszne pretensje.

Głód okazał się znacznie silniejszy od potrzeby wszczynania kolejnej awantury. W dotarciu do kuchni przeszkodziło mu jednak krzesło, o które potknęły się jego koślawe nogi. Zaklął siarczyście pod nosem, rzucając matce nienawistne spojrzenie, jakby to była jej wina, że krzesło stało właśnie tam. Odepchnął ją, po czym chwycił za chochlę, z której chciwie siorbnął łyk gorącej zupy.

– Wariatko, poparzyłaś mi gardło! – wrzasnął z załzawionymi oczami.

Rzucił się na matkę i uderzył ją w twarz. Krzyknęła, po czym upadła na ziemię, nie dając żadnych oznak życia. Stał nad nią pochylony, ciężko dysząc. Pot ściekał mu po obu skroniach długimi strużkami. Kiedy ocierał twarz rękawem, matka nieznacznie uniosła głowę. Spojrzała na mnie wymownie: znowu miałem obserwować przedstawienie tak często widziane w ulicznych teatrach, w których to kobieta była tylko bezbronną ofiarą, a oprawcy wszystko uchodziło na sucho.

– Wstawaj – wrzasnął ojciec do matki.

Zobaczyłem na jej prawym policzku czerwone znamię. Popatrzył na nie przez moment z obrzydzeniem i kiedy wydawało się, że największe szaleństwo już mu minęło, znowu zaczął krzyczeć.

– Dlaczego Bóg pokarał mnie taką idiotką, możesz mi to wytłumaczyć? Odwróć się, jak do ciebie mówię! I patrz mi prosto w oczy!

Posłusznie wykonała polecenie.

– Nie mieszaj do tego Boga – pisnęła cicho w odpowiedzi.

– Wszystkie niepowodzenia są przez ciebie. Najpierw on… – Wskazał na mnie palcem. – Powinienem był posłuchać głosu rozsądku i zrobić to, co w podobnych sytuacjach się robi…

Pałał taką nienawiścią, że gdyby tylko nie groził mu za to szafot, bez wahania udusiłby mnie gołymi rękami.

– To twój syn, Edelberze. – Matka próbowała mnie bronić. – Nie możesz go tak traktować.

– Ja nie mogę?! Ten potwór wyszedł z twojego łona, to ty chciałaś go zachować przy życiu!

Wrzeszczał coraz głośniej, aż w kącikach ust pojawiła mu się piana. Zawsze podnosił głos, gdy próbował zwalić winę na kogoś innego. Matka zwiesiła głowę. Nie miałem do niej o to pretensji. Broniłaby mnie bardziej zaciekle, gdybym przebywał poza domem, ale teraz siedziałem na łóżku z nogami podkulonymi pod brodą i mogłem w każdej chwili oberwać.

Nagle ojciec uderzył otwartą dłonią w stół.

– Jesteśmy w Fagorlot przez jego zdeformowaną twarz i twoją głupotę. Ludzie omijają nas szerokim łukiem. Było dobrze, dopóki potrzebowali rąk do pracy. Ale najlepsze lata już minęły… Pozycja społeczna znowu ma znaczenie.

Nawiązywał do dni mlekiem i miodem płynących, kiedy to jako murarz, po wielkim pożarze w Hyruf, miał pełne ręce roboty i dorobił się całkiem pokaźnych pieniędzy. Ale to już należało do przeszłości. Nie dość, że wyglądał, jakby rozmawiał sam ze sobą, to tak naprawdę plótł bzdury. Wylewał przy stole żale, które były bezczelnymi insynuacjami, bredniami wyssanymi z palca. Wiedział o tym świetnie, ale powtarzał je sobie tak wiele razy, że w końcu zaczął wierzyć we własne kłamstwa. Łatwiej było zrzucić winę na syna kalekę, niż przyznać się do życiowej porażki, do której przywiódł go awanturniczy charakter i alkohol. Teraz się za to mścił. Chciał sprawić matce przykrość, doprowadzić ją do załamania. Czerpał przyjemność z upodlania jej i nie rezygnował, dopóki nie osiągnął tego celu.

– Gdybyś była odważna, wsadziłabyś go do dołu i zakopała, oszczędzając mi tych upokorzeń, które muszę codziennie znosić. Bo ty siedzisz w domu i nic nie wiesz. A ja nie jestem dziwadłem, rozumiesz?

– Razem podjęliśmy tę decyzję, Edelber. W Hyruf wszystko miało wyglądać inaczej!

Matka rozpłakała się. Jej łzy jeszcze bardziej go rozsierdziły.

– Sam diabeł się do nas przypałętał. Na ulicy szydzą, w kościele wytykają palcami. I pomyśleć, że można było tego uniknąć!

Po części rozumiałem jego wstręt do mojej osoby. Moja twarz nie należała do najpiękniejszych – od kiedy tylko pamiętam, prawa jej część, od policzka aż do warg, była sparaliżowana. Ojciec chciał mnie odrzucić już na samym początku i zakopać w lesie (gdy jeszcze mieszkaliśmy na wsi), ale matka podobno kategorycznie się temu sprzeciwiła. Tyle wiedziałem. Teraz na zmianę oskarżał to mnie, to ją, bo desperacko szukał powrotu do sielankowego życia sprzed lat.

– Podejdź tu.

Dopiero po krótkiej chwili zorientowałem się, że te słowa skierował do mnie.

– Nie, Edelber, błagam… – pisnęła matka, opanowując wnet płacz.

– Zamknij się! – ryknął, po czym zwrócił się do mnie pijackim bełkotem: – Mó… mówiłem, żebyś podszedł.

Podniosłem się z łóżka. Nie mogłem przez całe życie uciekać. Matka stanęła między mną a ojcem, szeroko rozkładając ramiona. Poprosiłem ją, by pozwoliła mi z nim porozmawiać. Jej twarz wyrażała bezdenne cierpienie. Miałem osiemnaście lat, umiałem o siebie zadbać, nie mogła mnie wiecznie przed nim chronić.

– Masz pięć minut, żeby mnie do siebie przekonać. Rozumiesz? Pięć – pokazał mi rozczapierzone palce lewej dłoni – i ani chwili dłużej. A ty – machnął na matkę – idź i nalej mi zupy.

Poszła do kuchni, ale wciąż obserwowała pokój kątem oka. Trząsłem się w środku, czułem, jak zdenerwowanie przejmuje kontrolę nad moim ciałem. Kiedy ojciec zajął się podstawionym talerzem, matka wskazała głową drzwi. Zaprzeczyłem. Nie, matko, nie ucieknę. Ucieczka tylko odwlecze w czasie to, co nieuniknione.

W końcu zebrałem w sobie wszystkie siły i powiedziałem na jednym wydechu:

– Nie mam ci nic do udowodnienia.

