Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Mężczyzna na plaży. Śmierć fotografa (Piramida. Część 2) ebook

Henning Mankell

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mężczyzna na plaży. Śmierć fotografa (Piramida. Część 2) - Henning Mankell

Po 9 powieściach z Kurtem Wallanderem pora na domknięcie cyklu i ujawnienie początków kariery słynnego komisarza. W 3 częściach publikujemy opowiadania Henninga Mankella ukazujące 20 nieznanych do tej pory lat z życia Wallandera.

Jak każdy doświadczony glina, Kurt Wallander był kiedyś żółtodziobem. O tym na razie wiemy niedużo – tylko z jego wspomnień pojawiających się w powieściach. Jakie musiał przejść próby? O czym marzył młody policjant, zanim trafił do wydziału kryminalnego? Na te i na wiele innych pytań odpowie 5 opowiadań kryminalnych, które w Szwecji ukazały się w zbiorze zatytułowanym „Piramida”. Oto kolejne z nich.

Mężczyzna na plaży

Skania, wiosna 1987 roku, w taksówce umiera mężczyzna. Sekcja zwłok wykazuje, że został profesjonalnie otruty. Komisarz usiłuje rozwiązać tę dziwną sprawę i szuka śladów w ostatnim miejscu pobytu ofiary: w nadmorskiej osadzie, gdzie mężczyzna spacerował po plaży.

Śmierć fotografa

Do fotograficznego atelier przychodzi rano sprzątaczka i odkrywa zwłoki. Przyczyną śmierci właściciela zakładu był cios ciężkim narzędziem w głowę. Czy odrażające zdjęcia, znalezione w albumie fotografa przez Kurta Wallandera, mają związek z zabójstwem?

Opinie o ebooku Mężczyzna na plaży. Śmierć fotografa (Piramida. Część 2) - Henning Mankell

Fragment ebooka Mężczyzna na plaży. Śmierć fotografa (Piramida. Część 2) - Henning Mankell

Tytuł oryginału: Mannen på strandem, Fotografens död

Copyright:Pyramiden © 1999 by Henning Mankell Published by agreement with Leopard Förlag AB, Stockholm and Leonhardt & Høier Literary Agency A/S, Copenhagen

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Przekład: Irena Kowadło-Przedmojska

Redakcja: Małgorzata Denys

Korekta: Marzena Jaguszewska

Adiustacja: Zuzanna Kowalska

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych oraz zdjęcie: Anna Sadowska

Wydawnictwo WA.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-319-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Mężczyzna na plaży

Dwudziestego szóstego kwietnia 1987 roku po południu inspektor Kurt Wallander siedział w swoim pokoju w komendzie policji w Ystad i wycinał wystające z nosa włoski. Właśnie minęła piąta. Przed chwilą zamknął segregator zawierający materiał z ciągnącego się w nieskończoność śledztwa w sprawie gangu, który przerzucał do Polski skradzione w Szwecji luksusowe samochody. Wliczając przerwy, dochodzenie obchodziło już niesławną dziesiątą rocznicę. Rozpoczęło się niedługo po tym, jak Wallander przeniósł się do Ystad. Często się zastanawiał, czy nadal będzie trwało w odległym jeszcze dniu jego przejścia na emeryturę.

Tego dnia biurko Wallandera wyglądało wyjątkowo porządnie. Przez długi czas panował na nim nieopisany bałagan, lecz Wallander, który od kilku dni był słomianym wdowcem, przesiadywał ostatnio dużo w pracy pod pretekstem złej pogody.

Mona i Linda wybrały się na dwutygodniowe wczasy na Wyspy Kanaryjskie. Dla Wallandera było to całkowitym zaskoczeniem. Nie wiedział, że Mona ma odłożone pieniądze, a Linda również nic nie wspominała o wyjeździe. Mimo protestów rodziców Linda przerwała naukę w liceum i teraz, niepewna swojej przyszłości, była wciąż zmęczona i poirytowana. Wallander odwiózł je wcześnie rano na Sturup i w drodze powrotnej do Ystad pomyślał, że w gruncie rzeczy chętnie spędzi dwa tygodnie w samotności. W jego małżeństwie się nie układało. Nie potrafili temu zaradzić. Jedno było oczywiste: w ostatnich latach ich związek trzymał się wyłącznie za sprawą Lindy. Co będzie teraz, kiedy Linda przestała chodzić do szkoły i zamierza pójść własną drogą?

