Wydawca: Karakter Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat ebook

Wade Graham  

4.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat - Wade Graham

Wspaniałe wprowadzenie w świat architektury i urbanistyki. Wade Graham napisał książkę, jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden popularyzator wiedzy. Na trzystu stronach pomieścił historię najważniejszych dwudziestowiecznych koncepcji architektonicznych i ich twórców, kontekstu, w jakim powstały, i wreszcie wpływu, jaki wywarły na kształt naszych miast. Goodhue i miasto romantyczne, neoklasycyzm Burnhama, miasto racjonalne Le Corbusiera, antymiasto Wrighta, miasto samoorganizujące się Jacobs i Duany’ego, miasto konsumenckie Gruena i Jerdego, wreszcie miasto techno-ekologiczne Tengego i Fostera – ta książka to kopalnia wiedzy na temat architektury i pasjonujący przewodnik po naszym świecie, pozwalający zrozumieć, dlaczego wygląda on właśnie tak.

Miasta wyśnione to książka, która eksploruje nasze miasta w nowy sposób – jako wyraz często sprzecznych pomysłów na to, jak powinniśmy mieszkać, pracować, działać, kupować i myśleć. Opowiada o prawdziwych architektach i myślicielach, których wymarzone miasta stały się wzorcami dla świata, w którym żyjemy. Od XIX stulecia po dziś to, co zaczęło się jako wizjonerskie koncepcje – nieraz utopijne, nieraz dziwaczne, zawsze kontrowersyjne – było stopniowo przyjmowane i realizowane na ogromną skalę, stając się naszą konkretną rzeczywistością, w miastach całego świata, od Dubaju przez Szanghaj i Londyn po Los Angeles. Na podstawie biografii tych najważniejszych marzycieli i bojowników, oraz ich uczniów i antagonistów, którzy przekładali lub kontestowali ich plany, możemy prześledzić losy nie tylko form urbanistycznych, które nas otaczają – domów, wieżowców, domów kultury, wspólnot mieszkaniowych, galerii handlowych, deptaków, autostrad i przestrzeni między nimi – ale też idei, które były dla nich natchnieniem, ucieleśnionych w budynkach, dzielnicach i całych miastach. W Miastach wyśnionych chcę pokazać, jak zobaczyć świat, który już zamieszkujemy, w nowym świetle, przekonać się, skąd biorą się nasze formy urbanistyczne – nasza architektura – w jaki sposób chcą nas kształtować, jak z kolei my kształtujemy je i jak uczestniczymy w tym całym procesie” – pisze autor we wstępie.

 Wade Graham – amerykański historyk, architekt krajobrazu, autor tekstów poświęconych architekturze i urbanistyce.    

Opinie o ebooku Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat - Wade Graham

Fragment ebooka Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat - Wade Graham

Cen­tra han­dlo­we

Vic­tor Gru­en, Jon Jer­de i mia­sto han­dlu

Nie tyl­ko ku­po­wa­nie roz­prze­strze­nia się na wszyst­kie ob­sza­ry ży­cia, ale wszyst­ko prze­ra­dza się w ku­po­wa­nie. Ko­lej­ny­mi fa­la­mi eks­pan­sji – z któ­rych każ­da jest więk­sza i po­tęż­niej­sza od po­przed­niej – ku­po­wa­nie sys­te­ma­tycz­nie za­gar­nia co­raz szer­sze spek­trum ob­sza­rów, przez co dziś moż­na uznać je za za­sad­ni­czą ak­tyw­ność ży­cia pu­blicz­ne­go.

Sze Tsung Le­ong,Ha­rvard De­sign Scho­ol Gu­ide To Shop­ping

[...]

W 1990 roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych było 36 515 cen­trów hand­lo­wych. Ta kul­mi­na­cja suk­ce­su cen­trum han­dlo­we­go była za­ra­zem mo­men­tem na­sy­ce­nia, po­cząt­kiem koń­ca tej in­sty­tu­cji. Po­ja­wi­ła się kon­ku­ren­cja ze stro­ny wiel­ko­po­wierzch­nio­wych outle­tów – czę­sto bu­do­wa­nych zu­peł­nie poza ob­rę­bem miast, na naj­tań­szych grun­tach wzdłuż no­wych au­to­strad – ofe­ru­ją­cych ar­ty­ku­ły w moc­no ob­ni­żo­nych ce­nach, oraz hi­per­mar­ke­tów ta­kich jak Wal­mart i Home De­pot, sto­ją­cych sa­mot­nie przed ogrom­ny­mi par­kin­ga­mi albo po­gru­po­wa­nych w „cen­tra mocy” – coś w ro­dza­ju no­wej, mon­stru­al­nie wiel­kiej od­mia­ny wol­no­sto­ją­ce­go obiek­tu han­dlo­we­go z jed­nym skle­pem z lat trzy­dzie­stych XX wie­ku. Jed­no­cze­śnie te­le­za­ku­py do­stęp­ne w te­le­wi­zji ka­blo­wej i roz­ra­sta­ją­cy się in­ter­net, a wraz z nim mno­żą­ce się moż­li­wo­ści za­ku­pów on­li­ne spra­wi­ły, że wy­ciecz­ka do cen­trum han­dlo­we­go sta­ła się tyl­ko jed­ną z opcji do­stęp­nych kon­su­men­tom – i czę­sto naj­bar­dziej cza­so­chłon­ną. Wyj­ścia z przy­ja­ciół­mi do re­stau­ra­cji, kino, wy­jaz­dy wa­ka­cyj­ne, si­łow­nia albo fit­ness club, czy po pro­stu oglą­da­nie w domu ka­blów­ki albo fil­mu na któ­rymś z co­raz to now­szych urzą­dzeń – VHS, DVD, od­twa­rza­czu Blu-ray lub DVR – wszyst­ko to od­bi­ja­ło się na kon­dy­cji cen­trum han­dlo­we­go. Od 1980 do 1990 roku czas spę­dza­ny przez klien­tów w cen­trach han­dlo­wych skró­cił się o po­ło­wę336. Z po­cząt­kiem 1995 roku Ame­ry­kan­ki wy­da­wa­ły 40 pro­cent wię­cej na wa­ka­cje i 21 pro­cent wię­cej na wyj­ścia do re­stau­ra­cji w po­rów­na­niu z po­przed­ni­mi la­ta­mi. Rósł od­se­tek zwol­nio­nych po­wierzch­ni w mal­lach: w 1995 roku w re­jo­nie Chi­ca­go prze­kro­czył mi­lion me­trów kwa­dra­to­wych. Mal­le w USA za­czę­ły upa­dać set­ka­mi. Sama Sher­man Oaks Gal­le­ria w San Fer­nan­do Val­ley skur­czy­ła się do paru mniej­szych skle­pów, a gdy w roku 1999 zo­sta­ła za­mknię­ta, jej wła­ści­cie­le byli zmu­sze­ni szu­kać no­we­go prze­pi­su na suk­ces. Po­raż­ka ozna­cza­ła­by, że kry­te cen­trum han­dlo­we na przed­mie­ściach było koń­cem wie­lo­wie­ko­we­go po­stę­pu ar­chi­tek­tu­ry han­dlo­wej. Na szczę­ście, wraz z prze­ło­mo­wą re­ali­za­cją kil­ka go­dzin jaz­dy na po­łu­dnie od LA, przy au­to­stra­dzie mię­dzy­sta­no­wej nr 5 zro­dził się nowy pa­ra­dyg­mat.

