Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 745 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka MI6. Prawdziwi agenci 007 - Michael Smith

Pełna historia narodzin i pierwszych lat istnienia brytyjskiej tajnej służby wywiadowczej, w tym szpiegowania w Niemczech, zamordowania Rasputina i zdumiewająco śmiałych tajnych misji na terenie bolszewickiej Rosji.

Michael Smith kreśli historię Secret Intelligence Service – brytyjskiej tajnej służby wywiadowczej znanej także jako MI6 – od czasu jej powstania do wybuchu II wojny światowej. Przedstawia trzech legendarnych szefów SIS: Mansfielda Cumminga, Hugh Sinclaira i Stewarta Menziesa. Opowiada o ich zmaganiach z niechęcią wśród brytyjskich dżentelmenów, wojnie o wpływy z konkurencyjnymi brytyjskimi służbami wywiadowczymi oraz ignorancją polityków i urzędników. Opisuje działalność służby w Wielkiej Brytanii, Belgii, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Japonii, Brazylii, Niemczech, Rosji, a później w Związku Radzieckim. Prezentuje postaci słynnych szpiegów, jak Boris Bażanow, Karl Krüger, Sidney Reilly, Arthur Ransome i William Somerset Maugham. Wyjaśnia różne ciekawostki, jak te, dlaczego szef służby nosi kryptonim „C” i skąd wzięło się słynne „00”.

Michael Smith, były oficer brytyjskiego wywiadu wojskowego, jest cenionym dziennikarzem i autorem wielu poczytnych książek o tematyce wywiadowczej. Był korespondentem wojennym The Daily Telegraph i The Sunday Times podczas konfliktów na Bałkanach, w Iraku i Afganistanie.

Opinie o ebooku MI6. Prawdziwi agenci 007 - Michael Smith

Fragment ebooka MI6. Prawdziwi agenci 007 - Michael Smith

MI6. Prawdziwi agenci 007. Brytyjski wywiad w latach 1909–1939

Michael Smith

Tłumaczenie: Katarzyna Skawran

Copyright © Wydawnictwo RM, Warszawa 2014

This translation of SIX. THE REAL JAMES BONDS 1909-1939 is published by arrangement with Biteback Publishing

Copyright © Michael Smith 2011 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-194-9 ISBN 978-83-7773-300-4 (e-Pub) ISBN 978-83-7773-301-1 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja merytoryczna: Wojciech MarkertRedakcja: Krystyna BudekKorekta i indeks: Irmina Wala-PęgierskaProjekt graficzny okładki: Maciej JędrzejecOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

W okresie międzywojennym profesja szpiega i sposób jej wykonywania niewiele się zmieniły. Atrament sympatyczny i sztuczne brody wciąż stanowiły standard.

Robert Cecil, osobisty sekretarz sir Stewarta Menziesa, dyrektora generalnego Secret Intelligence Service 1939–1951

W dowód pamięci Nigelowi Antony’emu Richardowi Backhouse’owi (1956–2008), Kawalerowi Królewskiego Orderu Wiktorii

SPIS TREŚCI

Podziękowania

1 „Kapitalna zabawa”

2 Przygotowania do wojny

3 Rywalizacja z armią o wpływy

4 La Dame Blanche

5 Operacje powietrzne – jezuita Cumminga

6 Polowanie na szwabów w Szwajcarii – „Zaprzeczaj wszystkiemu!”

7 Marynarze i „Nemezis”

8 Anglik w Nowym Jorku

9 Przygody na Środkowym Wschodzie – „bandyci i terroryści”

10 Przygody na Środkowym Wschodzie 2 – „gang brytyjskiej tajnej służby”

11 Morderstwo i chaos w Rosji

12 „As szpiegów”

13 „Podstępne, nieczyste i podłe zachowanie”

14 Czerwony zmierzch

15 „Bardzo przydatna kobieta”

16 Powojenne operacje – „fantazja i intryga”

17 List Zinowjewa

18 Moskiewskie reguły – „bardzo ryzykowna gra”

19 Przypadek Jonny’ego – „bardzo cenny agent”

20 Przygotowania do kolejnej wojny – „po łebkach”

Dodatek I

Dodatek II

Bibliografia

Podziękowania

Jestem wdzięczny niestrudzonym badaczom tajnych archiwów za pomoc w pracy nad tym projektem, zwłaszcza Davidowi Listowi, a także Philowi Tomasellemu, Nickowi Hileyowi, Yuriemu Totrovowi, Rolfowi Dahlø, Craigowi McKayowi, Andrew Cookowi, Yigalowi Sheffy’emu, Ann Trevor, Ninie Staehle i Oliverowi Lörscherowi. Dziękuję również Richardowi Cafferacie, Rogerowi Fairholme’owi, Shirley Durrant, Hannah Charnock, Edwardowi i Susan Harding-Newmanom, Henrikowi Sindingowi-Larsenowi, Yolande Whittall, Elizabeth Moulson, Molly Megson, Ianowi Sumnerowi, Jamesowi Stephensowi, Jonathanowi Wadmanowi, Hollie Teague, Johnowi Schwartzowi, Sylvi Vetcie, Robertowi Kirby’emu, Charlotte Knee i wreszcie, choć z pewnością nie mniej, mojej żonie, Hayley, i moim dzieciom – Benowi, Kirsty, Louise, Leili i Levinowi.

JohnMerrett szedł przygarbiony Newskim Prospektem. Duży, niechlujny, niedźwiedziowaty mężczyzna trzymał się blisko zdobionych sztukaterią ścian budynków. Jego próbom wtopienia się w tło sprzyjało obskurne otoczenie i brak ulicznych latarni. Agenci Czeka, Ogólnorosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, byli wszędzie, a za jego głowę wyznaczono wysoką nagrodę, choć szanse, że ten, kto się po nią zgłosi do Czeka, dostanie jakiekolwiek pieniądze, wydawały się znikome.

Dawniej Newski Prospekt był jedną z najelegantszych ulic na świecie. Obecnie tutejsze kawiarnie i sklepy odgradzały się okiennicami przed nędzą narzuconą przez Sowietów. Tu i ówdzie grupki ludzi zbierały się wokół straganiarza sprzedającego na wpół zgniłe warzywa lub siekały ścierwo konia, który zaharował się na śmierć u właściciela mającego zbyt mało jedzenia dla samego siebie, nie mówiąc już o szkapie.

Merrett był kiedyś jednym z najbłyskotliwszych przedsiębiorców w Sankt Petersburgu, gładko ogolonym, we fraku i cylindrze, z laseczką i błyskiem w oku. Ale nie teraz. Wyglądał jak włóczęga, człowiek ukrywający się nawet przed samym sobą. Ale to fałszywy obraz. Merrettowi daleko było do nędznego, zamkniętego w sobie człowieka, do wizerunku, który prezentował zewnętrznemu światu. Po prostu wykonywał zadanie. Jim Gillespie zostawił mu jasne rozkazy – dopilnować brytyjskiej siatki szpiegów. Zamierzał wykonać to zadanie, ponieważ uważał je za swój patriotyczny obowiązek. Nigdy nie był szpiegiem, nigdy go do tego nie przeszkolono, ale ktoś musiał to zrobić. Dlaczego nie on?

Początkowo Merrett zapuścił gęstą, rudą brodę. Później jeden z siatki brytyjskich agentów zaczął sypać i go wydał. Merrettowi udało się uciec czekistom tylko dlatego, że wyskoczył przez okno i zjechał po rynnie, ale złapali jego żonę, Lydię. Jakby za mało miał na głowie, teraz nieustannie obawiał się o jej bezpieczeństwo i o to, ile – przekonana przez nich – może o nim powiedzieć.

Ponieważ czekiści wiedzieli, że ma brodę, zgolił ją, ale miał już kilkudniowy zarost. Koniecznie musiał się ogolić, choć zapewne teraz i tak nie miało to znaczenia. Rozpoznaliby go i z brodą, i bez niej. Jeżeli nie uda im się go znaleźć, nie będą mogli mu nic zrobić ani zagrozić siatce. Był więc w nieustannym ruchu. Nigdy nie spał dwa razy w tym samym miejscu. Przyjął pseudonim Iwan Iwanowicz, rosyjski odpowiednik Johna Bulla[1].

Zbieranie informacji wywiadowczych, płacenie agentom i – co najtrudniejsze pośród czerwonego terroru – zachowanie spokoju to ciężka praca. Setki, tysiące Rosjan zostały zabrane z domów i niektórzy z nich mieli już nigdy do nich nie wrócić. Nic dziwnego, że agenci byli roztrzęsieni. Był „niańką”, jak określił to Gillespie, i czasami właśnie tak się czuł. Człowiek z MI1c, zanim wyjechał, obiecał mu, że wkrótce ktoś przyjedzie, by przejąć jego obowiązki – zawodowiec, który nie będzie ciągle się martwił, czy robi to, co należy, ani o to, co bolszewicy zrobią jego żonie.

Merrett miał nadzieję, że nowy człowiek zjawi się szybko. Dwieście tysięcy rubli, które dał mu Gillespie, dawno się skończyło. On i agenci żyli z jego oszczędności i za pieniądze pożyczone od członków brytyjskiej społeczności w mieście, którzy dzięki niemu wydostali się na wolność. Właśnie zostawił kolejnych sześciu, by czekali na „staruszkę w białym fartuchu”, która miała odebrać ich o świcie i przekazać jednemu z kurierów. Chłopcy, którzy byli kurierami, narażali się na poważne niebezpieczeństwo. Płacono im, aby szmuglowali materiały wywiadowcze przez fińską granicę, za którą Gillespie otworzył sklep, by na nich czekać. Nadal to robili – nikt nie mógł zarzucić Merrettowi, że nie wypełniał swojej części umowy – ale wysyłał ich przez granicę także z zupełnie innymi przesyłkami – z ponad dwustoma Brytyjczykami, przerażonymi, że zostaną ogarnięci przez czerwony terror i zgniją w więzieniu na Butyrkach.

Gdy Merrett mijał sklep meblowy Meltzera, z oknami zabitymi deskami dla ochrony tych resztek, które ocalały, z cienia wyłonił się włóczęga, w którym rozpoznał jednego z agentów.

– Iwanie Iwanowiczu – wyszeptał mężczyzna, rozglądając się niespokojnie dookoła – musi pan pójść ze mną. Przyjechał nowy. Szuka pana. Mówi, że nazywa się Paul Dukes.