Wstał i podszedł do okna. Wiatr targał drzewami po drugiej stronie ulicy. Padał drobny deszcz. Termometr wskazywał cztery stopnie. Wiosna wciąż wydawała się odległa.

Włożył kurtkę i wyszedł z pokoju. Zatrudniona w weekendy recepcjonistka siedziała ze słuchawką przy uchu. Skinął głową na pożegnanie. Wsiadł do auta i skierował się do centrum. Włączył taśmę z nagraniem Marii Callas i zastanawiał się, co kupi na kolację.

Czy w ogóle robić zakupy? Czy rzeczywiście jest głodny? Irytowało go własne wahanie. Z drugiej strony nie miał ochoty wracać do dawnego zwyczaju żywienia się hamburgerami. Mona coraz częściej wytykała mu, że tyje. I miała rację. Któregoś ranka, kilka miesięcy temu, zobaczył nagle swoją twarz w lustrze i uświadomił sobie, że młodość bezpowrotnie minęła. Niedługo skończy czterdzieści lat. Ale wyglądał starzej. Kiedyś wyglądał na mniej lat, niż miał.

Z uczuciem rozdrażnienia skręcił w Malmövägen i przystanął obok dużego supermarketu. Kiedy zamknął drzwi samochodu, w środku zabrzęczał telefon. W pierwszej chwili postanowił nie odpowiadać. Cokolwiek to jest, niech się tym zajmie ktoś inny. W tej chwili miał dosyć własnych problemów. Otworzył jednak drzwi i sięgnął po słuchawkę.

– Wallander? – usłyszał głos Hanssona, kolegi z pracy.

– Tak.

– Gdzie jesteś?

– Właśnie zamierzam kupić coś do jedzenia.

– Zaczekaj. Przyjedź tutaj. Jestem w szpitalu. Będę czekał przed wejściem.

– Co się dzieje?

– To trochę trudno wytłumaczyć. Najlepiej, jak tu przyjedziesz.

Rozmowa się urwała. Wallander wiedział, że Hansson by nie dzwonił, gdyby nie wydarzyło się coś ważnego. Dojechał do szpitala w kilka minut. Hansson przywitał go przed głównym wejściem. Był zziębnięty. Wallander usiłował wyczytać coś z jego twarzy.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Tam w środku siedzi taksówkarz, nazywa się Stenberg – odparł Hansson. – Pije kawę i jest bardzo wzburzony.

Zaciekawiony Wallander wszedł za Hanssonem przez szklane drzwi.

Szpitalna kawiarnia znajdowała się po prawej stronie. Minęli starszego mężczyznę na wózku, powoli przeżuwającego jabłko. Stenberg siedział sam przy stoIiku. Korpulentny i niemal całkiem łysy mężczyzna po pięćdziesiątce. Nos miał zdeformowany, jak gdyby w młodości był bokserem. Wallanderowi jego twarz wydała się znajoma, ale nie przypominał sobie okoliczności, w jakich go spotkał.

– Poznaje pan komisarza Wallandera? – zwrócił się do niego Hansson.

Stenberg kiwnął głową i wstał, żeby się przywitać.

– Proszę usiąść – rzekł Wallander. – I powiedzieć, co się stało.

Stenberg miał rozbiegany wzrok. Trudno było powiedzieć, czy ze zdenerwowania, czy ze strachu.