W 1977 roku de­we­lo­per Er­nest Hahn, za­słu­żo­ny bu­dow­ni­czy pod­miej­skich cen­trów han­dlo­wych, mu­siał się zmie­rzyć z pew­nym pro­ble­mem zwią­za­nym z cen­trum mia­sta. Miał ape­tyt na sma­ko­wi­te ką­ski w szyb­ko roz­wi­ja­ją­cej się oko­li­cy San Die­go, mię­dzy in­ny­mi w Mis­sion Val­ley, punk­cie wę­zło­wym bu­do­wa­nych wła­śnie no­wych au­to­strad war­tych set­ki mi­lio­nów do­la­rów, oraz w Escon­di­do, na kwit­ną­cym pół­noc­nym przed­mie­ściu. Ale bur­mistrz San Die­go Pete Wil­son (re­pu­bli­ka­nin, póź­niej, w la­tach 1991–1999, gu­ber­na­tor Ka­li­for­nii) miał klu­cze do jed­nej z nie­ru­cho­mo­ści po­trzeb­nych Hah­no­wi i za­ży­czył so­bie, żeby de­we­lo­per naj­pierw roz­wią­zał pro­blem, jaki z cen­trum mia­sta mia­ły wła­dze – przez bu­do­wę shop­ping mal­lu. Te­ren obej­mo­wał sześć opusz­czo­nych kwar­ta­łów zruj­no­wa­ne­go śród­mie­ścia, kla­sycz­nie „zde­gra­do­wa­nej” dziel­ni­cy o prze­mie­sza­nych funk­cjach, po­ło­żo­nej mię­dzy sta­rym na­brze­żem od za­cho­du, be­to­no­wo-szkla­ny­mi wie­żow­ca­mi no­wej dziel­ni­cy fi­nan­so­wej, zre­wa­lo­ry­zo­wa­nej w ra­mach miej­skiej od­no­wy od wscho­du, oraz roz­le­gły­mi in­sta­la­cja­mi por­to­wy­mi bazy ma­ry­nar­ki wo­jen­nej USA od po­łu­dnia. Od stro­ny pół­noc­nej na ho­ry­zon­cie wi­dać było kry­te da­chów­ką wie­życz­ki mia­sta wy­śnio­ne­go przez Ber­tra­ma Go­odhue w Bal­boa Park, wśród po­ra­sta­ją­cych te­ren eu­ka­lip­tu­sów. W du­żej mie­rze wsku­tek obec­no­ści żoł­nie­rzy, w oko­li­cy było peł­no lom­bar­dów i skle­pów z ka­se­ta­mi wi­deo dla do­ro­słych. Kie­dy Hahn, bu­dzą­cy re­spekt han­dlo­wiec, przy­wiózł tam pre­ze­sa kon­sor­cjum hi­per­mar­ke­tów Mont­go­me­ry Ward, żeby obej­rzał te­ren pod ką­tem jego po­ten­cja­łu, ja­kiś bez­dom­ny męż­czy­zna na­si­kał Hah­no­wi na buty. O stan­dar­do­wym pod­miej­skim cen­trum han­dlo­wym nie mo­gło być mowy.

Hor­ton Pla­za, San Die­go, Ka­li­for­nia (1985). Ar­chi­tekt: Jer­de Part­ner­ship In­ter­na­tio­nal

Hahn za­dzwo­nił do Jona Jer­de’ego, ar­chi­tek­ta i dłu­go­let­nie­go człon­ka kie­row­nic­twa w fir­mie Char­les Ko­ber As­so­cia­tes, z któ­rym współ­pra­co­wał już przy kil­ku pro­jek­tach. Jer­de od 13 lat pro­jek­to­wał kon­wen­cjo­nal­ne cen­tra han­dlo­we w Ka­li­for­nii, w fir­mie Ko­ber, a wcze­śniej w jej po­przed­nicz­ce, swo­je pierw­sze ukoń­czył w 1968 roku, a ko­lej­ne, przede wszyst­kim Nor­th­rid­ge i Los Cer­ri­tos, w 1971 roku, Glen­da­le Gal­le­ria w 1976 i Haw­thor­ne Pla­za w roku 1977. Wszyst­kie były od­mia­na­mi ty­po­we­go, kry­te­go cen­trum han­dlo­we­go o ukła­dzie han­tlo­wym. Jer­de, któ­ry przed stu­dia­mi ar­chi­tek­to­nicz­ny­mi na Uni­ver­si­ty of So­uthern Ca­li­for­nia kształ­cił się w sztu­kach pięk­nych i in­ży­nie­rii, zo­stał dy­rek­to­rem dzia­łu pro­jek­to­we­go, a na­stęp­nie wi­ce­dy­rek­to­rem wy­ko­naw­czym w Ko­ber, ale nie czuł się speł­nio­ny w swo­jej pra­cy. „Pro­jek­to­wa­nie prze­strze­ni han­dlo­wych to dla am­bit­nych ar­chi­tek­tów naj­mniej po­żą­da­na dział­ka – przy­znał w wy­wia­dzie. – Dla­te­go wpa­dłem w okrop­ną de­pre­sję”337. Nie­dłu­go przed­tem zo­sta­wił pra­cę w Ko­ber, żeby za­sta­no­wić się, co da­lej. Kie­dy Hahn po­wie­dział mu, że w San Die­go bę­dzie trze­ba wy­my­ślić coś zu­peł­nie in­ne­go i że chęt­nie za­pła­ci Jer­de’emu za pro­po­zy­cję, ten pod­sko­czył z ra­do­ści i za­wią­zał spół­kę z Ed­die Wan­giem, ko­le­gą z Ko­ber, któ­ry uro­dził się w Chi­nach i wy­cho­wał na Taj­wa­nie, a do Sta­nów przy­je­chał stu­dio­wać po­dy­plo­mo­wo ar­chi­tek­tu­rę na Uni­wer­sy­te­cie Il­li­no­is. Po­sta­wi­li so­bie za cel cał­ko­wi­tą od­mia­nę wi­ze­run­ku cen­trum hand­lo­we­go we­dług „roz­myśl­nie miej­skie­go sce­na­riu­sza, świa­do­me­go dzie­ła urba­ni­sty­ki dla lu­dzi”338 – in­ny­mi sło­wy, spro­wa­dze­nie shop­ping mal­lu z po­wro­tem do cen­trum przez nada­nie mu ty­po­wo wiel­ko­miej­skich cech.

Wi­zja Jer­de’ego mia­ła wie­le czę­ści skła­do­wych, ale na naj­głęb­szym po­zio­mie wy­ra­sta­ła z jego prze­żyć w dzie­ciń­stwie. Uro­dzo­ny w 1940 roku w Al­ton w sta­nie Il­li­no­is, Jer­de opi­sał kie­dyś swo­ją ro­dzi­nę jako „mi­ze­ro­tę z pól naf­to­wych”, po­dą­ża­ją­cą z miej­sca na miej­sce za oj­cem za­trud­nio­nym w prze­my­śle naf­to­wym339. Dwu­na­sto­let­ni Jon prze­pro­wa­dził się z mat­ką do Long Be­ach w Ka­li­for­nii, so­lid­ne­go, ro­bot­ni­cze­go mia­sta na wy­brze­żu, na po­łu­dnie od Los An­ge­les, zbu­do­wa­ne­go na po­lach naf­to­wych, z du­żym por­tem, bazą lot­nic­twa ma­ry­nar­ki wo­jen­nej i fa­bry­ką sprzę­tu lot­ni­cze­go McDon­nell Do­uglas, po­zo­sta­łą z cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej. Był po tro­sze sa­mot­ni­kiem, od naj­młod­szych lat za­fra­po­wa­nym ar­chi­tek­tu­rą i pro­jek­to­wa­niem miast, włó­czą­cym się po ciem­nych za­uł­kach i gro­ma­dzą­cym sta­ro­cie, z któ­rych bu­do­wał „fan­ta­stycz­ne mia­sta” w ga­ra­żu wy­na­ję­te­go przez ro­dzi­nę domu. Spo­rą część wol­ne­go cza­su spę­dzał w Pike, sta­ro­mod­nym par­ku roz­ryw­ki na bul­wa­rze nad­mor­skim, wśród rol­ler­co­aste­rów, ku­cy­ków, au­to­ma­tów do gry, strzel­nic, ba­rów, ka­ba­re­tów i sa­lo­nów ta­tu­ażu. Przy­cią­ga­ły go ko­lo­ry, ja­zgot i ta­nia roz­ryw­ka, a tak­że ano­ni­mo­we tłu­my, wśród któ­rych, jak po­wie­dział po wie­lu la­tach, od­naj­dy­wał „cu­dow­ną ser­decz­ność i po­czu­cie przy­na­leż­no­ści”340. Przez lata swo­jej ka­rie­ry ar­chi­tek­ta nie mógł prze­bo­leć roz­my­cia się tej wła­śnie „wspól­no­to­wo­ści”, jak ją na­zy­wa, w bez­pł­cio­wych ot­chła­niach no­wo­cze­sne­go cen­trum han­dlo­we­go, i miał na­dzie­ję przy­wró­cić ją do ży­cia w pro­jek­cie na­zwa­nym póź­niej Hor­ton Pla­za w San Die­go.