Matka całkiem pobladła, widząc, jak ojciec zrywa się na równe nogi. Patrzyłem mu hardo prosto w oczy, wąchając jednocześnie odór gorzałki wydobywający się z jego ust. Nie dam się zastraszyć! Nie dam! Lecz te odważne słowa pozostały w sferze marzeń. Ze stresu całkiem straciłem czujność. Zanim spostrzegłem, ojciec zamachnął się na mnie. Oberwałem w skroń i padłem na ziemię jak rażony piorunem. Zapanowała głęboka ciemność, a po niej nastała głucha cisza.

*

Kiedy się ocknąłem, na lewej skroni miałem krwawą wybroczynę wielkości śliwki. Ojciec chciał mnie jeszcze zlać, ale tym razem matka go powstrzymała. Przywykł do bezwzględnego posłuszeństwa, więc cofnął rękę i uderzył ją przez plecy. Zasłoniła twarz i cicho zajęczała, ale on bił bez opamiętania. Gdy przestała się ruszać, pociągnął ją za włosy. Ledwie wstała, a on wtedy przyłożył do jej gardła nóż, który chwycił z kuchennego stołu.

– Zabiję jak psa. Ale najpierw zajmę się tobą!

Z przerażenia znieruchomiałem. Stał zaledwie o krok ode mnie, z ostrzem wycelowanym w głowę. Nie miałem szans się przed nim obronić. Zawisłem w powietrzu, a on przez zaciśnięte zęby dyszał jak smok.

– Ty kupo gnoju – parsknął rozwścieczony. – Zobacz, do czego doprowadziłeś moją rodzinę. Zobacz, jak wygląda przez ciebie moje życie!

Kawałki śliny obryzgały mi twarz. Śmierdział podle. Musiałem użyć całej siły woli, by nie odwrócić głowy w grymasie obrzydzenia. Wtedy, zupełnie bez ostrzeżenia, poczułem rozluźnienie. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło ani dlaczego tak postąpiłem. Był to impuls, decyzja podjęta bez najmniejszego zastanowienia. Pamiętam tylko, że mrugnąłem i w tym samym momencie oplułem mu twarz. Wiedziałem, co zaraz nastąpi, byłem na to przygotowany.

– Dalej, zrób to! – krzyknąłem.

Ręką, w której trzymał nóż, otarł flegmę z twarzy. Już widziałem, jak zanurza ostrze w moim gardle, już czułem, jak przecina skórę i dostaje się do gardła. Mimowolnie zacisnąłem powieki. Ojciec wrzasnął. Był to jednak krzyk przerażonego człowieka, któremu paznokcie rozdrapują policzki. To matka ruszyła mi na ratunek.

– Uciekaj, synu, uciekaj!

Tak bardzo wziąłem sobie do serca jej słowa, że o niczym innym nie myślałem. Poderwałem się i wziąłem nogi za pas. Gdy zbiegałem przerażony po schodach, wciąż rozbrzmiewał mi w głowie sapliwy oddech ojca i jego dzika chęć pozbawienia mnie życia. Nawet na klatce schodowej nie odpuszczał. Zdążył wychylić głowę za drzwi:

– Żebym cię tu więcej nie widział, pomiocie szatana!

Jeszcze długo nie mogłem dojść do siebie. Wrócić na górę czy nie? W głowie kołatało mi się mnóstwo myśli. Ten zbir będzie się pastwił nad matką dniami i nocami, ukarze ją za moją ucieczkę, bo odważyłem się mu sprzeciwić, bo nie pozwoliłem sobą pomiatać. A matka będzie wolała wziąć na siebie cały ten ciężar niż patrzeć na moje siniaki.

Mocno pociągnąłem nosem. Na zewnątrz huczało od deszczu. Ze łzami płynącymi po policzkach pobiegłem wreszcie przez opustoszałe ulice, nie zwracając uwagi na strumienie wody zamieniające drogi w rwące potoki błota, szlamu i brudu.

Było jedno miejsce, w którym czułem się całkowicie bezpiecznie. Minąłem skrzyżowanie Arlig i Smag, gdzie mieszkał pan Laug, jeden z nielicznych przyjaciół mojej matki. Pomyślałem przez moment o złożeniu mu wizyty. Z pewnością przy takiej pogodzie siedział przy kominku, głaszcząc potężnego kocura. Jego żona, a właściwie towarzyszka, była równie sympatyczną i życzliwą kobietą, ale nie chciałem ich niepokoić swoją osobą. Zresztą pan Laug znał bardzo dobrze sytuację panującą w naszym domu i z pewnością przejąłby się moją opowieścią. Sęk w tym, że poza litością nie uzyskałbym od niego niczego więcej.

Odgarnąłem mokre włosy przylepione do czoła. Nie chciałem przechodzić przez otwarty rynek, bo wiązało się to z ryzykiem bycia dostrzeżonym przez rzezimieszków bądź innych włóczęgów załatwiających tam swoje szemrane interesy, więc skręciłem na wschód. Otworem stanął przede mną kwadratowy, nierzucający się w oczy budynek o drewnianej konstrukcji, z bielonymi wapnem ścianami. Na jego tyły prowadziła ślepa uliczka, zastawiona gratami, wyrzuconymi resztkami jedzenia i rozwalonymi beczkami służącymi zapewne kiedyś do przechowywania wody przeciwpożarowej. Mało kto wiedział jednak, że po wejściu na dach można było znaleźć drabinę. Wdrapałem się z trudem po jej mokrych szczeblach. Na górze odetchnąłem z ulgą, chociaż przemokłem do suchej nitki. Przy ładnej pogodzie rozpościerał się stąd widok szczególny. „Lepianki”, jak pospolicie nazywano chałupy biedaków z Fagorlot, przylegały do siebie ścianami i dachami, jakby trwały w nierozerwalnym tańcu. A gdy już na ich drodze stawała wąska uliczka, to albo zaraz pojawiały się kolejne rudery w jakiś sposób połączone przejściem, albo odległość między nimi była na tyle mała, że wystarczyło wykonać skok, by znaleźć się po drugiej stronie.

Umiejętnie pokonywałem kolejne przeszkody, żeby nikt z domowników mnie nie zauważył. Robiłem to bardzo ostrożnie. Przykurczony, przesuwałem się pod parapetami, aż w końcu mogłem wyprostować plecy obolałe od ciągłego schylania. Widać już było smętne kontury wieży katedralnej z lekko przechylonym krzyżem u jej szczytu.

Zszedłem z powrotem na ziemię. Przytulony do ściany rozejrzałem się, czy nikogo nie ma na przyległym cmentarzu. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej widzieć. Oprócz gęstego deszczu widok zasłaniało drzewo, usadowione prawie na środku ulicy, tuż przy wyznaczającym granice parafii prowizorycznym ogrodzeniu, które lata świetności miało dawno za sobą.

