Metamorfozy - Wiktor Zakrzewski - ebook + książka

Metamorfozy ebook

Zakrzewski Wiktor

5,0

Opis

Wiktor Zakrzewski z wykształcenia mgr ekonomii, masażysta i rehabilitant oraz technik weterynarii zamieszkały w Wąbrzeźnie. Z zamiłowania motocyklista, podróżnik i pisarz. Po kilku zakrętach życiowych stwierdził, że ważniejsze jest być niż mieć i od tego czasu zwiedza świat na dwóch kołach niejednokrotnie samotnie. Pracę natomiast zmienił na dającą mu osobistą satysfakcję, czyli taką w której może pomagać zarówno zwierzętom, jak i ludziom. Zadebiutował jako literat w 2021r. zbiorem opowiadań erotycznych pod tytułem „Od(Nowa)”. Pisze w wolnym czasie, aby sprawić przyjemność sobie i osobie czytającej jego teksty. Stara się pisać o rzeczach, które jego zdaniem są ważne, a społecznie pomijane i traktowane jako tabu. Chciałby poprzez swoje dzieła zachęcić czytelników do przełamania barier i do otwartego rozmawiania o tak ważnej sferze życia każdego człowieka, jaką jest seks. Najnowsza powieść pod tytułem „Metamorfozy” przedstawia historię trzech przyjaciółek, które chcą zmienić swoje życie i zamierzają tego dokonać w dość nietypowy sposób. Na jaki pomysł wpadły kobiety? Czy osiągnęły sukces w swoim zamierzeniu? Jakie były efekty ich działań możesz się dowiedzieć już teraz. Wystarczy zacząć czytać książkę, którą trzymasz właśnie w dłoni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Rozdział I. Zmiany

Telefon irytująco brzęczał w torebce. Bardzo dobrze wiedziała, kto i w jakiej sprawie dzwoni, więc z premedytacją nie odbierała. Stała w sklepie przy półce z winami i nie mogła się zdecydować, które wybrać na wieczór. Trzymała po butelce w każdej dłoni i próbowała coś postanowić. Dolatujący z torebki dźwięk dzwonka telefonu wcale jej nie pomagał. Nie mogła wybrać, więc włożyła obie butelki do koszyka i z coraz większą irytacją sięgnęła po źródło dźwięku. Nie patrząc na wyświetlacz, odebrała połączenie i od razu rzuciła mało uprzejmym tonem:

– Zaraz będę! Kupuję wino! Aha. Aż tak źle? Okej. Zamieniam na rum i za dziesięć minut jestem. Nara!

Westchnęła głośno. Odstawiła butelki na półkę i ruszyła w kierunku regału z mocniejszymi trunkami. Włożyła butelkę havany do koszyka, a po chwili zastanowienia dołożyła jeszcze jedną. Szybkim krokiem skierowała się na dział warzywno-owocowy. Obok butelek znalazł się worek z cytrynami i limonkami. W drodze do kasy dołożyła jeszcze tonik, a gdy przechodziła obok półki z winami, nie zwalniając kroku, chwyciła butelkę swojego ulubionego wina. Mruknęła do siebie pod nosem:

– Będzie na później.

Miała szczęście, bo przy kasie nie było kolejki, ostatni klient właśnie kończył płacić. Po chwili już odpalała silnik swojego forda ka. Lubiła ten samochodzik. Mały, ale w mieście sprawdzał się rewelacyjnie. Wszędzie mogła się nim zmieścić, a do tego mało palił. Dobra passa jej nie opuszczała. Wszystkie światła na ulicach były zielone, zupełnie jakby świat starał się jej ułatwić dotarcie na miejsce, gdyż była tam bardzo potrzebna. Zaparkowała niemal pod samym wejściem. Zapewne taki fart by ją zachwycił, ale zbyt się spieszyła, by się nad tym zastanowić.

W pośpiechu wpakowała zakupy do swojej wielkiej torebki, w której zniknęły jak w czarnej dziurze. Gdyby nie delikatne pobrzękiwanie butelek o siebie, nikt by nawet nie podejrzewał, iż niesie ze sobą taką ilość alkoholu. Po torbę podróżną z ciuchami postanowiła zejść później. Teraz musiała jak najszybciej dotrzeć na miejsce.

„Z takim fartem, jaki mam dzisiaj, powinnam udać się do kasyna i zagrać w blackjacka” – pomyślała, chwytając w ostatniej chwili domykające się po czyimś wyjściu drzwi od klatki. Schody pokonywała niemal jak kozica górska – przeskakiwała po dwa, a nawet czasami trzy stopnie naraz. Niby nic, ale niełatwo robić to w dziesięciocentymetrowych szpilkach i z wielką, ciężką torbą na ramieniu.

Właśnie miała nacisnąć dzwonek, gdy po raz kolejny rozbrzmiała jej komórka. Zacisnęła zęby, żeby nie przekląć telefonu, a przede wszystkim dzwoniącej. Zamiast zadzwonić do drzwi, złapała za klamkę, gwałtownie je otworzyła i weszła do środka z impetem małego huraganu. Na jej widok drobna kobieta z telefonem przy uchu podskoczyła, wydając z siebie śmieszny dźwięk, i omal nie upuściła komórki. Zdziwienie, jakie odmalowało się na jej twarzy, było w połączeniu z piskiem całkiem zabawne.

– Zadzwoń do mnie dziś jeszcze raz, a wsadzę ci ten telefon w…

– Kaśka? Cześć, kochana! Jak się cieszę, że wreszcie jesteś! – wykrzykiwała szczupła blondynka wychodząca właśnie z kuchni. – Co tak długo? Jak miło cię widzieć, kochana! – trajkotała dalej, witając się serdecznie z dawno niewidzianą przyjaciółką.

– Ja nie… – zaczęła się jąkać dziewczyna z telefonem w dłoni. Szok, jakiego doznała przed chwilą, powoli z niej schodził i odzyskiwała rezon. Niestety to, że dała się zaskoczyć przyjaciółce, miało ją kosztować przygadywanie przynajmniej przez kilka tygodni. Nie przejmowała się tym, bo owe drobne złośliwości były między nimi na porządku dziennym niemal od zawsze. Wynikały one z ogromnej sympatii, jaką darzyła się cała trójka.

Już po chwili wszystkie trzy ściskały się i podskakiwały jak małe dziewczynki, a nie dorosłe i dojrzałe kobiety. W swoim gronie pozwalały sobie na całkowity luz, absolutną szczerość, bycie sobą i nieprzejmowanie się kompleksami, które każdy przecież ma.

– Dajcie mi się rozebrać. Poza tym któraś mogłaby wstawić alkohol do lodówki.

– Gdzie masz zakupy? W torbie? – pytała, nie czekając na odpowiedź, blondynka. – Chcesz kawę? – rzuciła i udała się w stronę kuchni.

– Tak. Poproszę.

– Nadal czarna i gorzka jak małżeństwo?

– Nie inaczej, Agnieszko! Nie inaczej!

– Już robię. Usiądźcie z Martą, a ja już do was idę.

Dziewczyny weszły do salonu. W pośpiechu, przyciszonym głosem Marta pokrótce przedstawiła sytuację przyjaciółce. Nie zdążyły zbyt długo sobie pogadać, bo do pokoju weszła gospodyni, rozsiewając wokół aromat świeżo zaparzonej kawy. Spojrzała krytycznym wzrokiem na przyjaciółki. Postawiła kawę na stoliku, wyprostowała się, po czym ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy wskazała palcem na dziewczyny i powiedziała:

– I tak, zołzy, wszystko mi opowiecie! Wiecie, że w tym gronie nie ma tajemnic! Daję wam jeszcze pół minuty, bo tyle czasu potrzebuję, by wrócić tu z alkoholem – roześmiała się w głos i wyszła do kuchni.

