Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 490 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mężczyzna, który się uśmiechał - Henning Mankell

Na bezdrożach Skanii ma miejsca tragiczny wypadek samochodowy, w którym ginie znany prawnik. Jego syn, Sten Torstensson, jest przekonany, że doszło do morderstwa, i opowiada o swoich przypuszczeniach komisarzowi Wallanderowi. Ten jednak nie chce mu pomóc, pogrążony w depresji po tym, jak na służbie zabił człowieka. Kiedy Torstensson zostaje zastrzelony, Wallander decyduje się poprowadzić śledztwo. Wkrótce wychodzi na jaw, że ze sprawą wiążą się inne zagadkowe zabójstwa, a każdy krok komisarza śledzi tajemniczy potentat finansowy. Podobnie jak w swoich wcześniejszych powieściach, szwedzki mistrz kryminału stopniowo buduje napięcie, perfekcyjnie kreśląc narodziny zła.

Opinie o ebooku Mężczyzna, który się uśmiechał - Henning Mankell

Fragment ebooka Mężczyzna, który się uśmiechał - Henning Mankell

HEN­NING

MAN­KELL

MĘŻ­CZY­ZNA, KTÓ­RY SIĘ UŚMIE­CHAŁ

prze­ło­ży­ła Ire­na Ko­wa­dło-Przed­moj­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Man­nen som log

Co­py­ri­ght © 1993 by Hen­ning Man­ke­li Pu­bli­shed by agre­ement with Le­opard För­lag AB, Stoc­kholm and Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy aps, Køben­havn

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2007

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2007

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2007

Po­win­ni­śmy się lę­kać nie amo­ral­no­ści wiel­kich lu­dzi, ale tego, że to wła­śnie ona czę­sto pro­wa­dzi do wiel­ko­ści.

Ale­xis de To­cqu­evil­le

1

Mgła.

Jest jak skra­da­ją­cy się bez­sze­lest­nie dra­pież­nik, po­my­ślał.

Nig­dy się nie przy­zwy­cza­ję. Cho­ciaż całe ży­cie miesz­kam w Ska­nii, gdzie mgła ob­le­ka lu­dzi płasz­czem nie­wi­dzial­no­ści.

Była dzie­wią­ta wie­czo­rem je­de­na­ste­go paź­dzier­ni­ka 1993 roku.

Mgła nad­cią­gnę­ła po­śpiesz­nie od stro­ny mo­rza. Wra­cał do domu w kie­run­ku Ystad. Le­d­wie mi­nął Wzgó­rza Brösarp­skie, wje­chał pro­sto w biel.

Na­tych­miast po­czuł sil­ny lęk.

Boję się mgły, po­my­ślał. Po­wi­nie­nem ra­czej bać się czło­wie­ka, któ­re­go wła­śnie spo­tka­łem na zam­ku w Farn­hol­mie. Sym­pa­tycz­ne­go męż­czy­zny i jego wzbu­dza­ją­cych po­strach współ­pra­cow­ni­ków, za­wsze dys­kret­nie trzy­ma­ją­cych się na ubo­czu, gdzie cień skry­wa ich twa­rze. Po­wi­nie­nem my­śleć o nim i o tym, co, jak zro­zu­mia­łem, kry­je się za jego przy­ja­znym uśmie­chem i nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią oby­wa­te­la poza wszel­ki­mi po­dej­rze­nia­mi. Jego po­wi­nie­nem się oba­wiać, a nie mgły nad­cią­ga­ją­cej znad za­to­ki Hanö. Te­raz, gdy już wiem, że bez wa­ha­nia uśmier­ci każ­de­go, kto sta­nie na jego dro­dze.

Włą­czył wy­cie­racz­ki, żeby oczy­ścić przed­nią szy­bę z wil­got­nej pary. Nie lu­bił pro­wa­dzić po ciem­ku. W świa­tłach sa­mo­cho­du z tru­dem roz­róż­niał prze­my­ka­ją­ce przez szo­sę za­ją­ce.

Je­den je­dy­ny raz, po­nad trzy­dzie­ści lat temu, prze­je­chał za­ją­ca. Zda­rzy­ło się to w dro­dze do To­me­lil­li. Był wcze­sny wio­sen­ny wie­czór. Do dziś pa­mię­tał, jak nada­rem­nie do­ci­skał pe­dał ha­mul­ca, i tuż po­tem mięk­ki od­głos ude­rze­nia o ka­ro­se­rię. Za­trzy­mał się i wy­siadł z sa­mo­cho­du. Za­jąc le­żał na szo­sie i prze­bie­rał tyl­ny­mi łap­ka­mi. Gór­ną część cia­ła miał bez­wład­ną, ani na chwi­lę nie spusz­czał z nie­go wzro­ku. On zmu­sił się wte­dy do po­szu­ka­nia ka­mie­nia na po­bo­czu i z za­mknię­ty­mi ocza­mi ude­rzył za­ją­ca w gło­wę. Po­tem szyb­ko wró­cił do sa­mo­cho­du, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Nig­dy nie za­po­mniał oczu zwie­rzę­cia i gwał­tow­nie prze­bie­ra­ją­cych tyl­nych ła­pek. Nie uda­ło mu się uwol­nić od tam­te­go wspo­mnie­nia. Sta­le do nie­go po­wra­ca­ło – za­zwy­czaj gdy naj­mniej się tego spo­dzie­wał.

Usi­ło­wał otrzą­snąć się z nie­przy­jem­ne­go uczu­cia.

Za­jąc, któ­ry nie żyje od trzy­dzie­stu lat, może ko­goś prze­śla­do­wać, ale mu nie za­gra­ża, po­my­ślał. Le­piej uwa­żać na żywe.

Zdał so­bie na­gle spra­wę, że czę­ściej niż zwy­kle spo­glą­da we wstecz­ne lu­ster­ko.

Boję się, my­ślał da­lej. Do­pie­ro w tej chwi­li zda­łem so­bie spra­wę, że ucie­kam. Zro­zu­mia­łem, co kry­je się za mu­ra­mi zam­ku w Farn­hol­mie, i od tego ucie­kam. I wiem, że oni wie­dzą, że ja wiem. Ale jak dużo? Wy­star­cza­ją­co dużo, żeby mo­gli się oba­wiać, że nie do­cho­wam ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej, któ­rej zo­bo­wią­za­łem się prze­strze­gać jako świe­żo upie­czo­ny ad­wo­kat? W za­mierz­chłych cza­sach, kie­dy ta­kie zo­bo­wią­za­nie mia­ło jesz­cze ja­kąś wagę. Czyż­by się bali su­mie­nia sta­re­go ad­wo­ka­ta?

W tyl­nym lu­ster­ku wi­dział ciem­ność. Był sam we mgle. Za nie­speł­na go­dzi­nę bę­dzie w Ystad.

Na chwi­lę po­czuł się le­piej. Więc jed­nak go nie śle­dzi­li. Ju­tro po­dej­mie de­cy­zję, co da­lej ro­bić. Po­roz­ma­wia z sy­nem – współ­pra­cow­ni­kiem i współ­wła­ści­cie­lem kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej. Za­wsze jest ja­kieś roz­wią­za­nie – tego na­uczy­ło go ży­cie. Te­raz też musi się zna­leźć.

Wy­cią­gnął dłoń i w ciem­no­ści wy­ma­cał ra­dio. Sa­mo­chód wy­peł­nił głos, któ­ry opo­wia­dał o no­wych od­kry­ciach w dzie­dzi­nie ge­ne­ty­ki. Sło­wa prze­pły­wa­ły, nie do­cie­ra­jąc do jego świa­do­mo­ści. Spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dzi­ło wpół do dzie­sią­tej. W tyl­nym lu­ster­ku wciąż było ciem­no. Mgła stop­nio­wo gęst­nia­ła. Mimo to ostroż­nie do­ci­snął pe­dał gazu. Z każ­dym ki­lo­me­trem, któ­ry od­da­lał go od zam­ku w Farn­hol­mie, czuł się bez­piecz­niej. Być może lę­kał się bez po­wo­du?

Sta­rał się upo­rząd­ko­wać my­śli.

Jak to się za­czę­ło? Zwy­czaj­na roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na, kart­ka na biur­ku z proś­bą o pil­ny te­le­fon do klien­ta w spra­wie we­ry­fi­ka­cji umo­wy han­dlo­wej. Na­zwi­sko nic mu nie mó­wi­ło. Mimo to za­dzwo­nił; nie­wiel­kiej kan­ce­la­rii w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście nie stać było na od­ma­wia­nie no­wym klien­tom. Nadal pa­mię­tał głos w słu­chaw­ce, uprzej­my, z pół­noc­nym ak­cen­tem – sta­now­czo brzmią­cy głos czło­wie­ka, któ­re­go czas jest na wagę zło­ta. Spra­wa do­ty­czy­ła skom­pli­ko­wa­nej trans­ak­cji na do­sta­wy ce­men­tu przez ar­ma­to­ra za­re­je­stro­wa­ne­go na Kor­sy­ce do Ara­bii Sau­dyj­skiej, gdzie fir­ma klien­ta re­pre­zen­to­wa­ła przed­się­bior­stwo bu­dow­la­ne Skan­ska. Była, zda­je się, mowa o bu­do­wie gi­gan­tycz­ne­go me­cze­tu, któ­ry miał po­wstać w Kha­mis Mu­shayt. A może cho­dzi­ło o uni­wer­sy­tet w Dżud­dzie.

Kil­ka dni póź­niej spo­tka­li się w ho­te­lu Con­ti­nen­tal w Ystad. Przy­szedł wcze­śniej, w re­stau­ra­cji nie było jesz­cze go­ści. Sie­dział przy sto­li­ku w rogu i wi­dział, jak nad­cho­dzi. W sali był tyl­ko on i ju­go­sło­wiań­ski kel­ner, któ­ry po­nu­ro wpa­try­wał się w wy­so­kie okno. Była po­ło­wa stycz­nia, gwał­tow­ny wi­cher znad Bał­ty­ku miał wkrót­ce przy­wiać śnieg. Lecz męż­czy­zna, któ­ry szedł w jego kie­run­ku – z pew­no­ścią po­ni­żej pięć­dzie­siąt­ki – był opa­lo­ny i miał na so­bie ciem­no­nie­bie­ski gar­ni­tur. W ja­kimś sen­sie zu­peł­nie nie pa­so­wał ani do stycz­nio­wej po­go­dy, ani do Ystad. Obcy przy­bysz z uśmie­chem, któ­ry nie w peł­ni har­mo­ni­zo­wał z opa­le­ni­zną na twa­rzy.

Ta­kie było pierw­sze ze­tknię­cie z męż­czy­zną z zam­ku w Farn­hol­mie. Czło­wie­kiem zni­kąd, w uszy­tym na mia­rę nie­bie­skim gar­ni­tu­rze. Ten czło­wiek sta­no­wił osob­ny świat, któ­re­go cen­trum był uśmiech, a do­ko­ła – jak ciem­ne sa­te­li­ty – krą­ży­ły po dwu or­bi­tach czuj­ne, wzbu­dza­ją­ce lęk cie­nie.

Już za pierw­szym ra­zem za­uwa­żył te cie­nie. Nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby męż­czyź­ni mu się przed­sta­wi­li. Obaj za­ję­li miej­sca przy sto­li­ku na ubo­czu i wsta­li bez­sze­lest­nie, gdy spo­tka­nie do­bie­gło koń­ca.

Zło­te cza­sy, po­my­ślał z go­ry­czą. By­łem na tyle głu­pi, że w nie uwie­rzy­łem. Świa­ta praw­ni­ka nie po­win­no prze­sła­niać złu­dze­nie nad­cho­dzą­ce­go raju, w każ­dym ra­zie nie ziem­skie­go. Po upły­wie pół roku po­ło­wa ob­ro­tów kan­ce­la­rii po­cho­dzi­ła od opa­lo­ne­go męż­czy­zny, po roku do­chód kan­ce­la­rii się po­dwo­ił. Wy­pła­ty przy­cho­dzi­ły punk­tu­al­nie, nie zda­rzy­ło się, by mu­sie­li wy­sy­łać upo­mnie­nie. Stać ich na­wet było na re­mont domu, gdzie mie­ści­ła się kan­ce­la­ria. Trans­ak­cje nie bu­dzi­ły za­strze­żeń, acz­kol­wiek były skom­pli­ko­wa­ne i roz­sia­ne po ca­łym świe­cie. Męż­czy­zna z zam­ku w Farn­hol­mie pro­wa­dził in­te­re­sy ze wszyst­kich kon­ty­nen­tów, na po­zór z przy­sad­ko­wo wy­bra­nych miejsc. Fak­sy, te­le­fo­ny, a nie­raz i po­łą­cze­nia ra­dio­we czę­sto przy­cho­dzi­ły z oso­bli­wych miast, któ­re z tru­dem od­naj­dy­wał na glo­bu­sie sto­ją­cym obok ka­na­py w po­cze­kal­ni. Wszyst­ko było jed­nak w po­rząd­ku, cho­ciaż trud­no uchwyt­ne i nie za­wsze zro­zu­mia­łe.

Nowe cza­sy – pa­mię­tał, że tak wła­śnie my­ślał. Tak wy­glą­da­ją. Jako ad­wo­kat po­wi­nie­nem być nie­skoń­cze­nie wdzięcz­ny, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu tra­fił aku­rat na moje na­zwi­sko w książ­ce te­le­fo­nicz­nej.

Myśl się urwa­ła jak ucię­ta no­żem. Przez chwi­lę są­dził, że to złu­dze­nie. Po­tem za­uwa­żył świa­tła sa­mo­cho­du w tyl­nym lu­ster­ku.

Ści­ga­li go i byli już bar­dzo bli­sko.

Strach na­tych­miast po­wró­cił. Więc jed­nak go ści­ga­li. Zlę­kli się, że nie do­cho­wa ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej i za­cznie mó­wić.

W pierw­szym od­ru­chu chciał moc­niej do­ci­snąć pe­dał gazu i ucie­kać przez mlecz­ną mgłę. Pot spły­wał mu po cie­le pod ko­szu­lą. Świa­tła były tuż za nim.

Cie­nie, któ­re za­bi­ja­ją, po­my­ślał. Nie umknę im, nikt im nie umknie.

Po chwi­li sa­mo­chód go wy­prze­dził. Zdą­żył za­uwa­żyć sza­rą twarz sta­re­go czło­wie­ka. Za­raz po­tem czer­wo­ne świa­tła znik­nę­ły we mgle.

Wy­cią­gnął chu­s­tecz­kę do nosa z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i otarł pot z twa­rzy i kar­ku.

Za chwi­lę będę w domu, po­my­ślał. Nic się nie sta­nie. Pani Du­nér wła­sno­ręcz­nie za­no­to­wa­ła w biu­ro­wym ka­len­da­rzu moje dzi­siej­sze spo­tka­nie w Farn­hol­mie. Nikt, na­wet on, nie wy­słał­by swo­ich cie­ni, żeby zgła­dzi­ły star­sze­go ad­wo­ka­ta w dro­dze do domu. To zbyt ry­zy­kow­ne.

Upły­nę­ły nie­mal dwa lata, za­nim po raz pierw­szy zro­zu­miał, że coś jest nie tak. Spra­wa była bła­ha; prze­glą­dał kil­ka trans­ak­cji, gdzie Rada Eks­por­tu1 fi­gu­ro­wa­ła jako gwa­rant wy­so­kie­go kre­dy­tu. Czę­ści za­mien­ne do tur­bin w Pol­sce, żni­wiar­ki do Cze­cho­sło­wa­cji. Zwró­cił jego uwa­gę pe­wien dro­biazg – kil­ka liczb, któ­re się nie zga­dza­ły. My­ślał, że to błąd ma­szy­no­wy, dwie po­zy­cje, któ­re za­mie­nio­no miej­sca­mi. Do­pie­ro gdy cof­nął się do punk­tu wyj­ścia, za­uwa­żył, że to nie przy­pa­dek, lecz ce­lo­we dzia­ła­nie. Ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło, wszyst­ko znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu, a wy­nik oka­zał się po­ra­ża­ją­cy. Od­chy­lił się do tyłu na krze­śle, pa­mię­tał, że był póź­ny wie­czór, i zdał so­bie spra­wę, że wpadł na trop prze­stęp­stwa. Z po­cząt­ku nie chciał w to uwie­rzyć. W koń­cu jed­nak mu­siał przy­znać, że nie ma in­ne­go wy­ja­śnie­nia. Do­pie­ro o świ­cie szedł do domu uli­ca­mi Ystad i przy­sta­nąw­szy w oko­li­cach Stor­tor­get, po­my­ślał, że je­dy­nym wy­tłu­ma­cze­niem jest to, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu po­peł­nił prze­stęp­stwo. Po­waż­ne nad­uży­cie za­ufa­nia, oszu­stwo po­dat­ko­we na dużą ska­lę i fał­szo­wa­nie do­ku­men­tów.

Póź­niej wciąż szu­kał czar­nych dziur we wszyst­kich do­ku­men­tach, któ­re przy­cho­dzi­ły do nie­go z Farn­hol­mu. I znaj­do­wał je, nie za­wsze, ale pra­wie. Po­wo­li za­czy­na­ły do nie­go do­cie­rać ska­la i za­sięg prze­stęp­stwa. Dłu­go nie chciał spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Ale wresz­cie mu­siał.

Mimo to nie za­re­ago­wał. Nie po­dzie­lił się swo­im od­kry­ciem na­wet z sy­nem.

Czy dla­te­go, że w głę­bi du­szy nie chciał uwie­rzyć, że to praw­da? Że nikt prócz nie­go – ani urząd skar­bo­wy, ani ża­den inny – nic nie za­uwa­żył?

Czyż­by wpadł na trop nie­ist­nie­ją­cej ta­jem­ni­cy?

A może już od sa­me­go po­cząt­ku było za póź­no? Od kie­dy męż­czy­zna na zam­ku w Farn­hol­mie stał się naj­waż­niej­szym klien­tem kan­ce­la­rii?

Mgła w dal­szym cią­gu gęst­nia­ła. Są­dził, że się roz­pro­szy, kie­dy bę­dzie się zbli­żał do Ystad.

W tym mo­men­cie zro­zu­miał, że dłu­żej tak nie może być. Te­raz, gdy już wie, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu ma krew na rę­kach.

Musi po­roz­ma­wiać z sy­nem. Mimo wszyst­ko ist­nie­je jesz­cze w Szwe­cji spra­wie­dli­wość, na­wet je­śli po­ję­cie spra­wie­dli­wo­ści w szyb­kim tem­pie się de­wa­lu­uje. Jego wła­sne mil­cze­nie też jest czę­ścią tego pro­ce­su. To, że tak dłu­go przy­my­kał oczy, nie może uspra­wie­dli­wiać dal­sze­go mil­cze­nia.

Nig­dy nie był­by w sta­nie ode­brać so­bie ży­cia.

Na­gle gwał­tow­nie przy­ha­mo­wał.

Uj­rzał coś w świe­tle re­flek­to­rów. Z po­cząt­ku są­dził, że to za­jąc. Po­tem zo­rien­to­wał się, że coś stoi na dro­dze we mgle.

Za­trzy­mał sa­mo­chód i za­pa­lił dłu­gie świa­tła.

Po­środ­ku dro­gi sta­ło krze­sło. Zwy­czaj­ne drew­nia­ne krze­sło. Sie­dzia­ła na nim na­tu­ral­nej wiel­ko­ści lal­ka. Mia­ła bia­łą twarz.

Mógł to rów­nie do­brze być czło­wiek przy­po­mi­na­ją­cy lal­kę.

Czuł w pier­si ko­ła­ta­nie ser­ca.

Mgła pod­pły­wa­ła do re­flek­to­rów.

Nie mógł zi­gno­ro­wać krze­sła i lal­ki. Ani pa­ra­li­żu­ją­ce­go stra­chu, któ­ry go ogar­nął. Spoj­rzał po­now­nie w lu­ster­ko. Wi­dział tyl­ko ciem­ność. Ostroż­nie pod­je­chał do przo­du, na ja­kieś dzie­sięć me­trów od krze­sła z lal­ką. Wte­dy znów się za­trzy­mał.

Lal­ka wy­glą­da­ła zu­peł­nie jak czło­wiek. Nie jak po­śpiesz­nie skle­co­ny strach na wró­ble.

Ona jest dla mnie, po­my­ślał.

Drżą­cą ręką wy­łą­czył ra­dio i na­słu­chi­wał. Pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Cią­gle nie mógł się zde­cy­do­wać.

Nie z po­wo­du krze­sła we mgle czy nie­sa­mo­wi­tej lal­ki. Było tu coś wię­cej, coś, cze­go nie mógł do­strzec.

Boję się, po­my­ślał raz jesz­cze. Strach za­ćmił mi ja­sność my­śle­nia.

Wresz­cie jed­nak od­piął pasy bez­pie­czeń­stwa i otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du. Za­sko­czy­ło go chłod­ne, wil­got­ne po­wie­trze.

Na­stęp­nie wy­siadł z auta ze wzro­kiem utkwio­nym w krze­sło i lal­kę w bla­sku re­flek­to­rów. Jego ostat­nią my­ślą było, że ten wi­dok przy­po­mi­na sce­nę te­atral­ną, na któ­rą za chwi­lę wej­dzie ak­tor.

Po­tem usły­szał za sobą ja­kiś od­głos.

Nie zdą­żył się od­wró­cić.

Cios tra­fił go w tył gło­wy.

Za­nim osu­nął się na wil­got­ny as­falt, już nie żył.

Mgła sta­ła się te­raz nie­prze­nik­nio­na.

Była za sie­dem mi­nut dzie­sią­ta.

2

Po­ry­wi­sty wiatr wiał z pół­no­cy.

Męż­czy­zna na wy­zię­bio­nym brze­gu ku­lił się w jego po­dmu­chach. Od cza­su do cza­su przy­sta­wał i od­wra­cał się ty­łem do kie­run­ku wia­tru. Stał zu­peł­nie nie­ru­cho­mo, ze schy­lo­ną gło­wą i rę­ka­mi w kie­sze­niach płasz­cza. Po­tem znów roz­po­czy­nał po­zor­nie bez­ce­lo­wy spa­cer, do­pó­ki nie znik­nął w sza­rym świe­tle.

Ko­bie­ta, któ­ra co­dzien­nie wy­pro­wa­dza­ła psa na brzeg, ze wzra­sta­ją­cym nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wa­ła męż­czy­znę. Cho­dził wzdłuż brze­gu od świ­tu do za­pa­da­ją­ce­go po po­łu­dniu zmro­ku. Po­ja­wił się na­gle pew­ne­go dnia, kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, jak wy­rzu­co­ny na brzeg roz­bi­tek. Zwy­kle, gdy mi­ja­ła nie­licz­nych na­po­tka­nych lu­dzi, po­zdra­wia­li ją ski­nie­niem gło­wy Te­raz jed­nak, póź­ną je­sie­nią – zbli­żał się li­sto­pad – rzad­ko ko­goś spo­ty­ka­ła. Czło­wiek w czar­nym płasz­czu jej nie po­zdra­wiał. Z po­cząt­ku są­dzi­ła, że to z nie­śmia­ło­ści, na­stęp­nie uzna­ła, że z bra­ku wy­cho­wa­nia albo dla­te­go, że jest cu­dzo­ziem­cem. Jesz­cze póź­niej od­nio­sła wra­że­nie, że przy­tła­cza go wiel­ki smu­tek, a wę­drów­ki wzdłuż brze­gu są piel­grzym­ką, dzię­ki któ­rej ucie­ka od ja­kie­goś nie­zna­ne­go cier­pie­nia. Krok miał nie­rów­ny i po­dry­gu­ją­cy. Raz szedł po­wo­li, nie­mal po­włó­cząc no­ga­mi, to znów ni stąd, ni zo­wąd pod­ry­wał się i na wpół bie­gnąc, po­ko­ny­wał tra­sę swej oso­bli­wej wę­drów­ki. Wy­da­wa­ło jej się, że nie kie­ru­ją nim nogi, lecz ra­czej nie­spo­koj­ne my­śli. Wy­obra­ża­ła so­bie, że męż­czy­zna w kie­sze­niach trzy­ma za­ci­śnię­te w pię­ści dło­nie. Nie wi­dzia­ła ich, ale mia­ła pew­ność, że tak wła­śnie było.

Po ty­go­dniu uzna­ła, że spra­wa jest ja­sna. Sa­mot­ny męż­czy­zna, przy­by­ły nie wia­do­mo skąd, prze­cho­dzi po­waż­ny kry­zys psy­chicz­ny. Po­dob­ny był do stat­ku, któ­ry na zdra­dli­wym mo­rzu szu­ka wy­ty­czo­ne­go szla­ku za po­mo­cą nie­do­kład­nej mapy. Stąd jego nie­do­stęp­ność i nie­spo­koj­ne prze­chadz­ki. Wie­czo­ra­mi roz­ma­wia­ła o sa­mot­nym wę­drow­cu ze swo­im mę­żem. Kie­dyś na­wet wy­bra­li się ra­zem na spa­cer z psem, mimo że mę­żo­wi bar­dzo do­ku­czał reu­ma­tyzm i naj­chęt­niej sie­dział­by w domu. On też uwa­żał, że jej spo­strze­że­nia są traf­ne. Nie­mniej uznał, że za­cho­wa­nie męż­czy­zny jest po­dej­rza­ne. Za­te­le­fo­no­wał do swe­go do­bre­go ko­le­gi, po­li­cjan­ta ze Ska­gen, i zwie­rzył mu się w za­ufa­niu. Może to zbieg, oso­ba po­szu­ki­wa­na, któ­ra ucie­kła z któ­re­goś z nie­wie­lu już czyn­nych szpi­ta­li psy­chia­trycz­nych? Jed­nak po­li­cjant – czło­wiek do­świad­czo­ny, któ­ry wi­dział już nie­jed­ną dzi­wacz­ną po­stać, od­by­wa­ją­cą piel­grzym­kę na sam czu­bek Pół­wy­spu Ju­tlandz­kie­go w po­szu­ki­wa­niu ci­szy i uko­je­nia – roz­wiał jego oba­wy. Niech go zo­sta­wią w spo­ko­ju. Wy­brze­że po­mię­dzy wy­dma­mi i miej­scem, w któ­rym sty­ka­ją się dwa mo­rza, jest ka­pry­śną zie­mią ni­czy­ją – na­le­ży do tego, kto jej po­trze­bu­je.

Ko­bie­ta z psem i męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu prze­cho­dzi­li obok sie­bie jesz­cze przez ko­lej­ny ty­dzień niby dwa mi­ja­ją­ce się stat­ki. Pew­ne­go dnia, do­kład­nie dwu­dzie­ste­go czwar­te­go paź­dzier­ni­ka 1993 roku, wy­da­rzy­ło się coś, co uzna­ła za przy­czy­nę jego na­głe­go znik­nię­cia.

Był to je­den z tych rzad­kich bez­wietrz­nych dni, kie­dy brzeg i mo­rze toną w nie­ru­cho­mej mgle. Sy­re­ny okrę­to­we bu­cza­ły, ni­czym po­rzu­co­na, nie­wi­docz­na trzo­da. Cały ten oso­bli­wy kra­jo­braz jak­by wstrzy­mał od­dech. Na­gle spo­strze­gła czło­wie­ka w czar­nym płasz­czu i gwał­tow­nie przy­sta­nę­ła.

Nie był sam. Stał w to­wa­rzy­stwie nie­wy­so­kie­go męż­czy­zny w wia­trów­ce i czap­ce z dasz­kiem. Ob­ser­wo­wa­ła ich, nowo przy­by­ły coś mó­wił – jak­by pró­bo­wał tam­te­go o czymś prze­ko­nać. Od cza­su do cza­su wyj­mo­wał ręce z kie­sze­ni i ge­sty­ku­lo­wał, aby pod­kre­ślić ja­kieś sło­wo. Nie sły­sza­ła, o czym mó­wi­li, ale po spo­so­bie by­cia nowo przy­by­łe­go do­my­śla­ła się, że jest zde­ner­wo­wa­ny.

Po kil­ku mi­nu­tach ru­szy­li wzdłuż brze­gu i po­chło­nę­ła ich mgła.

Dzień póź­niej męż­czy­zna znów po­ja­wił się na brze­gu sam. Jed­nak po pię­ciu dniach znik­nął. Do póź­ne­go li­sto­pa­da cho­dzi­ła z psem na mie­rze­ję w Gre­nen, spo­dzie­wa­jąc się, że zno­wu spo­tka ubra­ne­go na czar­no męż­czy­znę. Lecz męż­czy­zna nie po­wró­cił. Nig­dy wię­cej go nie spo­tka­ła.

Już prze­szło rok ko­mi­sarz Kurt Wal­lan­der z ystadz­kiej po­li­cji prze­by­wał na zwol­nie­niu le­kar­skim i nie był w sta­nie pod­jąć pra­cy. Przez cały ten czas ro­sło w nim po­czu­cie bez­sil­no­ści i ono kie­ro­wa­ło jego czy­na­mi. Raz za ra­zem, gdy już nie wy­trzy­my­wał w Ystad i mógł so­bie na to po­zwo­lić, wy­ru­szał w bez­pla­no­we po­dró­że w próż­nej na­dziei, że gdy tyl­ko znaj­dzie się gdzie in­dziej, le­piej się po­czu­je, a może na­wet od­zy­ska pod­sta­wo­wy na­pęd ży­cio­wy. Wy­ku­pił wy­ciecz­kę na Ka­ra­iby. Już w sa­mo­lo­cie był moc­no pod­pi­ty, a pod­czas dwóch ty­go­dni spę­dzo­nych na Bar­ba­do­sie ani razu na do­bre nie wy­trzeź­wiał. Cały ten po­byt wpro­wa­dził go w stan na­ra­sta­ją­cej pa­ni­ki, do­mi­no­wa­ło w nim uczu­cie, że nig­dzie nie czu­je się u sie­bie. Cho­wał się w cie­niu palm, w nie­któ­re dni nie opusz­czał na­wet po­ko­ju ho­te­lo­we­go, bo­jąc się kon­tak­tu z in­ny­mi ludź­mi. W mo­rzu wy­ką­pał się tyl­ko je­den raz, kie­dy za­to­czył się na po­mo­ście i wpadł do wody. Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy wresz­cie od­wa­żył się wyjść mię­dzy lu­dzi, aby od­no­wić swój za­pas al­ko­ho­lu, za­cze­pi­ła go pro­sty­tut­ka. Usi­ło­wał prze­go­nić ją i przy­trzy­mać jed­no­cze­śnie. Ale uczu­cie de­spe­ra­cji i po­gar­dy dla sa­me­go sie­bie było sil­niej­sze. Spę­dził trzy doby z dziew­czy­ną w cuch­ną­cej wi­trio­lem no­rze, w brud­nej po­ście­li o za­pa­chu ple­śni, a po jego spo­co­nej twa­rzy po omac­ku prze­su­wa­ły się ka­ra­lu­chy z wy­su­nię­ty­mi czuł­ka­mi. Po­zo­sta­ły mu z tego cza­su mgli­ste mi­gaw­ki wspo­mnień. Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć imie­nia dziew­czy­ny, nie był na­wet pew­ny, czy je znał. Kładł się na niej z fu­rią, szu­ka­jąc za­spo­ko­je­nia. Kie­dy już wy­cią­gnę­ła od nie­go ostat­nie pie­nią­dze, po­ja­wi­ło się dwóch krzep­kich bra­ci i wy­rzu­ci­li go za drzwi. Wal­lan­der wró­cił do ho­te­lu, ży­wiąc się do koń­ca po­by­tu je­dy­nie śnia­da­nia­mi, któ­re były opła­co­ne, i wy­siadł na lot­ni­sku w Stu­ru­pie w gor­szym sta­nie niż przed wy­jaz­dem. Le­karz, u któ­re­go by­wał na re­gu­lar­nych kon­tro­lach, był zde­ner­wo­wa­ny i za­bro­nił mu tego ro­dza­ju wy­cie­czek z oba­wy, że Wal­lan­der kom­plet­nie się roz­pi­je. Jed­nak dwa mie­sią­ce póź­niej, na po­cząt­ku grud­nia, ko­mi­sarz po­now­nie wy­ru­szył w po­dróż za pie­nią­dze po­ży­czo­ne od ojca pod pre­tek­stem za­ku­pu no­wych me­bli, co mia­ło po­pra­wić mu na­strój. Pod­czas ca­łe­go tego okre­su uni­kał, jak tyl­ko mógł, wi­zyt u ojca, któ­ry wła­śnie się oże­nił z ko­bie­tą o trzy­dzie­ści lat młod­szą, pro­wa­dzą­cą mu do­tąd go­spo­dar­stwo. Z pie­niędz­mi w kie­sze­ni Wal­lan­der po­szedł do ystadz­kie­go biu­ra po­dró­ży i wy­ku­pił trzy­ty­go­dnio­wą wy­ciecz­kę do Taj­lan­dii. Po­wtó­rzy­ła się sy­tu­acja z Ka­ra­ibów, z tą róż­ni­cą, że uda­ło się unik­nąć cał­ko­wi­tej ka­ta­stro­fy dzię­ki temu, iż pe­wien eme­ry­to­wa­ny ap­te­karz, któ­ry sie­dział obok nie­go w sa­mo­lo­cie, wy­lą­do­wał w tym sa­mym ho­te­lu co Wal­lan­der i za­pa­ław­szy do nie­go sym­pa­tią, po­sta­no­wił in­ter­we­nio­wać, gdy ten za­czy­nał pić już od śnia­da­nia i za­cho­wy­wać się w spo­sób ogól­nie zwra­ca­ją­cy uwa­gę. Na sku­tek tej in­ter­wen­cji uda­ło się ode­słać Wal­lan­de­ra do domu o ty­dzień wcze­śniej, niż było w pla­nie. Rów­nież tym ra­zem za­głu­szał uczu­cie wstrę­tu do sa­me­go sie­bie w ra­mio­nach ko­lej­nych, co­raz to młod­szych pro­sty­tu­tek. Póź­niej przez całą kosz­mar­ną zimę żył w sta­łym stra­chu przed śmier­tel­ną cho­ro­bą. Pod ko­niec kwiet­nia, nie­mal po roku, oka­za­ło się, że unik­nął za­ra­że­nia. Przy­jął to obo­jęt­nie i mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie jego le­karz za­czął się po­waż­nie za­sta­na­wiać, czy Kurt Wal­lan­der na­da­je się jesz­cze do pra­cy w po­li­cji, a na­wet w ogó­le do pra­cy, i czy nie kwa­li­fi­ku­je się ra­czej do jak naj­szyb­sze­go przej­ścia na ren­tę.

Za­raz po­tem ko­mi­sarz wy­je­chał, a ra­czej uciekł po raz pierw­szy do Ska­gen. Uda­ło mu się skoń­czyć z pi­ciem dzię­ki cór­ce Lin­dzie, któ­ra po­wró­ciw­szy z Włoch, za­sta­ła go w opła­ka­nym sta­nie. Po­stą­pi­ła tak, jak po­win­na – z po­roz­rzu­ca­nych po miesz­ka­niu bu­te­lek wy­la­ła reszt­ki al­ko­ho­lu, a na­stęp­nie zro­bi­ła ojcu awan­tu­rę. Przez dwa ty­go­dnie, kie­dy u nie­go miesz­ka­ła, miał wresz­cie z kim po­roz­ma­wiać. Ra­zem uda­ło im się prze­ciąć naj­bar­dziej bo­le­sne wrzo­dy w du­szy Wal­lan­de­ra, a w dniu wy­jaz­du Lin­da uwie­rzy­ła w jego obiet­ni­cę, że prze­sta­nie pić. Kie­dy znów zo­stał sam, prze­ra­zi­ła go myśl o prze­sia­dy­wa­niu w pus­Sym domu. W ga­ze­cie prze­czy­tał ogło­sze­nie nie­dro­gie­go pen­sjo­na­tu w Ska­gen.

Wie­le lat wcze­śniej, gdy Lin­da była jesz­cze nie­mow­lę­ciem, spę­dził kil­ka let­nich ty­go­dni w Ska­gen z żoną Moną. Wspo­mi­nał ten po­byt jako je­den z naj­szczę­śliw­szych okre­sów w swo­im ży­ciu. Mie­li nie­wie­le pie­nię­dzy, spa­li w prze­cie­ka­ją­cym na­mio­cie, lecz prze­peł­nia­ło ich uczu­cie, że znaj­du­ją się w cen­trum ży­cia i świa­ta. Za­te­le­fo­no­wał jesz­cze tego sa­me­go dnia i za­mó­wił po­kój. Przy­je­chał do pen­sjo­na­tu na po­cząt­ku maja. Wła­ści­ciel­ka – wdo­wa pol­skie­go po­cho­dze­nia – zo­sta­wia­ła go w spo­ko­ju, wy­po­ży­czy­ła mu ro­wer i co­dzien­nie rano jeź­dził na bez­kre­sne wy­brze­że pół­wy­spu Gre­nen. Na ba­gaż­ni­ku wiózł za­pa­ko­wa­ne w re­kla­mów­kę dru­gie śnia­da­nie i wra­cał do pen­sjo­na­tu do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. W pen­sjo­na­cie miesz­ka­li sami star­si lu­dzie, w po­je­dyn­kę lub pa­ra­mi. Pa­no­wa­ły tu ci­sza i spo­kój jak w czy­tel­ni. Po raz pierw­szy od prze­szło roku Wal­lan­der za­czął nor­mal­nie sy­piać i czuł, że to, co się w nim prze­la­ło, po­ma­łu za­czy­na się co­fać.

Pod­czas tego pierw­sze­go po­by­tu w Ska­gen na­pi­sał trzy li­sty. Pierw­szy do swo­jej sio­stry Kri­sti­ny. W cią­gu mi­nio­ne­go roku czę­sto się do nie­go od­zy­wa­ła, żeby się do­wie­dzieć, jak Kurt się czu­je. Mimo że wzru­sza­ła go tro­skli­wość sio­stry, nie był w sta­nie do niej na­pi­sać ani za­te­le­fo­no­wać. Co gor­sza, pa­mię­tał jak przez mgłę, że znaj­du­jąc się w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, wy­słał do Kri­sti­ny beł­ko­tli­wą pocz­tów­kę z Ka­ra­ibów. Nig­dy na ten te­mat nie mó­wi­ła, a on nie py­tał, ma­jąc na­dzie­ję, że był wte­dy na tyle pi­ja­ny, że po­dał zły ad­res lub za­po­mniał na­kle­ić zna­czek. Ale pod­czas po­by­tu w Ska­gen pi­sał do niej w łóż­ku przed za­śnię­ciem, z tecz­ką pod­ło­żo­ną pod pa­pier li­sto­wy. Usi­ło­wał wy­ra­zić uczu­cia pust­ki, wsty­du i winy, któ­re prze­śla­do­wa­ły go od cza­su, gdy rok wcze­śniej za­bił czło­wie­ka. I cho­ciaż nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że dzia­łał w obro­nie wła­snej i na­wet naj­bar­dziej dra­pież­na i ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­na do po­li­cji pra­sa nie zna­la­zła dla sie­bie po­żyw­ki, zro­zu­miał, że już za­wsze bę­dzie dźwi­gał cię­żar winy. Nig­dy się go nie po­zbę­dzie, w naj­lep­szym ra­zie na­uczy się z nim żyć.

Mam wra­że­nie, że część mo­jej du­szy za­stą­pi­ła pro­te­za -pi­sał. W dal­szym cią­gu nie po­tra­fię się nią po­słu­gi­wać. Nie­raz, w gor­szych chwi­lach, wy­da­je mi się, że nig­dy się tego nie na­uczę. Ale jesz­cze się cał­ko­wi­cie nie pod­da­łem.

Dru­gi list ad­re­so­wa­ny był do ko­le­gów z ko­men­dy po­li­cji w Ystad, a kie­dy Wal­lan­der wresz­cie wrzu­cił go do czer­wo­nej skrzyn­ki na po­czcie w Ska­gen, uświa­do­mił so­bie, jak wie­le jest w nim nie­praw­dy. Mu­siał jed­nak do nich na­pi­sać. Po­dzię­ko­wał za sprzęt ste­reo, któ­ry wspól­nie mu po­da­ro­wa­li ubie­głe­go lata. Prze­pro­sił, że dzię­ku­je z tak du­żym opóź­nie­niem. Do tego miej­sca wszyst­ko było praw­dą. Lecz gdy w za­koń­cze­niu na­pi­sał, że już się le­piej czu­je i ma na­dzie­ję nie­ba­wem wró­cić do pra­cy, po­czuł, że jest to tyl­ko po­boż­ne ży­cze­nie. Rze­czy­wi­stość wy­glą­da­ła cał­kiem in­a­czej.

Trze­ci list, któ­ry na­pi­sał pod­czas pierw­sze­go po­by­tu w pen­sjo­na­cie w Ska­gen, był do Ba­iby, do Rygi. W cią­gu mi­nio­ne­go roku pi­sy­wał do niej mniej wię­cej co dwa mie­sią­ce i za każ­dym ra­zem mu od­po­wia­da­ła. Za­czął ją uwa­żać za swo­ją pa­tron­kę i nie chcąc jej nie­po­ko­ić – z oba­wy, że prze­sta­nie mu od­pi­sy­wać – skry­wał uczu­cie, któ­re do niej ży­wił. Albo tak mu się tyl­ko wy­da­wa­ło. Prze­wle­kły okres wy­nisz­cza­ją­cej bez­sil­no­ści spo­wo­do­wał, że ni­cze­go już nie był pe­wien. W rzad­kich chwi­lach ab­so­lut­nej ja­sno­ści umy­słu, zwy­kle gdy znaj­do­wał się na brze­gu lub szu­kał schro­nie­nia wśród wydm przed ką­sa­ją­cym wia­trem, zda­wał so­bie spra­wę, że to nie ma sen­su. Znał Ba­ibę za­le­d­wie przez kil­ka krót­kich dni w Ry­dze, ko­cha­ła swo­je­go za­mor­do­wa­ne­go męża, ka­pi­ta­na po­li­cji Kar­li­sa. Dla­cze­go, na li­tość bo­ską, mia­ła­by na­gle po­ko­chać szwedz­kie­go po­li­cjan­ta, któ­ry zro­bił je­dy­nie to, co do nie­go na­le­ża­ło, cho­ciaż nie­zu­peł­nie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym re­gu­la­mi­nem? Jed­nak bez więk­sze­go tru­du po­tra­fił igno­ro­wać owe chwi­le ja­sno­ści. Jak­by oba­wiał się stra­cić coś, cze­go – wie­dział to w głę­bi du­szy – nig­dy nie po­sia­dał. Ba­iba, ma­rze­nie o Ba­ibie sta­no­wi­ło ostat­ni nie­zdo­by­ty przy­czó­łek. Wma­wiał so­bie, że musi go bro­nić, choć­by był tyl­ko złu­dze­niem.

Spę­dził w pen­sjo­na­cie dzie­sięć dni. Po po­wro­cie do Ystad po­sta­no­wił tam wró­cić, jak tyl­ko bę­dzie mógł. Już w po­ło­wie lip­ca był z po­wro­tem i do­stał ten sam po­kój. Tym ra­zem rów­nież po­ży­czył ro­wer i spę­dzał całe dni nad mo­rzem. In­a­czej niż po­przed­nio, pla­ża była peł­na wcza­so­wi­czów i miał uczu­cie, że krą­ży jak nie­wi­docz­ny cień, pod­czas gdy tam­ci się śmia­li, ba­wi­li i chla­pa­li w wo­dzie. Wy­glą­da­ło na to, że wy­zna­czył so­bie nie­do­strze­gal­ny dla in­nych po­ste­ru­nek na mie­rzei Gre­nen, gdzie spo­ty­ka­ją się dwa mo­rza. Tam pa­tro­lo­wał sa­mot­nie i sto­jąc na stra­ży sa­me­go sie­bie, usi­ło­wał zna­leźć wyj­ście z opła­ka­nej sy­tu­acji. Po pierw­szym po­by­cie Wal­lan­de­ra w Ska­gen le­karz do­strzegł pew­ną po­pra­wę w jego sta­nie zdro­wia. Ale była ona zbyt nie­znacz­na, by moż­na mó­wić o ra­dy­kal­nej zmia­nie. Wal­lan­der spy­tał, czy nie mógł­by od­sta­wić le­ków, któ­re brał już od prze­szło roku. Czuł się po nich ocię­ża­ły i zmę­czo­ny. Le­karz uwa­żał, że to za wcze­śnie, i pro­sił go, by jesz­cze na ja­kiś czas uzbro­ił się w cier­pli­wość.

Co rano po prze­bu­dze­niu Wal­lan­der za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy tym ra­zem zdo­ła wstać z łóż­ka. Spo­strzegł, że ła­twiej mu to przy­cho­dzi w pen­sjo­na­cie w Ska­gen. Zda­rza­ły się chwi­le lek­ko­ści i ulgi, kie­dy uda­wa­ło mu się zrzu­cić przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar wy­da­rzeń sprzed roku i w prze­bły­skach na­dziei uj­rzeć przed sobą przy­szłość.

Pod­czas wie­lo­go­dzin­nych wę­dró­wek wzdłuż brze­gu po­czął ostroż­nie wra­cać do mi­nio­nych wy­da­rzeń, szu­ka­jąc spo­so­bu, by za­pa­no­wać nad udrę­ką i zna­leźć w so­bie siłę, któ­ra po­zwo­li­ła­by mu zno­wu stać się po­li­cjan­tem – po­li­cjan­tem i czło­wie­kiem.

W tym cza­sie prze­stał rów­nież słu­chać mu­zy­ki ope­ro­wej. Czę­sto na wę­drów­ki brze­giem mo­rza za­bie­rał ze sobą swój mały ma­gne­to­fon. Jed­nak pew­ne­go dnia po­czuł, że ma dość. Wró­ciw­szy do domu wie­czo­rem, za­pa­ko­wał do wa­liz­ki wszyst­kie ka­se­ty z mu­zy­ką ope­ro­wą i scho­wał je do sza­fy. Na­stęp­ne­go dnia po­je­chał na ro­we­rze do Ska­gen i ku­pił kil­ka ka­set z mu­zy­ką pop. O wy­ko­naw­cach miał tyl­ko mgli­ste po­ję­cie. Naj­bar­dziej zdzi­wi­ło go, że nie od­czu­wał bra­ku mu­zy­ki, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mu przez tyle lat.

Nie mam już miej­sca na wię­cej, my­ślał. Je­stem czymś wy­peł­nio­ny po brze­gi, nie­dłu­go to się ze mnie prze­le­je.

W po­ło­wie paź­dzier­ni­ka po­wró­cił do Ska­gen. Tym ra­zem z moc­nym za­mia­rem po­sta­wie­nia so­bie ja­sne­go celu w ży­ciu. Le­karz za­uwa­żył u nie­go wy­raź­ne zna­mio­na po­pra­wy, stop­nio­we wy­cho­dze­nie z prze­wle­kłej de­pre­sji, i za­chę­cał go do wy­jaz­du do duń­skie­go pen­sjo­na­tu, w któ­rym po­byt wy­raź­nie do­brze mu ro­bił. Dys­kret­nie, do­cho­wu­jąc ta­jem­ni­cy le­kar­skiej, w po­uf­nej roz­mo­wie dal do zro­zu­mie­nia sze­fo­wi po­li­cji Björ­ko­wi, że ist­nie­je na­dzie­ja na po­wrót Wal­lan­de­ra do służ­by w po­li­cji.

Po­wró­cił więc do Ska­gen i na nowo pod­jął swo­je wę­drów­ki. Jak zwy­kle je­sie­nią, wy­brze­że było opu­sto­sza­łe. Zda­rza­ło się Wal­lan­de­ro­wi spo­ty­kać nie­licz­ne oso­by, z re­gu­ły star­sze; to ja­kie­goś ocie­ka­ją­ce­go po­tem bie­ga­cza, to znów cie­kaw­ską ko­bie­tę na spa­ce­rze z psem. Wy­ru­szał sa­mot­nie, pa­tro­lu­jąc ob­szar, któ­ry sam so­bie wy­zna­czył, i ma­sze­ro­wał co­raz pew­niej­szym kro­kiem tuż przy le­d­wie wi­docz­nej, płyn­nej gra­ni­cy, gdzie brzeg spo­ty­kał się z mo­rzem.

My­ślał o tym, że jest na pół­met­ku wie­ku śred­nie­go, za kil­ka lat skoń­czy pięć­dzie­siąt­kę. Przez ostat­ni rok schudł i zno­wu mie­ścił się w ubra­niach, któ­re od sied­miu, ośmiu lat wi­sia­ły w sza­fach. Stwier­dził, że daw­no już nie był w tak do­brej for­mie fi­zycz­nej jak te­raz, kie­dy prze­stał pić. Ten fakt mógł stać się punk­tem wyj­ścia do ukła­da­nia pla­nów na przy­szłość. Je­śli nie zaj­dzie nic nie­prze­wi­dzia­ne­go, może jesz­cze żyć co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat. W grun­cie rze­czy jego wąt­pli­wo­ści do­ty­czy­ły tego, czy bę­dzie w sta­nie wró­cić na służ­bę, czy też po­wi­nien spró­bo­wać za­jąć się czymś zu­peł­nie in­nym. Nie do­pusz­czał do sie­bie my­śli o przej­ściu na ren­tę. Ta­kie­go ży­cia by nie zniósł. Spę­dzał czas nad brze­giem mo­rza, naj­czę­ściej w opa­rach dry­fu­ją­cej mgły, któ­ra z rzad­ka ustę­po­wa­ła miej­sca dniom z czy­stym i przej­rzy­stym po­wie­trzem, gdy nad mi­go­czą­cy­mi fa­la­mi szy­bo­wa­ły mewy. Nie­kie­dy czuł się jak me­cha­nicz­ny czło­wiek-za­baw­ka, któ­re­mu za­po­dział się gdzieś klu­czyk do na­krę­ca­nia, więc on tym sa­mym stra­cił źró­dło wcze­śniej­szej ener­gii. Za­sta­na­wiał się, co mógł­by ro­bić, gdy­by po­rzu­cił za­wód po­li­cjan­ta. Praw­do­po­dob­nie do­stał­by pra­cę jako szef niż­sze­go szcze­bla w ja­kiejś fir­mie ochro­niar­skiej. Nie bar­dzo wie­dział, do cze­go in­ne­go może przy­dać się po­li­cyj­ne do­świad­cze­nie, je­śli nie do śle­dze­nia prze­stęp­ców. Moż­li­wo­ści było nie­wie­le, chy­ba żeby zde­cy­do­wał się na ra­dy­kal­ną zmia­nę, po­zo­sta­wia­jąc na za­wsze za sobą lata prze­pra­co­wa­ne w po­li­cji. Kto chciał­by jed­nak za­trud­nić nie­mal pięć­dzie­się­cio­let­nie­go by­łe­go po­li­cjan­ta, któ­ry poza roz­wi­kły­wa­niem mniej lub bar­dziej za­gma­twa­nych prze­stępstw nie­wie­le po­tra­fi?

Opusz­czał brzeg mo­rza, gdy za­czy­nał mu do­skwie­rać głód. Sia­dał na zim­nym pia­sku mię­dzy wy­dma­mi, w miej­scu osło­nię­tym od wia­tru, i wyj­mo­wał ter­mos i ka­nap­ki. Je­dząc, usi­ło­wał bez więk­sze­go po­wo­dze­nia za­sta­na­wiać się nad czymś in­nym niż nad swo­ją przy­szło­ścią. Zmu­szał się do ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia, rów­no­cze­śnie czu­jąc, że gdzieś w za­ka­mar­kach jego mó­zgu cza­ją się nie­re­al­ne ma­rze­nia, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, aby ode­zwać się z więk­szą siłą.

Po­dob­nie jak in­nych po­li­cjan­tów, ku­si­ła go nie­raz myśl, by zna­leźć się po dru­giej stro­nie, po­peł­niać prze­stęp­stwa. Czę­sto się dzi­wił, dla­cze­go po­li­cjan­ci po­peł­nia­ją­cy prze­stęp­stwa tak rzad­ko wy­ko­rzy­stu­ją swo­ją wie­dzę na te­mat naj­bar­dziej ele­men­tar­nej pro­ce­du­ry śled­czej, aby unik­nąć wpad­ki. W my­ślach ukła­dał so­bie roz­ma­ite sce­na­riu­sze prze­stępstw, dzię­ki któ­rym stał­by się bo­ga­ty i nie­za­leż­ny. Na ogół dość szyb­ko i z nie­sma­kiem prze­pę­dzał tego ro­dza­ju my­śli. Za żad­ne skar­by nie chciał się upodob­nić do ko­le­gi z pra­cy, Hans­so­na. Jak opę­ta­ny, spę­dzał on więk­szą część ży­cia, ob­sta­wia­jąc ko­nie, któ­re nie­mal nig­dy nie wy­gry­wa­ły. Wal­lan­der uwa­żał to za kom­plet­ną stra­tę cza­su.

Póź­niej po­wra­cał do swo­jej wę­drów­ki. Jego my­śli po­ru­sza­ły się po polu wy­zna­czo­nym przez fi­gu­rę trój­ką­ta, w któ­re­go naj­dal­szym ką­cie za­wi­sło py­ta­nie, czy mimo wszyst­ko nie po­wi­nien na nowo pod­jąć pra­cy w po­li­cji. Wró­cić, od­pę­dzać wspo­mnie­nia z ubie­głe­go roku, być może na­uczyć się pew­ne­go dnia z nimi żyć. Po­wrót do po­przed­nie­go za­ję­cia był je­dy­ną re­ali­stycz­ną opcją. Świa­do­mość, że usu­wa­jąc z oto­cze­nia groź­nych prze­stęp­ców, przy­czy­nia się do zwięk­sze­nia bez­pie­czeń­stwa lu­dzi, da­wa­ła mu iskier­kę na­dziei na sens w ży­ciu. Je­śli z tego zre­zy­gnu­je, to nie tyl­ko stra­ci pra­cę, do któ­rej, jak wie­dział, na­da­je się le­piej niż wie­lu jego ko­le­gów, lecz ode­tnie się od tego, co gdzieś głę­bo­ko w nim tkwi – od uczu­cia, że jest czę­ścią ja­kiejś więk­szej ca­ło­ści, na­da­ją­cej treść jego eg­zy­sten­cji.

Osta­tecz­nie jed­nak po ty­go­dniu spę­dzo­nym w Ska­gen, gdy je­sień co­raz wy­raź­niej prze­cho­dzi­ła w zimę, zro­zu­miał, że nie po­do­ła. Czas, kie­dy był po­li­cjan­tem, bez­pow­rot­nie mi­nął, rany, któ­re no­sił w so­bie po ze­szło­rocz­nych wy­da­rze­niach, zmie­ni­ły go na za­wsze.

Tego po­po­łu­dnia, gdy gę­sta mgła prze­sła­nia­ła mie­rze­ję Gre­nen, zro­zu­miał, że wy­czer­pał już wszyst­kie ar­gu­men­ty za i prze­ciw. Po­roz­ma­wia z le­ka­rzem i z Björ­kiem. Nie wró­ci na służ­bę.

Po­czuł od razu we­wnętrz­ną ulgę. Przy­najm­niej jed­ne­go był pe­wien. Do­się­gła go ze­msta czło­wie­ka, któ­re­go rok temu za­bił na polu, wśród nie­wi­docz­nych owiec.

Tego sa­me­go wie­czo­ru po­je­chał ro­we­rem do Ska­gen i upił się w ma­łej, za­dy­mio­nej re­stau­ra­cji, gdzie było nie­wie­lu go­ści i zbyt gło­śna mu­zy­ka, prze­ko­na­ny, że tym ra­zem nie bę­dzie pił na­stęp­ne­go dnia, że jest to tyl­ko utwier­dze­nie się w po­sęp­nej praw­dzie, że jego ży­cie po­li­cjan­ta do­bie­gło koń­ca. Kie­dy, za­ta­cza­jąc się na ro­we­rze, wra­cał w nocy do domu, prze­wró­cił się i po­dra­pał so­bie po­li­czek. Wła­ści­ciel­ka pen­sjo­na­tu jesz­cze nie spa­ła, za­nie­po­ko­jo­na, że nie wró­cił jak zwy­kle do domu. Po­mi­mo jego sła­bych pro­te­stów ob­my­ła mu twarz i obie­ca­ła wy­prać za­bru­dzo­ne ubra­nie. Póź­niej po­mo­gła mu otwo­rzyć drzwi do po­ko­ju.

– Był tu wie­czo­rem ja­kiś pan i py­tał o pana Wal­lan­de­ra – po­in­for­mo­wa­ła, wrę­cza­jąc mu klucz.

Wal­lan­der pa­trzył na nią, nie ro­zu­mie­jąc.

– Nikt o mnie nie mógł py­tać – od­parł. – Nikt nie wie, że tu je­stem.

– Ten pan wie­dział. Za­le­ża­ło mu, żeby się z pa­nem zo­ba­czyć.

– Mó­wił, jak się na­zy­wa?

– Nie. Ale to był Szwed.

Wal­lan­der po­ki­wał gło­wą i wy­ma­zał z pa­mię­ci tę wia­do­mość. Nie chciał się z ni­kim spo­ty­kać i był pew­ny, że z nim rów­nież nikt nie chce się wi­dzieć.

Na­za­jutrz, gdy pe­łen skru­chy udał się na wy­brze­że, nie pa­mię­tał już słów wła­ści­ciel­ki z po­przed­niej nocy. Mgła była gę­sta, czuł się bar­dzo zmę­czo­ny. Po raz pierw­szy za­dał so­bie py­ta­nie, co wła­ści­wie tu robi. Po przej­ściu nie­speł­na ki­lo­me­tra po­czął wąt­pić, czy bę­dzie w sta­nie iść da­lej, usiadł więc na dnie prze­wró­co­ne­go wra­ku du­żej ło­dzi, na wpół za­grze­ba­nej w pia­chu.

W tej sa­mej chwi­li za­uwa­żył męż­czy­znę, któ­ry wy­nu­rzyw­szy się z mgły, zmie­rzał w jego kie­run­ku.

Jak gdy­by ktoś nie­spo­dzie­wa­nie wszedł do jego biu­ra, znaj­du­ją­ce­go się na bez­kre­snym wy­brze­żu.

Z po­cząt­ku uj­rzał nie­zna­jo­mą syl­wet­kę w wia­trów­ce i czap­ce z dasz­kiem, jak­by nie­co za du­żej. Po chwi­li po­stać wy­da­ła mu się zna­jo­ma. Jed­nak do­pie­ro gdy wstał, a męż­czy­zna pod­szedł bli­żej, zo­ba­czył, kogo ma przed sobą. Wi­ta­jąc się, Wal­lan­der skry­wał za­sko­cze­nie. Skąd wie­dział, gdzie mnie szu­kać, po­my­ślał. Usi­ło­wał so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio spo­tkał Ste­na Tor­stens­so­na. Mu­sia­ło to być na po­sie­dze­niu w związ­ku z ja­kimś tym­cza­so­wym aresz­to­wa­niem, ubie­głej wio­sny, tak brze­mien­nej w skut­ki.

– Szu­ka­łem cię wczo­raj w pen­sjo­na­cie – ode­zwał się Sten Tor­stens­son. – Nie chcia­łem cię nie­po­ko­ić. Ale mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

Kie­dyś by­łem po­li­cjan­tem, a on ad­wo­ka­tem, po­my­ślał Wal­lan­der. Po pro­stu. Koło nas za­sia­da­li prze­stęp­cy, i co ja­kiś czas, bar­dzo rzad­ko, sprze­cza­li­śmy się, czy na­kaz aresz­to­wa­nia jest uza­sad­nio­ny. Po­zna­li­śmy się bli­żej w trud rym okre­sie, pro­wa­dził moją spra­wę roz­wo­do­wą z Moną. Pew­ne­go dnia za­uwa­ży­li­śmy, że coś się wy­da­rzy­ło, coś, co mo­gło być po­cząt­kiem przy­jaź­ni. Przy­jaźń ro­dzi się czę­sto ze spo­tka­nia, od któ­re­go nikt nie ocze­ku­je cudu. Ale przy­jaźń to jest cud, tego mnie na­uczy­ło ży­cie. Za­pro­sił mnie na swo­ją ża­glów­kę na ja­kąś so­bo­tę i nie­dzie­lę, już kie­dy Mona ode mnie ode­szła. Wia­ło jak dia­bli, sama myśl o tym, że miał­bym zno­wu kie­dyś wejść na łódź, na­pa­wa­ła mnie wstrę­tem. Po­tem za­czę­li­śmy się wi­dy­wać, nie­zbyt czę­sto, ze sto­sow­ny­mi prze­rwa­mi. Te­raz mnie od­na­lazł i chce ze mną po­roz­ma­wiać.

– Sły­sza­łem, że ktoś mnie szu­kał – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – Jak, do dia­bła, mnie tu zna­la­złeś?

Czuł, że nie po­tra­fi ukryć iry­ta­cji z po­wo­du wtar­gnię­cia do jego twier­dzy, ob­wa­ro­wa­nej mo­rzem i wy­dma­mi.

– Znasz mnie – po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Nie lu­bię się na­rzu­cać. Moja se­kre­tar­ka wręcz twier­dzi, że boję się na­rzu­cać sam so­bie, co­kol­wiek by to mia­ło zna­czyć. Za­dzwo­ni­łem do Sztok­hol­mu do two­jej sio­stry. Wła­ści­wie skon­tak­to­wa­łem się z two­im oj­cem i on mi dał jej nu­mer. Zna­ła na­zwę pen­sjo­na­tu i wie­dzia­ła, gdzie leży. Przy­je­cha­łem wczo­raj i noc spę­dzi­łem w ho­te­lu koło Mu­zeum Sztu­ki.

Ru­szy­li wzdłuż brze­gu, wiatr dmu­chał im w ple­cy. Ko­bie­ta, któ­ra zwy­kle spa­ce­ro­wa­ła z psem, sta­nę­ła w miej­scu, przy­glą­da­jąc się im. Wal­lan­der przy­pusz­czał, że mu­sia­ła się zdzi­wić na wi­dok jego go­ścia. Szli w mil­cze­niu, Wal­lan­der wy­cze­ki­wał, nie­na­wy­kły do to­wa­rzy­stwa.

– Mu­sisz mi po­móc – prze­mó­wił wresz­cie Tor­stens­son.

– Jako przy­ja­ciel i po­li­cjant.

– Jako przy­ja­ciel – od­parł Wal­lan­der. – Cho­ciaż wąt­pię, czy po­tra­fię. Nie jako po­li­cjant.

– Wiem, że w dal­szym cią­gu je­steś na zwol­nie­niu – po­wie­dział Sten Tor­stens­son.

– Nie tyl­ko – od­rzekł Wal­lan­der. – Je­steś pierw­szą oso­bą, któ­rej mó­wię, że nie będę już po­li­cjan­tem.

Sten Tor­stens­son rap­tow­nie przy­sta­nął.

– Jest, jak jest – pod­su­mo­wał Wal­lan­der. – Po­wiedz ra­czej, dla­cze­go przy­je­cha­łeś?

– Mój oj­ciec nie żyje.

Wal­lan­der znał jego ojca. Był rów­nież ad­wo­ka­tem. Ale tyl­ko wy­jąt­ko­wo wy­stę­po­wał jako obroń­ca w spra­wach kar­nych. O ile Wal­lan­der so­bie przy­po­mi­nał, zaj­mo­wał się głów­nie do­radz­twem fi­nan­so­wym. Usi­ło­wał ob­li­czyć, ile oj­ciec Ste­na mógł mieć lat. Chy­ba oko­ło sie­dem­dzie­siąt­ki, wiek, któ­re­go wie­lu nie do­ży­wa­ło.

– Kil­ka ty­go­dni temu zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym – cią­gnął Sten Tor­stens­son. – Tuż na po­łu­dnie od Wzgórz Brösarp­skich.

– Bar­dzo mi przy­kro – po­wie­dział Wal­lan­der. – Jak to się sta­ło?

– O to wła­śnie cho­dzi – od­parł Sten. – Dla­te­go tu­taj przy­je­cha­łem.

Wal­lan­der spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Zim­no tu – za­uwa­żył Sten Tor­stens­son. – W Mu­zeum Sztu­ki moż­na na­pić się kawy. Mam sa­mo­chód.

Wal­lan­der kiw­nął gło­wą. Ro­wer wy­sta­wał z ba­gaż­ni­ka, gdy je­cha­li mię­dzy wy­dma­mi. W ka­wiar­ni Mu­zeum Sztu­ki o tak wcze­snej po­rze było mało lu­dzi. Dziew­czy­na za ladą nu­ci­ła me­lo­dię, któ­rą za­sko­czo­ny Wal­lan­der roz­po­znał z nie­daw­no za­ku­pio­nej przez sie­bie ka­se­ty.

– Był wie­czór – za­czął Sten Tor­stens­son. – Do­kład­nie je­de­na­ste­go paź­dzier­ni­ka. Oj­ciec zło­żył wi­zy­tę jed­ne­mu z na­szych naj­waż­niej­szych klien­tów. We­dług po­li­cji, je­chał z dużą szyb­ko­ścią, stra­cił pa­no­wa­nie nad wo­zem, wpadł w po­ślizg i zgi­nął.

– To się dzie­je szyb­ko – sko­men­to­wał Wal­lan­der. – Jed­na se­kun­da nie­uwa­gi może mieć ka­ta­stro­fal­ne na­stęp­stwa.

– Tego wie­czo­ru była mgła – po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Oj­ciec nig­dy nie jeź­dził szyb­ko. Dla­cze­go miał­by to ro­bić w cza­sie mgły? Pa­nicz­nie się bał, że prze­je­dzie za­ją­ca.

Wal­lan­der przy­glą­dał mu się w za­my­śle­niu.

– Coś ci cho­dzi po gło­wie – orzekł.

– Do­cho­dze­nie pro­wa­dził Mar­tins­son – po­in­for­mo­wał Sten Tor­stens­son.

– On jest do­bry – za­pew­nił Wal­lan­der. – Je­że­li mówi, że tak było, nie ma po­wo­du, aby mu nie ufać.

Sten Tor­stens­son po­pa­trzył na nie­go z po­wa­gą.

– Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Mar­tins­son jest zdol­nym po­li­cjan­tem. Ani że oj­ciec le­żał mar­twy w po­gru­cho­ta­nym sa­mo­cho­dzie, któ­ry wy­lą­do­wał na da­chu w polu. Cho­dzi o to, że zbyt dużo rze­czy się nie zga­dza. Coś mu­sia­ło się wy­da­rzyć.

– Ale co?

– Coś in­ne­go.

– Na przy­kład?

– Nie wiem.

Wal­lan­der się pod­niósł i po­szedł do­lać so­bie kawy.

Dla­cze­go nie po­wiem mu praw­dy, po­my­ślał. Że Mar­tins­son ma wy­obraź­nię i ener­gię, ale bywa nie­dba­ły.

– Prze­czy­ta­łem ma­te­riał do­cho­dze­nio­wy – kon­ty­nu­ował Sten Tor­stens­son, kie­dy Wal­lan­der usiadł z kawą. – Wzią­łem go ze sobą na miej­sce, gdzie zgi­nął mój oj­ciec. Prze­czy­ta­łem pro­to­kół ob­duk­cji, roz­ma­wia­łem z Mar­tins­so­nem, za­sta­na­wia­łem się i na nowo za­da­wa­łem py­ta­nia. Te­raz je­stem tu­taj.

– Jak mam ci po­móc? – spy­tał Wal­lan­der. – Prze­cież jako ad­wo­kat wiesz, że w każ­dej spra­wie lub do­cho­dze­niu ist­nie­ją bia­łe pla­my, któ­rych nie po­tra­fi­my wy­peł­nić. W chwi­li wy­pad­ku oj­ciec był sam w sa­mo­cho­dzie. Je­śli cię do­brze zro­zu­mia­łem, nie ma żad­nych świad­ków. Je­dy­nym, któ­ry mógł­by przed­sta­wić praw­dzi­wą wer­sję wy­da­rze­nia, był twój oj­ciec.

– Coś się sta­ło – po­wtó­rzył Sten Tor­stens­son. – Coś się nie zga­dza. Chcę wie­dzieć co.

– Nie mogę ci po­móc – od­parł Wal­lan­der. – Na­praw­dę chciał­bym.

Wy­da­wa­ło się, że Sten Tor­stens­son go nie sły­szy.

– Klu­czy­ki – po­wie­dział. – Jako przy­kład. Nie tkwi­ły w sta­cyj­ce. Le­ża­ły na pod­ło­dze.

– Mo­gły zo­stać wy­pchnię­te – za­uwa­żył Wal­lan­der. – Przy wgnie­cio­nej ka­ro­se­rii wszyst­ko jest moż­li­we.

– Sta­cyj­ka była nie­na­ru­szo­na. Klu­czy­ki nie mia­ły naj­mniej­sze­go od­kształ­ce­nia.

– Na­wet to moż­na ja­koś wy­tłu­ma­czyć – po­wie­dział Wal­lan­der.

– Mógł­bym ci po­dać wię­cej przy­kła­dów – cią­gnął da­lej Sten Tor­stens­son. – Wiem, że coś się sta­ło. Mój oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, któ­ry był czymś in­nym.

– Czy mógł po­peł­nić sa­mo­bój­stwo? – za­py­tał Wal­lan­der po chwi­li na­my­słu.

– Przy­szło mi to na myśl – przy­znał Sten Tor­stens­son.

– Ale to, moim zda­niem, wy­klu­czo­ne. Zna­łem mo­je­go ojca.

– Więk­szość sa­mo­bójstw zda­rza się nie­spo­dzie­wa­nie – za­uwa­żył Wal­lan­der. – Mo­żesz oczy­wi­ście mieć na ten te­mat inną opi­nię.

– Jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go nie mogę się po­go­dzić z wer­sją wy­pad­ku – wy­znał Sten Tor­stens­son.

Wal­lan­der spoj­rzał na nie­go bacz­nie.

– Oj­ciec był we­so­łym czło­wie­kiem i miał ła­twość na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów z ludź­mi – mó­wił da­lej Sten Tor­stens­son.

– Gdy­bym nie znał go tak do­brze, nie za­uwa­żył­bym może nie­znacz­nej, le­d­wie za­uwa­żal­nej, a jed­nak wy­raź­nej zmia­ny, jaka w nim za­szła w cią­gu ostat­nie­go pół roku.

– Mo­żesz to do­kład­niej opi­sać? – spy­tał Wal­lan­der.

Sten Tor­stens­son prze­czą­co po­krę­cił gło­wą.

– Wła­ści­wie nie – rzekł. – To było ra­czej wra­że­nie. Że coś nim wstrzą­snę­ło. Coś, co za wszel­ką cenę sta­rał się przede mną ukryć.

– Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li­ście?

– Nig­dy.

Wal­lan­der od­su­nął pu­stą fi­li­żan­kę po ka­wie.

– Nie po­tra­fię ci po­móc, na­wet gdy­bym bar­dzo chciał – po­wie­dział. – Mogę cię wy­słu­chać jako przy­ja­ciel. Ale jako po­li­cjant już nie ist­nie­ję. Na­wet mi nie po­chle­bia, że przy­je­cha­łeś taki ka­wał dro­gi, żeby ze mną po­roz­ma­wiać. Czu­ję się znu­żo­ny i przy­gnę­bio­ny.

Sten Tor­stens­son otwo­rzył usta, aby coś po­wie­dzieć, ale się po­wstrzy­mał.

Wsta­li i wy­szli z ka­wiar­ni.

– Mu­szę to oczy­wi­ście usza­no­wać – ode­zwał się wresz­cie Sten Tor­stens­son, kie­dy sta­li przed Mu­zeum Sztu­ki.

Wal­lan­der od­pro­wa­dził go do sa­mo­cho­du i wy­jął swój ro­wer z ba­gaż­ni­ka.

– Ze śmier­cią nig­dy nie wy­gra­my – nie­zręcz­nie pró­bo­wał go po­cie­szyć.

– Nie mam ta­kie­go za­mia­ru – od­po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Chcę tyl­ko wie­dzieć, co się sta­ło. To nie był zwy­czaj­ny wy­pa­dek.

– Po­roz­ma­wiaj jesz­cze raz z Mar­tins­so­nem – pod­su­nął mu Wal­lan­der. – Ale le­piej nie mów, że to wy­szło ode mnie.

Po­że­gna­li się, Wal­lan­der od­pro­wa­dził wzro­kiem sa­mo­chód, któ­ry znik­nął wśród piasz­czy­stych wzgórz.

Na­gle za­czął się śpie­szyć. Nie mógł już dłu­żej cze­kać. Tego sa­me­go po­po­łu­dnia za­te­le­fo­no­wał do swo­je­go le­ka­rza i do Björ­ka, żeby oznaj­mić, że od­cho­dzi z po­li­cji.

Zo­stał jesz­cze pięć dni w Ska­gen. Nie opusz­cza­ło go uczu­cie, że jego wnę­trze jest jak wy­pa­lo­ny woj­ną kra­jo­braz. Po­czuł jed­nak ulgę na myśl, że wresz­cie pod­jął de­cy­zję.

W nie­dzie­lę trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka wró­cił do Ystad, by zło­żyć pod­pis na od­po­wied­nich do­ku­men­tach i for­mal­nie za­koń­czyć ka­rie­rę po­li­cjan­ta.

W po­nie­dzia­łek rano pierw­sze­go li­sto­pa­da le­żał w łóż­ku z otwar­ty­mi ocza­mi, kie­dy tuż po szó­stej za­dzwo­nił bu­dzik. Miał za sobą nie­prze­spa­ną noc, poza krót­ki­mi chwi­la­mi nie­spo­koj­nej drzem­ki. Wie­le razy wsta­wał z łóż­ka i sto­jąc przy oknie z wi­do­kiem na Ma­ria­ga­tan, my­ślał, że ko­lej­ny raz pod­jął w ży­ciu nie­wła­ści­wą de­cy­zję. Być może nie było już dla nie­go in­nej dro­gi ży­cio­wej? Nie zna­la­zł­szy za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi, zre­zy­gno­wa­ny przy­siadł na ka­na­pie w du­lym po­ko­ju i słu­chał przy­ci­szo­nej mu­zy­ki, pły­ną­cej z ra­dia. Wresz­cie, za­nim jesz­cze za­dzwo­nił bu­dzik, po­go­dził się z my­ślą, że nie ma wy­bo­ru. Wi­dział ja­sno, że na­de­szła chwi­la ka­pi­tu­la­cji. Ale mó­wił so­bie, że prę­dzej czy póź­niej wszy­scy do­cho­dzą do tego punk­tu. Wszyst­kich w koń­cu obez­wład­nia­ją nie­wi­docz­ne siły. Nikt się przed tym nie uchro­ni.

Kie­dy za­dzwo­nił bu­dzik, wstał z łóż­ka, wziął spod drzwi dzien­nik „Ystads Al­le­han­da”, na­sta­wił kawę w kuch­ni i po­szedł wziąć prysz­nic. Wy­da­ło mu się dziw­ne, że na je­den dzień po­wra­ca do daw­nej ru­ty­ny. Wy­cie­ra­jąc się pod prysz­ni­cem, usi­ło­wał przy­wo­łać w pa­mię­ci ostat­ni dzień pra­cy sprzed nie­mal pół­to­ra roku. Było lato, po uprząt­nię­ciu biu­ra udał się do por­to­wej ka­wiar­ni, gdzie na­pi­sał męt­ny list do Ba­iby. Nie był pew­ny, czy wy­da­je mu się to czymś od­le­głym, czy nie.

Usiadł przy ku­chen­nym sto­le i mie­szał ły­żecz­ką w fi­li­żan­ce z kawą.

Wte­dy był ostat­ni raz w pra­cy.

Te­raz bę­dzie tam po raz ostat­ni.

Od dwu­dzie­stu pię­ciu lat jest po­li­cjan­tem. Co­kol­wiek cze­ka go w przy­szło­ści, mi­nio­ne dwa­dzie­ścia pięć lat ukształ­to­wa­ło jego oso­bo­wość i nic tego nie zmie­ni. Nie po­mo­gą proś­by o unie­waż­nie­nie do­tych­cza­so­we­go ży­cia ani żą­da­nie no­we­go roz­da­nia. Nie moż­na się cof­nąć. Py­ta­nie, czy moż­na jesz­cze iść na­przód.

Usi­ło­wał na­zwać uczu­cia nur­tu­ją­ce go tego je­sien­ne­go po­ran­ka. Ale w gło­wie miał pust­kę. Jak gdy­by je­sien­ne mgły wtar­gnę­ły do jego świa­do­mo­ści.

Wes­tchnął i się­gnąw­szy po ga­ze­tę, za­czął ją po­bież­nie prze­glą­dać. Wę­dro­wał wzro­kiem po ty­tu­łach, od­no­sząc wra­że­nie, że już nie­je­den raz oglą­dał te same zdję­cia i czy­tał te same tek­sty.

Za­mie­rzał wła­śnie odło­żyć dzien­nik, kie­dy jego uwa­gę zwró­cił ne­kro­log.

Z po­cząt­ku się nie zo­rien­to­wał. Po­tem po­czuł ucisk w żo­łąd­ku.

„Sten Tor­stens­son, ad­wo­kat, uro­dzo­ny 3 mar­ca 1947, zmarł 26 paź­dzier­ni­ka 1993”.

Wal­lan­der zdez­o­rien­to­wa­ny wpa­try­wał się w ne­kro­log.

Zmarł prze­cież oj­ciec, Gu­staw Tor­stens­son? Ze Ste­nem wi­dział się nie­speł­na ty­dzień temu na wy­brze­żu Gre­nen.

Szu­kał wy­ja­śnie­nia. To musi być ktoś inny. Albo po­my­lo­no oso­by. Jesz­cze raz prze­czy­tał ne­kro­log. Nie było omył­ki.

Sten Tor­stens­son, męż­czy­zna, któ­ry pięć dni wcze­śniej od­na­lazł go w Ska­gen, już nie żył.

Sie­dział bez ru­chu.

Po­tem wstał, się­gnął po książ­kę te­le­fo­nicz­ną i wy­brał nu­mer. Wie­dział, że ten, do któ­re­go dzwo­ni, jest już na no­gach.

– Mar­tins­son! – od­po­wie­dział Mar­tins­son.

Wal­lan­der z tru­dem się po­wstrzy­mał, żeby nie odło­żyć słu­chaw­ki.

– Mówi Kurt – po­wie­dział. – Mam na­dzie­ję, że cię nie obu­dzi­łem.

W słu­chaw­ce za­pa­no­wa­ła dłu­ga ci­sza, po­tem usły­szał głos Mar­tins­so­na.

– To ty? – po­wie­dział tam­ten. – Cie­bie się nie spo­dzie­wa­łem.

– Wiem – od­parł Wal­lan­der. – Ale mu­szę cię o coś za­py­tać.

– Nie mogę uwie­rzyć, że chcesz odejść – oznaj­mił Mar­tins­son.

– Na to wy­glą­da – od­rzekł Wal­lan­der. – Ale nie w tej spra­wie dzwo­nię. Chciał­bym wie­dzieć, co się sta­ło z me­ce­na­sem Ste­nem Tor­stens­so­nem.

– Nie wiesz? – za­py­tał Mar­tins­son.

– Przy­je­cha­łem do Ystad wczo­raj wie­czo­rem – oznaj­mił Wal­lan­der. – Nic nie wiem.

Mar­tins­son ocią­gał się z od­po­wie­dzią.

– Zo­stał za­mor­do­wa­ny – wy­ja­śnił wresz­cie.

Wal­lan­der wca­le się nie zdzi­wił. W chwi­li kie­dy zo­ba­czył ne­kro­log, od razu zro­zu­miał, że Sten nie umarł na­tu­ral­ną śmier­cią.

– Zo­stał za­strze­lo­ny w swo­jej wła­snej kan­ce­la­rii we wto­rek wie­czo­rem – cią­gnął Mar­tins­son. – To nie do po­ję­cia. Taka tra­ge­dia. Kil­ka ty­go­dni temu jego oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. O tym może też nie wie­dzia­łeś?

– Nie – skła­mał Wal­lan­der.

– Wróć na służ­bę – po­wie­dział Mar­tins­son. – Po­trze­bu­je­my cię do wy­ja­śnie­nia tej spra­wy. I wie­lu in­nych.

– Nie – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – To już po­sta­no­wio­ne. Wy­tłu­ma­czę ci, jak się zo­ba­czy­my. Ystad to małe mia­sto. Prę­dzej czy póź­niej się spo­tka­my.

Szyb­ko za­koń­czył roz­mo­wę.

W tym sa­mym mo­men­cie zro­zu­miał, że to, co przed chwi­lą po­wie­dział Mar­tins­so­no­wi, jest nie­praw­dą. W cią­gu jed­nej chwi­li wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Przez po­nad pięć mi­nut stał nie­ru­cho­mo koło te­le­fo­nu w przed­po­ko­ju. Po­tem wy­pił kawę, ubrał się i zszedł do sa­mo­cho­du. Tuż po wpół do ósmej po raz pierw­szy od prze­szło pół­to­ra roku prze­kro­czył drzwi ko­men­dy. Przy­wi­tał się ski­nie­niem gło­wy ze straż­ni­kiem w re­cep­cji, skie­ro­wał się pro­sto do ga­bi­ne­tu Björ­ka i za­pu­kał do drzwi. Björk przy­jął go na sto­ją­co. Wal­lan­der za­uwa­żył, że tam­ten ze­szczu­plał, wi­dział rów­nież, że nie bar­dzo pa­nu­je nad sy­tu­acją.

Uła­twię mu spra­wę, po­my­ślał. Ale z po­cząt­ku nic nie bę­dzie mógł zro­zu­mieć. Po­dob­nie zresz­tą jak ja.

– Cie­szy­my się na­tu­ral­nie, że już le­piej się czu­jesz – za­czął nie­pew­nie Björk. – Ale z pew­no­ścią wo­le­li­by­śmy, że­byś po­wró­cił na służ­bę, za­miast nas opusz­czać. Je­steś nam po­trzeb­ny.

Wska­zał ręką na swój za­wa­lo­ny pa­pie­ra­mi stół.

– Dzi­siaj mu­szę za­jąć sta­no­wi­sko w tak róż­nych spra­wach, jak pro­jekt no­we­go uni­for­mu dla po­li­cji oraz ko­lej­na nie­zro­zu­mia­ła pro­po­zy­cja zmian w wo­je­wódz­kich za­rzą­dach po­li­cji i wśród wo­je­wódz­kich sze­fów po­li­cji. Wiesz coś na ten te­mat?

Wal­lan­der po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Za­sta­na­wiam się, do­kąd to wszyst­ko zmie­rza – cią­gnął po­nu­ro Björk. – Je­śli przej­dzie pro­jekt no­wych mun­du­rów, to, moim zda­niem, przy­szły po­li­cjant bę­dzie wy­glą­dał jak ni to sto­larz, ni to kon­duk­tor w po­cią­gu.

Spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co na Wal­lan­de­ra, ale ten w dal­szym cią­gu mil­czał.

– W la­tach sześć­dzie­sią­tych zre­or­ga­ni­zo­wa­no po­li­cję – mó­wił da­lej. – Te­raz wszyst­ko ma się zno­wu zmie­nić.

Par­la­ment po­sta­no­wił zli­kwi­do­wać lo­kal­ne za­rzą­dy po­li­cji i usta­no­wić tak zwa­ną po­li­cję kra­jo­wą. Ale po­li­cja prze­cież za­wsze była kra­jo­wa? Czy może być inna? Pra­wa dziel­ni­co­we prze­sta­ły obo­wią­zy­wać już w śre­dnio­wie­czu. Jak po­ra­dzi­my so­bie z co­dzien­ną pra­cą, je­że­li za­sy­pią nas sto­sem męt­nych do­ku­men­tów? Po­nad­to mu­szę przy­go­to­wać wy­stą­pie­nie na cał­ko­wi­cie nie­po­trzeb­nej kon­fe­ren­cji na te­mat tak zwa­nej tech­ni­ki wy­da­la­nia z kra­ju. W nor­mal­nym ję­zy­ku cho­dzi o to, żeby bez zbęd­ne­go roz­gło­su i prze­py­cha­nek wy­da­lać au­to­ka­ra­mi i pro­ma­mi lu­dzi, któ­rym od­mó­wio­no ze­zwo­le­nia na po­byt.

– Ro­zu­miem, że masz mnó­stwo róż­nych spraw – od­parł Wal­lan­der i po­my­ślał, że Björk w ogó­le się nie zmie­nił. Nig­dy się nie od­na­lazł w roli sze­fa. Sta­no­wi­sko go prze­ro­sło.

– Ty naj­wy­raź­niej nie poj­mu­jesz, że po­trze­bu­je­my wszyst­kich do­brych po­li­cjan­tów, jacy ist­nie­ją – rzekł Björk i cięż­ko usiadł za biur­kiem. – Mam tu wszyst­kie pa­pie­ry – mó­wił da­lej. – Bra­ku­je tyl­ko two­je­go pod­pi­su, abyś za­mie­nił się w by­łe­go po­li­cjan­ta. Mu­szę się po­go­dzić z two­ją de­cy­zją, choć ro­bię to z wiel­ką nie­chę­cią. Spo­dzie­wam się, że nie bę­dziesz miał nic prze­ciw­ko temu, że na dzie­wią­tą wy­zna­czy­łem kon­fe­ren­cję pra­so­wą. W cią­gu ostat­nich kil­ku lat sta­łeś się zna­ny, Kurt. Mimo że nie­kie­dy po­stę­po­wa­łeś tro­chę nie­ty­po­wo, przy­czy­ni­łeś się nie­wąt­pli­wie do po­pra­wy na­sze­go wi­ze­run­ku. Nie­któ­rzy twier­dzą, że nowo przy­ję­ci kan­dy­da­ci na po­li­cjan­tów pod two­im wpły­wem zde­cy­do­wa­li się zda­wać do Wyż­szej Szko­ły Po­li­cji.

– To z pew­no­ścią nie­praw­da – za­prze­czył Wal­lan­der. – A kon­fe­ren­cję pra­so­wą mo­żesz od­wo­łać.

Za­uwa­żył, że Björk jest po­iry­to­wa­ny.

– Nie ma mowy – od­po­wie­dział tam­ten. – Przy­najm­niej tyle mo­żesz zro­bić dla swo­ich ko­le­gów. Poza tym chce o to­bie na­pi­sać „Svensk Po­lis”.

Wal­lan­der pod­szedł do biur­ka.

– Nie re­zy­gnu­ję – oznaj­mił. – Przy­sze­dłem dzi­siaj z za­mia­rem pod­ję­cia pra­cy.

Björk pa­trzył na nie­go skon­ster­no­wa­ny.

– Nie bę­dzie żad­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej – cią­gnął Wal­lan­der. – Od dziś wra­cam na służ­bę. Po­pro­szę mo­je­go le­ka­rza, żeby uznał mnie za zdro­we­go. Czu­ję się do­brze. Chcę pod­jąć pra­cę.

– Mam na­dzie­ję, że nie przy­sze­dłeś się ze mnie na­bi­jać… – za­czął zbi­ty z tro­pu Björk.

– Nie – za­pew­nił Wal­lan­der. – Zda­rzy­ło się coś, co spo­wo­do­wa­ło, że zmie­ni­łem zda­nie.

– Bar­dzo mnie za­sko­czy­łeś – po­wie­dział Björk.

– Sie­bie sa­me­go rów­nież – przy­znał Wal­lan­der. – Tak na­praw­dę pod­ją­łem de­cy­zję ja­kąś go­dzi­nę temu. Mam tyl­ko je­den wa­ru­nek. A ra­czej proś­bę.

Björk ski­nął gło­wą za­cie­ka­wio­ny.

– Chcę się za­jąć spra­wą Ste­na Tor­stens­so­na – oznaj­mił Wal­lan­der. – Kto pro­wa­dzi do­cho­dze­nie?

– Bio­rą udział wszy­scy – od­po­wie­dział Björk. – W gru­pie do­cho­dze­nio­wej jest Sved­berg, Mar­tins­son i ja. Z pro­ku­ra­tu­ry Per Åke­son.

– Sten Tor­stens­son był moim przy­ja­cie­lem – oświad­czył Wal­lan­der.

Björk po­ki­wał gło­wą i wstał zza biur­ka.

– Czy to aby praw­da? – za­py­tał. – Zmie­ni­łeś zda­nie?

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łem.

Björk wy­szedł zza biur­ka i sta­nął na­prze­ciw­ko Wal­lan­de­ra.

– Daw­no nie mia­łem lep­szej wia­do­mo­ści – oznaj­mił.

– Mo­że­my już po­drzeć te pa­pie­ry. To się twoi ko­le­dzy zdzi­wią.

– Kto za­jął moje daw­ne biu­ro? – za­py­tał wy­mi­ja­ją­co Wal­lan­der.

– Hans­son.

– Chciał­bym tam wró­cić, je­że­li to moż­li­we.

– Na­tu­ral­nie. Zresz­tą Hans­son jest w tym ty­go­dniu na kur­sie szko­le­nia za­wo­do­we­go w Halm­stad. Mo­żesz się tam od razu wpro­wa­dzić.

Wy­szli ra­zem na ko­ry­tarz i przy­sta­nę­li przed drzwia­mi daw­ne­go po­ko­ju Wal­lan­de­ra.

Na drzwiach nie było pla­kiet­ki z jego na­zwi­skiem. Po­czuł ukłu­cie gnie­wu.

– Mu­szę mieć go­dzi­nę dla sie­bie – po­wie­dział.

– Ze­bra­nie w spra­wie mor­der­stwa Ste­na Tor­stens­so­na od­bę­dzie się o wpół do dzie­wią­tej – po­in­for­mo­wał Björk. – W ma­łym po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym. Je­steś pew­ny, że mó­wisz po­waż­nie?

– Nie mam ocho­ty na żar­ty.

Po chwi­li wa­ha­nia Björk mó­wił da­lej:

– Zda­rza­ło ci się po­stę­po­wać odro­bi­nę nie­roz­waż­nie, a na­wet nie­obli­czal­nie. Sam mu­sisz przy­znać.

– Nie za­po­mnij od­wo­łać kon­fe­ren­cji – przy­po­mniał Wal­lan­der.

Björk po­dał mu rękę.

– Wi­taj z po­wro­tem – po­wie­dział.

– Dzię­ku­ję.

Wal­lan­der za­mknął za nim drzwi i na­tych­miast zdjął słu­chaw­kę z wi­de­łek. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Biur­ko było nowe. Na­le­ża­ło do Hans­so­na. Ale sta­re krze­sła były jego, Wal­lan­de­ra.

Po­wie­sił kurt­kę i usiadł.

Ten sam za­pach, po­my­ślał. Ten sam śro­dek do czysz­cze­nia, to samo su­che po­wie­trze i ten sam sła­by za­pach kawy, któ­ra bez­u­stan­nie leje się w tym bu­dyn­ku.

Dłu­go sie­dział bez ru­chu.

Mę­czył się z górą rok, po­szu­ku­jąc praw­dy o so­bie i swo­jej przy­szło­ści. Z wol­na doj­rze­wa­ło w nim po­sta­no­wie­nie, prze­bi­ja­jąc się przez apa­tię. Po­tem otwo­rzył ga­ze­tę i wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na po­czuł przy­jem­ny dreszcz w ca­łym cie­le.

Pod­jął de­cy­zję. Nie wie­dział, czy jest słusz­na. Ale to już nie mia­ło zna­cze­nia.

Po­chy­lił się nad biur­kiem, przy­su­nął so­bie no­tes i za­pi­sał tyl­ko dwa sło­wa:

Sten Tor­stens­son.

Wró­cił na służ­bę.