Miasteczko - Robert Cichowlas, Łukasz Radecki - ebook

Miasteczko ebook

Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

3,7

Opis

Nękany niemocą twórczą pisarz Marcin Lanowicz postanawia wraz z żoną odpocząć w małym miasteczku na Mazurach. Początkowo spełnia ono ich oczekiwania – domki wypoczynkowe znajdują się w sercu lasu, w pobliżu pięknych jezior. Z czasem jednak okazuje się, że wymarzone miejsce na wakacje wcale nie jest oazą spokoju i wytchnienia, a malownicza sceneria zachwyca, ale jednocześnie zaczyna wzbudzać niepokój bohaterów. W Morwanach bowiem przedwojenne kamienice wyrastają pomiędzy drzewami, brukowane ulice giną w lesie, a mieszkańcy sprawiają wrażenie ciężko chorych i niespokojnych. Wkrótce okazuje się, że w okolicy krążą trzy tajemnicze jasnowłose kobiety, a niewielka wieś, którą wszyscy nazywają miasteczkiem, nie istnieje na żadnej mapie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki:

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej:

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

Tekst ©Robert Cichowlas & Łukasz Radecki

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-415-4

Zdaje mi się, widzę… gdzie?

Przed oczyma duszy mojej.

Szekspir

Rozdział 1

Pragnęłam go. I dawałam mu to odczuć każdym dotykiem, każdym pocałunkiem. Czułam, jak podciąga mi sukienkę, po czym jednym tylko spojrzeniem zasugerował, abym się jej pozbyła. Zrobiłam to i stanęłam przed nim całkiem naga. Zaczął całować moje piersi. Mimo moich czterdziestu lat były jędrne, a ich skóra gładka. Mocno sterczące sutki otwarcie zapraszały na miłosne uniesienia. Ssał je, gryzł i lizał, aż stwardniały tak bardzo, iż pomyślałam, że jeszcze moment, a eksploduję, rozproszę się na miliony kawałeczków.

Marcin Lanowicz przerwał pisanie i opadł na oparcie krzesła. Jęknął, zniechęcony. „Jak tak dalej pójdzie, nie będę w stanie napisać najprostszej sceny erotycznej” — pomyślał. Nie miał pojęcia, dlaczego ostatnimi czasy dokuczała mu niemoc twórcza. Przyssała się do niego i nie chciała odejść. Nic nie mógł na to poradzić. Mocna kawa, szklaneczka whisky — nie pomagała nawet cała butelka. Zaczął sobie parzyć ziółka, z nadzieją, że uaktywnią w nim ukryte do tej pory pokłady niewykorzystanych pomysłów. Słynnemu detektywowi Poirotowi z kart powieści Agathy Christie to pomagało, ale nie jemu. Wciąż pozostawał bezradny, stając przed tak zwanym dylematem białej kartki. Czasami nie potrafił nawet sklecić zdania. Ślęczał przed laptopem po nocach i zaciskał pięści nad klawiaturą. Wyglądał, jakby się modlił do tego cholernego sprzętu.

Była połowa czerwca. Do końca lipca musiał przesłać do wydawnictwa ukończoną powieść. Na zaplanowane dwieście pięćdziesiąt stron maszynopisu miał czterdzieści, które pisał od blisko dwóch miesięcy. Takiej blokady twórczej jeszcze nigdy nie doświadczył. Na samą myśl o paragrafach w kontrakcie dostawał zajadów. Na początku lipca zadzwonią do niego z redakcji i zapytają, jak mu idzie finalizowanie tekstu. Zawsze tak robili, aby upewnić się, że wszystko będzie gotowe na czas. Co im powie? Że nie dobił nawet do połowy? Kiedy odbierał całkiem pokaźną zaliczkę, solennie zapewniał, że nie będzie żadnych opóźnień.

Teraz czytał to, co udało mu się spłodzić w ciągu ostatnich dwóch godzin. Dwie godziny! Aż tyle potrzebował, aby stworzyć jedną marną scenę miłosną. Zwykle napisanie kilku akapitów zajmowało mu nie więcej niż dziesięć, piętnaście minut. A teraz? Dramat!

Jako autor (a raczej autorka, gdyż publikował pod kobiecym pseudonimem) romansów o zabarwieniu erotycznym, zwykle doskonale wiedział, w którym momencie wprowadzić wysublimowaną pikanterię, aby czytelniczki popiskiwały z przejęcia, czerwieniły się i wzdychały pod nosem. Działał mechanicznie, tworząc kolejne produkty, które rozchodziły się w pokaźnych nakładach. Miał trzydzieści jeden lat i dziewięć powieści tego typu na koncie. Każda doczekała się dodruku, a recenzenci nie szczędzili pochwał. Jako Alicia Cherrywood często pokazywał się na listach bestsellerów, nieraz wyprzedzając autorki zagraniczne, opanowujące rynki na całym świecie. Jego twórczość porównywano z prozą Nory Roberts, co za każdym razem rozśmieszało go do łez, ale i w pewnym stopniu satysfakcjonowało. Dzięki jego książkom mogli z Anią żyć dość wygodnie, nie musieli zgrzytać zębami na koniec miesiąca w obawie, że nie będą mieli co do garnka włożyć.

Doskonale pamiętał czasy, kiedy zaczynał przygodę z pisarstwem. Marzyło mu się, że zostanie znanym autorem kryminałów. Przeczytał wszystkie książki Agathy Christie, Richarda Chandlera, czytał w oryginale Maureen Jennings, a później Karin Slaughter, zachwycając się ich stylem i oryginalnymi pomysłami. W końcu w wieku dwudziestu trzech lat napisał własny kryminał i porozsyłał go do wszystkich znanych wydawnictw w Polsce. Kilka mu odpisało, że rzecz dobra, ale nie zdecydują się na publikację. Jedno postanowiło zaryzykować. Tak właśnie napisali:Zaryzykujemy, ale musi pan wiedzieć, że debiutanci mają niewielkie szanse na tym trudnym rynku.

Książka okazała się totalną klapą. Nie sprzedało się nawet pięćset egzemplarzy. Większość nakładu przemielono. Wydawca jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu Marcina, zaproponował mu dalszą współpracę, ale postawił warunek — młody autor od tej chwili miał pisać powieści adresowane do kobiet, romanse erotyczne i tanią obyczajówkę. W dodatku pod pseudonimem.

— Ma pan niezwykły dar do konstruowania świetnych scen miłosnych i budowania atmosfery wokół bohaterów — oznajmił mu Jacek Laskowski, prezes niewielkiego jeszcze wtedy wydawnictwa Minotaur. — Chciałbym, aby pan dla mnie pracował.

Marcin zgodził się bez wahania, choć po tym, jak skończyli rozmowę, zastanawiał się, w co się właściwie wpakował. Romanse? I niby to miało się sprzedawać? W dodatku publikowanie pod pseudonimem? Chciał być znanym pisarzem kryminałów, nie twórcą masowych babskich szmir. Wydawca zapewnił go jednak, że można na tym zarobić, a dla Marcina, który dopiero ukończył studia, chciał się usamodzielnić i nie miał grosza przy duszy, słowa te znamionowały niezależność. W niecałe pół roku napisał „Żar miłości” — dwustustronicową powieść o parze kochanków, którzy za sprawą nieoczekiwanych zbiegów okoliczności musieli się rozstać i walczyć z samotnością i tęsknotą. Taniocha, aż skręcało jelita, ale w dwa miesiące po premierze zrobiono dodruk. Laskowski zadzwonił do Marcina i zaproponował mu kontrakt na trzy kolejne powieści. Rozpoczęła się nienaganna współpraca, trwająca po dziś dzień.

„Po dziś dzień” — parsknął Marcin, wiercąc się na krześle. Wolał nawet nie spoglądać na laptop. Sprzęt wzbudzał w nim odrazę, każdy klawisz zdawał się parzyć jego palce, gdy wstukiwał kolejne słowa. Słowa tak beznadziejne, że nawet jego samego odstraszały. „Laskowski mnie zamorduje — pomyślał. — Co jest, u licha, grane? Alicio Cherrywood, jesteś tam?”.