Dziewczyny niewzruszone tą niemal zasługującą na Oskara sceną skończyły wymieniać najważniejsze informacje i gdy gospodyni wróciła z butelką ginu i pokrojonymi cytrynami, siedziały już na kanapie, a Kasia umościła się w nader wygodnym fotelu.

Atmosfera była napięta. Nie dało się ukryć, że coś wisi w powietrzu. Niby wszystko było okej, ale… Z radia sączyła się miła dla ucha muzyka. Dziewczyny siedziały i gadały o nieistotnych sprawach. Każda z nich naprawdę się cieszyła, że widzi pozostałe. Ostatni raz w tym gronie spotkały się ponad rok temu przy okazji zjazdu klasowego z okazji piętnastolecia matury. Spotkanie okazało się, zgodnie z przewidywaniami, totalnym niewypałem, ale dziewczyny szybko się zwinęły i we własnym towarzystwie bawiły się przez dalszą część wieczora wyśmienicie. Jak zawsze zresztą.

Opowiadały sobie, co ostatnio działo się w pracy, jak minęła podróż i o tym podobnych sprawach. Co prawda każda mieszkała w innej części kraju, ale przy dzisiejszym poziomie rozwoju technologii widywały się regularnie. Wprawdzie na ekranach, ale zawsze. O wiszeniu wieczorami na telefonach już nie wspominając.

Kaśka i Marta przyjechały do Agi nie tyle po to, aby się napić wódki i poplotkować, ale głównie po to, by wesprzeć przyjaciółkę w trudnym dla niej czasie. To na szczęście nie choroba, ale właśnie ich gospodyni najgorzej z całej trójki radziła sobie z rozstaniami. Rzuciła ostatnio faceta, z którym była w związku od niemal roku. Coś dziewczynom przebąkiwała o ślubie, za co została wyśmiana przez Kaśkę, ponieważ ta od dawna była przeciwna instytucji małżeństwa i nazywała ją zniewoleniem kobiety w majestacie prawa.

Zawsze mogły na siebie liczyć w każdej sprawie, więc i teraz, gdy jedna z nich potrzebowała wsparcia, pozostałe nie zostawiły jej samej sobie. Zapakowały się w auta i przyjechały, a że właśnie zaczynał się weekend, mogły zostać i pobalować przy okazji. Przyjemność była dodatkiem do misji, jaką miały do wykonania. Było nią nie tyle podtrzymanie na duchu siostry po kolejnym już nieudanym związku, co nastawienie jej odpowiednio do świata. Najważniejsze, żeby uznała to, co się stało, za małą przeszkodę na drodze zwanej życiem i wiedziała, że nie było to warte tego, aby nawet przez chwilę się zastanawiać, czy to była strata czasu, czy nie. Mówiąc prościej – aby się nie poddała i uśmiech nadal gościł na jej obliczu.

Atmosfera była sztywna. No, może niezupełnie, bo pojawiały się żarty i śmiechy, ale wszystkie trzy wiedziały, że to było sztuczne, a lont do eksplozji emocji został już odpalony i kwestią czasu było, kiedy miał nastąpić wybuch. Kasia znała swoją przyjaciółkę jak siebie samą, zresztą znały się tak nawzajem. Dziwiło ją, że dopijają już drugiego drinka, a Agnieszka jeszcze nie zaczęła szlochać i pomstować na swojego byłego. Marta paplała coś o jakichś planach wakacyjnych, ale Kasia jej nie słuchała. Wolno sączyła drinka, skupiając całą uwagę na Agnieszce. Była pewna, patrząc na jej minę, że zaraz wybuchnie płaczem. Katalizatorem mogła stać się opowiastka o złotych plażach nad Morzem Śródziemnym. W innej sytuacji przerwałaby to, ale wiedziała, że wybuch emocji musi nastąpić. Było to konieczne. Bez takiego katharsis Aga nie ruszyłaby do przodu. Brutalne? Nie. Po prostu zbyt dobrze ją znała, żeby wiedzieć, że nie ma innego sposobu. Przerabiały to już wiele razy i nie było innej drogi, aby „siostra” uporała się rzeczywistością.

Sącząc drinka, niemal zaczęła odliczanie w myślach. Zupełnie jak na przylądku Canaveral przed startem rakiety: od dziesięciu w dół. Dopiła napój i odstawiła szklankę na stół. Pomyślała: „Jeden, zero” i jak na komendę Agnieszka wybuchnęła płaczem tak rzewnym, iż można było pomyśleć, że jej życie właśnie się skończyło.

Nieco zaskoczona Marta przerwała swoją wypowiedź. Popatrzyła na przyjaciółkę i zrobiło jej się głupio, że papla o wyimaginowanych wakacjach, podczas gdy jej siostra cierpi. Zdawała sobie jednak sprawę, że nawet gdyby nic nie mówiła, ten moment i tak by nastąpił.

Nastała chwila ciszy. Nie, wcale nie niezręcznej, lecz wypełnionej szlochem i bólem rozstania jednej z nich. Taka kolej rzeczy, ale to nie pierwszy i nie ostatni raz. Wszystkie o tym wiedziały. Tym razem padło na Agnieszkę, lecz każda z nich to przerabiała. Nie odezwały się ani słowem. Trzeba było przeczekać, aż największa fala goryczy odpłynie wraz z wylanymi łzami, aby móc zacząć proces naprawy i scalania złamanego serca. To był rytuał, który wypracowały razem przez te wszystkie lata znajomości, przyjaźni i wzajemnej miłości.

Kasia teraz zgrywała twardzielkę, której nic nie rusza i której obce są takie uczucia jak żal, smutek czy rozgoryczenie. To była poza. Pracowała nad nią długo. Daleko jednak było jej do tego, jaka chciała być, a może tylko za jaką chciała uchodzić. Bardzo dobrze pamiętała, jak całkiem niedawno płakała jak teraz jej siostra po rozstaniu z miłością swojego życia, a przynajmniej wtedy tę miłość tak postrzegała. Po ostatniej takiej przygodzie postanowiła zostać zimną i wyrachowaną suką. Z facetami miała się spotykać tylko po to, aby zaspokoić swoje potrzeby, ewentualnie aby zabawić się ich kosztem. Taka zemsta na tym perfidnym, samolubnym, egoistycznym i aroganckim gatunku. Bardzo starała się być cyniczna i wyrachowana, ale tak naprawdę kiepsko jej to szło. Wydawać by się mogło, iż nie ma nic prostszego, jak patrzeć tylko na czubek swojego nosa i nie przejmować się uczuciami innych ludzi, szczególnie mężczyzn.

Złościła się na siebie za każdym razem, gdy łapała się na tym, że nie chciała sprawić komuś przykrości egoistycznym zachowaniem. Zdarzało się nawet, iż ukrywała się gdzieś przed wzrokiem innych ludzi i płakała w bezsilnej złości z powodu dopadających ją skrupułów. Gdy już opanowywała emocje, zastanawiała się, co trzeba mieć w sobie, aby być takim człowiekiem, jakim chciała się stać. A może wręcz przeciwnie? Może człowiek musi być czegoś pozbawiony, aby być cynicznym i egoistycznym? Pewnie Kasia nigdy się tego nie dowie, ale cóż, pracowała chociaż nad taką pozą, lecz głównie dla siebie samej. Nie przejmowała się zdaniem innych, a to już był chyba jakiś sukces.

Teraz też zaciskała pięści tak mocno, że aż jej kostki bielały, a paznokcie boleśnie wbijały się we wnętrza dłoni. Powodem nie była złość na siostrę za jej słabość, której tak nienawidziła u siebie. Nie była nim nawet irytacja na tego głupiego faceta. On zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy, jak świetną kobietę stracił przez to rozstanie.

