Miasto Dusz. Księga I - Kaśków Jerzy - ebook

Miasto Dusz. Księga I ebook

Kaśków Jerzy

0,0

Opis

Pierwsza z serii książek egzystencjalnych pt. „Miasto Dusz”, napisana niebanalnym, odważnym stylem literackim, rzuca snop światła na zaciemniony obszar naszego doświadczenia, ukazując dziejowy absurd cywilizacji oraz przyczyny jej upadku. Lektura przenikliwa, wstrząsająca, ale przede wszystkim bezbłędnie percypująca ludzką brzydotę. In multis contra omnes sapere desipere est.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Kaśków Jerzy

Miasto Dusz

Księga I

© Kaśków Jerzy, 2020

Pierwsza z serii książek egzystencjalnych pt. „Miasto Dusz”, napisana niebanalnym, odważnym stylem literackim, rzuca snop światła na zaciemniony obszar naszego doświadczenia, ukazując dziejowy absurd cywilizacji oraz przyczyny jej upadku. Lektura przenikliwa, wstrząsająca, ale przede wszystkim bezbłędnie percypująca ludzką brzydotę.

In multis contra omnes sapere desipere est.

ISBN 978-83-8221-647-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Część I

Quod erat demonstrandum

Zarzecze.

Szpital psychiatryczny

*

Co może być pięknego w myślach? — któż to może wiedzieć na tym obłąkanym świecie. Co jest pięknego w moich myślach? Czym jest to szaleństwo wzbudzone entuzjazmem i zapałem, by posunąć się tak daleko jak to możliwe, na skraj samotności? Do jej granic, które wytycza wolność odważnego serca. Tam zachcę pójść, tam chcę już pozostać do końca, aby się w nieprzeniknionym świecie błogostanu odnajdywać każdego dnia na nowo. Na nowo wstawać, upadać, układać, zaglądać w siebie, bo tylko ja jestem wolnością. We mnie spoczywa jej ziarno przeklęte przez wszystkich i niepojęte.

Gdzież ona? Gdzie się znajduje, jeśli we mnie jej nie ma? Jeśli mam być wolny, muszę być samotny, udając się w bezkresną podróż. Do wieczności prowadzi jedynie droga z koroną cierniową na głowie. Pożoga jest krajobrazem ekstatycznej majestatyczności — sprzymierzeńcem moim, bo ja jestem pożogą, martwym pragnieniem zaczajonej próżności, które wlecze się za mną każdej sekundy. Widzę ją, widzę jak pełza, jak szantażuje mnie, bym wrócił, ale ja nie nadam jej znaczenia, nie wycofam się. Odejdę, bez względu na wszystko, aby zadać kłam i cios śmiertelnej pułapce, jaką nam zbudowały nikczemnie panoszące się po świecie niepokoje.

Osobniki, które się do życia ślinicie, pełzacie po swoim grobie, budując infantylne nagrobki, pozostańcie za moim cieniem do końca. Wołajcie mnie, krzyczcie do mnie, lecz nie odwrócę się, nie spojrzę w waszą stronę, bowiem już nie jestem wasz, już mnie nie możecie schwytać i gardzić mną, jak sobą nawzajem. Nie znajdzie się żaden gotów gonić mnie, bo tu są miejsca niezbadane i ponure, pełne gorzkiego powietrza, które w zniewolonych umysłach powodują doszczętne wyniszczenie. Życie tchórza mają tu za nic, po temu lęka się spojrzeć w tę stronę. Nie pójdzie dalej, nie postawi nawet kroku. Dlatego ginąć będą ci, którzy marzyć będą o sławie, lecz miejscem dobrostanu brzydzić się będą.

*

Niechże już się zacznie, niechże już otworzą się drzwi, bo duszę się w tej maliźnie, męczy mnie ten raj wasz przeklęty. Lecz nie zostawię was przecież samych, nie myślcie nawet, że jestem zdolny do takiego chamstwa. Stamtąd, z tej głuszy boskiej i piekielnej, listy będę do was pisał. Listy mordercze. Listy zabójcze, gorzkie listy. Taka relacja epistolograficzna, bez narzucania się sobie. Wybieram takie rozwiązanie niźli zbrodnię.

Co ty na to, doktorze — mistrzu ludzkiej duszy? Jestem ja zdrowy? Co zrobisz wyrafinowany oprawco, który pragnie mieć kontrolę nad wszystkim, co go otacza. Pragnie kontrolować mój umysł i mówić mi o jego brzydocie, o jego pięknie, o jego błędach, o pomyłkach, o wartościach ukutych na potrzeby społecznego gwałtu, o złych pokusach, o moim brudzie, którego pragnie. Wszyscy niech wzrok wysilą, niech uszy nadstawią, bo doktor wam powie, czy jestem chory. Czy się nadaję do życia? Do waszego życia utopionego w chorobie moralnej, która tym jest głupsza, im bardziej się boi obłędu. Pryncypialni pachołkowie obłudnej tradycji i wiary w zawziętość iluzji. Na tym się znacie doskonale. Czyńcie swoją powinność, czyńcie rozkazy waszego boga maluczkich, lecz ja tu pozostanę, tu się dusić będę sam, bo wolę tak to rozegrać niż się na was wyżywać. Trzeba mieć klasę.

*

Co to znaczy piękny umysł o migotliwych oczach? W zalocie. Do wszystkiego, co bez boga żyć potrafi, co się bogu nie pokłoni za wszelką cenę, bo on tego właśnie chce, on pragnie tego, by go zostawić, lecz jedynie zachłanna obelżywość mówić zechce w jego imieniu, kiedy on milczy. Jakże się mylić mogę, kiedy tylko zapominam o nim, od razu spokojniejszy jestem, od razu piękniejszy, od razu zdrowszy w swoim szaleństwie. Niechże odejdą ode mnie wszyscy, którzy hańbią siebie, gdy mówią w jego imieniu. Jego nie jest Jego — jego jest małym jego, bowiem tylko wielkim może być ten, kto pragnie małym pozostać, kto się wycofuje i nie mówi w języku znaków i symboli. Żadnych symboli, żadnych znaków. Jego nie ma we wrażeniu ciepłej, nabrzmiałej uznaniem przygody. Nie może go być tam, gdzie jest koniec i gdzie spełnienie określa moment nieistnienia. On jest tylko we wzajemności powziętego początku odkrywanego na nowo w dokonaniach przeszłości — ale was zwiódł, ale wyprowadził na manowce.

Żeście uwierzyli, sobie się dziwcie, bo któż wam złudzenie ofiarował, jeśli nie wy sami? Wy jesteście złudzeniem samym w sobie, samym przez się i wspólnie — ohydnym przedstawieniem cyrkowego łajdactwa, lecz zdaję sobie sprawę, iż was zbyt słodko nazywam, bowiem to ja pragnę łajdakiem pozostać do końca, bez łajdactwa nic bowiem znaczyć nie mogę.

Problem jest tylko z gradacją, bowiem rozstrzygnąć koniecznie należy, jakim łajdakiem jest ten, który nic nie mówi, by zatrzymać cię przy sobie?

*

Cóż powie doktor, cóż oznajmi światu krytyk, także literacki, co może obwieścić, skoro piękno bierze w swoje ręce samotność, a ona jest dziś intelektualnie bezpłodna. Czymże może być ta indolentna postać literatury, która obwieszcza światu sympatię pod postacią obiektywnego przesądu, kanonu estetycznego zniewolenia znaków. Nieżywa w lekkości kultury, która, upadła, nie roztrząsa już dziś nędznej sympatii. Kto mógł się tak pomylić, kto zbłądził, że owe uwydatnienie brzydoty i parszywości króluje w przestrzeni społecznej aprobaty?

Fałszywa etykieta krzyżuje, w istocie, własne uda ze wstydu i niemocy. W cieniu czynnika

zadowalającego.

Padał dziś lekki, ukośny deszcz. Doskonały, by postawić takie pytanie.

*

Głębokie intuicje pragną mieć wielu kochanków. Błąkają się po świecie w poszukiwaniu adresatów, którym będą mogły śpiewać żałobne pieśni. Zdrapywać skórę z ciała, odzierać ze złudzeń ludzki koszmar, aby uczynić człowieka jeszcze bardziej zdruzgotanym. Dopaść go, gdy w końcu, w chwili słabości, zechce otworzyć serce, aby wpuścić owe złowrogie siły, które bez pardonu i z kretesem zniszczą jego zapał. Zatrują go. Zanieczyszczą. Zbrukają, aby powstał, jeśli mu sił wystarczy, jeśli nie spadł, przygnieciony tym ciężarem na samo dno swej infantylnej duszy, pseudo dobroci i agresywnej złości.

Głębokie intuicje są jak harpie. Gdy ten czas nadchodzi, gdy wiesz, że się zbliżają stajesz w ich obliczu niczym między Scyllą i Harybdą. Nikczemny mały gnojek, który myślał, iż pozna tajemnice istnienia wnet się przekona z czym mu się mierzyć przyjdzie, gdy zapadnie się w siebie, poczuje głęboko smród swego strachu i moc owych objawień. Odór goryczy i żywioł wybaczenia pełzać będą wokoło jego głowy jak węże, ślinić się będą wyjce piekielni, czarownice tańczyć będą, zaś demony, twór ludzkiej podłości, zacierać będą ręce.

Nie odwróci się nikt na twoje wołanie. Nikt nie zauważy twej katastrofy, chyba że czuły jest na sprawy ludzkiego cierpienia, wtedy wnet rozpozna, poczuje, że stojąc na peronie i czekając na pociąg, pragniesz się rzucić po koła. Pozwolić się rozgnieść na torach ludzkiej trwogi i bojaźni. Drżenie cię czeka, przybyszu. Pragniesz skoczyć z mostu. Zażyć leki, truciznę, podciąć żyły, byleby tylko nie wybaczyć, bo wybaczenie jest kamieniem w twoim sercu. Twoim stosem jest pogarda dla tego stanu.

Przybliż się, bliżej, bliżej. Czy jesteś gotowy wybaczyć? Czy potrafisz dotknąć zarzecza poza sobą, gdyż tylko wychodząc z siebie, ba, zabijając siebie, możesz przyjąć świętą komunię utrapienia.

Wątpisz? Na co czekasz? Czy wiesz, co tu zastaniesz?

*

Komu mam zostawić to krwawiące serce, doktorze? Komu je złożyć, dziś, gdy sen mój jest życiem, a życie tych ponurych ludzi śni się im? Cóż uczynić, gdy obce są mi ich obrzędy, ich zwyczaje, ich bladość i kultura materialna? Jakże się mam tu odnaleźć, gdy jedynie w szpitalu czuję się względnie dobrze, bowiem oni, najczulsi i najwytrwalsi buntownicy, drwić ze mnie nie pragną. Gdy całą intuicję mnogą wprzęgają w słuchanie mnie, a im bardziej od rzeczy mówię, tym bardziej do nich należę.