W gruncie rzeczy darzył Laskowskiego dużym szacunkiem. I naprawdę go lubił. Podczas jednego z ich suto zakrapianych spotkań szef Minotaura opowiedział mu trochę o sobie. Jego rodzice byli alkoholikami, a on sam wychowywał się na ulicy z kumplami, gdzie narkotyki i wódka były normą towarzyską. Kiedy skończył siedemnaście lat, podjął pracę jako magazynier w niewielkim wydawnictwie, gdzieś w zachodniej Polsce. Wtedy też wyprowadził się z domu i zaczął żyć na własną rękę. Był biedny jak mysz kościelna i samotny, ale nie poddał się. Został polecony większemu wydawnictwu, gdyż jego pracodawca uznał, że marnuje się jako magazynier, a nie miał dla niego lepszej posady. Laskowskiego zatrudniła duża poznańska oficyna, gdzie najpierw pracował jako kierownik magazynu, później został specjalistą do spraw handlowych, po czym awansował na dyrektora handlowego. Po kilku latach miał na koncie wystarczająco dużo pieniędzy, by otworzyć własny biznes. Minotaur zatrudniał początkowo tylko trzech ludzi: osobę zajmującą się handlem, jednego redaktora i magazyniera. Ta ekipa miała na głowie więcej obowiązków, niż można było sobie wyobrazić. Magazynier składał i projektował okładki. Redaktor nie tylko poprawiał teksty, ale i przyjmował je do druku, był również korektorem i układał plan wydawniczy, a handlowiec dostawał kręćka, bo sam jeden walczył na zawalonym rywalami rynku o przetrwanie całej firmy. Słuchając tej opowieści, Lanowicz był pełen podziwu dla Laskowskiego. Mawia się, że z gówna bata nie sposób ukręcić, ale jemu się udało — jak stwierdził tamtego wieczoru.

Marcin sięgnął po szklaneczkę z resztką whisky i wlał ją sobie do gardła, aż zapiekło. Potrząsnął głową i skrzywił się, wydając z siebie długie:

— Rrrrranyyyyyyy…

„Wykorkuję tu”. Zacisnął zęby i przymknął oczy. „Walcz, walcz, walcz! — powtarzał w duchu. — Walcz z umysłową pustką, Lanowicz. Przecież nie możesz teraz odpuścić”.

Miał ochotę na papierosa. W szufladzie jego biurka leżała paczka z jednym camelem. Włożył ją tam trzy miesiące wcześniej, w dniu, kiedy rzucił palenie. Ten jeden papieros miał za zadanie staczać nieustanną walkę z silną wolą Marcina. W ustniku tkwiło kilkanaście szpilek, które powbijała Ania na wypadek, gdyby wpadło mu do głowy poczęstować się tym jednym jedynym mordercą ludzkich płuc. To ona go namówiła, by rzucił to dziadostwo. Sama nigdy nie paliła, a smród papierosów działał na nią jak płachta na byka. Więc zrobił to, dla niej. Po blisko dziesięciu latach, w trakcie których wypalał ponad paczkę dziennie, zdecydował się pokonać nałóg. Do tej pory nieźle mu szło, choć bywały momenty, tak jak teraz, kiedy oddałby pięć lat życia za możliwość zaciągnięcia się dymem.

„Nic z tego” — powiedział sobie, po czym spojrzał na zegarek. Dziewiętnasta czterdzieści cztery. Zaczynał być głodny. Nie jadł nic od śniadania. Ania była zaskoczona, że nie chciał jej spaghetti, które tak lubił, ale nie robiła mu wyrzutów. Widziała, jaki jest zdenerwowany. Usiłowała go pocieszyć, mówiąc, że wena wkrótce powróci. Marcin jednak widział, że i ona była bardzo zaskoczona jego nagłym spadkiem formy. Nawet teraz jej głos nie brzmiał zbyt przekonująco.

— Odgrzej je sobie później, dobrze? Jest naprawdę smaczne.

— Oczywiście, kochanie. Nie wątpię, kochanie.

Ostatni raz tego wieczora spojrzał na ekran laptopa, po czym zamknął plik.

„Może wyjazd dobrze mi zrobi” — pomyślał, spoglądając na leżącą na biurku broszurę. Oferta przyszła kilka dni temu. Była świetna, idealna wręcz dla nich obojga. Drewniana chata na totalnym odludziu, w otoczeniu lasów i jeziora. Świetna cena. Zatelefonował, kiedy tylko Ania otrzymała potwierdzenie od swojego szefa, że może wziąć dwa tygodnie urlopu wypoczynkowego. Kobieta po drugiej stronie była przesympatyczna. Przez kilka minut opowiadała mu o atrakcjach maleńkiego miasteczka Morwany w warmińsko-mazurskim, wychwalając ciszę, spokój i gościnność tej garstki mieszkańców, która miała niewątpliwą przyjemność tam mieszkać. Kiedy usłyszał o drewnianym piętrowym domu, położonym na skraju lasu, świeżym powietrzu, małym jeziorze nieopodal i przytulnej knajpce, w której można miło spędzać wieczory, nie miał już żadnych wątpliwości, że właśnie tego mu trzeba. Dokonał rezerwacji. Powiedziano mu, że zapłaci na miejscu i życzono udanych wakacji.

Natychmiast zadzwonił do Ani, aby oznajmić jej, co załatwił. Była wniebowzięta. Potrzebowała odpoczynku. Jej szef był kompletnym dupkiem, dla którego liczyła się tylko kasa. A Ania, jako specjalista do spraw marketingu w firmie zajmującej się produkcją telefonów komórkowych, miała na głowie więcej obowiązków, niż była w stanie udźwignąć. Drań co chwila zrzucał na jej barki nowe zadania, podkreślając, że jeśli nie podoła, na jej miejsce z łatwością znajdzie inną. Marcin już dawno temu mówił, aby odeszła, ale Ania była nieugięta. Chciała pracować, mieć poczucie, że robi coś sensownego, że jest niezależna. Nie chciała być na jego utrzymaniu i Marcin to rozumiał, niemniej serce mu się krajało, gdy patrzył, jak wykończona wraca z roboty. Była najlepszą żoną pod słońcem, bardziej wyrozumiałą, niż kiedykolwiek tego oczekiwał, i starał się odwzajemniać tym samym. Musiał uszanować jej decyzję, choć czasem korciło go, by pod nieobecność Ani zadzwonić do tego parszywca i powiedzieć mu prosto z mostu, jak najdosadniej, żeby odczepił się od jego żony. Nigdy jednak tego nie zrobił. Byłoby to wbrew jej zasadom. Nie czuła się w pracy najlepiej, ale jeszcze gorzej czułaby się w domu, zajmując się tylko gotowaniem, praniem i sprzątaniem.

Najważniejsze jednak, że Ania dostała urlop. Wypoczną, wyciszą się, a on na spokojnie zasiądzie do powieści. Nowe otoczenie powinno go natchnąć. Już widział oczyma wyobraźni wielkie drewniane biurko, stojące przy oknie z widokiem na las. Może zapach drzew, ćwierkanie ptaków i cykanie owadów pomogą mu odzyskać wenę, zaserwują stymulującego kopa. Na myśl o wyjeździe, poczuł namiastkę optymizmu, który kiedyś towarzyszył mu dzień w dzień. Nawet zdołał się uśmiechnąć. „To będzie miły wypad” — pomyślał. I naprawdę w to wierzył.

Jeszcze raz sięgnął po broszurę z ofertą i zerknął na dołączoną do niej mapkę. Stwierdził, że z dojazdem nie powinno być żadnych problemów. Morwany leżały dokładnie między Iławą i Kwidzynem. Prosta droga. Podróż nie zajmie więcej niż dwie i pół godziny jazdy samochodem. Wiedział, jak dojechać do Iławy, gdyż za szczenięcych lat miał tam dziewczynę. Miała na imię Baśka i była metalówą, zakochaną w Iron Maiden. Nie przepadał za ostrą muzyką, w dodatku nie podobał mu się styl, w jakim nosiła się jego luba, ale była niezła w łóżku. I nie miała żadnych zahamowań. Dawała mu w parku, w kinie, a raz nawet w nocnym autobusie. Co chwila spoglądał wtedy w stronę jedynego pasażera, starszej pani w czarnym kapeluszu, wyglądającej, jakby ze stypy wracała, i modlił się, aby nie zachciało jej się sprawdzić, kto tak jęczy na tyłach. Baśka natomiast nie miała większych zahamowań. Zerwał z nią, kiedy dowiedział się, że zadaje się z kilkoma innymi facetami, oddając im się przy każdej lepszej okazji, czasami wszystkim jednocześnie.

Kiedy przywołał w myślach tamte chwile, jeszcze bardziej zapragnął odzyskać wenę. Pisanie ustabilizowało jego życie, wyznaczyło mu pozycję w czasach kryzysu, pozwoliło normalnie żyć. Wspomnienie, kim był, kim mógł zostać, gdyby w pewnym momencie nie zatrzymał się i nie przewartościował swojego życia, czasem napawało go lękiem, czasem zaś dumą. Wyszalał się w młodości, czasem chyba nawet za bardzo, ale w porę się obudził i ustatkował. Dzięki temu, że zaczął pisać, poznał Anię. Wszystko jakoś się zaczęło układać.