Kasia za wszelką cenę pragnęła nie dołączyć do przyjaciółki w wodospadach rozpaczy i płaczu. Patrzyła w inną stronę. Starała się myśleć o pracy i wszystkim innym, byle tylko nie stracić tak ciężko wypracowywanego opanowania. Stała już na skraju, ale uratowała ją całkowicie nieświadomie Marta. Zatkało ją, co nie zdarzało się często. Kilka razy otwierała i zamykała usta, chcąc coś powiedzieć, ale słowa nie wydobywały się z jej ust. Skojarzenie z wigilijnym karpiem wyciągniętym z wody pozwoliło Kasi opanować cisnące się do oczu łzy i parsknąć z oburzeniem. Marta spojrzała przepraszająco na niezadowoloną przyjaciółkę i niemal natychmiast podniosła się z miejsca, aby przytulić płaczącą Agnieszkę. Już miała się odezwać, by ją pocieszyć, ale widząc spojrzenie siedzącej naprzeciw Katarzyny, zamknęła usta i skupiła się tylko na okazaniu bliskości. Aga musiała się wypłakać i wyszlochać. Każda z nich o tym wiedziała, lecz uczucia i emocje często brały górę nad rozsądkiem.

Minęło jeszcze trochę czasu, zanim Agnieszka przestała zalewać się łzami. Teraz, gdy już się odwodniła, można było powoli zacząć rozmawiać. Jedna z nich musiała się wyżalić, a pozostałe dziewczyny musiały udawać zaskoczenie i oburzenie. Takie były niepisane reguły. Podobne spotkania odbywały się z różną częstotliwością, ale zawsze wyglądały niemal tak samo. Z początku niby babski wieczór, potem wybuch płaczu jednej z nich. Dalej w kolejności wylewanie żali, pomstowanie i groźby, a na koniec obiecanie sobie i całemu światu, że to był już ostatni raz. Wszystko oczywiście dość obficie zakrapiane alkoholem. Każde takie spotkanie miało być ostatnim tego typu, a przynajmniej z takich powodów.

Najbardziej irytowało to Katarzynę. W ramach pracy nad sobą i swoim życiem postanowiła coś zmienić, aby ten schemat nie powtarzał się w nieskończoność. Podświadomie wiedziała, że musi coś z tym zrobić, zejść z tej utartej ścieżki i wytyczyć nowy kierunek. Nie miała pomysłu, w jaki sposób tego dokonać, ale ta myśl nie dawała jej spokoju. Rozmyślając i sącząc drinka, czekała spokojnie, aż etap nieprzerwanego płaczu się skończy i nastąpi kolejny, w którym będzie co chwila padać pytanie „dlaczego” w najróżniejszych konfiguracjach i odmianach.

Z tych rozmyślań wyrwał ją brzdęk tłuczonego szkła. Nie, nie był to efekt szalejącej furii objawiającej się krzykiem i rzucaniem naczyniami o ściany. Rzeczywistość jak zawsze okazała się bardziej prozaiczna. Marta, wstając po coś, najzwyczajniej w świecie potrąciła szklankę, która roztrzaskała się o podłogę. Teraz dziewczyna ostrożnie stawiała stopy, aby nie nadepnąć na szklany okruch w drodze po zmiotkę. Kasia wybuchnęła śmiechem, a chwilę później, walcząc ze łzami, dołączyła do niej Agnieszka. Marta za każdym razem, na każdej niemal imprezie, od kiedy pamiętały, przynajmniej raz musiała strącić coś ze stołu, gdy wstawała z miejsca lub przechodziła obok. Taki miała talent. Bo jak inaczej można to było nazwać? Dziewczyny natomiast nigdy, niezależnie od okoliczności, nie powstrzymały się od docinków i złośliwości na temat wielkiego tyłka przyjaciółki, którym strącała nie tylko naczynia ze stołu, ale potrafiłaby nawet zmienić trajektorię lecącej komety. Ten żart zawsze je śmieszył pomimo upływu lat, a jedyne, co się zmieniło, to podejście do sprawy obiektu ich kpin. Marta bowiem z wiekiem po prostu przestała reagować złością, a nawet przyłączała się do ogólnej wesołości, ostrzegając koleżanki, że jak się nie zamkną, to zaraz się zawinie, a one pospadają z tego, na czym aktualnie siedzą. To z kolei wywoływało kolejne salwy śmiechu.

Chwilę później szklane odłamki nie stanowiły już dla nikogo zagrożenia, ponieważ wylądowały w koszu. Agnieszka jednak nie była w stanie powrócić do płaczu, więc teraz, poganiając towarzystwo z kolejnymi toastami, przeszła do następnej fazy, czyli bezsensownych pytań. Wszystkie one sprowadzały się do jednego, a odpowiedzi nie było i być nie mogło. Zresztą nawet jeżeli były, a facet odpowiedziałby wprost dlaczego, i tak by mu nie uwierzyła, doszukując się jakiegoś drugiego dna. Tak już ten gatunek jest skonstruowany – kobieta zawsze będzie się starała znaleźć jakiś podtekst, coś, co zostało przemilczane.

Kasia w tym momencie rozpoczęła ogromną walkę wewnętrzną. Z jednej strony żal jej było dziewczyny, bo wiedziała, jak ona się teraz czuje. Sama nie raz była w podobnej sytuacji. Z drugiej zaś strony szlag ją trafiał, że to zawsze one, kobiety, tak ciężko przeżywały rozstania. Dlaczego? Bo tak zostały nauczone przez społeczeństwo? Bo tak się je wychowuje od dziecka? Bo wszystkie filmy i książki powielają schemat, wtłaczając go do kobiecych umysłów, mówiąc im, jak mają się zachowywać, co czuć oraz jak reagować. „Dość tego!” – krzyczała w myślach. Chciała się od tego uwolnić. Od tych schematów. Wiedziała, że nie jest to proste, ale możliwe. Z dwóch powodów postanowiła to zrobić i pociągnąć za sobą swoje najlepsze przyjaciółki. Po pierwsze, w grupie łatwiej, bo jest wsparcie, pomoc. Po drugie, kochała je i zależało jej na tym, aby wszystkie były naprawdę wolne. Popijała drinka i potakiwała od czasu do czasu, niespecjalnie przysłuchując się wywodom Agnieszki.

Inaczej zachowywała się natomiast Marta, która bardzo uważnie chłonęła każde słowo i starała się znaleźć odpowiedź na padające pytania. Pocieszała przyjaciółkę, jak tylko potrafiła, i bardzo mocno łączyła się z nią w bólu i rozpaczy. Jak każda z pozostałych kobiet doskonale znała ten stan. Chciała wesprzeć siostrę i jakoś jej pomóc, chociaż bardzo dobrze zdawała sobie sprawę, iż istnieje tylko jedno lekarstwo. Nie, to nie był alkohol, chociaż doskonale spisywał się w roli anestetyku. Owym cudownym remedium paradoksalnie był kolejny facet. Tylko wtedy przestaje się myśleć o poprzednim. Kiepskie rozwiązanie, ale cóż, tak już jest urządzony ten świat. To, co mogła teraz zrobić, to być blisko. Pozwolić siostrze się wypłakać na swym ramieniu i wesprzeć ją dobrym słowem.

Siedząca opodal i praktycznie milcząca Kasia gotowała się, słysząc co rusz takie frazesy jak: „Będzie dobrze”, „Nie smuć się”, „Tego kwiatu jest pół światu!”.

Zagryzała wargi i niemal zgrzytała zębami, przysłuchując się tym sloganom jakby żywcem wyrwanym z kiepskiego romansu. Czara goryczy się przelała, gdy usłyszała kolejny już raz tego wieczora: „Jego strata”. Nie wytrzymała i wybuchnęła, wykrzykując niemal na całe gardło:

– Pewnie, że, kurwa, jego strata!

