Mężczyźni mojego życia - Katarzyna Dowbor - ebook

Mężczyźni mojego życia ebook

Katarzyna Dowbor

3,9

Opis

Ikona polskiej telewizji pisze o mężczyznach, którzy odegrali ważną rolę w jej życiu zawodowym i osobistym. Opowiada o swoich byłych mężach, członkach rodziny, współpracownikach i przełożonych. Oprowadza nas po korytarzach TVP, kulisach festiwali w Opolu i Sopocie oraz milicyjnych celach, w których zdarzyło się jej wylądować. W książce Katarzyny Dowbor "Mężczyźni mojego życia" przeczytamy między innymi o szefie TVP2 Jerzym Kapuścińskim, byłych prezesach TVP Robercie Kwiatkowskim i Wiesławie Walendziaku, a także o prezenterze telewizyjnym Janie Suzinie i Krzysztofie Ibiszu. Autorka niejednokrotnie burzy nasze wyobrażenia na temat osób znanych z ekranu. Nie oszczędza swoich kolegów, np. Wojciecha Manna, o którym pisze, że "traci po poznaniu". Przytacza barwne anegdoty. Dowiadujemy się, że Zygmunt Chajzer udawał konduktora w pociągu, a Krzesimir Dębski świętował swoje urodziny na koniu zupełnie nagi. Z kolei Włodzimierz Szaranowicz tańczył z Dowbor na stole, zaś Władysław Komar pytał ją często: "Jak tam Kasieńka? Może trzeba komuś przypierdolić?"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Męż­czyź­ni mo­je­go ży­cia

Ka­ta­rzy­na Do­wbor

Męż­czyź­ni mo­je­go ży­cia

Współ­pra­ca Igor Za­lew­ski

Wstęp

Za­pew­ne wie­lu Czy­tel­ni­ków za­in­try­go­wał ty­tuł tej książ­ki. Może szu­ka­li w niej pi­kant­nych opi­sów i nie­dy­skret­nych zwie­rzeń. Paru pa­nów bę­dzie po­szu­ki­wa­ło też za­pew­ne swo­ich na­zwisk, ale nie­ste­ty ich nie znaj­dą. Dla­te­go, że a) nie byli war­ci, żeby o nich wspo­mi­nać, b) byli zbyt nud­ni, aby o nich opo­wia­dać, c) nie chcia­łam psuć sło­wa­mi tego, co kie­dyś mię­dzy nami było. Każ­dy z za­wie­dzio­nych niech so­bie sam od­po­wie na py­ta­nie, pod któ­ry pod­punkt pod­pa­da.

Za­tem ty­tuł jest tro­chę my­lą­cy, bo do­ty­czy głów­nie męż­czyzn z mo­je­go ży­cia za­wo­do­we­go. Ten mały pod­stęp wy­ni­ka z ob­ser­wa­cji współ­cze­sne­go świa­ta, któ­ry – co wszy­scy wi­dzi­my – bar­dzo się nam sta­blo­idy­zo­wał. A w tym ta­blo­ido­wym świe­cie naj­waż­niej­szy jest moc­ny, efek­tow­ny ty­tuł. Sko­ro czy­ta­my na co dzień o koń­cach świa­ta, któ­re nie nad­cho­dzą, skan­da­lach, któ­re są wy­du­ma­ne, i sen­sa­cjach, któ­re są zmy­ślo­ne, to i ja po­sta­no­wi­łam iść z du­chem cza­su.

