Mężczyzna w czerwonym płaszczu - Julian Barnes - ebook + książka
NOWOŚĆ

Mężczyzna w czerwonym płaszczu ebook

Julian Barnes

2,7

44 osoby interesują się tą książką

Opis

„Moglibyśmy zacząć od pocisku i pistoletu, z którego został wystrzelony. To zwykle działa: solidna zasada teatru mówi, że jeśli pokażesz pistolet w pierwszym akcie, w ostatnim z pewnością padnie z niego strzał. Lecz jaki pistolet i jaki pocisk? W tamtych czasach było ich tak wiele.”

„Lub też możemy zacząć, prozaicznie, od płaszcza. Czy nieuczciwym jest zaczynać od płaszcza, a nie od człowieka, który w nim jest? Lecz płaszcz, a raczej jego przedstawienie, to obraz tego, jak dzisiaj go pamiętamy, jeśli pamiętamy go w ogóle. Co czułby w tej sytuacji? Ulgę, rozbawienie, lekką urazę? To zależy od tego jak, z dystansu, odczytujemy jego postać.”

Latem 1885 roku trzech Francuzów przyjechało do Londynu na kilkudniowe zakupy. Jeden z nich był księciem, jeden hrabią, a trzeci zwykłym człowiekiem o włoskim nazwisku, który cztery lata wcześniej został bohaterem jednego z najbardziej znanych portretów Johna Singera Sargenta. Zwykłym człowiekiem był Samuel Pozzi, lekarz dobrego towarzystwa, pionier ginekologii i wolnomyśliciel – racjonalny naukowiec z niezwykle skomplikowanym życiem osobistym.

Życie Pozziego toczyło się na tle paryskiej Belle Epoque. Piękny wiek przepychu i przyjemności często ukazywał swoją brzydką stronę: histeryczną, narcystyczną, dekadencką i pełną przemocy, czas szerzących się uprzedzeń i ideologii krwi i ziemi, który miał w sobie więcej podobieństw do naszego wieku, niż możemy to sobie wyobrazić.

"Mężczyzna w czerwonym płaszczu" jest świeżym, a jednocześnie oryginalnym portretem Belle Epoque – jej bohaterów i łajdaków, pisarzy, artystów i myślicieli – i życia człowieka, który wyprzedzał swój czas. Błyskotliwa, zaskakująca i poprzedzona głębokimi badaniami nowa książka Juliana Barnesa oświetla owocną i długotrwałą wymianę idei pomiędzy Wielką Brytanią i Francją oraz stanowi przekonujący argument za utrzymaniem jej przy życiu.

Julian Barnes jest autorem kilkunastu powieści, laureatem Nagrody Bookera. Napisał także trzy zbiory opowiadań, cztery zbiory esejów i cztery książki z kategorii non-fiction. Otrzymał Legię Honorową.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału THE MAN IN THE RED COAT

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaAnna Landowska

KorektaJan Jaroszuk

Copyright © Julian Barnes 2019 Copyright © for the Polish translation by Iwona Chlewińska, 2020

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9763-6

Skład wersji elektronicznej [email protected]

W czerwcu 1885 roku trzech Francuzów przyjechało do Londynu. Jeden z nich był księciem, drugi hrabią, a trzeci zwykłym człowiekiem o włoskim nazwisku. Książę potem mówił, że ich celem były „intelektualne i dekoracyjne zakupy”.

Moglibyśmy także rozpocząć poprzedniego lata w Paryżu, wraz z Oscarem i Constance Wilde’ami podczas ich miesiąca miodowego. Oscar czyta wydaną ostatnio francuską powieść i – pomimo okoliczności – ochoczo udziela wywiadów prasie.

Moglibyśmy też zacząć od pistoletu i wystrzelonego zeń pocisku. To zwykle działa: znana w teatrze reguła mówi, że jeśli pokażesz pistolet w pierwszym akcie, w ostatnim z pewnością padnie z niego strzał. Lecz jaki pistolet i jaki pocisk? W tamtych czasach było ich tak wiele.

Moglibyśmy nawet rozpocząć po drugiej stronie Atlantyku, w Kentucky, w 1809 roku, kiedy to Ephraim McDowell, syn szkockich i irlandzkich imigrantów, operował Jane Crawford, aby usunąć zawierającą piętnaście litrów płynu cystę na jajniku. Ten wątek historii ma przynajmniej szczęśliwe zakończenie.