Musiało ją słyszeć pół osiedla, jeśli nie pół miasta. Speszyła się nieco swoim wybuchem, a raczej siłą krzyku, jaki z siebie wydobyła. Dziewczyny spojrzały na nią zaskoczone zarówno samą jej reakcją, jak i tym, że wreszcie włączyła się do rozmowy. Patrzyły na nią obie z rozdziawionymi ustami, jakby zastygły w pół słowa.

Kasia uśmiechnęła się przepraszająco i wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego nieco podniesionym głosem to, co jej leżało na sercu:

– Dziewczyny! Pewnie, że jego strata. Nie macie już tego dość? – Nim koleżanki zdążyły się odezwać, mówiła dalej: – Ile razy już się tak działo? Ile razy się spotykamy, aby pocieszyć jedną z nas po rozstaniu z facetem? Trudno zliczyć. Nie zrozumcie mnie źle. Kocham was i zawsze się cieszę na nasze spotkania. Wkurza mnie tylko, że najczęściej są one prowokowane właśnie takimi sytuacjami jak teraz. Dlaczego to zawsze któraś z nas płacze, cierpi? Dlaczego to zawsze my się przejmujemy? Zastanawiałyście się kiedyś nad tym? – Dała im chwilę na pomyślenie. – Nie? Tak po prostu jest, że my, kobiety, jesteśmy uczuciowe. Angażujemy się, a potem cierpimy. Po co? Pytam się: po co? Czy warto? Każda z nas ma własne życie, pracę, zainteresowania. Do czego nam są potrzebni ci faceci?

– No jak to do czego… – odparła Marta.

– Pytanie retoryczne – rzekła Kasia. – Nie potrzebujemy mężczyzn, żeby się nami opiekowali, pomagali w życiu codziennym. Zgadza się?

– W sumie tak – stwierdziła Agnieszka. – Ale…

– Żadnych ale – przerwała jej Kaśka. – Wszystko, czego nam od nich potrzeba, to trochę bliskości, czułości, atencji, no i seksu.

Dziewczyny się roześmiały, ale przytaknęły, kiwając zgodnie głowami.

– Czy zatem aby dostać te kilka rzeczy, musimy pchać się w związki, a potem cierpieć po ich zakończeniu? Parafrazując facetów: czy aby napić się piwa, muszę kupić cały browar? Nie!

– Do czego zmierzasz? – zapytała niepewnie Marta.

– Nie wkurza was to, że jak facet śpi z jedną, z drugą, a kolejnego dnia z jeszcze inną kobietą, to mówi się o nim, że jest niezłym ogierem? A jeżeli odwrócimy sytuację i kobieta będzie tak zmieniać facetów, to jak ją nazwiemy?

– Dziwka? – spytała nieśmiało Marta.

– Dokładnie! I dlaczego? Przecież to dokładnie taka sama sytuacja. Ale mężczyźnie wolno. Jest to aprobowane, a z kobiety robi się… No właśnie. Nie wiem jak wy, ale ja mam już tego dość. Nie zgadzam się na takie stawianie sprawy. Mam zamiar wyjść poza schemat i się nim nie przejmować. To moje życie i nikomu nic do niego!

Dziewczyny popatrzyły po sobie, nieśmiało kiwając głowami z aprobatą. Zgadzały się z Kasią w pełnej rozciągłości, ale nie miały jeszcze odwagi powiedzieć tego na głos. Z ich min można było wyczytać, iż intensywnie myślą o tym, co właśnie usłyszały.

Katarzyna, popijając drinka, cierpliwie czekała. Wiedziała, że przyjaciółki muszą przetrawić jej słowa, ale była pewna, jaka będzie odpowiedź. Podeszła do okna. Otworzyła je i spokojnie zapaliła papierosa. Delektowała się nim, a przyjemność z każdą chwilą była większa. Miłe doznania wywoływane były nie tyle smakiem jej ulubionej marki, nie samą czynnością zaciągania się tym nasyconym chemicznymi związkami jasnoszarym obłokiem. Niemal namacalną rozkosz w tym momencie dawała jej świadomość, iż dziewczyny już zdecydowały. Zarówno jedna, jak i druga chciały wyrzucić z siebie myśli ubrane w słowa, ale coś je powstrzymywało. Tym czymś był ten niemalże święty czas, który palacz poświęcał na palenie. Marta nie paliła nigdy, a Agnieszka rzuciła niemal dwa lata temu, lecz mimo to coś im mówiło, że trzeba uszanować ten czas i poczekać do momentu, gdy żar tytoniu zostanie zduszony w popielniczce.

Agnieszka i Marta mimowolnie skupiały wzrok na końcówce papierosa. Kasi przeszła przez głowę myśl, że teraz zachowują się jak dwie kobry wznoszące łby przed fletem zaklinacza węży. Powolnym ruchem przesunęła dłoń z ognikiem na bok i zgodnie z jej oczekiwaniami głowy koleżanek wykonały dokładnie taki sam ruch. Zdusiła w sobie wybuch śmiechu. Zaciągnęła się ostatni raz i rozgniotła peta na szklanym talerzyku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle rozległa się eksplozja damskich głosów. Dziewczyny zaczęły mówić jednocześnie, przeszkadzając sobie nawzajem.

– No więc masz absolutną rację – powiedziała Aga, gdy udało się im wreszcie ustalić kolejność wypowiedzi.

– Dokładnie – dorzuciła Marta, nie mogąc wytrzymać. – Zgadzam się w stu procentach.

– Wszystko, co powiedziałaś, ma sens. Tylko co można z tym zrobić, a przede wszystkim: jak? Chcesz stworzyć jakąś partię polityczną czy co?

– A może jakieś spotkania, rozmowy w internecie? – przedstawiała kolejne pomysły Marta.

– Nic z tych rzeczy, moje drogie. Jak to mówią, świata nie zbawisz, ale możesz go zmienić. Żeby to jednak zrobić, musisz zacząć od siebie. Zgadza się?

Przyjaciółki popatrzyły kolejny raz po sobie i słusznie zakładając, że to pytanie retoryczne, czekały na dalszy ciąg wypowiedzi przyjaciółki.

– Rozumiem, że się ze mną zgadzacie. Super. A więc, dziewczyny, przyznam, że myślę nad tym wszystkim już od jakiegoś czasu. Mam pewien pomysł, którym chciałabym się z wami podzielić z kilku powodów. Po pierwsze, kocham was, wiecie o tym, więc chciałabym, abyście były szczęśliwe. Po drugie, w grupie zawsze raźniej i będziemy mogły się nawzajem wspierać. Jeżeli mój plan się powiedzie, to nasze kolejne spotkanie będzie wyglądało zupełnie inaczej. To znaczy zbierzemy się nie po to, aby wesprzeć jedną z nas po kolejnym nieudanym związku, a po to, by podzielić się opiniami, wrażeniami i tak dalej.

Teraz to dopiero Martę i Agnieszkę zatkało. Naprawdę nie wiedziały, co powiedzieć, a to nie zdarzyło się chyba nigdy do tej pory. Kasia była dumna z siebie, że udało jej się wywołać taki efekt. Z drugiej strony sama przebierała nogami, aby podzielić się wreszcie swoim pomysłem. Bardzo liczyła na poparcie i aprobatę, ale nie miała stuprocentowej pewności. Znała dziewczyny od zawsze, niemniej jednak to, co miała im zaproponować, mogło być… co tam mogło – na pewno było szokujące. Za chwilę miała mieć szansę, by się o tym przekonać.

Agnieszka trochę szybciej wyrwała się z zaskoczenia, zapominając już całkowicie o łzach i byłym partnerze. Teraz ciekawość ogarnęła całkowicie jej umysł. Aga wiedziała, że po niesamowicie długim jak na Kaśkę wstępie będzie to coś na miarę wynalezienia i zaprezentowania światu bomby atomowej. Sięgnęła po nową butelkę wina. Otworzyła ją niespiesznie, zdając sobie sprawę, że nieco przeciąga tę czynność. Czuła się trochę jak mała dziewczynka, której zapowiedziano superniespodziankę, ale która musi chwilę na nią poczekać. Napełniła trzy kieliszki i usiadła na swoim miejscu w oczekiwaniu.