Nie jest to za­tem książ­ka plot­kar­ska. Ra­czej nie wy­wo­ła wiel­kie­go skan­da­lu. Je­śli już, to taki śred­ni. Owszem, opo­wia­dam w niej tak­że o mo­ich trzech mę­żach i in­nych bli­skich mi męż­czy­znach. Ale nie cho­dzi tu o ta­jem­ni­ce sy­pial­ni, ale o por­tre­ty barw­nych, nie­tu­zin­ko­wych lu­dzi, któ­rych po­zna­łam w swym ży­ciu. Spo­tka­łam ich bar­dzo wie­lu, tro­chę za spra­wą pra­cy, jaką wy­ko­ny­wa­łam, a tro­chę – mam na­dzie­ję – dzię­ki so­bie sa­mej. Grze­chem by­ło­by za­cho­wać tę wie­dzę dla sie­bie. Tym bar­dziej że wie­le opi­sa­nych tu hi­sto­rii jest na­praw­dę za­baw­nych. Będę szczę­śli­wa, je­śli ro­ze­śmie­je­cie się, czy­ta­jąc tę książ­kę. Mam na­dzie­ję, że Męż­czyź­ni mo­je­go ży­cia wpra­wią Was, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, w do­bry hu­mor. Po to ta książ­ka po­wsta­ła.

Ka­ta­rzy­na Do­wbor

Janusz Atlas Drugi mąż

Za­wsze się chwa­lił, że był moim twór­cą. Ja mu od­po­wia­da­łam, że to jed­nak za­słu­ga mo­ich ro­dzi­ców. Ja­nu­sza po­zna­łam w Trój­ce. On był w trak­cie roz­wo­du, ale waż­niej­sze jest to, że był uzna­nym dzien­ni­ka­rzem. W Trój­ce miał wła­sny fe­lie­ton pod ty­tu­łem Te­raz ja, a wła­ści­wie J.A., czy­li Ja­nusz Atlas. Miał kiep­ską dyk­cję, więc trze­ba było go wie­lo­krot­nie na­gry­wać i po­pra­wiać. Ja­nusz był świet­nym, dow­cip­nym i zło­śli­wym fe­lie­to­ni­stą, pi­sał rów­nież ka­pi­tal­ne re­por­ta­że. Ra­zem z Ar­tu­rem Za­wi­szą pu­bli­ko­wa­li w „Ku­li­sach” i to były praw­dzi­we pe­reł­ki dzien­ni­kar­stwa.

Ja­nusz, gdy­by miał tro­chę lep­szy cha­rak­ter, był­by jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych dzien­ni­ka­rzy w Pol­sce. Zgu­bił go jed­nak al­ko­hol oraz ma­łost­ko­wość. Był pa­mię­tli­wy, wy­kłó­cał się o byle co, za­miast pi­sać waż­ne rze­czy, do cze­go był stwo­rzo­ny. Oto przy­kład. Ja­nusz za­wsze pi­sał w nocy. Po­nie­waż na po­cząt­ku mie­li­śmy małe miesz­kan­ko i on pra­co­wał tuż przy łóż­ku, to ja wkrót­ce na­uczy­łam się za­sy­piać przy stu­ko­cie ma­szy­ny do pi­sa­nia. Po­tra­fił na­pi­sać trzy fe­lie­to­ny jed­nej nocy. Ja za­sy­pia­łam, on pi­sał, bu­dzi­łam się, a on wła­śnie koń­czył. I wszyst­ko mi rano czy­tał. Kie­dyś po­wi­tał mnie ką­śli­wym fe­lie­to­nem o ja­kimś re­ży­se­rze: że bez­ta­len­cie, że zro­bił bez­na­dziej­ny film, że dno kom­plet­ne. Strasz­li­wie fa­ce­ta i to jego dzie­ło zma­sa­kro­wał. Wów­czas wszyst­ko ro­bi­li­śmy ra­zem. Po­nie­waż ja tego fil­mu nie wi­dzia­łam, to i on nie mógł. I mó­wię: „Ja­nusz, ale ty nie oglą­da­łeś tego fil­mu”. On na to: „Nie szko­dzi. Ale on dwa­dzie­ścia je­den lat temu od­bił mi dziew­czy­nę i te­raz musi mi za to za­pła­cić”. I to był wła­śnie pro­blem Atla­sa. Miał w so­bie mnó­stwo żół­ci, któ­ra zże­ra­ła jego sa­me­go i jego ta­lent.

Ale wróć­my do na­szych po­cząt­ków. On mnie wy­pa­trzył na ko­ry­ta­rzu w Trój­ce i od­kąd mnie zo­ba­czył, kom­bi­no­wał, jak­by mnie tu po­de­rwać. Nie by­łam za­in­te­re­so­wa­na. Dzie­sięć lat star­szy ode mnie, chu­dy, dłu­gi, nie w moim ty­pie. No i sko­rzy­stał z po­mo­cy Mo­ni­ki Olej­nik. By­ły­śmy wte­dy za­ko­le­go­wa­ne, bo ra­zem ro­bi­ły­śmy ma­te­ria­ły. Za­pro­sił Mo­ni­kę i jesz­cze jed­ne­go ko­le­gę do SPA­TiF-u. A wte­dy SPA­TiF był miej­scem kul­to­wym i bar­dzo eks­klu­zyw­nym. Nie każ­dy mógł tam wejść. Ja­nusz po­pro­sił Mo­ni­kę, żeby za­bra­ła ze sobą mnie, a on sta­wia ko­la­cję. Po­szli­śmy we czwór­kę, pod­czas ko­la­cji za­czął mnie ad­o­ro­wać, uwo­dzić, no i uda­ło mu się ze mną umó­wić.

Szyb­ko sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni. Wszę­dzie cho­dzi­li­śmy ra­zem. Wszyst­ko było świet­nie do mo­men­tu, kie­dy lu­dzie za­czę­li do nie­go mó­wić Pa­nie Do­wbor. Dla jego po­czu­cia wła­snej war­to­ści i mę­skiej próż­no­ści było to nie do znie­sie­nia. Naj­pierw Ja­nusz bar­dzo chciał, że­bym pra­co­wa­ła w te­le­wi­zji, ale jak mi tam za­czę­ło iść, to strasz­nie cier­piał. Zo­stał mę­żem swo­jej żony i bar­dzo go to uwie­ra­ło. Kie­dyś po­je­cha­li­śmy na przy­kład na fe­sti­wal do So­po­tu. On miał akre­dy­ta­cję, ja by­łam tyl­ko oso­bą to­wa­rzy­szą­cą, ale to mnie lu­dzie pro­si­li o au­to­graf, co go iry­to­wa­ło. Uwa­żał, że to nie­spra­wie­dli­we, bo on od lat pi­sał świet­ne tek­sty, a ja tyl­ko po­ka­zy­wa­łam się w te­le­wi­zji.

Go­rzej, że fru­stra­cje cza­sa­mi znaj­do­wa­ły nie­bez­piecz­ne uj­ście. Ja­nusz jak to Ja­nusz upił się na przy­ję­ciu pod­czas fe­sti­wa­lu w So­po­cie. A był tam mój ów­cze­sny szef Zbi­gniew Bo­życz­ko. I Ja­nusz stwier­dził, że nie lubi tego ch… i mu wy­gar­nie. Jak po­wie­dział, tak nie­ste­ty zro­bił. Za­czął go szar­pać i mó­wić, co o nim my­śli. Ja prze­ra­żo­na gdzieś ucie­kłam, ale nie­wie­le to po­mo­gło. Po po­wro­cie do War­sza­wy dy­rek­tor we­zwał mnie do sie­bie i za­bro­nił przez pół roku po­ka­zy­wać się na wi­zji. Tak mi wła­śnie po­ma­gał w ka­rie­rze mój mał­żo­nek. „Ale prze­cież to nie ja pana szar­pa­łam” – prze­ko­ny­wa­łam sze­fa. „Nie szko­dzi. Na przy­szłość bę­dzie pani le­piej pil­no­wać męża” – od­po­wie­dział i de­cy­zji nie zmie­nił.

Przy­gód mie­li­śmy co nie­mia­ra. Nie był to ła­twy zwią­zek. Pierw­sze dwa lata były idyl­licz­ne. Wszę­dzie ra­zem i bar­dzo bli­sko sie­bie. Do­pie­ro po­tem się oka­za­ło, że przez ten czas Ja­nusz był za­szy­ty. Ja tego nie wie­dzia­łam. W ogó­le nie mia­łam po­ję­cia, że ma pro­blem z al­ko­ho­lem. Po­tem eks­plo­do­wa­ło. Ja­nusz po al­ko­ho­lu ro­bił się agre­syw­ny i nie pa­no­wał nad sobą.

Ja wte­dy nie umia­łam go­to­wać, Ja­nusz też, a zresz­tą w na­szej sie­dem­na­sto­me­tro­wej ka­wa­ler­ce nie bar­dzo było jak go­to­wać. Na­czy­nia się myło w wan­nie, ku­chen­ka była w mi­kro­sko­pij­nym przed­po­ko­ju. Po­nie­waż je­stem za­rad­na, to uda­ło mi się zna­leźć ko­bie­tę chęt­ną do za­mia­ny miesz­kań – jej było trud­no wcho­dzić na trze­cie pię­tro. Moi ro­dzi­ce do­ło­ży­li tro­chę pie­nię­dzy na do­pła­tę i za­mie­ni­li­śmy na­szą klit­kę na jej sie­dem­dzie­się­cio­me­tro­we miesz­ka­nie na Mo­ko­to­wie.

No i jest prze­pro­wadz­ka. Po­pro­si­li­śmy paru ko­le­gów, żeby po­mo­gli no­sić na­sze gra­ty. Sam Ja­nusz, mimo że za­wo­do­wo zaj­mo­wał się spor­tem, był sła­be­uszem i szyb­ko się mę­czył. Wniósł z ko­le­gą je­den me­bel, po­tem dru­gi, ale przy trze­cim coś mu spa­dło na nogę, bo już opadł z sił. Sta­nął i wrza­snął: „Pier… tę całą prze­pro­wa­dzę! Nie bę­dzie­my się prze­pro­wa­dzać”. I po­szedł na wód­kę. A ja zo­sta­łam z jego ko­le­ga­mi i me­bla­mi na uli­cy. To był cały Ja­nu­szek.

Waż­nym miej­scem był dla nas SPA­TiF, gdzie nasz zwią­zek się na­ro­dził. To było wów­czas nie­zwy­kłe, le­gen­dar­ne miej­sce. Tam wła­śnie ja­da­li­śmy obia­dy. Ską­di­nąd cie­ka­we, że mie­li­śmy wów­czas tyle cza­su, żeby wy­cho­dzić z pra­cy i co­dzien­nie spo­ty­kać się na obie­dzie. Dzi­siaj to prze­cież nie do po­my­śle­nia, tak bar­dzo zwięk­szy­ło się tem­po ży­cia. W SPA­TiF-ie kil­ka sto­li­ków mia­ło swo­ich sta­łych re­zy­den­tów i nie moż­na tam było sia­dać. Na wła­sne oczy wi­dzia­łam wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­ną sce­nę, jak wie­czo­rem po spek­ta­klu wpa­dał do SPA­TiF-u Bro­ni­sław Paw­lik, bez sło­wa pod­cho­dził do baru, a biu­ścia­sta pani Da­nu­sia na­le­wa­ła mu dwie wód­ki. Chla­pał jed­ną, po­tem dru­gą i wy­cho­dził. Tyl­ko „do wi­dze­nia” mó­wił. By­wał tam czę­sto Jo­nasz Ko­fta, z któ­rym się bar­dzo lu­bi­li­śmy.

Słyn­ną po­sta­cią był szat­niarz Fra­nek. Plot­ko­wa­no, że był ube­kiem, ale to były tyl­ko do­my­sły. Fra­nek uwiel­biał ar­ty­stów. Miał spe­cjal­ną ma­ry­nar­kę, któ­rą po­ży­czał nie­wła­ści­wie ubra­nym ak­to­rom czy re­ży­se­rom, bo żeby wejść do SPA­TiF-u, trze­ba było być wła­ści­wie odzia­nym. W ra­zie po­trze­by po­ży­czał spłu­ka­nym go­ściom pie­nią­dze. Wy­mie­niał tak­że wa­lu­ty. Na do­pła­tę do miesz­ka­nia ro­dzi­ce dali mi do­la­ry i wła­śnie Fra­nek wy­mie­nił je na zło­tów­ki po do­brym kur­sie. Był tak­że po­moc­ny w in­nych aspek­tach ży­cia. Kie­dy mój mąż wpa­dał do SPA­TiF-u beze mnie, to za­zwy­czaj koń­czy­ło się to nie­zbyt do­brze. Wte­dy dzwo­nił do mnie Fra­nek, przed­sta­wiał się i mó­wił: „Pacz­ka do ode­bra­nia”, czy­li trze­ba było wy­cią­gnąć z lo­ka­lu pi­ja­ne­go w sztok Atla­sa. A po­tem od­ho­lo­wać go do domu, co nie było ła­twe, bo wciąż jeź­dzi­li­śmy ma­lu­chem. Po wó­decz­ce w Atla­sie bu­dzi­ła się ułań­ska fan­ta­zja: chwy­tał sza­bel­kę w dłoń i był bar­dzo bo­jo­wy. We­pchnię­cie go do tak ma­łe­go sa­mo­cho­du było trud­ne, a jak już mi się to uda­ło, to Ja­nusz ła­pał za kie­row­ni­cę albo trą­bił. To była praw­dzi­wa ge­hen­na.

Za­zwy­czaj jak przy­cho­dzi­łam po za­la­ne­go Atla­sa, to mi­ja­łam się w drzwiach z pew­ną zna­ną ak­tor­ką, któ­ra wy­cią­ga­ła ze SPA­TiF-u pew­ne­go słyn­ne­go pia­ni­stę, rów­nież za­mro­czo­ne­go al­ko­ho­lem. Ona też od­bie­ra­ła swo­ją pacz­kę. Nic dziw­ne­go, że z tą ak­tor­ką zbli­ży­ły­śmy się do sie­bie i bar­dzo po­lu­bi­ły­śmy. Mia­ły­śmy po­dob­ne trau­my, więc się do­brze ro­zu­mia­ły­śmy. Na­wet po­mo­gła mi parę razy upchać nogi Ja­nu­sza w ma­lu­chu.

W dru­giej fa­zie na­sze­go związ­ku Ja­nusz był za­zwy­czaj albo pi­ja­ny, albo na kacu. Kie­dy miał mo­ral­nia­ka, to był po­de­ner­wo­wa­ny. A że sam z sie­bie był ner­wo­wy, więc sta­wał się po pro­stu nie do wy­trzy­ma­nia. Kie­dyś w na­szym ma­lu­chu za­czął się nade mną znę­cać psy­chicz­nie, do­ga­dy­wać. Było to bar­dzo nie­przy­jem­ne. Go­ni­łam już reszt­ką sił. W de­spe­ra­cji mó­wię mu: „Jak się za chwi­lę nie za­mkniesz, to wjeż­dżam pod tę cię­ża­rów­kę”. Prze­stra­szył się, za­milkł. I go­dzi­nę nic nie mó­wił.

W tym cza­sie czę­sto jeź­dzi­łam w tak zwa­ne tra­sy – wy­jaz­dy, pod­czas któ­rych pro­wa­dzi­łam wy­stę­py es­tra­do­we lub ka­ba­re­to­we. Trwa­ło to kil­ka, kil­ka­na­ście dni. By­wa­ło jed­nak, że wra­ca­łam wcze­śniej do domu. I za­sta­wa­łam tam za­zwy­czaj taki wi­dok: zna­ny re­ży­ser, zna­ny po­eta, zna­ny pu­bli­cy­sta sie­dzą i piją z Ja­nu­szem wód­kę. W ta­kich sy­tu­acjach ro­bi­łam groź­ną, znie­cier­pli­wio­ną minę, a mój mąż go­rącz­ko­wo prze­ga­niał kum­pli, bo jed­nak tro­chę się mnie bał.

Z Ja­nu­szem by­łam pięć lat i było to pięć lat abs­ty­nen­cji. Mąż sku­tecz­nie znie­chę­cił mnie do al­ko­ho­lu.

Ja­nusz mie­wał tak­że ata­ki za­zdro­ści. W la­tach osiem­dzie­sią­tych słyn­ne były do­rocz­ne bale w ho­te­lu Fo­rum, któ­re or­ga­ni­zo­wał jego dy­rek­tor pan Wilk. Za­pra­sza­ni byli lu­dzie zna­ni, dziś po­wie­dzie­li­by­śmy, że ce­le­bry­ci. Te bale były bar­dzo miłe. Na jed­nym sie­dzie­li­śmy z pa­ro­ma oso­ba­mi, wśród któ­rych był ko­le­ga Ja­nu­sza w pięk­nym bia­łym smo­kin­gu. Mu­zy­ka gra­ła, ale Atlas jak to on wo­lał pić niż tań­czyć. A ja mia­łam ocho­tę na za­ba­wę. Za­uwa­żył to ten zna­jo­my i po­pro­sił mnie do tań­ca. Za­tań­czy­li­śmy raz, dru­gi, trze­ci. Ja­nusz na­gle stwier­dził, że ja coś za czę­sto tań­czę z pa­nem w bia­łym smo­kin­gu. I kie­dy wró­ci­li­śmy do sto­li­ka, pod­szedł i bez sło­wa ude­rzył czło­wie­ka pię­ścią w twarz. Nie za­po­mnę tego wi­do­ku: na bia­ły smo­king po­la­ła się krew. „Ja­nusz, o co ci cho­dzi, prze­cież to jest Sta­sio” – za­czę­ło krzy­czeć to­wa­rzy­stwo. „Nie­waż­ne, nikt nie bę­dzie tań­czył z moją żoną”. Ja ucie­kłam do to­a­le­ty. Nie­ste­ty, Atlas wy­rwał mi to­reb­kę, w któ­rej mia­łam pie­nią­dze i do­ku­men­ty. I nie chciał jej zwró­cić. Więc pół sali ba­lo­wej pro­wa­dzi­ło z nim ne­go­cja­cje, żeby mi od­dał.

Za­baw­na jest spra­wa na­sze­go roz­wo­du. Woj­nę to­czy­li­śmy przede wszyst­kim o na­sze­go jam­ni­ka. To była sucz­ka Fel­ka, któ­rą do­sta­li­śmy od świę­tej pa­mię­ci Ewy Sa­łac­kiej, mo­jej bli­skiej przy­ja­ciół­ki. I wła­śnie Fel­ka była chy­ba naj­więk­szą mi­ło­ścią Ja­nu­sza. Bar­dziej ko­chał ją niż mnie czy któ­rą­kol­wiek ze swo­ich żon. Miał ab­so­lut­ne­go fio­ła na punk­cie Fel­ki.

Cap­nę­łam wła­śnie ją, kie­dy wy­szłam z na­sze­go domu po tym, jak Ja­nusz pod­niósł na mnie rękę. Zro­bił to pierw­szy i za­ra­zem ostat­ni raz. Kie­dy mnie ude­rzył, wzię­łam kil­ka dro­bia­zgów, za­bra­łam Fel­kę pod pa­chę i wy­szłam. Je­śli męż­czy­zna raz ude­rzy, to zna­czy, że póź­niej bę­dzie to ro­bił zno­wu. Ko­bie­ta nie może się na to zgo­dzić.

No i za­czę­ła się hi­ste­ria. Nie cho­dzi­ło o to, że mnie nie ma ani że za­bra­łam sa­mo­chód. Ale jak śmia­łam wziąć Fel­kę? Ja­nusz za­cho­wał miesz­ka­nie, któ­re mu zo­sta­wi­łam, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że szyb­ciej za­ro­bię na nowe, niż się z nim do­ga­dam. Nie od­dał mi mo­ich ubrań i bu­tów, któ­rych w po­śpie­chu nie za­bra­łam. Po­nie­waż była zima i wy­szłam w fu­trze, to krzy­czał, że pół fu­tra jest jego. Na­to­miast nie mógł znieść tego, że mam na­sze­go jam­ni­ka. Za­czął do mnie wy­dzwa­niać do pra­cy i do­ma­gać się zwro­tu Fel­ki. Pew­ne­go dnia ją po­rwał. Mu­siał mnie śle­dzić, do­wie­dział się, gdzie miesz­kam, i kie­dy wy­szłam z Fel­ką na spa­cer, wpadł na traw­nik, za­brał mi psa i uciekł.

No i te­raz ja za­czę­łam wy­sy­łać do nie­go li­sty, w któ­rych żą­da­łam zwro­tu Fel­ki, ale po­nie­waż nie od­pi­sy­wał, to w koń­cu ja mu ją po­rwa­łam. Pod­je­cha­łam, kie­dy był z psem na spa­ce­rze, pod­bie­głam, za­bra­łam Fel­kę i ucie­kłam do sa­mo­cho­du. Więc był re­mis.

Na­stą­pił im­pas. Ja zło­ży­łam już wte­dy po­zew o roz­wód, więc Ja­nusz za­pro­po­no­wał, że da mi ten roz­wód pod wa­run­kiem, że ja mu zwró­cę psa. Na­wet na­pi­sał mi ta­kie oświad­cze­nie na pa­pie­rze. Za­sta­no­wi­łam się, stwier­dzi­łam, że nie ma sen­su po­ry­wać so­bie bied­ne­go psia­ka, a Ja­nusz go ko­cha i Fel­ka źle u nie­go mieć nie bę­dzie. Przy­ję­łam jego wa­ru­nek i od­da­łam mu jam­ni­ka.

Ale na spra­wie roz­wo­do­wej Ja­nusz (z wy­kształ­ce­nia praw­nik) po moim prze­mó­wie­niu o nie­zgod­no­ści cha­rak­te­rów wstał i rze­cze: „Wy­so­ki Są­dzie, ale ja bar­dzo ko­cham moją żonę”. W tej sy­tu­acji sąd nie mógł dać nam roz­wo­du. Do­sta­li­śmy pół roku na na­pra­wie­nie związ­ku, a po­tem mia­ła się od­być na­stęp­na roz­pra­wa. Na są­do­wym ko­ry­ta­rzu do­pa­dłam Ja­nu­sza i wy­po­mi­nam mu, że mie­li­śmy umo­wę, gen­tle­men’s agreement. „To było wczo­raj – mówi Atlas. – Dzi­siaj jest co in­ne­go”.

Ja­nusz nie tyl­ko pił, ale i pa­lił jak smok. Jak przy­sta­ło na praw­dzi­we­go dzien­ni­ka­rza, pa­lił jed­ne­go pa­pie­ro­sa za dru­gim. Bła­ga­łam go, żeby cho­ciaż nie ro­bił tego w sy­pial­ni. Ale gdzie tam. Kładł się na łóż­ku, sta­wiał so­bie na brzu­chu po­piel­nicz­kę, czy­tał i kop­cił. W są­dzie po­ru­szy­łam i tę kwe­stię. Po­wie­dzia­łam, że już nie mogę znieść tego wszech­obec­ne­go ty­to­nio­we­go smro­du. „I to ma być po­wód do roz­wo­du? To że palę?” – obu­rzył się Atlas. Ale tym ra­zem po­par­ła mnie sę­dzi­na, któ­ra wi­dać mia­ła po­dob­ną sy­tu­acje w domu. „Ja pa­nią ro­zu­miem!” – oznaj­mi­ła do­bit­nie.

Roz­wód z Atla­sem do­sta­łam dzię­ki Han­nie Ba­ku­le. Ja­nusz trzy razy oświad­czał przed są­dem, że mnie ko­cha i żyć beze mnie nie może. Tak mnie prze­trzy­mał pół­to­ra roku. W tym cza­sie po­znał Ba­ku­łę i za­czę­ła się mię­dzy nimi love. W koń­cu za­czął prze­bą­ki­wać, że chce się z Han­ką oże­nić. I pew­ne­go dnia ode­bra­łam te­le­fon. Dzwo­ni Ba­ku­ła: „Mam py­ta­nie: ty chcesz tego roz­wo­du?”. „Ja­sne, że chcę”. „Do­bra, masz za­ła­twio­ne”.

Do­pie­ro po la­tach do­wie­dzia­łam się, co było da­lej. Han­ka oświad­czy­ła Atla­so­wi, że za nie­go wyj­dzie. Tyl­ko że on był cały czas moim mę­żem. I pod­czas ko­lej­nej roz­pra­wy wresz­cie zgo­dził się na roz­wód. Pro­sto z sądu po­biegł do kwia­ciar­ni, ku­pił kwia­tek w do­nicz­ce i udał się do Ba­ku­ły, któ­rą pyta: „Wyj­dziesz za mnie?”. A ona mówi: „No co ty?”. Tak się wściekł, że wal­nął do­nicz­ką o zie­mię. I po­biegł do sądu, żeby od­krę­cić spra­wę roz­wo­du, ale oka­za­ło się, że mu­siał­by wno­sić opła­ty są­do­we, więc zre­zy­gno­wał. Tak to wła­śnie Han­na Ba­ku­ła uwol­ni­ła mnie od Ja­nu­sza Atla­sa, za co je­stem jej do­zgon­nie wdzięcz­na.

Czas spę­dzo­ny z Ja­nu­szem Atla­sem nie był ła­twy, ale też nie na­le­żał do nud­nych. To był nie­sa­mo­wi­cie in­te­li­gent­ny czło­wiek, któ­ry in­spi­ro­wał mnie in­te­lek­tu­al­nie. Był nie do koń­ca speł­nio­ny jako fe­lie­to­ni­sta, bo choć ta­len­tu miał wie­le, to cha­rak­ter prze­szka­dzał mu w ka­rie­rze.

Ja­nusz mó­wił mi czę­sto, że się przy nim roz­wi­nę­łam. I miał ra­cję. Pod­su­nął mi war­to­ścio­we książ­ki, na­uczył wie­lu rze­czy, jak choć­by tego, że dzien­ni­karz jest wart tyle, ile jego no­tes z te­le­fo­na­mi. Poza tym wpro­wa­dzał mnie w war­szaw­skie śro­do­wi­sko dzien­ni­ka­rzy, fil­mow­ców, ar­ty­stów. Na pew­no bar­dzo mi to uła­twi­ło start, ale z dru­giej stro­ny – jak by nie miał z cze­go le­pić, to by mnie nie ule­pił.

No i po­mógł mi na­pi­sać pra­cę ma­gi­ster­ską. Na Wo­ro­ni­cza była bar­dzo groź­na pani ka­dro­wa. Mó­wi­li­śmy na nią puł­kow­nik Sta­niec. Nie wiem, czy na­praw­dę była puł­kow­ni­kiem, ale na pew­no bu­dzi­ła po­strach. Wła­śnie do­sta­łam etat i by­łam bar­dzo szczę­śli­wa. We­zwa­ła mnie puł­kow­nik Sta­niec i mówi: „Nie mam two­je­go dy­plo­mu. Masz mie­siąc, żeby mi go przy­nieść. Jak nie do­sta­nę dy­plo­mu, to cię zwol­nię”.

Padł na mnie bla­dy strach. Mia­łam wy­kształ­ce­nie pre-zy­denc­kie – pra­cy już nie za­mie­rza­łam pi­sać. A tu na­gle taka spra­wa. Na szyb­ko mu­sia­łam stwo­rzyć ma­gi­ster­kę. Te­mat mo­jej pra­cy brzmiał: Czyn­ni­ki wpły­wa­ją­ce na pro­sty­tu­cję wśród nie­let­nich