Rozdział 1

„Kapitalna zabawa”

Brytyjska „tajna służba”, z której wywodzi się późniejsza MI6, powstała w 1909 ro­ku, po kilku latach narastania graniczących z paniką obaw, że niemieccy szpiedzy grasują w całej Wielkiej Brytanii, co zwiastuje wojnę. Bez wątpienia Rzesza wysyłała szpiegów do Wielkiej Brytanii, w tym coraz więcej oficerów armii, którzy twierdzili, że spędzają tam wakacje, „ucząc się angielskiego”, a w rzeczywistości zbierali informacje, które mogły okazać się przydatne w razie inwazji. Jednakże było ich niewielu i na ogół dostęp do informacji, które gromadzili, miał każdy, komu chciało się ich poszukać. Nie stanowili zatem poważnego zagrożenia i fala strachu przed szpiegami, która przetoczyła się przez Wielką Brytanię na początku XX wieku, osiągnęła nieprzystające do rzeczywistości rozmiary. Obawy podsycał, a nawet nimi sterował, pisarz William le Queux, który wydał serię doskonale sprzedających się książek – zatytułowanych między innymi Spies of the Kaiser: Plotting the Downfall of England (Szpiedzy kajzera: kreślenie planów upadku Anglii) oraz Rok 1910: najazd niemiecki na Anglię – w których swobodnie przesuwał granice między faktami a fikcją. Le Queux energicznie przekonywał każdego, kto zechciał go słuchać, a wielu wpływowych ludzi chciało, że władze lekceważą zagrożenie ze strony Niemiec. Lord Northcliffe, właściciel „Daily Mail”, opublikował w odcinkach Rok 1910: najazd niemiecki na Anglię w swojej gazecie, rozmyślnie kierując hipotetyczne oddziały grasujących Hunów do miast i miasteczek, w których dzienniki najlepiej się sprzedawały. „Wśród tysięcy pracujących w Londynie Niemców jakaś setka szpiegów, samych zaufanych żołnierzy, przeszła niezauważona”, napisał le Queux. „Ale każda działająca zgodnie niewielka grupa, dwu- lub trzyosobowa, miała przydzielone zadania, a wcześniej dokładnie zbadała teren i zbadała najszybsze i najefektywniejsze sposoby działania”[2].

W miarę jak narastała powszechna gorączka, rosła też liczba rzekomych niemieckich szpiegów. Lord Roberts, podejmując temat w parlamencie, powiedział:

Obliczono, panowie lordowie, że w Wielkiej Brytanii jest osiemdziesiąt tysięcy Niemców, prawie sami przeszkoleni żołnierze. Pracują w wielu hotelach i na niektórych głównych dworcach kolejowych. I jeśli niemieckie wojska wejdą do tego kraju, uzyskają pomoc i wzmocnienie, jakich nigdy nie miała żadna inna armia na obcej ziemi.

„Daily Mail” poinstruował swoich czytelników, że powinni „odmawiać bycia obsługiwanym przez niemieckich kelnerów”, dodając po namyśle: „Jeśli wasz kelner twierdzi, że jest Szwajcarem, niech pokaże paszport”[3].

Twierdzenia le Queux przekonały nawet wyższych rangą oficerów, znanych raczej z tego, że nie dawali posłuchu prasie. I to nie tylko dlatego, że pułkownik James Edmonds z Royal Engineers, który w Ministerstwie Wojny odpowiadał za „tajną służbę”, był przyjacielem autora. Edmonds zapytał policję, co mogłaby zrobić w sprawie „systematycznych wizyt Niemców w tym kraju”. Poskarżył się na Niemców „o żołnierskim wyglądzie”, którzy wynajęli dom blisko terenów wojskowych na Romney Marsh i spędzali większość czasu na mokradłach, szkicując. Dwóch lub trzech mieszkało tam mniej więcej przez miesiąc, po czym zastąpili ich inni. Jednak policja zwróciła mu uwagę, że to, co robili Niemcy nie było niezgodne z prawem, i nie przekonały jej twierdzenia Edmondsa, że niemieccy turyści „pilnie zbierali inne informacje dotyczące topografii kraju, dróg, stoczni, wojskowych magazynów, które można było uznać za cenne z wojskowego punktu widzenia”[4].

Mimo że w powszechnym odczuciu istniało zagrożenie ze strony niemieckich szpiegów, Edmonds zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę stanowiło znacznie większe niebezpieczeństwo dla Wielkiej Brytanii – niemożność stworzenia własnego skutecznego aparatu szpiegowskiego w celu zbierania informacji na temat Niemiec. Większość oficerów armii brytyjskiej, w przeciwieństwie do swoich niemieckich kolegów, uznawała szpiegostwo za niemoralne zajęcie, którego powinien unikać każdy prawdziwy dżentelmen. Na początku XX wieku Charles à Court Repington służył jako attaché wojskowy w Brukseli i Hadze. Oba miasta nadawały się idealnie do obserwowania rozbudowy niemieckiej armii, ale odrzucał wszelkie takie myśli. „Nigdy nie podejmę się żadnych działań szpiegowskich”, napisał. „Moim zdaniem attaché wojskowy jest gościem w kraju, w którym został akredytowany, i może jedynie dostrzegać to i dowiadywać się o to, czym wolno się zajmować gościowi. Oczywiście musi mieć oczy i uszy szeroko otwarte, aby niczego nie przegapić. Ale Tajna Służba to nie jego sprawa i zawsze powinien odmawiać przykładania do tego ręki”. Nawet sir William Everett, brytyjski attaché wojskowy w Berlinie, nie był zadowolony, gdy poproszono go o zbieranie informacji szpiegowskich na temat jego niemieckich gospodarzy. „Proszę nie zapominać, że gdy omawialiśmy tę kwestię kilka miesięcy temu, wspomniałem, jak nieprzyjemne jest dla mnie tego typu zajęcie i o ile bardziej stanie się dla mnie nieprzyjemne, gdy nie będzie już należało do moich obowiązków”, powiedział, gdy poproszono go, aby szpiegował. „Ogarnia mnie przerażenie na myśl, że będę musiał się komunikować i stykać z tego rodzaju ludźmi, którzy są skłonni wykonywać to zajęcie, a środki, do których musimy się uciekać, są dla mnie odrażające”[5].

W 1905 roku Ministerstwo Wojny zaczęło opracowywać plan „Tajna Służba w razie wojny w Europie”. Wszelkie zawarte w tym tytule niejednoznaczności zniknęły kilka miesięcy później, gdy opracowano dokument zatytułowany wprost „Przygotowanie Tajnej Służby na wypadek wojny z Niemcami”. Oba plany opierały się na „ogólnym systemie obserwatorów, przewoźników, zbieraczy i ekspedytorów”, stworzonym w czasie pokoju. W drugim opracowaniu zaproponowano stworzenie systemu siatek szpiegowskich kierowanych przez „zbieraczy” informacji, którymi mieli zostać brytyjscy oficerowie, ulokowani w krajach sąsiadujących z Rzeszą – w Danii, Szwecji, Szwajcarii, Belgii i Holandii. Wykorzystywaliby „przewoźników”, przekazujących im wiadomości otrzymane od grup liczących od pięciu do dziesięciu „obserwatorów”, którzy mieli zamieszkać w różnych niemieckich miastach i zostali bez ogródek opisani jako „po prostu szpiedzy”. „Przewoźnicy” mieli być ludźmi wjeżdżającymi do danego kraju i wyjeżdżającymi z niego bez wzbudzania podejrzeń, takimi jak „przedstawiciele handlowi, Cyganie i kobiety”. Później „zbieracze” mieli wykorzystać najbliższą brytyjską ambasadę lub konsulat jako „ekspedytora”, aby przekazać zdobyte materiały szpiegowskie do Londynu[6].

Pod koniec 1908 roku, gdy nie nastąpiła istotna poprawa sytuacji, Edmonds przygotował długi dokument na temat „tajnej służby”, w którym porównał szwankujący system brytyjski z istniejącymi w innych państwach europejskich, między innymi w Niemczech, Rosji i Francji, a następnie starał się udowodnić swój punkt widzenia w banalnym, a nawet naiwnym podrozdziale na temat „pozyskiwania materiałów wywiadowczych”. Na szczęście wydaje się mało prawdopodobne, by wyżsi urzędnicy, do których adresowany był ten dokument, doczytali aż do tego miejsca, ponieważ większość z nich okazywała niewielkie zainteresowanie – o ile w ogóle jakiekolwiek – tym, jak prowadzono „ten brudny szpiegowski interes”. Przeczytali natomiast list przewodni generała majora Spencera Ewarta, kierującego Zarządem Operacji Wojskowych (Directorate of Military Operations), który krótko podsumował sytuację: „Nie docenialiśmy do tej pory, jak sądzę, znaczenia tajnej służby i zaniedbaliśmy odpowiednio wnikliwe przestudiowanie tej kwestii. Niemożliwe jest utworzenie organizacji wywiadowczych ad hoc po rozpoczęciu działań wojennych. Aby przygotowania miały jakąkolwiek wartość, należy je przeprowadzić w czasach pokoju”[7].

Błędem byłoby jednak wnioskowanie, że Edmonds nie miał żadnych agentów. Pięć lat wcześniej Ministerstwo Wojny zwerbowało oficera wywiadu Williama Melville’a, byłego szefa Wydziału Specjalnego policji, który zyskał pewną popularność. Jego osiągnięcia w walce z irlandzkimi republikańskimi anarchistami i zamachowcami bombowymi były powszechnie sławione przez prasę popularną, która często opisywała nieprawdopodobne szczegóły, najwyraźniej po to, aby w oczach czytelników uczynić go postacią bardziej bohaterską i atrakcyjną. Mimo tej reklamy Melville z łatwością przystosował się do życia, w którym musiał zachowywać całkowitą anonimowość. Szefowie znali go jako „M”. Działał pod przykrywką agenta ubezpieczeniowego Williama Morgana w biurze przy 25 Victoria Street. Choć jego głównym zadaniem było uważanie na „podejrzanych Niemców, o których mogą go dojść słuchy, a także na Francuzów i cudzoziemców w ogólności”, zlecono mu także poszukiwanie i werbowanie „ludzi odpowiednich do tego, aby pojechali za granicę pozyskiwać informacje”. Melville nie tylko zwerbował i nadzorował nielicznych „agentów tajnej służby” w Rosji, Belgii, Niemczech i Afryce, ale również działał jako ktoś, kogo obecnie uznano by za „strażaka” z siedzibą w Londynie, przeprowadzającego własne tajne misje na całym świecie. Szefowie uznali go za „bardzo zaradnego”, o „ogromnej zdolności do wyszukiwania osób nadających się na agentów”[8].