Przez moment wydawało mi się, że zobaczyłem ludzkie cienie. Podszedłem bliżej i przycupnąłem za wozem. Nie miałem już wątpliwości: ktoś energicznie używał szpadla, a towarzysząca mu zakapturzona postać rozglądała się wokół. Było to bardzo dziwne. Kto normalny kopałby o tej porze pod zewnętrznymi murami cmentarza opuszczonej katedry i jaki miałby w tym cel…?

Zaparło mi dech w piersi. Wnet pojąłem, czego jestem świadkiem. Odczekałem parę chwil, żeby się upewnić. Chociaż nie widziałem wszystkiego dokładnie, było jasne, że obaj są złodziejami lub mordercami, którzy przyszli odkopać grób kolegi po fachu bądź też noworodka zmarłego przed chrztem. W środowisku przestępczym w Hyruf panowało przekonanie, że takie zwłoki mają właściwości magiczne. Wiele widziałem w swoim krótkim życiu, ale tego rodzaju praktyki zawsze wywoływały u mnie ciarki na plecach. Skoro ci dwaj byli w stanie sponiewierać ciało nieczyste, to gdyby zostali przez kogoś przyłapani na gorącym uczynku, z pewnością nie cofnęliby się przed najgorszym.

Znajdowałem się najwyżej kilka jardów od nich. Mimowolnie zasłoniłem usta, jakby mój oddech miał zostać nagle przez nich usłyszany. Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi. Długo nie wychylałem głowy, ale kiedy wreszcie zdobyłem się na odwagę, nikogo już nie było. Poderwałem się do szalonego biegu. Czym prędzej otworzyłem furtkę prowadzącą na cmentarz i skierowałem się od razu na tyły opuszczonej katedry. Wejście główne było zamknięte na cztery spusty, ale drzwi od zakrystii, otoczone dzikim kolcolistem, opierały się tylko na jednym zawiasie.

W środku panował półmrok. Kilka lat temu katedrę strawił pożar, więc pachniało mieszaniną spalenizny, wilgoci i zgnilizny, odchodami szczurów i szczynami. Schody do wieży dzwonniczej znajdowały się tuż za kruchtą. Były sparciałe i nadpalone w wielu miejscach – w każdej chwili mogły się załamać. Ostrożnie przechodziłem pomiędzy dziurami i trzeszczącymi deskami. Na trzecim piętrze w ogóle brakowało schodów, ale i na to znalazłem sposób. Kiedyś przyniosłem ze sobą linę, po której wciągałem się niczym pająk po nici.

Dalej ogień jakimś cudem nie dotarł, zostawiając konstrukcję w praktycznie nienaruszonym stanie. Z poprzecznych krokwi, pełniących funkcję sufitu, zwisały trzy średniej wielkości dzwony. Nie było tu może zbyt wiele miejsca, ale tyle w zupełności wystarczało. Zmęczony usiadłem na podłodze, otworzyłem prowizoryczny kufer zbity z kilku desek i założyłem suche ubranie. Dłuższą chwilę wsłuchiwałem się w deszcz uderzający o ołowiany dach. Dopiero wtedy przypomniała o sobie rozbita skroń, rwąca tępym bólem. Wspomnienie matki wróciło ze zdwojoną siłą. Zresztą nie tylko jej posiniaczoną twarz ujrzałem. Przed oczami przemknęło mi całe dotychczasowe życie.

Wszystko obracało się wokół bicia. Dostawałem czym popadło i bez żadnej przyczyny, ale zawsze z zamiarem zadania jak największego bólu. Na samym początku płakałem, bo nie rozumiałem, później, w wieku mniej więcej dziesięciu lat, zdławiłem w sobie to uczucie. Znikałem na całe dnie, czasami nocowałem na ulicy, byle tylko nie widzieć zapitej gęby ojca. Najbardziej żałowałem matki i tylko dla niej wracałem. Zawsze bałem się, że w momencie otwarcia drzwi zobaczę ją martwą. Ta myśl paraliżowała mi członki, doprowadzała do szaleństwa. Zawsze zmuszała się do uśmiechu na mój widok, co było jeszcze bardziej przykre – miała tak poobijaną twarz, tak bardzo posiniaczoną, zakrwawioną, zmiażdżoną, opuchniętą… Tylko jękliwy głos wydobywający się gdzieś ze środka świadczył o tym, że jeszcze żyje. Głos słodki i dobrotliwy, pełen miłości.

Oczy zaszły mi łzami. Nie ze smutku, jak to bywało do tej pory, lecz ze szczęścia. Kilka godzin później już nie było odwrotu. Postanowiłem być całkowicie wolnym obywatelem Hyruf, mogącym decydować o własnym losie.

13 listopada 1646 roku, poniedziałek

Ze statystyk opracowywanych przez Ratusz Miejski we współpracy z parafiami dzielnicowymi, wywieszanych na drzwiach kościołów raz w miesiącu, wynikało, że najwięcej samobójstw popełniano w listopadzie. Ciekawe, że kawałek białej chmury wiszącej nisko nad brukiem potrafił skutecznie zniechęcić do życia wielu hyrufczyków, zarówno biednych, jak i bogatych. Zwykle w mieście panował taki harmider, że trudno było usłyszeć własne myśli. Odgłosy kowalskich młotów, piłowania drewna, katarynek, trubadurów to niektóre z dźwięków, jakie można tu było usłyszeć podczas krótkiego spaceru. Dochodził do tego klekot wozów, krzyki, kłótnie, szczekanie psów, miauczenie kotów, walki kogutów, szczurów i cała gama innych odgłosów zlewających się w jedno.

Rankiem zalegała dojmująca cisza. O ile brak hałasu powodowanego ludzką obecnością był podczas ulew zrozumiały, o tyle w dni takie jak ten było to dość nietypowe zjawisko. Hyrufczycy, pomimo wczesnej pory, wylegali na rynek w wielkiej liczbie, lecz snuli się po ulicach prawie bezgłośnie, niczym zbłąkane dusze szukające swojego miejsca w świecie.

Były profesje, dla których ołowiane niebo nie stanowiło przeszkody, a wręcz przeciwnie, stwarzało szansę na zdobycie paru dodatkowych pensów. Na przykład miejscowi felczerzy mieli wówczas pełne ręce roboty. Jeszcze na długo przed wschodem słońca, ze świecami w dłoniach, wybierali się na poszukiwanie odpowiednich ziół, by móc później zadowolić najbardziej wybrednych klientów.

Jeden taki był w Fagorlot, nazywał się Berlod. Miał około pięćdziesięciu lat, włosy wyglądające jak bocianie gniazdo, rozwichrzone na wszystkie strony świata. Na jeszcze chudszych od moich ramionach dźwigał skrzynki wypełnione przeróżnymi specyfikami. Dowiedziałem się o nim zupełnie przypadkowo, niewiele ponad tydzień temu, kiedy dawał pokaz swoich umiejętności na placu Wody, stanowiącym bezpośrednie połączenie cyrkułu[1] Fagorlot z główną arterią miasta, zajmowaną przez piekarzy z Omhall. Nakarmił wtedy jedną mysz małą ilością specyfiku, po którym momentalnie zdechła. Drugiej natomiast dał to samo, tylko w znacznie większej ilości. Mysz zrobiła się znacznie ruchliwsza i wyglądała, jakby miała większą ochotę do życia. Gawiedź przyglądająca się pokazowi zaryczała z zachwytu. Berlod nazwał ten lek „Dwa w jednym” – w mniejszej dawce zabijał, w większej poprawiał humor.

Choć jego sława sięgała znacznie poza granice cyrkułu, to obsługiwał on najmniej zamożnych. Nie wiem, czym było to powodowane ani dlaczego wolał leczyć tych pokrzywdzonych przez los biedaków, wiedziałem natomiast – po wcześniej zrobionym rozeznaniu – że zawsze w poniedziałek opuszczał rewir i szedł nad przepływającą przez Hyruf rzekę Tulbagann.

Najłatwiej byłoby po prostu rzucić Berlodowi parę ćwierćdalerówek i dostać to, na czym mi najbardziej zależało. Ale ja nie miałem nawet tyle. Poza tym wyznawałem zasadę, że im mniej osób wie o mnie cokolwiek, tym lepiej. Wolałem pozostać anonimowy tak długo, jak tylko było to możliwe.

Od katedry Nidar do dzielnicy portowej było trochę ponad milę. Berlod szedł w towarzystwie kilku tępych najemników, którzy w razie potrzeby mieli interweniować. Szybko ich namierzyłem. Bardzo nieudolnie próbowali być niewidoczni. Trzymali się blisko siebie, przepychając się przez tłum, chwytając jabłka z mijanych straganów. Nie musiałem podążać za samym Berlodem, żeby poznać miejsce, do którego zmierzał. Wystarczyło trzymać się jego pomocników, a łup, prędzej czy później, sam wpadnie w moje ręce.

Mgliste poranki nad Tulbagann zdarzały się o tej porze nader często. Portowe doki osnuwał dywan mlecznobiałej pierzyny, zza której co i rusz wystrzeliwały w górę ogołocone maszty kołyszących się leniwie statków. Berlod szukał odpowiedniego miejsca. Musiał postępować zachowawczo i jednocześnie szybko, a to nie było takie proste. Zgięty wpół mijał rybaków zasiadających w łódkach, jakby wcale ich nie dostrzegał. Poszedł dalej, za niewielką przystań, kierując się prosto na bagna. Pomocnicy musieli być z tego powodu bardzo niezadowoleni, kiedy próbowali dorównać kroku felczerowi na podmokłym gruncie. Sam Berlod ich ignorował. Długo czekał na odpowiedni moment, aż wreszcie schylił się, po czym jak gdyby nigdy nic skierował się z powrotem w stronę miasta. Minął mnie zaledwie o kilka kroków, nieświadom, że właśnie wszedłem w posiadanie jego tajemnicy.

Dla pewności wstrzymałem się jeszcze kilka minut. Gdy wszystkie znaki na niebie wskazywały, że już tu nie wróci, ruszyłem w dokładnie to samo miejsce. Bez trudu znalazłem jego ślady i wydeptaną wokół trawę. Kilka łodyg było urwanych tuż nad ziemią. Tylko jedna roślina o tej porze roku wciąż pokrywała brzeg. Był to chwast rzeczny.

*

W kufrze na wieży dzwonniczej trzymałem wiele potrzebnych rzeczy. Oprócz czarnego ubrania znajdował się tam nóż, kawałek liny okrętowej, sakwa wypełniona sztucznymi monetami, dmuchawka oraz niewielki szklany flakon. Wszystko jeszcze raz dokładnie sprawdziłem – niczego nie brakowało. Przebrałem się i opróżniłem kufer. Z okien poderwały się gołębie. Bicie dzwonów ogłaszało godzinę piątą po południu. Do końca dnia roboczego pozostało sześćdziesiąt minut. Jeśli miałem zdążyć, musiałem szykować się do wyjścia.

Wciągnąłem przez nos rześkie powietrze. Lubiłem ten moment, kiedy dzień ustępował miejsca nocy. Ciemność w Hyruf była wielkim teatrem ciszy, który wraz z zapadnięciem zmroku wymuszał zamknięcie ust rozbestwionemu tłumowi. Miasto nocą nie miało wobec mnie żadnych żądań. Wtedy czułem się naprawdę swobodnie.

Po degradacji społecznej ojciec nie miał co liczyć na stałe zatrudnienie. Obecnie pracował przy usuwaniu gruzowiska z zawalonego budynku na skrzyżowaniu ulic Andar i Nalnur. Nędzna kamienica czynszowa spłonęła i zawaliła się po tym, jak jeden z mieszkańców zapomniał zgasić świece. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja.

Od miejsca docelowego dzieliła mnie jeszcze przecznica, kiedy usłyszałem podniesione głosy. Nie byłem przygotowany na taki obrót sprawy. Musiałem szybko zmienić dotychczasowy plan i zobaczyć, co tam się działo. Wróciłem drogą, którą przyszedłem. Na skrzyżowaniu zgromadził się już całkiem pokaźny tłum. Niektórzy wymachiwali widłami. Na pewno nie mieli pokojowych zamiarów. Zostałem nieco z tyłu, schowany za rogiem budynku, ale wystarczająco blisko, żeby wszystko wyraźnie słyszeć.

– Podpaliliście nasze mieszkania! – krzyknął ktoś z tłumu. – Zbóje!

– Tak! – zawtórował mu inny, donośny głos. – Przegonić ich!

Wychyliłem się zza węgła. Pięciu pracowników, w tym mój ojciec, nie przerwało pracy. Niechcianych gości próbował przegonić czeladnik.

– Odejdźcie stąd! Inaczej wezwę straż!

– Nigdzie nie pójdziemy – zaprotestowali twardo. – Chcemy z powrotem naszych mieszkań.

Kurza twarz czeladnika przybrała surowy wyraz.

– Trzeba było przystać na warunki oferowane przez nowego właściciela. Nie zrobiliście tego, wasz problem. A teraz rozejść się! Już!

Machał prędko dłońmi, żeby dodać sobie odwagi. Kiedy tłum wciąż stawiał opór, entuzjazm nagle go opuścił. Odwrócił się do nich plecami i wrócił do nadzorowania prac rozbiórkowych, nie zważając na dalsze protesty.

– Widzicie to, co ja? – zapytał basowym głosem wielkolud o krzaczastych brwiach, który wystąpił z tłumu i zaczął do nich przemawiać. – Ta wesz traktuje nas, jakbyśmy byli plwocinami.

Zebrani zawtórowali mu ochoczo. Również przybyłe kobiety, trzymające na rękach dzieci, głośno go poparły. Ponieważ ostrzeżenie czeladnika znowu zostało zignorowane, stało się w końcu to, co się stać musiało. Wielkolud, nie mogąc dłużej wytrzymać zniewagi, chwycił czeladnika za ramię i mocno nim potrząsnął. Czeladnik, do niedawna stroszący pióra, teraz, przerażony, zaczął wrzeszczeć wniebogłosy.

– Straż! Straż! Dochodzi do rękoczynów!

W tym samym momencie odwrócił się ojciec. Razem z pozostałymi sprzątaczami, uzbrojony w łopaty, stanął w obronie czeladnika. Był może słabiej zbudowany od wielkoluda, ale z pewnością nie brakowało mu buńczuczności.

– Wynocha, łapserdaku, albo zaraz ta łopata wyląduje na twojej zakazanej mordzie.

Tłum zbulwersował się cyniczną uwagą ojca, który, o czym doskonale wiedziałem, nigdy nie rzucał słów na wiatr. W każdej chwili mogło dojść do starcia.

Wielkolud przestąpił nerwowo z nogi na nogę.

– Mierz słowa na zamiary – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Bo co?

Wielkolud wyprostował się i strzelił palcami. Tłum zdążył otoczyć go półkolem. Ktoś krzyknął: „Pokaż mu, gdzie jest jego miejsce, Harnunie!”. Nagle zrobiło się zamieszanie. Czy Harnun sprowokował ojca? Czy powiedział coś, co go wyprowadziło z równowagi? Jak by nie było, ojciec nagle rzucił się z pięściami na większego od siebie. Wmieszali się w to również pozostali pomocnicy budowlani, którzy natarli na tłum. Kobiety zaczęły uciekać w popłochu. Czeladnik wycofał się na bezpieczną odległość i dopingował swoich podwładnych, uderzając w powietrze pięściami, jakby sam chciał wziąć udział w mordobiciu. Ludzie otwierali okiennice, zwiedzeni dziwnymi dźwiękami. Zrobił się rwetes typowy dla żywiołowej atmosfery Hyruf. Bójkę podsycali dodatkowo przypadkowi gapie.

Szukając wzrokiem w tym tumulcie ojca, nie potrafiłem nawet stwierdzić, kto zyskuje przewagę. Kotłowanina trwałaby zapewne jeszcze długi czas, ale niespodziewanie pojawił się oddział strażników miejskich patrolujących ulicę. Sami chyba zdziwili się, że o tak wczesnej porze przyszło komuś do głowy wzniecać uliczną burdę. Z trudem rozdzielili walczące strony. Ojciec miał rozerwaną koszulę i ciężko dyszał. Harnun z rozbitą wargą rzucał mu piorunujące spojrzenia. To był koniec przedstawienia. Gawiedź wróciła do domostw, pozamykała za sobą okiennice, a prowokatorzy rozeszli się. Zostały tylko dwie zwaśnione strony, które musiały ponieść konsekwencje swoich czynów.

– Zostaliśmy napadnięci przez tych włóczykijów. Wykonywaliśmy obowiązki zlecone przez Garlona, a wtedy pojawili się oni i zażądali zwrotu mieszkań. Wariaci. Całkiem postradali rozum. Zwłaszcza ten bydlak! Rzucił się na mnie i gdyby nie Edelber, chybaby mnie udusił!

Czeladnik piszczał cienkim głosem, który wyraźnie irytował strażników. Nie wzbudzał sympatii i gdyby to tylko od nich zależało, wzięliby go za łeb i odprowadzili razem z ojcem na przesłuchanie. Ale nazwisko „Garlon” w mieście znaczyło bardzo wiele. W kilku słowach można powiedzieć, że był to jeden z najbogatszych, najważniejszych i najniebezpieczniejszych mieszkańców, nie tylko Hyruf, lecz z pewnością i całego Królestwa Salgingardu. Łatwo można było przewidzieć, co się wydarzy. Strażnicy obarczyli winą pikietujących i zagrozili, że jeśli jeszcze raz się tu zjawią z podobnymi żądaniami, zostaną wychłostani.

Chwilę później znów panowała cisza. Wciąż czekałem schowany za węgłem, bo w obliczu niedawnych wydarzeń nie miałem pewności, co nastąpi dalej. Pierwszy odezwał się ojciec. Wybuchnął rubasznym śmiechem, który tak dobrze znałem i którego z całego serca nienawidziłem.

– Widzieliście miny tych durni, kiedy odchodzili? Jakby dostali patelnią przez łeb.

– Taa – przytaknął któryś ze sprzątaczy. – Swoją drogą, ładnie przywaliłeś temu Harnunowi.

– Myślał, że się przestraszę jego wielkich ramion! – Ojciec zademonstrował, jak to złapał Harnuna wpół. – Zanim się zorientował, już był na ziemi.

– Wierzgał nogami, jak żuk leżący na plecach – rzucił żartem kolejny pomocnik.

Wszyscy zgodnie się zaśmiali. Nagle czeladnik zapragnął dorzucić kilka uwag. Wciąż był podniecony niedawnym zajściem.

– Kwaśne jabłko by z niego zostało, gdyby ci nie przerwali, Edelber! – Ciche plaski sugerowały, że ojciec właśnie został doceniony przez niego kilkoma klepnięciami w plecy. – Na pewno wspomnę o tym Garlonowi przy najbliższym spotkaniu.

Nikt mu nie odpowiedział. Chyba wszyscy wiedzieli, że to tylko czcza gadanina.

– Może już wystarczy na dzisiaj, co? – zasugerował ojciec. – Da czeladnik wcześniej skończyć?

Zapadło milczenie. Czeladnik nie był skory do skracania czasu pracy swoim podwładnym, w końcu to on, a nie oni, odpowiadał przed Garlonem. Widząc, że się waha, ojciec wypalił bez pardonu:

– Uratowałem ci tyłek, chyba należy się za to jakaś nagroda? Przecież nie chcę dodatkowych pieniędzy.

– I tak byś ich nie dostał… – usłyszał w odpowiedzi ojciec.

– No właśnie! Bo i tak wziąłbyś je dla siebie! – zripostował go ojciec. – To jak będzie?

Czeladnik zacmokał, ale w końcu uległ.

– Żebyście mi się tylko wszyscy jutro stawili.

– W Piekiełku nie trzymają za długo! – odpowiedzieli mu pijackim rechotem. Było oczywiste, że kłamią.

Odetchnąłem z ulgą i zacisnąłem mocniej pięść. Na palcach opuściłem kryjówkę i niczym cień przyczaiłem się w ślepej uliczce odchodzącej od wąskiej Berglyd, gdzie znajdowała się gospoda Piekielny Łyk. To tutaj ojciec miał zamiar pić dzisiejszego wieczoru.

*

Pracował przy usuwaniu gruzowiska tylko przez pierwsze trzy dni w tygodniu. W środę zwykle nie miał pieniędzy, bo zapłatę brał już we wtorek, za dwa dni z góry. W czwartek udawał się do lichwiarza Udurla, który miał też kilka budynków na wynajem. Jak się okazało, był jego chłopcem na posyłki. Dostał od niego zlecenie odzyskania pieniędzy od rzeźnika, który zwlekał jakiś czas ze spłaceniem pożyczki. Poszedł wraz z innym osiłkiem pod wskazany adres, gdzie dopadli dłużnika. Zaciągnęli go do ciemnej uliczki i dotkliwie pobili. Zostawili nieszczęśnika, a sami rozpłynęli się w ciemnościach Hyruf. Udurl otrzymał zaległe pieniądze, a ojciec swoją zapłatę. Natychmiast udał się do Kwiatu Lotosu, różowego burdelu, usytuowanego na samym wybrzeżu. Dał upust swoim żądzom, tracąc wszystkie zdobyte wcześniej dalery, po czym wrócił do domu i nie wychodził z niego aż do zapadnięcia zmroku. Z powodu braku pieniędzy udał się ponownie do Udurla, ale ten nie miał dla niego nowego zlecenia. W sobotę całymi godzinami szlajał się po ulicach. Wpadł tylko na chwilę do Piekielnego Łyku, a następnie skierował się do rozlewni piwa, na północnych przedmieściach miasta. Ojciec mówił coś o długu wdzięczności, ale właściciel odprawił go z kwitkiem. Na koniec dnia poszedł nad kanał Dunn, jednak nikogo tam nie zastał. W niedzielę natomiast udał się z matką do kościoła. Nie był to przejaw jego gorliwości religijnej, ale strach przed drakońskimi karami, jakimi mogłaby go obarczyć parafia, gdyby okazało się, że opuścił mszę w Domu Bożym.

Tak wyglądał ostatni tydzień Edelbera Thadura, tyrana z Fagorlot. Śledziłem go dniami i nocami, śpiąc w tym czasie tylko po kilka godzin. Demaskując jego podłe poczynania, odczuwałem przyjemność tak wielką, że aż graniczącą z podnieceniem.

Do Piekielnego Łyku można było dostać się również od strony latryn. Wystarczyło wejść po dachu niewielkiego sklepu zegarmistrzowskiego, stamtąd przejść na dwupiętrową kamienicę i uzyskać idealny widok na kloaki. Ale to rozwiązanie było zbyt niebezpieczne… Wolałem poczekać i mieć całkowitą pewność, że będzie dokładnie tak, jak to sobie obmyśliłem. Czas w tym przypadku nie odgrywał żadnej roli.

Kilka godzin później usłyszałem skrzypnięcie olbrzymich drzwi od tawerny. Pijany ojciec wytoczył się niepewnym krokiem, po czym bardzo głośno krzyknął coś niezrozumiałego. Jego towarzysze próbowali go powstrzymać, ale im się wyrwał.

– Co wy, do cholery, robicie!

Bełkotali coś, jednak zbyt cicho, bym mógł ich zrozumieć. Nie dawał za wygraną.

– Albo zamkniesz ryja, albo sam założę ci kaganiec!

Ojciec wdał się w pyskówkę z jakimś mieszkańcem Fagorlot, który przypomniał mu obowiązujące prawo ulicy. Z bezmyślnego potoku słów nie wychwyciłem choćby jednego sensownego zdania. Brzmiał jak charczący pies, któremu w gardle utknęła kość. Ponieważ nie dostał odpowiedzi, a dodatkowo zwyzywał swoich kolegów, ci postanowili go zostawić, zanim ktoś przyszedłby spuścić mu solenny łomot. Stałem schowany w ślepej uliczce i po cichu prosiłem o cud. Szeptałem słowa jedynej znanej mi modlitwy – „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” – kiedy zauważyłem, że zaczął iść w moją stronę. Ponieważ ciągle mruczał sam do siebie, wiedziałem gdzie jest. W wielkim pośpiechu chwyciłem za monetę znajdującą się w mojej kieszeni, odliczyłem do trzech i rzuciłem.

Metaliczny dźwięk odbił się głośnym echem po kamiennym bruku. Tej części planu najbardziej się obawiałem. Mógł go przecież nie usłyszeć albo nie zauważyć toczącej się przed nim monety i wtedy wszystko wzięłoby w łeb. Ale jego chciwość była dużo silniejsza od oszołomionej głowy. Nie zastanawiając się ani przez moment, ruszył w stronę srebrnego pieniążka. Kiedy próbował go podnieść, jego wielgachny brzuch podskoczył mu aż pod brodę. Wtedy lekko pociągnąłem za sznurek, do którego była przywiązana moneta. Zanim jego paluchy zdążyły ją chwycić, przysunęła się o kilkanaście cali w moją stronę. Ojciec odwrócił głowę ku ślepej uliczce, gdzie stałem, ale było zbyt ciemno, żeby mógł mnie zobaczyć. Słyszałem, jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej. Zrobiłem kilka kroków w tył.

– Jestem wysłannikiem Udurla – powiedziałem zmienionym głosem, niskim, nieco przytłumionym. – Ma dla ciebie zlecenie.

Ojciec gapił się zdezorientowany w ciemność, jakby się zastanawiał, czy przypadkiem nie doznaje omamów. Wyciągnął szyję do przodu i zmrużył oczy, ale nawet nie drgnął. Czyżby domyślał się, że to ja? Miałem wrażenie, że pot występuje z każdego możliwego miejsca na moim ciele i oblewa mnie strumieniami od stóp aż po głowę. Jeśli nabierze choć cienia podejrzeń…

Nagle jego twarz pojaśniała.

– Vargun? – zapytał radośnie. – Co robisz w tej dziurze? Wyłaź stamtąd!

Spanikowałem, ale tylko na moment. Równie dobrze mogłem być jakimś Vargunem.

– Nie dyskutuj, Edelber! – Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem strzałkę. – Udurl ma swoje powody, bym się nie pokazywał na ulicy. Podejdź tu.

– Dobrze już, dobrze. Jak zwykle woli dmuchać na zimne… W sumie to mu się nie dziwię, o-ostrzeżony lepiej u-u-uzbrojony. Cholera, tylko czkawki brakowało…

Otworzyłem flakon z wyciągiem z chwastu rzecznego. Ostrożnie zanurzyłem w nim czubek strzałki. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na pręt będący pozostałością po dawnym szyldzie sklepowym.

Wreszcie wszedł do ślepej uliczki. Zbliżyłem się do niego na tyle, by mógł mnie zobaczyć. Potrzebował chwili, zanim wreszcie pojął, że nie ma żadnego Varguna, ale że stoi przed nim syn kaleka, Mulgih, ze sparaliżowanymi ustami, nieudacznik i przyczyna wszystkich nieszczęść Thadurów.

– Miałeś rację – szepnąłem zimno. – Powinienem był to zrobić wcześniej.

– Co, do kurw…

Strzałka opuściła dmuchawkę, z cichym sykiem lądując prosto w jego gardle. Źrenice momentalnie mu się rozszerzyły, oczy wyszły z oczodołów. Nie mógł nawet zaczerpnąć tchu, dokładnie tak jak mysz Berloda. Konał w całkowitej ciszy, aż stał się tylko kupą tłustego mięsa. Nie mogłem uwierzyć, wciąż nie docierało do mnie, że leżący przede mną warchlak był moim ojcem.

Z trudem się opamiętałem, ale gdy zdałem sobie sprawę, ile jeszcze przede mną pracy, odzyskałem zdolność trzeźwego myślenia. Założyłem mu na szyję pętlę zrobioną z liny, którą wcześniej przepuściłem przez metalowe oczko starego szyldu. Naprężyłem mięśnie i powoli wciągnąłem go do góry. Z obojętnością patrzyłem, jak sinieje mu twarz. Nie był już moim ojcem, nie był nawet człowiekiem, tylko spuchniętym worem różowej skóry wypełnionym flakami, dyndającym jak gdyby nigdy nic na skrzypiącym sznurze. Nie mogłem uwierzyć, że to koniec. Że już nigdy nie zobaczę jego zakazanej mordy, że nie będzie awantur, krzyków, bicia…

Zostawiłem ponurą Berglyd za sobą. Jutro rano rozpocznie się dochodzenie. Ale ani mnie, ani żadnych innych śladów już tu nie będzie. Zapadnie szybki wyrok: samobójstwo z powodu złej pogody, warunków materialnych lub sytuacji rodzinnej. Żadnych okoliczności łagodzących. Zostanie powieszony jak zwykły morderca, a jego zbezczeszczone zwłoki kat zakopie pod szubienicą… O to mi właśnie chodziło – by nawet po śmierci ani na chwilę nie zaznał spokoju.

[1] Cyrkuł – dzielnica.

Krzyk mandragory

30 marca 1647 roku

Na Valgar Halt, skalistej wysepce oddalonej o sześć mil morskich od Hyruf, znajdował się Szpital Świętego Andrzeja. Dostać się do niego można było jedynie łajbą, ale znalezienie chętnego do przeprawy, nawet po ofiarowaniu sowitej zapłaty, graniczyło z cudem. Raz w tygodniu pływali tym szlakiem jedynie zakonnicy z domu jezuitów. Udający się tam bracia nie robili tego oczywiście z własnej woli, ale w ramach pokuty zadanej im przez przeora za ciężkie przewinienia. Wyspa od zamierzchłych czasów nie cieszyła się dobrą reputacją. Panowało przekonanie, że w Szpitalu Świętego Andrzeja dzieją się różne dziwne rzeczy, począwszy od niewytłumaczalnych samobójstw, a skończywszy na podejrzanie wyglądających zgonach czy morderstwach. Problem polegał na tym, że nigdy nie udało się wyjaśnić wszystkich okoliczności. Nawet wtedy, gdy do spraw angażowano najznamienitsze osobistości. Co więcej, niektórzy, będący podobno blisko rozwiązania zagadki, zapadali na tajemnicze dolegliwości, które pozbawiały ich głosu i paraliżowały członki. W taki oto sposób Valgar Halt zostało wyjęte spod prawa i nic nie zapowiadało, by w najbliższym czasie miało się coś w tym zakresie zmienić.

Jelavist czekał już na mnie, zdenerwowany. Przemoczony do suchej nitki dygotał w rytm rozkołysanej na falach łódki. Był koniec marca. Fatalna aura przeniosła życie towarzyskie do w większości stłoczonych i dusznych budynków. Co wieczór padał ulewny deszcz, gnany powiewami przejmującego wiatru.

Deski łajby zatrzeszczały pod moimi stopami. Usiadłem bez przywitania i jeszcze mocniej naciągnąłem na głowę kaptur. Jelavist odwiązał pospiesznie łódkę od pomostu. Północne kanały Hyruf nie cieszyły się co prawda najlepszą reputacją, ale panika w jego oczach mimo wszystko wydała mi się śmieszna.

Był cherlawym, bojaźliwym i oddanym Bogu mnichem. Ciągle szeptał pod nosem modlitwy mające uchronić go przed demonami, które obarczał winą za sprowadzenie go na drogę zła. Początkowo nie zwracałem uwagi na płaczliwe zawodzenie biednego Jelavista, ale po którymś z kolei wołaniu – „Panie, wybacz moją siermiężną głupotę” – nie wytrzymałem.

– Zamiast tracić siły na takie bzdury, zacznij mocniej wiosłować.

Po cichu liczyłem, że posłucha, lecz moje nadzieje okazały się płonne. Jelavist był najgorszym rodzajem mnicha, jakiego można było sobie tylko wyobrazić. Wystarczyło okazać mu odrobinę zainteresowania, by zaczął opowiadać o swoim okrutnym losie.

– Właśnie płynę na Valgar Halt, rozumiesz?

– Płynę przecież razem z tobą, idioto – syknąłem.

Zignorował mnie.

– Zostanę tam przez najbliższy miesiąc – jęknął. – Nie wiem, czy wytrzymam coś takiego.

Jelavist został posądzony przez proboszcza o przywłaszczenie sobie pieniędzy uzyskanych w konfesjonale podczas jednej ze spowiedzi. Doniósł na niego inny mnich, który, według relacji Jelavista, nie znosił go za piękny i czysty głos. Ponieważ mój przewodnik był przekonany o swojej niewinności, pozostawił sprawę własnemu biegowi. Kiedy okazało się, że proboszcz jednak nie dał wiary jego wersji wydarzeń i za karę będzie musiał spędzić miesiąc na Valgar Halt, całkowicie się załamał.

Mimo tego miałem dosyć jego ciągłego narzekania. Na usta cisnęły mi się jeszcze bardziej zjadliwe słowa, ale powstrzymałem się i spojrzałem w bok. Wypływaliśmy właśnie spod mostu Tagal Ard, gdzie swój bieg kończyła rzeka Tulbagann i rozpoczynało się Morze Ciszy. Jelavist coraz bardziej dyszał, nieprzyzwyczajony do tak intensywnego wysiłku fizycznego. Jego jęki wkrótce przemieniły się w uporczywe zawodzenie. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej panikował. Spojrzał na swoje obolałe dłonie.

– Ani słowa – powiedziałem, widząc, jak szykuje kolejną porcję narzekania. – Inaczej wywalę cię za burtę. Nikt nie będzie po tobie płakał.

Zająłem jego miejsce. Po mniej więcej pół godzinie energicznego wiosłowania usłyszałem szum. Obejrzałem się za siebie. Na czarnym horyzoncie odznaczały się jeszcze czarniejsze kontury linii brzegowej Valgar Halt i uderzające o nią białe, spienione fale.

Jelavist poruszył się niespokojnie. Patrzył przerażony to na zbliżającą się wyspę, to na mnie i nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.

– Powiesz mi, durniu, gdzie mam płynąć, czy sam mam się tego domyślić?!

W jego szeroko otwartych z przerażenia oczach widziałem, że wolałby uszczknąć jeszcze parę chwil pozornej wolności, zanim na dobre postawi stopę na tej skażonej ziemi. W porę jednak zrozumiał, że z mojej strony może czekać go coś znacznie gorszego.

Do jedynego piaszczystego fragmentu wysepki prowadziła wąska gardziel, znajdująca się między dwoma ogromnymi głazami. Musiałem bardzo powoli i ostrożnie manewrować łopatkami wioseł. Jeden zły ruch mógł nas kosztować roztrzaskanie się o ostre jak brzytwa krawędzie skał. Jelavist nie potrafił usiedzieć w miejscu. Dyrygował moimi poczynaniami, jakbym był jego niewolnikiem.

– Uważaj, bo zaraz nas zdmuchnie! – zawołał przejęty. – Musisz mocniej pracować prawą ręką.

Kiedy wreszcie udało mi się dobić do brzegu, odetchnął z ulgą. Zawsze uważałem, że mnisi to zakompleksione szumowiny żądne władzy, szukające w kościele jedynie uwielbienia u ogłupiałych wiernych.

Łódź przywiązałem do prowizorycznego pomostu. Dopiero teraz zauważyłem, że z ciemności wyłoniły się dwie postaci. Wyglądały jak upiory o przezroczystej skórze i martwym spojrzeniu. Asekuracyjnie sięgnąłem po sztylet schowany pod opończą. Z początku myślałem, że to uciekinierzy ze szpitala, ale mężczyźni z czaszkami wygolonymi na wzór aureoli, rozwiali moje wątpliwości. Minęli Jelavista bez słowa i spokojnym krokiem skierowali się w stronę dryfującej łajby.

– Widziałeś ich? Właśnie wrócili z wariatkowa – powiedział roztrzęsionym głosem, kiedy dwaj mnisi zdążyli już odpłynąć w stronę Hyruf. – Wyglądali na przerażonych. To były zjawy, nie ludzie!

Nagle padł przede mną na kolana, złapał mnie za nogi i załkał niczym rozwydrzony bachor.

– Błagam, nie idźmy tam!

Wyrwałem mu się jednym szybkim ruchem.

– Nie rób tego nigdy więcej, zrozumiałeś?

Nienawidziłem ludzi słabych. To pluskwy tego świata, najbardziej nieprzydatne jednostki, zdolne do równoczesnego kochania i zdradzania. Mnich, stolarz czy kupiec, to było bez znaczenia. Słabeusz zawsze pozostawał słabeuszem.

Do Szpitala Świętego Andrzeja prowadziły zaniedbane od dawna kręte, wąskie schody. Z obu stron okalały je pozbawione listowia krzaki. Suche gałęzie sprawiały, że miejsce to wydawało się jeszcze bardziej upiorne. Nagle usłyszałem dobiegający z tyłu głuchy łoskot. Odwróciłem się, a tam Jelavist, idąc do niedawna kilka kroków za mną, potknął się o swoją długą szatę i teraz próbował się z niej wygramolić. Niechętnie cofnąłem się, by mu pomóc, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, jeszcze stoczy się w przepaść i narobi dodatkowych problemów.

W końcu moim oczom ukazał się szpital. Kwadratowy, z krótkim przedsionkiem, stał na wzniesieniu jak idealnie ociosany blok skalny. Niewielkie, podłużne okna, zakratowane grubymi, żeliwnymi prętami, uniemożliwiały ucieczkę. Budynek, w którym swego czasu mieściło się więzienie o zaostrzonym rygorze, chroniły masywne dwupłatowe drzwi. Kiedyś trzymano tutaj najgroźniejszych przestępców, a teraz nieszczęśników, którzy postradali rozum.

Powietrze wypełniło się przejmującymi piskami i krzykami. Niespodziewanie w drzwiach stanął pokrzywiony mężczyzna, wyższy ode mnie co najmniej o dwie głowy. Potwornie brzydką, pokrytą twardymi wypustkami twarz oświetlało słabe światło kaganka. Miał na sobie sztywny, wykrochmalony, zwisający do kostek fartuch, którego biel silnie kontrastowała z ponurym obrazem szpitala. Rzucił mi przelotne spojrzenie, po czym zatrzymał wzrok na Jelaviście. Odwrócił się do nas plecami i przechylony, szurając stopami po posadzce, zniknął powoli w przedsionku. Dopiero teraz zauważyłem, że jedną rękę miał znacznie dłuższą od drugiej, a lewą dłoń większą od prawej. Puściłem bladego Jelavista przodem, po czym zamknąłem za sobą drzwi.

O odźwiernym Szpitala Świętego Andrzeja krążyły przerażające legendy, jak na przykład ta, że pożera niemowlaki urodzone przez wariatki. Żadna z nich nie była jednak prawdziwa. Miał na imię Arne.

*

Arne wskazał Jelavistowi korytarz. Przestraszony mnich prawie przewrócił się na myśl, że miałby się udać za podrapane paznokciami drzwi. Po ścianach pełzały mrożące krew w żyłach krzyki pacjentów. Arne był spokojny, nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia.

– Do końca prosto – zwrócił się do Jelavista nieludzkim, rzężącym głosem, aż ten się wzdrygnął. – Tam znajdziesz swoich.

Mnich rzucił mi pełne desperacji spojrzenie. Arne odetchnął mocniej, jakby chciał powiedzieć, że jeśli Jelavist nie ruszy za chwilę we wskazane miejsce, to sam go tam zaprowadzi. A ten, bardziej niż niewidzialnych zjaw, bał się kostropatego stróża, który swoim dotykiem, nie daj Boże, mógłby go jeszcze zarazić.