Następnie jest mężczyzna, który leży na łóżku w Boulogne-sur-Mer – być może z żoną u boku, być może sam – i zastanawia się, co zrobić. Nie, to niezupełnie tak: wiedział, co zrobić, po prostu nie wiedział, kiedy będzie albo czy w ogóle będzie w stanie zrobić to, na czym mu zależało.

Lub też moglibyśmy zacząć, prozaicznie, od płaszcza. Chociaż może lepiej nazwać go szlafrokiem. Czerwony – albo też, dokładniej, szkarłatny – długi, od szyi do kostek, spod którego dokoła nadgarstków i przy szyi wyglądają białe lniane falbanki. Poniżej pantofel z brokatu wprowadza do kompozycji szczyptę żółci i błękitu.

Czy nieuczciwie jest zaczynać od płaszcza zamiast od człowieka, który go nosi? Lecz płaszcz – a raczej jego przedstawienie – to obraz tego, jakim dzisiaj pamiętamy jego właściciela, jeśli pamiętamy w ogóle. Co czułby w tej sytuacji? Ulgę, rozbawienie, lekką urazę? To zależy od tego, jak z dystansu odczytujemy jego postać.

Ten płaszcz przypomina nam o innym płaszczu, namalowanym przez tego samego artystę. Otula pewnego przystojnego młodego mężczyznę z dobrej – a przynajmniej prominentnej – rodziny. Lecz mimo że młody człowiek pozuje najsłynniejszemu w tamtych czasach twórcy portretów, nie wygląda na szczęśliwego. Jest dość ciepło, lecz płaszcz, który polecono mu włożyć, został uszyty z ciężkiego tweedu i przeznaczony na zupełnie inną porę roku. Model skarży się malarzowi na ten wybór. Malarz – a znamy jedynie jego słowa, nic zatem nie możemy powiedzieć o ich tonie, na skali od łagodnego przekomarzania się przez zawodowe polecenia aż po apodyktyczną pogardę – odpowiada: „Nie chodzi o ciebie, chodzi o płaszcz”. To prawda, podobnie jak w przypadku czerwonego szlafroka, że teraz lepiej pamiętamy płaszcz niż jego młodego właściciela. Sztuka przetrwa indywidualną zachciankę, rodzinną dumę, ortodoksję społeczeństwa; sztuka zawsze ma czas po swojej stronie.

Zacznijmy więc od tego, co namacalne, konkretne, codzienne: od czerwonego płaszcza. Ponieważ takie właśnie było moje pierwsze spotkanie z obrazem i mężczyzną: w 2015 roku, w National Portrait Gallery, gdy płótno zostało wypożyczone z Ameryki. Teraz płaszcz nazywam szlafrokiem; ale to także nie do końca poprawne. Właściwie nie widać, czy mężczyzna ma pod spodem koszulę nocną – chyba że te koronkowe mankiety i kołnierz byłyby jej częścią, co wydaje się mało prawdopodobne. A może to okrycie nazwiemy płaszczem dziennym? Jego właściciel niedawno wstał z łóżka. Wiemy, że obraz był malowany przedpołudniami, a potem artysta i model razem jadali lunch; wiemy także, że żonę modela zadziwiał wielki apetyt malarza. Wiemy, że bohater znajduje się we własnym domu, ponieważ mówi o tym tytuł obrazu. „Dom” zobrazowany jest głębszym odcieniem czerwieni – tłem w kolorze burgunda otaczającym szkarłatną postać. Ciężkie zasłony związano sznurem; dalej widać pas innej tkaniny, który bez żadnej wyraźnej linii podziału zlewa się z podłogą w tym samym kolorze. Wszystko jest nadzwyczaj teatralne: wyrafinowanie widać nie tylko w pozie, ale także w stylu malarskim.

Obraz powstał cztery lata przed wspomnianą podróżą do Londynu. Sportretowany mężczyzna – zwykły człowiek o włoskim nazwisku – ma trzydzieści pięć lat, jest przystojny, nosi brodę, spogląda pewnie ponad nasze prawe ramię. Jest krzepki, lecz smukły, i stopniowo, po pierwszym wrażeniu, jakie budzi obraz, kiedy już zaczynamy myśleć, że „chodzi tylko o płaszcz”, zdajemy sobie sprawę, że tak nie jest. Bardziej chodzi o ręce. Lewa spoczywa na biodrze, prawa na piersi. Palce stanowią najbardziej ekspresyjną część obrazu. Każdy z nich został inaczej przedstawiony: w pełni wyciągnięty, zgięty w połowie, całkowicie zgięty. Jeśli model poprosiłby nas, żebyśmy odgadli jego profesję, moglibyśmy myśleć, że jest pianistą wirtuozem.