Podniecenie narastało z każdą chwilą. Udzieliło się również Marcie. Ta wierciła się niespokojnie na kanapie. Zawsze się tak zachowywała, gdy się niecierpliwiła. „Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę ze swojego zachowania” – zastanawiała się Agnieszka. Nie zdążyła rozwinąć tej myśli, gdyż Kasia zaczęła mówić:

– Przechodząc zatem do meritum. Musimy zmienić siebie, swoje zapatrywanie na pewne sprawy i podejście do nich. Mam na myśli związki, kwestie seksu i tym podobne. Mówiąc prościej: musimy zacząć myśleć i zachowywać się w tych sprawach jak faceci, czyli korzystać z życia i nie przejmować się konwenansami. Nie patrzeć, czy coś wypada, czy nie, co powiedzą ludzie. Mam zamiar zacząć robić różne szalone rzeczy, jakie przyjdą mi do głowy, i nie oglądać się przy tym na innych. Jak będę chciała się pobzykać, wezmę faceta na raz, a jak się sprawdzi, to może na kolejne dwa lub trzy. I kolejny.

– Ale jak to? Tak przecież nie można! To niewłaściwe… – zaczęła się jąkać Marta, totalnie zszokowana tym, co usłyszała.

– No właśnie! Ona ma cholerną rację! – wykrzyczała Agnieszka. – Tak właśnie powinno być. Kasiu, jesteś genialna! Wypijmy za to! – Uniosła kieliszek i przepiła do przyjaciółek.

Odwzajemniły gest, chociaż Marta próbowała poukładać sobie w głowie to, co usłyszała. W zamyśleniu popijała wino i widać było, że spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co właśnie zostało powiedziane.

– To, co mówisz, ma całkowicie sens. – Aga nie wytrzymała przedłużającej się ciszy. – Brzmi genialnie, ale widzę mały problem.

– Jaki?

– Taki, że łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. W teorii brzmi pięknie, nie wiem jak wy, ale ja najpewniej na tyle mocno tkwię w schemacie, że nie będę w stanie się z niego wyrwać. Boję się, że zawsze będę powtarzać te same błędy.

– Zgadza się. Nie mówię, że to będzie łatwe. Jeżeli jednak nie spróbujemy, to nigdy się nie wyrwiemy z tego błędnego koła. Mnie szkoda na to życia. Chcę to zmienić! Jestem pewna, że jak podejmiemy to wyzwanie we trzy, damy radę.

– Tak. Brzmi sensownie – odparła Agnieszka, popatrując na Martę. – A ty co powiesz? Milczysz jak nigdy!

– Ja, ja… – Marta zaczęła się jąkać jak wywołana do tablicy nieprzygotowana uczennica. – Ja sama nie wiem.

– Jak to nie wiesz?

– No, z jednej strony fajnie by było, ale z drugiej – co ludzie powiedzą… – Nie zdążyła dokończyć, gdy przerwała jej Aga:

– Właśnie o to chodzi, żeby nie przejmować się opiniami innych. Ludzie gadają, gadali i zawsze będą gadać.

– No dobrze, masz rację. Ale co tak naprawdę mamy robić? Jak się do tego zabrać? Ja chyba nie będę potrafiła tak po prostu iść z kimś do łóżka i więcej się nie spotkać.

– Wiem, że moja propozycja to dla was będzie duża zmiana. Dla mnie również, nie ukrywam tego. Ale co mamy do stracenia? Nic! Albo zmienimy swoje życie na lepsze, ciekawsze, albo nadal będziemy się pakować w dziwne relacje, a potem wypłakiwać oczy po jakimś ośle, który nas porzucił, bo trafiły mu się młodsze albo większe cycki.

– To prawda – przytaknęły obie.

– To twój pomysł, więc zapewne masz również jakiś plan realizacji – rzekła z nadzieją w głosie Agnieszka.

– Tak. Jak już wam wspominałam, myślę o tym od jakiegoś czasu. Założyć sobie coś jest łatwo, ale gorzej z realizacją. Obmyśliłam zatem strategię, która powinna nam umożliwić dojście do celu.

– Dawaj! – rzuciła podekscytowana Aga.

– Najpierw muszę od was uzyskać potwierdzenie, że chcecie zmian i że wchodzimy w to razem.

– Oczywiście – odparła bez zastanowienia Agnieszka. – Nawet zaraz!

– A ty? – padło pytanie do Marty.

– Nieco się boję, ale ufam wam. Jeżeli twierdzicie, że tak będzie dla nas najlepiej, to się zgadzam. Wchodzę w to!

– Okej, super. Zatem teraz mogę wam przedstawić swój plan. Od razu zastrzegam, że nie jest on perfekcyjne dograny. Szczerze mówiąc, liczę na waszą pomoc. Śmiało podrzucajcie pomysły. Krytyka mile widziana, oczywiście ta konstruktywna – zastrzegła od razu Kasia i uniosła palec do góry, widząc pojawiające się już złośliwe uśmieszki przyjaciółek. – A więc…

– Nie zaczyna się zdania od „a więc” – wtrąciła natychmiast Marta.

– Spadaj, nauczycielko! Poprawiaj swoich uczniów, nie mnie!

– Dobrze, dobrze. – Marta się uśmiechnęła.

– A więc… – rzekła Kasia, wyraźnie akcentując każde słowo i wbijając wzrok w siostrę. Nie doczekawszy się tym razem żadnego komentarza prócz złośliwego uśmieszku i przesłanego całusa, kontynuowała przerwaną chwilę wcześniej wypowiedź: – Jestem najbardziej z nas wszystkich otwarta i śmiała, ale nawet ja mam wątpliwości, czy nie stchórzę w decydującym momencie. Długo się zastanawiałam, jak obejść ten problem, i chyba udało mi się znaleźć rozwiązanie.

– Brzmi intrygująco – mruknęła Agnieszka. – Kontynuuj, proszę, bo przyznam, że pobudziłaś moją ciekawość.

– Mhm – dodała Marta.

– Okej, zatem bez owijania w bawełnę. Proponuję, aby każda z nas zapisała cztery swoje fantazje na osobnych kartkach, a potem się nimi podzielimy.

– Co? Jakie fantazje?

– No takie zwykłe, a raczej niezwykłe. To znaczy chciałabym, aby każda z nas na osobnej kartce zapisała hasłowo, bez szczegółów, jedną z czterech swoich fantazji erotycznych.

– Aha.

– Pomysły na seks, jakiego każda z nas chciałaby spróbować, ale nie odważyła się do tej pory zaproponować partnerowi albo nie trafił się nikt odpowiedni, ale jak dotąd nawet nie myślałyśmy, żeby to zrealizować.

– Na przykład? – ciągnęła ją za język Agnieszka.

– Każda z nas ma jakieś swoje fantazje. Nie mówcie mi, że nie, bo i tak nie uwierzę. Pierwsza z brzegu przykład to chociażby seks w miejscu publicznym lub z nieznajomym.

– Okej, rozumiem – odparła Aga, a Marta przytaknęła skinieniem głowy. – Tylko po co mamy to pisać?

– Jesteśmy trzy. Każda z nas ma zapisać po jednym pomyśle na jednej kartce, co da nam tuzin pomysłów. Potem każda wylosuje z puli cztery, które trzeba będzie urzeczywistnić. Wyjdzie po jednym zadaniu na kwartał, bo za rok się rozliczymy z wykonanych zadań. Co wy na to?

Zapadła długa i niezręczna cisza. Tylko Kasia patrzyła to na jedną, to na drugą przyjaciółkę. One z kolei unikały wzroku pozostałych. Zachowywały się zupełnie jak małolaty zawstydzone znalezionym pod łóżkiem starszego brata świerszczykiem.