Pod­czas rocz­ne­go gran­tu na po­dró­że, któ­ry uzy­skał w 1963 roku jako stu­dent USC341, wę­dro­wał przez Eu­ro­pę, przy­glą­da­jąc się tra­dy­cyj­nym for­mom urba­ni­stycz­nym. Za­uro­czy­ły go szcze­gól­nie włos­kie mia­stecz­ka na wzgó­rzach – ich tęt­nią­ce ży­ciem wą­skie, krę­te ulicz­ki, peł­ne lu­dzi za­ła­twia­ją­cych róż­ne spra­wy, pra­cu­ją­cych, ro­bią­cych za­ku­py albo po pro­stu spa­ce­ru­ją­cych, ale tak­że roz­ma­wia­ją­cych, oglą­da­ją­cych i cie­szą­cych się tym, co ro­bią. Ulicz­ki ta­kie­go mia­stecz­ka, po­dob­nie jak w Pike, ale w prze­ci­wień­stwie do ulic na ame­ry­kań­skich przed­mie­ściach po woj­nie, były miej­scem za­rów­no han­dlu, jak i kon­tak­tów spo­łecz­nych. Kształt ca­łe­go miej­sca był waż­niej­szy niż po­szcze­gól­ne bu­dyn­ki, któ­re mo­gły znacz­nie róż­nić się od sie­bie, ale za­wsze wy­ra­sta­ły ze wspól­ne­go kon­tek­stu, hi­sto­rii i tra­dy­cji. Jako ar­chi­tekt Jer­de był po­chło­nię­ty my­ślą o tym, jak „do­świad­cze­nie wspól­no­to­we”, za­gu­bio­ne w mo­der­ni­stycz­nym, zdo­mi­no­wa­nym przez sa­mo­cho­dy mie­ście, mo­gło od­żyć po­przez, jak to wy­ra­ził, „wy­kre­owa­nie miej­sca-do­świad­cze­nia”342.

Wie­dział o star­szych przy­kła­dach po­dob­nej „wiej­sko­ści” skro­jo­nej na ludz­ką mia­rę w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, któ­rej re­jon był za­sied­lany i roz­wi­jał się wo­kół wie­lu ma­łych, roz­pro­szo­nych ośrod­ków, a nie jed­ne­go cen­tral­ne­go śród­mie­ścia343. Znał też kon­kret­ne miej­sca, w któ­rych śród­ziem­no­mor­skie tra­dy­cje ar­chi­tek­to­nicz­ne po­łą­czo­no z han­dlem, i to z do­brym skut­kiem: choć­by w śród­mie­ściu San­ta Bar­ba­ra, czę­ścio­wo hi­sto­rycz­nej, czę­ścio­wo wy­sty­li­zo­wa­nej na hi­sto­rycz­ną dziel­ni­cy han­dlo­wo-re­stau­ra­cyj­nej prze­ty­ka­nej pa­se­os – dep­ta­ka­mi i ar­ka­da­mi z cią­gną­cy­mi się po obu stro­nach skle­pa­mi i re­stau­ra­cja­mi – roz­pię­ty­mi mię­dzy uli­ca­mi, jak ujął to Jer­de, ni­czym „na­szyj­nik”. Ta­kie miej­sca pod­po­wia­da­ły spo­sób, w jaki moż­na „na­pi­sać sce­na­riusz mia­sta […] wy­kre­ować miej­ski te­atr, ry­su­jąc ła­god­ne tło dla tego, co się wy­da­rza, w sen­sie spo­tkań, kie­dy prze­mie­rzasz sze­reg po­łą­czo­nych z sobą miej­skich pro­jek­tów, po­dą­żasz tro­pem roz­sy­pa­nych okrusz­ków, któ­ry pro­wa­dzi cię przez mia­sto”344. Po­mi­mo roz­cza­ro­wa­nia ar­chi­tek­tu­rą han­dlo­wą do­szedł do prze­ko­na­nia, że wła­śnie za­ku­py do­star­cza­ją naj­lep­szej oka­zji do bu­do­wa­nia wspól­no­to­wo­ści: „Cen­trum han­dlo­we to tro­chę ża­ło­sne miej­sce na sze­ro­ko za­kro­jo­ne dzia­ła­nia in­te­gru­ją­ce spo­łecz­ność, ale nie mamy nic in­ne­go i to ono na­pę­dza ko­niunk­tu­rę w Ame­ry­ce” – na­pi­sał. Po tro­sze się tłu­ma­czył, ale też stwier­dził z prze­ko­na­niem: „uza­leż­nie­nie od kon­sump­cji jest tym, co wy­cią­gnie lu­dzi z do­mów i zbli­ży do sie­bie”345.

Ra­zem ze swo­im ze­spo­łem za­pro­po­no­wał dla Hor­ton Pla­za roz­wią­za­nie w po­sta­ci „ar­ma­tu­ry” – trzy­po­zio­mo­wej ulicz­ki tyl­ko dla pie­szych, pod go­łym nie­bem, z wej­ścia­mi w jed­nej li­nii z bu­dyn­ka­mi na są­sied­nich uli­cach, bie­gną­cej na skos przez śro­dek sze­ściu kwar­ta­łów. Po obu stro­nach dep­ta­ka mia­ły się cią­gnąć sze­re­gi bu­dyn­ków miesz­czą­cych wszyst­kie ele­men­ty zwy­kłe­go cen­trum han­dlo­we­go: ho­tel, kino, skle­py, re­stau­ra­cje, biu­ra, te­atr i „ko­twi­ce” hi­per­mar­ke­tów – nie dwie albo trzy, lecz czte­ry – a tak­że prze­strze­ni po­my­śla­nych, żeby za­chę­cać do spa­ce­rów: ga­le­ria, ta­ras, od­kry­ty dzie­dzi­niec. Wszyst­ko to zło­ży­ło się na wy­dłu­żo­ną, wie­lo­po­zio­mo­wą wer­sję fe­sti­val mar­ket­pla­ce. Wi­docz­ny na pla­nie ar­ma­tu­ry ko­ry­tarz miał dwa za­ko­la, któ­re mniej wię­cej w po­ło­wie jego dłu­go­ści za­mie­nia­ły się stro­na­mi, kie­ru­jąc stru­mień lu­dzi z jed­nej stro­ny na dru­gą, jak rze­ka, któ­ra w dro­dze do uj­ścia pro­wa­dzi swój głów­ny nurt raz przy pra­wym, raz przy le­wym brze­gu. W zgo­dzie z post­mo­der­ni­stycz­ną wraż­li­wo­ścią do­mi­nu­ją­cą wte­dy w ar­chi­tek­tu­rze, i jej swo­bod­nym wy­ko­rzy­sta­niem pseu­do­hi­sto­rycz­nych de­ko­ra­cji oraz te­atral­nym, po­pu­li­stycz­nym za­po­ży­cza­niem od mało am­bit­ne­go pro­jek­to­wa­nia ko­mer­cyj­ne­go, ze­spół wy­szu­ki­wał przy­kła­dy lo­kal­nej ar­chi­tek­tu­ry. „Na 40 akrach Hor­ton Pla­za sta­ra­li­śmy się za­czerp­nąć z wszyst­kich ele­men­tów, z któ­rych skła­da się San Die­go – wy­ja­śniał Jer­de – od ko­ścio­łów w sty­lu Spa­nish re­vi­val, przez no­wo­cze­sne bu­dyn­ki w sty­lu art déco, aż po bar­dzo kiep­skie współ­cze­sne cen­tra han­dlo­we, wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­ko to, co po­mię­dzy”346. Uwa­żał, że nie cho­dzi tu­taj o zwy­kłe na­śla­dow­nic­two, ale o wy­do­by­cie esen­cji „cha­rak­te­ru czy też oso­bo­wo­ści” miej­sca, „zbio­ro­wej fan­ta­zji” miesz­kań­ców na jego te­mat – „pier­wot­nej me­to­dy per­cep­cyj­nej, przez któ­rą lu­dzie two­rzą więź z wła­snym do­mem”. Gdy się to uda­je, „te ce­chy zo­sta­ją spo­tę­go­wa­ne i prze­ja­skra­wio­ne jak w te­atrze. Do­świad­czasz miej­sca jak mu­zy­ki z pod­krę­co­ne­go gło­śni­ka, jako ide­al­nej fan­ta­zji o tym, czym we­dług cie­bie to miej­sce jest”347.