Nagle wyprostował się na krześle i na moment znieruchomiał.

Nie był pewny, czy rzeczywiście to usłyszał. Jakby jeszcze przed momentem śnił jakiś koszmar, a teraz usiłował rozwiać wątpliwości, czy to był naprawdę sen.

Kroki. Ale inne niż te, do których był przyzwyczajony. Cięższe i toporne. Całkiem wyrwały go z rozmyślań.

Wstał i ruszył w stronę korytarza.

— Aniu? — rzucił, zaglądając do długiego przyciemnionego pomieszczenia.

Czuł w sobie niepokój, choć przecież nie powinien. Usiłował przypomnieć sobie, co mówiła mu żona, zanim… Zanim co? Zanim usłyszał te kroki? Zanim wyszła? Zadrżał.

Wyszła?

Przełknął ślinę tak głośno, że aż poczuł ból w gardle.

„To jakaś paranoja — pomyślał. — Najpierw brak weny, a teraz jakiś głupi lęk”.

Ania poszła do sklepu, to wszystko. Mógłby przysiąc, że w szale walki z niemocą twórczą usłyszał, jak wchodzi do jego gabinetu i mówi, że musi kupić kilka rzeczy w spożywczym. Spokojnie, wyszła po zakupy, to wszystko. Spędzał tyle czasu przed komputerem, rozpaczając nad sobą, że w końcu się zatracił. Musiał się ogarnąć.

Ale w takim razie kto chodził po mieszkaniu?

Kroki powtórzyły się. Gdzieś na tyłach korytarza.

— Halo? — wymamrotał, rozglądając się dookoła. Szafki, kilka regałów, wysoki kwiat stojący w jednym z narożników.

Odgłos ciężko stawianych kroków nagle ucichł, ale nie w głowie Marcina. Mężczyzna był oszołomiony, usiłując odgadnąć, co się właściwie stało. Skąd wziął się ten dźwięk? I kiedy, do cholery, wróci Ania?

Zajrzał do łazienki, a potem poszedł do kuchni. Nikogo. Cisza. Udał się do sypialni, następnie zajrzał do pokoju gościnnego. Potem wrócił do swojego gabinetu po komórkę. Leżała obok broszury z ofertą wyjazdu na wakacje. Sięgnął po nią i odszukał numer do żony. Odczuwał jakiś dziwny ucisk w klatce piersiowej, było mu zimno. Spojrzał na swoje ręce i dostrzegł, że drżą. W pewnym momencie zdawało mu się, że usłyszał coś jeszcze…

Odgłos klaksonu.

I pisk opon hamującego samochodu.

Dochodziły z dworu? Schował komórkę do kieszeni i podszedł do okna. Było zamknięte na głucho. Niemniej tego typu dźwięki słychać dobrze nawet przez szczelne okna. Znowu zawył klakson. I jeszcze raz zapiszczały opony. Było coś jeszcze. Głuche uderzenie, jakby tąpnięcie. Drżały mu teraz nie tylko ręce, ale i powieki. Miał nieodpartą ochotę uciec z domu, wiedział bowiem, gdzie tkwi źródło tych dźwięków. Słyszał je w głowie. Wszystkie.

Wpadł z powrotem na korytarz, jakby popychany przez jakąś tajemniczą siłę. Nie potrafił jej zdefiniować, określić ani w żaden sposób zrozumieć. Coś go wciągało na korytarz, jak magnes.

Początkowo dostrzegł jedynie szarą wstęgę dymu na końcu pomieszczenia. Szybko zniknęła, ale po chwili pojawiła się kolejna, a wkrótce następne. Wirowały w powietrzu, wolno, leniwie. Tworzyły się nowe. Z każdą sekundą obracały się szybciej, aż w końcu zaczęły nabierać kształtów. Marcin wpatrywał się w to z mieszaniną zdziwienia i strachu. Widok był zbyt nierealny, zbyt fantastyczny, by można go było automatycznie przyswoić. Pisarz zrobił krok w tył, a następnie otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Z wirujących wstęg utworzyła się najpierw głowa z potarganymi ciemnymi włosami, a potem zaczęła się zarysowywać twarz — nos, oczy, a dalej usta i uszy.

Lanowicza sparaliżował dźwięk trących o asfalt opon. Zdawał się rozlegać już nie tylko w jego głowie, ale w całym mieszkaniu. Trwał nieprzerwanie przez minutę albo dwie, ale mężczyzna miał wrażenie, że minęły dwie godziny, zanim ucichł. Wtedy też zdał sobie sprawę, że postać, jaka zrodziła się z dymu, jest mu nie tylko znajoma, ale i bardzo bliska.

— Niemożliwe — wychrypiał.

To był Filip, jego ukochany brat. Stał przed nim i patrzył mu prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie było tej specyficznej iskry, tego błysku, którym niegdyś zwracał na siebie uwagę, ale to był on. Marcin nie mógł w to uwierzyć. Doskonale pamiętał moment, kiedy odebrał telefon od Kaśki. Łamiącym się głosem poinformowała go, że Filip nie żyje. Byli świeżo po ślubie, spodziewali się dziecka.

Minęły trzy lata od jego śmierci. Zginął pod kołami samochodu w zimny deszczowy wieczór, kiedy wracał z pracy do domu. Tego dnia dostał awans i pędził na złamanie karku, aby przekazać dobrą wiadomość Kaśce. Tak bardzo się śpieszył… Świadkowie wypadku i kierowca vana, który nie zdążył wyhamować, byli zgodni w zeznaniach. Filip wbiegł na jezdnię na czerwonym świetle. Wprost pod koła. Kierujący pojazdem zdążył zatrąbić i mechanicznie wcisnąć hamulec, ale było za późno. Karetka zjawiła się po kilku minutach. Filip wtedy jeszcze żył. Krwotok jednak był tak rozległy, że zmarł parę godzin później w szpitalu.

Marcin nie mógł się otrząsnąć przez pół roku. Gdyby nie Ania, prawdopodobnie do dziś rozpamiętywałby śmierć brata, rozpaczał i chlał ile wlezie. Filip był jego jedynym bratem, najlepszym kumplem i wspaniałym człowiekiem. Często się odwiedzali, organizowali wypady za miasto, grali na pieniądze w pokera, jeździli na ryby i godzinami debatowali na tematy, na które z nikim innym nie mogli pogadać. Nie było między nimi zazdrości ani rywalizacji. Czysta braterska miłość.

To wszystko urwało się tak nagle… Było jak strzał z pistoletu prosto w łeb. A teraz Filip wrócił… Spoglądał na niego i jakby lekko się uśmiechał.

— Nie mam zbyt wiele czasu — odezwał się. Jego głos był jakiś inny, cichszy, ledwie zrozumiały. Pochodził z innego wymiaru, z innej przestrzeni.

Filip miał na sobie długi czarny płaszcz, identyczny jak w dniu, w którym zginął. Materiał był wilgotny. Na skórzanych butach błyszczały kropelki wody. Tamtego feralnego dnia padał deszcz.

Marcin bił się z myślami. Starał się opanować emocje, odnaleźć jakiś sens w tym, czego aktualnie doświadczał.

— Ten klakson… — powiedział. — Słyszałeś go, prawda?

Jego brat skinął nieznacznie głową.

— Tak, bracie — odrzekł. — Oczywiście, że słyszałem.

— Ale było za późno na…

Zjawa pokręciła głową.

— Nie ma o czym mówić, Marcinie. Było, minęło. Takie rzeczy się zdarzają.

Lanowicz usilnie starał się opanować łzy. To naprawdę był Filip. Jego głos przybrał na sile, brzmiał teraz naturalnie.

— Wszyscy tu za tobą tęsknimy. — Pisarz nie wiedział, co właściwie powinien powiedzieć w tej chwili. Miał tyle do opowiedzenia bratu. Tyle zaległości, tyle straconego czasu.

— Mnie również was brakuje. Ciebie, Ani, mojej ukochanej Kasi i Natalki.

Natalka skończyła niedawno dwa lata. Była uroczą dziewczynką i wszystkim, co trzymało Kaśkę przy zdrowych zmysłach, odkąd odszedł jej mąż.

— Jest podobna do ciebie. — Marcin zdobył się na krótki uśmiech. Filip wciąż patrzył mu prosto w oczy.

— Wiem — odparł. — Obserwuję ją, kiedy tylko mogę. Patrzę, jak rośnie.

— Jak na drożdżach — dopowiedział Lanowicz.

— To prawda. A teraz musimy przejść do rzeczy. Mój czas jest ograniczony…

— Kaśce trudno się było pozbierać. Wpadła w depresję — ciągnął Marcin. — A ja… Ja ledwie się poskładałem do kupy. Gdyby nie Ania…

— Życie nie zawsze układa się tak, jak sobie wymarzymy — uciął nadspodziewanie ostro Filip. — Nie przyszedłem tu, aby rozmawiać o moim odejściu, ale aby cię ostrzec.