Katarzyna, nie mogąc wytrzymać napięcia, jakie narastało od momentu wybrzmienia jej pytania, przerwała wreszcie stającą się już niemal fizyczną udręką ciszę.

– No i?!

– Jestem za! – wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego Marta, jakby się bała, że zaraz sama sobie zaprzeczy.

Agnieszka, zdziwiona nieco, że została ostatnia, wyksztusiła wreszcie:

– Tak, chcę spróbować. Raz się żyje. Tylko zanim zacznę pisać, muszę się jeszcze nieco napić na odwagę.

– Super. Więc postanowione – powiedziała z radością Kasia i napełniła kieliszki przyjaciółek niemal do pełna. Nie zapomniała również o swoim. Gdy odstawiła butelkę, wstała i ujęła swój kieliszek, by wygłosić toast.

Koleżanki wstały z uwagi na podniosłość chwili. W pomieszczeniu rozległ się delikatny brzdęk szkła.

– Za zmiany!

Wszystkie oczekiwały czegoś więcej, ale że to był koniec, więc wybuchnęły śmiechem i pociągnęły po solidnym łyku napoju rubinowej barwy. Gdy siadały na swoich miejscach po wygłoszonym toaście, Aga wymruczała pod nosem:

– Oby na lepsze.

Zapytana, co właśnie powiedziała, odrzekła, że nic, i uśmiechnęła się do przyjaciółek.

Wspólnie ustaliły, iż dają sobie kwadrans na zastanowienie się nad tym, co napisać na karteczkach. Pojawiła się również wątpliwość, a raczej refleksja, że nie piszą każda dla siebie, bo daną fantazję może wylosować ktoś inny niż jej autorka. A co, jeżeli to będzie dziwny pomysł albo trudny, a nawet niemożliwy do zaakceptowania?

– Dziewczyny, nie myślcie tymi kategoriami. Po pierwsze, będziemy pisać tylko hasło, a nie dokładny opis, tak aby każda z nas mogła zinterpretować i wykonać zadanie tak, jak jej pasuje. To ma być zabawa i przyjemność, a nie męka. Poza tym robimy to tylko po to, aby przełamać schematy i wyrwać się z okowów swoich ograniczeń. Ponadto nie chodzi o to, że musisz za wszelką cenę coś zrobić. Jeżeli coś nie będzie ci mocno pasowało, nikt ci głowy nie urwie. Pamiętajcie, że robimy to dla siebie i tylko dla siebie. Po drugie, uważam, że podzielenie się pomysłami pozwoli nam się rozwinąć. Na sto procent tkwimy na utartych ścieżkach i często jest nam trudno spróbować czegoś nowego. Kto wie, może dzięki temu odkryjemy coś fenomenalnego, co otworzy przed nami nowy, dotąd nieznany świat seksu? Przyznam szczerze, że na to liczę, i mam nadzieję, że wy również. Po trzecie, jestem pewna, że zadania przydzielone dzięki takiemu losowaniu wzbudzą w każdej z nas ducha rywalizacji i chęć wykonania zadań. Pamiętajcie, że to nie wyścig. Mamy rok na działania. Nie mamy ram czasowych poza tą jedną. Można wykonywać jedno zadanie na kwartał, ale równie dobrze można załatwić sprawę do przyszłego piątku.

Marta i Agnieszka przysłuchiwały się temu, co mówiła przyjaciółka. Nie przerwały jej ani razu, aby coś wtrącić lub dodać, co już samo w sobie było niesamowite. Ich umysły wchodziły na wysokie obroty, gdyż zaczynały myśleć nad zadaniami. Odkurzały nieco zakurzone fantazje, odłożone na półkę do zrealizowania w przyszłości. Pojawiały się nowe. Szperały w pamięci, aby przypomnieć sobie pojedyncze zdarzenia, sceny z filmów lub powieści, które mogłyby idealnie nadawać się do odtworzenia.

Pojawiały się również wątpliwości: „A co, jeżeli mój pomysł zostanie wyśmiany?”, „A jeżeli pomyślą, że jestem zboczona albo chora?”, „Boję się, że nie odważę się na to czy tamto, co wymyślą dziewczyny”, „Pisać, co faktycznie leży mi na sercu, czy może lepiej asekuracyjnie, coby było bezpieczniej?”.

Padło mało słów. Gdyby myślom nadać jakąś formę, w tym pokoju szalałoby tornado. Mały notesik podzielony na trzy części oraz tyle samo długopisów leżały już na stole w oczekiwaniu na użycie. Można było odnieść wrażanie, iż każda z dziewczyn już teraz, w tym momencie chciałaby dopaść przydzielonego jej skrawka papieru i ozdobić go szeregiem liter składających się w kolejne wyrazy, które obnażą jej najskrytsze fantazje. Z drugiej strony dawało się odczuć właśnie z tego samego powodu napięcie zabarwione odrobiną strachu i obaw.

Pierwsza za pióro chwyciła Marta. Już miała postawić znaki na białym arkuszu, gdy wstrzymały ją słowa Agnieszki.

– Mam nadzieję, że tak jak ja napiszecie całkowitą i nagą prawdę. Bez oszukiwania! Jeżeli mamy zmienić swoje życie, nie możemy tego robić, zaczynając od kłamstwa. Albo uczciwie, albo podarujmy sobie temat – powiedziawszy to, popatrzyła głęboko w oczy Kasi, a potem Marty.

Każda z nich skinęła głową na znak zgody. Ta druga odłożyła długopis na stół i ponownie zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę napisać. Widząc ten gest, Aga się ucieszyła. Oznaczało to, że zdecydowała się odezwać w dobrym momencie, a ponadto teraz, po ogólnej zgodzie, całe przedsięwzięcie będzie miało naprawdę sens.

Pierwsza karteczka zapisana i pedantycznie złożona w kwadrat, by ukryć treść, odłożona została przed Kasią. Druga przygotowana w podobny sposób spoczęła przed Agą. Niespiesznie pojawiały się na stole kolejne karteczki.

Upłynęła niemal godzina, zanim ostatni długopis został odłożony na stół. Dziewczyny popatrzyły po sobie z nieco nerwowymi uśmiechami. Wzniosły kieliszki w niemym toaście dla uczczenia chwili.

– I co teraz? – zapytała cicho Marta.

Odpowiedź nie była potrzebna. Padła jednak, aby nie pozwolić się rozprzestrzenić narastającej ponownie tego wieczora niezręcznej ciszy.

– Losujemy – odparła Agnieszka i jako gospodyni wyjęła z witryny kryształową misę po babci. Wrzuciła do niej zebrane ze stołu karteczki i zamieszała. Westchnęła głośno i z wyraźnie nerwowym uśmiechem podsunęła naczynie Kasi.

Ta zamknęła teatralnie oczy i zanurzyła dłoń w misie. Wstrzymane oddechy towarzyszyły szelestowi papieru. Nastała cisza, gdy Kasia wyciągnęła pięść zaciśniętą na jednym z karteluszków. Jak na komendę wszystkie trzy wypuściły powietrze z płuc.

Przyszła kolej na Martę. Nieśmiało i z wahaniem wyciągnęła dłoń. Zupełnie jakby się bała, że to, co jest wewnątrz kryształu, może jej odgryźć dłoń. Zamknęła oczy i szybkim ruchem chwyciła kartkę. Przycisnęła ją do piersi, jakby był to największy skarb. Podniosła powieki, gdy usłyszała śmiech koleżanek. Wysunęła im język w odpowiedzi, ale zaraz sama się zaczęła śmiać.