Do mo­ty­wów cha­rak­te­ry­stycz­nych dla San Die­go do­da­no ele­men­ty, któ­re Jer­de na­ry­so­wał w szki­cow­ni­kach w cza­sie po­dró­ży na­uko­wych do Włoch na eta­pie opra­co­wy­wa­nia pro­jek­tu: bu­dy­nek o trój­kąt­nej pod­sta­wie wci­na­ją­cy się w dep­tak w punk­cie, gdzie za­ko­la zmie­nia­ją kie­ru­nek, łuk po­sta­wio­ny w po­przek, pro­sto­kąt­ny pla­cyk, sze­reg trój­kąt­nych okien na wy­so­kiej ścia­nie, rząd ro­słych ar­kad. Te de­ta­le na­da­ją wy­ra­zi­ście śród­ziem­no­mor­ski, wręcz kla­sycz­ny ton cze­muś, co poza tym jest ist­ną ar­chi­tek­to­nicz­ną or­gią. Róż­ne ele­men­ty są wrzu­co­ne do wspól­ne­go ty­gla, po­na­kła­da­ne war­stwa na war­stwie pod róż­ny­mi ką­ta­mi, a z nimi ta­ra­sy, bal­ko­ny, ru­cho­me scho­dy, tra­dy­cyj­ne scho­dy, kład­ki dla pie­szych, wnę­ki oraz ta post­mo­der­ni­stycz­na iko­na, ko­lum­na­da „re­to­rycz­na”, bie­gną­ca ta­jem­ni­czo w dal, ni­cze­go nie­pod­trzy­mu­ją­ca. Wszyst­ko to zo­sta­ło okra­szo­ne całą gamą re­kwi­zy­tów te­atru han­dlo­we­go Gru­ena–Ro­use’a, ta­kich jak fon­tan­ny, ob­ra­zy i rzeź­by, sty­li­zo­wa­ne szyl­dy, cho­rą­giew­ki, sztan­da­ry. Ko­lo­ry są wszę­dzie: rzu­co­ne na otyn­ko­wa­ne fa­sa­dy – bu­dy­nek na pla­nie trój­ką­ta po­kry­wa sza­chow­ni­ca z bia­łych, czar­nych i czer­wo­nych kwa­dra­tów, ni­czym mar­mur Du­omo we Flo­ren­cji; świa­tła rzu­ca­ją ko­lo­ro­we pla­my na ścia­ny; wszę­dzie po­wie­szo­ne są barw­ne tka­ni­ny. Nie­daw­ne do­świad­cze­nie w pro­jek­to­wa­niu spój­ne­go mo­ty­wu dla XXIII Igrzysk Olim­pij­skich w Los An­ge­les w 1984 roku po­mo­gło fir­mie udo­sko­na­lić pew­ne chwy­ty. We współ­pra­cy z pra­cow­nią pro­jek­to­wa­nia gra­ficz­ne­go Jer­de Part­ner­ship przed­sta­wi­ła „ze­staw ele­men­tów” do za­sto­so­wa­nia w 75 obiek­tach olim­pij­skich roz­sia­nych po ca­łym mie­ście: trans­pa­ren­ty, ko­lum­ny, ogro­dze­nia, za­da­sze­nia, na­mio­ty i bram­ki zro­bio­ne z ma­te­ria­łu, tek­tu­ro­wych wal­ców, me­ta­lo­wych rur oraz rusz­to­wań, wszyst­ko mo­du­lar­ne i ską­pa­ne w mie­nią­cych się, ja­skra­wych ko­lo­rach, oraz ta­nie, żeby zmie­ści­ło się w ogra­ni­czo­nym bu­dże­cie igrzysk. Była to nie­od­łącz­na część „uno­szą­ce­go się nad po­łu­dnio­wą Ka­li­for­nią du­cha two­rze­nia ta­niej ar­chi­tek­tu­ry – pi­sał Jer­de – wy­twa­rza­nia rze­czy z pro­za­icz­nych ma­te­ria­łów ta­kich jak siat­ka ogro­dze­nio­wa i pro­wi­zo­rycz­ne kon­struk­cje”348. Przy­po­mi­na­ją się współ­cze­sne pra­ce Fran­ka Geh­ry’ego.

Otwar­ciu Hor­ton Pla­za w 1985 roku to­wa­rzy­szy­ły gło­sy za­chwy­tu, kon­ster­na­cja, ol­brzy­mie za­in­te­re­so­wa­nie me­diów i za­cie­ka­wie­nie tłu­mów – w pierw­szym roku ist­nie­nia od­wie­dzi­ło ją 25 mi­lio­nów osób349. Jej suk­ces przy­spie­szył re­wa­lo­ry­za­cję ca­łe­go ob­sza­ru, prze­mia­no­wa­ne­go na Gas Lamp Qu­ar­ter [Dziel­ni­cę La­tar­ni Ga­zo­wych], oraz in­we­sty­cję w bu­do­wę li­nii ko­lei miej­skiej do Ti­ju­any, tuż za gra­ni­cą mek­sy­kań­ską, cen­trum kon­fe­ren­cyj­ne­go i sta­dio­nu ba­se­bal­lo­we­go. Dla Jer­de Part­ner­ship był to miły do­wód, że po­mysł wskrze­sze­nia cen­trum mia­sta za po­mo­cą peł­ne­go urba­ni­stycz­ne­go do­świad­cze­nia kon­su­menc­kie­go oka­zał się tra­fio­ny. Tak oto na­ro­dzi­ła się jesz­cze jed­na for­ma ar­chi­tek­tu­ry ko­mer­cyj­nej: cen­trum han­dlo­we jako do­świad­cze­nie.

Mall of Ame­ri­ca, Blo­oming­ton, Min­ne­so­ta (1992). Ar­chi­tekt: Jer­de Part­ner­ship In­ter­na­tio­nal