Na początku 1909 roku Ministerstwo Wojny miało czterech agentów w Niem­czech (dwóch z nich dzieliło z Admiralicją), jednego w Belgii, jednego w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej i trzech w Rosji, kontrolowanych z Berlina przez kolejnego agenta w Niemczech – Austriaka o nazwisku Byzewski. Poza tym był zastępca „strażaka”, Herbert Dale Long, który miał spore doświadczenie w działalności na terenie Afryki. Jednak wobec coraz bardziej realnego wybuchu wojny został odwołany do Londynu, aby zajął się misjami w Europie. Początek 1909 roku spędził na bezowocnych poszukiwaniach niemieckich szpiegów rzekomo przygotowujących drogi inwazji na terenie wschodniej Anglii. W kwietniu zmarł pułkownik Schultz, jeden z agentów w Niemczech, i Melville udał się do Niemiec, aby znaleźć kogoś na jego miejsce. Nowy agent, „K”, opisany jako emerytowany oficer sił zbrojnych „zaprzyjaźnionego mocarstwa”, zdobył takie uznanie, że przyznano mu pensję 600 funtów rocznie. Ta nadzwyczaj wysoka płaca wynikała z tego, że w rzeczywistości „K” nie był jedną osobą, lecz trzema, i to noszącymi takie samo nazwisko – Christmas. Najważniejszy spośród nich był kapitan Walter Christmas, ustosunkowany były oficer duńskiej marynarki wojennej, a także bliski przyjaciel księcia, a później króla Grecji, Konstantyna I. Christmasa oznaczano jako K lub WK, być może dlatego, że po prostu przypuszczano, iż jest Duńczykiem i jego nazwisko zaczyna się od K, albo uznano, że niezręcznie będzie nazywać agenta WC. Rodzina Christmasa pochodziła z Esbjergu i przynajmniej jeden z jej członków jeździł do Niemiec, aby zbierać informacje szpiegowskie, a po bezpiecznym powrocie do domu przekazywać je do Londynu[9].

Zarówno Edmonds, jak i Ewart, zdopingowani gorączką szpiegowską i brakiem odpowiedniego systemu gromadzenia informacji, mocno naciskali na podjęcie jakichś działań. Przeszkodę dla nich stanowił liberalny rząd, będący wówczas u władzy, który nie był przekonany, że Niemcy stanowią jakiekolwiek zagrożenie. Toteż Edmonds i ci wojskowi, którzy widzieli takie zagrożenie, zaczęli określać Niemców jako „TR” od tariff reformers, czyli zwolenników wprowadzenia ceł, odwołując się do protekcjonistycznych przepisów popieranych zarówno przez Niemców, jak i prawe skrzydło brytyjskiej opozycyjnej Partii Konserwatywnej. Przypuszczalnie było to próbą podkreślenia zagrożenia ze strony Niemiec w sposób, który potrafili zrozumieć liberalni politycy. W konsekwencji brytyjscy oficerowie wywiadu określali same Niemcy mianem „Tiaria”[10].

Naciski nie ustawały i wreszcie w marcu 1909 roku Herbert Asquith, brytyjski premier, polecił Komitetowi Obrony Imperium (Committee of Imperial Defence), aby „rozważył zagrożenie ze strony niemieckich szpiegów dla brytyjskich portów marynarki wojennej”. Powołano podkomitet, na czele którego stanął minister wojny, Richard Haldane, a w jego skład weszli Ewart i dyrektor wywiadu marynarki wojennej, kontradmirał Alexander Bethell, a także minister spraw wewnętrznych, poczmistrz generalny, pierwszy lord Admiralicji, komisarz policji i stały podsekretarz w ministerstwach Skarbu i Spraw Zagranicznych, który reprezentował tajną służbę. Zakres ich uprawnień obejmował głównie zagrożenia wewnętrzne ze strony szpiegów państw obcych. Dopiero po namyśle uznano, że podkomitet powinien również rozważyć, „czy pożądane są jakiekolwiek zmiany w funkcjonującym już w Admiralicji i Ministerstwie Wojny systemie pozyskiwania informacji z zagranicy”. Początkowo wielu członków podkomitetu było sceptycznie nastawionych do kwestii rzekomego zagrożenia ze strony Niemiec. Edmonds, który również uczestniczył w spotkaniu i przedstawił się jako „podwładny dyrektora Operacji Wojskowych do spraw tajnej służby”, stwierdził, że powinna jej przyświecać zasada: „Nie ufaj nikomu” i zacytował Kiplinga: „Wierz żmii więcej niż wszetecznicy, a wszetecznicy więcej niż Afgańczykowi”[11]. Adwersarz Haldane’a, wicehrabia Esher, który najwyraźniej nie był wiernym czytelnikiem ani Kiplinga, ani „Daily Mail”, opisał Edmondsa jako „głupiego świadka z Ministerstwa Wojny” i zapytał go sarkastycznie, czy nie obawia się „dużej liczby niemieckich kelnerów w tym kraju”. Esher zanotował w swoim pamiętniku, że „łowcom szpiegów szpiegostwo rzuciło się na mózg”.

Podkomitet, chociaż nie uległ narastającej panice, przyznał jednak – choć nie w stopniu, jaki sugerowali William le Queux i inni – że w Wielkiej Brytanii działa pewna liczba niemieckich szpiegów, a zagrożenie jest realne. Podkomitet uznał także, iż „nasza organizacja do zbierania informacji o tym, co dzieje się w obcych portach i stoczniach, jest niesprawna, a w szczególności dotyczy to Niemiec”. Ponadto przyznał, że Admiralicja i Ministerstwo Wojny znajdowały się „w trudnym położeniu, gdy miały do czynienia z obcymi szpiegami, którzy mogli mieć informacje na sprzedaż, ponieważ takie interesy należy załatwiać bezpośrednio, a nie przez pośredników”, a zatem byłoby dobrze mieć organizację, która mogłaby się zająć takimi delikatnymi sprawami i zagwarantować, że urzędnicy państwowi nie pobrudzą sobie rąk, wdając się w konszachty ze szpiegami. Rozwiązaniem miało być powołanie biura tajnej służby:

Aby zajęło się zarówno szpiegostwem w naszym kraju, jak i naszymi agentami za granicą, a także służyło za parawan między Admiralicją i Ministerstwem Wojny a obcymi szpiegami, dysponującymi informacjami, które chcieliby sprzedać rządowi [...]. Dzięki utworzeniu tego biura nie tylko nasi attaché morscy i wojskowi oraz urzędnicy państwowi zostaną uwolnieni od konieczności stykania się ze szpiegami, ale także nikt nie będzie mógł zdobyć bezpośrednich dowodów na to, że w ogóle z nimi współpracowaliśmy.

Utworzenie biura miało być otoczone ścisłą tajemnicą – zabroniono nawet drukowania zaleceń podkomitetu i rozsyłania ich do jego członków. Powstała tylko jedna kopia tego dokumentu. Trafiła do rąk Ewarta, któremu powierzono zadanie zorganizowania „bezzwłocznie” biura z pomocą Bethella i komisarza policji, sir Edwarda Henry’ego[12].

Podkomitet zadecydował, że biurem powinno kierować dwóch oficerów – jeden z armii, drugi z marynarki wojennej. Armia wybrała kapitana Vernona Kella, którego biegłość w posługiwaniu się językami francuskim, niemieckim, rosyjskim oraz dialektem kantońskim, a także doświadczenie zdobyte na Dalekim Wschodzie zarówno w charakterze wojskowego, jak i korespondenta „Daily Telegraph”, predestynowały na stanowisko szefa służby wywiadu zagranicznego. Kandydat Bethella wydawał się początkowo o wiele mniej obiecujący. Komandor Mansfield Smith Cumming był pięćdziesięcioletnim, skromnym oficerem marynarki, który został wysłany na emeryturę z powodu chronicznej choroby morskiej, a ostatnią dekadę poświęcił na eksperymentalne poszukiwanie najlepszych metod zabezpieczenia zatoki w Southampton za pomocą sieci zagrodowych. Bethell twierdził, że Cumming „ma specjalne kwalifikacje na to stanowisko”, choć początkowo było niejasne, o jakie umiejętności mu chodzi[13].

Bethell napisał do Cumminga dwa tygodnie po powstaniu raportu komitetu Haldane’a, nadmieniając, że musi być dość znudzony stawianiem sieci zagrodowych od ponad dziesięciu lat. „Być może zatem spodobałoby ci się nowe zajęcie. Jeśli tak, mam dla ciebie dobrą propozycję, więc gdybyś zechciał przyjechać i spotkać się ze mną w czwartek koło południa, powiem ci, o co chodzi”. Dwa dni później Cumming stawił się w Admiralicji, gdzie Bethell zaproponował mu objęcie stanowiska „szefa” nowej tajnej służby. Wraz z „młodszym kolegą” odpowiadałby za „wszystkich” agentów Admiralicji i Ministerstwa Wojny. Cumming przyjął posadę, traktując ją jako „cudowną okazję do zdziałania czegoś więcej na Służbie, zanim zostanie w końcu odstawiony na półkę”[14].

Nowa centrala Biura Tajnej Służby (Secret Service Bureau) miała siedzibę w biurach przy Victoria Street i działała pod przykrywką prywatnej agencji detektywistycznej, prowadzonej przez byłego oficera wydziału dochodzeniowego (Criminal Investigation Department), głównego inspektora Edwarda Drew, który zatrudniony także jako zastępca Cumminga miał dostawać 500 funtów za zgodę na wykorzystanie swojego nazwiska i na pokrycie kosztów wynajęcia lokalu. Zatwierdzony przez komitet Haldane’a plan przewidywał złożenie Herbertowi Dale’owi Longowi propozycji wyjazdu do Brukseli, uznawanej wówczas za stolicę szpiegostwa, i objęcie nadzoru nad europejskimi agentami. Komitet polecił także marynarce wojennej, aby zwerbowała kolejnego agenta w Niemczech do pozyskiwania informacji na temat budowy niemieckich okrętów. W rezultacie Bethell wysłał do północnych Niemiec Maksa Schultza, trzydziestoczteroletniego maklera okrętowego, którego ojciec był Prusakiem. Zanim Schultz wyruszył z tajną misją, pracował w Southampton i niewykluczone, że już wtedy znał Cumminga. Kellowi (znanemu później jako „K”), mimo jego niewątpliwych kwalifikacji do zbierania materiałów szpiegowskich, powierzono kierowanie sekcją bezpieczeństwa wewnętrznego Biura, znaną później jako MI5. Cumming miał kierować sekcją wywiadu zagranicznego. Te przydziały odzwierciedlały główne zainteresowania i priorytety służb, dla których pracowali Kell i Cumming. 4 października 1909 roku Cumming i Kell spotkali się z Edmondsem i jego następcą, pułkownikiem George’em Macdonoghem, członkiem Royal Engineers. Zostali wówczas poinformowani, jakie zadania już wykonano, jacy agenci byli na służbie i jakie mieli kwalifikacje. Podczas dyskusji padły nazwiska dwóch agentów – Christmasa i Byzewskiego. O stosunku Brytyjczyków do takich agentów dobitnie świadczy to, jak określał ich Edmonds – „łobuzy”. Oficjalnie biuro zostało otwarte sześć dni później. Kell i Cumming zarabiali po 500 funtów rocznie, a William Melville – niecałe 663 funtów rocznie, co przypuszczalnie pokrywało także koszty wynajęcia jego biura[15].