Pisarz nie odezwał się od razu. Miał przed sobą ducha ukochanego brata i nadal nie potrafił tego pojąć, choć usilnie próbował. Bał się, że to jakaś iluzja, przywidzenie. Ale przecież on tu naprawdę był. Mówił do niego…

— Ostrzec? Przed czym? — wykrztusił po chwili.

Postać Filipa zamigotała, dało się usłyszeć syczenie, jakby przepalającej się jarzeniówki.

— Przed podróżą, bracie… Nie powinienem… Nie powinieneś…

Głos urwał się, choć usta Filipa otwierały się i zamykały. Nadal coś mówił, ale Marcin nie był w stanie usłyszeć słów.

— Filip?! Nie słyszę cię! Co się dzieje?

— Bo nie mogę tu być… Nie powinienem…

— Filip?!

Duch jego brata nie poddawał się. Wciąż próbował mu coś przekazać, ale nie sposób było pojąć co. Jego postać ponownie zamigotała, na moment zniknęła, po czym znów się pojawiła.

— Nie jedź…

— Nie jechać na wakacje?

— Nie jedź tam… Nie wolno mi tu… Grozi… niebezpieczeństwo… Ania…

Marcin nic z tego nie rozumiał. Czuł, że ogarnia go panika. Duch Filipa był wyraźnie niespokojny, nie powinien przekraczać granicy świata, który pożegnał go kilka lat wcześniej.

— Tam wszystkie sroki są… martwe… Wieszają… na drzwiach… talizman… jedyna deska… nie możesz…

— Filip, co się dzieje?

Marcin dygotał z zimna. Temperatura w mieszkaniu spadła nagle o dobre dziesięć stopni. Mógł tylko patrzyć, jak duch jego brata męczy się, próbując wyartykułować kolejne słowa. Były jednak niezrozumiałe. Poruszał rękoma, zaciskał i otwierał pięści, odchylał głowę w rozpaczliwej próbie złapania oddechu, choć przecież powietrze nie było mu już do niczego potrzebne.

— Musisz iść, bracie. — Marcin za wszelką cenę musiał to przerwać. Miał przeczucie, że jeśli tego nie zrobi, wydarzy się coś złego. — Przestań, słyszysz? Wracaj do swoich. Wracaj do siebie, Filipie. Nigdy o tobie nie zapomnimy, modlimy się o spokój twej duszy. Kochamy cię. A teraz idź, wracaj tam, skąd przybyłeś. Zostaw nam sprawy, które nie dotyczą ciebie. Poradzimy sobie, wiesz? Musisz teraz iść. Wracaj do siebie, bracie. Kocham cię…

Filip na moment rozpłynął się w powietrzu, ale chwilę potem powrócił. Teraz sam był jak migocząca jarzeniówka. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie nieopisanego cierpienia. Coś go atakowało, ze wszystkich stron. Coś lodowatego, nieskończenie wrogiego, niedostrzegalnego dla oka Marcina, który cały czas powtarzał: „Wracaj, bracie, do siebie. Uciekaj stąd…”. Głos mu się jednak załamał i przez kolejną długą chwilę patrzył tylko, jak Filip walczy z niewidzialnym napastnikiem, wymachując rękoma, obracając się wokół własnej osi, bezgłośnie krzycząc. Marcinowi dzwoniło w uszach, czuł napięcie, jakiego nigdy wcześniej nie doznał. Dosłownie przez ułamek sekundy doświadczył wokół siebie obecności tej siły. Złowrogiej, niewyobrażalnie potwornej, niosącej ból i cierpienie, wygłodniałej i nieobliczalnej.

Runął jak długi na podłogę, uderzając głową o szafkę na buty. Dysząc ciężko, spróbował się podnieść, ale przerażenie całkiem go sparaliżowało. Przed oczami tańczyły mu gwiazdy, łeb pulsował, jakby miał się rozpaść. Kiedy wreszcie zdołał podźwignąć się na łokciach, Filipa już nie było. Rozproszył się w walce z przeciwnikiem, którego nie był w stanie pokonać.

Marcin zawył, nie mając sił walczyć z otępieniem i bezradnością. Choć temperatura w mieszkaniu zaczęła znowu rosnąć, a przepotężna aura zła ulotniła się, nadal trząsł się i dyszał, opętany niepokojem i strachem. Nie usłyszał nawet wchodzącej do domu Ani. Nie zarejestrował jej zdenerwowania, gdy upuściła torby z zakupami i podbiegła, by przykucnąć obok niego, a potem zapytała:

— Marcin, co się stało?

Spojrzał na nią z wyrazem oszołomienia na twarzy.

— Ja… — wydusił. — Poślizgnąłem się.

— Boże, nic ci nie jest?

— Uderzyłem się w głowę.

— Ależ masz guza! Boli cię?

Przyłożyła otwartą dłoń do jego czoła.

— Trochę boli, ale przeżyję.

— Chyba masz gorączkę.

— To nic, naprawdę.

— Może powinieneś się położyć? Chcesz jakąś tabletkę?

Zaprzeczył kręcąc głową, a następnie z jej pomocą wstał.

— Matko, coś ty tu robił pod moją nieobecność? — Ania nie ukrywała ulgi, kiedy w pełni dotarło do niej, że z Marcinem jest wszystko w porządku, ale nie mogła powstrzymać się od komentarza w stylu: — Na chwilę cię zostawić i już rozwalasz sobie głowę. Jak dziecko.

Machnął ręką i ruszył w stronę swojego gabinetu. Chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział, od czego zacząć. „Kochanie, przed chwilą rozmawiałem z Filipem. Tak, dokładnie, tym samym Filipem, który zginął pod kołami samochodu. Powiedział, abyśmy nigdzie nie jechali. Był przerażony”.

Zatrzymał się i spojrzał na żonę. Ciekawe, jak by zareagowała, gdyby oświadczył jej, że widział ducha swojego brata?

„Nic jej na razie nie powiem” — postanowił, nie spuszczając z niej wzroku. Pomyślał, że jest równie piękna, jak w dniu, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Uśmiechnął się. Dostrzegła to.

— Co się tak podśmiechujesz? — rzuciła, ciągnąc siatki w kierunku kuchni. — Pomógłbyś mi, dżentelmenie. Kupiłam parę rzeczy na wyjazd. Wiesz, pasztety, kilka słoików z fasolką po bretońsku, zupki chińskie. Przydadzą się w dziczy.

— W dziczy? — burknął.

Nie jedź. Nie jedź. Nie jedź… — słowa brata dudniły mu w głowie. Przed czym Filip próbował go ostrzec? Co miało się wydarzyć?

Ania zrobiła wielkie oczy. Długie blond włosy rozlewały się na jej ramionach niczym promienie słońca.

— No, chodź tutaj. Tak się składa, że jutro wyjeżdżamy. Bardzo jesteś z tego powodu zdziwiony? — rzuciła.

Zwilżył językiem spieczone usta.

— Nie, nie jestem. — Podszedł do niej i sięgnął do jednej z dwóch siatek. Wyjął słoik musztardy i butelkę ketchupu. Postawił wszystko na stole. — Pomyślałem tylko, że może byśmy…

Nie mógł przecież oświadczyć, że lepiej będzie, jak zostaną w domu. Wcale nie chciał tego mówić, a ponad wszystko nie chciał rezygnować z podróży. Tylko jak miał wyjaśnić, co mu się przydarzyło?

— Słuchaj, pomóż mi z tym, dobrze? I weź tabletkę. Mocno boli cię głowa?

Marcin podniósł siatki i wniósł je do kuchni. Zaczął systematycznie rozpakowywać zakupy, jak zwykle nie wiedząc, co gdzie właściwie ma odłożyć. Ania popatrzyła na niego czule, ale lekko zirytowana. Był świetnym pisarzem, wzorowym mężem, ale czasem sprawiał wrażenie nierozgarniętego dziecka, które zostało zaskoczone przez rzeczywistość. Sięgnęła do szafki po polopirynę i podała mu. Połknął bez sprzeciwu, popił wodą z kranu.

— Już mi lepiej.

— To dobrze, skarbie. Strasznie się cieszę, że już jutro nas tu nie będzie — mówiła. — Jestem wykończona psychicznie. Kupiłam kilka książek i magazynów dla kobiet. Mam zamiar wylegiwać się w hamaku i czytać całymi wieczorami. Mam tu gdzieś też wino. Białe, półsłodkie, lubisz takie. Pomoże ci się odprężyć w trakcie pisania. Kupiłam też masło orzechowe, bo skończyło się tydzień temu.

Patrzył, jak krząta się po kuchni, zadowolona i podekscytowana.

— Dzwoniła dziś moja mama — kontynuowała. — Prosiła, abym cię pozdrowiła. I życzyła nam miłego wyjazdu. Ostatnio nie czuje się najlepiej. Wiesz, reumatyzm.

Matka Ani nie była najgorszą teściową. Miała swoje za uszami, ale z natury była dobrą i poczciwą kobietą. Przede wszystkim szczerą i bezpośrednią, a dla Marcina te cechy charakteru bardzo się liczyły. Nawet nieźle się dogadywali, choć zbyt często próbowali się nawzajem uświadamiać, jak ważna dla nich była Ania. Marcina drażniło, gdy mama tłumaczyła jej, jak ma postępować. Bo ja zawsze robiłam tak… Bo ja zawsze uważałam, że… Bo u nas w domu zawsze obowiązywały takie zasady…

Zupełnie go to nie obchodziło. Mieli swoje życie, czego nie potrafiła czasem zrozumieć. Momentami za bardzo narzucała pewne kwestie Ance, a Marcin nie umiał tego lekceważyć i wcinał się, prosząc, by pozwoliła im żyć po swojemu. Nie kłócili się, ale po takiej rozmowie miewali z Anią ciche dni.

— Pozdrów mamę ode mnie.

— Tak zrobię. Zadzwonię do niej jeszcze przed wyjazdem.

„Wyjazd. Może to jednak nie jest najlepszy pomysł?” — pomyślał. Chciał ją o to zapytać, ale wiedział, jak by zareagowała. Nastawiła się na wyjazd, na odpoczynek. Dostała urlop, dokonali rezerwacji. Wszystko było zaplanowane. Nie było mowy o wycofaniu się.

Może nie powinien myśleć o tym, co mówił Filip? Czytał kilka artykułów, których autorzy wypowiadali się na temat dziwacznych zachowań duchów i poltergeistów. Czytał o złośliwych duchach, o duchach stukających i kłamliwych, które namawiały do złego. Może pojawienie się Filipa miało na celu spłatanie figla Marcinowi? Nie chciało mu się w to wierzyć, ale w tamtej chwili wolałby, aby tak właśnie było.

Nie mogę tu być… — te słowa wcale nie oznaczały figli. Filip był równie przerażony, jak Marcin chwilę później, kiedy poczuł obecność tej lodowatej siły. Ten duch cierpiał. Wił się z bólu. Przyszedł do niego w konkretnym celu i to nie dawało Marcinowi spokoju.

Z drugiej strony to było tylko ostrzeżenie ze strony brata. Może więc nie muszą rezygnować z wyjazdu? Może po prostu powinien zachować szczególną ostrożność podczas podróży? Wyśpi się porządnie, zje solidne śniadanie, wypije kawę i wyruszą w drogę. Nie będzie przekraczał dozwolonej prędkości, będzie miał oczy dookoła głowy. Czy nie to próbował mu powiedzieć Filip? Aby po prostu na siebie uważali?

Nie powinno się nic stać. A jednak trochę się bał.

— Marcin, co tak stoisz? — przerwała jego wewnętrzne dywagacje Ania. Podeszła do niego i pocałowała w usta. — Spakowałeś się?

— Już idę — mruknął.

— Może skończ najpierw z tymi zakupami? — zasugerowała.

Zreflektował się i zaczął znów miotać się pomiędzy siatkami z żywnością a szafkami i lodówką.

— Jak głowa? — Ania przyjrzała się uważnie miejscu, w które się uderzył. Mrużyła przy tym oczy.

— Dobrze.

— Jak ty to zrobiłeś? — dociekała.

— Mówiłem ci, poślizgnąłem się.

Popatrzyła na niego podejrzliwie.

— Mówisz, jakbyś sam w to nie wierzył.

Próbował obrócić wszystko w żart, dodając, że wina leży po stronie skórki od banana, ale Ania skrzywiła się tylko.

— Jak ci dziś poszło z powieścią? — zmieniła temat.

Wzruszył ramionami.

— Napisałem parę akapitów.

— O, to już coś.

— Scena erotyczna, która mogłaby spodobać się zatwardziałym fanom walenia Niemca w hełm. Prawdopodobnie ją wywalę i napiszę od nowa.

Przytuliła się do niego. To nieco poprawiło mu nastrój. Pocałował ją w czubek głowy.

— Idę się spakować.

Uśmiechnęła się.

— Idź. A potem zrobimy sobie kolację.

— Świetny pomysł. Umieram z głodu.

— A zjadłeś spaghetti?

Otworzyła mikrofalę. Talerz wciąż tam stał, z nietkniętym obiadem.

— No, ładnie — skomentowała, po czym pogroziła mu palcem. — Przestanę ci robić dobrze, zobaczysz — dodała żartobliwie, ale w jej głosie pobrzmiewała nuta żalu i troski.

Wychodząc z kuchni, spojrzał na drugi koniec korytarza. Przez chwilę wpatrywał się w bezruchu w ścianę, przy której wcześniej rozmawiał z duchem Filipa. Teraz nikogo tam nie było, choć gdy ruszył w stronę gabinetu, wydawało mu się, że kątem oka dostrzegł postać w długim czarnym płaszczu. Kiedy jednak się obrócił, ponownie ujrzał jedynie pustą ścianę. Kawałek dalej stał wysoki kwiat i szafka, o którą się uderzył. Żadnego ducha.

Rozdział 2

Gdy w zasięgu jego wzroku pojawiały się znaki informujące o terenie zabudowanym, zwalniał do pięćdziesiątki. Poza nimi jechał maksymalnie siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Autostrady i drogi ekspresowe nie wchodziły w grę, nie na tej trasie. Na mapie przedstawiała się atrakcyjnie, wyglądała na prostą, ale w rzeczywistości drogi były kręte i wąskie, a ruch spory. Swego czasu te nieszczęsne szosy były puste, autobus śmigał ich środkiem, nie było problemów. Podróż do Iławy, nawet rozklekotanym ikarusem, mijała jak z bicza strzelił. Teraz pojadą chyba trzy dni…

Marcin był spięty. Ściskał mocno kierownicę i często hamował, nawet na prostej. Ania przyglądała mu się z mieszaniną zdziwienia i niepokoju na twarzy.

— Wszystko w porządku? — zapytała, kiedy omal nie wjechał na pobocze, gdy minęła ich ciężarówka z naczepą.

— Jasne — odparł zwięźle.

Wszędzie widział zagrożenia. Obserwował auta jadące z naprzeciwka, obawiając się, że któreś z nich zjedzie z pasa, na czołowe zderzenie. Głowę miał wypełnioną statystykami mówiącymi o tym, jak wielu kierowców jeździ po spożyciu alkoholu, na środkach uspokajających czy bez prawa jazdy. Jego umysł torpedowały czarne cyfry i znaki informujące o strefach wypadkowych. Na siłę szukał krzyży i palących się zniczy na poboczach. Tymczasem jednak nic nie zwiastowało tragedii. Kierowcy zachowywali ostrożność na zakrętach, nie wyprzedzali na ciągłych i nie pędzili na łeb na szyję.

— Wiem, że nie lubisz, kiedy komentuję, jak prowadzisz, ale chciałabym tylko delikatnie zauważyć, że jedziemy czterdziestką i niemal poboczem.

Spojrzał na prędkościomierz.

— Jedziemy pięćdziesiątką — poprawił. — Nie możesz poczytać jakiejś książki?

— A może to ty masz na kolanach jakaś książkę? — wypaliła, ostentacyjnie schylając się, aby sprawdzić. — Czytasz tam coś ciekawego?

Zrobił kwaśną minę, ale nie skomentował. Gdy dojechali do Ostródy, pod pretekstem zamówienia kawy zjechał na stację benzynową.

— Mam ochotę na trochę kofeiny, a ty? — spytał, odpinając pasy.

Ania rozłożyła ręce.

— Naprawdę czegoś tu nie rozumiem… Wcześniej mówiłeś, że będziesz chciał jak najszybciej dojechać na miejsce. Poza tym wypiłeś rano dwie morderczo mocne kawy.

— Wiem, kochanie, ale już je wysikałem. Wierz mi, muszę się napić. Zamówić ci coś?

Machnęła ręką.

— Hot doga. Zaczekam w samochodzie.

Musiał trochę ochłonąć. Rozprostować nogi, a zwłaszcza rozluźnić mięśnie dłoni. Bolały go palce od ściskania kierownicy. Mniej więcej połowę drogi mieli za sobą. Czterdzieści minut i będą w Iławie. Kolejne pół godziny i powinni zajechać na miejsce. „Spokojnie — powtarzał w duchu. — Wszystko będzie dobrze. Jak tylko dojedziemy, zaaplikuję sobie koniak i popiszę”.

Pogoda była wyśmienita. Bezchmurne niebo, pozytywnie nastrajające słońce. Marcin starał się cieszyć każdą chwilą, przekonać się, że szczęśliwie dotrą do Morwan. Wszedł na stację i przejrzał półki. Typowy supermarketowy syf. Ciastka. Czipsy. Te cudaczne, mokre kanapki w trójkątnych opakowaniach. Złożył zamówienie na hot doga i odczekał, aż przysadzista kobieta w czarnych dredach go przyrządzi. Gdy wychodził, czuł na sobie jej spojrzenie. Uśmiechała się do niego. Nauczył się rejestrować tego typu zachowania kobiet. Zdawał sobie sprawę, że jest dla nich atrakcyjny. Na szczęście w krew weszło mu również ignorowanie zalotów w taki sposób, aby nie myślały, że jest bucem.

Wrócił do samochodu. Wypił kawę, odczekał aż Ania zje swojego hot doga, a następnie zapalił silnik. Poczuł się nieco pewniej. Udało mu się odegnać te najczarniejsze myśli. Ale wiedział, że kiedy wyruszą w dalszą drogę, znowu będzie szukał źródła potencjalnego zagrożenia.

Miał tylko nadzieję, że nie zdenerwuje Anki. Doskonale widziała, że coś się dzieje. Czekała, aż sam jej powie, o co chodzi. Zawsze tak było. Wiedziała, kiedy coś go gryzło, ale nigdy nie naciskała. Bardzo ją cenił za takie podejście. Byli małżeństwem od pięciu lat i nigdy się na niej nie zawiódł. Świetnie się dobrali pod względem charakterów. Starali się nie ograniczać, a podstawą ich związku były szacunek i wyrozumiałość. W przeciwieństwie do wielu znanych im małżeństw, potrafili chadzać na kompromisy.

Doskonale pamiętał moment, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Wychodziła z bramy odrapanej kamienicy, w której mieszkała jej matka. Była zima, padał śnieg. Marcin stał na przystanku autobusowym i kątem oka dostrzegł, jak Ania nieopatrznie upuszcza czarną skórzaną rękawiczkę, następnie biegiem rusza na przystanek po drugiej stronie ulicy, aby zdążyć na autobus. Do dziś zastanawiał się, jakim cudem udało mu się w takim tempie dorwać tę rękawiczkę, przecisnąć się między sznurem stojących w korku aut i wskoczyć do odjeżdżającego przegubowca. Zdyszany, odszukał ją wzrokiem. Trzymała się poręczy, zapatrzona w przewijające się niczym w kalejdoskopie obrazy za szybą. Miała wtedy krótkie włosy, a z jej uszu zwisały długie bursztynowe kolczyki. Zadarty nosek był czerwony od zimna, a policzki zarumienione. Była piękna. Na moment stracił odwagę, by do niej podejść i oddać rękawiczkę. W końcu jednak przełamał się. Chrząknął, a ona spojrzała na niego, zaskoczona. Sparaliżowała go swoją urodą. Miała wielkie błękitne oczy, które hipnotyzowały, delikatną jasną skórę i mocno zarysowane kości policzkowe. Na ustach nie było cienia szminki, a wyglądały jak wyrzeźbione z egzotycznego owocu.

Rozdziawił gębę, usiłując wykrztusić cokolwiek. Jeśli była zirytowana bądź rozbawiona jego postawą, nie dała tego po sobie poznać. Cierpliwie czekała, aż wreszcie powie, o co chodzi. Szczerze się ucieszyła, kiedy zobaczyła swoją własność.

— Musiałam upuścić, kiedy wsiadałam — powiedziała melodyjnym głosem. — Dziękuję.

— Właściwie to nie — wybełkotał.

— Słucham?

— Nie upuściła jej pani przy wsiadaniu, ale tam, daleko, na ulicy. Ledwie zdołałem dobiec do autobusu.

Uśmiechnęła się szeroko, eksponując nieskazitelne uzębienie.

— Wsiadł pan specjalnie, aby oddać mi tę rękawiczkę? Proszę, proszę.

Zamienili jeszcze kilka słów na temat zagubionej rękawiczki, a potem Marcin zapytał wprost:

— Może poszłaby pani ze mną na drinka?

Jej odpowiedź była natychmiastowa i wypowiedziana tak swobodnie, jakby znali się od lat.

— Jasne.

Tego wieczoru, oprócz drinka, zaliczyli też kolację i seans filmowy u niej w mieszkaniu. Buzie im się nie zamykały. Gadali o szkołach, które ukończyli, o muzyce, książkach, łowieniu ryb, polityce, kosmosie, kryptozoologii i na dziesiątki innych mniej lub bardziej znaczących tematów. Kiedy jej powiedział, że jest pisarzem, początkowo nie uwierzyła. Pisarz oznaczał dla niej celebrytę, a celebryci nie jeżdżą autobusami, tylko cadillacami, i to tylko wtedy, gdy nie przesiadują w oranżeriach swoich ogromnych domostw i nie sączą najdroższej whisky. Zwykle nie lubił mówić o sobie, ale tamtego wieczora, a właściwie już w nocy, opowiedział jej historię swego życia i twórczości. Była tym całkowicie pochłonięta.

— Myślisz, że temat naszego dzisiejszego spotkania nadawałby się na powieść dla Alicii Cherrywood? — zapytała.

Tak to się zaczęło. Z każdym dniem stawali się sobie bardziej bliscy. Różniło ich tylko to, że on miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ona niecałe metr sześćdziesiąt, on był ciemnookim brunetem, ona niebieskooką blondynką. Poza tym stanowili wyjątkowo zgraną parę, cieszącą się każdą chwilą spędzoną razem.

Ania bardzo mu pomagała w tworzeniu. Podrzucała pomysły, czytała każdy nowy rozdział powieści i dzieliła się uwagami. Nie przepadał za określeniem „muza”, ale właśnie kimś takim była — dostarczycielką pomysłów, inspiracją i lekarstwem na niemoc twórczą.

Niemoc… Cholera, ostatnio nawet Anka nie potrafiła jej w nim zwalczyć, co było wyjątkowo niepokojące.

Ruszyli w dalszą drogę. Marcin starał się jak mógł czerpać przyjemność z prowadzenia swojego nowego opla insigni. Auto miało niecały tysiąc kilometrów przebiegu; po raz pierwszy wybrali się nim w dłuższą podróż. Ani bardzo podobał się kolor samochodu — wiśniowy metalik. Rzadko spotykany jak na ten typ pojazdu.

— Wiesz, że to nasze pierwsze wakacje od ponad trzech lat? — zagadnęła go w pewnym momencie.

— Rzeczywiście — burknął. — Ten czas tak pędzi…

— Pamiętasz, jak polecieliśmy do Barcelony?

— Ha, no pewnie!

Czegoś takiego nie mógłby zapomnieć. Kupili w promocji bilety lotnicze i polecieli w ciemno, nawet nie rezerwując wcześniej hotelu. Wszystko załatwili, będąc już na miejscu.

— To była prawdziwa jazda bez trzymanki — powiedział, spoglądając ukradkiem na rozmarzoną twarz żony.

— Barcelona jest piękna. Chciałabym tam kiedyś wrócić.

— To jest do zrobienia. Sam często myślę o tym, jak wielce urokliwa jest Barca.

Największe wrażenie wywarła na nich La Sagrada Família, najatrakcyjniejszy secesyjny kościół w stolicy Katalonii, uważany za główne osiągnięcie wybitnego projektanta, Antoniego Gaudíego. Marcin spędził dobre dwie godziny na pstrykaniu zdjęć. Ten kościół nigdy nie został ukończony i Marcin non stop nadawał o tym dlaczego, a także jakie życie prowadził sam Antoni Gaudi. Czytał kiedyś książkę o tym architekcie i z przyjemnością spoglądał na jego dzieła.

— Zakochałam się w tamtejszych uliczkach. — Ania westchnęła. — Przepiękne. To miasto jest ogromne, ale niezwykle klimatyczne, nie uważasz?

— Jasne. W dodatku pełne sympatycznych ludzi i ciekawych miejsc.

— La Sagrada Família to imponujący symbol, ale gdy ujrzałam ogród Gaudíego, poczułam się jak w raju. Pamiętasz Park Güell?

Uśmiechnął się. Pewnie, że pamiętał. Wszystko tętniło kolorami. Domki, które pokrywała przepiękna mozaika, drzewa owocowe, krzewy i kwiaty. Gdzie człowiek nie spojrzał, dostrzegał barwy tęczy, a słońce leniwie rumieniło skórę, wywoływało dreszcze. Wrażenie nie do opisania. Ludzie nie posiadają się z radości, gdy wyruszają w podróż do Paryża, a potem zachwycają się tym miastem, nazywają najpiękniejszym i najbardziej magicznym na świecie. Marcin nie przepadał za Paryżem. Barcelona miała jego zdaniem o wiele więcej magii, tylko trzeba mieć cierpliwość, aby ją odkryć. Trzeba wiedzieć, gdzie spojrzeć, by dostrzec ukryte piękno tego miasta. Czasami wystarczy jeden wieczorny spacer po La Rambli, by spojrzeć w głąb duszy Barcelony i wiedzieć, że trafiło się w odpowiednie miejsce. Niektórzy w ogóle nie doceniają uroku tego hiszpańskiego miasta. Paryż! — krzyczą — Paryżdopiero ma duszę! A pewnie, że ma, ale nie trzeba jej odkrywać, ona rzuca się na człowieka. Marcin był typem poszukiwacza, dla którego ważniejsze było to, by gonić króliczka, niż go złapać.

— To inteligentne miasto — odezwał się, zamyślony. — Bawi się z tobą, ale nie jest bezczelne. Jest bardzo przyjazne, jak dobrze wychowane dziecko, proszące o chwilę uwagi. Bez nachalności, bez krzyku i płaczu.

Ania zaklaskała.

— Nieźle powiedziane, mój ty romantyku.

Spojrzał na nią na moment, zbity z tropu, skrzywił się, po czym ponownie skoncentrował na prowadzeniu.

— W końcu piszę romanse, muszę być romantyczny.

— Nieźle ci to wychodzi.

— I wrażliwy na piękno — dodał z przekąsem.

Anka zachichotała.

— Naturalnie.

— Szkoda że ostatnio mam ochotę wywalić laptop za okno.

— Chociaż teraz przestań o tym myśleć — udała oburzoną.

Posłusznie skinął głową.

— Tak jest, proszę pani.

— Czuję, że w Morwanach nabierzesz sił.

— Oby. Nawiasem mówiąc, nazwa jak z jakiegoś filmu fantastycznego.

— Morwany? Bo ja wiem. Oby rzeczywiście było tam tak ładnie i spokojnie, jak cię zapewniali.

Też na to liczył. Postukał palcami w kierownicę, lekko zniecierpliwiony. Od dłuższego czasu jechał siedemdziesiątką i miał ogromną ochotę przyśpieszyć. Ruch był praktycznie zerowy, warunki do jazdy doskonałe, a insignia to jeden z najbezpieczniejszych europejskich samochodów, jak go poinformował sprzedawca w salonie.

Chwilę potem wskazówka prędkościomierza pokazywała osiemdziesiąt, a następnie sto kilometrów na godzinę. Ania posłała mu pytające spojrzenie.

— Co ci się stało?

Chrząknął w odpowiedzi.

— Może nawet uda nam się dojechać przez zapadnięciem zmroku — dorzuciła, poklepując go po udzie.

„Mogła sobie tę uwagę podarować” — pomyślał, ale nie odszczeknął się. To nie jej wina. Nie miała pojęcia, co mu się przytrafiło.

Nie był pewien, czy dobrze zrobił, zwiększając prędkość. Co jeśli nagle na drogę wbiegnie jakieś zwierzę? Wystarczyłby lis, aby auto, nawet najlepsze, straciło przyczepność. A z sarną to już w ogóle nie byłoby szans… Oczyma wyobraźni widział ich owiniętych wokół drzewa. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien myśleć w ten sposób, ale to było silniejsze od niego.

Filip próbował go ostrzec, sugerował, by nie wyruszali w podróż. Koniec. Basta.

Znowu wpadał w paranoję. Musiał coś zrobić.

— Dzwoniłem do Kasi w zeszłym tygodniu — odezwał się.

Ania sposępniała.

— Nadal ma ochotę zmienić pracę?

— Taaa… Nie może już tam wytrzymać.

Kasia pracowała jako sekretarka w prywatnym biurze pewnego bardzo zamożnego adwokata, Daniela Małachowskiego. To Filip załatwił jej tę posadę. Małachowskiego znał jeszcze z czasów liceum, kiedy to grali razem w jednej drużynie siatkarskiej. Byli dobrymi kumplami, których drogi całkiem naturalnie rozeszły się. Po latach zupełnym przypadkiem wpadli na siebie. Filip szukał porady prawnej w związku z pewną nieprzyjemną sytuacją w firmie i, szukając prawnika, natknął się w Internecie na znajomo brzmiące nazwisko. Spotkali się, pogadali, wypili parę piw. Filip załatwił swoją sprawę, a Małachowski nie tylko nie wziął od niego ani złotówki, ale i zaproponował dobrze płatną pracę Kaśce. Filip był wniebowzięty, liczył, że dzięki temu skończą się ich problemy finansowe. Tak się stało, ale niecały rok później doszło do tragedii. Filip zginął pod kołami samochodu, a Małachowski zaczął się przystawiać do Kaśki. Był natarczywy i bezczelny, a ona zbyt załamana po stracie męża, by skutecznie walczyć. Zarówno będąc na macierzyńskim, jak i po urodzeniu Natalki, zamożny prawnik robił jej prezenty, odwiedzał, zapewniał, że nikt nie zaopiekuje się nimi lepiej niż on. Ale Kaśka nie chciała przyjąć zalotnika. Powiedziała mu to, przygotowana na utratę etatu. Z pracy nie wyleciała, lecz to, jak zaczął się wobec niej zachowywać Małachowski, wołało o pomstę do nieba. Jego ambicje i duma ucierpiały bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Kaśka wpadła w depresję. Straciła męża, miała na wychowaniu córeczkę, ryzyko zwolnienia z pracy było ogromne, a jeszcze szef zasypywał ją w tygodniu robotą, którą inni wykonywali w miesiąc.

— Powinna odejść — powiedziała Anka. — Nie raz jej o tym mówiłam.

— Wiem. Tak byłoby dla niej najlepiej, ale sama wiesz, jak ciężko jest na rynku.

— Sądzisz, że nie znalazłaby pracy? To bystra dziewczyna.

— Wciąż załamana.

— No właśnie. Po części przez tego chorego człowieka, którego musi nazywać szefem. Zdrowie jest ważniejsze. Jakoś dałaby sobie radę. Rodzice by jej pomogli. My też moglibyśmy…

Marcin westchnął.

— No nie wiem, czy by sobie na coś takiego pozwoliła. Ona niczego nie ceni bardziej niż niezależność. Tak jak ty.

— Z depresją na pewno nie poczuje się niezależna.

— Właśnie o tym chciałem porozmawiać — burknął Marcin. Na moment się zamyślił, a potem dodał: — Kiedy do niej dzwoniłem, powiedziała mi, że czuje się trochę lepiej. I naprawdę wygląda na to, że tak jest. Słychać to było w jej głosie.

Ania pociągnęła nosem. Klimatyzacja nigdy jej nie służyła.

— To dobrze.

— Jej lekarz mówi, że ma szansę niebawem wyjść na prostą.

— Zawsze tak mówią.

— Była bardzo rozmowna i jakby podniesiona na duchu, wiesz?

Ania wzruszyła ramionami.

— Mimo wszystko martwię się o nią. Zbyt wiele przeszła.

— Jak tylko wrócimy z wakacji, jeszcze raz do niej zadzwonię.

— Zaprośmy ją na obiad.

Marcin skinął głową.

— W porządku. To dobry pomysł.

Ania wyraźnie się ucieszyła, że przystał na jej propozycję.

Krajobraz za oknem zmienił się. Skończyły się pola i lasy, za to pojawiły się zabudowania.

— Jesteśmy już blisko? — zapytała po chwili.

— Tak, dojeżdżamy do Iławy.

— A jak tam twój nałóg? — zmieniła nagle temat. — Mocno cię ciągnie?

Westchnął.

— Czasami. Ale nie poddaję się.

— Jestem z ciebie dumna.

— I to dodaje mi sił. Nie rzuciłbym fajek, gdyby nie ty. Za każdym razem, jak mam ochotę zapalić, staje mi przed oczyma obraz mojej żony z miotłą w ręku, przymierzającej się do ataku.

Walnęła go w ramię.

— Mam użyć czegoś ostrzejszego?

— Już się boję. Jestem cały zdenerwowany. Masz fajkę?

— A chcesz w dziób? Jeszcze mi podziękujesz za tę miotłę.

Przekroczyli granice Iławy. Miasteczko nieco się zmieniło od czasów, gdy był tam po raz ostatni. Wymieniono nawierzchnię, pobudowano minironda, aby ułatwiały ruch na skrzyżowaniach, a i znaków drogowych było chyba trzy razy tyle, co kiedyś. Również ruch był większy. Przybyło turystów, ale i samych mieszkańców. Powstawały nowe osiedla, a nad Jeziorakiem wybudowano spory hotel. To już nie była brudna, szara i biedna mieścinka, którą znał.

— Nie odwiedzimy Basi? — usłyszał i wybuchnął śmiechem.

— A co, tak bardzo chciałabyś poznać moją byłą?

Chichotali przez dobrą minutę. Niegdyś opowiadał Ance o swoich przygodach w Iławie. Lubiła żartować na ten temat, nazywając go przy tym ofiarą erotomanii.

— Ciekawe, czy nadal obciąga każdemu napotkanemu.

— Hej, ja się z nią spotykałem! — naburmuszył się udawanie Marcin.

— Tak jak i pięciu innych w tym samym czasie — dogryzała Anka.

— Żeby tylko pięciu — jęknął.

Po kilku minutach byli już za Iławą. Ania sięgnęła po broszurę z ofertą ich wyjazdu i zerknęła na dołączoną do niej mapkę. Jechali teraz wąską szosą, na której ledwie mieścił się ich samochód, a żeby minąć wlokące się z naprzeciwka pojazdy, trzeba było wjechać dwoma kołami na pobocze. Marcin wyłączył klimatyzację i opuścił szybę. Chciał delektować się zapachem drzew. Las zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a wszechobecna cisza uświadomiła mu, jak bardzo potrzebuje wakacji w kompletnej głuszy.

Gdy dojechali do wsi Szymbark, zwolnił. Przypomniały mu się ruiny czternastowiecznego zamku, który zwiedzał wiele lat temu. W momencie budowy zamek stanowił własność kapituły pomezańskiej, następnie służył jako rezydencja, a w 1946 roku został spalony przez Armię Czerwoną.

— Słyszałam o nim — odezwała się Ania, podnosząc wzrok znad broszury. — Podobno jest przepiękny.

— Raczej to, co z niego zostało — odparł Marcin.

Zatrzymali się w Szymbarku dosłownie na kwadrans, by obejrzeć ruiny. Ania była pod wrażeniem, zresztą Marcin również. Stojąc przed najlepiej zachowaną, zachodnią częścią zamku, można było odnieść wrażenie, że czas nie płynie tam tak szybko, że duch czternastego wieku nadal odwiedza ten niemal zapomniany przez turystów zakątek Polski.

— Już teraz odpływam — skomentował Marcin.

Anka uśmiechnęła się.

— Ja też, kochanie. Przepięknie tutaj.

Gdy wrócili na drogę, ta zrobiła się szersza i mogli nieco przyśpieszyć. Marcin wyzbył się obaw związanych z ostrzeżeniem jego nieżyjącego brata. Nie miał już wątpliwości, że szczęśliwie dojadą na miejsce. Nic złego nie mogło się wydarzyć, został do pokonania dziesięciokilometrowy odcinek w środku lasu.

— Dokąd musimy się zgłosić, gdy już zajedziemy na miejsce? — zapytała Ania.

— Powiedziano mi, że bezpośrednio do naszego domku. Będzie oznaczony numerem sześć.

— Ktoś tam na nas będzie czekał?

Marcin wzruszył ramionami.

— Prawdopodobnie tak. Nie mam pojęcia.

— Myślałam, że trzeba będzie podjechać do jakiejś recepcji.

— Kochanie, ta mieścina to dziesięć domów na krzyż.

— Do kogo należy ten, który wynajmujemy?

— Nie mam bladego pojęcia. Czy to takie ważne?

Ania była zdziwiona jego postawą.

— Oczywiście, że ważne! Co jeśli przyjechaliśmy tu na marne i…?

— To znaczy? — Przerwał i spojrzał na nią podejrzliwie. — Sądzisz, że to pic na wodę? Że ktoś wynajął nam telefonicznie dom po to, by zrobić sobie z nas jaja? Skarbie, otrzymaliśmy profesjonalną ofertę, a kobieta, z którą gadałem, udzieliła mi wszystkich potrzebnych informacji. O nic się nie martw, bo to bez sensu. Załatwiłem wszystko jak trzeba, nie musisz w to wątpić.

Ania pokręciła głową.

— Nie wątpię, że wszystko załatwiłeś jak należało — rzekła niepewnie. — Wolałabym jednak wiedzieć, dokąd się udaję.

— Przecież wiesz. Do Morwan. Na totalną wioskę, aby pozbierać myśli i odpocząć. Jesteś zbyt podejrzliwa.

Zamilkła na moment, po czym mruknęła:

— Może masz rację. A ty się chyba niepotrzebnie zdenerwowałeś, co?

— Jasne, że mam rację, maleńka. Zamiast szukać dziury w całym, powinnaś zacząć się już odprężać.

— Ty też.

— Taki mam plan.

Popatrzyła na niego posępnie, ale nie odezwała się ponownie. Marcin tymczasem zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedziała Ania. Przypomniał sobie rozmowę w sprawie ich wyjazdu. Nie wypytywał, do kogo należy dom, bo i po co? Powiedziano mu, że miasteczko jest małe i że jadąc określoną trasą, na pewno trafią bez problemów. Zaraz za tablicą z nazwą miejscowości powinni skręcić w lewo i pojechać około dwóch kilometrów w głąb lasu. Dom oznaczony numerem sześć rzuci im się w oczy, bo jest dość duży. To wszystko. Zapytał o formę płatności. W odpowiedzi usłyszał, że wszystko załatwią na miejscu. Nie widział w tym nic podejrzanego. „Anka czasami trochę przesadza” — pomyślał.

Przez kolejne dziesięć minut jechali w kompletnej ciszy, podziwiając widoki. Las był gęsty i ciemny. Działał uspokajająco, ale i wzbudzał niepewność. Wszechogarniający spokój był dla miastowych niemal nierzeczywisty. Oboje po raz kolejny zdali sobie sprawę, że takie wypady powinni organizować częściej. Prawie już zapomnieli, co to natura; czuli się nieswojo.

— Minie trochę czasu, zanim się przyzwyczaimy do otoczenia — powiedziała Ania.

Marcin musiał się z nią zgodzić. Wkrótce potem dostrzegł tablicę informacyjną. Była tak wielka, że rzucała się w oczy ze sporej odległości. ZAPRASZAMY DO MORWAN — brzmiało powitanie.

— No i proszę, dojechaliśmy — oznajmił z triumfem. — Naprawdę jest tutaj spokojnie. Od co najmniej pięciu minut nie mijał nas żaden samochód.

Zwolnił i zjechał z szosy na trawiastą drogę, prowadzącą w głąb lasu. Nagle zrobiło się ciemniej i chłodniej. Insignia kołysała się niczym łódź na falach. Trzaskały rozjeżdżane gałązki. Anka rozglądała się dookoła, zauroczona krajobrazem. Drzewa rosły tu bardzo blisko siebie, a nad ziemią unosiła się jasna poświata. Wysoko nad nimi przez korony drzew przebijały pojedyncze promienie słońca. Widok był piękny, zupełnie jakby trafili do jakiejś fantastycznej krainy.

— Ależ tu ładnie — skomentowała.

— Poczekaj, aż zajedziemy na miejsce.

Przez dłuższy czas mogli podziwiać uroki lasu. Zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Mijały kolejne minuty.

Anka zaczęła się wiercić.

— Długo jeszcze? — spytała.

— Niecierpliwisz się?

Cyferki zegara na desce rozdzielczej zmieniały się, ale oni wciąż jechali leśną drogą.

— Trochę.

— Przygazuję nieco.

— Na pewno dobrze skręciliśmy? — Anka znów spojrzała na mapkę. — Ten odcinek powinien być znacznie krótszy. Ile już jedziemy?

Marcin pokręcił głową.

— Spokojnie, zaraz dojedziemy — odparł, choć sam był nieco zdziwiony. Też studiował tę mapkę i wiedział, że powinni już być na miejscu. Zaczął rozważać jej opcję. — Najwyżej zawrócimy, choć… — urwał na moment, wbijając wzrok w przednią szybę. Droga lekko zakręcała i sprawiała wrażenie bardziej uczęszczanej. — Spójrz, chyba jednak dobrze jedziemy. Zobaczmy, co czeka na nas za tym zakrętem.

Ania odpięła pasy i zbliżyła twarz do szyby.

— Nic nie widzę — mruknęła.

Marcin zwolnił, po czym lekko odbił w prawo, podążając wyznaczonym szlakiem. Las był tu jeszcze gęstszy. Przez chwilę było tak ciemno, jakby nastała noc. Nie spodziewał się, że w tych rejonach istnieją tak zalesione tereny, że przypominają puszcze.