Prawa ręka na piersi, lewa ręka na biodrze. A może bardziej sugestywnie: prawa na sercu, lewa na lędźwiach. Czy taka była po części intencja artysty? Trzy lata później namalował on portret kobiety z towarzystwa, który wywołał skandal na Salonie. (Czy Paryż okresu belle époque mógł być zaszokowany? Z pewnością; i mógł być równie obłudny jak Londyn). Prawa ręka bawi się czymś, co wygląda na kołeczek służący jako zapięcie. Lewa ręka jest zaczepiona o jeden z bliźniaczych sznurów w pasie płaszcza, które są odzwierciedleniem sznurów podtrzymujących zasłony w tle. Oko podąża za nimi aż do skomplikowanego węzła, z którego zwisają dwa miękkie, puszyste frędzle, jeden na drugim. Wiszą tuż poniżej kroku, jak szkarłatny fallus byka. Czy artysta miał taką intencję? Kto to wie? Nie pozostawił żadnego opisu obrazu. Ale był równie przebiegłym, jak i wspaniałym malarzem; a także malarzem wspaniałości, który nie bał się kontrowersji, a nawet do nich dążył.

Poza jest szlachetna, heroiczna, lecz ręce czynią postać bardziej subtelną i złożoną. Nie ręce koncertowego pianisty, jak się okazuje, lecz lekarza, chirurga, ginekologa.

A szkarłatny penis? Wszystko w swoim czasie.

*

Tak więc wróćmy do wspomnianej wizyty w Londynie latem 1885 roku.

Książę to Edmond de Polignac.

Hrabia to Robert de Montesquiou-Fezensac.

Zwykły człowiek o włoskim nazwisku to doktor Samuel Jean Pozzi.

Pierwszym przedmiotem ich intelektualnych zakupów był Festiwal Händlowski w Crystal Palace, gdzie usłyszeli oratorium Izrael w Egipcie, uświetniający dwóchsetlecie urodzin kompozytora. Polignac napisał: „Spektakl wywarł olbrzymie wrażenie. Cztery tysiące wykonawców po królewsku fetowało le grand Haendel [sic]”.

Doktor Pozzi w domu, John Singer Sargent (1881)

Trzech klientów miało także list polecający od Johna Singera Sargenta, autora obrazu Doktor Pozzi w domu. Pismo było adresowane do Henry’ego Jamesa, który widział to płótno w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w 1882 roku i którego Sargent mistrzowsko namalował znacznie później, w 1913 roku, kiedy James miał siedemdziesiąt lat. List rozpoczynał się następująco:

Szanowny Panie James,

pamiętam, jak kiedyś powiedział Pan, że okazjonalnie napotkany w Londynie Francuz zbytnio Panu nie wadzi, mam więc śmiałość przedstawić moich dwóch przyjaciół. Jeden z nich to doktor S. Pozzi, mężczyzna w czerwonym płaszczu (nie zawsze), bardzo błyskotliwe stworzenie, a drugi to wyjątkowy, nieziemski Montesquiou.

O dziwo, to jedyny list Sargenta do Jamesa, który przetrwał. Malarz zdaje się być nieświadomy tego, że Polignac także stanowi część towarzystwa, dodatek, który z pewnością zadowoliłby i zainteresował Henry’ego Jamesa. A może nie. Proust zwykł mówić, że książę był jak „opuszczony loch zamieniony w bibliotekę”.

Pozzi miał wówczas lat trzydzieści osiem, Montesquiou trzydzieści, James czterdzieści dwa, a Polignac pięćdziesiąt jeden.

James przez ostatnie dwa miesiące wynajmował dom na terenie Hampstead Heath i miał właśnie wrócić do Bournemouth, lecz odłożył wyjazd. Poświęcił dwa dni, 2 i 3 lipca 1885 roku, na podjęcie tych trzech Francuzów, którzy, jak później pisał, „pragnęli zobaczyć londyński estetyzm”.