Po Hor­ton Pla­za fir­ma roz­wi­ja­ła się wy­śmie­ni­cie i wie­lo­krot­nie zle­ca­no jej prze­pro­jek­to­wa­nie tra­dy­cyj­nych kry­tych cen­trów hand­lo­wych. W 1985 roku, prze­bu­do­wu­jąc We­st­si­de Pa­vi­lion w LA, otwo­rzy­ła bu­dy­nek na uli­ce, wy­ko­rzy­stu­jąc przy tym pa­sa­że, wi­try­ny skle­po­we i wy­ra­zi­ste szyl­dy, a w 1989 roku prze­kształ­ci­ła sta­tecz­ny Fa­shion Is­land w New­port Be­ach w niby-wło­skie mia­stecz­ko peł­ne ka­me­ral­nych za­uł­ków i pa­sa­ży, coś à la San­ta Bar­ba­ra, oto­czo­ne z wszyst­kich stron mo­rzem par­kin­gów – od­wra­ca­jąc for­mu­łę Hor­ton w celu „od­mło­dze­nia kom­plek­su przy uży­ciu miej­skich war­toś­ci w ser­cu przed­mieść”, by za­cy­to­wać Jer­de’ego350. Oka­za­ło się, że całą tę al­che­mię da się, oczy­wi­ście w od­po­wied­niej ska­li, rów­nie ła­two „za­pa­ko­wać w pu­deł­ko” i umie­ścić we­wnątrz kon­wen­cjo­nal­ne­go cen­trum han­dlo­we­go na roz­le­wa­ją­cych się przed­mie­ściach, za­mie­nia­jąc je w cen­trum roz­ryw­ko­we i cel wy­cie­czek sam w so­bie. W Blo­oming­ton w Min­ne­so­cie Jer­de do­stał do opra­co­wa­nia pra­wie 40-hek­ta­ro­wą dział­kę na skrzy­żo­wa­niu dwóch wiel­kich au­to­strad na przed­mie­ściu aglo­me­ra­cji Min­ne­apo­lis–Sa­int Paul, na któ­rej fir­ma po­sta­wi­ła naj­więk­sze na świe­cie cen­trum o ukła­dzie han­tlo­wym, z 23 ty­sią­ca­mi me­trów po­wierzch­ni han­dlo­wej na 4 po­zio­mach, zaj­mo­wa­nych przez po­nad 500 skle­pów, kina, ho­tel, pod­ziem­ne oce­ana­rium oraz peł­no­wy­mia­ro­wy, umiesz­czo­ny pod da­chem park roz­ryw­ki w środ­ko­wej czę­ści. Głów­ny wła­ści­ciel cen­trum Me­lvin Si­mon za­chwy­cał się w trak­cie bu­do­wy, że bę­dzie to „jak wy­ciecz­ka do Di­sney­lan­du”351. Jer­de stwier­dził póź­niej o swo­im dzie­le: „Oni chcie­li fak­tycz­nie czte­rech cen­trów ze­sta­wio­nych z sobą jak sto­ły, to­tal­nej bred­ni. [Ale] przy­je­cha­łem na otwar­cie i po­my­śla­łem so­bie, chwi­la mo­ment, to nie ta­kie złe. To nie jest zły pro­jekt, to jest sztan­ca. Już nie cen­trum han­dlo­we. Coś dziw­ne­go i zu­peł­nie no­we­go, coś, co zro­bio­ne z wy­czu­ciem, może być zwa­rio­wa­ne, czy­li re­we­la­cyj­ne”352. Po otwar­ciu w 1992 roku zda­nie sa­me­go ar­chi­tek­ta naj­wy­raź­niej po­dzie­la­ło sza­co­wa­ne 40 mi­lio­nów od­wie­dza­ją­cych rocz­nie353. The Mall of Ame­ri­ca, bo tak go na­zwa­no, od lat przy­cią­ga rok w rok wię­cej lu­dzi niż Di­sney World, Gra­ce­land i Park Na­ro­do­wy Wiel­kie­go Ka­nio­nu ra­zem wzię­te. Jer­de kie­ro­wał się pra­wem gra­wi­ta­cji de­ta­lu Re­il­ly’ego (de­mon­stru­jąc za­ra­zem jego słusz­ność), któ­re mówi, że „w wy­pad­ku gdy po­zo­sta­łe zmien­ne są ta­kie same, kon­su­men­ci wy­bie­ra­ją naj­więk­sze cen­trum han­dlo­we, do któ­re­go ła­two im do­je­chać”354 – i udo­wod­nił przy oka­zji, że naj­waż­niej­sze nie jest usy­tu­owa­nie obiek­tu w mie­ście, ale stwo­rze­nie wra­że­nia „miej­skiej wspól­no­to­wo­ści”, wy­peł­nia­nie ga­le­rio­cen­trycz­nej wi­zji urba­ni­stycz­nych przed­mieść Vic­to­ra Gru­ena. „Do­świad­cze­nie wspól­no­to­we to wy­da­rze­nie, któ­re da się za­pro­jek­to­wać” – pi­sał Jer­de – nie­za­leż­nie od jego lo­ka­li­za­cji355.

Dla cią­gną­ce­go się ki­lo­me­tra­mi Uni­ver­sal City w North Hol­ly­wood, Jer­de Part­ner­ship opra­co­wa­ła plan ge­ne­ral­ny, ukoń­czo­ny w 1989 roku, ma­ją­cy po­łą­czyć trzy więk­sze ist­nie­ją­ce ele­men­ty mia­stecz­ka: dru­gi naj­czę­ściej od­wie­dza­ny park roz­ryw­ki w LA, am­fi­te­atr kon­cer­to­wy oraz kino z 18 sa­la­mi. Plan łą­czył cały kom­pleks w ko­li­ste mia­stecz­ko na wznie­sie­niu, zło­żo­ne z dzie­wię­ciu wy­ra­zi­stych czę­ści, każ­dej z mo­ty­wem prze­wod­nim zwią­za­nym z do­mi­nu­ją­cą tam ak­tyw­no­ścią: Ca­nal Stre­et przy­po­mi­na­ła noc­ne ży­cie No­we­go Or­le­anu; Main Stre­et była zła­go­dzo­ną wer­sją Hor­ton Pla­za, a Urban Vil­la­ge – stre­fą biu­ro­wo-han­dlo­wą w du­chu no­we­go urba­ni­zmu, wzbo­ga­co­ną o „scho­dy hisz­pań­skie”, i tak da­lej.

Wła­ści­cie­le Uni­ver­sal odło­ży­li plan ge­ne­ral­ny na pół­kę i w za­mian za­ży­czy­li so­bie, żeby Jer­de wy­cią­gnął z nie­go to, co naj­waż­niej­sze, i po­łą­czył trzy głów­ne ele­men­ty z wie­lo­po­zio­mo­wy­mi par­kin­ga­mi i prze­strze­nią ko­mer­cyj­ną. Tak po­wstał Uni­ver­sal Ci­ty­Walk, otwar­ty w 1993 roku: dłu­ga na 450 me­trów „ulicz­ka” zło­żo­na z dwóch czę­ści zbie­ga­ją­cych się na cen­tral­nym pla­cu zwień­czo­nym otwar­tą sta­lo­wą ko­pu­łą i ak­ty­wo­wa­nym, jak lu­bią mó­wić pro­jek­tan­ci, przez „plą­sa­ją­cą fon­tan­nę”, któ­ra mia­ła za­chwy­cać plu­ska­ją­ce się w niej dzie­ci, a więc rów­nież pil­nu­ją­cych je ro­dzi­ców, dzię­ki cze­mu miej­sce było cią­gle żywe i peł­ne lu­dzi. Ci­ty­Walk wy­no­si ar­chi­tek­to­nicz­ny misz­masz Hor­ton Pla­za na jesz­cze wyż­szy po­ziom. Nie­po­dob­ne do sie­bie fa­sa­dy bu­dyn­ków (na­jem­cy lo­ka­li han­dlo­wych są za­chę­ca­ni do tego, aby pro­jek­to­wać i zmie­niać wła­sne wi­try­ny) roz­py­cha­ją się na wszyst­kie stro­ny jak w ta­necz­nym ko­ro­wo­dzie. Bu­dyn­ki zda­ją się zwie­szać – ni­czym ob­ra­zy na ścia­nie – nad cen­tral­nym pa­sa­żem czy też „ar­ma­tu­rą”: na­tłok po­wierzch­ni, de­ta­li, ko­lo­rów, z na­ło­żo­ny­mi neo­no­wy­mi szyl­da­mi i czymś, co Walt Di­sney na­zy­wał we­enies – ele­men­ta­mi ma­ją­cy­mi za za­da­nie przy­cią­gać wzrok: gi­gan­tycz­nym wy­cię­tym King Kon­giem le­wi­tu­ją­cym nad gło­wa­mi prze­chod­niów, wiel­kim smo­kiem z włók­na szkla­ne­go, au­tem prze­bi­ja­ją­cym się przez ścia­nę, gi­ta­rą elek­trycz­ną wy­so­ką na dwa pię­tra. Mu­zy­ka, oświe­tle­nie, ak­to­rzy ulicz­ni i rze­ki lu­dzi, z wszyst­ki­mi emo­cja­mi i ru­chem, na­da­ją temu miej­scu cha­rak­ter sur­re­ali­stycz­nej fil­mo­wej sce­ny ulicz­nej – na przy­kład z fil­mu Łow­ca an­dro­idów, kla­sycz­nej dys­to­pij­nej wi­zji przy­szło­ści Los An­ge­les. Bez wąt­pie­nia mamy tu­taj wi­zu­al­ny mę­tlik, ale taki opis nie od­da­je tego, cze­go tu do­świad­cza­my – i wła­śnie o to cho­dzi, bo jak stwier­dził Jer­de: „Na­sze rze­czy nie mają być wi­zu­al­ne. Mają być wi­sce­ral­ne”356.