– Przyjąłem zamówienie na kurs ze Svarte do miasta – zaczął Stenberg. – Klient miał czekać przy głównej drodze. Nazwisko Alexandersson. Stał tam, kiedy podjechałem. Usiadł z tyłu i poprosił, żeby wysadzić go przy rynku. W lusterku widziałem, że przymknął oczy. Myślałem, że przysypia. Dojechaliśmy do miasta, zatrzymałem się przy rynku i powiedziałem, że jesteśmy na miejscu. Żadnej reakcji. Wysiadłem z auta, otworzyłem drzwi i lekko go dotknąłem. Wcale się nie poruszył, więc pomyślałem, że jest chory, i przywiozłem go do szpitala na ostry dyżur. A tu powiedzieli, że on nie żyje.

Wallander zmarszczył czoło.

– Nie żyje?

– Próbowali go reanimować – wtrącił Hansson. – Ale to nic nie dało.

Wallander chwilę się zastanawiał i powiedział:

– Ze Svarte do miasta jest piętnaście minut drogi. Nic po nim nie było widać, kiedy wsiadał do auta?

– Zauważyłbym, gdyby był chory – odparł Stenberg.

– Zresztą prosiłby chyba o zawiezienie do szpitala?

– Nie widział pan żadnych obrażeń?

– Nic nie widziałem. Miał na sobie garnitur i jasnoniebieski płaszcz.

– Czy trzymał coś w ręku? Torbę lub coś innego?

– Nie. Pomyślałem, że najlepiej zawiadomić policję. Chociaż szpital ma chyba obowiązek to zrobić.

Stenberg odpowiadał szybko i bez wahania. Wallander zwrócił się do Hanssona:

– Czy wiadomo, kim jest zmarły?

Hansson sięgnął po notes.

– Göran Alexandersson, lat czterdzieści dziewięć – odczytał. – Przedsiębiorca w branży elektronicznej. Zamieszkały w Sztokholmie. W portfelu miał sporo pieniędzy. I kilka kart kredytowych.

– Dziwne – stwierdził Wallander. – Może dostał ataku serca. Co mówią lekarze?

– Że ostatecznie wyjaśni to tylko sekcja zwłok. Wallander skinął głową i wstał.

– Zapłaty za kurs powinien pan żądać od spadkobierców – odezwał się do Stenberga. – Skontaktujemy się z panem, gdybyśmy mieli dodatkowe pytania.

– To było nieprzyjemne – oświadczył stanowczo Stenberg. – Ale nie będę wystawiał spadkobiercom rachunku za transport nieboszczyka.

Stenberg wyszedł.

– Chciałbym na niego rzucić okiem – powiedział Wallander. – Nie musisz przy tym być, jak nie chcesz.

– Wolałbym nie – przyznał Hansson. – Spróbuję przez ten czas odnaleźć jego rodzinę.

– Co on robił w Ystad? – zastanawiał się Wallander.

– Trzeba się tego dowiedzieć.

Inspektor przystanął na chwilę przy noszach, znajdujących się w szpitalnym pokoju. Z twarzy zmarłego nie można było nic wyczytać. Spojrzał na jego ubranie. Podobnie jak buty było w bardzo dobrym gatunku. Jeśli okaże się, że zmarły padł ofiarą zbrodni, eksperci będą musieli je zbadać. W portfelu znalazł tylko to, o czym już wiedział od Hanssona. Odbył krótką rozmowę z dyżurnym lekarzem.

– To wygląda na całkowicie naturalną śmierć – rzekł lekarz. – Żadnych śladów przemocy, żadnych obrażeń.

– Kto miałby go zamordować na tylnym siedzeniu taksówki? – zapytał Wallander. – Mimo to chciałbym jak najprędzej dostać wyniki sekcji.

– Zawieziemy go do zakładu medycyny sądowej w Lund – zaproponował lekarz. – Jeżeli policja nie ma nic przeciwko temu.

– Nie – odparłWallander. – Oczywiście, że nie.

Wrócił do komendy i udał się do pokoju Hanssona.

Hansson rozmawiał przez telefon. Wallander czekał, z przygnębieniem przesuwając ręką po brzuchu, który zaczynał wystawać znad paska.

