Mężczyźni bez kobiet - Haruki Murakami - ebook
Opis

Mężczyźni bez kobiet to zbiór siedmiu opowiadań stanowiących refleksję nad naturą miłości i samotności – nieuchronnej, gdy miłości zabraknie. Każde opowiadanie opisuje historię mężczyzny, w którego życiu nie ma kobiety – jedne odeszły, inne umarły albo wręcz nigdy się nie pojawiły. Bohaterowie są w różnym wieku, od studentów po ludzi bardzo dojrzałych. Znajdujemy w tych opowiadaniach charakterystyczne dla Murakamiego elementy humoru, surrealizmu, czasem realizmu magicznego. W kilku autor odwołuje się do znanych dzieł literackich, takich jak Wujaszek Wania czy Baśnie z 1001 nocy. Jedno z tych opowiadań stanowi literacką zabawę, coś rodzaju dalszego ciągu Przemiany Franza Kafki – Murakami pokazuje, co czekałoby Gregora Samsę, gdyby pewnego dnia obudził się w ciele mężczyzny, ale ze świadomością robaka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Mężczyźni bez kobiet

Zakochany Samsa

Z tomuKoi shikute

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redakcja:Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

ONNA NO INAI OTOKOTACHI by Haruki Murakami

© 2014 Haruki Murakami

All rights reserved

Originally published by Bungeishunju Ltd., Tokyo

KOI SURU ZAMUZA („Samsa in Love”) by Haruki Murakami

© 2013 Haruki Murakami

Originally published in the anthology, KOI SHIKUTE: Ten Selected Love Stories, by Chuokoron-Shinsha, Inc., Tokyo

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2015

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-0096-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

WSTĘP

Nigdy nie piszę wstępów do przekładów Harukiego Murakamiego. Na ogół jego książki nie wymagają dodatkowych wyjaśnień od tłumacza, a jeśli wymagają, mogę umieścić je w przypisach. Tym razem jednak zdecydowałam się napisać o tym, jak po długich wahaniach zastosowałam w jednym z opowiadań w tym zbiorze dość nietypowy zabieg.

BohateramiYesterday są dwaj chłopcy, z których jeden, nazwiskiem Kitaru, mówi dialektem z Kansai, regionu Japonii, gdzie położone są Osaka, Kioto i Kobe. Fakt, że mówi dialektem, jest jednym z ważniejszych wątków utworu. Stanowi to dla tłumacza poważne wyzwanie.

Wiem, że kilkoro autorów innych przekładów, które się do tej pory ukazały, zdecydowało się wprowadzić jedynie drobne zmiany w wypowiedziach Kitaru mające sugerować, że mówi on nieco inaczej. Uzasadnione jest to zapewne tym, że dialekt bardzo trudno przełożyć. Wielu badaczy teorii przekładu jest zdania, że lepiej w ogóle tego unikać, gdyż rezultaty są najczęściej komiczne i zniekształcają charakter oryginału. Wyobraźmy sobie na przykład Scarlett O’Harę mówiącą jak ktoś ze Śląska.

Jednak w wypadku tego opowiadania miałam wrażenie, że Kitaru nie może mówić zwyczajnie po polsku, jak jego kolega, ponieważ po japońsku ich wypowiedzi brzmią zupełnie inaczej. Podjęłam więc dość ryzykowną decyzję, a mianowicie postanowiłam, że Kitaru będzie mówił gwarą poznańską.

Dlaczego wybrałam tę gwarę? Od dzieciństwa bywałam w Poznaniu, gdyż mam tam krewnych, i przywykłam nieco do melodii tamtejszej mowy, nieco różnej od warszawskiej. Wydawało mi się, choć trudno to racjonalnie wytłumaczyć, że nastrojem i intonacją nieco przypomina dialekt Kitaru.

Gwara poznańska odbiega od standardowej polszczyzny, a dialekt z Kansai od standardowej japońszczyzny, ale w nieco różny sposób. W dialekcie z Kansai zmieniają się końcówki czasowników i przymiotników, lecz ich rdzenie oraz większość rzeczowników pozostaje ta sama. W gwarze poznańskiej natomiast znacznie zmienia się słownictwo, tak że czytelnik w ogóle jej nieznający nie ma szansy zgadnąć, co znaczy „wyćpnąć bejmy w glajde” (wyrzucić pieniądze w błoto). Jest to oczywiście wielka różnica, gdyż czytelnik japoński, nawet nieobeznany z dialektem z Kansai, czytając opowiadanie Yesterday, zrozumie wszystko, co mówi Kitaru. Czytelnik polski mający przed sobą mój przekład może mieć pewne trudności, choć starałam się tłumaczyć tak, żeby z odpowiedzi rozmówcy Kitaru (który rozumie dialekt z Kansai) wynikało, co zostało wcześniej powiedziane gwarą. Mam nadzieję, że udało mi się osiągnąć zamierzony efekt: gdy Kitaru po raz pierwszy się odezwie, polski czytelnik będzie kompletnie zaskoczony, tak samo jak zaskoczony był czytelnik japoński.

Proces tworzenia języka Kitaru składał się z kilku etapów. Najpierw przetłumaczyłam jego wypowiedzi, dodając „nie” na końcu niektórych zdań. Uznałam jednak, że to nie wystarczy, i zaczęłam szukać inspiracji w internecie, gdzie trafiłam na „blubry Starego Marycha”. Po dokładnej lekturze miałam gotową listę niektórych słów i charakterystycznych zmian fonetyczno-gramatycznych. Wysłałam je do mieszkającego w Poznaniu kuzyna, Igora Kraszewskiego. Spędził nad opowiadaniem sporo czasu, by uczynić mowę Kitaru bardziej gwarową, ale powiedział, że konieczne są dalsze poprawki. Wprowadziła je pani Danuta Mikołajewska, pisarka również rodem z Poznania. To ona nadała wypowiedziom Kitaru ostateczny kształt i cierpliwie odpowiadała na niezliczone pytania. Polskie wcielenie Kitaru jest więc głównie zasługą tych dwóch osób.

Zdaję sobie sprawę, że zapewne „moja” gwara poznańska nie jest bezbłędna. Wiem, że prawdziwy poznaniak lub dialektolog może zakwestionować prawidłowość jakiegoś wyrażenia czy formy gramatycznej. Postanowiłam jednak podjąć to ryzyko, gdyż wydaje mi się, że dzięki gwarze opowiadanie w polskiej wersji ożyło. Mam nadzieję, że Czytelnicy polubią stylizowanego na poznaniaka Kitaru. Chciałabym, żeby potraktowali ten zabieg jako umowny i mający podkreślić alienację bohatera, a nie nabrali przekonania, że dialekt osakańczyków brzmi tak samo jak gwara poznaniaków.

I na koniec jedna ciekawostka. Być może niektórzy Czytelnicy zauważą, że Misaki, bohaterka opowiadania Drive My Car, pochodzi z miejscowości Górne Dwanaście Wodospadów na wyspie Hokkaido, która pojawiła się wcześniej w Przygodzie z owcą. W pierwszej wersji tego opowiadania, drukowanej w magazynie literackim, Misaki pochodziła z zupełnie innego naprawdę istniejącego miasteczka na tej samej wyspie. Jego mieszkańcy poczuli się dotknięci żartobliwym komentarzem narratora o wyrzucaniu papierosów przez okno samochodu, więc w wersji książkowej Haruki Murakami zmienił nazwę rodzinnego miasteczka Misaki. Dodaje to tekstowi uroku, gdyż jest odwołaniem do wcześniejszego utworu pisarza, który jakby puszcza tutaj oko do Czytelnika. Zresztą, w tym zbiorze takich odwołań jest kilka: są w nim miejsca i postaci, które pojawiają się w więcej niż jednym opowiadaniu. Mam nadzieję, że Czytelnicy z przyjemnością ich poszukają.

Na zakończenie chciałabym serdecznie podziękować osobom, które bardzo pomogły mi przy różnych aspektach tego tłumaczenia. Należą do nich Danuta Mikołajewska, Igor Kraszewski, Sławomir Szulc, Shinko Sasaki-Haściłowicz oraz Sonoko i Kazuto Oshio.

Anna Zielińska-Elliott

Drive My Car

Często miał okazję jeździć samochodami prowadzonymi przez kobiety i z jego obserwacji wynikało, że kobiety zasadniczo należą do jednego z dwóch typów kierowców: albo jeżdżą trochę za agresywnie, albo trochę za ostrożnie. Tych drugich jest znacznie więcej – za co powinniśmy być wdzięczni. Ogólnie rzecz biorąc, kobiety jeżdżą ostrożniej i są bardziej uprzejme od mężczyzn. Oczywiście nie można narzekać na uprzejmość i ostrożną jazdę. A mimo to taki sposób prowadzenia samochodu może czasami irytować innych kierowców.

Większość kobiet należących do szkoły „agresywnej” wierzy, że jeździ świetnie. Wyśmiewają te jeżdżące zbyt ostrożnie i są dumne, że same tak nie prowadzą. Kiedy jednak bezceremonialnie zmieniają pas, nie zauważają chyba, że inni kierowcy zmuszeni są gwałtownie hamować i że wzdychają ciężko albo mamroczą niecenzuralne słowa.

Oczywiście są i takie nienależące do żadnej z tych grup: kobiety, które jeżdżą zupełnie zwyczajnie, ani zbyt agresywnie, ani zbyt ostrożnie. Niektóre z nich są zupełnie dobrymi kierowcami. Kafuku zawsze wyczuwał w nich jednak jakieś napięcie. Nie potrafił konkretnie powiedzieć, na czym to polegało, ale siedząc na miejscu pasażera, wiedział, że w atmosferze „brak harmonii”, i nie mógł się odprężyć. Czuł czasami nieprzyjemną suchość w gardle albo zaczynał jakąś niepotrzebną i nudną rozmowę, żeby tylko wypełnić czymś ciszę.

Oczywiście wśród mężczyzn też są dobrzy i kiepscy kierowcy. Ale ich sposób prowadzenia samochodu zazwyczaj nie wywoływał w Kafuku takiego napięcia. Nie chodziło o to, że mężczyźni wydają się przy prowadzeniu zrelaksowani. W rzeczywistości pewnie niektórzy są spięci. Ale jakoś naturalnie udaje im się – pewnie podświadomie – to napięcie ukryć. Zupełnie normalnie się zachowują i rozmawiają. Jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Kafuku nie rozumiał, skąd biorą się takie różnice.

Zwykle nie myślał w oddzielnych kategoriach o mężczyznach i kobietach, nie odczuwał też prawie nigdy, że kobiety mają inne możliwości intelektualne. Z powodu swojego zawodu stykał się z mniej więcej taką samą liczbą kobiet i mężczyzn, lecz czuł się bardziej odprężony, pracując z kobietami. Bardziej zwracały uwagę na szczegóły, umiały uważnie słuchać rozmówcy. Ale kiedy siedział u boku kobiety za kierownicą, nie mógł przestać myśleć o tym, że to ona prowadzi. Nikomu nie mówił o tym, że tak to odbiera. Zdawało mu się, że byłoby to niewłaściwe.

Dlatego, kiedy właściciel warsztatu, Ōba, polecił mu młodą kobietę, usłyszawszy, że Kafuku poszukuje prywatnego kierowcy, Kafuku był niezbyt zadowolony, chociaż starał się to ukryć. Ōba, widząc jego minę, lekko się uśmiechnął, jakby mówił: „Wiem, co pan myśli”.

– Ale ta dziewczyna świetnie jeździ. Ja to panu stuprocentowo gwarantuję. Może zgodzi się pan chociaż z nią spotkać?

– Dobrze. Skoro pan tak ją zachwala – odparł Kafuku. Potrzebował kierowcy jak najszybciej, a Ōba był człowiekiem godnym zaufania. Znali się już od piętnastu lat. Miał włosy sztywne jak druty i choć z wyglądu przypominał diabełka, w kwestii samochodów można było na nim w pełni polegać.

– Chciałbym na wszelki wypadek sprawdzić geometrię kół, a także inne rzeczy, i jeśli wszystko będzie w porządku, samochód będzie gotów pojutrze o drugiej. Poproszę ją, żeby tu wtedy przyszła. Może pan jej kazać przewieźć się po okolicy. Jeśli się panu nie spodoba, proszę wprost powiedzieć. Nie musi się pan wobec mnie krępować.

– Ile ma lat?

– Myślę, że ze dwadzieścia pięć. Specjalnie jej nie pytałem – powiedział Ōba. Potem lekko się skrzywił. – Tak jak panu mówiłem, co do jazdy nie można jej nic zarzucić, ale…

– Ale?

– Ale jest trochę nietypowa.

– W jakim sensie?

– Szorstka, małomówna i pali jak smok – wyjaśnił Ōba. – Sam pan zobaczy, kiedy ją pan pozna. To nie jest typowa miła dziewczyna. Prawie się nie uśmiecha. I prawdę mówiąc, jest dość brzydka.

– To mi nie przeszkadza. Jakby była ładna, czułbym się nieswojo, poza tym mogłyby się pojawić jakieś dziwne plotki.

– No to może będzie dla pana w sam raz.

– Mówi pan, że świetnie jeździ, tak?

– Bez zarzutu. Nie tylko dobrze jak na kobietę, ale po prostu doskonale.

– A gdzie teraz pracuje?

– Hm… tego to i ja za dobrze nie wiem, ale dorabia chyba jako kasjerka w sklepie całodobowym, dostarcza przesyłki kurierskie. I jakoś żyje z takich prac dorywczych. To takie prace, że mogłaby je od razu rzucić, gdyby znalazła coś lepszego. Przyszła do mnie z polecenia znajomego, ale u nas też teraz interes niezbyt dobrze idzie, więc nie mogę sobie pozwolić na zatrudnianie nowych ludzi. Daję jej znać, kiedy jest potrzebna. Ale myślę, że to bardzo rozsądna dziewczyna. No i nie bierze do ust alkoholu.

Na wzmiankę o piciu alkoholu Kafuku się zachmurzył. Mimowolnie położył palce prawej dłoni na wargach.

– No to spotkam się z nią pojutrze o drugiej – powiedział. Zainteresowała go ta szorstka, małomówna i niezbyt miła dziewczyna.

Dwa dni później, o drugiej, naprawiony żółty saab 900 kabriolet czekał na niego. Wgnieciony prawy błotnik został wyklepany i polakierowany tak, że prawie nie było widać, gdzie się zaczyna nowa warstwa lakieru, silnik został sprawdzony i wyregulowany, skrzynia biegów też wyregulowana, klocki hamulcowe i pióra wycieraczek wymienione. Samochód umyto, wywoskowano i wypolerowano. Robota Oby była jak zwykle bez zarzutu. Kafuku jeździł tym saabem już od dwunastu lat, na liczniku miał ponad sto tysięcy kilometrów. Na płóciennym dachu widać było oznaki zużycia. Kafuku martwiło, że w deszczowe dni przeciekał. Ale w tej chwili nie zamierzał kupować nowego samochodu. Jak dotąd nie miał ze swoim saabem większych problemów, a przede wszystkim był do niego bardzo przywiązany. I latem, i zimą lubił jeździć z opuszczonym dachem. Zimą wkładał gruby płaszcz i owijał szyję szalikiem, a latem nosił czapkę i ciemne okulary przeciwsłoneczne. Jeżdżąc ulicami miasta, z przyjemnością zmieniał biegi, a gdy czekał na zmianę świateł, gapił się w niebo. Obserwował płynące chmury albo ptaki siedzące na drutach elektrycznych. Nie potrafił sobie wyobrazić, że miałby zmienić ten styl życia.

Kafuku obszedł saaba dookoła, sprawdzając różne szczegóły, jak dżokej, który ocenia stan konia przed wyścigiem.

Kiedy kupił ten samochód, jego żona jeszcze żyła. To ona wybrała żółty kolor karoserii. Przez pierwszych kilka lat często we dwoje gdzieś jeździli. Żona nie prowadziła, więc zawsze on był kierowcą. Byli na wielu wycieczkach. Jeździli na półwysep Izu, w góry Hakone, do Nasu. Przez ostatnich dziesięć lat prawie zawsze jeździł sam. Po śmierci żony spotykał się z kilkoma kobietami, ale jakoś nigdy nie miał okazji wozić ich swoim samochodem. Nigdy też nie wybierał się poza miasto z wyjątkiem wyjazdów służbowych.

– Tu i tam widać pierwsze oznaki zużycia, ale jeszcze długo pociągnie – mówił Ōba, klepiąc deskę rozdzielczą, jakby klepał po karku dużego psa. – Można na nim polegać. Kilkanaście lat temu te szwedzkie samochody były bardzo porządnie robione. Trzeba dbać o instalację elektryczną, ale z mechaniką nie ma żadnych problemów. Utrzymuje go pan w dobrym stanie.

Dziewczyna przyszła, kiedy Kafuku podpisywał dokumenty, a Ōba wyjaśniał mu kolejne pozycje na fakturze. Miała około metra sześćdziesięciu pięciu, nie była gruba, ale krępa i szeroka w ramionach. Po prawej stronie szyi miała fioletowe owalne znamię wielkości oliwki, ale chyba nie próbowała go specjalnie ukryć. Gęste kruczoczarne włosy związała z tyłu, żeby jej nie przeszkadzały. Raczej nikt nie mógłby jej uznać za piękność, tak jak mówił Ōba. Miała chłodny wyraz twarzy. Na policzkach zostały jej blizny po trądziku. Przez to bardzo duże oczy wydawały się ciemniejsze, a wyraźnie widoczne źrenice nadawały jej spojrzeniu podejrzliwości. Uszy – duże i odstające – wyglądały jak jakieś urządzenia odbiorcze zainstalowane na dalekiej prowincji.

Miała na sobie męską marynarkę w jodełkę trochę za ciężką na maj, brązowe bawełniane spodnie i czarne trampki Converse. Pod marynarką biały podkoszulek z długimi rękawami, piersi dość duże.

Ōba przedstawił jej Kafuku. Dziewczyna powiedziała, że nazywa się Watari. Misaki Watari.

– Misaki pisane fonetycznie, nie chińskimi znakami. Jeżeli pan sobie życzy, przygotuję życiorys – dodała lekko wyzywającym tonem.

Kafuku potrząsnął głową.

– W tej chwili życiorys mi niepotrzebny. Umiesz prowadzić samochód z ręczną skrzynią biegów, tak?

– Lubię zmieniać biegi – powiedziała chłodno. Zupełnie jak zagorzała wegetarianka, którą zapytano, czy je sałatę.

– To stary samochód, więc nie ma nawigacji.

– Nie trzeba. Przez pewien czas dostarczałam przesyłki, więc plan miasta mam w głowie.

– To może przewieziesz mnie na próbę po okolicy? Pogoda jest ładna, możemy opuścić dach.

– Dokąd pojedziemy?

Kafuku zamyślił się na chwilę. Byli niedaleko Shinohashi.

– Skręcisz w prawo koło Tengenji, wjedziesz na podziemny parking pod sklepem Meijiya, tam zrobię niewielkie zakupy, potem skarpą w górę w stronę parku Arisugawa, przejedziemy obok ambasady francuskiej do ulicy Meiji i wrócimy tutaj.

– Dobrze – zgodziła się.

Nie powtórzyła trasy. Wzięła od Ōby kluczyki, wsiadła, szybko ustawiła siedzenie i lusterka, wiedziała dobrze, co gdzie jest i do czego służy. Wcisnęła sprzęgło i wrzuciła kolejno biegi. Wyciągnęła z kieszeni na piersi zielone okulary przeciwsłoneczne Ray Ban i włożyła. Potem odwróciła się do Kafuku i lekko skinęła głową na znak, że jest go­towa.

– Magnetofon kasetowy – powiedziała jakby do siebie, spojrzawszy na radio samochodowe.

– Lubię kasety – rzekł Kafuku. – Są łatwiejsze w obsłudze niż płyty kompaktowe. I mogę przy nich powtarzać rolę.

– Dawno takiego nie widziałam.

– Kiedy zaczynałem jeździć samochodem, taśmy były jeszcze ośmiościeżkowe.

Misaki nic nie powiedziała, ale sądząc z jej wyrazu twarzy, nie wiedziała, co to znaczy „ośmiościeżkowe”.

Tak jak zapewniał Ōba, była znakomitym kierowcą. Prowadziła płynnie, bez żadnych gwałtownych ruchów. Na ulicy było dużo samochodów, często musieli czekać na zmianę świateł, lecz ona starała się utrzymać obroty silnika na tym samym poziomie. Kafuku zauważył to, bo często spoglądała na obrotomierz. Ale kiedy zmrużył powieki, prawie nie czuł, że nieustannie zmienia biegi. Dopiero gdy wsłuchał się w głos silnika, wiedział, że wrzuciła inny bieg. Przyśpieszała i hamowała miękko i uważnie. Ale najbardziej podobało mu się, że dziewczyna przez cały czas prowadziła w pełni odprężona. Chyba w czasie jazdy przestawała być spięta. Chłodny wyraz jej twarzy łagodniał, oczy nabierały nieco cieplejszego wyrazu, ale nadal była małomówna. Nie odzywała się nie­pytana.

Jednak Kafuku specjalnie się tym nie przejmował. On też na co dzień nie przepadał za pogawędkami. Nie miał nic przeciwko poważnym rozmowom z dobrymi znajomymi, ale w innych wypadkach wolał milczeć. Teraz rozsiadł się wygodnie na siedzeniu pasażera i patrzył nieruchomo na przesuwające się za oknem sceny uliczne. Zwykle sam prowadził, więc widoki miasta widziane z pozycji pasażera wydały mu się świeże i nowe.

Na ruchliwej ulicy Gaiennishi kilka razy poprosił dziewczynę, żeby zaparkowała równolegle, co wykonała efektywnie i precyzyjnie. Miała wyczucie. I świetny refleks. Czekali długo na zmianę świateł, więc zapaliła papierosa. Wyglądało na to, że lubi marlboro. Gdy tylko światło się zmieniło, zgasiła go. Nie paliła podczas jazdy. Na niedopałku nie było śladów szminki. Paznokcie też bez lakieru. Chyba w ogóle się nie malowała.

– Mam do ciebie kilka pytań – powiedział Kafuku w okolicy parku Arisugawa.

– Słucham.

– Gdzie się nauczyłaś jeździć samochodem?

– Wychowałam się w górach na Hokkaido. Jeżdżę od piętnastego roku życia. To takie miejsce, że bez samochodu nie da się żyć. Miasteczko położone w dolinie, słońce prawie nie dochodzi. Przez pół roku drogi są oblodzone. Więc nawet choćby człowiek nie chciał, nauczy się dobrze jeździć.

– Ale na górskich drogach nie da się chyba ćwiczyć równoległego parkowania?

Nie odpowiedziała. Widocznie uznała, że to pytanie nie wymaga odpowiedzi.

– Słyszałaś od pana Ōby, dlaczego nagle potrzebuję kierowcy?

Misaki odpowiedziała głosem pozbawionym modulacji, patrząc prosto przed siebie:

– Jest pan aktorem i gra pan teraz sześć dni w tygodniu. Do pracy dojeżdża pan samochodem. Nie lubi pan metra ani taksówek. Bo lubi pan powtarzać w samochodzie rolę. Ale niedawno miał pan stłuczkę i zabrano panu prawo jazdy. Bo był pan pod niewielkim wpływem alkoholu i ma pan problemy ze wzrokiem.

Kafuku przytaknął. Zdawało mu się, że słucha opowieści o śnie, który się przyśnił komuś innemu.

– Poszedłem do okulisty wskazanego przez policję i okazało się, że mam lekkie objawy jaskry. Podobno mam ograniczone pole widzenia. Z boku po prawej. Nigdy wcześniej się nie zorientowałem.

Co do jazdy pod wpływem alkoholu, jego ilość była tak mała, że udało mu się całą sprawę zatuszować i nic nie wyciekło do prasy. Ale jego agencja nie mogła zigno­rować kwestii ograniczonego pola widzenia. W obecnym stanie mógł nie zauważyć samochodu zbliżającego się od tyłu z prawej strony. Poproszono go, żeby pod żadnym pozorem nie prowadził, póki wyniki badań nie wykażą poprawy.

– Proszę pana – zaczęła Misaki. – Jak mam się do pana zwracać? Czy Kafuku[1] to pana prawdziwe nazwisko?

– Tak, to prawdziwe nazwisko. Powinno przynosić szczęście, ale zdaje się, że nic nie daje. Żaden z moich krewnych nie jest bogaty.

Przez pewien czas panowało milczenie. Następnie Kafuku wymienił sumę, jaką mógłby jej płacić miesięcznie jako prywatnemu kierowcy – niezbyt wysoką, ale jego agencja tylko tyle była skłonna zapłacić. Kafuku był dość znany, jednak nie należał do aktorów grywających główne role w filmach i serialach, a zarobki w teatrze były mimo wszystko ograniczone. Dla aktora jego klasy zatrudnienie prywatnego kierowcy, nawet na parę miesięcy, było naprawdę wyjątkowym luksusem.

– Twój czas pracy zależałby od mojego rozkładu zajęć, ale w tej chwili gram głównie w teatrze, więc w zasadzie przed południem byś nie pracowała. Mogłabyś spać do dwunastej. Wieczorem starałbym się skończyć przed jedenastą. Gdybym potrzebował transportu po jedenastej, wezmę taksówkę. Postarałbym się dać ci jeden wolny dzień w tygodniu.

– To mi odpowiada – powiedziała zwięźle Misaki.

– Myślę, że sama praca nie będzie ciężka. Trudne pewnie będzie to bezczynne czekanie.

Misaki milczała. Zacisnęła tylko usta. Miała taką minę, jakby chciała powiedzieć, że miała dotąd mnóstwo znacznie trudniejszych doświadczeń.

– Nie przeszkadza mi palenie przy opuszczonym dachu, ale prosiłbym, żebyś nie paliła, kiedy dach będzie zamknięty – powiedział Kafuku.

– Dobrze.

– Czy masz jakieś życzenia?

– Nie, specjalnie nie mam.

Zmrużyła oczy, wzięła głęboki oddech i zredukowała bieg. A potem oznajmiła:

– Podoba mi się ten samochód.

Przez resztę czasu milczeli. Wrócili do warsztatu, Kafuku poprosił Ōbę na stronę i oznajmił:

– Postanowiłem ją zatrudnić.

Od następnego dnia Misaki została prywatnym kierowcą Kafuku. O pół do czwartej przyjeżdżała do mieszkania Kafuku w Ebisu, wyprowadzała żółtego saaba z podziemnego parkingu i odwoziła Kafuku do teatru w Ginzie. Jeżeli nie padało, dach był otwarty. W drodze do teatru Kafuku zawsze powtarzał rolę przy akompaniamencie nagrań z kasety. Był to Wujaszek Wania Czechowa przeniesiony w realia Japonii z końca dziewiętnastego wieku. Kafuku grał wujaszka Wanię. Znał całą rolę na pamięć, ale codziennie powtarzał ją głośno, żeby opanować tremę. Od dawna miał taki zwyczaj.

W drodze powrotnej często słuchał kwartetów smyczkowych Beethovena. Lubił jego kwartety smyczkowe, ponieważ go nie nudziły, a poza tym można było przy nich o czymś rozmyślać albo o niczym nie myśleć. Kiedy miał ochotę na coś lżejszego, słuchał starego amerykańskiego rocka – Beach Boysów, Rascalsów, Creedence’ów, Temptations – muzyki, która była popularna w czasach jego młodości. Misaki nie wypowiadała się na temat utworów, których słuchał. Nie potrafił ocenić, czy jej się podobają, czy ją irytują, czy też może w ogóle ich nie słyszy. Ta dziewczyna nie okazywała uczuć.

Zwykle byłby zbyt speszony, by powtarzać przy kimś rolę, ale obecność Misaki mu nie przeszkadzała. Pod tym względem jej beznamiętna obojętność ogromnie mu odpowiadała. Nawet jeśli bardzo głośno ćwiczył swoje kwestie, Misaki zachowywała się tak, jakby nic nie słyszała. A może rzeczywiście nie słyszała. Zawsze skupiała się na prowadzeniu. Czasem wydawała się nieomal pogrążona w medytacji zen.

Właściwie nie miał też pojęcia, co o nim sądzi. Nie wiedział, czy choć trochę go lubi, czy w ogóle jej nie interesuje i nie obchodzi, czy też czuje do niego obrzydzenie, ale musi się przemóc, ponieważ zależy jej na tej pracy. Było mu jednak obojętne, co o nim myśli. Podobało mu się, że płynnie i pewnie prowadzi samochód, nie gada bez potrzeby, a nawet to, że nie okazuje uczuć.

Po zakończeniu sztuki od razu zmywał charakteryzację, przebierał się i szybko wychodził z teatru. Nie lubił się grzebać. Prawie nie utrzymywał stosunków towarzyskich z innymi aktorami. Dzwonił z komórki do Misaki i prosił, żeby podjechała do wyjścia dla aktorów. Kiedy wychodził, żółty saab kabriolet już na niego czekał. O pół do jedenastej był z powrotem w mieszkaniu w Ebisu. Powtarzało się to prawie każdego dnia.

Miewał też inne angaże. Raz w tygodniu musiał jeździć do stacji telewizyjnej w centrum na nagranie serialu. Był to zwykły serial policyjny, ale miał dużą oglądalność i dobrze mu płacili. Dostał rolę wróżbity, który ratuje główną bohaterkę policjantkę. Żeby dobrze wczuć się w rolę, kilka razy ucharakteryzował się na prawdziwego wróżbitę i na ulicy przepowiadał przechodniom przyszłość. Zyskał nawet pewną sławę, bo jego przepowiednie często się sprawdzały. Po nagraniu późnym popołudniem musiał się śpieszyć prosto do teatru w Ginzie. To był najbardziej nerwowy dzień w tygodniu. W weekendy po popołudniowym przedstawieniu prowadził wieczorne zajęcia dla studentów aktorstwa. Lubił uczyć młodzież. Misaki woziła go i przywoziła. Bez żadnego problemu dostarczała go punktualnie tam, gdzie trzeba, a on przywykł do jeżdżenia z nią saabem na siedzeniu pasażera. Czasami nawet głęboko zasypiał.

Kiedy się ociepliło, Misaki zamieniła męską marynarkę w jodełkę na cieńszą, letnią. Samochód zawsze prowadziła ubrana w jedną z nich. Pewnie uważała, że to uniform kierowcy. Z nadejściem pory deszczowej często jeździli z zamkniętym dachem.

Siedząc na miejscu pasażera, Kafuku często myślał o zmarłej żonie. Od kiedy Misaki zaczęła go wozić, z jakiegoś powodu częściej wspominał żonę. Ona też była aktorką, dwa lata młodszą od niego, o pięknej twarzy. Kafuku był zasadniczo „aktorem charakterystycznym” i grał w większości charakterystyczne role drugoplanowe. Miał trochę za długą i zbyt szczupłą twarz i już w młodości przerzedziły mu się włosy. Nie nadawał się do głównych ról. W odróżnieniu od niego żona była prawdziwą pięknością, a jej role i zarobki to odzwierciedlały. Choć z upływem lat to on zaczął być bardziej ceniony jako aktor o dużej indywidualności, oboje nawzajem doceniali swoją pozycję zawodową, a różnice w dochodach czy popularności nigdy nie były w ich małżeństwie źródłem nieporozumień.

Kafuku kochał żonę. Pokochał ją od pierwszego wejrzenia (miał wtedy dwadzieścia dziewięć lat) i kochał niezmiennie do jej śmierci (kiedy miał czterdzieści dziewięć). Po ślubie nigdy nie sypiał z innymi kobietami. Miewał okazje, ale jakoś nie miewał ochoty.

Lecz żona czasami sypiała z innymi mężczyznami. O ile wiedział, w sumie było ich czterech. A przynajmniej czterech takich, z którymi przez pewien czas regularnie uprawiała seks. Oczywiście żona nie wspomniała o tym ani słowem, ale on od razu się zorientował, że z kimś sypia. Z natury miał dobre wyczucie, a jeśli się kogoś naprawdę kocha, coś takiego się czuje, choćby człowiek nie chciał. Bez większego trudu domyślał się, z kim sypia. Mógł to wyczytać z tonu jej głosu, kiedy mówiła o danym mężczyźnie. Zawsze byli to aktorzy, z którymi grała w filmach, często młodsi od niej. Te związki trwały przez kilka miesięcy produkcji filmu, a potem zazwyczaj naturalnie się kończyły, gdy zdjęcia dobiegały końca. To samo powtórzyło się czterokrotnie.

Kafuku nie mógł zrozumieć, dlaczego żona sypia z innymi mężczyznami. Nadal nie rozumiał. Od ślubu byli dobranymi partnerami życiowymi i dobrym małżeństwem. Kiedy mieli czas, szczerze i z zapałem rozprawiali na różne tematy i starali się wzajemnie sobie ufać. Wydawało mu się, że pasują do siebie pod względem psychicznym i seksualnym. Otoczenie też uważało ich za zgraną, wręcz idealną parę.

Skoro tak, to dlaczego sypiała z innymi? Powinien był ją o to zapytać przed jej śmiercią. Często o tym myślał. Zdarzało się, że już miał to pytanie na końcu języka. Czego ty właściwie w nich szukasz? Czego ci we mnie brak? To było kilka miesięcy przed jej śmiercią. Ale jednak nie mógł się zdobyć, żeby zapytać żonę walczącą w gwałtownych cierpieniach ze śmiercią. I w końcu odeszła z jego życia, niczego mu nie wyjaśniwszy. Niezadane pytanie i nieotrzymana odpowiedź. Zastanawiał się nad tym w głębokim milczeniu, wkładając do urny prochy żony. Tak się zamyślił, że nie słyszał, co ludzie obok do niego mówili.

Oczywiście wyobrażanie sobie żony w ramionach innych mężczyzn sprawiało mu ból. Musiało sprawiać. Gdy zamykał oczy, różne obrazy pojawiały mu się w myślach i znikały. Nie chciał sobie wyobrażać takich rzeczy, ale nie mógł przestać. Wyobraźnia nieśpiesznie i bezlitośnie raniła go jak ostry nóż. Jak by to było dobrze, gdybym nic nie wiedział, myślał czasami. Ale jego zasadnicza postawa życiowa była taka, że lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć. Choćby miało to wywołać gwałtowne cierpienie, musiał znać prawdę. Ludzie stają się silniejsi tylko dzięki wiedzy.

Jeszcze boleśniejsze od tego wyobrażania sobie było to, że znając prawdę, musiał się normalnie zachowywać, żeby żona się nie zorientowała, że on wie. Musiał zawsze łagodnie się do niej uśmiechać, choć serce miał złamane i krwawiące niewidzialną krwią. Musiał jak gdyby nigdy nic radzić sobie z codziennymi drobiazgami, prowadzić niewinne rozmowy i sypiać z nią. Zwykły człowiek by tego nie potrafił, ale Kafuku był zawodowym aktorem. Jego profesją i powołaniem było oddzielanie się od prawdziwego siebie i odgrywanie roli. Grał ją, najlepiej jak umiał. Grał rolę, chociaż nie miał publiczności.

Ale prócz tego – to znaczy nie licząc faktu, że czasami w tajemnicy sypiała z innymi mężczyznami – wiedli całkiem satysfakcjonujące, pozbawione burz życie małżeńskie. Obojgu dobrze układało się w pracy, nie mieli kłopotów finansowych. W ciągu dwudziestu lat uprawiali seks niezliczoną ilość razy i przynajmniej z punktu widzenia Kafuku był on satysfakcjonujący. Aż żona zachorowała na raka macicy i zmarła po krótkiej chorobie. Potem Kafuku spotykał się z kilkoma kobietami i prędzej czy później szedł z nimi do łóżka, lecz nie potrafił w tych związkach odnaleźć tej intymnej radości, którą dzielił z żoną. Doznawał tylko uczucia lekkiego déjà vu, że znowu robi to, czego już kiedyś doświadczył.

Jego agencja, żeby móc płacić Misaki wynagrodzenie, musiała załatwić wszystkie formalności, więc Kafuku poprosił ją o podanie obecnego adresu zamieszkania, stałego adresu, daty urodzenia i numeru prawa jazdy. Wynajmowała mieszkanie w Akabane w dzielnicy Kita, a na stałe była zameldowana w Górnych Dwunastu Wodospadach, w gminie X na wyspie Hokkaido, i niedawno skończyła dwadzieścia cztery lata. Kafuku nie miał pojęcia, gdzie na Hokkaido mieści się Górne Dwanaście Wodospadów, jakiej wielkości jest to miasteczko i jacy ludzie tam mieszkają. Jednak fakt, że miała dwadzieścia cztery lata, go zaskoczył. Żona Kafuku urodziła kiedyś dziecko, ale żyło tylko trzy doby. To była dziewczynka. Umarła trzeciej nocy, w sali noworodków. Nagle i zupełnie nieoczekiwanie zatrzymało się jej serce. O świcie już nie żyła. Lekarze w szpitalu stwierdzili, że miała wrodzoną wadę zastawek. Ale skąd Kafuku miałby wiedzieć, czy to prawda? Poza tym, gdyby nawet poznał prawdziwą przyczynę, nie wróciłoby to dziecku życia. Na szczęście czy na nieszczęście, nie nadali jej jeszcze imienia. Gdyby żyła, miałaby akurat dwadzieścia cztery lata. W dzień urodzin tej bezimiennej dziewczynki Kafuku zawsze się modlił i liczył, ile by miała teraz lat.

Oboje z żoną oczywiście bardzo boleśnie odczuli taką nagłą stratę dziecka. Próżnia, która powstała, była ciężka i ciemna. Potrzebowali długiego czasu, by znów dojść do siebie. Prawie przestali wychodzić z domu i spę­dzali wiele godzin nieomal w milczeniu. Bo bali się, że mogą powiedzieć coś niewłaściwego. Żona zaczęła często pić wino. On przez pewien czas z niezwykłym zapałem oddawał się ćwiczeniu kaligrafii. Kiedy przesuwał pędzlem nasączonym bardzo czarnym tuszem po zupełnie białym papierze i pisał różne znaki, miał wrażenie, że wyraźnie widzi strukturę swojego serca i umysłu.

Lecz wspierając się wzajemnie, powoli wyleczyli się z bólu wywołanego tą raną i jakoś przeżyli najcięższy okres. Bez reszty oddali się pracy. Całkowicie zatracali się w budowaniu nowych ról. „Przepraszam cię, ale wolę już nie mieć więcej dzieci”, powiedziała żona, a on się zgodził. „Dobrze, nie będziemy mieli więcej dzieci. Zrobimy tak, jak zechcesz”, odparł.

Zdał sobie sprawę, że dopiero potem żona zaczęła sypiać z innymi. A może strata dziecka rozbudziła w niej takie potrzeby? Ale to były tylko jego domysły, które sprowadzały się do „a może dlatego?”.

– Czy mogę pana o coś zapytać? – zwróciła się do niego Misaki.

Kafuku, który w zamyśleniu obserwował mijany kraj­obraz, spojrzał na nią zaskoczony. Od dwóch miesięcy dużo czasu spędzali razem w samochodzie i Misaki prawie nigdy nie zaczynała pierwsza rozmowy.

– Proszę bardzo.

– Dlaczego pan został aktorem?

– W czasie studiów koleżanka namówiła mnie, żebym zapisał się do teatru studenckiego. Nie interesowałem się wtedy teatrem. Prawdę mówiąc, chciałem się zapisać do klubu baseballowego. W szkole średniej grałem jako short stop i byłem niezły w obronie. Ale na tej uczelni poziom baseballu był dla mnie nieco za wysoki, więc wstąpiłem do tej grupy teatralnej tak trochę dla zabawy, że mogę i tego spróbować. Chciałem też mieć okazję do spotkań z koleżanką. Ale kiedy raz zacząłem, coraz mocniej sobie uświadamiałem, że lubię grać. Że grając, mogę się stać kimś innym. A gdy przestaję grać, znowu staję się sobą. To mi sprawiało przyjemność.

– Przyjemnie jest móc się stać kimś innym?

– Jeśli się wie, że można potem znów być sobą.

– Nigdy pan nie myślał, że nie chce pan już być sobą?

Kafuku zastanowił się. Nikt go wcześniej o to nie spytał. Na drodze był korek. Jechali autostradą w stronę zjazdu w Takebashi.

– Przecież nie można wrócić do bycia kimś innym.

Misaki nie wyraziła żadnej opinii.

Przez pewien czas panowało milczenie, Kafuku zdjął czapkę baseballową, poprawił jej daszek i znów nałożył. Obok wielkiej ciężarówki o niezliczonej liczbie kół żółty saab kabriolet wydawał się bardzo niewielki i kruchy. Jak mała łódka turystyczna unosząca się obok tankowca.

– To nie moja sprawa – powiedziała Misaki po chwili – ale coś mi nie daje spokoju, więc chciałabym pana o to zapytać. Mogę?

– Proszę.

– Dlaczego pan nie ma przyjaciół?

Kafuku rzucił jej dociekliwe spojrzenie.

– Skąd wiesz, że nie mam przyjaciół?

Misaki lekko wzruszyła ramionami.

– Jak się kogoś wozi codziennie przez dwa miesiące, takie rzeczy się wie.

Kafuku z wielkim zainteresowaniem przyglądał się przez chwilę ogromnym kołom przyczepy ciężarówki, a potem powiedział:

– Właściwie od dawna nie mam nikogo, kogo dałoby się nazwać przyjacielem.

– Od dzieciństwa pan nie ma?

– Nie, w dzieciństwie oczywiście miałem dobrych kolegów. Graliśmy w baseball, chodziliśmy popływać. Ale od kiedy jestem dorosły, jakoś przestałem myśleć, że chciałbym mieć przyjaciela. Szczególnie po ślubie.

– Chodzi o to, że jak pan miał żonę, to przyjaciele nie byli specjalnie potrzebni?

– Może i tak. Bo oboje z żoną byliśmy dobrymi przyjaciółmi.

– A ile pan miał lat, kiedy pan się ożenił?

– Trzydzieści. Graliśmy w tym samym filmie i tak się poznaliśmy. Ona miała rolę drugoplanową, a ja grałem w epizodzie.

Samochód powoli posuwał się w korku. Dach był zamknięty, jak zawsze kiedy jechali autostradą.

– Ty w ogóle nie pijesz alkoholu? – zapytał Kafuku, chcąc zmienić temat.

– Mój organizm go nie toleruje – odparła Misaki. – Matka często wywoływała awantury pod wpływem alkoholu, więc może to też ma znaczenie.

– Czy matka nadal wywołuje awantury?

Misaki pokręciła głową.

– Matka nie żyje. Prowadziła po pijaku, popełniła jakiś błąd, obróciło ją, wyrzuciło z szosy i uderzyła w drzewo. Zginęła na miejscu. Miałam wtedy siedemnaście lat.

– Przykro mi – powiedział Kafuku.

– Sama się o to prosiła – stwierdziła Misaki cierpko. – Prędzej czy później coś takiego musiało się zdarzyć.

Przez chwilę panowało milczenie.

– A ojciec?

– Nie wiem, gdzie jest. Odszedł z domu, kiedy miałam osiem lat, i nigdy więcej go nie widziałam. Nie daje znaku życia. Matka długo miała do mnie o to pretensję.

– Dlaczego?

– Bo byłam jedynaczką. Gdybym była milsza i ładniejsza, ojciec by od nas nie odszedł. Matka zawsze tak mówiła. Mówiła, że od urodzenia jestem brzydka i że dlatego nas rzucił.

– Nie jesteś brzydka – powiedział cicho Kafuku. – Tylko twoja matka chciała tak myśleć.

Misaki znów wzruszyła lekko ramionami.

– Zwykle taka nie była, ale kiedy się napiła, zaczynała gadać. W kółko to samo powtarzała. Mnie to raniło. Może nie powinnam tak mówić, ale poczułam ulgę, kiedy umarła.

Tym razem milczenie trwało dłużej.

– A ty masz przyjaciół? – zapytał Kafuku.

Misaki potrząsnęła głową.

– Nie mam przyjaciół.

– Dlaczego?

Nie odpowiedziała. Zmrużyła oczy i patrzyła prosto przed siebie.

Kafuku przymknął powieki i próbował się zdrzemnąć, ale nie mógł zasnąć. Samochód ciągle się zatrzymywał, a ona za każdym razem pracowicie zmieniała biegi. Ciężarówka na sąsiednim pasie to przesuwała się przed saaba, to zostawała trochę za nim, jak wielki cień przeznaczenia.

– Ostatni raz miałem przyjaciela prawie dziesięć lat temu – odezwał się Kafuku, rezygnując ze spania i ot­wierając oczy. – Chyba powinienem powiedzieć, kogoś w rodzaju przyjaciela. To był bardzo dobry facet, młodszy ode mnie o jakieś sześć, siedem lat. Lubił się napić, ja mu często towarzyszyłem i rozmawialiśmy na różne tematy.

Misaki lekko przytaknęła i czekała na dalszy ciąg. Kafuku wahał się chwilę, ale potem zdecydował się mówić dalej.

– Prawdę powiedziawszy, ten mężczyzna przez pewien czas sypiał z moją żoną. Nie wiedział, że ja wiem.

Zrozumienie tego, co powiedział, zajęło Misaki dłuższą chwilę.

– To znaczy uprawiał z pana żoną seks?

– Tak. Myślę, że w ciągu trzech lub czterech miesięcy kilka razy uprawiał z moją żoną seks.

– A jak pan się o tym dowiedział?

– Ona to oczywiście ukrywała, ale ja się po prostu zorientowałem. Długo musiałbym tłumaczyć. W każdym razie nie miałem wątpliwości. Nie wymyśliłem sobie tego.

Samochód tkwił w korku, a Misaki poprawiła obiema rękami lusterko wsteczne.

– Czy to, że sypiał z pana żoną, nie stanowiło przeszkody w przyjaźnieniu się z nim?

– Raczej wręcz przeciwnie – odpowiedział Kafuku. – Zaprzyjaźniłem się z nim właśnie dlatego, że żona z nim sypiała.

Misaki milczała. Czekała na wyjaśnienie.

– Jak by to powiedzieć…? Chciałem zrozumieć, dlaczego zaczęła z nim sypiać. Dlaczego musiała to robić? A przynajmniej taki miałem motyw na początku.

Misaki wzięła głęboki oddech. Jej pierś uniosła się powoli pod marynarką i opadła.

– Nie było panu ciężko na sercu? Kiedy pan pił i rozmawiał z kimś, kto sypia z pana żoną?

– Pewnie, że było mi ciężko. Zmuszało mnie to do myślenia o rzeczach, o których nie chciałem myśleć. Przypominało mi o rzeczach, których nie chciałem sobie przypominać. Ale grałem. To w końcu mój zawód.

– Stawał się pan kimś innym.

– Właśnie.

– A potem znowu stawał się pan sobą.

– Właśnie – potwierdził Kafuku. – Choćby człowiek nie chciał, staje się znów sobą. Ale stoi wtedy już trochę w innej pozycji. Taka jest zasada. Nie jest już się całkowicie tą samą osobą.

Zaczął padać drobny deszczyk, więc Misaki włączyła na chwilę wycieraczki.

– I zrozumiał pan? Dlaczego żona sypiała z tym panem?

Kafuku pokręcił głową.

– Nie, nie zrozumiałem. Myślę, że miał w sobie cechy, których ja nie mam. To znaczy pewnie było wiele takich cech. Ale nie wiem, która z nich najbardziej ją pociągała. Trudno szczegółowo coś takiego ustalić. Związki między ludźmi, a szczególnie między kobietą i mężczyzną, funkcjonują na bardziej ogólnym poziomie. Są bardziej niejasne, bardziej egoistyczne, bardziej bolesne.

Misaki zastanawiała się nad tym przez chwilę. A potem powiedziała:

– Ale przyjaźnił się pan dalej z tym panem, mimo że pan nie rozumiał?

Kafuku jeszcze raz zdjął baseballówkę i położył na kolanach. Mocno potarł głowę dłonią.

– Jak by to powiedzieć? Jak się raz zacznie poważnie grać, trudno znaleźć powód, żeby przestać. Choć ciężko jest człowiekowi na duszy, nie da się tej gry zatrzymać, tak długo, dopóki nie przybierze właściwego kształtu. Tak samo jak w muzyce, dopóki nie odnajdzie się właściwego akordu, utwór nie ma właściwego zakończenia… Wiesz, o co mi chodzi?

Misaki wyjęła z paczki jednego marlboro, włożyła do ust, ale nie zapaliła. Nigdy nie paliła, kiedy dach był opuszczony. Tylko trzymała papierosa między wargami.

– Czy on w tym czasie dalej sypiał z pana żoną?

– Nie, nie sypiał – odparł Kafuku. – Aż tak daleko… to byłoby zbyt nienaturalne. Zaprzyjaźniłem się z nim niedługo po śmierci żony.

– Naprawdę się pan z nim zaprzyjaźnił? Czy to jednak była tylko gra?

Kafuku zastanowił się nad tym.

– Jedno i drugie. Sam już nie wiedziałem, gdzie jedno się zaczyna, a drugie kończy. Prawdziwa gra to właśnie coś takiego.

Kafuku