– Zachowujemy się zupełnie, jakbyśmy ciągnęły losy, która z nas pójdzie na szafot – zaśmiała się Agnieszka, odwróciła głowę i wyciągnęła kartkę. Podobnie jak koleżanki nie zajrzała do środka, ale odłożyła ją na stół obok swojego kieliszka. Rozpoczęło się drugie okrążenie kryształowej misy. Kolejne karteluszki spoczęły obok już wcześniej ułożonych.

– Ależ emocje, co? – rzuciła Marta.

– No, fakt! Mój pomysł, ale nie spodziewałam się, że tak będę to przeżywać. To lecimy dalej. Jeszcze dwie tury i wszytko będzie jasne.

Agnieszka tylko się uśmiechnęła i bez słowa podsunęła Kasi losy do wyboru. W ciągłym napięciu i niemal grobowej ciszy, nie licząc nierównych i przyspieszonych oddechów oraz szelestu papieru, loteria trwała dalej. Przed ostatnią turą niespodziewanie odezwała się pomysłodawczyni całej tej zabawy.

– Przy losowaniu dalej w ten sposób nie będziesz mogła dokonać wyboru – rzekła, zwracając się w stronę gospodyni. – Proponuję zatem zmienić kolejność, tak aby ostatni los trafił na mnie.

– Dlaczego?

– Dlatego że to mój pomysł i nie chcę, abyś miała poczucie, iż nie miałaś wyboru.

– Ależ…

– Nie. Tak zrobimy. Mnie to odpowiada. Losuj i nie gadaj. Nie rób tej swojej miny! Przecież krzywda mi się z tego powodu nie stanie. Wybieraj, bo chcę się napić.

Sekundę później było już po sprawie. Na dnie naczynia został jeden los, przeznaczony dla Katarzyny. Teatralnym ruchem chwyciła go dwoma palcami i z udawaną uwagą dołożyła do pozostałych. Wszystkie trzy panie westchnęły jak na rozkaz, a potem parsknęły śmiechem.

Chociaż teoretycznie było już po wszystkim, atmosfera nadal była nieco napięta. Dziewczyny popijały wino małymi łyczkami, bawiąc się kieliszkami. Kasia stała przy oknie i paliła papierosa. Jednym słowem zżerała je ciekawość, a zarazem towarzyszył im irracjonalny lęk przed rozwinięciem wylosowanych karteczek i zapoznaniem się z ich treścią. Co chwila ukradkowe spojrzenia padały na stół, a właściwie na to, co na nim leżało. Pomiędzy jednym a drugim pociągnięciem papierosa Kasia, śmiejąc się z koleżanek, zapytała, dlaczego nie zaczęły jeszcze czytać. Czyżby się bały? Odpowiedziały jej dwa nieco gniewne spojrzenia i, czego się można było spodziewać, wystawiony język Marty.

– Zacznij ty, jak taka mądra jesteś!

– Z największą przyjemnością, gdy tylko skończę palić – odparła Kasia, próbując ukryć własne zdenerwowanie pod maską uśmiechu, skrytego w oparach dymu.

Nie da się palić w nieskończoność, więc gdy żar dotarł już do ustnika i nie było innego wyjścia, Katarzyna zdusiła niedopałek w popielniczce. Gdy zamykała okno, skorzystała z okazji, że stała tyłem do przyjaciółek, i wzięła głęboki oddech na odwagę. Dziarsko wróciła na swoje miejsce. Usiadła. Wzięła pierwszą karteczkę z brzegu. Rozwinęła ją i zaczęła czytać. Trzy razy przebiegła wzrokiem po tych kilku słowach przepowiadających jakże miłą w perspektywie sytuację. Uśmiechnęła się. Ulżyło jej nie dlatego, że treść jej nie zszokowała, ale dlatego, że zdała sobie sprawę, jak idiotycznie się zachowywała jeszcze kilka sekund temu. Poddała się niemal zbiorowej histerii. Dlaczego? Bo takich właśnie zachowań była uczona od małego. Dostosować się do ogółu, nawet jeżeli to bez sensu. Tak jak teraz.

Ujrzała pełne napięcia spojrzenia i zapytała swobodnie:

– Co?

– Pochwalisz się? – zapytała Marta.

– Czym? Treścią swojego zadania?

– Mhm.

– Masz przecież swoje.

– Ale…

– Ale co? Zgodnie z umową zdam relację z realizacji każdego ze swoich zadań na spotkaniu za rok, i to ze szczegółami.

– No wiesz?!

– A dlaczego to, moja droga, interesujesz się tym, co ja mam wyznaczone, a do swoich nawet nie zajrzałaś?

– Bo, bo… – Zawstydzona Marta zaczęła się jąkać, a jej twarz przybrała kolor buraka.

– Dobrze, już dobrze. Tylko się z tobą droczę. Zaraz wam przeczytam, ale tylko to jedno. Resztę chcę zachować jako niespodziankę dla siebie. Mam zamiar otwierać je kolejno i wcielać w życie to, co jest na nich napisane, gdy będę miała na to ochotę. Sama jestem ciekawa, jak mi pójdzie.

– Ciekawa koncepcja – rzekła milcząca do tej pory Agnieszka.

– A więc… – Kasia zwróciła się nieco złośliwie do Marty, która tylko zacisnęła usta, ale się nie odezwała.

Bardzo chciała się odciąć, ale jednocześnie była ciekawa treści zadania przyjaciółki, więc postanowiła przemilczeć tę złośliwość.

– Zanim przeczytam: nie mówcie mi, proszę, teraz, która z was to napisała. Chętnie się dowiem, ale dopiero po fakcie. Zatem moje pierwsze zadanie to… – Zawiesiła głos, aby podkręcić atmosferę. – Zrobić loda psu sąsiada!

Dziewczyny zdębiały. Marta natychmiast zrobiła się blada, co było niesamowitym kontrastem do czerwieni, jaka ją zalewała jeszcze przed chwilą. Agnieszce kieliszek niemal wypadł z rąk.

Kasia nie wytrzymała długo i wybuchnęła tak histerycznym śmiechem, że omal nie spadła z fotela. Łzy pociekły jej po policzkach. Dopiero po dłuższej chwili się opanowała i słowami przerywanymi salwami wesołości wykrztusiła:

– Ależ… miałyście… miny! Szkoda, że nie… zrobiłam wam… zdjęcia.

– Ty głupia… – zaczęła Aga.

– Sorki! Nie mogłam się powstrzymać! – odparła Kasia, nadal się śmiejąc. – Marta, przeczytaj, proszę, bo ja muszę się jeszcze wyśmiać.

Przybierająca już normalne barwy dziewczyna, choć nadal z lekką obawą, chwyciła kartkę. Przebiegła oczami po tekście dwa razy, zanim wypowiedziała zapisane na kartce słowa:

– Seks oralny z nieznajomym w miejscu publicznym!

– Czyli…

– Nie, nie, nie! Żadna z was nie może mi mówić, jak to ma się odbyć. Jest hasło, a jego interpretacja i sposób wykonania oraz czas i miejsce należą do mnie. Nie wiem, która to napisała ani czy miała na myśli na przykład zrobienie loda w barze barmanowi czy co innego. Nie chcę wiedzieć! Pomyślę i zrobię tak, aby zadanie zostało zaliczone, ale po swojemu.

– Słusznie – odparła Aga. – Tak powinno być.

– Dziękuję, nie wiem, której z was, ale pomysł bardzo mi się spodobał. Mam już nawet pewne warianty wykonania. Przyznam szczerze, że będzie to mój pierwszy raz, ale już się na to cieszę. Naprawdę! Ale będzie zabawa!