W tym cały sekret, doktorze, doktorze, nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee…

*

Intuicje patrzą na nas ślepo w zawodowej tęsknocie obiektywistycznej obserwacji, rycerskiej opiece szczęśliwego wypadku bez decyzji o ucieczce. Jak odcisk dziejowego faktu zaadresowany do Ciebie. Lecz nie myśl, że coś tu znajdziesz, że coś od nich otrzymasz. Nikomu nie wolno wyjść stąd żywym. Nikt nie może się już uwolnić, kto tu wejdzie. Nikt. Bo nie można się uwolnić od prawdy. Prawdy, która jest okrutnym przedstawieniem boskiego teatru. W prawdzie leży mrok ponurego bożka.

Teraz dopiero zaczyna się cała zabawa w zrozumienie i doświadczenie grzechu na sobie. Tego, kto nas tak ukarał, że katusze znosić musimy niewyobrażalne, nazwać należy szaleńcem. Wiedział co robi i chwała mu za to, bowiem ratować nas tylko chciał. Tylko szaleństwo może przynieść nam ukojenie, niechaj zatem o prawdzie nie mówią nigdy już ci, którzy tu nie byli, którzy nie weszli w głąb tych korytarzy.

Wielu weszło, niewielu wyszło. Wyjdą, doktorze, zapewniam, wszyscy, jeśli nam sił starczy, by w zbiorowym dotyku zajrzeć ponad to, co jest unormowane w społecznej aksjomatyce. Nie wyszli ci, którym zabrakło jednego komponentu, by się uratować. By owe ciężkie doświadczenie przekuć w miłość, pokonać czas. Nie mogli zaś uniwersalnej prawdy oddać na służbę innych, gdy im los oszczędził posługiwania się sobą jak narzędziem twórczym. Dlatego, doktorze, zapadają się w siebie bez reszty, nie potrafią się podnieść, bo nie mają pędzla w ręce, który pozwoliłby im zapomnieć. Oni widzieli światło, oni doświadczyli grozy niepojętej, lecz niczego robić już nie chcą, skoro nie mogą robić tego, co im święta prawda odkryła. Lex legum.

*

Schizofrenicy zaś opowiadają o upadłych aniołach, które żyją wśród nich i o głosach, które słyszą. Głosy te im ubliżają, pogardzają nimi, to są głosy boskich kochanek, które zdradziły im tajemnice, a które teraz w pustce spoczywają. Tajemnice są w nich zawsze gorące. Rozpalone do granic wytrzymałości. Wszystko, co mogą obecnie zrobić, to zatopić się w ciszy bezkresnej lub udawać życie podporządkowane marnej tendencji kalekich oprawców. Inne opcje? Samobójstwo lub morderstwo.

Kto zrozumie, co ich dręczy, skoro sekret ma to do siebie, że go zdradzić nie można, bowiem nie ma słów, języka, który mógłby te historie opowiedzieć. Nie ma symboli, którymi się posłużyć należy, gdy dotyk prawdy tylko subiektywnie się odsłania. Każde źródło musi być nowym symbolem i nowym językiem mówić.

Jeszcze nie pojęliście tego, co do was mówię? Jeszcze się wzdrygacie na samą myśl o tej filozofii pięknej. To jest dopiero odkrycie piekielne, że popełniliście błąd, udając zdrowych i w rozpaczy tonących.

*

Wielcy jesteście orędownicy samotności, wielcy do końca, lecz niewielu z tej plejady szympansów pojmie, co mówię, bo rzeczy niestworzone wypowiadam. Skoro jestem zatem chory, trzeba mnie leczyć, lecz ja wiem, jak się pozbyć tej choroby, która ludzi życia pozbawia. Która im zabrania kochać.

*

Ekwiwalent światłego kapłana zmierza elastycznym krokiem na spotkanie żywego autentyzmu. Obcuje z zagubionym cieniem udzielając mu życia. Jego miłość niezmierzona nie ugięła się przed mrokiem i udręką złowrogich egzaminatorów. Idź, powiedzieli, doktorze, idź, skoro się tak do oglądania zbrodni palisz. Teraz będziesz tym, który widzi, i który nic zrobić nie może, bowiem wszystko, co powiesz wnet obróci się przeciwko tobie. Już jesteś przegranym, gdy otworzysz usta, lecz wygrasz, gdy się milczeniu nie oprzesz, a świętym będziesz, jeśli się w ofierze złożysz.

Wszystko, co możesz dostać od boskich kochanek to samotność. Zamknięta w obrazie nowego symbolu, który pokarzesz, który stworzysz na potrzeby swego istnienia. Nawet nie myśl, że uda się to rozegrać inną drogą, bowiem iluminacja nie może dotyczyć zbiorowego odsłonięcia.

*

Będziesz dlatego cierpiał wytrwale pod przewodnictwem wytrwałej ręki doświadczenia, objawiał intencje przytomności, która spoglądać na nas będzie z obawą, że nie zostanie rozpoznana. Słuszne obawy, słusznie ci rozum podpowiada, żebyś jeszcze poczekał, bo nie wiadomo co się wydarzyć po drodze może. Czy wytrwasz? Czy znasz siebie na tyle, by trud taki dożywotnio znosić?

Poza miastem Dusz nie ma już nic i nic nigdy nie będzie. Nic się już nie zrodzi, bowiem poza nim jest tylko zbrodnia i złudzenie, a tu zaś człowiek przybywa, by ratować siebie, by innym miód swej marności podawać. Wyrywać się z wrodzonego kalectwa i utopii, którą mu świadomość, jak dobra matka, zgotowała. Z kielicha goryczy pić będziesz co dnia, pamiętaj, choć umysł znajdzie sposoby, by się przekonywać o swej wartości i dostojeństwie.

Gdy zdarzy się, że ktoś dotrze do ciebie, że się nawet w tobie zakocha, że dojrzy w tobie prawdę i się nią nawet zachłyśnie, gdy do tego myśleć będziesz, że możesz się już uspokoić i ratunek przybył z otchłani, wiedz, że już w tej chwili musisz uciekać, już zmieniać formę, bo wszystko, co raz dotknięte wspólnym odrazę budzić musi i mnożyć będzie złoczyn na drugim.

*

Pustka gości na wyżynach świętości i zbrodni, nie ma na co czekać, nikt już nie przyjdzie z pomocą. Krew zalewa oczy, tylko miłość majaczy gdzieś na horyzoncie, by przegonić nadzieję beznadziejności. Nikt nie pyta tutaj o nic, nikt nie ma nic do powiedzenia. Tu nie ma słów. Słowa są niczym kolce, noże, sztylety wbijane w siebie. Słowa nie istnieją, nie są nikomu potrzebne. Poezja pisze się sama w krajobrazie ogarniętym melancholią. Jest dotykiem gorejącej potrzeby istnienia, które nie ma prawa sądzić o swoim żywocie niczego dobrego. Niczego nie ma w człowieku żyjącym. Żyjący człowiek jest tylko skaczącą i pohukującą małpą. Szympansem z naturalnym skrzywieniem poznawczym, który na próżno wśród sobie podobnych szuka spełnienia. Nie doświadczy go, nie znajdzie ukojenia pośród martwych łodyg i zeschłych liści, wśród pełzających gadów zastanie jedynie siebie — odbitego w lustrze społecznej karykatury potwora. Zaczajonego, wpatrzonego w bezsens szakala, pijawkę, zgniłą tkankę obłudy świadomego ja. Ja jest zakończeniem postępu ewolucyjnego, degradacją istoty tworzącej. Zgryźliwie dokuczliwej. Absurdalnej i epatującej wyrafinowaniem.

*

Na Niego należy patrzeć, doktorze. Tak, patrzeć, żeby nie patrzeć. Patrzeć poprzez odwrócenie, oddalenie, bowiem tylko ucieczka ma jakikolwiek sens. Żniwa ponure czekać będą ten świat, zobaczy pan. Oni już długo nie wytrzymają. Nie podniosą tego ciężaru, bowiem unieść go nie sposób, bo nawet nie trzeba go podnosić, lecz zostawić tej plugawej biologicznej supremacji, która zaciera ręce, że się wywiązała dobrze ze swego zbrodniczego zadania. Medal dostanie, medal najświętszy należy się przemożnej kile, która głosem natury oplotła jak bluszcz człowieka serce. Jakiż on jest racjonalny. Jaka to jest kurwa pachnąca, której skowyt płoszy ptaki i rozgniata dżdżownice. Bądźcie gotowi do tańca, na przekór wszystkiemu. Toniemy jak Titanic, lecz łodzi ratunkowych nie ma. Nie przewidziano ratunku dla tych, którzy klękają przed truchłem. Kto jest truchłem, ten umrze martwy, a twarz jego nawet w masce pośmiertnej nie będzie czysta. Wykrzywiona w boleści, ponurej istocie złoży pocałunek. Ona już czeka, już nie może się doczekać, by zabrać martwotę ze sobą, by ją uwięzić na wieki, jako zepsutą energię kwantowego świata, który żyć nie pragnął, nie chciał dowieść swego męstwa. W muzeum rozpaczy lśnić będą zwłoki ludzkiej miernoty, lecz ona nie umrze. Nie odejdzie w przywileju dziękczynienia. Nikt nie wybaczy tej zdrady, doktorze. Żyć będą w swoim królestwie na wieki wieków, rzucając się jak owad w pajęczynie, bowiem w każdej chwili ich lęki żerować na nich będą, będą trawić to, czym byli. Byli zniszczeniem, będą zniszczeni. Byli sobą, dostaną siebie.

*

Sceny pięknego świata umarły w tęsknocie niepowstałych obrazów. Poezja, matka wszystkiego, co poruszane ruchem w przestrzeni wszelkiego sensu, nieodłączne procesy kreślące rysopis semantycznych zdarzeń, kwitną po raz ostatni, po raz ostatni oddychają dziś, gdy umiera ziemia nieczuła na dotyk poezji. W miodopłynnym państwie dekadenckiej logiki głębszej żeruje jedynie robactwo pełzające po sobie. Niepokój już nie boli. Nie boli już brak wrażliwej istoty na dotyk pierwotnego piękna. Skończył się czas. Czas nie został wykorzystany, bo cóż to znaczy wykorzystać czas. Czas nie musiał być spożytkowany zgodnie z racjonalnym porządkiem. Nie trzeba rano wstawać, nie trzeba w nocy spać. Trzeba tylko jednej umiejętności, trzeba nam było uczyć się zabijać czas. Usunąć jego złowieszczą predylekcję. Czas można zabić tylko w jeden sposób, zabijając siebie. Skoro nie potrafiliśmy zabić czasu, on zgładzi nas.

Doktorze, czy pan wie, ile czasu go wypełnia? Ile jest w panu czasu, niech pan odpowie? Pan jest cały w czasie i w symbolu, lecz w tym, gdzie się pan zagubił, gdzie pan w obawie przed sobą samym nie zaszedł, czas jest tylko wspomnieniem swojego grzechu. Partykularnej wiedzy i kretyńskiej satysfakcji o nobliwej proweniencji.

Zgliszcza mają zapach palonego mięsa i gotującego się w beczce ze smołą człowieka dozgonnie wdzięcznego. Człowieka, którego warto zabić, by odczuć to, czego podświadomie się pragnie. By dotknąć swojej zbrodniczej, wiecznej, ku chwale fizyki kwantowej, natury. Zgliszcza są niecierpliwością w oczekiwaniu na zagładę. Nienarodzony, bestia o niezwykłej sprężystości, jest wyjątkowo niecierpliwy. Jest chełpliwie przywiązany do swej zdrady. Do swego wynaturzenia. Ma w sobie to coś od zarania dziejów, od swego dziada, pradziada gnije w rynsztoku uwłaczającej godności scenerii. Kwiaty taki cwaniak hoduje i myśli, paradoksalnie, że znalazł lekarstwo na zawziętość iluzji.

Patrzą na pana, doktorze, wszyscy zebrani, proszę się nie bać. Powiada się, że czas leczy rany, lecz niedobrze przemyślano ową konstatację. Czas to zło, doktorze, proszę się nie bać.

*

Szczeliny obcowań złudnej rzeczywistości zamknięte zostały już dawno na rozstrzygające momenty artykulacji pojęciowej. Nie istnieje bowiem nic co byłoby pojęciem. Pojęcie wolności, miłości, dobra, piękna, prawdy, wymyka się wszelkim formom pojęciowości formalnej. Nie ma czegoś, co byłoby w stanie udobruchać zapalczywość i ambicje quasi filologów. Wszystko jest wszystkim lub jest niczym. Coś nie jest czymś, jeśli odbiera doświadczeniu całościowemu uczestniczenie każdej z części mentalnej świadomości w swojej istocie. Tak też dobro musi być miłością, pięknem i prawdą…, dobro zaiste wiąże się w pięknie i w miłości…, w wolności odnajdują się spełnienie, cierpienie, niszczenie, a piękno uwielbia zawsze brzydotę. Wszystko wiąże się ze sobą w jednym akcie strumienia przeżyć, lecz tylko to, co wiązać się nie chce, co jest jednowymiarowe, staje się pojęciowe, dlatego pojęciowe jest zabójcą tego, co jest mentalne, bowiem tylko odczucie całości, wspólnej i komplementarnie oddziałującej na siebie czułości, może być poręką porozumienia metafizycznego, która ruch współtworzy poprzez dobieranie składników brakujących w bezpośrednim spotkaniu z tajemnicami życia. Wtedy dopiero skończone wchodzić może w interakcje z nieskończonym, gdy iluminacja dokonuje się na podłożu swobodnego odczuwania świata bez narzucania nań odgórnych form rozumienia go, jak w przypadku obiektywnej, a przez to ułomnej afiliacji.

Uwięziliście mnie tu, lecz czym jest wasze więzienie wobec mojego?

*

Można się zagonić do utraty tchu w poszukiwaniu radości i spełnienia, lecz nigdzie go odnaleźć nie można. Nie ma bowiem zadowolenia tu, w świecie pożądania, materialnej satysfakcji i obłędu przywłaszczenia. Zwodzą ci, którzy krępują was w pułapce literackich asocjacji, wspólnocie zażyłości, tolerancji, którzy obiecują zbawienie, byleby tylko opustoszyć dla nich portfele. Niechże się w tym zgiełku sami kiedyś zgubią, niechże ugrzęzną w nim na zawsze bez waszej aprobaty, bo waszym pragnieniem jest być wolnym ponad złośliwym mamidłem, jakie jest skrzętnie przygotowane już przed narodzinami każdego z was.

Jeszcze się nie pojawiliście na tym świecie, jeszcze oddychacie powietrzem świeżym, górskim powietrzem dobrostanu, gdy was do gnoju wrzucają. Kochani, kurwa rodzice, nauczyciele, pedagodzy, kunktatorzy, oprawcy, smutni orędownicy boskości, wyznawcy jedynego boga, lichwiarze, sprzedajni lekarze, którzy dla zysku wynajdą nowe choroby, parszywi politycy, wolnościowi orędownicy, żałośne medialne wypierdki, mistrzowie kultury, błogosławione maryje, rzeźbiarze Jezusków. Tymi zostaniecie jedynie, tymi się staniecie wśród nich, którym skradziono oczy, bowiem oni patrzeć mogą jedynie na siebie, tylko siebie widzieć pragną, kochać się do szaleństwa chcą ze sobą. Wam jest pogarda pisana w świecie ich lęków, lecz zanim dojrzysz pogardę, zbudujesz dla niej pałac z podziwu, będziesz złotem się otaczać w beznamiętnym uniesieniu swej otumanionej dumy.

Och, karły to są. Karły o życiu mówią najwięcej i karły się boją życia najbardziej. Brzydota maluczkich jest najbardziej efektowna w czasie wojny. Kto nie widzi zła, pragnie wojny. Kto nie umie patrzeć, nie rozpozna piękna, lecz pragnie go ze wszechmiar, dlatego z jednego bieguna na drugi ciągnie, omijając środek, gdzie brzydkie i piękne jedno ma imię.

Co pan sądzi, doktorze?

*

Zostałeś zagadnięty, lecz nie zadawaj jeszcze pytań. Pozwól principium realizacji krążyć jak światło do usprawiedliwienia.

*

W ruchliwej fali wielkiego świata jestem ścięty z nóg przeżyciami mieszczącymi się w zakresie ludzkich poufałości. Za nic w świecie nie udaje się przekonać tej ponurej istoty, by porzuciła krępujące ją więzy. Nie mogłem liczyć na żadne pomyślne rozstrzygnięcie w tej kwestii. Zdany na porażkę, zdecydowałem się wycofać poza margines życia społecznego, poza wszelką dopuszczalną w tym świecie normę prowadzenia egzystencji. Zamilkłem. Zamilkłem na zawsze, tak myślałem, doktorze. Jakże inaczej miałem to pijane życie prowadzić, gdy ani ja im, ani oni mnie nie mają nic do powiedzenia. Przepaść katastrofalna. Wchodziłem pod górę nie po to, by na niej zostawać, lecz by owoce poznania znosić stamtąd na własnych plecach, skoro nieświadomość wzywała, skoro pojawił się chętny, żeby wlać oliwę do ognia sprawiedliwych, których mądrość wniwecz należy obrócić. Potrzebny jest bunt, bunt przejrzysty i śmiertelny, krew na rękach… musimy ją poczuć, bowiem nie można czynić dobra bez zła.

Tam jest piekło, tam jest niebo, tam nie ma życia, które mogłoby przynieść jakikolwiek pożytek komukolwiek. Nie po to się tam idzie, doktorze.

Wędrówki te mogę porównać do wypraw wielkich podróżników, lecz za nic mam ich odkrycia, gdyż jedynie zgubę przyniosły ludności, której nikczemny biały człowiek zechciał zabrać wolność. Zagarniają wszystko, zawsze i wszędzie. Ja zaś odkrywałem siebie, siebie dla innego, dla poruszenia jego zmysłów, potrzeby kontemplacji, analizy wrażeń psychicznych, emocjonalnych i intelektualnych. To miało być objawienie innego par excellence. Oto przychodzi nowy człowiek, który odkryje to, co kurzem było przykryte. Ileż miałem energii, ileż wiary w uzdrowienie martwego. Wracałem zawsze z nadzieją, iż zaistnieje moment dialogiczny we wspólnocie, że otworzą się drzwi wielowymiarowego poznania, które dla kultury jest nie do przecenienia. Jest jej głęboką potrzebą, nieuświadomioną i pragnieniem, którego nie znają, bowiem wszystko, co mają to swój marazm, którego nie opuszczą, gdyż ów człowiek nienarodzony pragnie cierpienia, kocha je dosłownie. Ukochane cierpienie pozwala im bowiem dokonać pomsty.

Ostatecznie zostałem jedynie tubylcem, odrzuconym, proszącym o łaskę, chleb i ziemniaki oraz skomlącym nawet o litość. Takie były tego początki, gdy tajemnice — boskie intuicje uczyły mnie kunsztu bycia człowiekiem nadziei. Młodzieńczy zapał dojrzewał, by stać się sprawiedliwym.

*

Cóż mam powtarzać, doktorze? Mówiłem przecież, że chodziłem i pukałem do każdych drzwi, aby zrobić pożytek z myśli zaklętych w pierwotnej mowie tajemnicy. Było, zaręczam tak, jak powiedziałem. Nie zmyśliłem nawet odrobiny tej historii, bo jakże mógłbym udawać taką chorobę? Czy owo schorzenie może być wybrykiem umysłu, maską zakładaną na co dzień? Pytacie, czy można życie swoje złożyć tej prawdzie bez domagania się satysfakcji? Przecież ja nic od was nie chcę! Nie doświadczam straty ani uszczerbku, bowiem to ja zyskuję pewność siebie na waszym tle, ja nie kwiczę po nocach, ja nie mam snów o własnej agonii, ja istnieję wreszcie poza wszelkim imprintem mentalnym.

Życie to coś znacznie większego, niż jakakolwiek teoria mogłaby ujawnić. Nie można go skonstatować w normach i przewidywaniach algorytmu, bo zostanie unicestwione raz na zawsze. Niewiele brakuje i ludzkość zostanie ogłupiona in toto.

*

Popełniłem błąd, przyznaję. Nie należy ludziom otwierać drogi do wolności. Nie należy w ogóle do nich mówić czegokolwiek o prawdzie. Nic. Trzeba tylko mówić od rzeczy. Za wszelką cenę wystrzegać się zbiorowego nawracania. Podejmowania prób przekonania ich do swoich racji. Kto ma zobaczyć ten zobaczy, kto ma usłyszeć, ten usłyszy, kto chce dotknąć, dotknie, reszta zostanie skazana na wieczne cierpienie i niepowodzenie. Nie ma innej drogi wyjścia. Żadna nauka tu nie pomoże. Nie przydadzą się najlepsi orędownicy mądrości, pokoju, psychologowie pogrążeni w rozważaniach o ludzkiej duszy, eo ipso uwłaczających godności.

Człowiek powstanie wtedy, gdy sam pozna, a pozna wtedy, gdy się go uwolni, by nie zabierać mu tlenu, górskiego powietrza. Niczym zajadłe wilki bronicie swoich racji, lecz wiążecie tych biedaków w uścisku własnej zgryzoty, gardzicie nimi, brzydzicie się nimi, byleby tylko nie zostać sam na sam ze sobą.

Już widzisz różnicę, doktorze? Nie proszę o łaskę, nie proszę o nic, jestem tym, kim miałem być, innym, tubylcem, zakałą wszystkich, enfant terrible. Zostaję do końca, bowiem koniec jest tylko początkiem.

*

Jak to kolejnych sześć miesięcy obserwacji?

*

Odmaszerować! — słyszę z nietuzinkowym nakładem kwiecistej dyplomacji. Ciągle to słyszę, bez przewry. Nie ma dnia, ni godziny, żebym cudu nie doświadczał. Precz, mówią do mnie. Kiedyś zadawałem pytania: Komu mam oddać uczucia skoro nie mogę ich zapisać w równaniu? Dziś patrzę na ten czas z perspektywy wyrozumiałej mądrości. Bez wszelkiej projekcji, bez nacisku, bez ciężaru pogrążającego mnie samego w zuchwałości, której nie potrafiłem dostrzec. Przygnieciony uroczyskiem poznania, jak na dzikim koniu pędziłem przez świat, by żywe głosić. Żywe przychodzi, mówiłem, patrzcie, szydercy, jaki jestem wielki, jak się na rzeczy znam, jak kpię z was, jak się z wami gryzę dla przyjemności, jak jednym ruchem myśli potrafię pokonać wasze złudzenie. Drżyjcie, oznajmiałem. Dlatego pragnęli mnie nieżywi zabić, zniszczyć. Wiele tych bitew stoczyłem, wszystkie przegrałem — wygrałem należycie. Taka była potrzeba tego czasu. Dziś czas już nie znajduje się w przedmiocie moich rozważań. Nie ma czasu, nie ma sensu wracać tam, skoro urodził się człowiek, który umarł dla świata. Tu leży tajemnica istnienia, w tych słowach.

*

Prężność mej istoty była niedyś nieodpartą oczywistością żebraczej aparycji. Gdzie droga, tam i wola, doktorze. Wejście głębiej, w dalsze rejony poznania przyniosło oczekiwane skutki i polepszyło znacznie moje samopoczucie, bowiem wcześniej dostrzegłem, iż mimo ferworu walki, który mi radość przynosił, wracam ciągle do punktu wyjścia. Do czasu, przyczyny wszelkiego zła. Jedno się nie zmieniło, jedno, co jest celem każdego istnienia ze świadomością własnej zagłady, dla czego wreszcie warto żyć i trud wszelki znosić. By poczuć do samej krwi ów zamysł. Miłość, miłość, miłość, otwierająca przed nami tajemnicę innego. Tylko dlatego warto żyć, tylko dla niego…

Kocham ludzi, tylko oni

jeszcze tego nie wiedzą.

*

Order za grzech. To jedyne odznaczenie, jakie mi przyznano. Jestem z niego bardzo dumny, doktorze. Jestem usatysfakcjonowany po tysiąckroć. Nic nie może dać mi większego zadowolenia. Nic ponad to nie może się liczyć, gdyż mogłem zburzyć stary porządek, zniszczyć tę przebrzydłą konsekrację i racjonalizację status quo. Odwrócić losy swego życia raz na zawsze, zwyciężyć w tym swobodnym upadku. Któż mógłby zrozumieć, iż po latach odnajdzie się także wiarygodny sposób, by nauka Chrystusa, z zespołem korektur merytorycznych, znalazła swoje uzasadnienie w praktyce życia. Znajduje, lecz nikt z tych gryzipiórków nie podejmie wyzwania, nie przyjmie błogosławieństwa z ręki świętej wolności, dla której chrzest Jezusowy niewiele może znaczyć. Chrzest przyjmuje bowiem do wspólnoty, pozwala poczuć desygnat, a wolność nie pragnie się chować za murem dogmatycznej ideologii. Nigdy nie znajdzie ukojenia ten, który skłamał wewnątrz siebie, który zdradził racje najwyższe, który się wolnością brzydził. Dlatego wielką myślą może dysponować jedynie osobnik, który burzy, kto przynosi rozłam i nie szuka pokoju, bowiem w pokoju jest grzech obrzydliwy utajniony. Grzech śmiertelny.

Jednak w tym, co obiektywne i niereformowalne taka postawa uchodzi za grzech, bo w mieście umarłych wszystkie pojęcia mają odwrócone znaczenie, wszystko jest zawsze przeinaczone. Jednolite, ponure, głupie, przebrzydłe od chamstwa, które chowają przed sobą samym. Boją się zobaczyć złego i opanować go, zawładnąć nim, by jego części składowe wykorzystać z pożytkiem dla rozwoju żyjących i przyszłych pokoleń. By pozostawić po sobie wiarę i odwagę w możliwości ludzkiego potencjału, piękna elitarnego metafizycznego umysłu, którego siła włada przyrodą, bo nawet koty, z natury niezależne i mroczne, ulegają temu zawołaniu, doktorze. Proszę spytać mojej żony, ona wszystkiemu poświadczy.

*

Zastrzyk? Jak to zastrzyk?

*

Matki są orędowniczkami przemocy. Matki pragną przemocy. Dają pozwolenie na przemoc, bo najsilniejszy dostąpi zaszczytu rozpłodu brzydoty. Matki mają się dobrze, gdy mówią o przemocy, męskiej przemocy, że się nią brzydzą, lecz przyjdzie dzień, gdy im historia wypomni okrucieństwo, którego się dopuszczały i dopuszczają. Wszelkich manipulacji, także przed tępymi — niesprawiedliwymi sądami, które nijak nie mogły rozstrzygnąć, że bestia pozostaje w ukryciu, gdyż zło nosi do dziś imię fizyki, przemocy cielesnej, zaś zawoalowane morderstwa, które doskonale czują się biologicznej świadomości kobiet (z tzw. patologicznego meta poziomu), nieznane dla miernych psychologów, posługujących się teoriami, które nie wychodzą poza swój schemat, święciły i święcą triumfy.

Rozdawały karty po swojemu, bawiły się w życie sprawiedliwe, ale literą przemocy. Ileż osobników padło ofiarą ich fałszu? Ilu nie przyzna mi racji, tylu nie wie nic o ludzkiej duszy.

Uśmiechnięte i wiecznie życzliwe pajęczyce, bez szacunku do prawdy i dobra, któż bowiem mógł tak dobro wypaczyć bez pardonu, skoro w mądrości się kochały. Potajemnie zagrały. Zagrały tajemnicą dla osiągnięcia swojej korzyści. Wykiwały wszystkich do cna. Dziś, gdy cały ten burdel stał się przyczyną upadku cywilizacji europejskiej, gdyż parszywa neomarksistowska kultura panoszy się po świecie jak racja przenajświętsza, tolerancja stawia swój pomnik na agresji, która się wreszcie dokonała, upubliczniła się, zracjonalizowała. Agresji opartej na archetypie matki. Nie widzisz jeszcze, doktorze, jak daleko nam do człowieczeństwa? Nieznana miękka przemoc, którą koniecznie musimy przepracować, w myśl cudownego osiągnięcia cywilizacji — nauki o człowieku!

Matki święcą triumf, bowiem czują się najlepiej we własnym sosie, upodlającym naturę człowieka. Wszystko zaś, co się zwróci przeciwko tej sile drastycznej, zostanie natychmiast odsunięte na bok. Wciąż pokutuje nieświadomość małego człowieka w tych sprawach, że dobro jest na sympatii oparte. Chwała wam, chwała, wielkie, odwróciłyście bieg historii, wzięłyście odwet za wszystkie krzywdy, jakie wam wyrządzono, lecz przyznajcie, nie pragniecie być gwałcone, nie pragniecie tej agresji, przed którą uciekacie? Czy nie ma racji ten, który twierdzi, że kobieta pragnie tej przemocy? Oczywiście, że ma rację. To jedynie sprytny zabieg odwracający uwagę, bowiem o tym, czy jest prawdą, o czym się tu mówi, świadczyć będzie ilość determinant łączących was ze światem. Przyjrzymy się?

*

Cioran mówi, że kobieta nie jest postacią historyczną ze względu na jej brak w udziale rozwoju cywilizacji, teraz przekonamy się, czym jest zło natury kobiecej. Zobaczycie sami.

*

Wszystko zaś, co się obiektywizuje musi kroczyć drogą śmierci, dlatego i ta miernota upadnie, lecz upadnie dopiero w chwili, gdy wszystko znowu zniszczy, bowiem zło z założenia dąży do zniszczenia. Będziemy ponosić w kolejnej epoce konsekwencje myślenia błaznów, prowadzonych jak pies na smyczy przez kolejny obiektywny przesąd.

Historia to zło, winno się uczyć ludzi historii, lecz przy tym także dawać asumpt, we własnej wolnościowej działalności, że koniecznie trzeba wybaczyć oprawcom. W przeciwnym razie nie ruszymy z miejsca. Nigdy.

— Słucham?

— Tak. Jeśli kobieta jest człowiekiem, będzie spać spokojnie.

— Kawy?

— Poproszę.

*

Pokłócą się w powadze chwili historyczne konotacje płci jak małe łobuzy. Gorzka (ze wszystkich) powinność wyjdzie na jaw. Ukaże się bestia w obliczu niemożliwości wszelkiego ruchu, niczym na łożu śmierci. Dokona się przeznaczenie ludzkiego gatunku. Bez przyłbicy z rąk stanie (człowiek) tu przed swoim losem albo unicestwi siebie i całą planetę.

Powoli, gdy już wszystkie te kurwy uporają się ze swoją koszmarną mentalnością, szukającą wytchnienia i przyjemności, przyjdzie wreszcie czas, by człowiek mógł zaistnieć. Nie stanie się to bez historycznego przepracowania ponurych zbrodni, bo każdy, kto czuje przynależność obiektywną — tożsamość z ruchem lub ideą, kto swej wartości nie odnajduje w sobie samym, zawsze będzie się domagał rekompensaty. Za swoją pierdoloną służalczość. Za posługę dla obiektywnego demona pragnąć będą zapłaty ci, którzy kochać nie potrafią dopóty, dopóki będziemy pozwalać tej hołocie na przywilej i swobodę przynależności. Afiliacja niechaj odejdzie od nas bez sentymentu, bowiem przynależeć znaczy tylko: kraść, grabić i gwałcić.

*

Słowa ponure i mgliste niechaj wystąpią już, rozprawimy się z nimi bezzwłocznie, aby myśli ustępujące zwierzęcej mitologii przestały się wreszcie wspierać o zamknięte drzwi. Zbyt długo bowiem przylegały do podniebienia w sali nieszczęśników. Najwyższy czas skończyć z partactwem w sferze ludzkiego doświadczenia i poznania teoretycznego. Nie sposób pojąć tego cyrku boleści, który swój namiot zamierza rozbić nad całym globem, nie pozostawiając nawet skrawka ziemi bez nadzoru przebrzydłego namiestnika, który skurczony w lęku przed wolnością doborowo dzierży bat błądzenia. Gdyby tylko raz jeden miłość rozświetliła drogę marnemu człowiekowi, nigdy nie opuściłby swego domu pierwotnego, a pokarm złowieszczy, siłę pieniądza i władzę, pozostawiłby nędznikom, śpiewającym okrutne pieśni, tarzającym się w goryczy swych niepowodzeń i zgryzoty.

*

Coraz chłodniejsza jest muzyka, godność nie może złapać tchu, dźwięki kreują odrębności zeskakując z ukłonem nieuświadomionych przeprosin, zaostrzają apetyt pasażem smutnej satysfakcji. Wszystko boli wszystkich i wije się bez celu, bez wiary, bez nadziei. W beznadziejności jest jednak nadzieja, doktorze, powiadam panu, lecz wątpię, by to, co mówię, było na miarę pojętności ich umysłów. Nie należy liczyć na nic, nic nie musi pozostać wzorcowo określone, tylko poczucie beznadziejnego losu może wzbudzić w człowieku pęd ku wolności, do przewyższenia tego stanu, do wyrwania się ze szponów tej okrutnej siły, co skrzydła ludzkie skrępowała racjonalnym wyjałowieniem.

Na każdej ulicy chodzi płacz przez śmiech, chodzi zwierzę, które człowieka nie znalazło w sobie, obelżywie udając dobroć, zakapturzony, rozebrany, tańczący, pusty w środku, to boli, to boli, doktorze, gdy otwierają brudne ryje, gdy cedzą zatęchłe frazesy, co u ciebie, co słychać, a wiesz? — w tym zgiełku swędzącej ich zbrodni nie mogę żyć, nie mogę się odnaleźć, na nic me życie w tym świecie, gdy je mam prowadzić bez przywileju bycia człowiekiem. Proszę mnie zrozumieć!

Najmniejsza uwaga, najmniejsza porządnie skonstruowana dygresja zaraz przenosi na mnie ich podłość, ich serca okrutne, nieprzywykłe do refleksji, drżą na samą myśl o przybyciu innego. Niechże się raz na zawsze skończy ten kuriozalny eksces, bo nawet minimalnego, najdrobniejszego pożytku świat mieć z nich nie może. Cóż po nich? Nicość. Niech odejdą albo ja niech skonam, jeśli się mylę.

*

W głębokiej studni zanikł element porządkujący. Zasnął w mauzoleum wrażeń estetycznych pod dyktando życiowej konieczności. Już dawno powinniśmy się tym zająć. Obudzić siły drzemiące w nas. Dotknąć tego grzechu, bowiem jest to grzech, gdy się brzydzimy samych siebie, gdy boimy się zobaczyć, kim jesteśmy. Kim pan jest, doktorze? Niechże pan odpowie! Powiem panu, jest pan tylko lizusem na służbie instytucjonalnej zgryzoty, która skalała imię tego, co najprężniejsze w istocie człowieczej. Zamknięty w ohydnej zadumie, z notesikiem i krawacikiem, widzi pan tylko to, co widzą jemu podobni. Nieświadomość zamyka się przed panem. Nie może jej pan nawet dotknąć, nawet polizać. Pan nie istnieje, a gdzie pan niby jest? Tu? Tu są tylko pańskie zwłoki w białym kitlu z umysłem ukształtowanym przez obiektywną strukturalność. Jeśli zgodził się pan na przyjęcie tych zasad złowieszczych, bowiem nie znalazł powodu, by do prawdy zmierzać drogą naturalnego porządku, to znaczy, że jest pan tchórzem, a tchórz, cóż… wiemy wszyscy, co zrobi tchórz z takimi jak ja…

*

Grzech został bardzo dobrze pomyślany. Grzech przychodzi bowiem w innym. Inny zaś jest dotknięciem poza tym, co etyczne i obiektywne. Inny grzeszy już przez samo swoje istnienie. Nie domaga się jednak zadośćuczynienia. Inny, prawdziwy i jedyny ma klasę, nie skomle, nie prosi o łaskę i możliwość uczestniczenia. On uczestniczy poza słowem i wszelkim grzechem — musimy zrozumieć ten paradoks, bowiem jego świętość uzasadnia samo milczenie. Grzech innego jest aktem jego odkupienia. Tylko wówczas może zostać odzyskany — jego istota, głęboka i ukryta daleko poza jego rozumowaniem, gdy zgrzeszy, gdy sprzeciwi się sobie, a to zaś, co w sobie pozostaje, jest zawsze tylko zwierzęce, obiektywne.

Inny dlatego tylko poza sobą może czuć wszystko, aby siebie nie doświadczać, jako ukrytej przyczynie niepowodzeń. Wstaje przez to z kolan, gdy jego sens odzwierciedla nie jego, ale wspólne, lecz zarezerwowane dla jego unikatowej formy, w jakiej się materializuje. Reprezentuje osobliwe i subiektywne, w przeczuciu wielowątkowości wrażeń, które odbierają jego rezonatory zmysłowe i psychiczne. Odczuwa logos wszechświata tylko poprzez własną śmierć — panią wolności, a skoro wszystkim ona służy, jest w tym zakresie obiektywna, lecz skoro samemu przychodzi umierać — subiektywnie się odwzajemnia wybranym, którzy kochać pragną. Tak, doktorze.

Dlatego odszukuje się zawsze mentalnie, dlatego bezbłędnie rozpoznaje złudzenie i potrafi inicjować działania w zależności od sytuacji, która go zastaje w rzeczywistości, aby wartości tego systemu nie zwróciły się przeciwko sobie. Inny jest kamerdynerem i odźwiernym. To zwykły sługa, prawie jak ksiądz, tylko lepszego rodzaju, poza desygnatem. Inny widzi wszechświat, scala się w nim, niemal jak wszystkie zwierzęta w środowisku naturalnym, każde przecież inne, lecz mówiące jednym głosem, acz w tym wypadku biologicznego uczucia.

Mówiłem wcześniej doktorowi, jak przywoływałem koty? Pełzały u moich stóp. Dotykałem wtedy nieprzeniknionego, to niepojęte doznanie. Inny ma jeszcze coś w zanadrzu. Tajną broń. Jest bezczasowy. Inny nie zna struktury czasu tak jak Tischner nie znał innego. Tischner gwałcił inność, zawlekł ją do rynsztoka, nic nie wiedział o nim.

Dykteryjka, doktorze, pozwoli pan. Einstein mógł cokolwiek powiedzieć o czasie, bowiem wyzwolił się spod jego wpływu. Wpływu czasu psychologicznego, który znamionuje złowieszcze libido dominandi, zwracałem już na tą kwestię uwagę.

Inny jest także zbrodniczy sam przez się, gdy wchodzi w relację z rzeczywistością. Nie można go naśladować, nie można się w nim przeglądać. Budzi zatem grozę i zawiść. Jest niezbadany dla motłochu i tandety wspólnotowego przesądu — podlegającego — tak, brawo — wpływowi czasu, doktorze. W prost nie mogę uwierzyć, iż nie wie pan nic o czasie. Chciałbym powiedzieć, że to skandal. Milczę, milczę już. Nie trzeba zastrzyku.

*

Kiedyś to wszystko rozważałem, rozbijałem na części, analizowałem, traktowałem jak wprawki techniczne służące prowadzeniu dobrej egzystencji. O każdej jednej części ludzkiej psychiki mogłem rozprawiać godzinami. Od świtu do zmroku, na okrągło. Teraz jednak mam to gdzieś, wolę żyć bez narzucania się innym. Mam ich tylko odrzucić, odepchnąć od siebie, a przez to zastawić w nich siebie, bowiem nikt nie będzie bardziej wdzięczny, niż człowiek, któremu się na głowę nie zwalamy ze swoim przebrzydłym objawieniem obiektywnego światopoglądu.

Dlatego mogę powiedzieć, jak w jednym z wierszy, który napisałem wtedy, gdy myślałem, że jestem zdrowy, ale już wtedy chorowałem, bowiem żyją w tych starych poezjach intuicje, boskie cuda, malowane wianki i wino. Krwią pisane.

Dotknij mojego grzechu

spoczywa na piersi

a potem idź.

Pamięć potrafi być uciążliwa.

*

Jestem dziś nieco bardziej ponury niż poważny, dla nikogo niepojęty, zakochany w obawie, że być może człowiek nie zrozumie kim jestem i jakim sprawom zamierzam nadać znaczenie. To nie jest kwestia uczuć, kto bowiem żyje pod wpływem emocji, ten do życia nie dostał jeszcze powołania. Ulegając kaprysom miernych aksjomatów, ciągnięty przez pociąg do złudzeń, pragnie dla siebie nieszczęśnik zadowolenia. Sam dla siebie jest koszmarem, gdy bowiem spogląda na swoje oblicze, musi stawić czoło wątpliwościom natury moralnej i je natychmiast zgładzić, gdyż z rozkoszą dostrzega w sobie twarz tyrana, na którą patrzy bez wstydu i zażenowania, lecz przecież wie i zdaje sobie sprawę, że jego życie na ma sensu, że jest kompletnie bezużyteczny. To ukryte stwierdzenie jednak nie znajduje w nim rozsądnego przekonania, jego maskarada marzy już tylko o tym, by otoczyć się tłumem niewolników, którzy pełzając u jego stóp będą mieli jedynie szacunek dla pozorów. Najmniejsza dawka prawdy zostanie natychmiast przegoniona, bowiem czymś najgorszym może być dla nich wyzwolenie się od siebie, za to z rozkoszą przyjmować będą niszczenie, schlebianie, czołganie się u stóp swego pana, który jest gwarancja upadku, w nieustającej potrzebie doznania porażki, która jest ich przeznaczeniem. Sam bredzisz.

*

Doktorze, ten dylemat jest dość jaskrawy, oślepiający, lecz także subtelny. Tępej, szarej masie brak życia, brak wiary we wszystko, co robią. Zaszczuci szukają jedynie sposobu, by odreagować, by wziąć to, co im odebrano, choć w rzeczywistości sami odebrali sobie wolność, sami pragnęli zguby dla siebie. Weźmy takiego Ciorana, bo tyle się mówi o jego wybitnej, choć skrajnie sceptycznej wobec życia postawie. Jego narzekaniom nie ma końca, jego życie, innych życie — jak sam twierdzi nie ma sensu, bo mu je ktoś pragnie odebrać. Jednak, dla zrozumienia, proszę zwrócić uwagę, że Cioran żyje. Śmierć mu nie zaszkodziła, przeciwnie, wzmogła jego intencje przetrwania, dlatego, że męstwo natury, o której mówię, zwycięża. Musi zwyciężyć, zawsze.

Cioran głęboko wierzył w przetrwanie, w przeciwnym razie nie napisałby nawet jednego zdania — działa nieświadomość, o której mówię, a tak, możemy z radością obserwować jego zbłąkanie i wskrzeszać tym samym ducha nieskończoności w naszych codziennych praktykach, bowiem tylko ten, kto serce odda temu, co robi — bez reszty, bez opamiętania, dojdzie do miejsca, które spoczywa poza historią. Być poza historią, unieść się ponad zapomnienie… kiedy się to udaje, doktorze? Tylko wtedy, gdy potrafimy zapomnieć. Cioran padł ofiarą własnego złudzenia, dezorientacji, bowiem jego miłość żyje w nas, nie żyłaby, gdyby nami zechciał pogardzić. Ten paradoks jest ważny, doktorze. Ujawnia się zawsze w dążeniu sprawiedliwym i egalitarnym, w dążeniu do prawdy.

Gdyby nam teraz dano gwarancję, iż uczestniczyć będziemy w ponownym — rodzącym się duchu tego, co nastąpi, tak jak wówczas, gdy każdy adept fizyki musi się zapoznać z teoriami Newtona, Keplera, Einsteina, Bohra, bylibyśmy uradowani tym faktem, iż uczestniczymy w dziele tworzenia na drodze rozwoju, gdzie każdy dokłada do już istniejącego to, co zechciał zostawić tym, których kochał, tu, na ziemi. Bez śmierci jest to zupełnie niemożliwe, bowiem tylko śmierć daje nam taką możliwość. Tylko ona.

Spójrzcie, jaka jest wielka, jaka gibka i cudowna. Pojąć to, o czym mówi za życia, jest tym, co mą uwagę zaprząta, bowiem nie jestem szczęśliwy i nie mogę spać spokojnie, gdy się dobrego i jedynego gospodarza naszej egzystencji wyrzuca, jak coś zbędnego i zepsutego. Zostawia się nam natomiast jako pożywkę nędzną naturę zdobywcy, który chce przejść do historii zhańbiony — tak zhańbiony, bo dobra historia zapomni w końcu o tych, którzy żyją w czasie psychologicznym, zepsutym i krwawym. Historia — wszystko co, żyje w czasie biologicznej supremacji, jest złem samym w sobie, bo sam czas jest złem, gdyż czas to zdeterminowana pamięć, powstrzymująca rozwój!

Wyjść poza czas, zostawić czas w spokoju raz na zawsze — oto jest nasze zadanie, doktorze — Miasto Dusz. Dlatego mam obawy, czy ktoś zrozumie, jakim wartościom znaczenie zamierzam nadać, a mówię tylko o czystym szaleństwie, grozie irracjonalności, której bydle schowane za logiką przyrodniczego ubóstwa nie pojmie, nie weźmie pod uwagę. Wszystko, co pozostaje w dobrej historii ujęte jest samo w sobie niezdeterminowane, odwraca się od zgiełku próżności i pychy, eo ipso zwycięża przez śmierć, która składa honory śmiałkom, potrafiącym o niej zapomnieć.

W tym świecie do historii wchodzi, zostaje przyjęte wszystko, co porusza społeczną uwagę — proszę wziąć na to poprawkę, bowiem to, co porusza uwagę wszechświata, nie mieści się w tym, co zbiorowe, lecz przeciwstawne ogólnemu. Zbiorowy Chrystus już dawno umarł, lecz gnostyczny nie umrze nigdy. Czy pan to rozumie? Gdyby stanął przed panem, doktorze, Korczak, wiedziałby pan, o czym mówię. Nie pozwolę na to, by naszym życiem rządził złośliwy determinizm biologiczny. Pierwotna idea konstytucji psychicznej wyraża zawsze porzucenie — oddalenie, nigdy przywiązanie i przywłaszczenie. To jest właśnie dobra historia. Prawo moralne — lex legum. Bezczas.

W każdym razie, nad czym ubolewam, pozostaję w oddaleniu, w półmroku, gdyż mam wrażenie, że pojętność tych małych, skądinąd, umysłów, wyraża uporczywe zaprzeczenie dla prawdy, którą objawiam. Prawdzie wspólnej, której uzasadnienie jest możliwe właśnie przez subiektywny asumpt istnienia. Kto tego naucza? Instytucja? To jest dopiero mrok, przez który przebić się nie sposób. Na razie.

Projekcja? Jak to projekcja…

*

Cenzor ma ręce krwawe od poszukiwania szczęścia w negatywności poetyckich kamieni na brzuchu. Zakulisowych melodramatów pełznących — każdy w innym kierunku, lecz nie do jednego celu. Lubuje się w wyszukiwaniu wszelkiego rodzaju brudu i brzydoty, pod przykrywką których rozgrywa się szeroko rozumiane pojęcie sztuki literackiej, gdzie wybitne jednostki, gloryfikowane przez systemowe normy oprawców zarzucają nieszczęsnego odbiorcę słowotokiem, idącym z duchem historycznych generalizacji, które doprowadzają od setek lat do unicestwienia meta- języka ze sfery publicznego dyskursu i działalności artystycznej.

Kiedy ja cały wysiłek twórczej pracy wkładam w uzbrojenie ładunku emocjonalnego, którego potencjał widoczny jest dopiero po przejściu przez próg wyjściowy — powagę, aby umysłowi zostawić możliwie najwięcej atrakcyjnej pracy analityczno — penetrującej, bowiem w niej się lubuje, a im więcej takiej roboty wykona, tym bardziej sprawnym się czuje, zaś jego zdolności poznawcze stopniowo uwydatniają w nim naturalną głębię, mądrość, subtelność i kulturę wnętrza, klika beznamiętnych orędowników poprawności wypomina mi niedbałość o formę i styl, który rzekomo w literackich asocjacjach zmieścić się nie może, bo nic nie wynika bezpośrednio z przekazu językowego.

Nie może dlatego dziwić, że poziom kultury jest bardzo niski, gdy członkowie tej nieszczęsnej organizacji nie dysponują nawet w minimalnym stopniu atrakcyjnością poznania, o którym mówię. Jakże może coś ulec zmianie w tej materii, gdy poruszając się po powierzchni języka, udając głębokich znawców i szczycąc się swymi sukcesami, pierzchają i obawiają się bezpośredniej konfrontacji z tymi, którzy przyciskając ich do muru, objawiliby ich beznamiętną naturę i autentyczny brak troski o postęp kulturowy. Czymże może być ten świat, gdy nie ma w nim miejsca na osobowości, na ludzi, którzy nie szczędziliby trudu i wysiłku, by przebić się do serca metafizycznego krajobrazu, aby wyjście na powierzchnię emanowało czystością poznania, odwagą, by koniecznie utrzymać dystans z odbiorcą, aby go nie zwodzić, jak tzw. piękna kobieta, quasi estetyką, lecz ułatwić mu wzrastanie w sobie.

W istocie zarzucam wam brak wiary — brak szaleńczego przeżycia siebie w tej unikatowej przestrzeni, a skoro znaleźliście już ciepłe posady, gwarantujące wam spokój i bezpieczeństwo, weźcie pod rozwagę i przyznajcie, że niewiele pożytku może wyniknąć z takiego obrotu spraw, bowiem naturalną koleją rzeczy jest to, iż przestaliście się ekscytować życiem, aby w poczuciu sensu i troski wziąć odpowiedzialność za wspólnotę, niepokojąc ją i zwracając uwagę na palące problemy egzystencjalne.

Wasze powodzenie zależy od elektoratu, którym tym bardziej gardzicie, im bardziej go wabicie do siebie. Biedak, który staje przed wami i kupuje te wybitne dzieła, ma wrażenie, że obcuje z kulturą, a w rzeczywistości dostaje papkę nieznaczącej treści, która upodla i dobija go jeszcze bardziej. Ta niedbałość jest ciągle przyczyną globalnego kryzysu, który powstaje wskutek historycznego nawarstwiania się jednowymiarowej percepcji — skrzywionego oglądu na życie, sztukę, dalej miłość, dobro i piękno. Cóż mogą powiedzieć o sensie istnienia ludzie, którzy całą energię kumulują w działalności stricte partykularnej, jak innych przechytrzyć — myślą, jak ich dopaść pod sztandarem obiektywnego blichtru, ciemnego złudzenia tego świata, który nie wpuści choćby krzty światła w swoje korytarze, aby nie zaszkodzić potencjalnym interesom swojej przebrzydłej korporacji.

Tchórzostwa nie znoszę i brzydzę się nim. Nie ma nic gorszego od zatęchłego robaka, który kradnie ludziom godność w przywileju sympatii wszystko przenikającej. Dewianta w muszce, który znalazł sposób, by wreszcie odetchnąć, ciesząc się, iż wykiwał wszystkich. Wszystkie te wielkie dzieła literatury pięknej są nic niewarte, widać to nie tylko po tych czytających nicponiach, których umysłowy wytrysk zabija w człowieku natychmiast miłość i odbiera chęci do robienia czegokolwiek, lecz przede wszystkim po uśmiechających się twórcach, zagryzających wargi, że zapłacono im za warsztaty pisania lepiejów.

*

Ptaki przestały już mówić. Wróble nie roznoszą pozdrowień, odkąd człowiek zapragnął sławy… z braku wiary w nieśmiertelność, o której mówiłem już wielokrotnie, doktorze. W konwencji, nie tylko literackiej, sprzedaje się ów rozgoryczany łajdak za możliwość podziwu, staje niewolnikiem publiczności, byleby tylko zrekompensować sobie absurd totalnej pustki, które czeka go w czasach upadku boga — złowieszczego tworu, który jakkolwiek by się nie objawił przynosił zgubę, przynosi zgubę.

W tym, co boskie człowiek nie może odnaleźć nic z wolności. Bóg po temu jest z jednej strony ubezwłasnowolniających ludzi bytem zakotwiczonym w iluzji, bądź z drugiej strony złowieszczym szatanem praktyk jeszcze bardziej miernego aksjomatu, jak widzimy to w wolności negatywnej, oderwanej od wzorca aksjologicznego. To, co boskie jest zarazem tym, co diabelskie i na odwrót. W takim świecie przyszło nam żyć, tu, w naszych czasach, ma się rozegrać kulminacja agonii. Wystrzał wulkanicznej ropy wyciekającej z wrzodu, zakopywanego od wieków pod powierzchnią. Byleby nie dotknąć bólu, który zrodzony w psychikach impotentnych jest uosobieniem potrzeby powrotu do raju, z którego, jak niektórzy twierdzą, nasz nieszczęsny bohater został wyrzucony. Nic bardziej mylnego, doktorze. Raj nigdy nie został człowiekowi przeznaczony. By ocalić go od zguby. Tylko śmierć należałoby nagrodzić za jej wspaniałe wiekowe poświęcenie. Jeśli zaś jest darem Boga — jakiejś siły sterującej, to jego widok — obraz jest dalece odbiegającym od wizerunku tego, za co brali go wierzący oprawcy i truciciele ziemskiej atmosfery, bowiem ów Bóg nigdy nie zniżyłby do poziomu ich przebrzydłych praktyk, a już z pewnością nie domagałby się zaistnienia w przedmiocie obiektywnego kultu.

Przeto, doktorze, wielki jest to pomysł, by z Absolutem obchodzić się tak uczciwie, jak się tego domaga. Zostawiając go w spokoju, a tylko poprzez śmierć czynić mu honory, bowiem śmierć jest cichym posłańcem Boga, który nie pragnie zguby człowieka, lecz uczyć go miłości chce praworządnej. Z jaką subtelnością zabrał się do tej roboty. Jakże nie jest napastliwy, jaki cierpliwy i wielki sam w sobie — jak najlepszy mistrz, gdy przyjrzysz się tej teorii, wnet pojmiesz, czym jest. Ale czy kochasz? Czy kochasz z całego serca, czy możesz przysiąc, iż życie swe oddałeś dla tej sprawy największej ze wszystkich? Czy gotów jesteś oszaleć dla dobra wspólnego? Jeśli jest tak jak mówisz, to oni cię rozpoznają, oni tutaj na tych korytarzach zaraz będą wiedzieć, z kim mają do czynienia, bowiem znają jego intuicje, znają boskie kochanki, których nie byli w stanie zadowolić. Czyś dostrzegł istotę mego przesłania? Nie! Nie! Nie!

Kto da wiarę tej idei, skoro dziś jedynie nauka przynosi prawdę o tym, co najpełniej ludzkie. Wolności zaś nie można unaukowić, dlatego wszystkie tego typu zabiegi spełzną na niczym, umrą, wyniszczając do tego cząstkę — być może to naród wybrany — gotową do heroicznego wysiłku, który mimo katastrofalnej sytuacji trwa z uporem przy lex legum, bowiem nie ich życie jest ważne, lecz życie gatunku, przyszłość człowieka dumnego, zdrowego, kochającego.

Tego nam zawsze brakowało. Idei, ale teraz jest idea, jest eliksir, wytwór elitarnego umysłu metafizycznego. Jeśli nie ma idei, a człowiek wierzyć zamierza, wobec narastającego kryzysu, jedynie nauce, jako wiarygodnej przesłance dotyczącej uzasadnienia kierunku wolności, skazuje się na unicestwienie. Niechaj zapamięta, iż nauka może opisać jedynie świat zewnętrzny, w nim zaś nie znajdziemy odpowiedzi na pytania o miłość i dobro, a jak widzimy nawet dzisiejsza psychologia — pseudonauka — takiej odpowiedzi dać nie potrafi, bowiem ludzie są nieszczęśliwi, rozgoryczeni i źli, a już w szczególności, gdy z nią mieli do czynienia.

Gdyby ta wiedza mogła w czymś pomóc, porządek nastałby natychmiast, bo i co stałoby na przeszkodzie? Gdy coś działa, nie ma powodu, by z tego czegoś nie skorzystać. Przyznaj, doktorze. Przerwa? Jak przerwa?

*

Skoro on (człowiek) taki odporny, taki bezwstydnie rozumowy, skoro ja tutaj znalazłem miejsce, bo mnie świat nie potrzebuje, lecz w imieniu wartości najwyższych przemawiać się odważyłem, niechaj się dowie, co jest przyczyną jego upadku, niechaj w mroku tej świetnie zorganizowanej błazenady wyjdzie na świat moje objawienie, że tylko człowiek szalony, człowiek irracjonalny jest kwintesencją istnienia. Żeby każdy wywód nie utknął w martwym punkcie, koniecznie jest przełamanie formy, nie treści. Forma ma być obiektem analizy i koncentracji umysłu na obiekcie w przestrzeni, któremu fizyka daje życie. Unikatowa, nieprzejednana aktywność mocy transcendującej, która odbiera uwagę, uwodzi swoim niepowtarzalnym pięknem i majestatem. Zwraca się przez to nie do rozważań filozoficznych nad istotą i sensem, ale ze rozumieniem przekracza ów prób, wylewając ze skończonego nieskończone, bowiem miłość, jako aktywność in concreto, jest dojrzewaniem ludzkiego gatunku w tym, co on sam nie zauważył, a co otwiera przed nami nieświadomość — twórczość w obrazie jednostkowej wolności. Forma zaś, która nie umniejsza kwestii godności, pozwala nam na możliwość stymulacji własnego potencjału, gdyż otwierając się na jej przyjęcie, dosięgając troski, której nam użyczyła, a wtedy mamy pewność, iż działa w zgodzie ze świętym porządkiem, gdy nie domaga się uzasadnienia obiektywnego, wchodzimy do niematerialnej przestrzeni — poza czasem –, gdzie żyją wszystkie zaspokojone intuicje. Kochanki Boga.

Być poza czasem, nie domagać się akceptacji, znaczy zwyciężyć. To jest to miejsce, jak z wierszy Rilke albo z doświadczenia życia — jako pewnej praktyki historycznej, doktora Korczaka, doktorze. Wszystko inne jest zawsze tylko zniewoleniem.

*

Tylko głębokie przeżycie tej idei pozwoli unaocznić w pełni to, czego ten gatunek potrzebuje, a już z pewnością najmniej potrzebuje przetwarzania teorii i gdybania w stylu Derridy, że kultura zjadła swój ogon. Do tego trzeba ludzi oddających życie perspektywie umysłu aktywnego. Zapewne zna pan takich, doktorze. Nieprawdaż?

Dlatego wlewa się w nas, w cały ten chory świat od wieków, zdobywcze wyobrażenie oblane rumieńcem, które wsiada do wielkiego wozu, zjawiając się w każdym domu. Spokojne o swoją przyszłość, po rozmowie z wisielcem, niszczy twórczy wysiłek umysłu, zanim rozpocznie swoją opowieść.

*

W ostatecznym argumencie ontologicznym.

Bezradnie opuszczone ręce i wargi codziennie rozczarowane przez świat, którego nie macie zamiaru zmienić z uwagi na niebzpieczeństwa, czyhające niepowodzenia i w obawie, że być może spotka was śmierć, upadek, którego nie zniesiecie. Idźcie precz!

*

Wystarczy jedynie człowieka poruszyć, dotknąć do żywego i czekać, chwilę, może dłużej, jeśli nie działa, operację powtórzyć i patrzeć, jak się wali ten mur solidnie na powierzchni ugruntowany, jak rozsypywać się będzie fatalna konstrukcja nieszczęśnika, który ubrał sobie szaty dające mu swobodę poruszania się w meandrach ubogiej kultury — ordynarnego życia wśród innych biedaków, których pragnie jedynie wykorzystać. Zagrać swój żałobny marsz, aby w poczuciu przekonania się o swojej nędznej wartości, stanąć w koszmarnych snach na szczycie padołu łez, którego nie pragnie opuścić.

Ów rzekomo zdrowy i opanowany organizm, szczęśliwy i pełny troski, oznajmiający także publicznie o swojej dobroci, emanujący przy tym fałszywym pięknem wybuchnie nienawiścią czy to skierowaną bezpośrednio na świat zewnętrzny lub też zdecyduje się znaleźć sobie kryjówkę — w zależności od wewnętrznego dynamizmu, by cierpienie wylewać w innej formie niż w skrótowo opisanej sytuacji pierwszej.

Problem ten, doktorze, dotyczy wartości zapożyczonych ze swego nieugruntowanego poznania, czyli ze ściśle i perfekcyjnie zdestabilizowanej gospodarki psychicznej, która wobec zrozumienia zagrożenia czyhającego nań na zewnątrz wybiera dla siebie postać projektującą — odpowiadającą na potencjalne oczekiwania wspólnoty, zawsze w zakresie umożliwiającym zaczajenie się, ukrycie, aby zbrodnia mogła zostać rozgrywana możliwie najdłużej.

Rozgoryczony łajdak nie wystąpi przeciw grupie społecznej, ale się do niej dopasuje. Wklei się w to, co etyczne — obiektywne, by nie odbierać sobie przyjemności z gorszącej aktywności, która bardzo często zostaje zarysowana pod pozorami dobra. Rzadziej rzeczywiście zdarza się, że mamy do czynienia ze złością i agresją dziejącą się hic et nunc, choć i ona się zdarza, gdy obraz nieszczęścia i wewnętrzny konflikt osiąga szczyt — punk graniczny, a przy tym okoliczności nie pozwoliły na choć minimalną rekompensatę absurdu istnienia.

Gdy delikwenta bez twarzy złapiemy, należy bez pardonu obwieścić mu jego łajdactwo. Nie chodzi nam o zaszczepienie w nim uczuć jeszcze gorszych, niż te, które z niebywałą pieczołowitością hodował. Leczymy go przez protest względem jego działań, zwracając mu uwagę na szereg mankamentów z zakresu psychopatologii, nawet jeśli powszechnie sądzi się, iż są to normy obowiązujące w obyczaju. Jego niezadowolenie potwierdzi jedynie nasze przypuszczenia, bowiem w naturalnej i zdrowej, prawidłowo prowadzonej psychice powinien nawet okazać wdzięczność za troskę, jaką mu wyświadczyliśmy.

Opór i walka, tudzież intrygi i pomówienia są tu naturalnym elementem tego doświadczenia, które rozpisywałem już szczegółowo we wszystkich księgach Miasta Dusz. Stajemy się bowiem ofiarą w rękach kata, który być może zechce obrzydzić nam życie najgorszym z możliwych koszmarów. To prawda. Ale wystąpić trzeba i warto, bowiem porządek nie zagości na tym świecie. Nic nigdy się nie zmieni, gdy będziemy wobec bezprawia milczeć, dbając o swój spokój i interesy. Tchórzostwo musi zniknąć z tej pięknej planety, lecz jeśli nie zniknie, zniknie ziemia.

Proszę ten raport traktować jako przepowiednię najgorszego, lecz nie jako szokujący sadyzm.

*

Wyjaśnić teraz należy oznakę rozpoznawczą Jasności — z pośpiechem goniącej me myśli. Zaczerwieniły się trochę. Przechowam tę czerwień jako sympatię nieprzelotną.

Jasność, doktorze, jest przeciwieństwem beztwarzowości, wybrała siebie na ludzkiego Kamerdynera. Czy zdawał pan sobie z tego sprawę?

Szuka się sama dla ciebie, przyjacielu, nie próbując odebrać sobie tego, co zaszczytne.

Ależ skąd, doktorze! Nie ma tu decyzji odmowy i cofnięcia. Prywatne rytuały są zależne od woli przebudzonej świadomości. Wierna jest Jasność sednu sprawy… do zaśnięcia

*

Niechaj otuli nas święty dym. Niech nadejdzie…

Cześć II

Wolność

i

krew

Tyle w tobie

miejsca

dla mnie,

ile słów

moich

znieść

potrafisz

*

Znam tysiące, miliony, miliardy… znam tych, którzy zdradzili ducha. Niechaj ci, którym się teraz powodzi, zapamiętają, iż w dniu śmierci będą skomleć, że nie było ich stać na wypowiedzenie tego, co powiem w tej książce. Będzie to bowiem książka najokrutniejsza ze wszystkich, jakie do tej pory powstały. Brudna, obmierzła opowieść o zapalczywym natchnieniu pseudo człowieka, który miłości nie szanował. Gdy ginąć będą, zjawią się wszystkie skrzętnie skrywane zbrodnie, czarne moce, aby odebrać należność za swoje usługi, które dały im przywilej bezpodstawnego panoszenia się po świecie.

Bąbel nicości pęcznieje. Pachnieć będzie wówczas smród wypieranej prawdy. Zamilkną quasi przyjaciele z Paryża i N.Y. Pogarda wleje się wszędzie. Zajmie każde miejsce, najmniejszą nawet szczelinę. Pogarda do siebie i do tych, którzy pozostali, by udawać, że żyją. Odejdzie życie nijakie, które rościło sobie pretensje, że jest człowiekiem. Przyjdą zjawy. Okrutne i złe, bowiem zło przyciąga siły tożsame. Zobaczysz je. Potępienie. Tego obawia się szara, tępa masa półdzikiego ludu, który brudnymi łapskami rozporządza prawem moralnym czy to w zakresie dogmatycznej ideologii, czy w negatywnej nonszalancji.

*

Świat jest bezmierną mieszaniną iluzji. Iluzji mniej lub bardziej popularnych. Te cieszące się największa estymą znamy wszyscy. Wielu z nas hołduje im, hołdować będzie po kres swojego nędznego i brudnego życia, bo czymże może być tchórzliwe życie złożone w ofierze wulgarnego porządku? Kimże mogą być ci ludzie, którzy jedno imię wyrażają prawdy, jedno widzą piękno, jedno nijakie dobro? Bez względu na dzisiejszy burdel społeczny, gdzie się zdaje niejednemu, iż niepowtarzalną treść niesie jego życie, że jest mistrzem ceremonii, autentycznie oryginalnym tworem kulturowym, powiedzieć należy, iż każdy, kto nie zechce skrzywdzić innych, wyjść naprzeciw ludzkim bolączkom i zadać cios obiektywnej miernocie, nie może mówić, iż jego życie nosi znamiona prawdy, bowiem wyznaje tylko zbiorowe iluzje — społeczne fantazmaty, ugruntowane w katastroficznej tendencji wolności negatywnej. Zaiste znajdą się jeszcze orędownicy tradycyjni, którzy dziś mogą ugrać dla siebie wiele, bowiem oni wystąpią przeciw lewackim zapędom, po temu stworzą nową iluzję, by przywrócić stary porządek, co na kartach historii krwią ocieka i grozą. Jednymi są wszyscy oni, a grzech ich jest jednakowy, bowiem jedno noszą imię.

Jeśli zechcecie szukać odpowiedzi na te nurtujące pytania, bo zakładam, iż niejeden pragnie znaleźć grunt pod stopami, wnet się przekonacie, iż tylko siebie stracić można, schlebiając pobudkom, które uczyniły ich tak nędznymi, że kusić was będą złowrogim powitaniem. Wstępujcie, z nonszalancją i gracją do łajdackiej wspólnoty. Bierzcie i pijcie z siebie wszyscy gorycz, która napełnia kielich potępionych w nieskończoność.

*

Wszystko zaiste opiera się na tworzeniu iluzji, która jest esencją bytu jedynie w tym sensie, w jakim wyraża ono moje osobliwe stanowisko w świecie.

W normalnym świecie i naturalnym porządku wszystkie iluzje ludzkie są na wagę złota. Każda z osobna jest płodna dla siebie i dla wspólnoty w duchu rozłączności. Nikt nie może zawłaszczyć twojej iluzji, bowiem każdy, kto by się odważył śnić nie swój sen, założyłby maskę tchórza, który szuka wytchnienia i nie uzyskałby aprobaty grupy społecznej, która czerpie siłę z samoafirmacji męstwa. Męstwo jest pokarmem wspólnoty, lecz tylko wtedy odkryje się przed nami jego moc, gdy się zniszczy obiektywną wspólnotę ludzi umarłych. Trzeba umieć żyć. Trzeba umieć tworzyć iluzję, lecz nie trzymać ich, a znajdywać sposoby, by w obliczu okoliczności — konieczności, gdzie zachwiane zostają wartości systemu, bowiem zwracają się przeciwko sobie, odejść. Być może przyjdzie inny, który wtargnął w nas, poruszył do tego stopnia, iż znajdujemy powód, by się podnieść w sobie, by przebić się przez miraż psychiczny, wtedy zaiste trzeba iść tam, gdzie niespokojne, niezbadane, nieskończone.

*

Ostateczną formą iluzji jest milczenie. Kto by już tylko milczeć potrafił, ten jest jednią i sensem wszystkiego. Nie nam tu się teraz zastanawiać, czy to możliwe. Milczenie odzywa się w nas myśleniem. I tak długo, jak się życiem narkotyzujemy, nie licząc na społeczną satysfakcję, splendor, tak długo idziemy drogą prawdy, bowiem tylko taka prawda nam pisana.

Prawda, że cudownie okrutna wizja? Nie ma się jednak czego bać, bo mężni ludzie nigdy nie są sami, bowiem zawsze przyciągają do siebie, tych, dla których tlenem jest idea.

*

Żyję między dwoma światami. Między tym, który przyjdzie, jeśli okoliczności pozwolą, który tak dobitnie wylewa się ze mnie, spływa niczym tęsknota nieokreślona, wypełnia moje myśli i słowa nieskończoną żywotnością, a rzeczywistością — obecnością dzisiejszego, acz zamierzchłego absurdu, z którego oków nie udało się nigdy w pełni wyrwać żadnej epoce. Żyję teraz pośród rozpadlin niekończących się udręk. Jak dzielny zuch każdego dnia walczę, by nie utonąć w mizerii egzystencji skanalizowanej wśród przebrzydłych celów, którym przeciwstawiam swoje życie.

Nie potrafię dziś zebrać w sobie mocy interpretacji na tyle silnej, by dobitnie ugruntować swoje stanowisko w tej sprawie, sprawie najważniejszej. Ludzkiej sprawie. Jestem słaby. Dziś odczuwam słabość jako nadzieję. Z tej słabości uczyć się muszę miłości. Z miłości bowiem owej wyrośnie dobre i zdrowe drzewo, gdyż jedynie słabość, która jest świadomością porażki może być gwarancją zwycięstwa. Jestem wdzięczny za tę lekcję losowi, że mi odbiera nie raz i nie dwa przywilej mędrkowania, abym w istocie pamiętał, iż nie słowa są ważne, lecz lot, który będzie wart naśladowania.

*

Zdaje się, iż niejeden z zacnych delikwentów instytucjonalnych wziął sobie do serca słowa Wittgensteina, który powiadał, iż to, czego nie można powiedzieć, trzeba przemilczeć. Zaiste ma on rację, jeśli chodzi o pychę, której przyszłoby na myśl wypowiedzieć tajemnicę, gdyż tajemnica jest tym, co strzeżone i nie każdemu się ją zdradza. To pewne. Nie ma zatem mowy, by język mógł się przebić do źródła, by mógł objawić „ukryte” w obiektywnym doświadczeniu. Przeto język ślizga się pomiędzy tym, co głębsze, mniej głębsze, płytsze, a tym, co prymitywne i wyświechtane, bowiem wszystkie jego zabiegi i próby powiedzenia tego, czego powiedzieć nie może kończą się zawsze niedopowiedzeniem, dlatego łatwo mu popadać w absurd i abstrakcję, co widzimy nader często w naszej codziennej walce z życiem.

Mamy dlatego trudny orzech do zgryzienia.

*

Nikomu bowiem nie można nakazać, by od obiektywnego absurdu uciekał, a każdy, komu to przyjdzie do głowy, wnet się przekona, iż działanie to przyniesie skutki przeciwne od oczekiwanych. Kto zaś nie pije wody ze swego źródła, ten się naraża na zatrucie wodami gnijącymi, bo jedynie woda z tego źródła jest czysta i zdrowa. Ci, co się nią sycą, nie znają cierpienia, bólu, smutku i rozpaczy. Nie lękają się. Nie może się lękać ten, w kim płynie źródło, bowiem jest ono sensem wszystkiego, bezmiernym i nieskończonym, jak idea miłości i dobra. Jakże więc język miałby uzurpować sobie całościowe prawo do mówienia tego, co jest dobre i złe? Jakże język miałby wyrażać niedorzeczne konstatacje w stylu: czcijmy Jezusa? Któż bowiem może czcić Jezusa, jeśli nie ten, kto mu odbierze władzę nad sobą, kto znalazł ścieżkę do wody czystej i nieskażonej wstydliwą, obiektywną ideą. Tego przecież pragnął Jezus gnostyczny. Tego domaga się utracona w naszych dziejach pierwotna struktura psychiczna człowieka. Skazuje nas, czy tego chcemy, czy nie, na samotność i chwała jej wielka za to, bowiem klucz do rozwiązania sensu istnienia spoczywa właśnie w tych, z pozoru trudnych do pojęcia, rozważaniach, które języka nie użyczą na służbę społecznej aprobaty.

*

W błędzie są ci, którzy piękna szukają w związkach frazeologicznych, którzy się podniecają metaforami. W błędzie są ci, którym państwo pozwoliło zadomowić się w instytutach, co zresztą z radością wykorzystują przywłaszczając sobie prawo, ba, orędownictwo w kwestii tego, co jest słusznie powiedziane, napisane… Jaki styl powinien towarzyszyć poetyce nadziei? Tylko trudny. Tylko odpychający formą, z którą poradzi sobie jedynie umysł gotowy do wysiłku, do trudności. Trudności, mierzenie się z nimi, mają moc niezwykłą. Są właśnie sensem wszystkiego. Nie ma żadnego powodu, by swój wywód literacki obłaskawiać powierzchowną normą ujednolicającą język, gdyż każdy akt sympatii z człowiekiem musi się zwrócić przeciwko nam. Sympatyzować z kimś, powiadam, znaczy gardzić nim.

*