Ho­tel i ka­sy­no Tre­asu­re Is­land, Ne­va­da (1993). Pro­jekt: Jer­de Part­ner­ship In­ter­na­tio­nal

Ci­ty­Walk nie spodo­bał się więk­szo­ści kry­ty­ków. Osiem lat po Hor­ton Pla­za na­stro­je bon­zów ar­chi­tek­tu­ry ule­gły zmia­nie, z fol­go­wa­nia za­in­te­re­so­wa­niu po­pu­li­stycz­ny­mi sza­leń­stwa­mi post­mo­der­ni­zmu w po­gar­dę dla jego tan­det­no­ści i bra­ku dys­cy­pli­ny. Je­den zgryź­li­wy współ­au­tor The Ha­rvard De­sign Scho­ol Gu­ide to Shop­ping, Da­niel Her­man, skar­żył się na Jer­de’ego: „Za­rzu­ca kon­su­men­ta wiel­ki­mi ilo­ścia­mi ma­te­rii ar­chi­tek­to­nicz­nej: nie­zli­czo­ne skrę­ty raz w pra­wo, raz w lewo, ja­kieś dziw­ne ram­py do­cze­pio­ne do gzym­sów, pro­gi, a nad nimi ko­lej­ne pro­gi, któ­re wy­trą­ca­ją od­wie­dza­ją­ce­go z po­czu­cia pew­no­ści i wpra­wia­ją «pod­eks­cy­to­wa­nych» – jak Jer­de opi­sy­wał re­ak­cję kon­su­men­tów na ar­chi­tek­tu­rę – w stan za­po­mnie­nia i sen­nej, bez­myśl­nej kon­sump­cji”. Mimo tej ca­łej kry­ty­ki uzna­wał nie­sły­cha­ny wpływ Jer­de’ego na ar­chi­tek­tu­rę i na­wet nadał mu na­zwę trans­fe­ru Jer­de’ego: „Pod­czas gdy trans­fer Gru­ena otwo­rzył nowy roz­dział w hi­sto­rii za­ku­pów po­przez wpro­wa­dze­nie abs­trak­cyj­ne­go mi­ni­ma­li­stycz­ne­go kon­tek­stu, pa­ra­dyg­mat bę­dą­cy jego na­stęp­cą, czy­li trans­fer Jer­de’ego, do­pro­wa­dził oto­cze­nie, w któ­rym od­by­wa­ją się za­ku­py, do eks­tre­mum, bio­rąc wszyst­kie od­rzu­co­ne wcze­śniej re­kwi­zy­ty ar­chi­tek­tu­ry i przy­wra­ca­jąc je w for­mie far­sy”357. W ostat­niej czę­ści tej wy­po­wie­dzi za­wie­ra się naj­po­waż­niej­szy za­rzut: Jer­de od­rzu­cił abs­trak­cyj­ny mi­ni­ma­lizm, wy­ma­ga­ny przez ar­chi­tek­to­nicz­nie po­praw­ny mo­der­nizm, na rzecz nie­po­waż­ne­go hi­sto­ry­zmu. Ne­ga­tyw­ne re­cen­zje po­twier­dza­ły osąd es­ta­bli­sh­men­tu, że „ar­chi­tek­tu­ra han­dlu de­ta­licz­ne­go jest na sa­mym dnie ku­bła na śmie­ci”358 – o czym Jer­de od daw­na wie­dział.

Skle­py w ku­ror­cie Bel­la­gio, Las Ve­gas, Ne­va­da (1998). Pro­jekt: Jer­de Part­ner­ship In­ter­na­tio­nal

Za wąt­pli­wo­ścia­mi co do pa­sti­szo­we­go cha­rak­te­ru ar­chi­tek­tu­ry kry­je się po­waż­ny za­rzut, że „sztucz­ny ko­smos” Jer­de’ego to nic in­ne­go jak tyl­ko pod­rób­ka urba­ni­zmu. Tyl­ko że Ci­ty­Walk miał być w za­my­śle nie mo­de­lo­wym mia­stem, lecz ko­mer­cyj­ną pro­po­zy­cją roz­ryw­ko­wo-za­ku­po­wo-re­stau­ra­cyj­ną, a tak­że był – i po­zo­sta­je w 2016 roku – sza­le­nie po­pu­lar­ny, wy­peł­nio­ny ludź­mi, za­rów­no miej­sco­wy­mi, jak i tu­ry­sta­mi, po­mo­stem mię­dzy par­kiem roz­ryw­ki a ki­na­mi, atrak­cją re­gio­nu samą w so­bie. Miej­sce Jer­de’ego na cze­le awan­gar­dy ar­chi­tek­tu­ry roz­ryw­ko­wej zo­sta­ło po­twier­dzo­ne, i tym ra­zem z do­sko­na­łym wy­czu­ciem cza­su: fir­ma zna­la­zła się na naj­do­god­niej­szej po­zy­cji do tego, aby po­móc wła­ści­cie­lom ka­syn z Las Ve­gas uczyć się od mal­li, jak prze­ro­bić Mia­sto Grze­chu na cel urlo­po­wy dla ro­dzin z dzieć­mi. Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku ope­ra­to­rzy ka­syn w Ve­gas sta­nę­li wo­bec po­dob­ne­go pro­ble­mu jak wła­ści­cie­le pod­miej­skich cen­trów han­dlo­wych, spo­tę­go­wa­ne­go re­ce­sją go­spo­dar­czą i do­ro­śle­niem swo­jej gru­py do­ce­lo­wej, mło­dych ama­to­rów ha­zar­du, któ­rzy stat­ko­wa­li się i za­kła­da­li ro­dzi­ny. Do Jer­de’ego zgło­sił się wła­ści­ciel ka­syn Ste­ve Wynn, któ­ry pla­no­wał przy­cią­gnąć całe ro­dzi­ny no­wym obiek­tem te­ma­tycz­nym, Tre­asu­re Is­land. Ed­die Wang wspo­mi­nał, że kie­dy Wynn usły­szał, że Jon Jer­de uwiel­bia pi­ra­tów, za­pro­sił go do sie­bie i za­py­tał, co ma ro­bić. Jer­de wy­my­ślił sław­ną co­go­dzin­ną bi­twę mor­ską mię­dzy stat­kiem pi­ra­tów a bry­tyj­ską fre­ga­tą w Buc­ca­ne­er Bay [Za­to­ce Bu­ka­nie­rów], sztucz­nej la­gu­nie na tle bez­tro­sko uda­wa­nych, di­sney­ow­skich skle­pów „dla pi­ra­tów”, któ­re jego ze­spół roz­mie­ścił przed stan­dar­do­wą bry­łą ho­te­lu zbu­do­wa­ne­go na pla­nie li­te­ry L. (Sal­wy z okrę­tów przy­wo­dzą na myśl po­łu­dnio­wą sal­wę ar­mat­nią od­da­wa­ną w ogro­dach Pa­la­is-Roy­al dwa wie­ki wcze­śniej).

Póź­niej Wynn i inni wła­ści­cie­le sta­rze­ją­cych się ka­syn w sta­rym śród­mie­ściu Las Ve­gas z ni­ską za­bu­do­wą, zna­nym za spra­wą swo­ich neo­nów jako „Glit­ter Gulch” [Świe­cą­cy Wą­wóz], zwró­ci­li się do Jer­de’ego z proś­bą: chcie­li, by opra­co­wał roz­wią­za­nie, jak sku­tecz­nie ry­wa­li­zo­wać z ro­sną­cą licz­bą me­ga­ku­ror­tów na po­bli­skim Las Ve­gas Strip. Jer­de przed­sta­wił kon­cep­cję Fre­mont Stre­et Expe­rien­ce, zre­ali­zo­wa­ną w 1995 roku. Część uli­cy Fre­mont zo­sta­ła za­mknię­ta dla ru­chu ko­ło­we­go i przy­kry­ta szkla­nym da­chem o dłu­go­ści 425 me­trów, sze­ro­ko­ści i wy­so­ko­ści 30 me­trów, w kla­sycz­nym kształ­cie pa­ry­skie­go pa­sa­żu o sta­lo­wo-szkla­nej kon­struk­cji, pod­świe­tlo­nym ste­ro­wa­nym kom­pu­te­ro­wo sys­te­mem świetl­no-dźwię­ko­wym, któ­ry za­mie­nia noc­ne nie­bo w fir­ma­ment skrzą­cy się od mo­ty­wów gra­ficz­nych i wir­tu­al­nych sztucz­nych ogni. Pro­jek­to­wi temu przy­pi­su­je się oży­wie­nie sta­re­go cen­trum Ve­gas. Póź­niej fir­ma wy­kre­owa­ła wie­le kla­strów roz­ryw­ko­wych no­wej ge­ne­ra­cji na Las Ve­gas Strip, mię­dzy in­ny­mi tań­czą­ce fon­tan­ny przy Mi­ra­ge w 1998 roku, na­le­żą­cym do Wyn­na, i roz­bu­cha­ne Bel­la­gio z imi­ta­cją wło­skiej wio­ski nad sztucz­nym czte­ro­hek­ta­ro­wym je­zio­rem oraz ulicz­ka­mi z luk­su­so­wy­mi skle­pa­mi, ka­wiar­nia­mi, mu­zeum sztu­ki, ar­ka­do­wym ogro­dem-cie­plar­nią à la Pa­xton i pie­szym cią­giem han­dlo­wym pod szkla­nym wy­pu­kłym su­fi­tem o wy­so­ko­ści 15 me­trów. W cza­sie 16 go­dzin od otwar­cia obej­rza­ło ten spek­takl 80 ty­się­cy lu­dzi359.