Biograf Jamesa, Leon Edel, opisuje Pozziego jako „lekarza wyższych sfer, kolekcjonera książek i ogólnie wykształconego rozmówcę”. Rozmowa nie została zarejestrowana, kolekcja książek dawno uległa rozproszeniu, pozostał tylko lekarz wyższych sfer. W tym czerwonym płaszczu (nie zawsze).

*

Hrabia i książę wywodzili się ze starych arystokratycznych rodów. Hrabia utrzymywał, że pochodzi od muszkietera D’Artagnana i że jego dziadek był adiutantem Napoleona. Babka księcia przyjaźniła się z Marią Antoniną; ojciec był premierem i ministrem spraw zagranicznych w rządzie Karola X i autorem tak zwanych ordonansów lipcowych, których absolutystyczny charakter doprowadził do rewolucji 1830 roku. Pod nowymi rządami ojciec księcia został skazany na „śmierć cywilną”, więc w świetle prawa przestał istnieć. Jednak, we francuskim stylu, nieistniejącemu człowiekowi podczas pobytu w więzieniu pozwalano na wizyty małżonki, czego efektem był Edmond. Na świadectwie urodzenia, w rubryce „ojciec”, martwy cywilnie arystokrata figurował jako „książę nazywany markizem de Chalançon, obecnie w podróży”.

Rodzina Pozzich wywodziła się od włoskich protestantów z doliny Valtellina w północnej Lombardii. Podczas wojen religijnych z początku siedemnastego wieku pewien Pozzi został spalony za wiarę, jako jeden z wielu, w świątyni protestanckiej w Teglio w 1620 roku. Wkrótce potem rodzina przeniosła się do Szwajcarii. Dominique, dziadek Samuela Pozziego, pierwszy przybył do Francji, niespiesznie przejechał przez cały kraj i ostatecznie osiadł w Agen, gdzie został cukiernikiem; zgalicyzował nazwisko rodowe, zmieniając je na Pozzy. Ostatnie z jego jedenaściorga dzieci – nieuchronnie nazwane Benjaminem – zostało duchownym protestanckim w Bergerac. Rodzina pastora była religijna i republikańska, oddana Bogu i świadoma swoich społecznych i moralnych obowiązków. Matka, Inès Escot-Meslon, pochodząca ze szlachty z Périgord, wniosła do małżeństwa uroczy osiemnastowieczny dwór La Graulet, położony kilka kilometrów od Bergerac, o który później Samuel troszczył się i rozbudowywał przez całe życie. Zawsze delikatna i wyczerpana ciążami zmarła, kiedy syn miał dziesięć lat; pastor szybko ponownie się ożenił z „młodą i krzepką” Angielką, Marie-Anne Kempe. Samuel dorastał, mówiąc zarówno po francusku, jak i po angielsku. W 1873 roku powrócił do nazwiska rodowego Pozzi.

*

„Jakie dziwne trio”, duma biograf Pozziego Claude Vanderpooten o tej wycieczce do Londynu. Po części ma na myśli różnice w pozycji społecznej; ale być może także obecność znanego ze swej heteroseksualności zwykłego człowieka obok dwóch arystokratów o „helleńskich skłonnościach”. (I jeśli przypominają postaci z Prousta, to dlatego, że oni wszyscy – częściowo, pośrednio – są z nimi powiązani). Dla paryskich estetów odwiedzających w tamtym czasie Londyn istniały dwa najważniejsze cele podróży: sklep Liberty & Co. otwarty przy Regent Street w 1875 roku i Grosvenor Gallery. Montesquiou podziwiał Oczarowanie Merlina Burne’a-Jonesa na Salonie Paryskim w 1875 roku. Teraz spotkali samego artystę, który zabrał ich do wspólnoty prowadzonej przez Williama Morrisa – gdzie hrabia wybrał kilka tkanin – i do studia Williama De Morgana. Spotkali także Lawrence’a Almę-Tademę. Poszli na Bond Street w poszukiwaniu tweedu i materiałów na garnitury, kapeluszy i płaszczy, i krawatów, i perfum; udali się do Chelsea, by odnaleźć dom Carlyle’a; i do księgarń.

James gościł ich wytrwale. W swojej relacji nazwał Montesquiou „ciekawym, lecz niezbyt poważnym”, a Pozziego „czarującym” (po raz kolejny Polignac chyba przeszedł niezauważony). Zabrał ich na obiad w Reform Club, gdzie zostali przedstawieni Whistlerowi, którego podziwiał Montesquiou. James także zorganizował im wizytę w Pawiej Sali Whistlera w domu magnata okrętowego F. R. Leylanda. W tym czasie Pozzi dostał już telegram od żony jednego z swych sławnych klientów, Alexandre’a Dumasa syna, wzywający go do Paryża.

Z Paryża 5 lipca Pozzi napisał do hrabiego z prośbą, aby ten wrócił do Liberty i poszerzył jego zamówienie o „trzydzieści beli materiału zasłonowego w kolorze wodorostów, którego próbkę załączam. Proszę zapłacić w moim imieniu. Będę dłużny trzydzieści szylingów [sic] i wielką wdzięczność”. Podpisuje się jako „Oddany przyjaciel bractwa prerafaelitów”.

*

Kiedy to „dziwne trio” przybyło do Londynu, żaden z jego członków nie był zbyt znany poza swoim bezpośrednim otoczeniem. Książę Edmond de Polignac miał niezrealizowane ambicje muzyczne i pod wpływem nalegań rodziny spędził wiele lat, podróżując po Europie w sympatycznym, niezbyt entuzjastycznym, teoretycznym poszukiwaniu żony; w jakiś sposób on – bardziej niż ona – zawsze unikał wpadnięcia w sidła. Pozzi już od dziesięciu lat rozwijał karierę lekarza chirurga i lwa salonowego, pracując w publicznych szpitalach, a jednocześnie pozyskując modną prywatną klientelę. Każdy z nich z czasem miał osiągnąć pewien poziom sławy i satysfakcji. Sława ta, jaka by nie była, miała tę zaletę, że opierała się – w stopniu, w jakim to możliwe – na publicznej wiedzy o tym, kim rzeczywiście byli.

Przypadek Montesquiou był bardziej skomplikowany. W świecie, który w dużym stopniu dzielili, z tej trójki znany był najlepiej: osobistość w towarzystwie, dandys, esteta, koneser, błyskotliwy żartowniś, znawca mody. Przejawiał także ambicje literackie, tworząc poezję w nurcie parnasizmu o dokładnym metrum i humorystycznym vers de société[1]. Jako młody bywalec spotkań towarzyskich został kiedyś przedstawiony Flaubertowi w hotelu Le Meurice. Był tak przejęty, że aż stracił mowę (bardzo rzadkie zjawisko), lecz pocieszył się tym, że „przynajmniej dotknąłem jego dłoni i otrzymałem od niego, jeśli nie pochodnię, to bodaj płomień”. Już wtedy zaczynało osaczać hrabiego wyjątkowe i dokuczliwe przeznaczenie: bycia mylonym ze swoim alter ego w powszechnej – lub choćby czytelniczej – świadomości. W życiu i życiu po życiu miał go prześladować jego własny cień.

Montesquiou był trzydziestolatkiem, kiedy w czerwcu 1885 roku przyjechał do Londynu. Dokładnie rok wcześniej, w czerwcu 1884 roku, Joris-Karl Huysmans opublikował swoją szóstą powieść, À rebours[2]– przetłumaczoną na angielski jako Against the Grain lub Against Nature – której bohaterem jest dwudziestodziewięcioletni arystokrata, diuk Jan Floressas des Esseintes. W pięciu poprzednich powieściach Huysmans trzymał się realizmu Zoli; teraz to wszystko odrzucił. Na wspak jest oniryczną, medytacyjną biblią dekadencji. Des Esseintes to dandys i esteta, cherlawy z powodu zbyt częstej wśród jego przodków endogamii, ostatni z rodu, o dziwnych i zdemoralizowanych gustach, miłości do strojów, biżuterii, zapachów, rzadkich i wspaniale oprawionych książek. Huysmans, mało ważny urzędnik służby cywilnej, który znał Montesquiou tylko ze słyszenia, uzyskał pobieżny opis domu hrabiego od swojego przyjaciela, poety Mallarmégo. Hrabia miał nowatorskie, specyficzne poglądy na temat wystroju domu: umieścił tam sanki na skórze niedźwiedzia polarnego, elementy mebli kościelnych, cały wybór jedwabnych skarpet w szklanej gablocie i żywego, pokrytego złotem żółwia. Te szczegóły były autentyczne i to drażniło Montesquiou, ponieważ niektórzy czytelnicy mogli usłyszeć dźwięk klucza otwierającego przed nimi sekretne drzwi roman à clef – powieści z kluczem – i uznać, że cała reszta powieści także jest prawdą. Opowiadano historię o tym, że Montesquiou kiedyś zamówił unikatowe dzieła u księgarza, który przypadkowo był jednym z przyjaciół Huysmansa; kiedy hrabia przyszedł je odebrać, księgarz, nie poznawszy go, skomentował irytująco: „No cóż, monsieur, te książki pasują do des Esseintes’a”. (A, być może, właśnie hrabiego poznał).

