Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 550 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasto glin - Karin Slaughter

Pierwsza powieść Karin Slaughter nienależąca do żadnego ze znanych już czytelnikowi cykli.

Autorka przeciera nowy szlak, proponując fascynującą historię dwóch młodych policjantek próbujących powstrzymać seryjnego mordercę. Bohaterowie, fabuła oraz tempo nie mają sobie równych. Jeśli jeszcze nie czytaliście Karin Slaughter, to najlepszy moment, żeby zacząć.

Niezwykle obrazowo przedstawiona Atlanta połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku oraz policyjne środowisko, w którym króluje rasizm, homofobia i mizoginia… Interesujący protagoniści, sceneria w stylu retro oraz intrygująca fabuła sprawiają, że to jedna z jej najlepszych powieści w swoim gatunku.

Opinie o ebooku Miasto glin - Karin Slaughter

Fragment ebooka Miasto glin - Karin Slaughter

Tytuł oryginału: Cop Town

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© 2014 by Karin Slaughter

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-0350-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Billie, która wszystko zaczęła…

(To byłoby okropnie…)

LISTOPAD 1974

Prolog

Nad Peachtree Street wschodziło słońce. Promienie wdzierały się do centrum miasta i niczym brzytwa rozcinały zasłonę ciemności skrywającą dźwigi, które tylko czekały, żeby ruszyć do pracy i wznosić drapacze chmur, hotele i centra kongresowe. Parki skryły się pod pajęczyną mrozu. Ulicami snuła się mgła. Drzewa powoli rozprostowywały swoje kości. Listopadowe światło budziło do życia wilgotne, odrażające cielsko śpiącego miasta.

Słychać było jedynie odgłosy kroków. Ciężkie uderzenia policyjnych butów Jimmy’ego Lawsona odbijały się echem od okolicznych budynków. Z mężczyzny lał się pot, a nadwerężone lewe kolano w każdej chwili mogło odmówić posłuszeństwa. Bolało go dosłownie wszystko. Czuł każdy mięsień napięty niczym struna. Zaciskał zęby tak mocno, jakby chciał je zetrzeć w pył. Serce waliło mu jak młotem. Kiedy mijał Pryor Street, zbudowany z czarnego granitu Equitable Building rzucał na ulicę kwadratowy cień. Ile skrzyżowań udało mu się już pokonać? Ile jeszcze zostało?

Jimmy niósł Dona Wesleya. Przewiesił go przez ramię jak worek z mąką. Tak zwany chwyt strażacki, trudniejszy niż może się wydawać. Bolał go bark i niemal czuł, jak kręgi napierają na kość ogonową. Od przyciskania nóg Dona do klatki piersiowej drżała mu ręka. Don być może już nie żył. W każdym razie się nie ruszał. Jimmy biegł przez dzielnicę Edgewood szybciej, niż zwykł biegać z piłką po boisku, i czuł tylko, jak głowa Dona uderza o jego plecy. Nie wiedział, czy to, co spływało mu po nogach i wlewało się do butów, to jego własny pot czy krew kolegi.

Don nie miał szans, żeby się z tego wylizać. Nie po czymś takim.

Wszystko stało się nagle. Jimmy zobaczył, jak zza muru z pustaków wysuwa się ręka z pistoletem. U wylotu lufy sterczał ostry ząbek celownika. To był Raven MP-25. Sześciostrzałowy półautomat z wyjmowanym magazynkiem i zamkiem swobodnym. Po prostu zwykła tania spluwa. W niebezpiecznych dzielnicach można kupić coś takiego za dwadzieścia pięć dolarów.

Tyle właśnie kosztowało życie Dona. Dwadzieścia pięć dolców.

Kiedy Jimmy przebiegał obok First Atlanta Bank, zachwiał się i lewym kolanem prawie dotknął asfaltu. Przed upadkiem uchroniły go tylko adrenalina i strach. W jego głowie co chwilę wybuchały kolorowe fajerwerki wspomnień: rękaw czerwonej koszuli marszczący się wokół żółtozłotego zegarka, dłoń w czarnej rękawiczce ściskająca rękojeść z imitacji masy perłowej. W blasku wschodzącego słońca czarny metal wydawał się jaśnieć niebieskawym światłem. Choć to teoretycznie niemożliwe, broń jakby się żarzyła.

I wtedy palec nacisnął spust.

Jimmy wiedział, jak działa ten model, i zorientował się, że pistolet jest odbezpieczony, a magazynek załadowany. Po zwolnieniu spustu sprężyna poruszyła iglicę. Iglica uderzyła w spłonkę. Spłonka zainicjowała wybuch. Pocisk wyleciał z komory, a łuska wyskoczyła przez okno wyrzutowe.

Głowa Dona eksplodowała.

Jimmy nie musiał sobie tego przypominać. Obraz odcisnął się na jego rogówce i wystarczyło tylko mrugnąć, żeby powrócił. Przez moment Jimmy wpatrywał się w Dona, a potem na chwilę przeniósł wzrok na pistolet. Nagle część twarzy kumpla całkowicie się zmieniła. Wyglądała teraz jak zgniły owoc.

Klik, klik.

Pistolet się zaciął. Gdyby nie to, Jimmy nie biegłby ulicą, lecz leżał obok Dona z twarzą na chodniku, a wokół nich walałyby się zużyte prezerwatywy, niedopałki i brudne igły.

Gilmer Street. Courtland. Piedmont. Jeszcze tylko trzy przecznice. Kolano powinno wytrzymać.

Wcześniej nikt nigdy do Jimmy’ego nie strzelał. To było jak wybuch supernowej – nagle miliony punkcików rozjaśniły ciemną uliczkę. Zaczęło mu dzwonić w uszach, a oczy zapiekły od unoszącego się w powietrzu kordytu. Jednocześnie poczuł krople ciepłej wody, ale niestety wiedział, że to, co znalazło się na jego klatce piersiowej, szyi i twarzy, to wcale nie woda, lecz krew, kości i kawałki ciała. Poczuł dziwny smak w ustach i coś twardego między zębami. Krew Dona Wesleya. Jego kość. Jimmy’emu zrobiło się ciemno przed oczami.

Kiedy był dzieckiem, matka kazała mu zabierać siostrę na basen. Maggie była wtedy naprawdę malutka. Jej wystające z kostiumu kąpielowego blade i chude kończyny kojarzyły mu się z odnóżami modliszki. Podczas zabawy w wodzie pokazywał jej złączone dłonie i mówił, że złapał robaka. Co prawda była dziewczynką, ale uwielbiała patrzeć na robaki. Podpływała do niego, a on zaciskał mocno ręce i strumień wody opryskiwał jej twarz. Darła się wtedy wniebogłosy, czasami nawet płakała. Mimo to za każdym razem, gdy szli na basen, robił tak samo. Wmawiał sobie, że nie ma w tym nic złego, ponieważ to siostra dawała się w kółko nabierać na ten sam dowcip. To nie on był okrutny, tylko ona głupia.

Gdzie teraz jest? Miał nadzieję, że leży w łóżku i smacznie śpi. Jego siostra wykonywała ten sam co on niebezpieczny zawód. Niewykluczone więc, że pewnego dnia będzie taszczył przez miasto jej bezwładne ciało, z trudem biorąc zakręty, niemal szorując kolanami po asfalcie i słysząc trzaskanie zerwanych więzadeł.

Zobaczył przed sobą podświetlony znak: czerwony krzyż na białym tle.

Szpital Grady’ego.

Zbierało mu się na płacz. Miał ochotę położyć się na ziemi. Ciało Dona wydawało się coraz cięższe. Pokonanie ostatnich dwudziestu metrów było najtrudniejszym zadaniem w jego życiu.

Pod znakiem stała grupka czarnoskórych mężczyzn. Mieli na sobie ubrania w jaskrawych kolorach, głównie fiolety i zielenie. Obcisłe spodnie rozszerzały się poniżej kolan i opadały na buty z lakierowanej skóry. Gęste bokobrody. Cieniutkie wąsiki. Złote sygnety na palcach. Kilka metrów dalej stały ich cadillaki. To sutenerzy. O tej porze zawsze kręcili się przed wejściem do szpitala. Palili cienkie cygara i obserwowali wschód słońca, czekając, aż lekarze doprowadzą ich dziewczyny do porządku jeszcze przed porannym szczytem.

Żaden nie pomógł dwóm zbliżającym się do drzwi zakrwawionym policjantom. Tylko się na nich gapili, międląc w palcach tlące się cygaretki.

Jimmy oparł się o szklane drzwi. Ktoś zapomniał je zabezpieczyć i pod wpływem ciężaru nagle się otworzyły. Kolano wygięło się pod dziwnym kątem i Jimmy stracił równowagę. Wpadł z impetem do poczekalni i zwalił się na podłogę. Ten dziwny manewr wyglądał trochę jak nieudana próba przechwycenia piłki. Biodro Dona wbijało mu się w klatkę piersiową i Jimmy czuł, jak żebra dosłownie zacisnęły mu się na sercu.