Prze­obra­że­nie Las Ve­gas z mek­ki ha­zar­du w cen­trum roz­ryw­ki i za­ku­pów było naj­bar­dziej wi­docz­ną ozna­ką prze­ni­ka­nia no­we­go mo­de­lu han­dlu de­ta­licz­ne­go do tkan­ki urba­ni­stycz­nej miast na ca­łym świe­cie. Skle­py bu­do­wa­ne wo­kół te­ma­tycz­nych obiek­tów roz­ryw­ko­wych, w wie­lu przy­pad­kach roz­pla­no­wa­ne jak mi­ni­do­my hand­lowe – Hard Rock Cafe, Ni­ke­town, ESPN Zone, Chuck E. Che­ese i Ame­ri­can Girl Pla­ce – słu­ży­ły jako ko­twi­ce dla cen­trów han­dlo­wych trze­ciej ge­ne­ra­cji wzno­szo­nych przez fir­mę Jer­de Part­ner­ship albo jej czuj­nych na­śla­dow­ców. Na­wet Di­sney mi­gro­wał poza wła­sne par­ki te­ma­tycz­ne, a jego prze­strzen­ny mo­del biz­ne­so­wy był ad­ap­to­wa­ny, udo­sko­na­la­ny i zy­skow­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny przez pro­jek­tan­tów ta­kich jak Jer­de: pierw­szy Di­sney Sto­re otwar­to w sta­rej Glen­da­le Gal­le­ria Jer­de’ego w 1987 roku; 10 lat póź­niej po­ja­wił się na no­wo­jor­skim Ti­mes Squ­are, w no­wej od­sło­nie, jako roz­ryw­ko­wa stre­fa za­ku­po­wa. Di­sney do­ro­bił się w su­mie 535 skle­pów w 11 kra­jach – sta­jąc się wzo­rem prze­strze­ni „pod mar­ką” w no­wej, zdo­mi­no­wa­nej przez kon­sump­cję go­spo­dar­ce świa­to­wej. Na do­wód, że gra­ni­ca mię­dzy kul­tu­rą a ko­mer­cją kom­plet­nie się za­tar­ła, kry­ty­cy zwra­ca­li uwa­gę na prak­tycz­ne prze­ję­cie mu­ze­ów sztu­ki przez ich skle­py: z koń­cem wie­ku mu­ze­al­ne skle­py mia­ły naj­więk­szy udział w do­cho­dach mu­ze­ów, do 25 pro­cent, a ich śred­nia mar­ża zy­sku, 48 pro­cent, prze­wyż­sza­ła zy­ski zwy­kłych skle­pów wiel­ko­po­wierzch­nio­wych o 10 pro­cent. Od pa­ra­dyg­ma­tu – je­śli nie trans­fe­ru – Jer­de’ego nie było uciecz­ki.

Jer­de nie po­czu­wał się do winy za ten stan rze­czy. W jego wi­zji ce­lem do­bre­go pro­jek­tu łą­czą­ce­go roz­ryw­kę z za­ku­pa­mi nie były za­ku­py, lecz te­ra­pia. „Do­szli­śmy do tego, że miej­sce, i jego aura, mają zdol­ność wy­wo­ły­wa­nia emo­cji”– tłu­ma­czył. – „Na­szym pierw­szym i naj­waż­niej­szym klien­tem jest lo­kal­na spo­łecz­ność. Umiesz­cza­my na­szych klien­tów w przy­jem­nym, lud­nym oto­cze­niu, gdzie mogą po­czuć się au­ten­tycz­nie szczę­śli­wi, peł­ni ży­cia”360. Do me­sja­ni­stycz­nej mi­sji re­for­my miej­skiej Vic­to­ra Gru­ena Jer­de do­dał psy­chicz­ny do­bro­stan lud­no­ści. „Je­ste­śmy jak psy­cho­ana­li­ty­cy, od­sła­nia­my ma­rze­nia na­szych klien­tów i po­ma­ga­my je speł­niać”361.

Mall of the Emi­ra­tes, Du­baj, Zjed­no­czo­ne Emi­ra­ty Arab­skie (2005). Ar­chi­tekt: F + A Ar­chi­tects

W cza­sie ame­ry­kań­skiej re­ce­sji na prze­ło­mie lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go stu­le­cia Ed­die Wang za­brał Jer­de Part­ner­ship do Azji, znaj­du­jąc w Ja­po­nii, na Taj­wa­nie, w Chi­nach, Sin­ga­pu­rze i In­do­ne­zji klien­tów go­to­wych do udzia­łu w pro­jek­tach nie­raz znacz­nie więk­szych niż któ­ry­kol­wiek z tych, nad któ­ry­mi Jer­de pra­co­wał w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Prze­ło­mo­wą re­ali­za­cją spół­ki był Ca­nal City Ha­ka­ta, ol­brzy­mie cen­trum han­dlo­we na wzór Hor­ton Pla­za, otwar­te w 1996 roku w ja­poń­skiej Fu­ku­oce, z pro­me­na­dą bie­gną­cą rów­no­le­gle do szla­ku wod­ne­go, pod stro­mym, wklę­słym kli­fem spię­trzo­nych je­den na dru­gim bal­ko­nów, we­dług za­pew­nień Jer­de’ego in­spi­ro­wa­nym nie­bo­tycz­ny­mi wnę­ka­mi ka­nio­nu de Chel­ly w Ari­zo­nie. Ca­nal Hall od­niósł bły­ska­wicz­ny suk­ces i – po­dob­nie jak Hor­ton Pla­zie – przy­pi­sy­wa­no mu oży­wie­nie pod­upa­dłej czę­ści mia­sta. Jed­nak ta naj­więk­sza wów­czas pry­wat­na in­we­sty­cja tego typu w Ja­po­nii wkrót­ce zo­sta­ła ze­pchnię­ta z pie­de­sta­łu przez inne azja­tyc­kie pro­jek­ty fir­my. Wie­le z nich wy­kra­cza­ło poza cen­tra han­dlo­we, obej­mu­jąc pla­ny urba­ni­stycz­ne w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa – a w nich biu­ra, lo­ka­le miesz­kal­ne, ho­te­le, ko­mu­ni­ka­cję, par­ki i cen­tra roz­ryw­ki, wszyst­ko po­łą­czo­ne cha­rak­te­ry­stycz­ną od­kry­tą prze­strze­nią han­dlo­wą dla pie­szych wy­pra­co­wa­ną przez spół­kę. Swe­go ro­dza­ju sza­blon po­wstał w 1985 roku, przy oka­zji pro­jek­tu Sa­tel­li­te New Town, kon­cep­cji in­we­sty­cji Euro Di­sney pod Pa­ry­żem, po­my­śla­nej jako zaj­mu­ją­ce po­wierzch­nię 2400 hek­ta­rów uto­pij­ne przed­mie­ście przy­po­mi­na­ją­ce kształ­tem gi­gan­tycz­ną ko­pu­łę, względ­nie mia­stecz­ko na wzgó­rzu, łą­czą­ce han­del de­ta­licz­ny, roz­ryw­kę, ho­te­le, spa i cen­trum kon­fe­ren­cyj­ne w struk­tu­rze zdo­mi­no­wa­nej przez ruch pie­szy. Plan zdra­dzał wpływ Pa­olo So­le­rie­go, eko­uto­pij­ne­go ar­chi­tek­ta i wi­zjo­ne­ra z Ari­zo­ny, i choć nie do­cze­kał się re­ali­za­cji, po­mógł Jer­de’emu two­rzyć kom­plek­so­we pla­ny ge­ne­ral­ne ca­łej se­rii ogrom­nych, wie­lo­funk­cyj­nych mi­kro­miast, ta­kich jak Rin­ku, cen­trum Ma­ku­ha­ri, wy­spa Rok­ko, Rop­pon­gi 6–6, cen­tra­la kor­po­ra­cji Dent­su w Shio­do­me i kom­pleks Na­mba Parks (wszyst­kie w Ja­po­nii), a tak­że wie­lu po­dob­nych miejsc gdzie in­dziej, mię­dzy in­ny­mi w Du­bai Fe­sti­val City w Za­to­ce Per­skiej, i róż­ne re­ali­za­cje w Eu­ro­pie Wschod­niej.