Oto inne podobieństwo. Rok przed tym, kiedy Montesquiou wybrał się na swoją pierwszą wycieczkę do Londynu, jego tajemniczy fikcyjny odpowiednik wyruszył w podróż z dokładnie takim samym zamiarem, a ta „podróż” stanowi jeden z najsłynniejszych rozdziałów książki. Des Esseintes mieszka w duchowym, podmiejskim odosobnieniu w Fontenay; pewnego ranka prosi swego lokaja, żeby ten naszykował mu garnitur zamówiony w Londynie, gdzie wszyscy eleganccy paryżanie kupują ubrania. Jedzie pociągiem do Paryża i wysiada na dworcu w Sceaux. Pogoda jest paskudna. Bierze dorożkę, którą wynajmuje na godzinę. Dorożka zawozi go najpierw do księgarni Galignaniego przy rue Rivoli, gdzie des Esseintes z uwagą ogląda przewodniki po Londynie. Przeglądając bedeker, znajduje listę galerii sztuki w Londynie, co sprawia, że zaczyna marzyć o współczesnej sztuce brytyjskiej, szczególnie o dziełach Millais’a i G. F. Wattsa; obrazy tego drugiego wydają mu się jakby „naszkicowane przez Gustawa Moreau, chorego już”[3]. Pogoda na zewnątrz staje się coraz bardziej wstrętna; „w Paryżu, podczas tej ohydnej pogody, brał już zaliczkę na Anglię”[4]. Dorożkarz zabiera go do restauracji Bodega, która, pomimo nazwy, jest ulubionym miejscem spotkań Anglików; to tutaj emigranci i turyści mogą znaleźć wina likierowe. Widzi „stoliki – zastawione koszykami pełnymi herbatników Palmersa, ciastek słonych i kruchych, talerzami, na których piętrzyły się cieniutkie plasterki mięsiw i sandwicze w mdłych powłokach tające piekielne musztardowe synapizmy”[5]. Wypija kieliszek porto, potem sherry amontillado. Otaczają go Anglicy, którzy w jego oczach zmieniają się w postaci z Dickensa. „Zaszył się w tym zmyślonym Londynie”[6].

Odzywa się głód; jedzie do tawerny przy rue d’Amsterdam, naprzeciwko dworca Saint-Lazare, skąd odjeżdża pociąg do portu promowego. Można w niej rozpoznać Austin’s Bar, kiedyś English Tavern, później Bar Britannia (nadal zachowany jako Hotel Britannia). Jego kolacja składa się z tłustej zupy ogonowej, wędzonego łupacza, pieczeni wołowej z ziemniakami, sera stilton i ciasta rabarbarowego; wypija dwie pinty ale, szklankę portera, kawę wzmocnioną ginem, a następnie brandy; pomiędzy porterem a kawą wypala papierosa.

W tawernie, podobnie jak w Bodedze, otoczyli go „wyspiarze o fajansowych oczach, minach rozważnych lub aroganckich, cerze szkarłatnej, przeglądali cudzoziemską prasę; jadły obiad jedynie kobiety, bez kawalerów, w swoim damskim towarzystwie: krzepkie Angielki o chłopięcych twarzach, zębach szerokich jak szpachle, policzkach rumianych jak jabłka, długorękie i długonogie. Ze szczerym entuzjazmem pałaszowały rump-steak pie”[7].

(Kwestia Angielek. W tamtym czasie we Francji były one wyśmiewane, uważane za wielkie, rumiane, dziwne kobiety, które spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu i stoją zdecydowanie niżej od Francuzek, a szczególnie paryżanek, które uosabiają doskonałość gatunku. Często pisało się, że Angielki były osobliwie nieprzebudzone seksualnie, o co z kolei można jedynie winić Anglików, niezdolnych do przekształcenia swoich żon – a nawet swoich kochanek – w istoty pełne seksualności. Przekonanie, że Brytyjczycy i seks to przedmiot pełnej niepokoju troski, to utrzymujący się dogmat. Pamiętam swoją wizytę w Paryżu wkrótce po tym, jak wybuchł skandal po ujawnieniu związku księcia Karola z Camillą Parker-Bowles, trwającego przez całe małżeństwo z „LaddyDi”, jak nazywali ją Francuzi. „Nadzwyczajne” – doszedł do mnie szept niejednego uradowanego paryżanina – „wybrać kochankę, która jest brzydsza od własnej żony!”. (Doprawdy, ci Anglosasi, ils sont incorrigibles).

Des Esseintes nadal może zdążyć na pociąg, lecz zaczyna rozmyślać o tym, że kiedy ostatnio podróżował za granicę – do Holandii – z nadzieją, iż holenderskie życie będzie przypominało holenderską sztukę, został brutalnie odarty ze złudzeń. A co, jeśli życie w Londynie podobnie nie spełni wyrobionych dzięki Dickensowi opinii? „Po kiego licha się ruszać”, zapytywał sam siebie, „skoro można tak wspaniale wojażować na krześle? Czyż nie znalazł się już w Londynie?”[8]. Po co ryzykować rzeczywistość, kiedy wyobraźnia może być równie, jeśli nie bardziej, interesująca? I tak oto wierny, lecz drogi dorożkarz zabiera go z powrotem na dworzec w Sceaux, skąd des Esseintes wraca do domu.

Montesquiou zdążył na pociąg, des Esseintes z niego zrezygnował; Montesquiou jest towarzyski, des Esseintes jest odludkiem; Montesquiou nie rozmyślał zbyt wiele o religii (oprócz jej artefaktów), des Esseintes, podobnie jak jego twórca, umęczony zmierzał w kierunku Rzymu. I tak dalej. Lecz nadal des Esseintes „był” Montesquiou: świat wiedział. Ja także wiedziałem, ponieważ kiedy w 1967 roku kupiłem wydane przez Penguin Na wspak, na okładce zobaczyłem portret księcia Roberta de Montesquiou pędzla Boldiniego.

*

Des Esseintes nigdy nie dotarł do Londynu, podobnie jak Huysmans; Na wspak zostało zaś przetłumaczone na angielski dopiero w 1922 roku, piętnaście lat po śmierci autora i rok po śmierci Roberta de Montesquiou. Lecz książka przekroczyła kanał La Manche w inny sposób, przybywając do Londynu dokładnie 3 kwietnia 1895 roku po południu. Ona – lub przynajmniej jej tytuł i zawartość – została przedstawiona jako dowód przez radcę królewskiego Edwarda Carsona w sądzie Old Bailey podczas pierwszego z trzech procesów Oscara Wilde’a. Adwokat lorda Queensberry zadaje pytanie o scenę w powieści Wilde’a Portret Doriana Graya. Dotyczy ono prezentu podarowanego Grayowi przez lorda Henry’ego Wottona w postaci francuskiej powieści – co samo w sobie wydaje się godne potępienia, jak każda patriotyczna ława przysięgłych mogłaby orzec. Wilde w pierwszej chwili zaprzecza, lecz potem przyznaje, że rzeczywiście chodziło o Na wspak. Jednocześnie próbuje zdystansować się od powieści Huysmansa, mówiąc: „Osobiście za bardzo się nią nie zachwycam” i „Uważam, że to źle napisana książka”.

Hrabia Robert de Montesquiou, Giovanni Boldini (1897)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1Vers de société (franc.) – lekka poezja, tworzona ze szczególnym dowcipem i błyskotliwością, skierowana do wyrafinowanej publiczności (przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 J.-K. Huysmans, Na wspak, przeł. J. Rogoziński, Warszawa 1976.

3 Tamże, s. 181.

4 Tamże, s. 178.

5 Tamże, s. 182.

6 Tamże, s. 184.

7 Tamże, s. 186.

8 Tamże, s. 189.

Od autora

„Szowinizm jest jedną z form ignorancji”. Pisałem tę książkę w ostatnim roku przed pełnym złudzeń, masochistycznym wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. A maksyma doktora Pozziego często przychodziła mi na myśl, ponieważ angielskie elity polityczne, niezdolne myśleć po europejsku (niechętne temu albo zbyt na to głupie), nieustająco zachowywały się tak, jakby utożsamiały to, czego same chcą, z tym, co ma się wydarzyć. Anglicy (nie chodzi o ogół Brytyjczyków) często chełpili się swoim wyspiarskim rodowodem, brakiem zainteresowania „innymi”, preferując trywialne żarty i bezzasadne oszczerstwa. Minister spraw zagranicznych podczas konferencji Partii Konserwatywnej w 2018 roku wprost porównał Unię Europejską do Związku Radzieckiego. Na krajach bałtyckich, podobnie jak na innych, które przez dziesiątki lat pozostawały pod radziecką okupacją, nie zrobiło to wrażenia. Lecz potem ówczesny minister spraw zagranicznych podczas kampanii brexitowej porównał ambicje Unii Europejskiej wobec Europy do ambicji Hitlera. Zdanie Barbeya d’Aurevilly także pasuje tu jak ulał: „Anglia, ofiara swojej historii, zrobiwszy krok ku przyszłości, teraz cofnęła się i przysiadła w swojej przeszłości”. Istnieje wiele powodów, aby niepokoić się obecnym angielskim (nie brytyjskim – angielskim) stosunkiem do Europy. Jestem synem nauczycieli języka obcego, których – gdyby żyli – zasmuciłby spadek poziomu nauczania języków nowożytnych. „Och, wszyscy mówią teraz po angielsku”, często słychać te pełne samozadowolenia słowa. Ale jak każdy nauczyciel lub student języków wie, rozumieć obcy język oznacza rozumieć tych, którzy się nim posługują; a co więcej, rozumieć, jak oni postrzegają i rozumieją twój kraj. To rozwija wyobraźnię. Zatem teraz rozumiemy innych gorzej, podczas gdy oni nadal rozumieją nas lepiej; oto kolejny żałosny dowód samoizolacji.

Mimo wszystko nadal nie jestem pesymistą. Czas spędzony w odległej, dekadenckiej, rozgorączkowanej, brutalnej, narcystycznej i neurotycznej belle époque wprowadził mnie w pogodny nastrój. Głównie ze względu na postać Samuela Jeana Pozziego. Którego przodkowie przybyli do Francji z Włoch. Którego ojciec poślubił Angielkę en secondes noces. Którego brat przyrodni poślubił Angielkę w Liverpoolu. Który miał garnitury i zasłony uszyte z materiału przysłanego z Londynu. Który odwiedził nasze wyspy w 1876 roku, żeby odnaleźć Josepha Listera i poznać procedury listeryzmu. Który przetłumaczył Darwina. Który wysiadł z pociągu kursującego do portu promowego w Londynie w 1885 roku, by przez kilka dni dokonywać intelektualnych i dekoracyjnych zakupów. Który był racjonalny, uczony, postępowy, światowy i nieustająco dociekliwy; który witał każdy nowy dzień z entuzjazmem i ciekawością; który wypełnił swoje życie medycyną, sztuką, książkami, podróżami, towarzystwem, polityką i tak intensywnym seksem, jak to tylko możliwe (chociaż wszystkiego nie wiemy). Na szczęście, nie był bez wad. Niemniej i tak nazwałbym go bohaterem.

JB, Londyn, maj 2019

Podziękowania

Chciałbym podziękować: Jeanowi-Pierre’owi Aoustinowi, Suryi Bowyer, Alexandre’owi Burinowi, doktorowi Philipowi Cavendishowi, Davidowi Chapmanowi, doktorowi Jamesowi Connolly’emu, profesor Caroline de Costa, Vanessie Guignery, profesor Lesley Higgins, Kathryn Johnson, Elaine Kilmurray, Brendanowi Kingowi, Hermione Lee, Francesce Miller, profesorowi Brianowi Nelsonowi, Rogerowi Nicholsowi, Richardowi Ormondowi, Camille Ondet, Sumayi Partner, Grahamowi Robbowi, profesorowi Richardowi Sonnowi, Teresie Vernon, Stephenowi Walshowi i doktorowi Olivierowi Walusinskiemu. To ostatnia moja książka, którą wydaje Dan Franklin, i chciałbym mu podziękować za ponad dwadzieścia pięć lat przyjaznego i uspokajającego profesjonalizmu.