Nowy szef operacji brytyjskiego wywiadu za granicą, który teraz miał być znany tylko jako C od pierwszej litery swojego nazwiska, był opisywany przez tych, którzy się z nim zetknęli, jako człowiek obdarzony charyzmą. Choć wydawało się, że Cumming został odstawiony na boczny tor, gdy przez długi czas zajmował się ochroną portu, postrzegano go jako swego rodzaju pioniera i doceniano jego otwartość na nowe pomysły, co być może Bethell uznał za jego „specjalne kwalifikacje”. Pasjonowały go jachty, samochody oraz całkiem nowe zamiłowanie do latania. Został zatem nie tylko wpływowym członkiem Royal Automobile Club, ale także założycielem Royal Motor Yacht Club w 1905 roku, a rok później – Royal Aero Club. Jednak chyba największą zaletą Cumminga było to, że już wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysłało go za granicę ze szpiegowską misją zbadania „prac nad napędem silnikowym dla flot rybackich Szwecji i Holandii”. Rzekomo celem tej wyprawy było sprawdzenie „niezawodności silników wewnętrznego spalania napędzanych naftą”. Wkrótce po objęciu nowego stanowiska Cumming zanotował w swoim pamiętniku: „Chciałbym nawiązać kontakt z pewnymi Duńczykami i Szwedami – z którymi się zaznajomiłem, gdy ostatnio zostałem wysłany za granicę przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w związku z silnikami okrętowymi”. Wydaje się, że był idealnym kandydatem do tej pod każdym względem pionierskiej i niezwykle ekscytującej roli.

„Ten nadzwyczajny człowiek był niski i krępy; siwe włosy w połowie pokrywa­ły mu zaokrągloną głowę”, napisał później jeden z jego oficerów wywiadu. „Minę miał poważną, a wzrok sokoli, żywy. Spoglądał – lub ewentualnie wpatrywał się – przenikliwie przez monokl w złotej oprawie”. Inny zwerbowany przez Cumminga człowiek tak zrelacjonował swoją pierwszą wizytę w jego biurze:

Siedzący przy dużym biurku, plecami do okna, najwyraźniej zatopiony w lekturze dokumentu mężczyzna to najbardziej niezwykły człowiek, jakiego spotkałem w życiu. Tym, co najbardziej mnie w nim uderzyło, był kształt dużej, inteligentnej głowy, którą zobaczyłem z profilu pod światło. Nie zwracał na mnie, stojącego przy drzwiach, najmniejszej uwagi. Zajmował się czytaniem, od czasu do czasu robiąc notatki na leżących przed nim papierach. Następnie z zaskakującą gwałtownością odłożył papiery na bok i mocno uderzył dłonią w biurko, mówiąc: „Siadaj, chłopcze. Sądzę, że się nadasz”. Wiedziałem, że w moim życiu zaczęło się coś naprawdę brzemiennego w skutki. Było to moje pierwsze spotkanie z C – bo pod takim imieniem ten człowiek był znany wszystkim, którzy mieli z nim oficjalne kontakty. Miał oczywiście też inne imiona, w tym jedno całkiem nieźle znane w londyńskim towarzystwie, ale nam, a raczej tym, którzy służyli pod jego rozkazami, zawsze był znany pod tą jedną literą alfabetu i nią określany.

Cumming wywarł tak silny wpływ, że „C” stało się później tytułem nadawanym wszystkim kolejnym szefom brytyjskiego wywiadu, a jego znaczenie ewoluowało od inicjału jego nazwiska do skrótu słowa „chief”, czyli szef, tajnej służby. Jednak początkowo musiał się postarać, aby podporządkować sobie tych, którzy odpowiadali za nowe Biuro Tajnej Służby. Macdonogh nie chciał mieć z nim bezpośrednio do czynienia i nalegał, aby to Kell odpowiadał za kontakty z Ministerstwem Wojny. Odmówił także Cummingowi zgody na wyniesienie jakichkolwiek akt agentów z Ministerstwa Wojny i domagał się, aby jeden z nich dwóch, Kell albo Cumming, był zawsze obecny w biurze przy Victoria Street na wypadek, gdyby potrzebował się z nimi skontaktować. Cumming zaprotestował, tłumacząc Bethellowi, że bez opuszczania biura nie uda mu się stworzyć siatek agentów. Był naprawdę zmartwiony, że został odstawiony na boczny tor i że Macdonogh postara się, aby wszystkimi operacjami biura kierował Kell, którego Bethell przedstawił mu jako jego młodszego kolegę. W swoim pamiętniku skarżył się:

Nie mogę wykonać żadnej pracy w biurze. Siedzę tu pięć tygodni, a niczego jeszcze nie podpisałem swoim nazwiskiem. Jestem tu całkowicie odcięty od wszystkich, ponieważ nie mogę podać swojego adresu ani odbierać telefonów pod własnym nazwiskiem. Od samego początku byłem konsekwentnie tego pozbawiony. System został zorganizowany przez armię, która miała dostatecznie długo kontrolę nad naszymi losami, by odebrać mi całą pracę, jaką mógłbym wykonać, a przekazać mi, jak dotąd, najtrudniejszą część pracy (do której jej własny człowiek oczywiście znacznie lepiej się nadaje) i odebrać mi wszystkie środki do jej wykonania. Jestem głęboko przekonany, że już niedługo K mnie stąd wygryzie. Będzie miał czym się pochwalić, a ja nie będę miał niczego. Wyjdzie na jaw, że nie jestem lingwistą, i wtedy całą robotę zlecą jemu z podwładnym, a mniej odeślą na emeryturę – mniej lub bardziej skompromitowanego[16].

Na szczęście problemy i obawy Cumminga okazały się tylko naturalną konsekwencją współdziałania z ludźmi o niewielkim doświadczeniu w sprawach wywiadu, a nawet bez żadnego doświadczenia, którzy próbowali zbudować tę organizację od podstaw. W ciągu kilku dni pomysł połączenia biur wywiadu upadł i Macdonogh pogodził się z faktem, że sekcje operacji krajowych i zagranicznych powinny być całkowicie rozdzielone. Cumming miał być odpowiedzialny wyłącznie za operacje zagraniczne, a także „korespondować ze wszystkimi płatnymi agentami chcącymi sprzedawać tajemnice” oraz „zorganizować skuteczny system, który pozwalałby obserwować niemieckie postępy w zbrojeniu się i budowie marynarki wojennej”. Zrezygnowano z planu wysłania Longa do Brukseli, gdyż Kell twardo obstawał przy tym, że on i Melville mają pracować tylko dla niego i nie może się nimi dzielić. Cummingowi kazano „znaleźć agenta wśród emerytowanych oficerów w Brukseli”. Macdonogh początkowo sugerował, że Ministerstwo Wojny powinno nadal prowadzić swoich starych agentów działających za granicą, w szczególności Byzewskiego, ale Cumming, popierany przez Bethella, podkreślał, że to on, jako szef wywiadu zagranicznego, musi odpowiadać za wszystkich zagranicznych agentów, i w końcu wygrał spór. Otrzymał również pozwolenie na przeniesienie się do własnego biura w Ashley Mansions. Ta siedziba – na którą przydzielono mu dodatkową kwotę 100 funtów rocznie – miała tę zaletę, że znajdowała się blisko biura centrali przy Victoria Street, a jednocześnie zapewniała niezależność jego sekcji wywiadu zagranicznego.

26 listopada 1909 roku Cumming spotkał się z pierwszymi agentami, których dostał w spadku. Początek spotkania z Byzewskim nie był zbyt udany, co częściowo tłumaczyło niechęć Macdonogha do przekazania go pod inne zwierzchnictwo. Edmonds, który do tej pory prowadził Byzewskiego, przedstawił go Cummingowi i wyszedł. Byzewski, z pochodzenia Austriak, był, co zrozumiałe, ostrożny. Kierował dla Brytyjczyków tym, co wedle wszelkich danych, było skuteczną siatką wywiadowczą w carskiej Rosji. Miał tam trzech agentów, którymi sterował z Berlina. Nagle kazano mu przestawić się na zbieranie materiałów wywiadowczych o budowaniu niemieckich okrętów – a zatem postępować wbrew jego naturalnym tendencjom lojalnościowym. Jego obawy były tym większe, że miał pracować dla zupełnie nowego człowieka, którego nie spotkał nigdy dotąd i który mówił mu, jak ma wykonywać swoją pracę. Zgodził się zwerbować jednego agenta w Wilhelmshaven i drugiego, który miał krążyć między głównymi portami, ale sprzeciwił się, gdy kazano mu zdobyć dokładniejsze informacje o czterech dużych austriackich okrętach wojennych ponoć budowanych w adriatyckim porcie Pula. „Natychmiast zaprotestował i powiedział, że jest Austriakiem, a więc nie może działać na szkodę swojej ojczyzny”, zanotował Cumming, dodając: „Nie będzie zbyt przydatny, ponieważ Austria przyłączy się do Niemiec w wojnie przeciw nam”. Jednak po odkryciu, że Byzewski płynnie posługuje się językiem francuskim, z którym Cumming radził sobie lepiej niż z niemieckim, atmosfera spotkania uległa nieznacznej poprawie. „Niewątpliwie jest inteligentnym i śmiałym człowiekiem i przypuszczam, że okaże się moim najlepszym pomocnikiem”, napisał dalej Cumming w swoim pamiętniku. „Trzeba jednak liczyć się z trudnościami, jakie spowodują jego patriotyczne uczucia wobec Austrii”[17].

Kilka dni później Cumming spotkał się z kapitanem Walterem Christmasem, najlepszym agentem spośród trzech panów „WK”. Spotkanie miało miejsce w mieszkaniu wynajętym przez kapitana C. H. „Roya” Regnarta, oficera marynarki wojennej i zastępcę dyrektora wywiadu morskiego, wypożyczonego Cummingowi przez Bethella na asystenta. Christmas zameldował, że widział nową niemiecką broń. W przeciwieństwie do Byzewskiego był chętny do szpiegowania Niemców. W pewnym momencie powiedział: „Zawsze uważałem się przynajmniej w połowie za Anglika”. W swoim pamiętniku Cumming zapisał o Christmasie: „wydaje się uczciwy, ale nie jestem wcale przekonany, czy w ogóle widział te działa!”.

Christmas – prawie czterdziestoośmioletni – naprawdę był bardzo prostolinijny. Do szpiegowania skłaniały go już wtedy standardowe zachęty w postaci seksu i gotówki. Zamierzał regularnie dostarczać Cummingowi raporty z okrętów duńskiej floty obserwujących niemieckie jednostki przepływające przez Skagerrak i Kattegat – cieśniny łączące Morze Północne z Bałtykiem. Oprócz pensji 200 funtów oczekiwał gwarancji, że informacje będzie mu zawsze dostarczać ładna, młoda kobieta, która spotka się z nim w hotelu w Skagen, najbardziej na północ wysuniętym duńskim mieście. Kobietami tymi prawie zawsze były prostytutki zamówione i opłacone w tym celu przez tego, który naprawdę zbierał informacje wywiadowcze. Gdy kilka lat później Niemcy za bardzo się zbliżyli do Christmasa i Cumming musiał potajemnie przenieść go do Londynu, znalazł mu mieszkanie w niesławnym rejonie Shepherd Market w Mayfair, gdzie było wiele ładnych, młodych kobiet, trudniących się tą samą profesją co łączniczki dostarczające mu dane do hotelu w Skagen. Bliskie związki między dwoma rzekomo najstarszymi zawodami świata miały się nieustannie przeplatać w całej historii Służby. Seks i pieniądze często stanowiły znacznie lepszą zachętę do szpiegowania niż uczucia patriotyczne czy pobudki moralne[18].

Na początku 1910 roku Cumming opracował strategię zbierania informacji szpiegowskich w Niemczech, która przypuszczalnie opierała się na wcześ­niejszych, pochodzących z Ministerstwa Wojny schematach działania i planach wykorzystania „zbieraczy” ulokowanych w sąsiednich krajach. Tak zwane „operacje w krajach trzecich” miały się stać standardowym działaniem brytyjskiej tajnej służby w przypadku trudnych celów, takich jak Niemcy. Cumming stworzył firmę przykrywkę – Rasen, Falcon and Co., Shippers and Exporters. Przygotował także pewną liczbę adresów telegraficznych do kontaktów z agentami, w tym Sunbonnet London do rutynowej komunikacji i Autumn London do wykorzystania w nagłych wypadkach. Uzyskał przy tym gwarancję urzędu pocztowego, że takie wiadomości zostaną przekazane do jego mieszkania o każdej porze dnia i nocy. Ponadto – odwołując się do uczuć patriotycznych niektórych podróżujących do Niemiec biznesmenów – pozawierał z nimi umowy, na mocy których mieli oni pozyskiwać informacje w zamian za pokrycie związanych z tym wydatków. Później stało się to standardową praktyką wiecznie potrzebującego gotówki brytyjskiego wywiadu. Początkowy budżet wynosił zaledwie 2700 funtów, a w dodatku Cumming ciągle musiał zwalczać zapędy Ministerstwa Skarbu, które chciało mu go obciąć. „Najbardziej przydatnych informacji dostarczali nastawieni entuzjastycznie Anglicy, którzy podróżowali do Niemiec i Austrii”, zanotował później jeden z oficerów marynarki pracujących z Cummingiem. „Nie było to idealne rozwiązanie, ponieważ raporty z takich źródeł często zawierały więcej plew niż ziarna”. Jednak wobec braku funduszy takie uzupełnianie wyników pracy zawodowych agentów wywiadu uznano za konieczne.

Praca wywiadowcza – niezależnie od tego, jak bardzo była niebezpieczna i jak cenne były jej efekty – nigdy nie została dostatecznie doceniona przez nasze władze i uznana za zasługującą na wynagrodzenie. Pracę naszych korespondentów wywiadu poważnie utrudniały oddane nam do dyspozycji zbyt skąpe fundusze. Być może to nieskrywane lekceważenie wynika z wrodzonych uprzedzeń do szpiegowania jako takiego[19].

Widać to wyraźnie w sprawozdaniach finansowych dokumentujących znaczne cięcia budżetowe na początku działalności Służby, w 1910 roku. Zwolniono dwóch agentów B, w tym agenta niedawno zainstalowanego w Wilhelmshaven, dwóch członków rodziny Christmasa, określanych jako WK, oraz agenta w Niemczech, nazywanego D, któremu nie udało się zrobić wrażenia na Cummingu. Innym wypłacano tylko zaliczki i dodatkowo wynagradzano ich za dobre raporty albo płacono im wyłącznie za same wyniki. Byzewski i Walter Christmas, ostatni zatrudniony członek rodziny WK, figurowali teraz w rachunkach jako dwaj główni agenci i jedyni, którym wypłacano pełną pensję niezależnie od wyników ich pracy, przy czym Byzewski działał w Berlinie, a Christmas został opisany jako „podróżnik” wykonujący „ogólne zadania”, choć oczywiście zamieszkiwanie w Danii czyniło z niego idealnego agenta do zbierania materiałów szpiegowskich w głównych niemieckich portach: Kilonii, Bremie i Hamburgu. W Niemczech było jeszcze czworo innych agentów. Troje z nich podlegało wcześniej Byzewskiemu. Byli to zamieszkały w Hanowerze człowiek zwany Hansem Reichartem, regularnie podróżujący po Niemczech Max Schultz, który wykorzystywał przykrywkę maklera okrętowego do zbierania informacji w stoczniach, oraz A – Niemka mieszkająca w Berlinie, która miała zawiadomić o bezpośrednich przygotowaniach do wojny, a zatem jej przydatności nie dało się dotąd przetestować. Ostatnim z tej czwórki agentów był „podróżujący do Niemiec” Belg o nazwisku Arsène Marie Verrue, występujący też pod pseudonimem Frédéric Rué. Zwerbował go jeszcze James Edmonds po rekomendacji browaru Courage, który Verrue reprezentował na terenie Niemiec. Belg znany był, co dziwne, jako U, a nie jako V czy R, i pracował także dla niezależnej agencji szpiegowskiej z siedzibą w Brukseli. Nie wiadomo, czy Edmonds bądź Cumming zdawali sobie z tego sprawę ani też czy wiedzieli, że Verrue był skazanym kryminalistą i odsiedział kilka wyroków za różne przestępstwa – od oszustwa po napad. Akurat to ostatnie raczej go nie dyskwalifikowało, jako że Cumming miał większość swoich agentów za „łotrów”. Z pewnością jednak w owym czasie Edmonds i Cumming nie zdawali sobie sprawy z tego, że – choć później doprowadziło to do katastrofy – ulubionym i znacznie hojniejszym klientem brukselskiej agencji szpiegowskiej była niemiecka służba wywiadowcza.

Z ksiąg rachunkowych wynika, że na usługach tajnej służby byli również dwaj inni agenci. Pierwszy, nazwany JR, który mieszkał w Brukseli, został prawdopodobnie zatrudniony przejściowo do czasu, aż Cumming znajdzie kogoś, kto poprowadzi bazę na kontynencie. Wobec jego niskiej pensji, 50 funtów, nie dziwi fakt, że pracował także dla wywiadu francuskiego. Z rozbrajającą szczerością powiedział nawet Cummingowi, że Francuzi chętnie dadzą mu referencje. Drugim agentem był TG, który zgodził się „wstąpić do pułku w Kilonii i okresowo wysyłać nam raporty za 50 funtów”, co na pierwszy rzut oka wydaje się niezwykle niską płacą za tak niebezpieczne zadanie jak przeniknięcie do niemieckiej armii w celu szpiegowania dla Brytyjczyków. Jednakże w rejestrach kwota ta została zapisana jako „zaliczka”, co sugeruje, że mógł otrzymywać dodatkowe sumy za każdy raport. Ponadto po protestach TG została ona podwojona do 100 funtów rocznie[20].

Cumming opisał poszczególnych agentów w raporcie podsumowującym pierwsze sześć miesięcy jego pracy dla komitetu nadzorującego działalność Biura Tajnej Służby. Podzielił ich na dwa główne typy:

1. Ci, którzy nie są potrzebni do zbierania konkretnych informacji ani wysyłania ich w postaci cyklicznych raportów, ale oczekuje się od nich, że będą wypatrywać wszelkich nietypowych lub znacznych ruchów bądź zmian – czy to marynarki wojennej, czy też armii – i meldować o nich. W przypadku tych agentów „brak wiadomości to dobra wiadomość” i jeżeli nie ma dowodów, że jest inaczej, trzeba im wierzyć, że wykonują swoje obowiązki i zapracowali na płacę, którą otrzymują. Należy podkreślić, że te negatywne wiadomości mają dużą wartość i nawet jeżeli będziemy latami czekać na jakikolwiek meldunek, to gdy on w końcu nadejdzie, może być bezcenny. Z drugiej strony tego rodzaju agentów należy dobierać bardzo starannie i powinni być ludźmi o sprawdzonym charakterze, gdyż bardzo wiele od nich zależy, a gdy nadejdzie krytyczny moment, zostaną poddani silnej pokusie, aby nie narażać się na ryzyko i nic nie zrobić.

2. O drugim typie – tych, którzy oprócz donoszenia o nadzwyczajnej aktywności obserwowanych przez siebie obiektów mają za zadanie zbierać informacje wszelkiego rodzaju i przekazywać je do mnie w ustalonych odstępach czasu – nie mogę się na razie wypowiadać jednoznacznie, ponieważ nie upłynęło jeszcze dość czasu od ich powołania do służby, abym mógł sobie wyrobić o nich jakąś opinię.

Cumming dodał jeszcze trzecią grupę, która, biorąc pod uwagę ograniczenia, jakim podlegała brytyjska tajna służba przez większość swojego istnienia, stała się ważnym uzupełnieniem jej siatek szpiegowskich:

Cenne źródło informacji, które, miejmy nadzieję, będzie jeszcze większe, stanowią udzielający dobrowolnej pomocy biznesmeni lub przedstawiciele tych zawodów, które stwarzają szczególne okazje do dowiadywania się, co dzieje się za granicą. W ten sposób otrzymałem informacje wywiadowcze od kilku osób, których nie ma potrzeby wymieniać z nazwiska, i od czasu do czasu przekazywałem je w raportach. Obawiam się, że zawsze będą trudności z uzyskaniem dobrowolnej pomocy od osób mieszkających za granicą – nawet od tych, którzy urodzili się w Wielkiej Brytanii. Ryzyko, na które się narażają, jest tak wielkie, a konsekwencje ich wykrycia tak poważne, że jedynie w nielicznych przypadkach będą mogli być jakkolwiek przydatni. Znalazłem jednak człowieka – Szkota, zajmującego stanowisko dające mu niezwykłą możliwość dowiedzenia się, czy nadciągają jakieś wydarzenia o charakterze wojennym – który obiecał mi, że w takim przypadku przyjedzie osobiście, a jeśli to nie będzie możliwe, wyśle posłańca, którego darzy absolutnym zaufaniem, aby przekazać ostrzeżenie. Czuję się w obowiązku poinformować, że pokładam większą ufność w tym człowieku – mającym silny i niezależny charakter – niż w którymkolwiek z pozostałych, którzy podjęli się tego ważnego obowiązku.

Na marginesie tego raportu Cumming zapisał słowo „Rollo” zielonym atramentem, który od tamtej pory stał się znakiem rozpoznawczym każdego „C” (używanie go było wcześniej tradycją marynarki wojennej). Ta adnotacja może sugerować, że tak nazywał się tajemniczy „Szkot”. Najbardziej narzucającym się kandydatem jest George Rollo – były „ochotnik” rezerwy, szkockiego pochodzenia, pracujący dla swojej rodzinnej firmy inżynierii okrętowej z siedzibą w Liverpoolu, a zatem mający wiele doskonałych okazji do prowadzenia interesów w niemieckich portach na Bałtyku. Jednak przedsiębiorcą szkockiego pochodzenia, który z pewnością dostarczył Cummingowi cennych informacji w latach przedwojennych, był Frederick Fairholme, dyrektor zakładów stalowych Davy Brothers w Sheffield. Niewątpliwie można go było opisać jako człowieka mającego „niezwykłą możliwość” zbierania informacji szpiegowskich o niemieckiej flocie wojennej. Ojciec Fairholme’a był Szkotem, a jego matka – bawarską baronową, więc część dzieciństwa spędził w rodzinnym domu w Austrii. W efekcie płynnie mówił po niemiecku, a w imieniu swojej firmy współpracował z potężnym niemieckim producentem stali – zakładami Kruppa. Spotkał się z Cummingiem w styczniu 1910 roku i natychmiast przekazał ważne informacje na temat najnowszych niemieckich dział oraz niedawno skonstruowanych pocisków, którymi miały strzelać. Tak powstał najstarszy, do dziś istniejący raport przekazany przez powołaną właśnie brytyjską tajną służbę:

Poniższe informacje pochodzą z pewnego źródła. Donosi, że Krupp produkuje bardzo duże haubice kalibru 293 milimetrów, strzelające pociskami o wadze 300 kilogramów, o prędkości wylotowej 450 metrów na sekundę, które przebijają płytę „pancernego pokładu” ze stali niklowanej o grubości 10 centymetrów pod kątem 55 stopni. Pocisk zagłębił się w płytę z prędkością 253 metrów na sekundę i był nieuszkodzony. Został wypełniony trotylem. Stwierdził, że nowe działa kalibru 305 milimetrów wyrzucają pociski o wadze ponad 500 kilogramów z prędkością wylotową 853 metrów na sekundę i penetrują płytę Kruppa o grubości 30,5 centymetrów z prędkością 488 metrów na sekundę [...]. Utrzymuje, że Krupp używa stali z dodatkiem niklu i wolframu do produkcji wszystkich małych dział. Zastosowanie jej pozwoli wyeliminować większość problemów z segregacją [etap produkcji stali][21], a działa mają ponoć dłuższą żywotność dzięki mniejszej podatności na erozję.

Kilka dni przed opublikowaniem raportu Walter Christmas sporządził dokument, który przypuszczalnie jest pierwszym z wielu comiesięcznych podsumowań jego podróży po niemieckich stoczniach okrętowych i dokach. Dotyczy grudnia 1909 roku i zawiera szczegółowe dane na temat prac trwających w Cesarskiej Stoczni w Wilhelmshaven, Cesarskiej Stoczni w Gdańsku oraz stoczni Germania w Gaarden, nieopodal Kilonii. Informował o budowie nowej stoczni na wyspie Helgoland oraz prędkościach osiągniętych podczas prób przez nowy pancernik „Nassau” i krążowniki pancerne „Blücher”, „Gneisenau” i „Scharnhorst”. Donosił również o „nadzwyczajnej prędkości” 34,62 węzła rozwijanej przez nowe torpedowce wyposażone w turbiny i o kontynuacji prac nad konstrukcją U-Bootów – oddanie dwóch nowych okrętów podwodnych podwoiło stan niemieckiej floty podwodnej, a kolejne dwa miały zostać zbudowane w 1910 roku. Prawdopodobnie był to pierwszy z wielu comiesięcznych raportów od agenta, który należał do najskuteczniejszych ludzi Cumminga w czasie przygotowań do I wojny światowej. Christmas był także pierwszym z długiego szeregu późniejszych pracowników brytyjskiego wywiadu, wykorzystującym swoje doświadczenia do pisania powieści szpiegowskich. Zaczął wcześniej od większości z nich, publikując Svend Spejder (Svend wywiadowca) – której bohater poluje na niemieckich szpiegów w Danii – już w 1911 roku, a zatem dość wcześnie na drodze swojej kariery w brytyjskiej tajnej służbie[22].

Christmas nie był jedynym agentem, który dostarczył użytecznych informacji. Styczeń 1910 roku okazał się bardzo owocnym miesiącem dla Cumminga, ponieważ otrzymał on również i rozpowszechnił wyczerpujący raport z austriackich stoczni w Trieście, Puli i Rijece nad Adriatykiem. Napisał go agent, który, jak można wywnioskować z treści, był nie tylko dobrze zorientowany w najnowszym sprzęcie i uzbrojeniu morskim, ale szukał też potencjalnych agentów, najwidoczniej na rozkaz Cumminga. Po raz kolejny uznano „Szkotów” za najbardziej prawdopodobnych kandydatów. Cumming wysłał raport w oryginalnej postaci, opatrując go krótkim wstępem. „Agent donosi, że żaden z angielskich rezydentów nie będzie dla niego użyteczny, ponieważ albo się boją zaszkodzić swoim interesom, albo jawnie okazują proaustriackie sympatie”, skomentował Cumming. Było tam jednak „kilku Szkotów, którzy są ludźmi właściwego typu” i pomogli mu dostać się do miejsc najlepiej nadających się do zbierania informacji. Należała do nich między innymi główna austriacka baza marynarki wojennej w Puli, gdzie znalazł działo okrętowe kalibru 305 milimetrów na zaparkowanej ciężarówce. „Zanurkowałem pod plandekę i zmierzyłem jego wylot”. Agent szczególnie rekomendował kierownika Adria Steamship Company, zwanego Rollandem, który miał odwiedzić Anglię w najbliższej przyszłości i zatrzymać się w hotelu Charing Cross.

To bardzo stary i bardzo sprytny Szkot i nie jestem pewien, czy nie ma jakiegoś pojęcia o celu moich działań, na co wskazywałyby udzielane mi wskazówki na temat jego wizyt w Anglii i chęci przekazywania informacji. Jest bezwzględnie uczciwy i jak przypuszczam, nie może się doczekać, aby ujawnić wszystko, co wie[23].

Nowy szef brytyjskiej tajnej służby sam też nie cofał się przed udaniem się z misją na kontynent. Odwiedził Brukselę i Paryż, gdzie zawarł umowę o dzieleniu się informacjami szpiegowskimi z francuskim Deuxième Bureau kierowanym przez majora Jeana Wallnera. Cumming uznał współpracę z Francuzami za tak ważną, że wysłał oficera do ambasady brytyjskiej, aby utrzymywał kontakty ze swoim odpowiednikiem w wywiadzie francuskim. Często wykorzystywał wyszukane przebrania, nawet podczas spotkań z agentami w Londynie, i zawsze chodził uzbrojony w laskę, która kryła w sobie rapier. Compton Mackenzie, w czasie I wojny światowej pełniący funkcję oficera wywiadu, opisał, jak Cumming dał mu laskę z ukrytym ostrzem, którą zabierał ze sobą na szpiegowskie misje przed wojną. „Właśnie w takich momentach ta działalność była naprawdę zabawna”, powiedział Cumming. „Gdy wojna się skończy, wykonamy razem jakąś zabawną szpiegowską robotę. To kapitalna zabawa”[24].

Przypisy

[1] Pospolite nazwisko angielskie, odpowiednik Jana Kowalskiego (przyp. tłum.).

[2] Le Queux, W., Rok 1910; Le Queux, W., Spies of the Kaiser.

[3] Andrew, Ch., Secret Service, s. 43; Smith, M., The Spying Game, s. 65.

[4] The National Archives, Public Record Office (dalej oznaczane jako TNA PRO), HD 3/131, raporty agentów na temat podejrzanych Niemców w Suffolk, 18 i 21 XI 1905; Chalmers do sir Thomasa Sandersona 30 XI 1905.

[5] TNA PRO HD 3/111, Everett do Sandersona, 8 II 1901; Court do Sandersona, XII 1901.

[6] TNA PRO HD 3/128, Alan Johnstone do Thomasa Sandersona, 10 i 17 X 1905.

[7] TNA PRO KV 1/2, Ewart do dowódcy sztabu generalnego, datowany na 12 I 1909; KV 1/4 Edmonds, metody wywiadu, niedatowany.

[8] TNA PRO KV 1/8, pamiętnik Williama Melville’a, 31 XII 1917; HD 3/130, Henry do Daviesa, 21 I 1905; Sanderson do Daviesa, 26 I 1905.

[9] TNA PRO HD 3/138, rachunki wydziału wywiadu Ministerstwa Wojny z VIII 1909; lista „stałych agentów”; HD 3/139, rachunki tajnej służby z VI i VII 1909; FO 1093/29, lista płac „Biura Tajnej Służby” i „agentów Tajnej Służby” w latach 1909–1910; HD 3/138, lista „stałych agentów” wydziału wywiadu Ministerstwa Wojny.

[10] TNA PRO KV 6/47, list Longa do Melville’a, 5 III 1909, list Edmondsa do Melville’a, 10 III 1909, listy Longa do Melville’a, 11 i 23 III 1909 (jestem wdzięczny dr. Nicholasowi Hileyowi za wgląd w jego notatkę opisującą pochodzenie skrótu TR).

[11] Cytat z Kim Rudyarda Kiplinga w tłumaczeniu Józefa Birkenmajera (przyp. tłum.).

[12] TNA PRO CAB 16/8, raport i sprawozdanie Podkomitetu Komitetu Obrony Imperium, któremu zlecono rozważenie kwestii obcego wywiadu w Wielkiej Brytanii.

[13] TNA PRO KV 1/3, memorandum w sprawie utworzenia Biura Tajnej Służby, 26 VIII 1909; ADM 196/39; WO 106/6292, wnioski podkomitetu z rozważań, jak można powołać biuro tajnej służby w Wielkiej Brytanii, 28 IV 1909; Judd, A., The Quest for C, s. 1, 20; West, Nigel, At Her Majesty’s Secret Service, s. 21–22.

[14] List Bethella do Cumminga patrz strona SIS: https://www.sis.gov.uk/our-history/bethell-letter.html; Judd, A., The Quest for C, s. 1, 83–84.

[15] TNA PRO KV 1/3, memorandum w sprawie utworzenia Biura Tajnej Służby, 26 VIII 1909; FO 1093/29, wydatki tajnej służby, skorygowane szacunki wynagrodzeń w latach 1910–1911; FO 1093/27 sugestie sztabu generalnego dotyczące Biura Tajnej Służby; Judd, A., The Quest for C, s. 95–98, 105.

[16] Andrew, Ch., The Defence of the Realm, s. 26; Jeffery, K., The Secret History of MI6 1909–1949, s. 9–10.

[17] TNA PRO FO 1093/29, wydatki tajnej służby, szacunki w latach 1910–1911, datowane na 31 I 1910; notatki na temat szacunków w latach 1913–1914; Judd, A., The Quest for C, s. 92–120.

[18] TNA PRO FO 1093/29, różne rachunki wymieniające agentów Cumminga w latach 1909–1911; Judd, A., The Quest for C, s. 124, 325; Christmas, W., The Life of King George of Greece, s. 23.

[19]Work of the Secret Service: how Germany’s preparations became known to the Admiralty, „Daily Telegraph”, 24 IX 1930; Judd, A., The Quest for C, s. 134.

[20] TNA PRO FO 1093/29, różne rachunki wymieniające agentów Cumminga w latach 1909–1912; w szczególności szacunki wydatków tajnej służby w latach 1910–1911, datowane na 31 I 1910, i dodatkowe szacunki wydatków tajnej służby w kwartale kończącym się 31 III 1911, datowane na 19 I 1911; WO 374/65422, petycja kapitana Bertranda Stewarta do Sądu Najwyższego, III 1914; Bywater, H. Ch. i Ferraby, H. C., Strange Intelligence, s. 175–176; Judd, A., The Quest for C, s. 157, 160–161, 167, 175; Hiley, N. P., The Failure of British Espionage against Germany, 1907–1914, s. 872, 889.

[21] Umieszczone w nawiasach kwadratowych uzupełnienia cytatów pochodzą od autora książki (przyp. tłum.).

[22] Judd, A., The Quest for C, s. 136–139; Burke, Bernard i Pirie-Gordon, C. H. C., Burke’s genealogical and heraldic history of the landed gentry, London : Shaw Pub. Co., 1936. Jestem wdzięczny Rogerowi Fairholmowi za pomoc w prześledzeniu informacji o rodzinie Fairholme’ów.

[23] Churchill College Cambridge Archives MCKN3131. Jestem wdzięczny Philowi Tomasellemu za udostępnienie mi kopii tego dokumentu; Tomaselli, P., Tracing Your Secret Service Ancestors.

[24] Judd, A., The Quest for C, s. 215–216, 230–236, 270; Mackenzie, C., Greek Memories, s. 411–412.

Rozdział 2

Przygotowania do wojny

Oprócz agentów Cumminga istniało jeszcze jedno źródło informacji. Stanowili je szukający przygód oficerowie armii i marynarki. Widocznie zainspirowała ich powieść Erskine’a Childersa z 1903 roku pt. Zagadka piaszczystych ławic: dziennik tajnej operacji na Morzu Północnym, w której Charles Carruthers i jego przyjaciel Arthur Davies odkrywają niemieckie przygotowania do inwazji na Wielką Brytanię, gdy żeglują po wodach północnych Niemiec i „strzelają kaczki”[1]. Wielu brytyjskich oficerów zgłosiło chęć udania się do Niemiec z misją zbierania informacji wywiadowczych, ale niewielu z nich widziało się w roli szpiegów, gdyż słowo to wciąż miało nienajlepsze konotacje, a zajęcie uchodziło za niegodne osoby z królewskim patentem oficerskim. W najbliższych latach ci ludzie – często naiwni i przesadnie rozentuzjazmowani amatorzy, nad którymi Cumming miał zbyt małą kontrolę – sprawili mu największe problemy. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że musiał on sobie radzić z pałającym nadmiernym entuzjazmem amatorem w osobie własnego zastępcy, Roya Reg­narta, który w największym stopniu przyczynił się do aresztowania brytyjskich szpiegów w Niemczech. Afera Brandona i Trencha, jak ją nazwano, była pierwszym z wielu skandali, które doprowadziły brytyjskich szpiegów przed oblicze niemieckich sędziów.

Pragnący się wyróżnić Regnart postanowił wysłać kolegę z Royal Marine, trzydziestoletniego kapitana Bernarda Trencha, na wycieczkę po północnych Niemczech, aby sporządził mapę umocnień obronnych wzdłuż wybrzeża Morza Północnego, gdzie, jak sugerowali brytyjscy planiści, powinny nastąpić wszelkie awaryjne lądowania. Wcześniej Trench odbył podróż do Niemiec z przyjacielem, porucznikiem marynarki wojennej Vivianem Brandonem, aby zdobyć informacje o stoczniach okrętowych w Kilonii. Zapytał więc, czy Brandon, ekspert od hydrografii, może z nim pojechać. Regnart z radością się zgodził. Trenchowi nadano kryptonim Counterscarp, a Brandonowi – Bonfire, co Regnart musiał uznać za dobry żart, zamiast dostrzec, że kryptonimy te były łatwe do rozszyfrowania, a przez to bardzo niebezpieczne. Obaj mieli się kontaktować przez biuro Thomasa Cooka w Hamburgu. Był to jeden z pierwszych przypadków wykorzystania tej firmy, która później wielokrotnie miała pomagać wywiadowi brytyjskiemu. Trzecia osoba – przypuszczalnie porucznik Peel – dostała kryptonim Orange. Również tym razem łatwo było przejrzeć grę słów, a więc zagrażało to bezpieczeństwu agenta[2]. Peel został zaokrętowany na jachcie pływającym pod norweską banderą w holenderskim Delfzijl, które od niemieckiego Emden dzieli krótki rejs promem przez estuarium rzeki Ems. Trench i Brandon mieli do niego pisać, informując go o tym, czego się dowiedzieli. Pomysł wysyłania raportów niemiecką pocztą zaskoczył w ostatniej chwili nie tylko Trencha i Brandona, ale i Cumminga. „To wbrew moim życzeniom w tej kwestii’, napisał Cumming. „Jestem głęboko przekonany, że to całkowicie błędna i niewłaściwa metoda postępowania i nie ma ani jednej zalety, która by za nią przemawiała, ale gdy rozmawiałem o tym z Royem, powiedział, że Bonfire ma do niego pisać tylko w konkretnej sprawie, to znaczy człowieka, którego polecił mu kapitan statku. Nie rozumiem, dlaczego ta kwestia powinna zostać oddzielona od pozostałych, ale niech tak będzie”. Regnart skłamał, aby wybrnąć z trudnej sytuacji, i z pewnością właśnie przez taki sposób postępowania był tak niepopularny w Admiralicji[3].

Brandon wyjechał do Niemiec 6 sierpnia 1910 roku, aby spotkać się z Trenchem, który przebywał w Danii, ucząc się języka duńskiego. Wcześniej Trench, zanim spotkał się z Brandonem w położonym u ujścia Łaby Brunsbüttel – na początku ich „pieszej wycieczki”, przeprowadził rekonesans w Kilonii i nad Kanałem Kilońskim. Brandon miał przy sobie listę pytań dotyczących niemieckiego systemu obrony. Na niektóre Trench był w stanie odpowiedzieć natychmiast dzięki przeprowadzonemu już rekonesansowi. Następnie Trench pojechał na Sylt, jedną z Wysp Północnofryzyjskich, którą uznawano za prawdopodobne miejsce brytyjskiego lądowania, a Brandon wyruszył do Cuxhaven i na Helgoland. Jeden z nich lub obaj odwiedzili także Bremerhaven i Bremę, zanim udali się na Wyspy Wschodniofryzyjskie. Tam Trench odwiedził Nordeney, ponoć sam, a następnie obaj pojechali do Wangerooge, gdzie pływali, aby naszkicować mapę płycizn. Przez cały czas utrzymywali kontakt z Peelem w Delfzijl i poprosili go, aby przysłał im dokładną mapę Wangerooge. Dziesiątego dnia wycieczki Regnart wystąpił do George’a Macdonogha o zgodę na wysłanie Trencha i Brandona do Gdańska, aby mogli obserwować całą cesarską flotę – osiemdziesiąt osiem głównych okrętów wojennych – prowadzącą manewry na dużą skalę, które miały się zakończyć przeglądem floty przez cesarza. Wpłynęło to istotnie na rozwój wydarzeń, gdyż zmusiło Trencha i Brandona do szybszego przemierzenia reszty trasy ich „wycieczki”. Sposób działania Reg­narta – nagła zmiana planów i sposób jej uzasadnienia – wywołał niezadowolenie Macdonogha, który zażądał od Cumminga sporządzenia raportu o jego zastępcy. Cumming nie chciał jednak krytykować kogoś, z kim miał pracować i na kim miał polegać w przyszłości, prosił więc Macdonogha, aby nie zmuszał go do napisania tego raportu, „gdyż byłoby to bardzo niewygodne i mogło doprowadzić do tego, że stracimy usługi dobrego człowieka. Zgodził się z tym, ale powiedział, że muszę mu obiecać, że więcej nie dopuszczę Roya do żadnego z moich projektów”[4].

Kilka dni później Trench i Brandon dotarli do wschodniofryzyjskiej wyspy Borkum, jednego z najważniejszych punktów niemieckiego systemu obronnego na Morzu Północnym i głównego celu ich misji. Nieco się spieszyli, aby skończyć zbieranie potrzebnych informacji przed wyjazdem do Gdańska. Trenchowi udało się przedostać do baterii szperaczy, którą testowano po raz pierwszy, i gdy się stamtąd wydostał, zasugerował Brandonowi, aby do niej wszedł i ją obejrzał. Brandon miał przy sobie aparat fotograficzny i flesze. Gdy udało mu się dostać do środka, zrobił zdjęcie, co nie było najmądrzejsze w środku baterii szperaczy postawionej w stan najwyższego alarmu. Wartownik zauważył błysk i obszar przeszukano jednym ze szperaczy, natychmiast namierzając Brandona. Został on aresztowany i pod eskortą odstawiony łodzią do Emden. Trench, nadal wolny i najwyraźniej o nic niepodejrzewany, podróżował tą samą łodzią i miał swobodny dostęp do kolegi. Następnie wrócił do hotelu w Emden i byle jak ukrył mapy, notatki, szkice i zdjęcia z ich misji w różnych dość oczywistych miejscach w pokoju. Po tych nieudolnych staraniach pozbycia się dowodów próbował uciec przez Holandię, ale został aresztowany.

Przeszukanie pokoju hotelowego Trencha i Brandona z żenującą wręcz łat­wością doprowadziło do znalezienia ukrytych materiałów szpiegowskich. Obaj zostali zatrzymani i oczekiwali na proces przed cesarskim sądem w Lipsku, powołanym specjalnie do sądzenia szpiegów. Gorączka szpiegowska, jaka ogarnęła brytyjską prasę, była niczym w porównaniu z histerycznym tonem artykułów, jakie pojawiły się w ówczesnych niemieckich gazetach. Niemiecki szpieg, złapany na „szpiegowaniu” w Portsmouth mniej więcej w tym samym czasie, zbierał jedynie informacje, które mógł „zdobyć znacznie taniej i w mniej kłopotliwy sposób – kupując widokówki”, donosiła jedna z niemieckich gazet. Natomiast Brandon i Trench byli „specjalnie przeszkolonymi ludźmi, którzy podjęli się tej pracy, ludźmi, którzy nie musieli zebranych przez siebie informacji zabierać do kraju w postaci czarno-białej pocztówki, ponieważ większość z nich mogli przenieść w swoich głowach. Toteż ci dżentelmeni stali się bardzo niebezpieczni”. „Berliner Neueste Nachrichten” wywołały oburzenie korespondenta „The Times”, kiedy zażądały, aby więźniów „pozbawiono możliwości zameldowania o tym, co widzieli, za pomocą odpowiedniego leczenia psychiatrycznego – takiego, aby nie zachowali zbyt wyraźnych wspomnień tego, co zobaczyli”.

W zestawieniu z takimi reakcjami proces odbył się w stosunkowo miłej i powściągliwej atmosferze. W Wielkiej Brytanii powszechnie sądzono, że Niemcy zamierzają uwięzić dwóch niewinnych oficerów i dżentelmenów. Jednak wszystkie dowody, z których większość została dopuszczona, wskazywały, że Trench i Brandon byli winni zarzucanych im czynów. Próbowali zataić swoje zamiary, ale materiały ukryte w hotelu przez Trencha jasno wskazywały, że zajmowali się opracowaniem szpiegowskiego przewodnika po niemieckim systemie obronnym na wybrzeżu Morza Północnego. Przyznali, że mierzyli krokami długość kei i pirsów, ale upierali się, że tylko oszacowali głębokość wody. Jednak to stwierdzenie okazało się niewiarygodne, gdyż Brandon, przeszkolony hydrograf morski, był wyposażony w ołowiankę – sondę do ręcznego pomiaru głębokości. Mimo to Trench i Brandon zostali potraktowani nie jak kryminaliści, a jak oficerowie wykonujący zadanie.

Atmosfera na sali sądowej była wyjątkowo luźna. W pewnym momencie obrońca pokazał im egzemplarz Zagadki piaszczystych ławic i zapytał, czy znają tę książkę. Trench przyznał, że tylko o niej słyszał. Natomiast Brandon odpowiedział: „Tak, czytałem ją”, po czym dodał, wywołując salwy śmiechu na sali sądowej, iż tak bardzo mu się spodobała, że przeczytał ją aż trzy razy. Oskarżyciel skupił się na liście pytań, przekazanej Brandonowi przez niejakiego „Reggiego”, która ponoć miała służyć ulepszeniu i zweryfikowaniu „morskiego bedekera” po niemieckim wybrzeżu Morza Północnego, opracowywanego przez wywiad Royal Navy, przy czym słowo „bedeker” stanowiło odwołanie do Baedekera – słynnego niemieckiego wydawcy przewodników turystycznych. Był to najbardziej przekonujący z dowodów znalezionych w hotelu. Obejmował szereg szkiców, zdjęć i notatek zrobionych w różnych punktach trasy wycieczki. Zapiski odczytano na sali sądowej, zastępując odległości i wymiary literą X. Na wyspie Sylt Trench zanotował: „Tutaj falochrony, składy węgla, magazyny węgla. Nie ma dźwigów. Linie kolejowe na moście – most X metrów długości, X metrów szerokości. Cementowe ściany wokół promenady. Studnie we wszystkich miasteczkach. Liche drogi. Białe rafy niewidoczne podczas przypływu”. Na Wangerooge Brandon sporządził podobną notatkę: „Pirsy X wysokości, X długości, X szerokości. Mleko i jajka pochodzą z lądu. Tylko pięć budynków po zachodniej stronie wyspy. Nie widać budynków, które mogłyby zawierać miny. Położona najdalej latarnia jest zamieszkana i ma telegrafy”.

Nie było żadnych wątpliwości, że zbierali materiały wywiadowcze. Jeden z najbardziej obciążających dowodów stanowiła korespondencja z Regnartem „otrzymana przez niemieckie władze z Delfzijl”. W jednym z listów od Reggiego do Trencha została wymieniona suma pieniędzy przeznaczona na drugą misję i jasno z niego wynikało, że miano ją prowadzić w imieniu wywiadu brytyjskiego. Inny list, wysłany już po aresztowaniu Brandona i bezpośrednio się do niego odnoszący, zaczynał się od słów: „Martwi mnie to, co przeczytałem w »Daily Mail«”. Ani Trench, ani Brandon nie ulegli oskarżycielowi, usiłującemu wydobyć z nich nazwisko tajemniczego „Reggiego” i żądającemu potwierdzenia, że jest on wysoko postawionym członkiem wywiadu brytyjskiego albo że komunikowanie się z nim przez Peela, przebywającego na pokładzie norweskiego jachtu zacumowanego w Delfzijl, było częścią „przygotowanego wcześ­niej planu szpiegowania i raportowania departamentowi wywiadu brytyjskiej Admiralicji”. Regnartowi, którego rola sprowadzała się do podpisania jednego z listów inicjałami CA (od C’s assistant – asystent C), bez wątpienia schlebiało to, że nieustannie określano go jako kogoś „wpływowego w dowództwie brytyjskiego departamentu wywiadu”. Jednak na skutek tej afery spotkała go krytyka zarówno ze strony Admiralicji, jak i Ministerstwa Wojny. Cumming był zbulwersowany brakiem fachowości Regnarta oraz jego skłonnością do ignorowania zasad prowadzenia tajnych operacji. W metodach komunikacji Regnarta panował jeden wielki chaos – procedury wykorzystywały nawet adresy telegraficzne Sunbonnet – i wyglądało na to, że zostały tak pomyślane, aby pominąć Cumminga i umożliwić Regnartowi przypisanie sobie wszystkich zasług. Choć w efekcie za winnego uznano wyłącznie Regnarta i wywiad marynarki wojennej, Cumming później zreflektował się, że był to „jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności”, iż nikt nie powiązał ze sprawą jego i jego sekcji Biura Tajnej Służby. Trench i Brandon zostali skazani na cztery lata więzienia w stosunkowo dobrych warunkach w wojskowej twierdzy, zamiast trafić do zwykłego więzienia, ponieważ – zgodnie ze słowami niemieckiego prokuratora generalnego – „nie byli niemieckimi sprzedawczykami zdradzającymi ojczyznę”, a po prostu wykonywali zleconą im pracę, będąc „sługami swojego rządu”[5].

Niewątpliwie sprawa Brandona i Trencha przyczyniła się do powstania ważnej notatki w październiku 1910 roku, w której Macdonogh nalegał na zwiększenie nakładów na tajną służbę Cumminga, aby mógł zwerbować agentów, których będzie potrzebował, gdy – co teraz wydawało się już nieuniknione – Wielka Brytania przystąpi do wojny przeciw Rzeszy:

Zgodnie z tym, jak obecnie przedstawiają się sprawy, prawdopodobnie nasza tajna służba wypada niekorzystnie w porównaniu ze służbami innych największych mocarstw i dlatego w razie wybuchu wojny znajdziemy się w bardzo trudnej sytuacji. Biuro dopiero raczkuje i choć w ciągu roku od jego powołania nastąpił znaczny jego rozwój, pozostało jeszcze wiele do zrobienia, zanim będzie można uznać je za jakkolwiek skuteczne. Prawdę mówiąc, nie możemy wskazać ani jednego agenta, który mógłby być dla nas przydatny w razie wojny z Niemcami[6].

Mimo pesymizmu Macdonogha Cumming nie musiał polegać na niefachowych brytyjskich oficerach, którym marzyło się, że powtórzą wyczyny bohaterów Zagadki piaszczystych ławic. Zastąpił skompromitowaną firmę telegraficzną Sunbonnet bardziej nieprzeniknioną Verbloske, London i wznowił dopiero co rozpoczęte operacje w Niemczech, do których zaliczało się dostarczanie raportów przez brytyjskich biznesmenów, takich jak Frederick Fairholme i Max Schultz – mówiący po niemiecku makler okrętowy z Southampton, wysłany do Niemiec w 1909 roku z rozkazu komitetu Richarda Haldane’a. „Znalazłem się tam pod pretekstem kupowania statków, w czym byłem ekspertem, a zatem dobrze nadawało się to na przykrywkę dla mojej prawdziwej pracy – odkrywania tajemnic niemieckiej marynarki wojennej”, wspominał później Schultz. Admiralicja zleciła Cummingowi zdobycie planów najnowszych dużych okrętów wojennych cesarskiej floty: pancernika „Thüringen” i krążownika liniowego „Moltke”. Schultz odbywał często podróże do Niemiec w interesach i odnosił pewne sukcesy. Ujawnił także amatorszczyznę agenta kontrolowanego przez Regnarta.

Schultza poproszono o spotkanie się z prowadzonym przez Regnarta duńskim agentem o nazwisku Neilsen, któremu dotąd nie udało się zdobyć żadnych wartościowych informacji. Schultz od razu stał się podejrzliwy.

Ten człowiek miał aparat fotograficzny, wykonywał pracę i płacono mu za nią, ale nigdy nie dostarczył niczego, co uzasadniałoby jego zarobki. Wezwałem go i przyszedł do mojego hotelu. Od chwili gdy pierwszy raz mnie odwiedził, nigdy mnie nie opuszczał. Poszedłem zobaczyć, co zrobił za pomocą aparatu fotograficznego, ale nabrałem podejrzeń, ponieważ pewnej nocy byliśmy w kawiarni i próbował porządnie mnie spić, a potem na środku dużej sali wyciągnął plan i zaproponował, że mi go sprzeda. Podskoczyłem i powiedziałem, że jeśli nie zacznie mówić rozsądnie, będę musiał użyć wobec niego siły. Zdenerwowałem gościa. Rozejrzał się dookoła, a gdy składał swoje plany, nabrałem podejrzeń, że nie jest w porządku. Zostawiłem go – nie wiedział, że wracam do Anglii. Po powrocie do kraju poszedłem do biura i zapytałem, czy był w porządku i czy go już nie zobaczę. Powiedziałem, czego się dowiedziałem o tym Neilsenie i że nie warto zawracać sobie głowy tym aparatem fotograficznym, a jeśli chcą mojej rady, to powinni pozbyć się tego gościa.

Rada była dobra, ale spóźniona. Schultz stworzył w kraju siatkę agentów, nie tylko w portach, lecz także w głównym regionie przemysłowym – Zagłębiu Ruhry. W sierpniu 1910 roku zwerbował przedsiębiorcę nazwiskiem Ernst von Maack, który zgodził się „korespondować” z angielskimi przyjaciółmi Schultza „zainteresowanymi sprawami marynarki wojennej”. Von Maack przekazał informacje na temat możliwych sposobów wykorzystania niemieckich statków handlowych przez cesarską flotę w razie wojny, a w grudniu przyjechał z Schultzem do Londynu, aby spotkać się z Cummingiem. Zgodził się podjąć próbę zdobycia szczegółowych danych na temat dieslowskiego silnika do U-Bootów, nad którym trwały prace w fabryce MAN w bawarskim Augsburgu, o czym Brytyjczycy już wiedzieli. Zapytano go również, czy zna jeszcze kogoś, kto mógłby pomóc[7].