Te prze­strze­nie nie są cen­tra­mi han­dlo­wy­mi, ale czymś in­nym – „dziw­nym no­wym two­rem”362, jak ujął to Jer­de – in­te­gru­ją­cym za­ku­py z po­zo­sta­ły­mi sfe­ra­mi ży­cia, „skle­py” ze „wspól­no­to­wo­ścią”. Umoż­li­wia­ją ży­cie, pra­cę, za­ku­py i re­kre­ację w ob­rę­bie jed­nej, za­pla­no­wa­nej ca­ło­ści. Czy są przy­kła­dem urba­ni­sty­ki? By się o tym prze­ko­nać, moż­na spraw­dzić, czy speł­nia­ją okre­ślo­ne przez Jane Ja­cobs czte­ry wa­run­ki kształ­to­wa­nia „buj­nej róż­no­rod­no­ści na miej­skich uli­cach i w dziel­ni­cach” – w więk­szo­ści wy­pad­ków tak, przy­naj­mniej w go­dzi­nach otwar­cia.

Ca­nal City, Ha­ka­ta, Fu­ku­oka, Ja­po­nia (1996). Pro­jekt: Jer­de Part­ner­ship In­ter­na­tio­nal

Udo­wad­nia­ją, że ar­chi­tek­tu­ra kon­su­menc­ka może rów­nie ła­two tchnąć nowe ży­cie w ist­nie­ją­ce mia­sta jak je wy­pa­tro­szyć, za­chę­ca­jąc do uciecz­ki na przed­mie­ścia. Teo­re­ty­cy przy­zna­ją, że „za­ku­py ge­ne­ru­ją cią­gły ruch tak efek­tyw­nie, że sta­ły się nie­odzow­nym me­dium, za któ­re­go po­śred­nic­twem ak­ty­wi­zu­je się mia­sto. Są już nie tyl­ko pod­sta­wo­wym ele­men­tem bu­dul­co­wym mia­sta, lecz tak­że jed­nym z naj­lep­szych na­rzę­dzi umoż­li­wia­ją­cych miej­ską łącz­li­wość, do­stęp­ność i spój­ność”363. Cen­trum han­dlo­we nie musi być tyl­ko cen­trum han­dlo­wym.

W roku 2000 Jer­de twier­dził, że jego re­ali­za­cje „od­wie­dza rocz­nie po­nad mi­liard lu­dzi”364. Jego pro­jek­ty za­ta­cza­ją co­raz szer­sze krę­gi, jak ka­myk wrzu­co­ny do sta­wu. Co praw­da w 2002 roku Jer­de i jego żona od­sprze­da­li swo­je udzia­ły w fir­mie gru­pie part­ne­rów, jed­nak przed­się­bior­stwo dzia­ła do dziś, a cał­ko­wi­ta licz­ba pro­jek­tów zre­ali­zo­wa­nych pod szyl­dem Jer­de Part­ner­ship na świe­cie prze­kro­czy­ła set­kę. Trzy lata póź­niej inna frak­cja wspól­ni­ków Jer­de’ego odłą­czy­ła się i sfor­mo­wa­ła 5+ De­sign z sie­dzi­bą w Hol­ly­wo­od. Jej obec­nie ogrom­ny i sta­le ro­sną­cy do­ro­bek re­ali­za­cji w ska­li mega obej­mu­je zin­te­gro­wa­ne, pry­wat­ne mi­ni­mia­sta, prze­strze­nie han­dlo­we, na­wet nową ge­ne­ra­cję stat­ków wy­ciecz­ko­wych. Oni i wie­lu in­nych ar­chi­tek­tów i przed­się­bior­ców, zwłasz­cza w Chi­nach i na in­nych ryn­kach wscho­dzą­cych, pra­cu­ją nad pro­jek­to­wa­niem i bu­do­wą obiek­tów, któ­re będą słu­ży­ły mi­lio­nom, a może dzie­siąt­kom mi­lio­nów lu­dzi.

Czy to wy­star­czy? Mo­że­my mieć na­dzie­ję, że ewo­lu­cja pro­jek­to­wa­nia prze­strze­ni han­dlo­wych w kie­run­ku co­raz więk­szej chłon­no­ści i in­te­gra­cji bę­dzie trwać. Tak czy ina­czej, do­pó­ki przy­no­szą zysk, po­zo­sta­ną waż­nym skład­ni­kiem za­miesz­ki­wa­nych przez nas śro­do­wisk. Ten me­cha­nizm funk­cjo­no­wał od wie­ków, je­śli nie dłu­żej. Czas po­ka­że. W ese­ju na te­mat wpły­wu Jer­de Part­ner­ship ar­chi­tekt i kry­tyk z LA Cra­ig Hod­getts za­sta­na­wiał się, czy „sztucz­ny ko­smos Jer­de’ego może z cza­sem uzy­skać god­ność praw­dzi­we­go ko­smo­po­li­ty­zmu […], po­kry­ty bli­zna­mi i pa­ty­ną wie­ku”365. Jed­nak to nie wiek ani fa­mi­liar­ność prze­są­dza­ją o au­ten­ty­zmie da­nej czę­ści mia­sta, lecz sto­pień jej in­te­gra­cji z oto­cze­niem. Py­ta­nie brzmi więc ra­czej, czy miej­sca za­pro­jek­to­wa­ne przez Jer­de’ego sta­ną się – jak wcze­śniej­sze for­my ar­chi­tek­tu­ry two­rzo­nej z my­ślą o kon­su­men­tach – miej­sca­mi ty­leż pry­wat­ny­mi, ile pu­blicz­ny­mi – nie­odzow­ny­mi dla ży­wot­no­ści mia­sta.

Cen­tra han­dlo­we

Prak­tycz­ny prze­wod­nik: świat za­ku­pów

Kry­te­ria roz­po­znaw­cze

· Zbiór skle­pów, re­stau­ra­cji oraz in­nych punk­tów sprze­da­ży wy­bu­do­wa­ny w śro­do­wi­sku po­dob­nym do ulicz­ki dla pie­szych. Może dą­żyć do two­rze­nia po­zo­rów rze­czy­wi­sto­ści, na­śla­du­jąc „praw­dzi­wą” uli­cę, albo prze­ciw­nie: świa­do­mie eks­po­no­wać swo­ją te­atral­ność.

Przy­kła­dy

USA

· Hor­ton Pla­za, San Die­go

· Mall of Ame­ri­ca, Blo­oming­ton, Min­ne­so­ta

· Uni­ver­sal Ci­ty­Walk, Los An­ge­les

Ja­po­nia

· Ca­nal City Ha­ka­ta, Fu­ku­oka

Wa­rian­ty

· Ho­te­le w ku­ror­tach z ka­sy­na­mi

· Las Ve­gas: Tre­asu­re Is­land, Bel­la­gio, Palms

Lot­ni­ska i dwor­ce ko­le­jo­we

· Lon­dyn: lot­ni­sko He­ath­row; dwor­ce ko­le­jo­we King’s Cross i Sa­int Pan­cras

· Hong Kong: Mię­dzy­na­ro­do­we Lot­ni­sko Chek Lap Kok

Ilu­stra­cje

Fo­to­gra­fie i ilu­stra­cje: do­me­na pu­blicz­na.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Dre­am Ci­ties. Se­ven Urban Ide­as That Sha­pe the World

Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: Mał­go­rza­ta Tom­czak

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pa­sic­ka-Sie­kan­ka / m&m ma­nu­fak­tu­ra

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Ma­ria Szum­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ar­du­ino Can­ta­fo­ra, Vil­le ba­na­le (szkic), 1980, RMN-GP/BE&W

Co­py­ri­ght © 2016 by Wade Gra­ham. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Anna Sak, 2016

ISBN 978-83-65271-29-7

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1

31–126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl