Metternich. Orędownik pokoju - Franz Herre - ebook

Metternich. Orędownik pokoju ebook

Opracowanie zbiorowe

0,0

Opis

 

Biografia Klemensa Metternicha, długoletniego kanclerza Austrii, jednego z najzdolniejszych polityków XIX wieku. Uważany słusznie za głównego organizatora Kongresu Wiedeńskiego, został naczelnym architektem porządku politycznego Europy po pokonaniu Napoleona przez koalicjantów. Kres temu systemowi położyła dopiero I wojna światowa. Jednocześnie postać barwna, realistycznie przedstawiona, nieodrodny syn niespokojnej epoki rewolucji i wojen przełomu XVIII i XIX stulecia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 600

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

METTERNICH. STAATSMANN DES FRIEDENS

Redaktor prowadzący

MICHAŁ KARPOWICZ

Korekta

BERNADETA LEKACZ

Wybór ilustracji

EWA MAZUR

Originally published in the German language as „Metternich“ by Franz Herre

© 1947, Verlag Kiepenheuer & Witsch GmbH & Co. KG, Köln, Germany

© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy, 1996, 2018

Księgarnia internetowawww.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

Wydanie drugie

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

[email protected]

ISBN 978-83-06-03509-4

Skład wersji elektronicznej:

KAMIL RACZYŃSKI

konwersja.virtualo.pl

„Pokój jest gwarancją porządku”

św. Augustyn

KONIEC PEWNEGO ŚWIATA

Klemens Wenzel Lothar Metternich mawiał, że w jego żyłach płynie Ren; jego krajem rodzinnym jest więc Nadrenia, ojczyzną zaś – Europa.

Urodził się w roku 1773 w Koblencji. Ren był jeszcze wówczas rzeką europejską, nie zaś „naturalną granicą” Francji, jak domagali się tego jakobini i bonapartyści; nie był jeszcze „rzeką niemiecką, ale także nie granicą Niemiec”, jak ripostowali niemieccy romantycy.

Strasburg należał już wprawdzie do króla Francji, lecz Montbéliard nazywało się jeszcze Mömpelgard i było pod panowaniem księcia Wirtembergii. I tu, i tam w kościołach modlono się po łacinie, w salonach konwersowano po francusku, a w izbach mówiono po niemiecku.

Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego rozciągało się jeszcze wiele dni drogi na zachód od Koblencji, do Luksemburga i Namur, Brukseli i Brugii. Niderlandy Austriackie były pod panowaniem cesarza Habsburga, którego główną podporę stanowili duchowni elektorzy Moguncji, Trewiru i Kolonii. W tej „klerykalnej uliczce” nad Renem odtwarzali oni rzymskokatolickie średniowiecze, reprezentowali feudalną, federalną i uniwersalną Rzeszę – demonstrując swój anachronizm w dobie oświecenia, absolutyzmu i budzącego się nacjonalizmu.

Historia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego była w Trewirze stale obecna. W okresie późnorzymskim był on rezydencją cesarską i siedzibą biskupów, a od czasów frankońskich – arcybiskupa, którego sufraganami byli biskupi Metzu, Toul i Verdun oraz – od 1777 roku – nowo kreowani biskupi St-Dié i Nancy. Duchownym władcą panującym był w XIII wieku elektor, jeden z siedmiu, a później dziewięciu książąt mających prawo wyboru króla niemieckiego, drugi w hierarchii po elektorze mogunckim.

Dla ostatniego arcybiskupa i elektora trewirskiego Klemensa Wenzeslausa było tej historii aż nadto, zwłaszcza że w XVIII wieku jego godność nie przynosiła zbyt wiele, a była coraz większym ciężarem. Ów wnuk Augusta Mocnego Sasa (prawowity książę krwi) przeniósł więc swą rezydencję z miasta posiadającego Porta Nigra1 do pogodnej Koblencji. Francuskim architektom zlecił zbudowanie klasycystycznego zamku, w którym rezydował jak barokowy książę; dla swych 280 tysięcy poddanych starał się być surowym, lecz sprawiedliwym władcą w myśl oświeconego absolutyzmu i łagodnym duszpasterzem.

Klemens Wenzeslaus nosił nazwisko Metternich po swym ojcu chrzestnym, który zaszczycił stary ród będący w służbie duchownych elektorów i zasłużony dla Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ród ten wywodził swe nazwisko od miejscowości Metternich położonej koło Weilerswist i w 1679 roku otrzymał godność hrabiów Rzeszy. Zależał on bezpośrednio od Rzeszy, a pośrednio od nadreńskiej Germania sacra, tej miniatury Sacrum imperium. Na jej terytorium rodziny takie jak Metternichowie, będąc swego rodzaju elektorami w skali mikro, wybierali spośród siebie „lokalnego” cesarza, niekiedy sami wspinali się na szczyt, zadowalając się przejściowo skromniejszymi godnościami i mniej dochodowymi prebendami.

Czterej Metternichowie zostali duchownymi elektorami, trzej w Moguncji, będąc tym samym arcykanclerzami Niemiec, a jeden w Trewirze, będąc arcykanclerzem Burgundii. Najważniejszym z nich był Lothar z Trewiru, po którym późniejszy kanclerz Austrii odziedziczył swe trzecie imię. Podczas wojny trzydziestoletniej bronił on starej wiary i starego cesarza, a także swojej rodziny zamieszkałej w posiadłościach Winneburg i Beilstein nad Mozelą; zbudował jej też okazały dom przy Münzplatz w Koblencji, zwany Dworem Metternichowskim. W nim to 15 maja 1773 roku urodził się Klemens Wenzel Lothar.

W anonsie opublikowanym w „Wöchentliche Coblenzer Frag- und Anzeigungsnachrichten” najwięcej uwagi poświęcono jego ojcu, szlachetnie urodzonemu Franzowi Georgowi Carlowi Josephowi hrabiemu Świętego Cesarstwa Rzymskiego von Metternich, Winneburg i Beilstein, panu na Königswart, Spurkenburg, Naunheim, Reinhardstein i Pousseur, dziedzicznemu szambelanowi arcykapituły mogunckiej, starszemu szambelanowi rzeczywistemu Jego Apostolskiej Wysokości, starszemu tajnemu ministrowi stanu i zastępcy nadmarszałka Jego Wysokości księcia elektora w Trewirze itd.

W wieku dwudziestu siedmiu lat miał on posturę odpowiednią do tej ilości tytułów; po zdobyciu kolejnych został wreszcie urzędnikiem i dostojnikiem cesarskim. Wydawał się uosobieniem starej Rzeszy: korpulentny, ociężały, w peruce na głowie; zamożny, ceremonialny i pewny siebie.

Malarz Johann Baptist Pflug uwiecznił go na płótnie jako mężczyznę postawnego, w starannie ufryzowanej i mocno upudrowanej peruce, o uderzająco czerwonym nosie. Ten Frankończyk znad Mozeli był zwolennikiem Bachusa i kawalerem w służbie Wenus, co także na dworze duchownego pana nie stanowiło przeszkody w karierze. Jedynie rosyjski radca stanu i komediopisarz niemiecki Kotzebue miał prawo wyśmiewać starego Metternicha jako „Amora z głową Saturna, w którego siwych lokach szemrze Zefir”.

Jako hrabia Rzeszy uważał się on za sługę Zeusa albo jego zastępcy w cesarstwie niemiecko-rzymskim; miał on go wspomagać w chronieniu swych przywilejów i korzyści, pilnując porządku i praw w Rzeszy. Cechowała go przy tym raczej gorliwość niż talent. Jako dyplomata – najpierw poseł elektora trewirskiego w Wiedniu, a następnie poseł cesarski przy elektorskich dworach nadreńskich – mówił zbyt wiele. A jako minister – najpierw w elektoracie trewirskim w Koblencji, a później w austriackiej Brukseli – działał zbyt mało.

Więcej szczęścia miał w 1771 roku do ożenku, do którego przyczyniła się w pewnym stopniu Maria Teresa, ta Mater Austriae, która chętnie kojarzyła małżeństwa, a potem miała na oku nowo powstałe rodziny. Hrabianka Maria Beatrix Aloisia von Kageneck pochodziła z uznanego w Wiedniu rodu wywodzącego się z Bryzgowii. Uroda i grzeczność szesnastoletniej narzeczonej były niezaprzeczalne, spryt zaś i ambicję można było wyczytać z charakterystycznego, nieco zbyt spiczastego noska.

Jako narzeczony nie mógł, jako małżonek zaś musiał pogodzić się z faktem, że to ona rządziła w domu, brylowała w towarzystwie, zabierała głos w rozmowach zarówno prywatnych, jak i politycznych. Było to dla niego nie tyle wygodne, ile wręcz korzystne. Hrabina bowiem potrafiła jaśniej niż on myśleć, mądrzej mówić, działać w sposób bardziej rozważny i snuć zręczniejsze intrygi. Nawet jeśli ktoś je przejrzał, czuł się mile połechtany, że został wyprowadzony w pole przez tak uroczą kobietę. Nawet jej złośliwości, które szczególnie lubiła, brano za dobrą monetę – w salonach bowiem zwracano uwagę bardziej na formę niż na treść.

Małżeństwo to było jak związek baroku z rokokiem: z jednej strony poważny małżonek, którego każdy występ urastał do rangi akcji państwowej wywołującej strach lub śmiech; z drugiej – energiczna małżonka, której improwizacje wszystkim się podobały i która impulsywnością zjednywała sobie otoczenie. Z ciekawością oczekiwano, jakie będą dzieci z takiego związku.

W ciągu pięciu lat przyszło ich na świat czworo: w 1772 roku Paulina, która wdała się bardziej w ojca niż w matkę; w 1774 roku Josef, który się wyrodził, zadowalając się podrzędną posadą w wiedeńskiej Kancelarii Państwa; w 1777 roku Ludwig, który nie przeżył nawet roku. Wreszcie w 1773 roku Klemens Wenzel Lothar, który odziedziczył postać i umysł po matce, a odpowiednie do swego stanu zachowanie i radość życia – po ojcu. Połączenie to miało się okazać brzemienne w skutki dla historii.

„Wyobrażam sobie, że urodził się kompletnie ubrany, z upudrowanymi włosami i wychodząc pierwszy raz na świat, należycie się skłonił”. Słowa, którymi Nathaniel Hawthorne opisał Jerzego Waszyngtona, mogły równie dobrze dotyczyć Klemensa Metternicha. Wszedł on bowiem w życie jakby gotowy: od urodzenia był ukształtowanym mężczyzną, z pochodzenia uprzywilejowanym arystokratą i w pełni kawalerem tych czasów, o których współcześni mu wkrótce powiedzą: tylko ten, kto je przeżył, zna słodycz istnienia.

Nic więc dziwnego, że Metternich chciał te czasy przedłużyć w nieskończoność, kierując się bardziej względami osobistymi niż politycznymi. Nie tkwił korzeniami, jak przyjęło się mówić, w przedrewolucyjnym wieku XVIII, albowiem wówczas mógłby wzrastać, adaptując się także do nowych czasów. Jednak jako dorosły wszedł w swój świat, w którym nie mógł się dalej rozwijać i z którego nie chciał wychodzić. W wieku czterdziestu pięciu lat oświadczył, że nie zmienił się od piętnastego roku życia i że za dwadzieścia lat chyba wciąż jeszcze będzie taki sam.

Wszystko spadało mu z nieba: wrodzone talenty, umysłowe zdolności, pochodzenie czyniące jego teraźniejszość szczęśliwą i zapewniającą mu przyszłość. Matka rozpieszczała swego pupilka, a ojciec przesadnie chwalił postępy roztropnego syna i zbytnio pobłażał eskapadom swawolnego chłopca. Rodzeństwo podporządkowywało mu się, uznając jego przewagę i wiedząc, że koniec końców zawsze będzie miał rację.

Już jako dziecko, początkowo mimowolnie, umiał sobie zjednywać wszystkich, zwłaszcza zaś przedstawicielki płci pięknej. Gdy był chłopcem, uważały go one za zabawnego, a gdy stał się młodzieńcem – za zalotnego. Był bowiem śliczny jak z obrazka, śmiały, sprytny i dobroduszny, miał blond włosy i niebieskie oczy; młodzieńczą naiwność i nieśmiałość łączył z uprzejmością i galanterią. Kobiety nie dostrzegały jednak, że zaczął już świadomie sprawiać takie wrażenie; odnosił sukcesy poprzez uważne przysłuchiwanie się, uprzedzanie myśli i życzeń. Potakując ludziom, umiał ich sobie zjednywać, nie wychodząc im zanadto naprzeciw i wcale nie zdając się na ich łaskę; uczył się i wkrótce stał się mistrzem w sztuce obcowania z ludźmi.

Umocniło to jego pozycję społeczną i stanowisko polityczne, lecz nie charakter. Umiejąc tak łatwo zjednywać sobie otoczenie, stał się zbyt zarozumiały, arogancki, pewny siebie i bezkrytyczny wobec własnej osoby; pozbawiony wątpliwości, niezdolny do samooceny i samokrytyki – był egocentrykiem niepozwalającym narzucić sobie niczyjego zdania.

Ciągle przyznawano mu rację, więc sądził, że zawsze ją ma. Nie musiał się nigdy wybijać i szukać uznania, używał więc życia i skłonny był folgować – sobie i innym – w sprawach osobistych, mniej zaś w politycznych. Nie lubił mówić „nie”, zwłaszcza prosto w oczy, pomagając w ten sposób rozmówcy zachować dobre mniemanie o swojej osobie.

Ów Narcyz był zakochany w sobie; podziwiał się w lustrze i czułby się najlepiej, będąc stale podziwianym także przez innych. Skłaniało go to wciąż do przybierania pozy, robienia dobrego wrażenia, dumnego rozpościerania ogona – jak paw, który nie przypadkiem był ulubionym zwierzęciem rokoka.

Starał się przypodobać grzecznościami i pochlebstwami zakrawającymi na służalczość. Umacniała go w tym matka, która uważała, że jest to warunek awansu społecznego. Kiedyś będąc w Strasburgu, oświadczył, że woli muzykę włoską. Matka napomniała go wówczas, że w Niemczech ma mówić o swym upodobaniu do muzyki niemieckiej, a we Francji – do francuskiej.

Ojciec udzielił mu jednej praktycznej rady: ma być uprzejmy wobec wszystkich, a zwłaszcza wobec starszych dam, których gadanie bardziej wpływa na opinię o młodych ludziach, niż się powszechnie uważa. Syn stosował się do tej rady, choć wkrótce nie wystarczało mu już szukanie poklasku tylko u starszych dam. O jego pierwszych miłostkach krążą pikantne historie rozpowiadane przez tych, którzy zazdrościli mu jego późniejszych wielkich miłości: rzekomo sięgał pokojówkom pod spódnice, zabawiał się ze służącymi – co zresztą stanowiło jego jedyny kontakt z ludem.

Od początku żył w zamkniętym kręgu, w feudalnym świecie, w arystokratycznym środowisku. Gabinet ojca i salon matki były jego pierwszymi salami lekcyjnymi. Do elementarnych pojęć należało przekonanie, że posiadłość ziemska musi być szanowana i powiększana jako podstawa nie tylko ekonomicznej, lecz także społecznej i politycznej pozycji arystokracji.

W salonie uczył się zachowania wśród równych sobie i dystansowania się od pozostałych. Na parkiecie poruszał się wkrótce równie pewnie jak na placu zabaw, gdzie – jak wspominał – już jako mały chłopiec przewracał się rzadziej od swych kolegów: „Nie biegałem tak szybko i miałem szeroko otwarte oczy”. Równie szybko przyswoił sobie wytworne maniery – raczej formy, a nie treści towarzyskie; konwersację – paplanie, a nie rozmowę; brylowanie i olśniewanie, coś wiążącego i niewiążącego zarazem, kurtuazję.

Mówiono przy tym po francusku, a on posługiwał się tym językiem tak chętnie, że ojciec musiał go kiedyś upomnieć, by nie zaniedbał całkiem swego języka ojczystego. Przez całe życie wysławiał się po francusku lepiej niż po niemiecku, a w każdym razie bardziej elegancko, z większą i jednocześnie mniejszą jasnością; jedno drugiemu nie przeszkadzało: był to bowiem język nie tylko filozofów, lecz także dyplomatów.

Wiadomości przyswajał sobie łatwo, niemalże w trakcie zabaw, co nie było bynajmniej korzystne. Dobra pamięć skłaniała go bowiem do przekonania, że nie musi siedzieć w ławce. Nie był dość wytrwały w poszerzaniu i pogłębianiu szybko zapamiętywanych wiadomości. Brakowało mu też chęci do przekształcania wiedzy w dzieło. Nie widział w tym bowiem celu. Przecież posiadał wszystko, czego potrzebował, i miał dostać to, czego pragnął.

Nie ułatwiało to pracy guwernerom. Wytworne rodziny zatrudniały zwykle preceptora, a ponieważ Metternichowie byli rodziną szczególnie wytworną i odpowiednio zamożną, mogli sobie pozwolić na dwóch.

Abbé Bertrand był pijarem, członkiem zakonu, który został założony w czasach kontrreformacji w celu nieodpłatnego nauczania dzieci biedoty. W epoce absolutyzmu kształcił on również dzieci z warstw uprzywilejowanych i w dobie oświecenia oprócz religii dawał podstawy nauk humanistycznych. Klemens chłonął wiarę uzasadnioną w sposób ludzki i ukierunkowaną na człowieka; popadał nawet przejściowo „w religijną przesadę” – czemu nie mógł się później nadziwić.

Przyczyny tego tkwiły zarówno w epoce, jak i w nim samym. Metternichowie byli katolikami, służyli katolickim cesarzom i duchownym elektorom, co nie przeszkadzało ojcu Klemensa zostać wolnomularzem. Wiara w Kościół była potrzebna do uzasadnienia istnienia stanów i urzędów Rzeszy, a szanowana jako tradycyjna forma życia. W tym nastawionym nie tylko antyklerykalnie, lecz również antyreligijnie stuleciu było zrozumiałe, a nawet wybaczalne, że ktoś myśli bardziej o życiu doczesnym niż o życiu pozagrobowym.

Świat, w którym żyli wszyscy ludzie tamtej epoki, a Metternichowie w szczególności, był najlepszym ze światów; został wprawdzie stworzony przez Boga, lecz był podtrzymywany i rozwijany przez oświeconych ludzi. Moje serce spadło szybko z chmur na ziemię – zreasumował Metternich już jako minister szanujący Kościół bardziej jako podporę tronu, a nie przybytek ołtarzy.

Jego osobista skłonność do widzenia teraźniejszości w różowych, a przyszłości w jeszcze bardziej różowych barwach wychodziła naprzeciw racjonalnie uzasadnionemu optymizmowi i wierze w postęp, jakie były charakterystyczne dla oświecenia. Jego roszczenie dotyczące stanowienia o sobie, dążenia do osobistego szczęścia i życia dla własnej przyjemności odpowiadało autonomicznemu prawu i autonomicznej moralności oświecenia. Oświeceniowa próba stworzenia zasad dla wszystkiego i podporządkowania każdego człowieka regułom była zgodna z wyobrażeniami Metternicha o porządku publicznym, w którym chciał zachować swój świat; mniej zaś z jego osobistą postawą, która była na tyle giętka, by zezwalać na odstępstwa od zasad i wyjątki od reguł.

Zbieżność podstawowych wymagań ducha czasów z duchowymi skłonnościami Metternicha wyjaśnia, dlaczego został on nacechowany na całe życie oświeceniem. Dokładniej zaś – stadium, które osiągnęło ono w okresie duchowego formowania się Metternicha, a wyrażało się hasłami: autonomia dla wybranych i oświecony absolutyzm dla całej reszty.

Abbé Bertrand był człowiekiem oświecenia jedynie w połowie, całkowicie zaś był nim drugi z guwernerów: Johann Friedrich Simon, protestant przybyły z zakładu w Dessau, gdzie wychowywano młodych ludzi w duchu filantropizmu. Jego założyciel, Johann Bernhard Basedow, był autorem książki pt. Sittenlehre der Vernunft (Etyka rozsądku). Simon, będący jego uczniem, podkreślał zaś: „Doświadczenie i refleksja są jedynymi wielkimi instruktorami ludzkiego ducha”.

To zdanie utkwiło w pamięci młodego Metternicha. Etykę przyswoił sobie w mniejszym stopniu, najmniej zaś pedagogikę głoszoną przez Rousseau w Genewie, a praktykowaną przez Simona w Strasburgu: jedynie człowiek naturalny jest dobrym człowiekiem, a „powrót do natury” powinien się rozpoczynać od ćwiczeń na wolnym powietrzu, pływania i wędrowania oraz obozowania pod gołym niebem. Nie było to w smak młodemu hrabiemu ceniącemu wygody cywilizacji i niechętnie rezygnującemu z pudru, pomady i peruki, które według Simona miały „sprzyjać fizycznemu i moralnemu złu oraz powodować słabość i zniewieściałość duszy”.

Nie należało się po nim spodziewać „burzy i naporu”, żadnych duchowych wstrząsów i odrzucania konwencji ani żadnych ekstrawagancji i ekscesów. Mając piętnaście lat, był niemal w pełni ukształtowanym mężczyzną, otwartym, przedwcześnie dojrzałym i zblazowanym, prawdziwym paniczem z wielkiego rodu. Posiadał już wówczas prebendę kapituły mogunckiej, do otrzymania której nie wystarczała sama protekcja: trzeba było być zależnym bezpośrednio od Rzeszy i wykazać się posiadaniem szesnastu przodków pochodzenia szlacheckiego.

Uznano, że już dojrzał do wstąpienia na uniwersytet w Strasburgu, do wyższej szkoły dla dyplomatów; miał ku temu predyspozycje i do tego go przeznaczono.

Strasburg był francuskim bastionem na wschodzie i ciągle jeszcze „przepięknym miastem” Niemców. Gotycka katedra, wychwalana jako majstersztyk staroniemieckiej architektury, harmonizowała z Château de Rohan zbudowanym przez dworskiego architekta z Paryża w stylu przejściowym między Ludwikiem XIV a Ludwikiem XV.

Na uniwersytecie, założonym w 1621 roku przez cesarza Ferdynanda II, nadal kultywowano prawo Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, a od niedawna wykładano także europejskie prawo międzynarodowe. Na studia przybywali tu Niemcy, Francuzi, Rosjanie i Anglicy, ma się rozumieć ze stanu szlacheckiego, pragnący zostać dyplomatami. Uważali to nie tylko za zawód odpowiedni dla swego stanu, lecz również za wynikające z tego stanu powołanie, by przywileje zagwarantowane w kraju ojczystym ugruntować w europejskim porządku państwowym.

Tę międzynarodówkę arystokratów łączył – oprócz stanowego egoizmu – także kosmopolityczny altruizm. Jako oświeceni Europejczycy kierowali się oni etyką chrześcijańską i zapatrywaniami humanitarnymi; kochali rozsądny, błogosławiony porządek, wierzyli – za niemieckim filozofem Leibnizem – w ustanowioną z góry harmonię, ustalone wcześniej współbrzmienie wszystkich indywidualnych sił, a więc również poszczególnych państw. Mieli też nadzieję – wraz z francuskim abbé Charles’em Irénée de Saint-Pierre – że nadając i na nowo potwierdzając to współbrzmienie, można by ogłosić „wieczny pokój”.

Aby umocnić się w swych zasadach i nauczyć metod postępowania, przybywali oni do strasburskiej szkoły dla dyplomatów. Był wśród nich także Metternich wpisany na listę studentów jako Clément Comte de Metternich-Winnebourg 12 listopada 1788 roku.

Czołową postacią był w Strasburgu Christoph Wilhelm von Koch: profesor prawa publicznego, protestant z Alzacji, który kształcił się w Paryżu, a szlachectwo otrzymał w Wiedniu z rąk cesarza. Za katedrą zachowywał się jak niemiecki profesor, był przekonany, że wszystko wie najlepiej, i usiłował przekonać o tym swych studentów; umiał im to też wmówić, gdyż był elokwentny jak francuski adwokat.

Także jego nauki nosiły piętno strasburskiej dwoistości. Prawo państwowe opierało się bowiem na prawie cesarstwa niemiecko-rzymskiego, a prawo międzynarodowe – na francuskim kosmopolityzmie. Stary uniwersalizm i nowy ponadnacjonalizm były wzajemnie powiązane, co odpowiadało genius loci i było wygodne dla oświeconych panów z Rzeszy.

Koch w swej nauce o państwie wychodził bowiem z założenia, że należy zachować istniejące państwa i panujące w nich warunki, a wraz z nimi i w nich – historycznie narosłe prawo i dziejowo uzasadnione przywileje. Jeden z jego niemieckich kolegów krytykował tę teorię, twierdząc, że w ten sposób nadaje się „wyrafinowanemu despotyzmowi sztuczne formy prawne”. Szlacheckiej braci studenckiej odpowiadało to tak bardzo, że zaakceptowała również wynikające z tego konsekwencje: tradycyjny porządek można utrzymywać jedynie nowoczesnymi metodami, należy go kontynuować w duchu racjonalizmu – przez oświecony absolutyzm, który ma zarządzić odgórnie szczęście dla wszystkich.

Monarchia ta ze swym feudalnym społeczeństwem, biurokratyczną administracją i filantropijnym posłannictwem nie była bynajmniej odosobniona. Wszystkie państwa europejskie miały taką samą strukturę, były podobnie rządzone, miały takie samo ugruntowanie historyczne i aktualne ukierunkowanie – coś zbliżonego do wspólnej ideologii. Miały jednak odmienne interesy polityczne powodujące stale konflikty i wojny, co nie dziwiło w ciemnym średniowieczu, lecz raziło już w wieku oświecenia. Głoszono przecież, że wyznania, klasy i stany muszą się pogodzić, wszyscy ludzie powinni się uściskać, a cała ludzkość trzymać się razem.

Metternich słyszał to wystarczająco często od swego guwernera Simona, który przybył wraz z nim do Strasburga. Mawiał on, że Europa jest jedną rodziną; porównanie to nie było jednak najszczęśliwsze. Monarchowie i arystokraci byli wprawdzie wzajemnie spowinowaceni, lecz państwa nie tworzyły rodziny, w której w razie wątpliwości pokrewieństwo byłoby ważniejsze od istoty zatargu, a w ostateczności ojciec miał decydujące słowo. Europa przypominała raczej pastwisko dla dzikiej zwierzyny, którego lokatorzy to spokojnie pasą się razem, to się nawzajem atakują.

Wiara w postęp nie była w stanie tego zmienić i nie należało się spodziewać udanego przekształcenia ziemskich ludzi w ziemskie anioły, do czego dążyli Simon i jemu podobni. Rozwiązaniem tej kwadratury koła wydawała się nauka profesora Kocha o systemie równowagi sił europejskich.

Opierała się ona na myślach innych uczonych, korespondowała z podobnymi teoriami, tkwiła do pewnego stopnia w atmosferze tej epoki ukierunkowanej na doświadczenia i refleksję, wyciągającej wnioski z faktów i próbującej uporządkować je w system. Każde państwo miało swoją wartość, którą można zmierzyć i zważyć. Niedowaga niosła ze sobą niebezpieczeństwo podporządkowania, nadwaga – niebezpieczeństwo hegemonii. Gdyby się udało uniknąć jednego i drugiego, stworzyć balance of powers, zachować system równowagi państw – można by wówczas zagwarantować bezpieczeństwo każdego państwa z osobna i pokój dla wszystkich.

Koch uczył powołanych właśnie do tego przyszłych dyplomatów, jak można doprowadzić system państw europejskich do tej równowagi i jak ją utrzymać: przez kalkulację wielkości, wybalansowanie sił, równowagę potęg. Odpowiadało to matematycznemu i mechanicznemu pierwiastkowi oświecenia, jego analizowaniu, systematyzowaniu, racjonalizowaniu. Ponieważ jednak życie zarówno państw, jak i ludzi podlega także irracjonalnym, nieobliczalnym i niewymiernym siłom, ów system bezpieczeństwa z założenia niósł ze sobą niepewność.

Profesor nie chciał tego przyznać, studenci zaś nie mogli, zwłaszcza młody Metternich. Z natury gnuśny, był wówczas w wieku, w którym człowiek chętniej przyjmuje w dobrej wierze to, co już przemyślane, niż ma ochotę i umiejętność posługiwania się własnym rozumem. Ponieważ zaś tezy tej teorii wydawały mu się łatwe do pojęcia, wygodne do zastosowania, a przede wszystkim przynoszące pożytek, przyjął je jak dogmaty – i to jedyne, w jakie wierzył do końca życia.

Na studiach nie musiał się przepracowywać, gdyż z góry było ustalone, że nie musi zdawać egzaminu, a karierę może rozpocząć również bez akademickiego dyplomu. Tak czy owak, dyplomata potrzebuje więcej doświadczenia życiowego niż wiedzy książkowej; przede wszystkim musi się nauczyć poruszać i zachowywać na parkiecie, który ma się stać jego światem.

Strasburg, „jedno z weselszych miast Europy”, dawał ku temu wystarczającą ilość okazji. Ponieważ zaś Metternich chętniej przebywał w salonie niż w pokoju do nauki, a do sali balowej miał bliżej niż do sali wykładowej, kształcił się z zadziwiającą pilnością, zachowywał wzorowo i odnosił znaczne sukcesy.

Młody hrabia bywał w Hôtel des Deuxponts, rezydencji księcia Maksymiliana von Zweibrückena, późniejszego pierwszego króla Bawarii, a ówczesnego komendanta francuskiego pułku Royal Alsace. Pan pułkownik niechętnie odbywał ćwiczenia, wolał śpiewać i tańczyć, a flirtowanie przedkładał nad potyczki z nieprzyjacielem; był bowiem ulubieńcem kobiet. Szesnastoletni hrabia patrzył na niego z szacunkiem; trzydziestojednoletni książę zaopiekował się nim i nic już nie stało na przeszkodzie jego wejściu w wielki świat, w każdym razie świat barwniejszy i weselszy niż w Koblencji.

Wkrótce stał się mile widziany i bardzo lubiany; nawet Simon, guwerner odpowiedzialny za poważną edukację, musiał przyznać, że robi on dobre wrażenie, wyrastając na młodzieńca „wesołego, pięknego i uprzejmego” ku radości rodziny i całego społeczeństwa. Metternich nigdy nie zapomniał tych złotych dni w Strasburgu głównie dlatego, że wydały mu się one ostatnimi dniami starego świata.

Z jasnego nieba uderzył bowiem grom: Wielka Rewolucja Francuska. Burza nadciągnęła także nad Strasburg, miasto gotyku i rokoka, dmuchnęła w najodleglejsze kąty budynków z pruskiego muru, potargała peruki, zburzyła sielankę i zniszczyła iluzję nienaruszonego świata.

Młody wiek Metternicha nie pozwalał mu jeszcze zrozumieć, że to oddziaływanie przyczyn, których współautorami byli ludzie jego stanu i oświeceni profesorowie. Jak sam później przyznał, był zbyt onieśmielony tym przeżyciem, ubolewaniem nad końcem starego świata i zdziwieniem nad początkiem nowego, by zdobyć się na obiektywne poznanie lub wyciągnąć bezstronne wnioski.

Jako student był naocznym świadkiem szturmu na strasburską Bastylię 21 lipca 1789 roku. Czeladnicy uzbrojeni w topory i siekiery zebrali się wówczas tłumnie przed ratuszem, porozbijali okna, wtargnęli do budynku urzędu i powyrzucali sprzęty i akta. Żołnierze, którzy ostatecznie przepędzili rebeliantów, zastali puste kasy i porozbijane beczki z winem.

Długo, zbyt długo pułk Royal Alsace stał z bronią u nogi; dowódcy, księciu Maksymilianowi, nakazano zachowanie daleko idącego spokoju. Spokój zachowali również mieszczanie podczas dwóch kolejnych szturmów ratusza. „Otoczony tłumem tępych widzów, tytułujących się ludem, byłem świadkiem plądrowania strasburskiego ratusza, którego dopuścił się pijany motłoch, także mieniący się ludem – tak napisał później Metternich, kiedy sądził, że dawno już przedsięwziął środki przeciw powtórzeniu się tego rodzaju akcji. – Nauki jakobinów i odwoływanie się do miłosierdzia ludu napełniały mnie odrazą, która nasilała się we mnie wraz z wiekiem i doświadczeniem”.

Najtrwalej zaszokowała go metamorfoza jego guwernera Simona z filantropa w człowieka pogardzającego ludźmi, a wreszcie ich niszczącego. Ów „najlepszy człowiek na świecie”, który ogarniał wszystkich swoją miłością, zaczął prześladować tych, którzy nie chcieli i nie mogli zostać jego braćmi: początkowo w teorii, jako redaktor strasburskich postylli rewolucyjnych: Patriotisches Wochenblatt i Geschichte der gegenwärtigen Zeit (Historia czasów współczesnych), a następnie w praktyce jako towarzysz Dantona, Robespierre’a i Marata, poplecznik jakobińskiego terroru.

Było to kluczowe przeżycie polityczne Metternicha. Odtąd nie dowierzał ludziom noszącym serce na dłoni, mającym głowę pełną dziwacznych myśli i sprawiającym wrażenie, jakby chcieli zmienić je w czyn – ideologom i utopistom, reformatorom świata i oportunistom. Podejrzliwie spoglądał na współczesnych sobie, którzy – obojętnie, z jakich względów i w jakim celu – podawali w wątpliwość istniejące stosunki, podkopywali „podwaliny budowli społecznej”, burzyli porządek prawny. Musiało to prowadzić do przewrotu, do rewolucji, jego zdaniem „największego nieszczęścia, jakie może dotknąć kraj i jakie zgodnie ze swoją naturą niszczy wszystko”.

„Principiis obsta; sero medicina paratur, cum mala per longas invaluere moras” – pisał Owidiusz: „Stawiaj opór chorobie na początku, bo gdy z biegiem czasu siły jej wzrosną, to za późno szykować lekarstwo”2. Odnosiło się to zarówno do higieny medycznej, jak i politycznej. Bronić należało się na początku, sprzeciwiać się fałszywym zasadom, przeciwstawiać się zaczątkom ich realizacji. Metternich przyswoił sobie skutecznie tę zasadę i tak dokładnie jej przestrzegał, że odrzucał później i hamował także pozytywne przesłanki i stopniowe działania opierające się na tradycji.

Na lekcjach religii wpajano mu, że każdy grzech popełnia się najpierw w myślach. Radykalne dzieła były poprzedzone radykalnymi słowami. Czyż eskalacja rewolucji nie postępowała nieuchronnie od filozofii Rousseau, poprzez retorykę Mirabeau, do gilotyny Robespierre’a, czyż nie wynikała logicznie z oświeconego myślenia i w sposób nieuchronny z oświeceniowego działania?

Tak daleko Metternich nie chciał ani nie umiał się posuwać, gdyż oświecenie wywarło wpływ również na jego myślenie, a wiele jego późniejszych działań miało tę właśnie motywację.

Czy jednak można było zezwolić jednostce na rozwój w życiu prywatnym, a zabronić jej wstępu w sferę życia społecznego i politycznego? Czy można było raz zapoczątkowany postęp zatrzymać tam, gdzie ingerencja w stan posiadania stanowiła zagrożenie dla ludzi chcących zachować to, co zostało osiągnięte? Czy ambitny Trzeci Stan zadowoli się na dłuższą metę tym, że oświeceni monarchowie i oświeceni biurokraci przyznali mu prawo do działania na polu gospodarki, umożliwili ograniczony dobrobyt i dawkowali szczęście? Czy nie należało założyć, że pewnego pięknego dnia mieszczanie będą chcieli stać się obywatelami, sami wydawać swoje ustawy i wspólnie kontrolować ich wprowadzanie w życie?

We Francji zademonstrowano właśnie, że zwolennik oświecenia musi być także zwolennikiem ograniczenia władzy monarchicznej i przywilejów arystokracji. Młody Metternich nie był tego świadom, a po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że można czynić jedno, nie zezwalając na drugie – myśleć nowocześnie, zachowując stare stosunki.

Francja, ta „ziemia skalana przez jakobinizm”, już w pierwszym roku rewolucji stała się niegościnna. Nauczyciel Metternicha Koch widział wcześniejsze czy późniejsze zagrożenie dla systemu równowagi europejskiej; w danej zaś chwili dla niezależności Alzacji zagwarantowanej przez monarchę absolutnego, a postawionej teraz pod znakiem zapytania przez rewolucyjne żądanie nation une et indivisible. Koch pośpieszył zatem do Paryża, uzyskał obietnice, które wkrótce potem cofnięto, a sam został przez jakobinów wtrącony do więzienia.

Hrabina Metternich napisała do syna zaraz po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, by „opuścił to przeklęte miasto Strasburg”. Dopiero jednak rok później grunt zaczął mu się palić pod nogami. Uniwersytet będący obecnie raczej miejscem dyskusji, a nie wykładów, stał się bezproduktywny, a życie studenckie – niewesołe. Tak jak wszędzie, gdzie usilnie pracuje się nad ulepszaniem człowieka, stosunki międzyludzkie pogorszyły się, a życie towarzyskie sposępniało.

Jesienią 1790 roku Metternich opuścił więc Strasburg i udał się do Frankfurtu nad Menem na koronację cesarza Świętej Rzymskiej Rzeszy Narodu Niemieckiego. Przedstawienie to miało się odbyć ku przestrodze tych, którzy oczekiwali zbawienia od rewolucyjnego narodu, a ku zbudowaniu tych, którzy ciągle – jak młody Metternich – umieli w tym dostrzec przejaw „szlachetnego ducha narodowego”.

Cesarz Józef II, który próbował wprowadzić do swej Rzeszy nowego ducha, zmarł 20 lutego 1790 roku na suchoty. „To Pański kraj mnie zabił” – powiedział tuż przed śmiercią do księcia de Ligne, para austriackich Niderlandów, które 11 stycznia tegoż roku ogłosiły swą niepodległość jako Zjednoczone Stany Belgii. Józefa II jako człowieka oświecenia ugodziło oburzenie ze strony szlachty i Kościoła na zrównywanie od góry, a jako monarchę – powstanie Trzeciego Stanu, który oddolnie zażądał równości dla wszystkich.

Na następcę wyznaczono brata Józefa Leopolda, który w habsburskim Wielkim Księstwie Toskanii dokonał reform w duchu oświeconego absolutyzmu. W przeciwieństwie jednak do swego niepohamowanego brata w Wiedniu uczynił to dość ostrożnie; można więc było oczekiwać, że również jako rzymski cesarz wyjdzie naprzeciw nieuniknionym wymaganiom epoki, nie pozbawiając niczego stanów Rzeszy.

Pro forma musiał zostać wybrany przez elektorów, podpisać i zaprzysiąc ich warunki, tak zwaną kapitulację elekcyjną, do której w owych niepewnych czasach przywiązywali oni dużą wagę. Chcieli mianowicie ochronić swoje przywileje dwojako: przed ingerencją cesarza oraz przed atakami ze strony poddanych. Cesarzowi nie wolno było tolerować niczego, co mogłoby sprzyjać obaleniu aktualnej konstytucji i zakłóceniu porządku publicznego; miał też zapobiegać „nadmiernej wolności słowa i druku”.

9 października 1790 roku szykowano się do koronacji Leopolda II. Na tę najważniejszą uroczystość państwową przybyli do Frankfurtu dostojnicy państwowi z całej Rzeszy, a wśród nich szwabski protestant Karl Heinrich Lang, którego przygnębiała drobiazgowość księcia von Wallersteina i który w koronacji rzymsko-niemieckiego cesarza nie widział niczego wzniosłego.

„Cesarski płaszcz koronacyjny wyglądał jak kupiony na pchlim targu, a cesarska korona jak wykuta przez najgorszego miedziorytnika i wysadzana krzemieniami i odłamkami szkła” – naigrawał się dwudziestosześcioletni Lang. Cesarz „szedł w swych starych cesarskich pantoflach po ułożonych deskach przykrytych czerwonym suknem; ludzie z gminu, klęcząc na ziemi z nożami w rękach, odcinali sukno zaraz za jego piętami, nieraz tak gwałtownie szarpiąc swoje kawałki, że idący cesarz niemal się przewracał”.

Siedemnastoletni wówczas Metternich odbierał to całkiem inaczej. Jako hrabia Rzeszy odnoszący korzyści z potwierdzonego na nowo porządku Rzeszy napawał się publicznym objawieniem tradycji i nie dziwił się, że „ludzie z gminu” pragnęli zagarnąć dla siebie choć odrobinę szczęścia. Nie wyobrażał sobie, by miało to spowodować rozdarcie Rzeszy na strzępy i upadek cesarza. Ponadto obaj Metternichowie odgrywali swoje role w tym przedstawieniu: ojciec jako drugi poseł koronacyjny elektora czeskiego, syn jako mistrz ceremonii części katolickiej westfalskiego kolegium hrabiów – w szkarłatnoczerwonym, wyszywanym złotem kostiumie szlachetnego rycerza zakonu maltańskiego.

Entuzjazm wywoływał w nim zwłaszcza jego własny występ. Relacja z uroczystości nie była tak poetycka jak opis koronacji cesarza Józefa II dokonany przez frankfurtczyka Goethego w jego powieści Z mojego życia. Zmyślenie i prawda. Również Metternich puścił jednak wodze fantazji i pisząc o odbywającej się ćwierć wieku później koronacji Leopolda II, chwalił, że „wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów przemawiało do duszy i serca zarówno siłą przekazu, jak i połączeniem tak wielkiej wspaniałomyślności”.

Wrażenie było tym większe, że przedstawienie to stanowiło kontrast w stosunku do francuskiego dramatu narodowego. W Strasburgu był Metternich widzem pierwszego aktu rewolucji francuskiej, we Frankfurcie zaś delektował się celebrowaniem koronacji i związanymi z nią uroczystościami. Kontynuować studia i szukać szczęścia chciał zaś w Moguncji, gdzie cesarstwo wydawało mu się jeszcze nienaruszone, a rokoko nietknięte.

Głównie z myślą o Moguncji mówiono, że pod pastorałem dobrze się żyje. Pod wieloma względami przypominała ona rodzinne miasto Metternicha. Podobnie jak Trewir, była arcybiskupstwem i elektoratem, miała zbliżoną do niego powierzchnię (8260 kilometrów kwadratowych) i liczbę mieszkańców (320 tysięcy dusz). Wzorem Trewiru posiadała oświeconego arcybiskupa i duchownego regenta, katedrę i uniwersytet, a wzorem Koblencji – zamek.

Moguncki elektor był jednak wyższy rangą od trewirskiego, jako arcykanclerz Rzeszy i prymas Niemiec stał na czele hierarchii elektorów, jak również arcybiskupów, przewodził w Reichstagu i przy wyborze cesarza. Moguncki zamek był też starszy, uniwersytet bardziej uczęszczany, katedra sławniejsza, a Friedrich Karl Joseph von Erthal bardziej otwarty na epokę, zwrócony ku światu i cieszący się życiem niż Klemens Wenzeslaus.

Sposób jego rządzenia był pouczający, zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym. Ulegał wpływom francuskim, wykorzystując je jednak w większości dla siebie, a zaledwie częścią dzieląc się z resztą obywateli; prześladował jezuitów i faworyzował Żydów, wspierał gospodarkę i ulepszał sądownictwo – kierując się zasadą podawania małego palca, podczas gdy zgromadzeni przez niego w Moguncji uczeni zaczęli żądać całej ręki.

Georg Forster, który opłynął świat wraz z Jamesem Cookiem, został tu bibliotekarzem. Będąc obieżyświatem, dusił się wśród regałów z książkami, a będąc obywatelem świata – w stosunkach panujących w elektoracie mogunckim. W 1792 roku powitał francuskie oddziały rewolucyjne jako wyzwolicieli, wstąpił do Towarzystwa Przyjaciół Wolności i Równości, jako delegat Nadreńsko-Niemieckiego Konwentu Narodowego pojechał do Paryża, gdzie francuscy jakobini nie bardzo wiedzieli, co począć ze swym niemieckim towarzyszem.

Jeden z historyków twierdzi bez przekonania, że młody Metternich bywał w domu Forstera jako jego sympatyk; inny podaje – co jest bardziej prawdopodobne – że kierował się chęcią poznania, gdyż podobno zaczął się wówczas interesować geografią.

On sam zauważył później, że u Forstera zbierali się „akolici rewolucji”, a więc niżsi rangą klerycy towarzyszący swemu biskupowi, niosący przed nim świeczniki oraz podający wino i wodę. Iluminatem był profesor Andreas Josef Hofmann, który opublikował rodzaj „katechizmu arystokracji”; Metternich jako hrabia Rzeszy nie mógł go uważać za budujący, gdyż był to katechizm jakobiński; poza tym nie podobały mu się wykłady Hofmanna o prawie naturalnym. Innego nauczyciela unikał nie tylko ze względu na przedmiot, jaki wykładał, lecz także na nazwisko: Matthiasa Metternicha, mieszczańskiego Metternicha, który z posady nauczyciela szkoły podstawowej wybił się na stanowisko profesora matematyki. Ów moguncki jakobin tak podburzał chłopów, jakby wśród panów feudalnych chciał szczególnie mocno ugodzić arystokratycznych Metternichów.

U innego natomiast profesora warto było się pokazywać, słuchać go i uczyć się od niego. Niklas Vogt wykładał historię Rzeszy i – w pewnym stopniu jako jej logiczną kontynuację – historię powszechną; rozwinął z cesarstwa rzymsko-niemieckiego plan „Republiki Europejskiej”, jak brzmiał tytuł jego dzieła opublikowanego między 1787 a 1797 rokiem. Według Nadreńczyka Vogta stara Rzesza stanowiła model i środek nowej Europy, która powinna się zrosnąć pod względem historyczno-organicznym i być utrzymywana w równowadze w sposób racjonalno-mechaniczny.

Stworzenie systemu równowagi państw europejskich postawił sobie za cel już Koch w Strasburgu. Vogt w Moguncji chciał wprząc do niego także siły duchowe, społeczne i polityczne działające wewnątrz państw. Równowaga zewnętrzna warunkuje bowiem „stałą i szczęśliwą równowagę ludzkich i obywatelskich sił i mas” wewnątrz – i vice versa. Pokój można zagwarantować, tylko tworząc taki właśnie podwójny system równowagi.

Koch był na wskroś racjonalistą, Vogt zaś częściowo jeszcze racjonalistą, a już romantykiem. Kierował się nie tylko rozumem, lecz także uczuciem, nie ograniczał się do wymiernych faktów, uwzględniał też potęgę wrażenia i woli – również dbając o ich równowagę.

Vogt był jeszcze zwolennikiem monarchii, a już rzecznikiem republiki – obie zaś usiłował włączyć do swojego systemu równowagi. W 1790 roku ukazał się jego poemat dydaktyczny o Gustawie Adolfie, w którym przedstawił wierszem plan życia społecznego w Europie: władza ustawodawcza ma być w rękach ludu albo jego przedstawicieli, a władza wykonawcza – w rękach monarchów. Tego rodzaju projekt nie mógł się podobać Metternichowi, chociaż za frapujący uznał komentarz Vogta w Republice Europejskiej: „W Europie ścierają się stale dwie masy. Partia demokratyczna dąży do wolności i równości, a jeśli się wynaturzy i nie napotka przeszkód, prowadzi do niewiary i anarchii; partia monarchiczna kieruje się porządkiem, a jeśli się wynaturzy – prowadzi do despotyzmu i zabobonów. Partia arystokratyczna musi stale trzymać się pośrodku, dbając o umiarkowanie i zachowanie status quo”.

Odpowiadało to arystokratycznej pozycji Metternicha oraz jego dążącej do równowagi istocie. Przez całe życie kierował się w swym konserwatyzmie zasadą równowagi wyznawaną przez swego mogunckiego nauczyciela. W 1836 roku kazał pochować Vogta na Johannisbergu – w zamkowej ścianie koloru ochry, z której wydawała się promieniować energia słoneczna ancien régime’u.

Metternich zażywał jej w Złotej Moguncji, w ostatnich latach starego świata. Słońce chyliło się już ku zachodowi, co sprawiało, że barwy stawały się żywsze, kontury wyraźniejsze, a cienie dłuższe. Był to zmierzch nasyconej, a wręcz przesyconej cywilizacji, dojrzałej, by nie powiedzieć przejrzałej kultury przechodzącej w zgniliznę. „Tak, co godzina, rośniemy, dojrzewamy, / Tak, co godzina, gnijemy, gnijemy, / I tak się kończy powieść” – brzmiała antycypowana charakterystyka rokoka zaczerpnięta z Szekspirowskiego Jak wam się podoba3. Metternichowi tak się ta kultura podobała, że pił ją aż do dna i długo jeszcze trzymał przy ustach pusty kielich.

W Moguncji kielich był jeszcze pełny, żyło się na szerokiej stopie i świętowało w starym stylu. Ponieważ zaś działo się to na dworze duchownym, tym chętniej kosztowano owocu zakazanego. Friedrich Karl Joseph von Erthal udawał barokowego księcia i odgrywał rokokowego kawalera. Jego metresa, pani von Coudenhoven, była Madame Pompadour na skalę Moguncji. Naśladowano Wersal, imitowano Petit Trianon, urządzano huczne zabawy i grywano sielanki.

Od Moguncji bił taki blask, że ciągnęli do niej jak ćmy do lampy szlachetnie urodzeni z Francji, nad którą zapadła noc. Była eldorado emigrantów, którzy mogli tu odnaleźć nieco dawnego blasku i rozniecić go swą obecnością. Uchodzili nadal za mistrzów savoir vivre’u, uczył się więc od nich również student Metternich; przede wszystkim od dowcipnych kobiet, lecz także od znających świat mężczyzn w tym eleganckim i pełnym galanterii społeczeństwie.

Ów Kawaler Srebrnej Róży promieniował sympatią, którą mu wszędzie odwzajemniano. Zbliżając się do dwudziestki, był rokokowym dandysem zasługującym na uwagę nawet w Paryżu, a co dopiero w Moguncji, gdzie wzbudzał zainteresowanie i podziw. Jeden z jego pierwszych biografów pisze entuzjastycznie: „Ta delikatna twarz z łagodnie zarysowanym nosem, otoczona wijącymi się na ramionach blond włosami, ożywiona marzycielsko dużymi błękitnymi oczami, szlachecka i szlachetna jak oblicze młodego niemieckiego rycerza na starych malowidłach; do tego dumna, a jednak poruszająca się z rzadką harmonią postać, zaskakująca pewność w każdym ruchu, dystynkcja w całej istocie”.

Przyjrzawszy się dokładniej, można było wydać nieco inny osąd, niepozbawiony krytycyzmu: oblicze nie miało żadnej głębi. Ostry nos można było uważać za oznakę charakteru, lecz także za przejaw zarozumiałości. Usta miały w sobie zmysłowość graniczącą z lubieżnością, a wieczny uśmieszek przechodził w szyderstwo. Miał on więc w sobie coś sprośnego.

Jako „młody niemiecki rycerz” był zbyt przebiegły i giętki, zbyt „romański” – zarzut stawiany wkrótce przez niemieckich romantyków. Jak na kawalera w stylu francuskim był nie dość wyrafinowany, błyszczący i żwawy; sposób zaś, w jaki próbował zachwycać się tym, co banalne, jak rzeczą istotną, miał w sobie coś z niemieckiego nieprzejednania. Markiz Bouillé zauważył, że ów hrabia Rzeszy stara się łączyć lekkość Francuza ze sztywnością Niemca. Przemawiała jednak przez niego zazdrość; hrabia Metternich zdobył bowiem kobietę, której on sam pragnął.

Marie Constance de Caumont-La Force miała osiemnaście lat, była więc jednocześnie podlotkiem i damą. Bouillé mówił o niej, że jest idealnym modelem dla malarza pragnącego przedstawić Hebe lub Psyche; Metternich pisał zaś o niej tak: „niespokojnego ducha, sprytna, elegancka, Francuzka najlepszego pochodzenia”.

Ucieczkę z ogarniętej rewolucją Francji przeżyła jak przygodę i miała ochotę na dalsze; jej małżonek zaś, książę Caumont-La Force, wydawał się mieć dosyć niepokojów. Metternich poznał ją w Brukseli, gdzie spędzał wakacje u swego ojca, który w 1791 roku został mianowany „urzędującym ministrem pełnomocnym” w austriackich Niderlandach. Hrabiemu udało się przekonać księcia, by wraz z małżonką podążył za nim do Moguncji.

Była to jego pierwsza wielka miłość, która trwała trzy lata i o której zawsze myślał z przyjemnością. „Kochałem ją tak, jak tylko może kochać młodzieniec. Ona kochała mnie całą niewinnością swego serca. Tęskniliśmy oboje za tym, czego nigdy od siebie nie żądaliśmy; żyłem tylko dla niej i dla mojego zawodu. Ona, nie mając nic lepszego do roboty, kochała mnie od świtu do nocy; noce spędzała ze swym małżonkiem, lecz chciałbym wierzyć, że i tak wówczas myślami była raczej przy mnie niż przy nim”.

Miłość ta nie była chyba całkiem platoniczna, w każdym razie wyniósł on z niej praktyczną naukę na całe życie. Jak sam przyznał dwadzieścia pięć lat później, dzięki pierwszemu związkowi miłosnemu odnalazł swoją formę istnienia w społeczeństwie. „Kobieta, która pozwoliła mi się kochać, kiedy miałem osiemnaście lat, wyświadczyła mi wielką uprzejmość; miała bardzo wykształconą ciotkę, która tolerowała wokół siebie jedynie mądre i przyjemne towarzystwo”. W pamięć wbiło mu się następujące stwierdzenie: „W centrum męskiego kręgu musi się znajdować inteligentna kobieta. Wszystko wówczas otrzymuje inny wymiar, a pomysły zyskują na świeżości; nic nie dorównuje specjalnemu taktowi i szczególnej mądrości, którymi umie się posłużyć przy okazji sekretnych spotkań rozsądna i urocza kobieta”.

Metternich nie krył swego podziwu w tym względzie, chociaż najbardziej lubił, gdy to jego podziwiano. Zależało mu więc na tym, by Marie Constance była świadkiem jego występu we Frankfurcie podczas koronacji Franciszka II. Leopold II panował bowiem zaledwie półtora roku i teraz przyszła kolej na jego syna, a przedstawienie rangi państwowej było grane ponownie. Metternich chętnie zaś w nim uczestniczył w swym twarzowym maltańskim uniformie jako mistrz ceremonii części katolickiej westfalskiego kolegium hrabiów.

Marie Constance podziwiała orszak koronacyjny, dziewiętnastoletniego pana swego serca i dwudziestoczteroletniego Franciszka II, „z Bożej łaski wybranego cesarza rzymskiego, po wsze czasy powiększyciela Rzeszy, króla Germanii”. Cesarz jechał konno pod baldachimem ze złotego adamaszku, na którym błyszczał dwugłowy orzeł, herb Rzeszy. Przed nim szli skarbnicy Rzeszy, niosąc koronę, szambelan z berłem cesarskim, podstoli z jabłkiem, dziedziczny podczaszy oraz dziedziczny marszałek Rzeszy z mieczem. W drodze do katedry, miejsca namaszczenia i koronacji, zaczął padać ulewny deszcz. Uznano to za zły omen i nie bez racji: była to koronacja ostatniego cesarza rzymskiego narodu niemieckiego.

Franciszek II zmienił wkrótce tytuł na cesarza Austrii Franciszka I, którym już pozostał. Metternich zaś, poznawszy go jeszcze jako arcyksięcia podczas koronacji jego ojca, miał zostać jego pierwszym ministrem, kierując również nim samym przez dwadzieścia pięć lat.

Jego debiut w towarzystwie przyszłych monarchów miał miejsce jeszcze tego samego wieczoru podczas balu koronacyjnego w Sali Cesarskiej Romera – frankfurckiego ratusza. Metternichowi zezwolono otworzyć ten bal wraz z szesnastoletnią księżniczką Luizą von Mecklenburg-Strelitz; późniejszy poseł austriacki w Berlinie i partner w przymierzu z Prusami tańczył z przyszłą królową pruską Luizą, dziewczyną śliczną jak z obrazka i zamiłowaną tancerką. Wówczas była jeszcze „wietrznicą”, a nie marmurowym posągiem, na jaki ją ustylizowano.

Był to taniec na wulkanie. Koronacja odbywała się bowiem 14 lipca 1792 roku – dokładnie trzy lata po zdobyciu paryskiej Bastylii. Wzniecony wówczas wicher miał już wkrótce powiać także nad Renem, rozwiewając jak jesienne liście wspaniałość cesarza i blask arystokracji.

Tymczasem w Moguncji świętowano dalej. Stu hrabiów, pięćdziesięciu książąt, cesarz Franciszek II i pruski król Fryderyk Wilhelm II zebrali się na kongresie, na którym głównie tańczono. Wśród nich znajdował się Metternich, już jako szambelan cesarza koronowanego świeżo we Frankfurcie.

Elektor Karl Joseph von Erthal, umiejący organizować takie uroczystości, przeszedł samego siebie. Była to świadoma demonstracja ancien régime’u w obliczu eskalacji francuskiej rewolucji; jednocześnie zaś nieświadome potwierdzenie jakobińskiej tezy, że owo cesarstwo niemiecko-rzymskie jest bastionem monarchizmu i feudalizmu w Europie, który – tak jak paryską Bastylię – należy zrównać z ziemią.

Metternich słyszał od profesora Vogta, że równowaga europejska jest zagrożona od wschodu, przede wszystkim przez nastawioną na ekspansję i zdobycze Rosję. Teraz zaś niebezpieczeństwo nadciągało z zachodu: ze strony rewolucji francuskiej. Chciała ona wprawdzie zdetronizować Ludwika XVI, lecz kontynuować politykę zagraniczną Ludwika XIV, a więc wywalczyć hegemonię dla Francji i wszechwładność dla ideologii rewolucyjnej.

Już w kwietniu 1792 roku Francja rozpoczęła wojnę, początkowo z Austrią. W lipcu tegoż roku Franciszek II, Fryderyk Wilhelm II i pozostali książęta Rzeszy przygotowali kontrofensywę i kontrrewolucję. Zbiegli z Francji arystokraci umacniali ich w przekonaniu, że broniąc tronu Francji, bronią również własnych tronów. Wmówili im – jak wspominał Metternich – że wystarczy wysłać kilka batalionów i już na wszystkich wieżach Francji pojawi się biała flaga – symbol kapitulacji i barwa Burbonów.

Książę Brunszwiku, naczelny wódz tej karnej ekspedycji, przechwalał się w swym Manifeście do Francuzów: władcy odrestaurują porządek monarchiczny we Francji i przykładnie ukarzą wszystkich, którzy przeciwko niemu wykroczyli. Jeśli zamek Tuileries zostanie zdobyty lub znieważony, jeśli król, królowa i rodzina królewska doznają przemocy lub gwałtu, miasto Paryż będzie musiało się liczyć z „egzekucją wojskową i całkowitym zniszczeniem”.

Ów retoryczny strzał odbił się rykoszetem. Zamek Tuileries został zdobyty przez paryżan, Ludwik XVI zdetronizowany i osadzony w więzieniu, a wkrótce później zgilotynowany. Nawet bowiem strzały armatnie pod Valmy w Szampanii nie mogły utorować kontrrewolucji drogi do Paryża. Oddziały pruskie i austriackie musiały zarządzić odwrót zakończony porażką.

O wiele później Metternich oświadczył, że musiało do tego dojść, gdyż francuscy emigranci wprowadzili wszystkich w błąd. Swego czasu także on pozwolił się łudzić emigrantom, a jeszcze bardziej emigrantkom, co do nowych warunków. W każdym razie był obecny w Koblencji przy radosnym wymarszu wojsk koalicyjnych i z pewnością miał nadzieję, że rozgromią one sankiulotów, rewolucjonistów w przeciwieństwie do lepszych panów nienoszących spodni krótkich – culottes, lecz długie, charakterystyczne dla proletariuszy.

Młody Metternich nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie tylko w wojnie, lecz również w historii powszechnej dokonał się decydujący zwrot. Przeczuwał to natomiast weimarski tajny radca Goethe, który był świadkiem kanonady pod Valmy.

Metternich usłyszał jednak strzały ostrzegawcze; w październiku 1792 roku sankiuloci byli już w Moguncji. Nie tylko uniemożliwili mu dalsze studia – co by im pewnie wybaczył, lecz także – co już było niewybaczalne – położyli kres słodkiemu świętowaniu na dworze elektora. W listopadzie tego samego roku przepędzili z Brukseli jego ojca będącego austriackim ministrem przy Naczelnym Gubernatorstwie i odebrali tym samym synowi nadzieję na dalsze świętowanie tam, gdzie także byli emigranci i emigrantki.

„Wojna pałacom, pokój chatom” – brzmiał slogan głoszony przez francuską armię rewolucyjną, którym podbijała ona tak ziemię, jak i serca, również w ojczyźnie Metternicha. Mieszczanin Joseph Görres, obywatel Koblencji, zaczął wygłaszać jakobińskie mowy; ów nadreński Karl Moor4 był rozgoryczony zachowaniem duchownych elektorów i postępowaniem francuskich emigrantów, które napawałoby go wstrętem także wówczas, gdyby nie zabroniono mu wstępu do tego ekskluzywnego społeczeństwa.

Trzy lata od niego starszy Metternich, potomek arystokratów, nie mógł podobnych mów pojąć, a co dopiero się z nimi zgodzić. Zaczął więc wygłaszać mowy broniące istniejącego stanu rzeczy i pisać pamflety przeciwko siłom przewrotowym.

Oburzenie z powodu egzekucji francuskiej królowej Marii Antoniny, córki Marii Teresy, spowodowało, że w 1793 roku chwycił on za pióro. „Biada głowom tych bezbożnych zabójców, morderców swych królów i swej ojczyzny – pisał w projekcie odezwy do armii austriackiej. – Krew waszej nieśmiertelnej Teresy, austriacka krew popłynęła z szafotu! Słuchajcie jej głosu, wzywa was na mścicieli, a śmiertelnej zemsty żądają niebo i ziemia!”

Odezwa ta, pisana krwią serdeczną dwudziestolatka, nie została rozpowszechniona. Pozostała wprawką na papierze, stanowiła zgodę na politykę, jak nierzadko w Brukseli, dokąd Metternich powrócił wiosną 1793 roku wraz z ojcem – po tym, jak Francuzi zostali raz jeszcze, tym razem po raz ostatni, wypędzeni przez Austriaków.

Od tego przedstawiciela ancien régime’u, który ponownie doszedł do urzędu i godności, mógł się Franz Georg Metternich głównie nauczyć, jak nie prowadzi się polityki. Wierzył on bowiem, że uda się uniknąć rewolucji poprzez ustępstwa na rzecz dążących do samodzielności stanów. Lecz czy tym samym ich nie popierał? Również we Francji nieszczęście zaczęło się od zwołania Stanów Generalnych; Stan Trzeci bowiem, mieszczaństwo, uwolnił się bardzo szybko spod władzy szlachty i kleru.

Mimo wszystko Franz Georg Metternich otrzymał order Złotego Runa, wysokie odznaczenie będące oznaką tego, że dom habsburski umiał nagradzać także działania na swoją szkodę, a z drugiej strony nie doceniał lub wręcz karał za wyświadczone przysługi. Tak postąpiono bowiem w przypadku całkiem rozsądnego działania Metternicha seniora, które ściągnęło na niego wielką niełaskę: wystawienia milicji chłopskiej celem wsparcia regularnych oddziałów, uzbrojenia właściwego ludu, ludności wiejskiej oddanej cesarzowi, Kościołowi i szlachcie. Zostało to jednak uznane w Wiedniu za „masowe powstanie” w stylu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, zganione i zakazane.

Metternich junior zaaprobował to sięgnięcie po ostatnią mobilizację ancien régime’u i bronił jej w anonimowym dziele wydanym w 1794 roku: O konieczności powszechnego uzbrojenia ludu na granicach z Francją. Napisane przez przyjaciela spokoju publicznego. Uważał on, że spokojowi całej Europy zagraża Wielka Rewolucja Francuska: „Jej celem jest wprowadzenie powszechnej anarchii, a jej środki są straszne”. Dąży ona do rozwiązania wszelkich więzów społecznych, zniszczenia wszelkich zasad, rabunku wszelkiej własności.

Dlatego też „prawdziwy” lud, a więc chłopi i mieszczanie, wszyscy, którzy widzą zagrożenie dla prawa, porządku i własności, powinni być włączeni do walki przeciwko „fałszywemu” ludowi: „Pod pojęciem powszechnego uzbrojenia ludu rozumiem nie ową zawsze dla państwa tak niebezpieczną klasę niepracujących, nic nieposiadających i niemal stale gotowych do powstania ludzi, jaka pomnożyła się od kilku lat szczególnie w dużych miastach. Przeciwnie, powinno się pozwolić mieszczanom i dzierżawcom sięgnąć po broń i pomóc w odwróceniu od siebie tak silnie zagrażającego niebezpieczeństwa”.

Jeśli pomyśli się o Metternichu z 1830 roku, nie chce się aż wierzyć, że w 1794 roku mógł napisać coś podobnego. Sprzeczność między nim jako „przyjacielem porządku publicznego” a obrońcą systemu restauracyjnego jest jednak tylko pozorna. Ten, kto – jak od początku Metternich – uważał rewolucję za siłę niszczącą wszystko, musiał jej przeciwstawiać wszystkie ocalałe siły. Kto zaś już podczas pierwszej konfrontacji uznał rewolucję za zaciętego wroga, którego należy zwalczać wszystkimi środkami, przy wyborze swych sprzymierzeńców nie mógł być pruderyjny i posunął się do stwierdzenia, że zło należy zwalczać złem.

Najchętniej wybrałby drogę pośrednią, co dyktowała mu natura, a także pierwsze doświadczenia polityczne: „Ze szkoły radykalizmu przeszedłem do szkoły emigrantów i nauczyłem się cenić środek znajdujący się między punktami ekstremalnymi” – napisał, mając na myśli przeżycia w Strasburgu i Moguncji. Możliwość zaś i zalety drogi pośredniej unaoczniły mu się w Anglii, gdzie w 1794 roku przebywał przez sześć miesięcy.

Ojciec wysłał go do Londynu wraz z głównym podskarbim Desandrouinem w celu zaciągnięcia pożyczki, mając przy okazji nadzieję, że na dworze Jerzego III syn dopełni swej edukacji. Był on w niej już tak zaawansowany, że wszystkie drzwi stały przed nim otworem; udało mu się zawrzeć przyjemne i pożyteczne znajomości: z królem i księciem Walii, przyszłym Jerzym IV, z politykami, takimi jak Pitt Młodszy, Charles Fox, Charles Grey i Richard Sheridan, który był poetą dramatycznym i mówcą parlamentarnym.

Poznał także Edmunda Burke’a, liberalnego polityka i konserwatywnego przeciwnika rewolucji francuskiej. Jego wydane w 1790 roku dzieło zatytułowane Reflections on the Revolution in France uchodziło za obiecującą broń w starciu z radykalizmem. Metternich nauczył się nią posługiwać dopiero później, pod kierunkiem Gentza, który przetłumaczył dzieło Burke’a. Nie zrozumiał też nigdy wszystkich wymienionych przez Anglików warunków sukcesu; pojął wprawdzie, że nie należy usuwać tradycji, lecz nie mógł zrozumieć przesłanki, że musi się ona ostać i dalej rozwijać, że do tego potrzeba wolności zagwarantowanej jednostce, a służącej ogółowi.

Angielskiego ducha nie pojął nigdy do końca, lecz przeczuwał, że Anglia posiada siłę zdolną uporać się w przyszłości z Francją republikańską, tak jak czyniła to dotychczas z Francją monarchiczną. Jako Europejczyk z kontynentu zetknął się z mocarstwem światowym; jako szczur lądowy podziwiał brytyjskie okręty wojenne i statki handlowe wypływające w rejsy do wschodnich i zachodnich Indii.

Angielki mniej mu się podobały. Były inne niż kobiety po tej stronie kanału, „tak roztargnione i rozproszone w swym zachowaniu, że nigdy nie wiadomo, co o nich sądzić”, wysoce dziwne, jak stwierdził po latach. „Są tak zdziwione, spotykając mężczyznę rozmawiającego z nimi w miarę logicznie, że od razu myślą, iż ma on poważne zamiary”.

Chwalił więc sobie damy z kontynentu, które nie szokowały go, tak jak Angielki, „abstrakcyjnym myśleniem” i „nieumiarkowanymi pomysłami”. Ich myśli i gesty można było przewidzieć, były konwencjonalne, konwersowały i kokietowały zgodnie z regułami respektowanymi przez wszystkie strony, jak w grze towarzyskiej. Miał zamiar zacząć od nowa z Francuzkami w Brukseli. Plany pokrzyżowali mu jednak francuscy rewolucjoniści: sankiuloci, którzy nie umieli tańczyć menueta, lecz za to świetnie bili w dzwony, śpiewając przy tym: „Ça ira!: Les aristocrates à la lanterne!”5.

Ça ira, to się uda, i udawało się: w Paryżu, gdzie szalał Robespierre, i w Brukseli, którą sankiuloci zdobyli ponownie latem 1794 roku. Metternich senior z całym dobytkiem, łącznie z zapasami wina, wycofał się nad Ren. Syn zaś nie mógł jechać ani do Brukseli, ani do Hagi, gdzie miał wstąpić do służby dyplomatycznej; sankiuloci zbliżali się bowiem również do Holandii i nad Ren. 23 października 1794 roku dotarli do Koblencji, o której Robespierre powiedział: „Każdy inteligentny Francuz wie, że to miasto w rzeczywistości leży we Francji”.

Utracono dom rodzinny, „Dwór Metternichowski”, a także posiadłość rodową na lewym brzegu Renu: 3,5 mili kwadratowej, 6200 poddanych i 50 tysięcy guldenów rocznego dochodu. Ojciec był bez pracy, a kariera syna wydawała się zakończona, zanim jeszcze się zaczęła.

POCZĄTKUJĄCY DYPLOMATA

„W Wiedniu byliśmy bezpieczni i mogliśmy zacząć od nowa” – stwierdziła hrabina Metternich, która zachowała przytomność umysłu. W Czechach pozostały przecież dobra Königswart6, a szlachta Rzeszy z zachodu była ciągle jeszcze mile widziana w stolicy. Metternich senior znał cesarza, jego żona miała tu przyjaciółki, a dla syna znalazłaby się jakaś odpowiednia partia.

Przyjęto ich jesienią 1794 roku, choć bynajmniej nie z otwartymi ramionami. Z Metternicha seniora zrobiono kozła ofiarnego, obarczając go odpowiedzialnością za utratę Niderlandów. Wytykano go palcami – choćby po to, by odwrócić uwagę od własnych zaniedbań, lecz nie chciano mu powierzyć kolejnego urzędu. Austriacka arystokracja krzywiła się na tych hrabiów Rzeszy, którzy wprawdzie – jako niezależni od Rzeszy i cesarza – mienili się możnowładcami, lecz wcale nie byli magnatami: wynajmowali dom i byli zmuszeni do oszczędności. Ich dwudziestojednoletni syn wydawał się być nieudacznikiem; Starhembergowie i Schwarzenbergowie – głównie mężczyźni, mniej zaś kobiety – uważali go za takiego jeszcze długo.

Klemens nie czuł się w Wiedniu dobrze; przez całe życie rewanżował się zjadliwymi uwagami o tym mieście i jego mieszkańcach: Wiedeń jest stolicą muzyki, bo jest bezmyślny. Arystokraci przejawiają dobry gust, jedynie oceniając budowę tancerek. „Żaden kraj nie wydaje tak mało miłych i uprzejmych ludzi” – przygadywał ćwierć wieku później, nie oszczędzając także dam: „Dowcipne kobiety są u nas niemal zawsze pozbawione wdzięku, a atrakcyjne – inteligencji”.

Rokokowy kawaler został umieszczony na scenie barokowej, wśród peruk i wieczorowych kreacji. Mogło mu się to nie podobać, przynosiło jednak korzyści. Zwłaszcza damy zainteresowały się barwnym ptakiem i zaczęły brać jego obycie salonowe za życiowe doświadczenie, a zarozumiałość za znajomość świata. On zaś łatwo dał się przekonać, że to one mają rację, uważając jego odmienność za coś nadzwyczajnego.

Hrabina Metternich wykorzystywała ten kapitał i starała się dla syna o odpowiednią partię. Euphemie, córka księcia de Ligne, którą brała pod uwagę w Brukseli, w Wiedniu już się nie liczyła. Książę bowiem – jak zwykł mówić – był hors de ligne, czyli wypadł z kursu; podobnie jak Metternichowie został pozbawiony własności, z tą jednak różnicą, że utracił w Niderlandach znacznie większe posiadłości. Przyjął to z iście filozoficznym spokojem i żył na Leopoldsbergu jak Diogenes w beczce. Klemensa Metternicha tytułował „niedoszłym zięciem”, a zadowolił się zastępczym, znalezionym w Wiedniu.

Był nim Johann Pálffy, który chciał w zasadzie poślubić księżniczkę Eleonorę Kaunitz. Uprzedzili go jednak Metternichowie: syn i matka pośrednicząca w jego konkurach. Było to coś w rodzaju zamkniętego kręgu. Książę de Ligne, teść Palffy’ego, był szwagrem księżniczki Eleonory Liechtenstein, której syn Moritz zalecał się do jej siostrzenicy, a swojej kuzynki Eleonory Kaunitz. Ze względu na bliskie pokrewieństwo księżna nie była temu przychylna.

Nadająca ton wiedeńskiemu towarzystwu księżna Eleonora Liechtenstein była przyjaciółką matki Metternicha, podobnie jak księżna Leopoldyna Kaunitz, matka godnej pożądania Eleonory. By zdobyć ją dla swego syna Klemensa, hrabina Beatrix Metternich mogła zacząć od rozmów z jej matką i ciotką, a dopiero w dogodnym momencie wyciągnąć z rękawa asa – swego syna.

Chociaż nie do Wiednia jako takiego, to jednak wprowadziła go do domu Kaunitzów uchodzącego za jeden z najlepszych w Rzeszy. Książę Wenzel Anton Kaunitz był Kanclerzem Dworu i Państwa za panowania Marii Teresy i czterech kolejnych cesarzy. Małżeństwo z panną należącą do jego rodziny oznaczało automatycznie wejście w kręgi dyplomacji, do której Klemens był przeznaczony i miał zresztą powołanie. Ułatwiało także dostęp do wiedeńskiego społeczeństwa dworskiego, czego pragnęli wypędzeni i wywłaszczeni Metternichowie.

Dziewiętnastoletnia Eleonora, nazywana Lorel, była wnuczką wielkiego Kaunitza i jedyną córką szalenie bogatego i wielce szanowanego księcia Ernsta Kaunitza. Wszystko przemawiało za tym związkiem z wyjątkiem samej dziewczyny, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Była niska i chuda, słabej budowy, miała smutne brązowe oczy, a jej zęby były – delikatnie mówiąc – nie całkiem równe. Braki zewnętrzne nadrabiać chciała dystyngowanym zachowaniem i nieco afektowanym czarem. Ten, kto znał ją dłużej – a w przypadku Klemensa miało to być ponad trzydzieści lat – odkrywał godne szacunku przymioty: była wspaniałą dziewczyną, a stała się mądrą żoną i dobrą matką.

Konkurent nie znał jeszcze jej zalet wewnętrznych, a braków zewnętrznych starał się nie dostrzegać, mając na względzie przyszłe korzyści. W tych kręgach nie było bowiem przyjęte wybieranie najpiękniejszej i małżeństwo z miłości. Jeśli się to udało, tym lepiej, lecz decydujące znaczenie miało drzewo genealogiczne i pozycja społeczna, nie mówiąc już o majątku – szczególnie w przypadku kogoś takiego jak Metternich, który musiał zaczynać od początku.

Określano to mianem aliansu, a więc tym samym słowem, którego używano na określenie sojuszu państwowego. Nazywano to też małżeństwem z rozsądku, by wyjaśnić, że w tych oświeconych czasach również w tego rodzaju sprawach kierowano się rozumem, a nie uczuciem.

„Człowiek żeni się, by mieć dzieci, a nie by zaspokajać pragnienia swojego serca. Jest to regułą wymaganą przez społeczeństwo” – twierdził Metternich dwadzieścia pięć lat później. W miarę swych sił starał się przedłużyć wraz ze społeczeństwem ancien régime’u także jego reguły i gierki – na przykład zdrady małżeńskie, ulubione wyjątki od mniej lubianych, lecz respektowanych reguł.

„Oddaj swemu małżeństwu, co mu się należy, a mnie, co moje” – pisał do jednej ze swoich zamężnych przyjaciółek. Sam zachowywał się podobnie: szanował, a nawet coraz bardziej kochał swoją żonę, lecz nie chciał niczego odmawiać także innym kobietom, a przede wszystkim sobie samemu. Twierdził, że nie należy oczekiwać szczęścia w małżeństwie; pokpiwał też sobie: „Najgłupsi informują nas o tym, że spędzili życie w towarzystwie małżonka lub małżonki. Starzy wyjadacze dodają jeszcze, że w ich domu smacznie się jada, a jedni i drudzy są zdania, że zachowują się nadzwyczaj sprytnie”.

Lorel trzymała się zasad i znalazła w tym swoje szczęście. Z jej strony była to miłość od pierwszego wejrzenia, a Klemens, zdobywszy szturmem jej serce, pozostał jego panem. Podziw dla niego skłonił ją kiedyś do przyznania, że nie rozumie, jak żona może się sprzeciwić mężowi. Z jego wypadów – choć na razie nie miało to miejsca – była raczej dumna niż o nie zazdrosna. W każdym razie nie rewanżowała mu się; plotki, jakoby szukała i znalazła pozamałżeńskie przygody, są mało wiarygodne.

Wiedziała, że mąż musi się wyszumieć, lecz zawsze znajduje drogę do przytulnego domu, do troskliwej małżonki, do pięciorga żyjących spośród siedmiorga dzieci, które mu urodziła. Jego pociąg do zwyczajności był bowiem silniejszy niż gorące pragnienie czegoś wyjątkowego.

Wyszła za mąż z miłości, lecz nie obyło się bez walki. Jej matka, księżna Leopoldyna Kaunitz, wolałaby bowiem księcia Moritza Liechtensteina; zmarła jednak na początku 1795 roku. Ciotka zaś, księżna Eleonora Liechtenstein, mimo przyjaźni łączącej ją z hrabiną Metternich sprzeciwiała się związkowi z jej synem. Ojciec, książę Ernst Kaunitz, uważał jej faworyta za nieodpowiedniego i – w jego wieku – zbyt doświadczonego w obcowaniu z kobietami, za kobieciarza i łowcę posagów.

Klemens nie dawał za wygraną. Zarzucał Lorel listami miłosnymi, na które odpowiadała odwrotną pocztą; za posłańca służył sekretarz jej ojca. Posłała Klemensowi swój portret, który mógł jedynie obejrzeć, ale nie zatrzymać; on zaś przesłał jej w medalionie kosmyk swoich włosów. Ostatecznie uważała, że jest nie tylko przystojny i szarmancki, lecz również wykształcony, mądry i skromny, „zawsze panem samego siebie, nie lubi powieści, lecz woli książki poważne. Jest przy tym także religijny i oddany mojemu ojcu, a przepełniony najgłębszym szacunkiem dla mego dziadka”.

Ponieważ ojciec i ciotka ciągle jeszcze zwlekali, posłała Klemensowi bilecik: „Chcę zostać twoją żoną, staraj się o moją rękę”. Ciotka Liechtenstein poddała się: „należy on do tych młodych ludzi, w których dziewczyna szybko się zakochuje, gdyż jest on jednocześnie nieśmiały i przedsiębiorczy”. W zgodę księcia Kaunitza nie wątpiła, gdyż wiedziała, że Metternich „miał już jej ojca w kieszeni”. Oczywiście zgody tej udzielił, obiecując przy tym zięciowi protekcję, a córce wyznaczenie rocznej renty w wysokości 17 tysięcy guldenów.

Klemens pisał do narzeczonej, że żyje teraz bardziej przyszłością niż teraźniejszością. Okres pozostały do zaślubin wydaje mu się wiecznością. „Chwila ta będzie największym szczęściem w moim życiu”. Pisał, że Lorel może być go pewna tak jak siebie samej. „Znasz mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że kocham Cię po tysiąckroć bardziej od samego siebie”.

„Bądź pewna, że spośród wszystkich ludzi, którzy mogli byli Cię kochać, jestem najbardziej żądny, by dać Ci tego dowody” – pisał z Czech, gdzie zamierzał pozostać, dopóki nie ucichnie wrzawa wywołana w Wiedniu wiadomością o jego zaręczynach.

Odprawieni konkurenci i ich rodziny zżymali się na mezalians, jaki popełniła księżniczka Kaunitz, wybierając jakiegoś wypędzonego hrabiego. Arcyksiężna Marie Christine, która jako namiestniczka Niderlandów zwalczała Metternicha seniora w czasach jego ministrowania, wszędzie rozpowiadała: „Bardzo dobrze znam jego ojca, jabłko zaś pada niedaleko od jabłoni”. Klemens, który dzięki Lorel znał bieżącą sytuację, zachował zimną krew: „Pomyśleć tylko o spokoju, jaki zachowali wszyscy ci szczekacze, dopóki byłem obecny! Gdybym nie znał tylu ludzi będących niczym chorągiewki na wietrze, które wprawia w ruch byle powiew i które obracając się, robią wiele hałasu, nie wyrządzając tym większej szkody, pomyślałbym, że moja osoba ma nie wiem jakie znaczenie”.

Odetchnął jednak z ulgą, gdy sporządzono kontrakt małżeński i wyznaczono termin ślubu. Zaślubiny świętowano 27 września 1795 roku na zamku Austerlitz7 w Czechach, letniej rezydencji Kaunitzów w gronie rodzinnym, z dala od Wiednia. Dwudziestoletnia narzeczona była wystrojona jak królowa, a dwa lata starszy narzeczony wyglądał przy niej jak książę małżonek. Uczta weselna przypominała cesarski bankiet w Hofburgu z tą tylko różnicą, że widzami byli jedynie pracownicy majątku i chłopi. Ciotka Liechtenstein ciągle jeszcze kręciła nosem na nowe powinowactwo, na siostrę narzeczonego Paulinę nieposiadającą nawet zewnętrznych przymiotów swego brata i na rodziców, którzy udawali, że nie czują się bynajmniej tak, jakby wygrali główny los na loterii.

Miesiąc miodowy małżonkowie spędzili w Austerlitz. Po powrocie do Wiednia wszystkie drzwi stały przed nimi otworem. Ponieważ ich związek stał się faktem, należało dostosować się do sytuacji, zwłaszcza do młodego małżonka. Teściowi nie śpieszyło się z torowaniem zięciowi kariery dyplomatycznej; chciał córkę zatrzymać jeszcze trochę przy sobie.

Panu zięciowi całkiem to odpowiadało, zawsze marzył o prowadzeniu życia zamożnego i szanowanego nieroba, wieczornym plotkowaniu w salonie i wysypianiu się do południa. Kiedy zaś czymś się już zajmował, musiało to być coś naprawdę szczególnego i godnego uwagi.

Wybrał nauki przyrodnicze, którymi nie interesowali się wcale wiedeńscy arystokraci, a które jednak okazały się godne salonów jako nauki modne w stuleciu ceniącym empirię i eksperyment. Do medycyny miał zawsze słabość; w Moguncji chodził na zajęcia z anatomii i do szpitali. Doceniał fakt, że mógł zajmować się tym z zamiłowania, a nie zawodowo: „Posiadałem zresztą dość wiedzy, by uchronić się przed właściwą wszystkim dyletantom manią stosowania wyuczonych mądrości”.