Podniósł głowę. Wpatrywało się w niego przynajmniej pięćdziesiąt par oczu. Nikt się nie odezwał. Gdzieś daleko w części zabiegowej zaczął dzwonić telefon. Dźwięk odbijał się echem w zamkniętym pomieszczeniu.

Szpital Grady’ego. Minęło już ponad dziesięć lat od sukcesu Martina Luthera Kinga i ruchu praw obywatelskich, ale tutaj nic się nie zmieniło. Poczekalnia nadal była podzielona na dwie części: biali po jednej stronie, kolorowi po drugiej. Tak jak sutenerzy przed wejściem, również tutaj wszyscy gapili się na Jimmy’ego. I na Dona Wesleya. I na płynącą obok nich rzekę krwi.

Jimmy cały czas leżał na Donie. Wyglądało to nieco lubieżnie, jeden gliniarz uwalony na drugim. Jimmy delikatnie położył rękę na twarzy kolegi. Nie na odstrzelonej części, tylko na tej, która ciągle przypominała twarz.

– Wszystko w porządku – powiedział, chociaż doskonale wiedział, że to nieprawda. Nic nie było w porządku. – Będzie dobrze.

Don kaszlnął.

W tym momencie Jimmy poczuł skurcz żołądka. Był pewien, że chłopak nie żyje.

– Wezwijcie pomoc – chciał krzyknąć w kierunku tłumu, ale z jego gardła wydobył się jedynie szept. Brzmiał jak błagająca o ratunek dziewczynka. – Niech ktoś wezwie pomoc.

Don jęknął. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Język zawisł mu między zębami a pogruchotaną kością.

– W porządku. – Jimmy wykrzesał z siebie jedynie coś w rodzaju stłumionego świstu. Podniósł głowę. Oczekujący uciekali przed jego spojrzeniem. Nigdzie nie było pielęgniarek ani lekarzy. Nikogo, kto miałby zamiar im pomóc. Nikt nie odbierał też tego cholernego telefonu.

Don znowu jęknął. Język wysunął mu się za szczękę.

– W porządku – powtórzył Jimmy. Z oczu popłynęły łzy. Było mu niedobrze i miał zawroty głowy. – Wszystko się jakoś ułoży.

Don wziął głęboki oddech, jakby coś go nagle zdziwiło. Przez kilka sekund trzymał powietrze w płucach, aż wreszcie wydobył z siebie niski złowrogi pomruk. Jimmy poczuł, jak dźwięk wibruje w jego klatce piersiowej. Don miał kwaśny oddech – zapach ulatującej z ciała duszy. Jego skóra zrobiła się mlecznobiała, a wargi ziemistosine. W matowej zieleni tęczówek widać było odbijające się białe paski lamp fluorescencyjnych.

Jimmy poczuł, jak ogarnia go czarna rozpacz. Najpierw złapała za gardło, a następnie wyciągnęła swoje lodowato zimne palce w kierunku klatki piersiowej. Otworzył usta, żeby zaczerpnąć powietrza, ale zaraz je zamknął ze strachu, że może przez nie wpaść duch Dona.

Telefon nie przestawał dzwonić.

– Cholera – powiedziała chrypiącym głosem stara kobieta. – Teraz to już na pewno nie zajmie się mną żaden lekarz.

DZIEŃ PIERWSZY poniedziałek

1

Kiedy rozległ się dzwonek, Maggie Lawson była na piętrze w swojej sypialni. Spojrzała na zegarek. Telefon tak wcześnie rano nie zwiastował niczego dobrego. Dźwięki z parteru odbijały się echem na schodach: słuchawka podnoszona z widełek, cichy szept matki, kabel uderzający o podłogę, gdy zaczęła spacerować po pomieszczeniu.

Na poprzecieranym linoleum widać było jaśniejsze pasy wytyczające trasę niezliczonych wędrówek Delii Lawson, która przemierzając kuchnię, słuchała złych wiadomości.

Tym razem rozmowa była krótka. Delia odłożyła słuchawkę. Głośny trzask wypełnił cały dom aż po belki stropowe. Maggie znała tutaj każdy odgłos. Przez całe życie studiowała nastroje tego starego domostwa. Nawet ze swojego pokoju była w stanie śledzić wszystko, co dzieje się w kuchni: otwieranie i zamykanie lodówki, trzaskanie szafkami, rozbijanie jajek do miseczki, zgrzyt zapalniczki jednorazowej, gdy matka podpalała kolejnego papierosa.

Maggie wiedziała, co się teraz stanie. Od kiedy pamiętała, Delia zawsze umiejętnie wykorzystywała złe wiadomości przeciwko niej. Jest mistrzynią w tej grze. Na razie będzie milczeć, ale po jakimś czasie, może jutro, a może za tydzień, gdy wybuchnie kolejna kłótnia i Maggie otworzy usta, żeby coś powiedzieć, Delia wyłoży karty na stół: w pracy obcięli jej liczbę godzin, nie zapłaciła w terminie rachunku za prąd, w samochodzie trzeba wymienić skrzynię biegów, a Maggie tylko pogarsza sytuację, odpowiadając jej niegrzecznie, i czy na miłość boską mogłaby wreszcie dać jej spokój? Pozamiatane. Wygrywa rozdający.

Maggie złożyła deskę do prasowania i ostrożnie obeszła stosy świeżo upranych ubrań. Wstała o piątej rano, żeby zająć się prasowaniem rzeczy dla całej rodziny. Była Syzyfem w szlafroku. W tym domu każdy miał jakiś mundur – Lilly chodziła do szkoły w spódnicy w zielono-niebieską kratę i żółtej bluzce zapinanej na guziki, Jimmy i Maggie, funkcjonariusze wydziału policji w Atlancie, nosili granatowe spodnie i koszule z długim rękawem, a Delia pracowała w jadłodajni w zielonym fartuchu z poliestru. Po powrocie do domu wszyscy się przebierali i tym sposobem codziennie trzeba było uprać i wyprasować nie cztery, ale osiem kompletów ubrań.

Maggie narzekała tylko wtedy, gdy nikt jej nie słyszał.

Z pokoju Lilly zaczął dobiegać charakterystyczny dźwięk igły gramofonowej sunącej po winylowej płycie. Maggie zacisnęła zęby. Tapestry Carole King. Lilly słucha tego niemal non stop. Jeszcze nie tak dawno temu Maggie codziennie rano pomagała jej ubierać się do szkoły, a wieczorem razem przeglądały kolejne numery „Panny Młodej” i wycinały zdjęcia przedstawiające ich wymarzony ślub. To było zanim Lilly skończyła trzynaście lat i, jak w piosence Carole King, stała się „wieczną wizją w nieustannie zmieniających się kolorach”.

Czekała, aż Jimmy zacznie walić w ścianę i krzyczeć, żeby wyłączyła to gówno, ale przypomniała sobie, że brat wziął nocną zmianę. Wyjrzała przez okno. Na podjeździe nie było jego samochodu. Co dziwne, brakowało też furgonetki sąsiada. Być może on również pracował w nocy. Skarciła się w myślach za snucie domysłów. Nie powinno jej obchodzić, czym zajmuje się sąsiad.

W zasadzie wszystko jedno, kiedy zejdzie na śniadanie, więc postanowiła zrobić to właśnie teraz. Idąc po schodach, wyjęła z włosów piankowe wałki i zatrzymała się równo w połowie drogi. Płyta przestała grać. W kuchni też było cicho. Chwila błogiego spokoju. Jeśli miała szczęście, to czasem udawało się jej stać na schodach w kompletnej ciszy nawet przez minutę. To był jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogła być naprawdę sama.

Wzięła głęboki wdech, powoli wypuściła powietrze i ruszyła w dół.

Ten wiktoriański dom był kiedyś okazałą rezydencją, ale dziś nie zachowały się żadne ślady jego minionej świetności. Brakowało fragmentów zewnętrznego odeskowania, z dachu zwisały niczym nietoperze kawałki zgniłego drewna, okna trzeszczały przy nawet najdelikatniejszym powiewie wiatru, po większym deszczu w piwnicy płynął strumień wody, a wokół każdego kontaktu wyraźnie odznaczał się czarny tatuaż będący wynikiem częstych awarii i niechlujnych napraw elektrycznych.

Chociaż była zima, w kuchni panowała wilgoć. Niezależnie od pory roku w powietrzu unosił się zapach smażonego bekonu i papierosów. Źródło tego zapachu stało teraz przy kuchence i parzyło kawę. Kiedy Maggie myślała o swojej matce, zawsze wyobrażała sobie tę kuchnię – sprzęt AGD w kolorze wyblakłego awokado, popękane żółte linoleum na podłodze, wypalone dziury w blatach z laminatu tam, gdzie ojciec kładł tlące się jeszcze papierosy.

Jak zwykle Delia wstała wcześniej niż Maggie. Nikt nie wiedział, czym tak naprawdę zajmuje się o tej porze. Najprawdopodobniej przeklina Boga, że obudziła się w tym samym domu z tymi samymi problemami. Panowała niepisana zasada, że nie należy schodzić do kuchni, zanim nie usłyszy się odgłosu ubijania jajek. Delia zawsze przygotowywała obfite śniadania, co było pozostałością po dzieciństwie spędzonym w czasach wielkiego kryzysu, kiedy śniadanie bywało jedynym posiłkiem w ciągu całego dnia.

– Lilly już wstała? – Delia nie odwróciła się, ale i tak wiedziała, że Maggie stoi za jej plecami.

– Przed chwilą. Mogę ci jakoś pomóc? – To samo pytanie zadawała każdego ranka.

– Nie. – Delia przewróciła bekon na drugą stronę. – Podjazd sąsiada jest pusty.

Maggie wyjrzała przez okno, udając, że nie ma pojęcia o braku furgonetki Lee Granta.

– Brakuje nam tylko tego, żeby o każdej porze dnia i nocy zaczęły się tam kręcić dziewczyny. Znowu.

Maggie oparła się o blat. Delia wyglądała na zmęczoną. Nawet jej posklejane ciemne włosy wymykały się spod upięcia. Cała rodzina brała nadgodziny, żeby zapłacić za prywatną szkołę Lilly. Nie chcieli, żeby jeździła przez całe miasto autobusem i uczyła się w niebezpiecznej dzielnicy. Oznaczało to, że jeszcze przez cztery lata muszą pokrywać koszt czesnego, podręczników i mundurków. Maggie miała wątpliwości, czy matka tak długo pożyje.

W dzieciństwie Delia na własne oczy widziała, jak ojciec strzelił sobie w głowę, gdy zbankrutował rodzinny interes. Jej matka zaharowała się na śmierć, pracując na farmie. Dwaj bracia zmarli na Heinego-Medina. Kiedy wychodziła za mąż za Hanka Lawsona, wydawało się, że wygrała los na loterii. Hank nosił garnitur, miał dobrą pracę i ładny samochód, ale potem pojechał walczyć na Okinawę, gdzie nabawił się nerwicy frontowej i po powrocie do domu został stałym pacjentem szpitali psychiatrycznych.

Maggie nie znała go zbyt dobrze, ale wiedziała, że między kolejnymi pobytami w wariatkowie starał się prowadzić normalne życie. Gdy się urodziła, postawił w ogródku za domem huśtawkę. Kiedyś kupił na wyprzedaży w sklepie żelaznym szarą farbę i przez trzydzieści sześć godzin bez przerwy malował na kolor lotniskowca pokoje w całym domu. W weekendy kosił trawę tak długo, aż wypił sześciopak piwa Schlitz, a gdy opróżnił ostatnią butelkę, zostawiał kosiarkę tam, gdzie skończył, i wracał do domu. Pewnego razu, zimą, gdy Maggie była chora na zapalenie gardła, przyniósł jej śnieg w plastikowym pojemniku, żeby mogła się nim pobawić w łazience.

– Maggie, na miłość boską! – Delia uderzyła widelcem w patelnię. – Nie możesz sobie znaleźć jakiegoś zajęcia?

Maggie wyjęła z szafki talerze i sztućce. Zaniosła je do jadalni. Lilly siedziała już przy stole pochylona nad podręcznikiem. Maggie nie mogła w to uwierzyć. Miała wrażenie, że przez ostatni rok nie była świadkiem procesu dojrzewania trzynastoletniej dziewczynki, lecz raczej brała udział w zdjęciach próbnych do Egzorcysty.

Mimo to wciąż miała słabość do młodszej siostry.

– Dobrze spałaś?

– Kapitalnie.

Maggie postawiła talerz i zaczepnie trąciła Lilly nogą.

– Czego się uczysz? – Lilly milczała, więc Maggie jeszcze raz ją trąciła, a potem zaczęła śpiewać początek I feel the earth move, podkreślając każdą pauzę kolejnym szturchnięciem.

– Przestań. – Lilly pochyliła się tak nisko, że jej nos niemal dotknął książki.

Maggie wróciła do nakrywania stołu. Po chwili rzuciła okiem na siostrę, która niezmiennie wpatrywała się w to samo miejsce u dołu strony.

– Spójrz na mnie.

– Uczę się.

– Spójrz na mnie.

– Mam klasówkę.

– Wiem, że znowu używałaś moich kosmetyków do makijażu.

Lilly podniosła głowę. Oczy miała wymalowane jak Kleopatra.

– Dziecinko, jesteś śliczna. Nie musisz się tak pacykować – powiedziała Maggie ściszonym głosem.

Lilly przewróciła oczami.

Maggie nie dała jednak za wygraną.

– Ty chyba nie wiesz, co myślą chłopcy o wymalowanych dziewczynach w twoim wieku.

– Dobrze, że ty wiesz.

Maggie położyła rękę na stole i zaczęła się zastanawiać, od kiedy jej uroczej siostrzyczce tak bardzo wyostrzył się język.

Otworzyły się drzwi i do jadalni wkroczyła Delia z półmiskami, na których leżały naleśniki, jajecznica, bekon i bułeczki.

– Masz dwie sekundy, żeby zmyć z siebie to świństwo. Potem biorę pas.

Lilly wybiegła z pokoju jak wystrzelona z procy. Delia z hukiem postawiła półmiski na stole.

– Czego ty ją uczysz?

– Dlaczego ja…

– Nie pyskuj. – Delia wyjęła z kieszeni fartucha paczkę papierosów. – Margaret, masz dwadzieścia dwa lata, a mnie się wydaje, że mieszkam pod jednym dachem z dwiema nastolatkami.

– Dwadzieścia trzy – wydusiła Maggie.

Delia zapaliła papierosa i z sykiem wypuściła dym.

– Dwadzieścia trzy – powtórzyła. – W tym wieku miałam już męża i dwójkę dzieci.

Maggie powstrzymała się przed pytaniem, jak się to skończyło.

Delia zdjęła z języka drobinę tytoniu.

– Te feministyczne gadki są dobre dla bogatych dziewczyn. Ty, moja droga, masz jedynie twarz i figurę. Szybko je stracisz i dlatego musisz się pośpieszyć.

Maggie zacisnęła usta. Wyobraziła sobie skrzynię stojącą na tyłach jakiegoś magazynu, w której schowane są utracone twarze i ciała trzydziestoletnich kobiet.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Mamo – powiedziała Maggie, starając się panować nad głosem. – Lubię swoją pracę.

– Na pewno fajnie jest robić, co się chce. – Delia zaciągnęła się głęboko i przez dłuższą chwilę trzymała dym w płucach. Spojrzała na sufit i pokręciła głową.

Maggie tknęło przeczucie, że atak nastąpi jednak wcześniej, niż się spodziewała. Matka najwyraźniej tasowała karty i za chwilę na stole wyląduje as złej wiadomości: dlaczego marnujesz swoje życie? Idź do szkoły dla pielęgniarek. Możesz pracować dorywczo w normalnej firmie i poznać faceta, który nie będzie myślał, że jesteś dziwką.

Zamiast tego Delia oznajmiła:

– Dziś rano zabili Dona Wesleya.

Magie przycisnęła rękę do piersi. Poczuła, jakby miała pod palcami trzepoczącego się kolibra.

– Strzał w głowę. Zmarł dwie sekundy po tym, jak trafił do szpitala.

– A Jimmy?

– Myślisz, że opowiadałbym ci o Donie, gdyby coś się stało Jimmy’emu?

Maggie próbowała wziąć głęboki oddech, ale zakrztusiła się i musiała odkaszlnąć. Jadalnia wypełniona była dymem papierosowym i zapachami z kuchni. Marzyła o tym, by wpuścić trochę świeżego powietrza, ale ojciec pomalował okna tak, że zaschnięta farba uniemożliwiała ich otwarcie.

– Jak to…? – Maggie miała problem z wysłowieniem się. – Jak to się stało?

– Jestem tylko matką. Myślisz, że powiedzieli mi coś więcej?

– Oni. – Maggie wiedziała, że chodzi o wuja Terry’ego i jego kumpli. Przy nich Delia sprawiała wrażenie wygadanej. Był jednak łatwy sposób, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Maggie podeszła do półki, żeby włączyć radio.

– Nie rób tego. W wiadomościach nie powiedzą więcej, niż już wiemy.

– A niby co wiemy?

– Daj spokój. – Delia strzepnęła popiół do wnętrza dłoni. – Jimmy’emu nic nie grozi i to jest najważniejsze. Bądź dla niego miła, jak wróci do domu.

– Jasne, ja tylko…

Na podjeździe ktoś tak mocno trzasnął drzwiczkami samochodu, że zatrzęsły się szyby w oknach. Maggie wstrzymała oddech. Miała nadzieję, że to sąsiad wrócił z pracy, ale niestety usłyszała zbliżające się kroki – najpierw pod wiatą na zewnątrz, a potem na schodach. Otworzyły się drzwi.

Wiedziała, że to wuj Terry, zanim go jeszcze zobaczyła. Nigdy nie zamykał za sobą drzwi kuchennych, ponieważ jego zdaniem nie było to prawdziwe pomieszczenie, lecz jedna z tych rzeczy, których potrzebują kobiety, a o których mężczyźni woleliby nic nie wiedzieć, jak na przykład podpaski albo romanse.

Chociaż dzień dopiero się zaczął, Terry Lawson śmierdział alkoholem. Maggie czuła to wyraźnie, mimo że byli po przeciwnych stronach pokoju. Terry stał w progu jadalni, kołysząc się na boki. Miał na sobie mundur sierżanta policji. Przez rozpięte niechlujnie guziki widać było biały podkoszulek. Zza kołnierzyka wystawały kępki włosów. Wyglądał, jakby spał w samochodzie z butelką jacka daniel’sa między nogami. I pewnie właśnie tak było, gdy usłyszał w swoim nadajniku o śmierci Dona Wesleya.

– Siadaj. Ledwo się trzymasz na nogach – powiedziała Delia.

Terry potarł brodę, wciąż wpatrując się w bratową i bratanicę.

– Jimmy jest już w drodze. Zajmują się nim Mack i Bud.

– Dobrze się czuje? – zapytała Maggie.

– Jasne, że tak. Nie histeryzuj.

Maggie miała jednak ochotę zrobić mu na złość i pohisteryzować.

– Powinieneś do mnie zadzwonić.

– Po co?

To pytanie wprawiło ją w osłupienie. Pomijając, że Jimmy był jej bratem, a Don Wesley jego przyjacielem, ona również pracowała w policji. Kiedy jakiś gliniarz lądował w szpitalu, należało go odwiedzić, oddać krew, czekać na wiadomości, pocieszyć rodzinę. To wszystko było częścią jej pracy.

– Powinnam tam być.

– Po co? – powtórzył. – Kawę przynosiły nam pielęgniarki. Tylko byś przeszkadzała. – Skinął głową w kierunku Delii. – Tak w ogóle to chętnie napiłbym się kawy.

Delia wróciła do kuchni.

Maggie usiadła przy stole. Z nadmiaru emocji zakręciło jej się w głowie. Była wściekła, że wszystko musi z Terry’ego wyciągać siłą.

– Jak to się stało?

– Tak jak zawsze. – Terry także postanowił usiąść. – Zabił go jakiś czarnuch.

– To znowu Strzelec?

– Strzelec – burknął lekceważąco. – Przestań opowiadać bzdury.

– Wujek Terry! – Do pokoju wbiegła Lilly. Rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek. Przy Terrym zawsze zachowywała się, jakby miała kilka lat mniej.

– Jimmy jest cały i zdrowy, ale dziś rano zamordowano Dona Wesleya – poinformowała Maggie siostrę.

Terry poklepał Lilly po ramieniu i spojrzał surowo na Maggie.

– Nie martw się. Razem z chłopakami dorwiemy skurczybyka.

– Wcale się nie martwimy – powiedziała Delia i stawiając przed Terrym kubek kawy, podała mu gazetę. – U Cala i innych wszystko w porządku?

– Jasne, że tak. Mają się świetnie. – Terry otworzył gazetę. Dzisiejszy numer „The Atlanta Constitution” na pewno został oddany do druku, zanim jeszcze zamordowano Dona Wesleya. Artykuł na pierwszej stronie informował o zmianach strukturalnych, które nowy czarnoskóry burmistrz miał zamiar wprowadzić w ratuszu.

– Don jest w takim razie piątą ofiarą – stwierdziła Maggie.

– Nie dręcz wujka – powiedziała Delia i znowu wyszła do kuchni.

Maggie udała, że nie usłyszała ostrzeżenia.

– To na pewno Strzelec.

Terry pokręcił głową.

– Urządzono na nich zasadzkę. To musi być…

– Jedz śniadanie – przerwał jej w pół zdania. – Jeśli chcesz, żebym cię podwiózł do pracy, musisz być niedługo gotowa. Nie będę na ciebie czekał.

Lilly cały czas jednym ramieniem obejmowała Terry’ego. W pewnym momencie zapytała cichutkim głosikiem:

– Wszystko będzie dobrze, wujku Terry?

– To miasto glin, kochanie. W żadnym zoo nie rządzą przecież małpy. – Poklepał ją po pupie. – No, zjedz śniadanie.

Lilly nigdy nie kłóciła się z Terrym. Usiadła na krześle i zaczęła skubać jedzenie.

Terry przewracał z głośnym szelestem kolejne strony gazety. Maggie widziała tylko czubek jego głowy. Miał fryzurę na jeża i robiły mu się zakola. Powinien nosić okulary. Marszczył czoło i mrużył oczy, starając się przeczytać wyniki meczów.

W kuchni rozległ się głośny szum starego radia tranzystorowego. Z małego głośnika popłynął głos spikera: „Według ostatnich doniesień zamordowano kolejnego policjanta na służbie…”. Widocznie Delia musiała ściszyć odbiornik, ponieważ głos nagle zamilkł.

Maggie zdawała sobie sprawę, że w jednej kwestii jej matka miała rację – z radia mogły się dowiedzieć najwyżej tego, co już same wiedziały. W ciągu ostatnich trzech miesięcy zginęło czterech policjantów patrolujących miasto. Zostali zastrzeleni wcześnie rano w centrum Atlanty w okolicach Five Points. Ginęli parami – nikt nie chodził przecież na patrole w pojedynkę. Pierwszą dwójkę zamordowano w zaułku. Zabójca kazał im klęknąć, a potem strzelił każdemu w głowę. Ciała dwóch pozostałych znaleziono w motelu Portman obok wejścia dla personelu. Wszystko wydarzyło się według tego samego scenariusza. Policja nie miała żadnego tropu. Nie było świadków. Nie znaleziono odcisków palców ani łusek. Zero podejrzanych.

Na komisariacie zaczęto nazywać zabójcę Strzelcem z Atlanty.

– Nastawiłam jeszcze jeden dzbanek kawy. – Delia usiadła za stołem naprzeciwko Terry’ego. Rzadko zajmowała to miejsce. – Terrance, powiedz mi, co się tak naprawdę wydarzyło.

Terrance – słowo przez dłuższą chwilę wisiało w powietrzu, razem z dymem papierosowym i tłuszczem z bekonu.

Terry nie potrafił ukryć niechęci. Głośno westchnął i zaczął metodycznie składać gazetę. Położył ją przed sobą, a potem przysunął do krawędzi stołu. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, wykonał dłonią gest pistoletu i przystawił go sobie do skroni. Zaległa kompletna cisza. Pociągnął za spust.

– Jezus Maria – wyszeptała Lilly.

Tym razem nikt jej nie zrugał za nieodpowiednie słownictwo.

– Jimmy nie mógł nic zrobić – oznajmił Terry. – Wziął Dona na plecy i przebiegł z nim dwadzieścia przecznic. Dotarł do szpitala, ale było już za późno.

Maggie pomyślała o chorym kolanie brata.

– Jimmy nie był…

– Wszystko z nim w porządku. On naprawdę nie potrzebuje babskiego rozczulania się – powiedział Terry takim tonem, jakby robił im przysługę, i znowu zajął się gazetą.

Tak naprawdę wcale nie odpowiedział na pytanie Delii. Zbył ją ogólnikami, mówiąc mniej więcej to samo, co można usłyszeć w radiu. Doskonale wiedział, co robi. W młodości służył w piechocie morskiej w jednostce specjalizującej się w wojnie psychologicznej i bez skrępowania korzystał ze zdobytych wtedy umiejętności.

Delia, zamiast wrócić do kuchni, sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła paczkę koolsów. Kiedy zapalała papierosa, wyraźnie trzęsły jej się ręce. Zaciągnęła się i widać to ją uspokoiło. Wypuściła dym nosem. Każda zmarszczka na jej twarzy została wyżłobiona przez nałóg – przypominające krepinę pajęczynki wokół ust, obwisły podbródek, głęboka bruzda między brwiami. Nawet jej włosy miały kolor dymu papierosowego. Skończyła dopiero czterdzieści pięć lat, ale wygląda na sześćdziesiąt, a dziś sprawiała wrażenie, jakby miała ze dwa razy tyle i zaraz miała trafić do grobu. Jak Don Wesley.

Maggie uważała go za mruka. Wrócił niedawno z Wietnamu i nie był w stanie wykonywać żadnej pracy, w której nie nosi się broni. Jego rodzina pochodziła z Dolnej Alabamy. Wynajmował mieszkanie na Piedmont Avenue, jeździł bordowym chevroletem chevelle i miał dziewczynę Indiankę. Była hippiską, lubiła opowiadać o równości i braterstwie i nie narzekała, gdy Don ją bił, ponieważ – jak twierdził – naoglądał się w dżungli strasznego gówna.

Teraz nie miało to już jednak żadnego znaczenia. Don był martwy.

Terry odstawił z hukiem kubek na stół, plamiąc biały obrus kawą.

– Mogę się poczęstować?

Delia wstała i zaczęła nakładać jedzenie, choć wiedziała, że z samego rana Terry ma zazwyczaj zbyt dużego kaca, żeby cokolwiek przełknąć.

Postawiła przed nim talerz.

– Terry, proszę cię, powiedz mi, co się stało. To mój syn. Muszę wiedzieć. – W jej głosie wyraźnie było słychać błaganie.

Terry zerknął na Maggie, a potem spojrzał wymownie na w połowie pusty kubek.

Maggie głośno westchnęła i poszła do kuchni po kawę. Gdy wyszła, Terry zaczął opowiadać.

– To było pod sam koniec zmiany. Nie działo się nic szczególnego. Nagle dostali zgłoszenie czterdzieści cztery na Whitehall Street w okolicach Five Points. Czyli napad. – Poczuł na sobie zniecierpliwiony wzrok Maggie, która właśnie wróciła do jadalni. Przecież już od pięciu lat patrolowała ulice. – Jadą tam i sprawdzają, co się stało. Główne drzwi i wejście dla personelu są zamknięte. Odwołują alarm przez krótkofalówkę. I nagle… – Wzruszył ramionami. – Zza rogu wychodzi facet, strzela Donowi w głowę i znika. Resztę tej historii już znacie. Jimmy zrobił, co mógł, ale okazało się, że to za mało.

– Biedny Jimmy – wymamrotała Lilly.

– Nie ma powodów, żeby się rozczulać – rzucił Terry. – Jimmy Lawson potrafi o siebie zadbać. Zrozumiano?

Lilly kiwnęła głową.

– Zapamiętajcie moje słowa! – Terry zaczął stukać palcem w gazetę. – To proste jak konstrukcja cepa. Mamy do czynienia z wojną ras. Nie przeczytacie o niej w prasie ani nie usłyszycie w wiadomościach. Mówiłem o tym już dziesięć lat temu. Wystarczy dać im trochę władzy i zaczynają kąsać jak wściekłe psy. Musimy pokazać, gdzie jest ich miejsce.

Maggie oparła się o framugę. Z trudem powstrzymywała się przed okazaniem zniecierpliwienia. Słyszała to przemówienie tyle razy, że była w stanie wyrecytować je z pamięci. Terry nienawidził wszystkich – zarówno mniejszości sprawującej teraz władzę w mieście, jak i zdrajców, którzy do tego dopuścili. Razem ze swoimi kumplami najchętniej wykopałby głęboki dół sięgający aż do Chin i wrzucił do niego tych, których darzył nienawiścią.

– Kto zgłosił napad? – Nawet Maggie zaskoczyło pytanie, które przecież wydobyło się z jej ust. To było naprawdę dobre pytanie. – Kto zadzwonił na komisariat? – powtórzyła.

Terry wziął do ręki gazetę i zaczął ją starannie składać.

Delia wstała od stołu. Idąc do kuchni, dotknęła ramienia starszej córki. Lilly gapiła się w tężejącą jajecznicę. Maggie usiadła na krześle zwolnionym przez matkę. Nalała sobie trochę kawy, ale czuła, że nie będzie w stanie jej wypić. Jimmy i Don pojechali na Five Points, ponieważ zgłoszono napad. To centrum Atlanty stanowiące punkt odniesienia dla miejskiego systemu nadawania adresów. Jeszcze przed wojną secesyjną mieściły się tu pierwsze wodociągi i dzielnica czerwonych latarni. Five Points leżało u zbiegu pięciu ulic: Peachtree, Whitehall, Decatur, Marietta i Edgewood. W okolicy znajdował się uniwersytet stanowy oraz biuro opieki społecznej, pod którym codziennie ustawiała się długa kolejka kobiet czekających na odbiór kuponów uprawniających do wypłaty zasiłku. Wiele z nich wracało tu nocą, gdy gasły światła w drapaczach chmur, a ulicami spacerowali mężczyźni gotowi zapłacić za damskie towarzystwo.

Maggie domyślała się, w jaki sposób policja zareaguje na zabójstwo Dona. Całe miasto padnie ofiarą represji. Każdej nocy więzienie będzie pękało w szwach. Klienci ze strachu przestaną korzystać z usług prostytutek, a to źle wpłynie na interesy alfonsów. Normalnie wszyscy chełpią się, że w ogóle nie rozmawiają z glinami, ale kiedy przyjdzie co do czego, donosiciele ustawiają się przed komisariatem w kolejce.

W każdym razie tak to zwykle wygląda. W wypadku Strzelca było jednak nieco inaczej. Na początku zmobilizowane siły policyjne paraliżowały miasto, ale po pewnym czasie zapał funkcjonariuszy wyraźnie osłabł, donosiciele przychodzili coraz rzadziej, życie powoli wracało do normy, a ciemne interesy kręciły się jak zawsze. Wszyscy tylko czekali na śmierć kolejnego gliniarza.

Nie było w tym wcale fatalizmu – lata siedemdziesiąte XX wieku okazały się dla policji złą dekadą. W Atlancie straty były większe niż gdzie indziej. W ciągu ostatnich dwóch lat aresztowano pięciu zabójców policjantów, ale tylko jeden z nich stanął przed sądem. Reszcie przytrafiły się dziwne nieszczęścia: pierwszy stawiał czynny opór podczas aresztowania i zapadł w śpiączkę, kolejny obudził się w więzieniu z nożem w nerce, dwaj trafili do szpitala Grady’ego z powodu niegroźnych problemów gastrycznych, wyszli z niego, ale dziwnym trafem nogami do przodu.

Ostatni z oskarżonych został uniewinniony i nie było w mieście policjanta, który przed opowiedzeniem tej historii nie spluwałby z pogardą na ziemię. Jeśli rzeczywiście kolejny gliniarz padł ofiarą Strzelca z Atlanty, oznaczało to bardzo zły dzień dla każdego, kto był choć trochę na bakier z prawem.

Terry odchrząknął i spojrzał na swój pusty kubek.

Maggie dolała mu kawy i postawiła dzbanek na stole. Poprawiła leżące przed nią sztućce i zaczęła bawić się filiżanką.

– Chcesz coś powiedzieć, księżniczko? – mruknął z niezadowoleniem Terry.

– Nie – odparła, ale po chwili zmieniła zdanie. – A co z ich samochodem? – Jimmy i Don jeździli po mieście radiowozem. W nocy nikt nie chodził na patrole pieszo. – Dlaczego Jimmy niósł Dona na plecach? Dlaczego po prostu nie wsiedli…?

– Mieli przebite opony.

Maggie zmarszczyła czoło.

– Gliniarzom, którzy zginęli wcześniej, też się to przytrafiło?

– Nie.

Maggie starała się poukładać to wszystko w głowie.

– Ktoś zgłosił włamanie, potem przebił opony w radiowozie, zastrzelił Dona i nie zrobił żadnej krzywdy Jimmy’emu?

Terry pokręcił głową, nie podnosząc nawet wzroku znad gazety.

– Zostaw to oficerom dochodzeniowym, kochana.

Maggie nie dawała jednak za wygraną.

– Strzelec zmienił swój modus operandi. Chyba że to wcale nie on, tylko ktoś, kto się pod niego podszywa.

Terry znowu pokręcił głową, ale tym razem wyglądało to bardziej jak ostrzeżenie.

– Muszę przygotować do szkoły referat o wojnie secesyjnej – wtrąciła się Lilly.

– Nie byli razem, gdy padły strzały? – zapytała Maggie.

Terry westchnął.

– Nie zostawia się partnera samego, nawet ty powinnaś o tym wiedzieć.

– W takim razie nie rozdzielili się?

– Jasne, że nie.

– Większość dzieciaków będzie mówiła o swoich dziadkach, ale ja…

Maggie nie pozwoliła jej dokończyć.

– Do Jimmy’ego jednak nikt nie strzelał. Stał obok Dona albo przynajmniej gdzieś w pobliżu. – To była istotna różnica. Poprzednio obaj policjanci musieli uklęknąć, a zabójca strzelił najpierw do jednego, a potem do drugiego. – Jimmy wyciągnął pistolet?

– Jezu Chryste! – Terry walnął pięścią w stół. – Zamkniesz się wreszcie i pozwolisz mi w spokoju przejrzeć gazetę?

– Terry? – zawołała Delia z kuchni. – Znowu zatkał się odpływ. Mógłbyś…?

– Za chwilę. – Ciągle wpatrywał się w Maggie. – Chciałbym wiedzieć, co kombinuje nasza twardzielka. Detektyw Colombo już wszystko rozpracowała? Zauważyłaś coś, co umknęło facetom, którzy pracowali w policji, kiedy ty byłaś jeszcze plemnikiem w jajach swojego ojca?

Maggie pomyślała, że jeśli ją uderzy, to przynajmniej będzie wiedziała za co.

– Do tej pory Strzelec kazał klęczeć ofiarom, a potem strzelał im w głowę. To wyglądało na egzekucję, ginęli jeden po drugim. Don został zamordowany właśnie w ten sposób, ale Jimmy’emu nic się nie stało. Dlaczego?

Terry pochylił się nad stołem. Poczuła zapach whisky i potu.

– Natychmiast przestań opowiadać bzdury na temat swojego brata. Zrozumiałaś?

Maggie poczuła, jak podłoga usuwa jej się spod nóg.

– Nie o to mi chodzi – powiedziała. Obydwoje doskonale wiedzieli, co oznacza „to”.

– W takim razie o co? – zapytał Terry. – Po co zadajesz te pytania?

Chciała mu powiedzieć, że policjanci właśnie w ten sposób prowadzą śledztwa, a ona jest przecież policjantką, ale wykrztusiła tylko:

– Bo to nie ma sensu.

– Sens – parsknął lekceważąco. – Od kiedy to zaczęłaś szukać sensu?

– Przyjechał! – krzyknęła Lilly.

Przestraszył ich ten nagły wybuch. Ale wyraźnie usłyszeli, jak na podjazd wjeżdża samochód Jimmy’ego. Tłumik w jego fordzie fairlane był tak zardzewiały, że z rury wydechowej wydobywał się charkot przypominający napady kaszlu, które rano łapały Delię.

Maggie chciała wstać, ale Terry złapał ją za ramię i siłą zmusił do pozostania na krześle.

Wiedziała, że szarpanie się z nim nic jej nie da. Mogła tylko zostać w jadalni i nadstawić uszu. Nastąpiła ta sama sekwencja dźwięków, którą słyszała, gdy przyjechał Terry: trzaśnięcie drzwiami, odgłosy kroków pod wiatą, a potem na schodach. Drzwi do kuchni były już otwarte, więc Jimmy je zamknął. Przez kilka sekund nic się nie działo. Maggie mogła sobie tylko wyobrazić wymianę spojrzeń między matką a synem. Być może Jimmy skinął głową i podał jej czapkę, żeby poczuła się potrzebna.

Kiedy wszedł do jadalni, Maggie pomyślała, że najprawdopodobniej brat nie ma pojęcia, gdzie podziało się jego nakrycie głowy. Zamiast munduru miał na sobie zielone szpitalne ubranie. Koszula opinała mu ramiona. Miał kredowobiałą twarz, przekrwione oczy i blade usta. Wyglądał, jakby coś go opętało. Przypominał ojca w momentach, gdy musiał wrócić do szpitala psychiatrycznego.

– Mack i Bud się tobą zajęli? – spytał Terry.

W odpowiedzi Jimmy jedynie skinął głową i zaczął rozcierać sobie kark. Widać było, że niezbyt dokładnie się umył. Na twarzy i szyi wciąż miał ślady zakrzepłej krwi. Na jednym z bokobrodów Maggie dostrzegła grudkę błota.

Lilly przycisnęła ręce do piersi, a z oczu popłynęły jej łzy.

– Nie becz – powiedział Terry, ale było już za późno. Lilly podbiegła do Jimmy’ego i objęła go w pasie. Wtuliła twarz w jego brzuch i rozszlochała się na dobre.

– Już dobrze – odezwał się szorstkim głosem. Pogłaskał ją po plecach i pocałował w czubek głowy. – Idź na górę, bo spóźnisz się do szkoły.

Lilly puściła go bez marudzenia i pobiegła do swojego pokoju. Jej kroki zadudniły na drewnianych schodach. Wydawało się, że Jimmy zaraz pójdzie jej śladem, ale opuścił ramiona, pochylił brodę i wbił wzrok w podłogę.

– Nie chcę o tym mówić – wydusił z siebie.

– A my nie chcemy o tym słuchać – powiedziała Delia. Stała za plecami syna z wyciągniętą w jego kierunku ręką, ale nie ośmieliła się go dotknąć. Wygładzała zagniecenia na swetrze Lilly, zdejmowała pojedyncze włosy z munduru Maggie, a teraz usunęła grudkę błota z twarzy Jimmy’ego – te drobne gesty to jedyny sposób, w jaki potrafiła okazać dzieciom uczucie.

Spojrzała na swoje palce. Z wyrazu jej twarzy Maggie wyczytała, że nie było to błoto. Delia wsadziła zaciśniętą dłoń do kieszeni fartucha i powiedziała:

– Proszę was wszystkich, zjedzcie śniadanie, zanim wystygnie. Nie stać nas na marnowanie jedzenia.

Jimmy pokuśtykał wokół stołu i usiadł na swoim stałym miejscu. Za każdym razem, gdy stawał na lewej nodze, z bólu mrużył oczy. Maggie chciała mu pomóc. Miała wielką potrzebę podbiegnięcia do niego i rzucenia mu się na szyję tak, jak zrobiła to Lilly.

Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić.

Delia nalała Jimmy’emu kawy i teraz nakładała na talerz jedzenie. Robiła to jedną ręką. Drugą cały czas trzymała zaciśniętą w fartuchu.

– Ktoś jeszcze czegoś potrzebuje?

– Nie, mamy wszystko. – Terry zbył ją machnięciem ręki.

– Jajecznica jest już do niczego. Usmażę następną – powiedziała i wyszła do kuchni.

Maggie wpatrywała się uważnie w brata. Wiedziała, że on na nią nie spojrzy. Wyblakłe plamy krwi na jego skórze przypominały jej czasy, gdy był pryszczatym nastolatkiem. Widać było, że płakał. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz go na tym przyłapała. To musiało być przynajmniej osiem lat temu.

– Ominęło cię dziś rano Tapestry – zagaiła.

Jimmy odburknął coś niewyraźnie, nabierając na widelec kopiastą porcję jajecznicy.

– Powiesiłam twoje mundury w szafie. – Maggie się nie poddawała.

Jimmy głośno przełknął i odpowiedział:

– Kołnierzyki są za bardzo nakrochmalone.

– Spróbuję coś z tym zrobić po pracy, dobrze?

Jimmy wepchnął sobie do ust jeszcze więcej jedzenia.

– Zanieś je do mojego pokoju. – Z niewiadomych powodów Maggie była podenerwowana i nie mogła przestać mówić. – Zajmę się tym później.

Terry syknął, żeby ją uciszyć.

Maggie zamilkła. Zrobiła to jednak ze względu na Jimmy’ego. Bała się, że powie coś, co tylko pogorszy i tak napiętą sytuację. To nie byłby zresztą pierwszy raz. Ich wzajemne relacje nie należały do najłatwiejszych i kiedy jedno starało się zbliżyć do drugiego, często dochodziło do nieporozumień.

W ciszy więc słuchała, jak Jimmy przeżuwa jedzenie. To był niemal mechaniczny odgłos. Obserwowała miarowy ruch szczęki. Za każdym razem gdy zaciskał zęby, obok ucha pokazywał się wyraźny zarys stawu skroniowo-żuchwowego. Wyglądało to jak praca jakiejś machiny budowlanej – zgarniał jajecznicę na widelec, wkładał do ust, przeżuwał i tak w kółko. Jego twarz była pozbawiona wyrazu. Miał szklisty wzrok i wpatrywał się w punkt znajdujący się gdzieś na przeciwległej ścianie.

Wiedziała, na co patrzy. Szary tynk z brązowym nalotem od dymu papierosowego. Za ścianą był pokój, w którym podczas swoich rzadkich wizyt w domu mieszkał Hank Lawson. Pierwszą rzeczą, którą zrobił zaraz po wyjściu ze szpitala, było zabranie telewizora z sypialni Delii i postawienie go na stole w kuchni. Potem godzinami oglądał telewizję, odpalając jednego papierosa od drugiego. Gapił się w ekran, aż do końca emisji programu, gdy grali hymn państwowy. Zdarzało się, że kiedy w nocy Maggie schodziła na dół, żeby napić się wody, jej ojciec wciąż siedział przed odbiornikiem wpatrzony w powiewającą na białym tle amerykańską flagę.

Maggie wątpiła jednak, by Jimmy myślał teraz o ojcu. Może wspominał ostatni mecz, kiedy jeden z przeciwników grający na pozycji wspomagającego zmiażdżył mu kolano? Maggie siedziała wtedy na trybunach. Patrzyła, jak Jimmy wchodzi na boisko z charakterystyczną pewnością siebie. Podniósł zaciśniętą pięść, a tłum zaczął wyć z radości i skandować jego imię. Był ich wielką nadzieją, chłopakiem z okolicy, któremu się udało. Przyszłość stała przed nim otworem. Miał mieć opłacone studia na Uniwersytecie Georgii i zamierzał przejść na zawodowstwo. Myślał, że następnym razem zobaczą go, kiedy będzie wychodził z jakiegoś nocnego klubu w stylu Broadway Joe – w futrze i z dziewczynami uwieszonymi u jego ramion.

Tymczasem siedział przy stole w domu matki i miał na twarzy krew przyjaciela.

– Proszę. – Delia zabrała pusty talerz i postawiła przed nim pełny. Dołożyła bekonu. Potem polała naleśniki syropem, tak jak lubił.

– Mamo, wystarczy. – Odgonił ją ruchem widelca.

Delia usiadła i zapaliła kolejnego papierosa. Maggie próbowała jeść. Jajecznica była zimna. Tłuszcz z bekonu zaczął tężeć. Zmuszała się jednak, ponieważ wiedziała, że jeśli nie będzie miała pełnych ust, zacznie zadawać niewygodne pytania.

Nie mogła zrozumieć, w jaki sposób doszło do strzelaniny. Gdyby do Dona i Jimmy’ego podszedł jakiś facet, szczególnie ciemnoskóry, od razu, niemal instynktownie, wyciągnęliby pistolety. To były podstawy strategii przetrwania. Don służył naprawdę długo w Wietnamie i doskonale wiedział, że nie można dopuścić do sytuacji, w której ktoś mierzy do ciebie z broni. Jimmy też nie był żółtodziobem – pracował w policji, od kiedy skończył osiemnaście lat.

Maggie spojrzała na brata. Może po prostu spanikował. Stał, cały obryzgany krwią kolegi, i nie był w stanie nic zrobić. Padł na ziemię i zaczął modlić się o życie.

Pomyślała o grudce, którą matka zdjęła Jimmy’emu z bokobrodów. Kawałeczek głowy Dona Wesleya leżał pewnie w koszu na śmieci na potłuczonych skorupkach i plastikowym opakowaniu po bekonie.

– Pora się zbierać. – Terry odłożył gazetę i zwrócił się do Jimmy’ego. – Ty lepiej się prześpij. Zadzwonię, jak coś się będzie działo.

Jimmy zaczął kręcić głową, zanim jeszcze Terry zdążył dokończyć zdanie.

– Nie ma mowy. Nie pójdę spać, dopóki nie złapiemy tego sukinsyna.

– Jasne, że go dorwiemy! – Terry mrugnął do Maggie tak, jakby on i Jimmy mieli przeciwko sobie cały świat.

Może właśnie dlatego ośmieliła się zapytać:

– Co się tak naprawdę stało?

Terry ścisnął jej kolano tak mocno, że z bólu wstrzymała oddech. Krzyknęła, wbijając mu paznokcie w dłoń, ale on tylko wzmocnił chwyt.

– Co ci mówiłem o zadręczaniu brata pytaniami?

Czuła, jakby ktoś wbijał jej w nogę nóż. Drżały jej wargi, ale nie zamierzała błagać o litość. Wiedziała, że nie może tego zrobić.

– I tak usłyszy o tym w radiu. – Jimmy był raczej zirytowany niż zaniepokojony. – Daj spokój, Terry. Puść ją.

Terry poluzował uścisk.

– Jezus Maria! – Maggie zaczęła rozmasowywać obolałe kolano, wzdychając z bólu.

– Przestańcie się wygłupiać. – Delia zdjęła kłaczek ze szlafroka córki. – Co się stało, Jimmy?

Jimmy wzruszył ramionami i zaczął opowiadać:

– Don upadł na ziemię. Oddałem trzy strzały. Morderca rzucił się do ucieczki. Zacząłem go gonić, ale nie mogłem przecież zostawić kolegi.

Po chwili milczenia dodał jeszcze:

– Nawet dobrze mu się nie przyjrzałem. Czarnoskóry, średniego wzrostu, średniej budowy ciała.

Maggie cały czas rozmasowywała kolano. Ścięgno pulsowało w rytm bicia jej serca.

– Cal Vick posadzi mnie z rysownikiem, żeby zrobić portret pamięciowy. – Jimmy znowu wzruszył ramionami. – Nie wiem, czy to coś da. W zaułku było ciemno i wszystko działo się tak szybko.

– Miałeś szczęście, że nie próbował do ciebie strzelać – powiedziała Delia.

– Jasne, że próbował – oznajmił Jimmy z udawanym rozbawieniem. – Zaciął mu się pistolet. Nacisnął spust, ale nic się nie stało. Szczęściarz ze mnie, prawda? To właśnie ja, Lawson Szczęściarz. – Mówił tak o sobie, kiedy chodził jeszcze do szkoły.

Terry’emu najwyraźniej coraz mniej podobała się ta rozmowa.

– Umyj się i doprowadź do porządku. Zobaczymy się w komisariacie – powiedział do Jimmy’ego i zaczął się zbierać.

Maggie wpadła w popłoch.

– Musisz mnie podwieźć.

– Dlaczego?

Wiedział dlaczego. Jej samochód od tygodnia stał w warsztacie.

– Nie mogę się spóźnić na odprawę.

– W takim razie się pośpiesz. – Terry przytknął złożoną gazetę do jej ust. – Ale ten otwór pod nosem ma być zamknięty, jasne?

Maggie zebrała talerze ze stołu i wyraźnie utykając, poszła do kuchni. Na blacie leżał pas Jimmy’ego. W kaburze był pistolet.

Nie musiała się specjalnie wysilać, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają w jadalni. Terry robił jakieś sprośne uwagi na temat dziewczyn, które właśnie zaczęły naukę w akademii policyjnej. Włożyła talerze do zlewu i zalała je wodą, żeby resztki jedzenia nie zaschły, zanim Lilly zabierze się do zmywania.

Potem, kulejąc, podeszła do pistoletu Jimmy’ego.

Ostrożnie odpięła klamrę i wyjęła rewolwer. Sprawdziła bęben. Był naładowany, nie brakowało żadnego naboju. Obwąchała iglicę, górną część szkieletu i wlot lufy.

Nie wyczuła charakterystycznego swędu miedzi i siarki, jedynie zwykły zapach oliwy i stali.

Włożyła broń z powrotem do kabury i zapięła klamrę. Wchodząc po schodach, złapała się poręczy, żeby ułatwić sobie wspinaczkę. Słyszała głosy Jimmy’ego i Terry’ego. Rozmawiali o baseballu. Zastanawiali się, jak Atlanta Braves poradzą sobie bez Hanka Aarona. Ci dwaj zawsze dobrze się dogadywali. Mogli dyskutować o wszystkim pod warunkiem, że były to rzeczy bez znaczenia.

Pewnych tematów jednak nie poruszali, na przykład, że niezależnie od tego, co stało się dziś rano w zaułku w centrum miasta, Jimmy Lawson wcale nie strzelał ze swojego pistoletu.

2

Kate Murphy siedziała na łóżku w hotelu Barbizon i słuchała wiadomości. Kongres zakręcił wreszcie kurek z pieniędzmi na dalsze działania wojenne. Nixon odszedł na dobre. Prezydent Ford zaproponował amnestię dla dekowników. Wycofano zarzuty przeciwko członkom Gwardii Narodowej Stanu Ohio. William Calley wyszedł na wolność po odsiedzeniu niecałych czterech lat za udział w masakrze w My Lai.

Nie umiała się tym wszystkim przejąć. Coś się w niej wypaliło. Najważniejsze, że ten koszmar wreszcie się skończył. Wypuszczono jeńców wojennych, a żołnierze wrócili do domu. Miała nadzieję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Chłopcy nie będą umierać w dżungli, a rodziny nie będą musiały rozpaczać po ich śmierci.

Spojrzała na stojącą obok radia oprawioną w ramkę fotografię. Uśmiech na twarzy Patricka pozostawał w dziwnym kontraście z jego mętnym nieobecnym spojrzeniem. Słońce odbijało się od nieśmiertelnika, miał przewieszony przez ramię karabin i zawadiacko przekrzywiony hełm. Pozował bez koszuli. Wyrobił sobie muskulaturę, której nigdy nie dotykała, a blizny na twarzy nigdy nie miała okazji pocałować. Zdjęcie było czarno-białe, ale w dołączonym liście napisał, że jego zazwyczaj blada skóra ma teraz kolor parzonego homara – nazwał to „irlandzką opalenizną”.

Kiedy po raz pierwszy oglądała w telewizji loterię poborową, nie znała jeszcze Patricka Murphy’ego. Siedziała w salonie z rodziną. W szyby co chwila uderzał podmuch zimnego wiatru. Ramiona miała owinięte szalem. W pewnym momencie babcia powiedziała, że to okropne przedstawienie przypomina jej znaną grę karnawałową – jak ona się nazywała?

– Bingo – podpowiedziała Kate, chociaż sama pomyślała raczej o Loterii Shirley Jackson.

Zamiast ponumerowanych kul używano trzystu sześćdziesięciu sześciu niebieskich kapsułek. W każdej znajdowała się karteczka z liczbą, która prezentowała miesiąc i dzień roku kalendarzowego. Zapieczętowane kapsułki mieszano w pudełku, a następnie wrzucano do szklanego słoja, który był tak głęboki, że losujący musiał zanurzyć całe ramię, żeby dosięgnąć ich palcami.

System był prosty: każdej wylosowanej liczbie przypisywano numer poborowy od jednego do trzystu sześćdziesięciu sześciu, biorąc pod uwagę lata przestępne. Do poboru kwalifikowali się wszyscy mężczyźni urodzeni między rokiem 1944 a 1950. Do każdego dnia i miesiąca przyporządkowano numer. Im niższy, tym większe szanse na powołanie. W drugiej turze loterii użyto dwudziestu sześciu liter alfabetu, żeby na podstawie pierwszej litery nazwiska losowo ustalić kolejność poboru dla każdej daty urodzin.

Pierwszą wylosowaną datą był czternasty września. Kiedy odczytano ją na głos, w kuchni rozległ się przerażający krzyk. Okazało się, że ich gosposia Mary Jane miała wnuka, który przyszedł na świat właśnie tego dnia.

W ciągu kilku godzin każdy chłopak, którego znała Kate, miał przypisany numer poborowy. Nikt nie rozumiał, co to tak naprawdę znaczyło – kiedy poszczególne grupy zostaną powołane do wojska, dokąd zostaną wysłane, w jakiej będą służyć jednostce i czy w ogóle pójdą w kamasze. Niskie numery były rzecz jasna gorsze, ale z jakim numerem można się czuć naprawdę bezpiecznie?

Patrick Murphy i jego rodzina mieszkali po drugiej stronie miasta i zadawali sobie dokładnie te same pytania. Mieli czarno-biały telewizor i nie wiedzieli, że kapsułki były w rzeczywistości niebieskie. Po zakończeniu programu znali natomiast numery przydzielone ich synom: 98 dla Declana i 142 dla Patricka.

Oczywiście Kate dowiedziała się o tym wszystkim znacznie później. Poznała Patricka w kwietniu 1971 roku, kilkanaście miesięcy po pierwszej loterii. Siedziała w samochodzie przed centrum handlowym Lenox i nudząc się jak mops, czekała na pomoc drogową. Padł jej akumulator, ponieważ zostawiła włączone światła i poszła na zakupy. Patrick przyszedł jej z pomocą i uruchomił auto z kabli. Żartował sobie przy tym w niedwuznaczny sposób, co działało Kate na nerwy. Zdawał sobie z tego sprawę, ale nie przestał z nią flirtować. Jego upór jej schlebiał. Było w tym nawet coś pociągającego. W końcu zaproponował kolację, a ponieważ poczuła się głodna, nie odmówiła.

Miał dwadzieścia jeden lat, tyle samo co ona. Jego brat służył w wojsku, a ojciec był prawnikiem. Patrick miał zostać inżynierem. Wydawało się jej, że to jeden z tych ważnych zawodów, o których dużo się mówi, jak na przykład prawnik, lekarz albo polityk. Jednak Patrick był po prostu wielkim Irlandczykiem, miał pozornie wysoki numer poborowy i właśnie poznał dziewczynę swoich marzeń.

Znali się piętnaście miesięcy, gdy został powołany do wojska. W odróżnieniu od rodziny Patricka ojciec Kate miał odpowiednie koneksje, ale Patrick stanowczo odmówił tego rodzaju przysług. Uważał, że to jest nie w porządku. Miał rację, ale wtedy byli już małżeństwem i Kate była wściekła na swojego głupiego, upartego męża. Nie chciała go odprowadzić, gdy wyjeżdżał na szkolenie podstawowe. Kiedy żegnali się w drzwiach, przytuliła się do niego mocno i nie chciała puścić. Bał się, że połamie mu żebra.

Miała ochotę to zrobić – połamać mu żebra, wydrapać oczy, rozwalić kolano młotkiem, uderzyć w głowę kijem baseballowym. Pozwoliła mu jednak odejść, bo i tak nie mogła zrobić nic innego.

Kochała męża, ale została sama.

Minął czternasty września.

Jakie były szanse?

Pewnego dnia, gdy pomagała rodzicom podczas przyjęcia, usłyszała dzwonek do drzwi. Mary Jane poszła akurat do piwnicy, ponieważ ktoś chciał się napić wina. Kate spodziewała się gości, ale na werandzie stało dwóch żołnierzy. W pierwszej chwili pomyślała, że to dziwne widzieć białych mężczyzn w białych bawełnianych rękawiczkach. Byli ubrani identycznie i stali wyprostowani jak struna. Mieli na sobie wełniane mundury i koszule z długim rękawem, chociaż jak na tę porę roku było wyjątkowo ciepło. Na gładko wygolonych twarzach perliły się kropelki potu, które co chwila spływały po ich masywnych karkach. Zdjęli czapki perfekcyjnie wyćwiczonym gestem. Kate niemal się roześmiała, ponieważ synchronizacja była naprawdę idealna. Mówił tylko jeden z nich, zwracając się do niej „proszę pani”. W pamięci utkwiły jej słowa „z żalem musimy panią poinformować”, a potem ocknęła się na kanapie. Gości już nie było. W salonie stały niedopite drinki i wciąż tliły się niedopalone papierosy. Żołnierze zostawili jej broszurę zatytułowaną Pomoc po śmierci.

– Cóż to za sformułowanie – powiedziała babcia.

– Doprawdy dziwaczne – zauważył ojciec.

Matka dopalała papierosa, którego jeden z gości zostawił w popielniczce.

Kate nie miała pojęcia, gdzie teraz jest ta broszura, ale niespecjalnie się tym przejmowała. Nie potrzebowała pomocy finansowej, potrzebowała swojego męża.

Ponieważ nie miała ani jednego, ani drugiego, musiała zbierać się do pracy.

Zdjęła szlafrok i weszła do łazienki. Przed odkręceniem wody pod prysznicem sprawdziła, czy ma dobrze upięte włosy.

Gdy uderzył w nią lodowaty strumień, wydała stłumiony okrzyk. Instalacja wodno-kanalizacyjna była bardzo humorzasta, co uważała w sumie za dość zabawne, ponieważ w tym hotelu mieszkały wyłącznie kobiety. Raz woda była zimna, ale za chwilę mogła być gorąca jak ukrop. Zależało to od liczby mieszkanek biorących w danym momencie prysznic w identycznych łazienkach na identycznych piętrach. Gdy w jednej chwili spłukiwano zbyt wiele toalet, wszystkie się psuły.

Myjąc się, Kate patrzyła beznamiętnie przez półprzezroczystą zasłonkę. Nie był to specjalne interesujący widok: ściana i stojące pod nią łóżko. Zamknęła jedno oko, a potem drugie. Cały czas widziała zielonkawą zasłonkę z plastiku. Próbowała sobie przypomnieć, co tak bardzo spodobało się jej w tym miejscu, gdy zobaczyła je po raz pierwszy. Anonimowość? Sterylna czystość? To, że wszystko było beżowe?

To wrażenie nie trwało jednak długo. Przyszła jej matka ze swoim dobrym smakiem i kartą kredytową. Teraz na ścianie wisiały abstrakcyjne obrazy, biały włochaty dywan zakrywał okropną jasnobrązową wykładzinę, a elegancka pościel bardziej pasowała na wystawę sklepową niż do leżącego w centrum miasta hotelu dla samotnych kobiet.

Tak naprawdę Kate wolała pierwotny wygląd tego pokoju.

Zakręciła kurek i szybko wytarła się ręcznikiem. Na stojącym przy łóżku zegarze wskazówki przesunęły się o pół godziny, a ona w tym czasie tylko wzięła prysznic. Musi lepiej panować nad swoją skłonnością do fantazjowania. To samo stało się pewnego ranka, gdy wracała ze śniadania w jadłodajni. Zapytała jakiegoś faceta o godzinę, a po chwili siedziała na ławce i gapiła się w błękitne niebo, jak gdyby miała mnóstwo wolnego czasu.

Marzycielstwo było luksusem, na który kiedyś często sobie pozwalała. Teraz musiała się sama utrzymać. Opłacić czynsz. Kupić jedzenie i ubrania. Nie mogła trwonić czasu na czytanie szmirowatych powieści i popijanie dżinu ojca.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz