Wydawca: Karakter Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast ebook

Filip Springer

4.4375 (16)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast - Filip Springer

Trzydzieści jeden miast, kilkadziesiąt zajmujących opowieści.Filip Springer przejechał cały kraj od Słupska po Krosno i od Suwałk po Wałbrzych, żeby zobaczyć, jak żyje się dziś w miastach, które w 1999 roku utraciły status stolicy województwa. Poznał ich historię, rozmawiał z mieszkańcami. Spotykał przedsiębiorców, artystów, aktywistów i nauczycieli. Zaglądał do lokalnych warsztatów i kafejek, odwiedzał upadłe fabryki i prężnie rozwijające się firmy, dworce i McDonaldy. Pytał ludzi o to, z czego są w swoim mieście dumni, co ich cieszy, a co chcieliby zmienić. Z książki wyłania się niejednoznaczny, migotliwy obraz Polski – gdzie wszystko może się zdarzyć i nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Wśród bolączek, trosk i nadziei bohaterów reportażu można odnaleźć także te, które są udziałem mieszkańców całej Polski – i tej małomiasteczkowej, i wielkomiejskiej. Zapraszamy na kanał vimeo - można podejrzeć efekt końcowy.

Opinie o ebooku Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast - Filip Springer

Fragment ebooka Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast - Filip Springer

Pro­log

 

– A może mi pan po­wie­dzieć – za­bul­go­tał głos w słu­chaw­ce – na cho­le­rę to panu?

– Wy­ru­szam w po­dróż – od­po­wie­dzia­łem – więc po­trze­bu­ję mapy.

– Aha, to po­wo­dze­nia ży­czę. Ju­tro wy­sy­łam.

Prze­sył­ka przy­szła kil­ka dni póź­niej, w zwy­kłej sza­rej ko­per­cie, wy­ło­żo­nej od środ­ka kil­ko­ma war­stwa­mi fo­lii bą­bel­ko­wej. To było tro­chę dziw­ne, prze­sad­ne. Cho­dzi­ło prze­cież tyl­ko o sta­rą, pod­nisz­czo­ną mapę war­tą rap­tem kil­ka zło­tych, może na­wet mniej niż na­kle­jo­ny na ko­per­tę zna­czek. Po pro­stu ja­kąś cenę trze­ba było po­dać.

Wy­dru­ko­wa­no ją w 1976 roku. Na okład­ce jest kon­tur kra­ju po­dzie­lo­ne­go na czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Ty­tuł Pol­ska Rzecz­po­spo­li­ta Lu­do­wa. Mapa ad­mi­ni­stra­cyj­na. Na­tych­miast przy­kle­iłem ją do ścia­ny i za­czą­łem uważ­nie oglą­dać.

Roz­po­czy­nam po­dróż, tak jak trze­ba, od mapy. Tak lu­bię naj­bar­dziej. Moc map tkwi w tym, że nie za­zna­czo­no na nich lu­dzi. Prze­strzeń jest w nich spro­wa­dzo­na do dwóch wy­mia­rów, ale moż­na ją so­bie przy­naj­mniej wy­obra­żać bez prze­szkód. Nikt nie za­bu­rza ob­ra­zu. Dro­gi, uli­ce, pla­ce, całe wsie, a na­wet mia­sta są ide­al­nie pu­ste, a przez to czy­tel­ne. Ob­co­wa­nie z mapą to ob­co­wa­nie z prze­strze­nią, któ­rą ma się cał­ko­wi­cie na wła­sność. Moż­na z nią zro­bić, co się chce. Mapa łu­dzi wol­no­ścią, obie­cu­je swo­bo­dę, zwal­nia z obo­wiąz­ków. Im jest do­kład­niej­sza, tym ła­twiej jej uwie­rzyć.

Jest tyl­ko je­den pro­blem – wszyst­kie mapy kła­mią. Tak było od ich sa­me­go po­cząt­ku.

To oczy­wi­ste, bo prze­cież nie da się prze­nieść po­wierzch­ni kuli na płasz­czy­znę w taki spo­sób, by unik­nąć znie­kształ­ceń. Wie­dział o tym już sta­ry do­bry Pto­le­me­usz. Swo­je naj­waż­niej­sze dzie­ło – Geo­gra­phi­ke hy­phe­ge­sis („Wpro­wa­dze­nie do kre­śle­nia map”) – po­dzie­lił na osiem ksiąg. W pierw­szej szcze­gó­ło­wo omó­wił me­to­dę pro­jek­cji po­wierzch­ni zie­mi na płasz­czy­znę i wy­zna­cza­nia siat­ki współ­rzęd­nych. W ko­lej­nych sze­ściu opi­sał świat. W ostat­niej wy­ło­żył za­sa­dy przy­świe­ca­ją­ce mu przy kre­śle­niu map kon­kret­nych re­gio­nów. Za­uwa­żył, że po­szcze­gól­ne kra­iny na­le­ży opi­sy­wać ina­czej niż cały świat, uży­wa­jąc in­nych me­tod i go­dząc się na inne kom­pro­mi­sy.

Że spoj­rze­nie z bli­ska rzą­dzi się in­ny­mi pra­wa­mi niż spo­glą­da­nie z da­le­ka.

Dla te­re­nu Pol­ski szcze­gól­nie waż­na jest Księ­ga III. Opi­su­je ona Bry­ta­nię, Hisz­pa­nię, Ga­lię, Ger­ma­nię, Re­cję, Pan­no­nię, Ili­rię i Dal­ma­cję. Tam, na kar­cie po­świę­co­nej Ger­ma­nii, w mię­dzy­rze­czu Istu­la flu­uius, Via­dus flu­uius i Su­enus fu­uius (bie­gną­cych rów­no­leż­ni­ko­wo) umiej­sca­wia Pto­le­me­usz kil­ka miast. Są to: ru­gium, stur­gium, astu­alis, se­ti­da i ca­li­sia1. To była pierw­sza mapa tych ziem, żad­nych wcze­śniej­szych nie mamy.

Jest jed­nak kil­ka pro­ble­mów ze świa­tem Pto­le­me­usza. Na­uka od lat zaj­mu­je się wy­ty­ka­niem mu błę­dów. Po pierw­sze – to, czym dys­po­nu­je­my, to śre­dnio­wiecz­ne in­ter­pre­ta­cje jego dzie­ła, ża­den ory­gi­nał mapy skon­stru­owa­nej na pod­sta­wie jego opi­su nie za­cho­wał się bo­wiem do na­szych cza­sów. Wczy­tu­jąc się w dzie­ło alek­san­dryj­skie­go geo­gra­fa, i tak uda­ło się jed­nak spo­ro usta­lić. Jed­nym z jego naj­więk­szych grze­chów było znacz­ne po­więk­sze­nie Mo­rza Śród­ziem­ne­go (w osi rów­no­leż­ni­ko­wej). Mo­rze Pto­le­me­usza roz­le­wa się po pro­stu za­chłan­niej niż w rze­czy­wi­sto­ści. To po­cią­gnę­ło za sobą dal­sze znie­kształ­ce­nia ob­ra­zu ca­łej Eu­ro­py (na jego roz­grze­sze­nie moż­na je­dy­nie po­wie­dzieć, że to znie­kształ­ce­nie prze­trwa­ło na wie­lu ma­pach aż do XVII wie­ku).

Po­nad­to uj­ścia rzek czar­no­mor­skich prze­su­nął Pto­le­me­usz o całe dwa stop­nie ku pół­no­cy. Po­dob­nie zro­bił z uj­ściem Istu­la flu­uius, w któ­rej ba­da­cze dość zgod­nie roz­po­zna­li Wi­słę. Co wię­cej, Pto­le­me­usz nie miał po­ję­cia o ist­nie­niu Mo­rza Bał­tyc­kie­go, za­mknię­te­go od pół­no­cy Pół­wys­pem Skan­dy­naw­skim. Scan­dia to u nie­go rap­tem czte­ry małe wy­spy rzu­co­ne na bez­miar bez­i­mien­ne­go oce­anu. Wschod­nią część Ger­ma­nii i znaj­du­ją­cą się na wschód od Wi­sły Sar­ma­cję wy­peł­nił gó­ra­mi Alań­ski­mi, Ry­fej­ski­mi i Hi­per­bo­rej­ski­mi. Do­praw­dy do dziś nie spo­sób dojść, któ­re gór­skie łań­cu­chy miał na my­śli.

Na tym jed­nak pro­ble­my się nie koń­czą. Pto­le­me­usz wy­mie­nił po­nad osiem ty­się­cy sto nazw geo­gra­ficz­nych. Po­ło­że­nie tyl­ko kil­ku­na­stu z nich, tych naj­bliż­szych jego ro­dzin­nej Alek­san­drii, po­tra­fił okre­ślić na pod­sta­wie dłu­go­ści i sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej. Były to mię­dzy in­ny­mi Mar­sy­lia, Rzym, Sy­re­ne (Asu­an) i Ro­dos. Na­niósł je więc na swo­ją siat­kę kar­to­gra­ficz­ną, a póź­niej przy­stą­pił do za­zna­cza­nia na niej ty­się­cy in­nych to­po­ni­mów. Ich po­ło­że­nie wy­ty­czał, ob­li­cza­jąc od­le­głość i kie­ru­nek od miejsc wcze­śniej opi­sa­nych. Za jed­nost­kę od­le­gło­ści na lą­dzie uznał krok, na mo­rzu były to dni że­glu­gi. W ten spo­sób prze­strzeń na ma­pie Pto­le­me­usza zmie­sza­ła się z cza­sem.

Na­kre­ślo­ny przez alek­san­dryj­czy­ka świat ma jesz­cze jed­ną kło­po­tli­wą ce­chę. Im bar­dziej od­da­la­my się od jego cen­trum, tym sta­je się mniej do­kład­ny. Swo­je wia­do­mo­ści o da­le­kich kra­inach czer­pał Pto­le­me­usz nie tyl­ko od swo­je­go wiel­kie­go mi­strza Ma­ri­no­sa z Tyru, ale też od kup­ców od­wie­dza­ją­cych Alek­san­drię. Prze­strzeń na jego ma­pie nie jest więc wy­ni­kiem pre­cy­zyj­ne­go po­mia­ru, ale ra­czej po­wta­rza­ną z ust do ust opo­wie­ścią. Jak­by tego było mało, do­wie­dzio­no, że Pto­le­me­usz w swo­im dzie­le du­blu­je na­zwy nie tyl­ko miej­co­wo­ści, ale i ca­łych kra­in. Dzie­je się tak dla­te­go, że dla ziem po­łu­dnio­wych przyj­mu­je opi­sy i opo­wie­ści idą­cych od po­łu­dnia, a dla pół­noc­nych – tych, któ­rzy wę­dro­wa­li z pół­no­cy. W ten spo­sób Pto­le­me­usz kreu­je sztucz­ne geo­gra­ficz­ne byty, któ­re nie znaj­du­ją po­twier­dze­nia w rze­czy­wi­sto­ści. Zo­sta­ły mu po pro­stu opo­wie­dzia­ne dwa razy.

Wąt­pli­wo­ści tra­wią tak­że ba­da­czy po­chy­la­ją­cych się nad mapą obej­mu­ją­cą swym za­się­giem te­ren dzi­siej­szej Pol­ski. Nie miał ich wpraw­dzie Jan Dłu­gosz – czy­ta­jąc ją, bez wa­ha­nia roz­po­znał w ca­li­sii po pro­stu Ka­lisz, czy­li Po­lo­niae ci­vi­ta­tum ve­tu­stis­si­ma. Inni po­szli za nim. Zna­leź­li się jed­nak i scep­ty­cy. Prze­li­cza­no więc z mo­zo­łem Pto­le­mej­skie stop­nie na ki­lo­me­try, po­tem zaś wy­zna­cza­no od­le­gło­ści od punk­tów bar­dziej pew­nych (ta­kich jak wy­brze­że Bał­ty­ku czy mia­sto Ke­la­man­tia nad Du­na­jem). Pró­bo­wa­no też wią­zać za­zna­czo­ne na ma­pie miej­sco­wo­ści z ple­mio­na­mi, o któ­rych pi­sał Ta­cyt.

Nie ma więc pew­no­ści, czy to, co zna­la­zło się w dzie­le Pto­le­me­usza, rze­czy­wi­ście jest od­wzo­ro­wa­niem prze­strze­ni. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że kon­kret­ne, wy­mie­nio­ne przez Pto­le­me­usza mia­sta i kra­iny są ra­czej ar­chi­pe­la­giem by­tów za­wie­szo­nych nie tyl­ko w prze­strze­ni, ale rów­nież w cza­sie. Tak ro­zu­mia­na i czy­ta­na mapa Pto­le­me­usza sta­no­wi­ła­by ob­raz nie­zli­czo­nych opo­wie­ści, ja­ki­mi ob­da­ro­wy­wa­li geo­gra­fa kup­cy przy­by­wa­ją­cy do Alek­san­drii.

Moja mapa też kła­mie. Nie tyl­ko dla­te­go, że przed­sta­wia po­dział na tych nie­szczę­snych czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Pro­blem tkwi o wie­le głę­biej. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku lu­do­we Woj­sko Pol­skie usi­ło­wa­ło ukryć po­ło­że­nie i praw­dzi­wy kształt Pol­ski. Cho­dzi­ło o to, by utrud­nić wro­gom in­wa­zję z cza­ją­ce­go się na za­cho­dzie złe­go NATO. Naj­wy­raź­niej za­kła­da­no, że na­jeźdź­cy będą ko­rzy­stać z kra­jo­wych wy­daw­nictw kar­to­gra­ficz­nych i po­sta­no­wio­no ich prze­chy­trzyć. Wy­ci­na­no więc z map całe frag­men­ty prze­strze­ni, wpro­wa­dza­no też pew­ne za­fał­szo­wa­nia w od­le­gło­ściach i ukła­dzie za­zna­czo­nych na nich punk­tów. W roku 1965 zde­cy­do­wa­no się dzia­łać w tym wzglę­dzie sys­te­mo­wo i pójść o krok da­lej. Uzna­no, że praw­dzi­we mapy Pol­ski po­trzeb­ne są wła­ści­wie tyl­ko woj­sku. Kraj po­dzie­lo­no więc na pięć ob­sza­rów, któ­rych gra­ni­ce bie­gły z grub­sza wzdłuż gra­nic ów­cze­snych wo­je­wództw. Każ­dy z tych ob­sza­rów od­wzo­ro­wa­no w zu­peł­nie in­nym ukła­dzie współ­rzęd­nych, a współ­czyn­ni­ki tych współ­rzęd­nych utaj­nio­no. W re­zul­ta­cie po zło­że­niu pię­ciu ta­kich ge­ne­ral­nych map Pol­ski nic do sie­bie nie pa­so­wa­ło i nic się z sobą nie łą­czy­ło. Wróg, gdy­by tyl­ko zde­cy­do­wał się na atak, miał nad taką ukła­dan­ką wpaść w głę­bo­ką kon­fu­zję i za­rzą­dzić od­wrót.

Dzie­sięć lat po wpro­wa­dze­niu w ży­cie „ukła­du 1965” Edward Gie­rek dość spon­ta­nicz­nie i ku za­sko­cze­niu wszyst­kich po­dzie­lił Pol­skę na czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Nie­któ­re z nich zna­la­zły się w dwóch, a na­wet trzech stre­fach od­wzo­ro­wa­nia. Wy­my­ślo­ny przez woj­sko­wych for­tel dzia­łał – żad­na z pu­bli­ko­wa­nych wów­czas map po­dzia­łu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go Pol­ski nie od­da­wa­ła fak­tycz­ne­go kształ­tu wszyst­kich wo­je­wództw. Wśród nich była z pew­no­ścią moja mapa z 1976 roku. Uka­za­ny na niej kształt był pew­ną wa­ria­cją – kom­pro­mi­sem po­mię­dzy pię­cio­ma róż­ny­mi sys­te­ma­mi od­wzo­ro­wa­nia.

Mam więc przed sobą efekt cho­re­go snu ge­nial­nych ko­mu­ni­stycz­nych stra­te­gów. Pla­nu­jąc tę po­dróż, go­dzi­na­mi ga­pi­łem się na mo­zai­kę ko­lo­ro­wych plam, pró­bu­jąc po­łą­czyć jed­ną lo­gicz­ną li­nią wszyst­kie te mia­sta, któ­re były sto­li­ca­mi wo­je­wództw, a dziś już nimi nie są. Nic o nich nie wiem, a bar­dzo chcę się do­wie­dzieć. Żyją w nich pra­wie trzy mi­lio­ny Po­la­ków. Po kil­ku­na­stu pró­bach daję so­bie spo­kój. Za­czy­nam ro­zu­mieć, że mam do czy­nie­nia z ar­chi­pe­la­giem – nie tyl­ko opo­wie­ści, ale i sa­mych miast. Nie da się ich po­łą­czyć jed­ną li­nią. Po­sta­na­wiam po­dzie­lić je na gru­py i po­łą­czyć okrę­ga­mi. Wy­cho­dzi tak so­bie, ale wy­glą­da już bar­dziej obie­cu­ją­co. Mam więc coś na kształt pla­nu (któ­ry wkrót­ce się roz­pad­nie) i coś na kształt mapy. Wszyst­ko, cze­go trze­ba, aby wy­ru­szyć w coś na kształt po­dró­ży.

 

1 Sto­su­ję na­zwy geo­gra­ficz­ne w wer­sjach ła­ciń­skich wy­stę­pu­ją­cych w pięt­na­sto­wiecz­nych opra­co­wa­niach mapy Pto­le­me­usza.

Sza­lom ale­chem

Chełm

– A urząd wo­je­wódz­ki to gdzie mie­li­ście? – py­tam Tom­ka Ci­sło, kie­row­ni­ka Szkol­ne­go Schro­ni­ska Mło­dzie­żo­we­go w Cheł­mie. Po­zna­łem go przez przy­pa­dek, w bi­blio­te­ce. A wła­ści­wie to on mnie po­znał. Pod­szedł do mo­je­go sto­li­ka i bez sło­wa za­czął prze­glą­dać le­żą­ce na nim książ­ki. Po­tem po­wie­dział, że in­te­re­su­ją go lu­dzie za­in­te­re­so­wa­ni jego mia­stem. Te­raz jeź­dzi­my po Cheł­mie, a on mi po­ka­zu­je naj­faj­niej­sze kąty.

– W Gma­chu – od­po­wia­da. – Urząd wo­je­wódz­ki był w Gma­chu.

– W gma­chu cze­go?

– No w Gma­chu.

Bo w Cheł­mie Gmach jest je­den. Wy­star­czy na nie­go spoj­rzeć. Wszyst­ko inne to po pro­stu bu­dyn­ki.

„Cała in­we­sty­cja i pro­jekt były dzie­łem ście­ra­nia się po­glą­dów, były też kom­pro­mi­sem: mię­dzy tra­dy­cją a no­wo­cze­sno­ścią, mię­dzy eklek­ty­zmem na­ro­do­wym i ideą mo­der­ni­zmu” – pi­sa­ła o nim na ła­mach „Rocz­ni­ków Hu­ma­ni­stycz­nych” Bar­ba­ra Li­twin.

Gmach stoi we wschod­niej czę­ści mia­sta, w sa­mym ser­cu osie­dla, któ­re­go bu­do­wa była dru­gą po Gdy­ni in­we­sty­cją mię­dzy­wo­jen­nej Pol­ski. Jesz­cze w 1925 roku w krę­gach rzą­do­wych po­ja­wi­ła się bo­wiem idea, by prze­nieść do Cheł­ma Dy­rek­cję Ko­lei Pań­stwo­wych. Do tej pory znaj­do­wa­ła się w Ra­do­miu, ale ko­le­ja­rze na­rze­ka­li tam na fa­tal­ne wa­run­ki lo­ka­lo­we, in­sty­tu­cja dzia­ła­ła bo­wiem w dwu­na­stu bu­dyn­kach na te­re­nie ca­łe­go mia­sta. Co wię­cej, w no­wych pol­skich gra­ni­cach Chełm był po­ło­żo­ny do­god­niej niż Ra­dom.

De­cy­zja za­pa­dła 22 paź­dzier­ni­ka 1928 roku. Bur­mistrz Cheł­ma Ka­zi­mierz Ma­sta­lerz nie po­sia­dał się z ra­do­ści. Mógł roz­po­czy­nać. Pla­no­wał, że bu­dyn­ki dla ko­le­ja­rzy będą tyl­ko czę­ścią więk­sze­go za­ło­że­nia urba­ni­stycz­ne­go, tak zwa­ne­go No­we­go Mia­sta w Cheł­mie.

W pierw­szym eta­pie za­kła­da­no bu­do­wę gma­chu dy­rek­cji dla sied­miu­set czter­dzie­stu pra­cow­ni­ków, domu miesz­kal­ne­go dla pre­ze­sa (sie­dem po­koi + kuch­nia), trzy­dzie­stu trzech do­mów bliź­nia­czych dla wyż­szych urzęd­ni­ków i blo­ków wie­lo­ro­dzin­nych dla in­nych pra­cow­ni­ków. Naj­mniej­sze, dwu­po­ko­jo­we miesz­ka­nie mia­ło tu mieć sie­dem­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych. Do tego osie­dle pla­no­wa­no wy­po­sa­żyć w am­bu­la­to­rium, łaź­nię i park. Pra­ce ru­szy­ły jesz­cze w 1928 roku. Na pla­cu bu­do­wy po­ja­wi­ły się dwa ty­sią­ce ro­bot­ni­ków. Po­cząt­ko­wo tem­po i roz­mach prac ro­bi­ły wra­że­nie. Jed­nak jesz­cze tego sa­me­go roku, zimą, wy­stą­pi­ły pierw­sze trud­no­ści, któ­re za­czę­ły opóź­niać in­we­sty­cję. Pod świe­żo wznie­sio­ne mury do­sta­ła się woda, któ­ra na­stęp­nie za­mar­z­ła i roz­sa­dzi­ła je od dołu. Po­ja­wi­ły się gło­sy, że wła­dze Cheł­ma nie po­ra­dzą so­bie z tak du­żym przed­się­wzię­ciem i póki moż­na, trze­ba je szyb­ko prze­nieść w inne miej­sce. Jed­no­cze­śnie zza oce­anu do­tar­ły pierw­sze po­wie­wy wiel­kie­go kry­zy­su, fi­nan­so­we źró­deł­ko za­si­la­ją­ce bu­do­wę za­czę­ło wy­sy­chać, rząd nie miał pie­nię­dzy na kon­ty­nu­owa­nie prac. Bu­do­wa zwol­ni­ła, osta­tecz­nie zaś sta­nę­ła w 1933 roku.

„112 gma­chów war­to­ści z górą 20 mil­jo­nów zło­tych stoi pust­ką i nisz­cze­je. Mar­twe mia­sto o 22 uli­cach na te­re­nie 50-cio hek­ta­ro­wym” – pi­sa­li człon­ko­wie Ko­mi­te­tu Oby­wa­tel­skie­go, któ­ry za­wią­zał się w Cheł­mie, by do­pro­wa­dzić do za­koń­cze­nia in­we­sty­cji. Był rok 1936, bu­dyn­ki od trzech lat za­ra­sta­ły już ziel­skiem. Ko­mi­tet przy wspar­ciu fi­nan­so­wym władz mia­sta opu­bli­ko­wał więc pro­pa­gan­do­wą bro­szu­rę, któ­ra mia­ła po­ru­szyć ser­ca i umy­sły de­cy­den­tów w War­sza­wie.

„112 pięk­nych gma­chów za­mu­ro­wa­no na głu­cho, te­ren oto­czo­no bar­je­ra­mi i bud­ka­mi straż­ni­czy­mi, aże­by na­wet ruch ulicz­ny nie za­kłó­cał ci­szy i mar­two­ty na tem cmen­ta­rzy­sku no­wo­cze­snych ruin. I tyl­ko pusz­czy­ki, któ­re za­miesz­ka­ły nie­do­koń­czo­ne gma­chy, stra­szą wie­czo­ra­mi wra­ca­ją­ce do domu dzie­ci”.

W bro­szu­rze po­ja­wia­ją się su­ge­stie, ja­ko­by wstrzy­ma­nie bu­do­wy było skut­kiem wro­gie­go sprzy­mie­rze­nia Ra­do­mia i Lu­bli­na, któ­rych wła­dze źle pod­szep­ty­wa­ły w war­szaw­skich mi­ni­ster­stwach prze­ciw­ko Cheł­mo­wi. Każ­de z tych miast chcia­ło bo­wiem prze­jąć in­we­sty­cję do sie­bie.

„Chełm ma pra­wo do lep­szej doli” – do­da­wa­li au­to­rzy opra­co­wa­nia. „Niech Nowe Pań­stwo Pol­skie, niech Rząd wzo­rem daw­nych kró­lów, da nam nie przy­wi­le­je, ale rów­ne z in­ne­mi mia­sta­mi i zie­mia­mi pol­skie­mi wa­run­ki roz­wo­ju. Małą cząst­kę tego, co ma bo­ga­ty Lu­blin, lub szczę­śli­wy, bo od lat ty­sią­ca nie zna­ją­cy znisz­cze­nia wo­jen­ne­go od nie­przy­ja­ciół, ani ta­kich prze­śla­do­wań Ra­dom”.

Nie wia­do­mo, czy to ta bła­gal­na bro­szu­ra tra­fi­ła do ka­mien­nych serc de­cy­den­tów, czy ra­czej wła­dze ko­lei po­li­czy­ły po­czy­nio­ne już na­kła­dy. Pew­ne jest, że róż­ne mi­ni­ster­stwa roz­pa­try­wa­ły w po­ło­wie lat trzy­dzie­stych al­ter­na­tyw­ne wy­ko­rzy­sta­nie nie­do­koń­czo­nej bu­do­wy. Po­ja­wia­ły się po­my­sły urzą­dze­nia tam ko­szar, staj­ni dla koni, wię­zie­nia, a na­wet klasz­to­ru. Osta­tecz­nie jed­nak po­sta­no­wio­no do­koń­czyć bu­do­wę i za­cho­wać jej pier­wot­ny cha­rak­ter. Pra­ce ru­szy­ły w 1937 roku. Wy­bu­do­wa­no za­rów­no Gmach, jak i domy dla ko­le­jo­wych urzęd­ni­ków i in­nych miesz­kań­ców No­we­go Mia­sta. Za­pla­no­wa­no też osta­tecz­ną prze­pro­wadz­kę ko­le­jo­wej dy­rek­cji z Ra­do­mia do Cheł­ma. Jej datę wy­zna­czo­no jed­nak dość nie­szczę­śli­wie – na 1 wrze­śnia 1939 roku.

W ca­łej tej hi­sto­rii zwra­ca uwa­gę je­den drob­ny ele­ment, wy­czu­wal­ny zwłasz­cza w to­nie przy­go­to­wa­nej przez miesz­kań­ców i wła­dze Cheł­ma bro­szu­ry: „Ra­dość i duma roz­pie­ra­ły ser­ca tych, któ­rzy pa­trzy­li na ro­sną­ce w oczach mia­sto wy­nie­sio­ne rę­ka­mi rze­mieśl­ni­ka pol­skie­go” – pi­sa­li. „Przez wie­ki całe, gdy inne dziel­ni­ce i mia­sta Pol­ski mia­ły moż­ność swo­bod­ne­go roz­wo­ju, my­śmy wciąż zmu­sze­ni byli wal­czyć i na­ra­żać się na znisz­cze­nie”.

W in­nym miej­scu zaś po­ucza­li: „Pla­ny pań­stwo­we nie mogą się zmie­niać z dnia na dzień. Pla­ny są trwal­sze, obej­mu­ją całe po­ko­le­nia. Plan mą­dry – za­si­le­nie pol­sko­ści w Cheł­mie i Zie­mi Chełm­skiej – po­wi­nien być wy­ko­na­ny, bo­wiem tego wy­ma­ga pol­ska ra­cja sta­nu”.

I jesz­cze: „Tak po­waż­ne zwięk­sze­nie in­te­li­gent­ne­go ży­wio­łu pol­skie­go od­bi­ło­by się nad­zwy­czaj do­dat­nio na cha­rak­te­rze go­spo­dar­czym, spo­łecz­nym i na­ro­do­wo­ścio­wym Cheł­ma i oko­li­cy”.

Trze­ba się też wczy­tać w re­la­cje pra­so­we z pierw­sze­go spo­tka­nia bur­mi­strza Cheł­ma Ka­zi­mie­rza Ma­sta­le­rza z wo­je­wo­dą lu­bel­skim Sta­ni­sła­wem Mo­ska­lew­skim jesz­cze w 1925 roku. Wo­je­wo­da za­pew­nia tam, że „rząd do­ce­nia zna­cze­nie Cheł­ma jako waż­ne­go ośrod­ka pol­sko­ści wschod­niej po­ła­ci wo­je­wódz­twa lu­bel­skie­go”.

Pol­ski rze­mieśl­nik, pol­ski in­te­li­gent­ny ży­wioł, za­si­la­nie pol­sko­ści, ośro­dek pol­sko­ści. I gru­be mi­lio­ny zło­tych wy­da­ne na mia­stecz­ko, któ­re pod żad­nym wzglę­dem nie mo­gło się rów­nać z Gdy­nią – pol­skim oknem na świat. Moż­na od­nieść wra­że­nie, że w po­my­śle prze­nie­sie­nia ko­le­jo­wej dy­rek­cji do Cheł­ma nie cho­dzi­ło tyl­ko o do­god­niej­sze po­ło­że­nie mia­sta i lep­sze wa­run­ki miesz­ka­nia i pra­cy dla ko­le­ja­rzy. Że za in­we­sty­cją stał jesz­cze je­den, ciut bar­dziej za­wo­alo­wa­ny cel. A być może ja­kaś for­ma stra­chu.

W 1914 roku lud­ność Cheł­ma wy­no­si­ła 26 380 miesz­kań­ców, czte­ry lata póź­niej tyl­ko 16 265. Mia­stu uby­ło dzie­sięć ty­się­cy oby­wa­te­li. Je­rzy Kło­czow­ski w Za­ry­sie hi­sto­rii roz­wo­ju prze­strzen­ne­go Cheł­ma pi­sze, że zmia­ny tej nie moż­na tłu­ma­czyć tyl­ko i wy­łącz­nie stra­ta­mi wo­jen­ny­mi. Że stoi za nią od­pływ pew­nej bar­dzo kon­kret­nej gru­py lud­no­ści.

Bo Chełm miał być „ukra­iń­skim Pie­mon­tem”. Na ten po­mysł wpa­dli nie­miec­cy po­li­ty­cy i woj­sko­wi, któ­rzy pod ko­niec pierw­szej woj­ny świa­to­wej uzna­li, że dla po­ko­na­nych Nie­miec ko­rzyst­ne bę­dzie po­wsta­nie i wspie­ra­nie „nie­za­leż­nej” Ukra­iny – mia­ła sta­no­wić prze­ciw­wa­gę za­rów­no dla od­ro­dzo­nej Pol­ski, jak i bol­sze­wic­kiej Ro­sji. To wła­śnie dla­te­go 9 lu­te­go 1918 roku pań­stwa cen­tral­ne za­war­ły w Brze­ściu nad Bu­giem „po­kój chle­bo­wy” z pro­kla­mo­wa­ną wła­śnie Ukra­iń­ską Re­pu­bli­ką Lu­do­wą. Jed­nym z jego po­sta­no­wień było od­da­nie Ukra­iń­com czę­ści zie­mi chełm­skiej, za­moj­skiej, hru­bie­szow­skiej i to­ma­szow­skiej. Usta­le­nia nie obo­wią­zy­wa­ły jed­nak zbyt dłu­go. W li­sto­pa­dzie 1918 roku wszyst­kie te zie­mie zo­sta­ły wcie­lo­ne do Pol­ski i za­ję­te przez pol­skie woj­sko. Ci, któ­rzy cie­szy­li się z po­ko­ju za­war­te­go w Brze­ściu, uzna­li, że bez­piecz­niej bę­dzie prze­nieść się na wschód.

Nie­smak jed­nak po­zo­stał. Przez na­stęp­ne lata wła­dze w War­sza­wie za wszel­ką cenę pró­bo­wa­ły udo­wod­nić, że pol­skość tych ziem jest bez­dy­sku­syj­na. Wy­po­wie­dzia­ły więc woj­nę pra­wo­sław­nym i gre­ko­ka­to­li­kom. W pierw­szych po­wo­jen­nych la­tach, do 1920 roku, Cer­kiew pra­wo­sław­na na sa­mej Chełmsz­czyź­nie stra­ci­ła trzy­sta dwa­dzie­ścia ze swych trzy­stu osiem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu świą­tyń. Po­nad sto obiek­tów prze­kształ­co­no wów­czas w ko­ścio­ły, a resz­tę znisz­czo­no lub prze­zna­czo­no na cele go­spo­dar­cze. W sa­mym Cheł­mie wy­bu­rzo­no aż czte­ry cer­kwie. Ka­te­drę pra­wo­sław­ną prze­ka­za­no Ko­ścio­ło­wi rzym­sko­ka­to­lic­kie­mu. Przy oka­zji spro­fa­no­wa­no znaj­du­ją­ce się w jej pod­zie­miach gro­bow­ce ksią­żąt ha­lic­ko-wo­łyń­skich oraz pra­wo­sław­nych i unic­kich bi­sku­pów. W 1924 roku wpro­wa­dzo­no uchwa­łę ję­zy­ko­wą za­ka­zu­ją­cą uży­wa­nia ję­zy­ka ukra­iń­skie­go w ad­mi­ni­stra­cji i szkol­nic­twie na wschód od li­nii Cur­zo­na. W tym sa­mym roku inna usta­wa wy­łą­czy­ła Lu­belsz­czy­znę z ob­sza­ru, gdzie do­zwo­lo­ne zo­sta­ły szko­ły dwu­ję­zycz­ne. Dzie­sięć lat póź­niej w Cheł­mie i oko­li­cach prze­pro­wa­dzo­no ak­cję czysz­cze­nia pa­ra­fii z za­an­ga­żo­wa­nych po­li­tycz­nie du­chow­nych, a w 1938 do­koń­czo­no dzie­ła znisz­cze­nia, li­kwi­du­jąc „zbęd­ne cer­kwie” (znisz­czo­no wte­dy sto dwa­dzie­ścia sie­dem obiek­tów kul­tu re­li­gij­ne­go – dzie­więć­dzie­siąt je­den świą­tyń, dzie­sięć ka­plic, dwa­dzie­ścia sześć do­mów mo­dli­twy). Ten za­pał robi wra­że­nie, zwłasz­cza je­śli wziąć pod uwa­gę li­czeb­ność „ukra­iń­skie­go wro­ga”.

„Pa­weł Kier­ni­kow­ski ob­li­cza licz­bę pra­wo­sław­nych w Cheł­mie w 1921 roku na 5,9% (1369), w 1931 roku na 6,1% (1764), w 1939 na 5% (1664). We­dług jego usta­leń ję­zy­kiem ukra­iń­skim po­słu­gi­wa­ło się w Cheł­mie nie wię­cej jak 165 osób, «ru­skim» – 37 osób, ro­syj­skim – 227 osób”.

Ale cho­dzi­ło nie tyl­ko o Ukra­iń­ców. Na tro­skę o „pol­skość” Cheł­ma wpływ mia­ło też to, że po­ło­wę jego miesz­kań­ców sta­no­wi­li Ży­dzi1. W 1916 roku było to już po­nad sie­dem­dzie­siąt pro­cent. Ich licz­ba ro­sła do roku 1939. Było ich tu wów­czas pięt­na­ście ty­się­cy. Tyle że wte­dy Chełm już się tro­chę roz­rósł, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki ukoń­cze­niu nie­szczę­snej in­we­sty­cji we wschod­niej czę­ści mia­sta. Ży­dów było wię­cej, ale sta­no­wi­li już tyl­ko po­ło­wę chełm­skiej spo­łecz­no­ści.

„Ży­dzi pol­scy w Cheł­mie, na ła­mach pra­sy, wy­ra­ża­li pew­ne za­in­te­re­so­wa­nie swo­bo­da­mi dla swo­ich ro­da­ków ofe­ro­wa­ny­mi przez Cen­tral­ną Radę Ukra­iń­ską w no­wo­pro­kla­mo­wa­nej re­pu­bli­ce” – pi­sze Do­mi­ni­ka Stasz­czyk w swo­jej książ­ce Do­świad­cze­nie hi­sto­rii na po­gra­ni­czu kul­tu­ro­wym. Hi­sto­rio­gra­fia Cheł­ma (do 1939 roku). Osta­tecz­nie jed­nak wszyst­kie or­ga­ni­za­cje ży­dow­skie w mie­ście opu­bli­ko­wa­ły li­sty so­li­da­ry­zu­ją­ce się z pol­ską ra­cją sta­nu.

„Speł­nia­my swój obo­wią­zek, ostrze­ga­my za­wcza­su i mó­wi­my szcze­rze. Tak samo jak rząd pol­ski musi po­zy­skać sym­pa­tię lud­no­ści ży­dow­skiej w Chełmsz­czyź­nie przez za­gwa­ran­to­wa­nie sze­ro­kich i de­mo­kra­tycz­nych re­form spo­łecz­nych i agrar­nych, musi rów­nież po­zy­skać sym­pa­tię lud­no­ści ży­dow­skiej dro­gą za­gwa­ran­to­wa­nia nam praw oby­wa­tel­skich i na­ro­do­wych. Spra­wa chełm­ska w naj­now­szej jej fa­zie to ka­mień pro­bier­czy po­li­ty­ki pol­skiej, nie ze­wnętrz­nej, lecz we­wnętrz­nej” – pi­sał wy­da­wa­ny w War­sza­wie ży­dow­ski „Hajnt”.

Chełm­skie pod­zie­mia kre­do­we to naj­więk­sza atrak­cja tu­ry­stycz­na mia­sta. Wy­drą­żo­ne w mięk­kiej, bia­łej ska­le ko­ry­ta­rze cią­gną się pod nim po­dob­no ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi. Ich po­cząt­ki się­ga­ją XV wie­ku. Pod­ziem­na tra­sa tu­ry­stycz­na obej­mu­je tyl­ko ich nie­wiel­ki frag­ment i przed­sta­wia barw­ną hi­sto­rię chełm­skie­go gór­nic­twa kre­dy. Zwie­dza­nie od­by­wa się o wy­zna­czo­nych go­dzi­nach, gdy zbie­rze się od­po­wied­nio licz­na gru­pa chęt­nych. W pro­gra­mie jest spa­cer kre­do­wym la­bi­ryn­tem uzu­peł­nio­ny o opo­wieść pra­cow­ni­ka mu­zeum oraz spo­tka­nie z Dusz­kiem Bie­lusz­kiem strze­gą­cym pod­zie­mi. Na tę atrak­cję naj­bar­dziej cze­ka­ją dzie­ci.

– Sło­wo „Chełm” do­ty­czy wzgó­rza, na któ­rym sta­nę­ło mia­sto – mówi prze­wod­nicz­ka. – Z ru­ska to oczy­wi­ście kusi po­wie­dzieć „Chołm”, z nie­miec­ka czy na­wet szwedz­ka to by było „Holm”, jak na przy­kład Sztok­holm, praw­da. A po pol­sku to jest po pro­stu Chełm.

– A w ji­disz? – py­tam. – Jak to bę­dzie w ji­dysz? Albo cho­ciaż po he­braj­sku?

– Nie ro­zu­miem – prze­wod­nicz­ka mru­ga ocza­mi.

– No wie­my, jak moż­na na­zwać wzgó­rze po ru­sku, po nie­miec­ku, po szwedz­ku i pol­sku. A mnie cie­ka­wi, jak brzmi to sło­wo w ję­zy­ku ji­disz.

– Chodź­my da­lej – mówi jed­nak prze­wod­nicz­ka po­jed­naw­czym to­nem i ru­sza w głąb ko­ry­ta­rza – mu­szą jesz­cze pań­stwo po­znać na­sze­go du­cha.

Du­szek Bie­lu­szek to prze­bra­ny w bia­łe prze­ście­ra­dła fa­cet o tu­bal­nym gło­sie. Wi­dzia­łem go na gó­rze, sie­dział znu­dzo­ny i grze­bał w te­le­fo­nie, cze­ka­jąc, aż prze­wod­nicz­ka zbie­rze na­szą gru­pę. Te­raz pod­świe­tlo­ny nie­bie­skim świa­tłem ma­cha po­tę­pień­czo rę­ka­mi i ostrze­ga, żeby za­cho­wy­wać się w ko­ry­ta­rzach przy­zwo­icie.

Na ko­niec spa­ce­ru sta­je­my jesz­cze przy na­skal­nym ma­lo­wi­dle z syl­we­tą mia­sta.

– Wśród Po­lo­nii po­cho­dzą­cej z Cheł­ma utar­ło się, wie­cie pań­stwo, na­wet ta­kie po­wie­dzon­ko: „Cały świat to je­den wiel­ki Chełm”. Cho­dzi w nim o to, że każ­dy kie­dyś do ta­kie­go Cheł­ma jak nasz tra­fi. Dzię­ku­ję za uwa­gę.

* * *

1 W 1913 roku Ży­dzi sta­no­wi­li pięć­dzie­siąt czte­ry pro­cent po­pu­la­cji Cheł­ma.

Kon­sul­ta­cja me­ry­to­rycz­na: Ma­ciej Ga­blan­kow­ski

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska, Ma­ria Szum­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Opra­co­wa­nie map: Zbi­gniew Ga­łę­za

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

 

Zdję­cia w pro­jek­cie Mia­sto Ar­chi­pe­lag zo­sta­ły wy­ko­na­ne apa­ra­tem

Olym­pus OM-D E-M5 Mark II z obiek­ty­wa­mi:

Olym­pus M. Zu­iko Di­gi­tal 17 mm/1.8, 25 mm/1.8 i 45 mm/1.8

 

Co­py­ri­ght text and ima­ges © by Fi­lip Sprin­ger, 2016

ISBN 978-83-65271-31-0

 

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1

31-126 Kra­ków

 

Wy­da­je­my, co się nam po­do­ba

ka­rak­ter.pl