– Rozmawiałem właśnie z biurem Alexanderssona w Sztokholmie. Z sekretarką i jego najbliższym współpracownikiem. Oboje są oczywiście w szoku. Dowiedziałem się, że Alexandersson rozwiódł się dziesięć lat temu.

– Miał dzieci?

– Jednego syna.

– Musimy go odnaleźć.

– To niemożliwe – rzekł Hansson.

– Jak to?

– Syn nie żyje.

Wallandera często irytował okrężny sposób, w jaki Hansson dochodził do sedna sprawy. To był typowy tego przykład.

– Nie żyje? Jak to nie żyje? Czy muszę wszystko z ciebie wyciągać?

Hansson zajrzał do swoich notatek.

– Jego jedyny syn zmarł siedem lat temu. Podobno jakiś wypadek. Nie bardzo zrozumiałem.

– Czy ten syn miał jakieś imię?

– Bengt.

– Spytałeś, co Alexandersson robił w Ystad? Albo w Svarte?

– Powiedział, że bierze tydzień urlopu. Miał się zatrzymać w hotelu Kung Karl. Przyjechał cztery dni temu.

– Jedźmy tam – zdecydował Wallander.

Przez ponad godzinę przeszukiwali pokój hotelowy Alexanderssona. Nie znaleźli nic interesującego. Pusta walizka, ubrania starannie powieszone w szafie i jedna para butów.

– Ani papierka – zauważył zadumany Wallander. – Żadnej książki, nic.

Połączył się z recepcją i zapytał, czy Alexandersson odbierał jakieś telefony lub przyjmował wizyty. Recepcjonistka nie miała wątpliwości. Nie było żadnego telefonu do pokoju 211i nikttam nie przychodził.

– Mieszka w Ystad – zauważył Wallander – ale zamawia taksówkę w Svarte. Ciekawe, jak się tam dostał.

– Sprawdzę w centrali taksówek – rzekł Hansson.

Ruszyli z powrotem do komendy. Wallander stanął przy oknie i w zamyśleniu spoglądał na wieżę wodną po drugiej stronie ulicy. Złapał się na tym, że myśli o Monie i Lindzie. Prawdopodobnie siedzą w ogródku jakiejś restauracji i jedzą kolację. O czym rozmawiają? Na pewno o tym, co Linda zamierza dalej robić. Usiłował wyobrazić sobie ich rozmowę. Ale słyszał tylko szum kaloryfera. Usiadł, żeby sporządzić wstępny raport. Przez ten czas Hansson zdobędzie informacje w firmie taksówkowej w Ystad. Zanim zaczął pisać, przyniósł sobie z jadalni kilka ciasteczek. Około ósmej Hansson zapukał do drzwi i wszedł do pokoju.

– W ciągu czterech dni, które spędził w Ystad, jeździł trzy razy taksówką do Svarte – oznajmił Hansson.

– Wysiadał na peryferiach. Jechał wcześnie rano i zamawiał powrót na popołudnie.

Wallander pokiwał głową.

– To nie jest karalne. Może miał tam kochankę?

Wstał i podszedł do okna. Podniósł się wiatr.

– Sprawdźmy go w naszej bazie danych – odezwał się po chwili. – Na wszelki wypadek. Potem poczekamy na wyniki sekcji.

– To musiał być atak serca – zakończył Hansson, po czym wstał.

– Z pewnością.

W domu Wallander otworzył puszkę mielonego mięsa z ziemniakami. Niemal już zapomniał o Goranie Alexanderssonie. Zjadł swoją marną kolację i wkrótce zasnął przed telewizorem.

Następnego dnia Martinsson, kolega Wallandera, przeszukał wszystkie dostępne rejestry policyjne w poszukiwaniu Görana Alexanderssona. Nic nie znalazł. Martinsson był najmłodszym pracownikiem w zespole śledczym i najszybciej opanował nowinki techniczne.

Wallander spędził dzień nad tajemnicami luksusowych samochodów krążących po Polsce. Wieczorem odwiedził ojca w Löderup i grali przez kilka godzin w karty. Skończyło się na kłótni, kto komu jest winny i ile. W drodze do domu Wallander zastanawiał się, czy na starość będzie podobny do ojca. A może już jest podobny? Porywczy, marudny i zgryźliwy. Powinien kogoś zapytać. Ale chyba nie Monę.

Rano 28 kwietnia Wallander odebrał telefon. Dzwonił lekarz z zakładu medycyny sądowej.

– Dzwonię w sprawie Görana Alexanderssona – powiedział lekarz. Miał na nazwisko Jörne. Wallander znał go jeszcze z czasów, kiedy pracował w Malmö.

– Co to było? – spytał Wallander. – Wylew czy udar?

– Ani jedno, ani drugie – odparł lekarz. – Popełnił samobójstwo albo został zamordowany.

Wallander zaniemówił.

– Zamordowany? Co to ma znaczyć?

– Dokładnie to, co powiedziałem – powtórzył Jörne.

– To niemożliwe. Nie mógł zostać zamordowany w taksówce. Stenberg, który go wiózł, nie ma zwyczaju mordować klientów. I chyba też nie mógł w samochodzie odebrać sobie życia?

– Nie umiem powiedzieć, jak do tego doszło – Jörne był niewzruszony. – Mogę tylko skonstatować, że umarł od trucizny, którą wypił albo zjadł. Moim zdaniem to wskazuje na morderstwo. Ale to już wy musicie wyjaśnić.

Wallander nie odpowiadał.

– Przefaksuję ci papiery – ciągnął Jörne. – Jesteś tam?

– Tak – odezwał się Wallander. – Jestem.

Podziękował Jörnemu i odłożywszy słuchawkę, zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Po chwili połączył się z Hanssonem i poprosił go do siebie. Sięgnął po notes i zapisał w nim dwa słowa.

Göran Alexandersson.

Na zewnątrz wzmagał się wiatr. Gwałtowne sztormowe podmuchy.

Nad Skanią wciąż szalał porywisty wicher. Wallander siedział w swoim pokoju, myśląc o tym, że nadal nie wie, co przydarzyło się mężczyźnie, który kilka dni temu zmarł w taksówce na tylnym siedzeniu. O pół do dziesiątej zamknął za sobą drzwi do pokoju zebrań. W środku czekali już Hansson i Rydberg. Zdziwił się na widok Rydberga. Rydberg miał zwolnienie z powodu bólu kręgosłupa i Wallander nie wiedział, że wrócił do pracy.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Jestem już na miejscu – odparł niechętnie Rydberg. – Co to za historia z facetem zamordowanym na tylnym siedzeniu taksówki?

– Zacznijmy od początku – zaproponował Wallander.

Rozejrzał się po pokoju. Kogoś brakowało.

– Gdzie Martinsson? – zapytał.

– Dzwonił, że ma wrzód w gardle – poinformował Rydberg. – Może Svedberg go zastąpi?

– Zobaczymy, czy to będzie konieczne – powiedział Wallander. Sięgnął po papiery, które nadeszły z Lund, i spojrzał na kolegów.

– To, co na początku tygodnia wydawało się proste, okazało się o wiele bardziej zawiłe, niż przypuszczałem. W taksówce umiera człowiek. Lekarz sądowy w Lund stwierdza, że zgon nastąpił na skutek działania trucizny. Nadal nie wiemy, ile czasu upłynęło od momentu jej zażycia do śmierci. Odpowiedź z Lund przyjdzie za kilka dni.

– Morderstwo czy samobójstwo? – zapytał Rydberg.

– Morderstwo – rzekł stanowczo Wallander. – Trudno mi sobie wyobrazić samobójcę, który połyka truciznę, a potem dzwoni po taksówkę.

– Chyba że zażył truciznę przez pomyłkę? – zasugerował Hansson.

– Mało prawdopodobne. Lekarz mówi, że to mieszanka, która właściwie nie istnieje.

– Co to znaczy? – zdziwił się Hansson.

– Że może ją sporządzić tylko specjalista: lekarz, chemik albo biolog.

W pokoju zapadła cisza.

– Musimy przyjąć, że to zabójstwo – podjął Wallander. – Co właściwie wiemy o Goranie Alexanderssonie?

Hansson przerzucał kartki w swoim notesie.

– Był właścicielem dwóch sklepów ze sprzętem elektronicznym w Sztokholmie – zaczął. – Jeden w Västberdze, drugi przy Norrtull. Mieszkał sam, przy Åsögatan. Chyba nie miał rodziny. Była żona mieszka podobno we Francji. Syn zmarł siedem lat temu. Wszyscy pracownicy, z którymi rozmawiałem, opisują Alexanderssona w ten sam sposób.

– W jaki? – przerwał Wallander.

– Mówią, że był sympatyczny.

– Sympatyczny?

– Tak właśnie mówili: sympatyczny.

Wallander pokiwał głową.

– Coś jeszcze?

– Wygląda na to, że prowadził bardzo uporządkowany tryb życia. Jego sekretarka przypuszcza, że kolekcjonował znaczki. Do biura regularnie przychodziły katalogi. Nie miał chyba bliskich przyjaciół. W każdym razie jego pracownicy nikogo takiego nie znają.

Nikt się nie odzywał.

– Musimy się zwrócić o pomoc do Sztokholmu – przerwał ciszę Wallander. – I trzeba się skontaktować z jego żoną. Ja spróbuję wyjaśnić, co robił w Ystad i w Svarte. Z kim się spotkał? Zbierzemy się po południu, może do tego czasu czegoś się dowiemy.

– Zastanawiam się nad jednym – wtrącił Rydberg.

– Czy można zamordować człowieka bez jego wiedzy?

Wallander skinął głową.

– To interesująca myśl – przyznał. – Ktoś podaje Goranowi Alexanderssonowi truciznę, która zaczyna działać godzinę później. Zapytam o to Jörnego.

– Nie bądź taki pewny, że potrafi na to odpowiedzieć – mruknął pod nosem Rydberg.

Zebranie dobiegło końca. Rozeszli się w różne strony, każdy do swojego zadania. Wallander podszedł do okna z kubkiem kawy w ręku, zastanawiając się, od czego zacząć.

Pół godziny później wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku Svarte. Wiatr powoli słabł. Zza ustępujących chmur wyglądało słońce. Po raz pierwszy w tym roku Kurt miał uczucie, że wreszcie nadchodzi wiosna. Zatrzymał się na skraju Svarte i wysiadł z auta.

Szedł w stronę zabudowań. Po jednej stronie drogi, bliżej wody, stało wiele letnich domów, teraz zamkniętych na cztery spusty.

Po drodze z jednego końca miejscowości na drugi napotkał tylko dwie osoby. Poczuł się raptem nieswojo. Zawrócił i szybko ruszył z powrotem do samochodu.

Zapuścił silnik i wtedy dostrzegł starą kobietę pielącą grządki w ogródku. Wallander wyłączył silnik i wysiadł. Kiedy zamykał drzwi, kobieta spojrzała w jego stronę. Inspektor podszedł do płotu i poniósł rękę w geście przywitania.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – zagadnął.

– Mnie nikt nie przeszkadza – odparła kobieta, przyglądając się mu z zaciekawieniem.

– Nazywam się Kurt Wallander i jestem inspektorem policji w Ystad.

– Gdzieś już pana widziałam – odpowiedziała. – Czy nie w telewizji? W jakiejś debacie?

– Wątpię – powiedział Wallander. – Za to w gazetach pojawiały się niestety moje zdjęcia.

– Nazywam się Agnes Ehn – przedstawiła się kobieta, podając mu rękę.

– Mieszka tu pani przez cały rok? – zapytał Wallander.

– Od wiosny do jesieni. Zwykle przyjeżdżam na początku kwietnia i zostaję do października. Zimą mieszkam w Halmstad. Jestem emerytowaną nauczycielką. Mąż zmarł kilka lat temu.

– Ładnie tu – przyznał Wallander. – Ładnie i spokojnie. Wszyscy się znają.

– Nie wiem – powiedziała. – Bywa, że nie zna się nawet najbliższego sąsiada.

– Nie zwróciła pani przypadkiem uwagi na samotnego mężczyznę, który w ubiegłym tygodniu kilka razy przyjeżdżał do Svarte taksówką? A po południu wyjeżdżał?

Jej odpowiedź go zaskoczyła.

– Korzystał z mojego telefonu, żeby zamówić taksówkę. Cztery dni z rzędu. Jeśli to ten sam mężczyzna.

– Przedstawił się pani?

– Był bardzo uprzejmy.

– Powiedział, jak się nazywa?

– Można być uprzejmym i się nie przedstawić.

– Pytał, czy może skorzystać z telefonu?

– Tak.

– Nie mówił nic więcej?

– Czy coś się stało?

Wallander uznał, że może powiedzieć prawdę.

– On nie żyje.

– To straszne. Co się stało?

– Jeszcze nie wiemy. Wiemy tylko, że nie żyje. Czy domyśla się pani, co on robił w Svarte? Mówił, z kim się spotyka? W jakim kierunku szedł? Czy był sam? Wszystko, co pani pamięta, jest dla nas ważne.

Znów go zaskoczyła jej stanowcza odpowiedź.

– Szedł na plażę – powiedziała. – Z drugiej strony domu jest ścieżka, która prowadzi na brzeg. Szedł tą ścieżką. Potem dalej, na zachód. Wracał dopiero po południu.

– Szedł brzegiem? Sam?

– Tego nie wiem. Linia brzegu zakręca. Może dalej z kimś się spotykał, ale ja już go nie widziałam.

– Czy miał coś ze sobą? Torbę albo jakąś paczkę?

Potrząsnęła przecząco głową.

– Czy sprawiał wrażenie zaniepokojonego?

– Nie zauważyłam.

– Więc wczoraj od pani dzwonił?

– Tak.

– I nie zauważyła pani nic szczególnego?

– Wyglądał na miłego, sympatycznego człowieka. Chciał koniecznie zapłacić za te rozmowy.

Wallander pokiwał głową.

– Bardzo mi pani pomogła – podziękował, podając jej wizytówkę ze swoim numerem telefonu.

– Jeżeli pani sobie cokolwiek przypomni, proszę się odezwać.

– Co za tragedia. Taki miły mężczyzna.

Wallander skinął głową i ruszył za dom, skąd odchodziła ścieżka w kierunku brzegu. Doszedł na skraj wody. Plaża była pusta. Odwrócił i zobaczył Agnes Ehn. Stała za domem, patrząc na niego.

Musiał się z kimś spotkać, pomyślał Wallander. To jedyne, co ma sens. Tylko pytanie z kim.

Wrócił do komendy. W korytarzu zatrzymał go Rydberg i poinformował, że udało mu się odnaleźć mieszkanie byłej żony Alexanderssona na Riwierze.

– Nikt nie odbiera telefonu – dodał. – Spróbuję zadzwonić później.

– W porządku – odparł Wallander. – Daj znać, jak ją złapiesz.

– Przyszedł Martinsson – ciągnął Rydberg. – Ledwie było słychać, co mówi. Odesłałem go do domu.

– Dobrze zrobiłeś – rzekł Wallander.

Wszedł do swojego pokoju, zamknął drzwi i otworzył notes, w którym wcześniej napisał imię i nazwisko Görana Alexanderssona. Kto to był? Kogo spotkałeś na plaży?, myślał. Muszę się tego dowiedzieć.

O pierwszej Wallander poczuł głód. Włożył kurtkę i już zabierał się do wyjścia, kiedy do drzwi zapukał Hansson.

Widać było, że ma coś ważnego do zakomunikowania.

– Mam