Dziewczyny nic nie odpowiedziały. Doskonale wiedziały, która z nich to napisała. Znały się aż zbyt dobrze i nieraz toczyły rozmowy na ten temat. Pojawiło się tylko pytanie, czy to fantazja zrealizowana przez autorkę, czy nie. Dywagacje nie miały najmniejszego sensu. Przynajmniej nie w tamtym momencie. Widząc, że nie ma się czego bać, a raczej wręcz odwrotnie, Agnieszka zebrała się w sobie i wzięła do ręki jeden z wybranych przez siebie losów. Zamknęła oczy i rozprostowała skrawek papieru. Westchnęła ostentacyjnie, podniosła powieki i zaczęła czytać. Dziewczyny przyglądały się jej uważnie, ale mina Agi nie wyrażała niczego. Zupełnie niczego, jak u rasowego pokerzysty. Wesoła Kasia popijała wino i spokojnie czekała, co powie Agnieszka. Marta z kolei nerwowo zaciskała pięści, aż bielały jej kostki. Agnieszka złożyła kartkę. Po chwili rozłożyła ją raz jeszcze i ponownie przeczytała. Znów złożyła karteluszek i położyła na stole, przyciskając talerzykiem.

– No, tego na trzeźwo się nie da – odparła i wychyliła resztę trunku, jaką miała w kieliszku. – Dolej – poprosiła, patrząc na rozanieloną przyjaciółkę. Upiła kolejny solidny łyk i wreszcie odstawiła szkło. – Tak na trzeźwo się nie da – powtórzyła, a widząc pytające spojrzenia, dodała: – Spokojnie. Nie wyłamuję się. Jestem tylko zaskoczona. Dajcie mi chwilę. Muszę ochłonąć po tym, co przeczytałam.

– Zostałaś ty – rzekła Kasia do Marty.

Ta przełknęła głośno ślinę i drżącą ręką sięgnęła po kartkę ze swojego zestawu.

– No wiesz? Zachowujesz się jak dziewica przed nocą poślubną – zaśmiała się ponownie Kasia, zakładając nogę na nogę i zaplatając dłonie na kolanie.

– Mną się nie przejmuj – odparła Agnieszka. – Już jest okej, nic strasznego, tylko totalne zaskoczenie. Po chwili zastanowienia myślę, że może być interesująco. Nawet bardzo!

– Dobrze – odpowiedziała Marta, przeciągając sylaby. Chciała mieć to już za sobą, więc od razu przeczytała treść karteczki na głos na jednym wydechu. – Zabawa w stylu sado-maso. – Odetchnęła głęboko i wreszcie się uspokoiła. – Zabawa w stylu sado-maso – powtórzyła na głos. – Że co? – zapytała nie wiadomo kogo.

– No wiesz, kajdanki, pejczyki i tego typu klimaty – posłużyła uprzejmym wyjaśnieniem uśmiechnięta cały czas Kasia. – Klapsy i tym podobne.

– Aha – zdołała wydobyć z siebie znowu czerwona jak burak Marta. – Ale ja, ale ja… Ja nigdy takich rzeczy nie robiłam!

– I właśnie o to chodzi, żeby spróbować czegoś nowego. Skąd wiesz, może ci się spodoba i się wkręcisz w klimat – dorzuciła Katarzyna, rewelacyjnie się bawiąc peszeniem się przyjaciółki.

Agnieszka tylko pokiwała głową, ale nie skomentowała tego. Uniosła za to kieliszek, po uprzednim uzupełnieniu trunkiem szkła przyjaciółek, i wzniosła toast:

– Za nowe, zapowiadające się bardzo, ale to bardzo ciekawie nasze życie erotyczne!

– Za nowe życie! – odpowiedziały dwa damskie głosy.

– Będzie się działo, oj, będzie – dopowiedziała raczej do siebie niż kogokolwiek innego Agnieszka i wreszcie uśmiech zagościł na jej ustach.

Rozdział II. Niewolnica?

Po weekendzie z przyjaciółkami Marta myślała o wielu rzeczach. Te dwa dni bardzo mocno namieszały w jej jakże poukładanym i spokojnym życiu. Wszystko do tej pory miało swój czas i swoje miejsce. Teraz wydawało jej się, że świat zwariował i zawirował. Czas pędził jak pociąg pospieszny. Nim się obejrzała, w kalendarzu oderwała kolejną kartkę i zaczął się następny weekend.

Nie miała na te dni żadnych planów, co było dotąd nie do pomyślenia. Bardzo dużo myślała o tym, co się wydarzyło u Agnieszki, a raczej nad tym, co zostało powiedziane. Analizowała to wielokrotnie na wszelkie możliwe sposoby i nijak nie chciało wyjść inaczej niż to, że miała może poukładane i uporządkowane życie, ale nudne jak flaki z olejem. Praca, dom, zakupy, treningi i tak w kółko. Z punktu widzenia jej pracy w charakterze nauczycielki w klasach I–III było to rewelacyjne, gdyż harmonia i porządek panujący w jej życiu przekładały się na efekty nauczania maluchów. Dzieciaki już od wczesnych lat uczyły się, że porządek i systematyczność to klucz do sukcesu w dorosłym życiu. Ponadto taki schemat dawał poczucie bezpieczeństwa, tak potrzebne większości ludzi.

W przeświadczeniu, że jej sposób życia jest dobry, utwierdzały ją sukcesy i nagrody w pracy otrzymywane za osiągnięcia w nauczaniu, a także popkultura w postaci filmów, seriali i książek. Była bardzo zadowolona z tego, co ma i jak funkcjonuje.

Aż do teraz, bo właśnie zaczynała mieć wątpliwości. Niby wszystko było fajnie, bezpiecznie, ale nudno, przewidywalnie. Nawet życie erotyczne, które uważała do tej pory za satysfakcjonujące, okazało się nieciekawe. Nie przyznała się przyjaciółkom, lecz jeszcze będąc u Agnieszki, wyszła do toalety i przeczytała wszystkie cztery zadania, które trafiły jej się do wykonania. Jedno poznała przy stole, ale reszta była równie ciekawa i intrygująca. Po tej króciutkiej lekturze uświadomiła sobie, że faktycznie tkwi w schemacie. Nie odważyła się nigdy przedtem, co tam – odważyła, nawet nie pomyślała, żeby coś urozmaicić w seksie. Zawsze tak samo. Zawsze te same pozycje. Nigdy nie zgodziła się na nic nowego, nawet gdy kolejny partner coś sugerował. Nie i koniec! Teraz wydało się jej to smutne, coraz smutniejsze wraz z każdym dniem i pojawiającymi się przemyśleniami nad swoim życiem oraz pomysłem Kasi. Z perspektywy kilku dni zaczęła cieszyć się z tego wszystkiego. Najbardziej chyba jednak z przydzielonych zadań do wykonania, gdyż bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, iż sama nigdy by się nie wykazała inwencją na tyle dużą, aby zdecydować się na coś takiego. Oczywiście jako zdrowa kobieta, mająca swoje potrzeby, fantazjowała, a nawet czasem coś tam podglądała w internecie, ale żeby spróbować? Nigdy!

Wiedziała, że to tylko wymówka przed samą sobą, jednak było jakoś łatwiej się przełamać i otworzyć na nowe, gdy mogła powiedzieć do swojego sumienia: „To nie mój pomysł. Takie zadanie mi się wylosowało i muszę je wykonać, bo przecież nie wystawię przyjaciółek do wiatru”. Z takim usprawiedliwieniem było jej znacznie lżej i coraz chętniej pozwalała swoim myślom zapuścić się na nieznane do tej pory przestrzenie seksu w klimatach sado-maso. Coraz rzadziej, ale nadal, zdarzało się jej przyłapać na tym, iż rumieni się na samą o tym myśl.

Dni umykały jeden po drugim w zawrotnym tempie. Na szczęście zaraz zaczynał się weekend, który zamierzała poświęcić całkowicie sobie. Żadnych spotkań towarzyskich, żadnych zakupów czy sprzątania. Chciała odespać ostatnie szalone dni, poleniuchować, naładować baterie. Zgodnie z planem nawet nie miała zdejmować piżamy. Coś do jedzenia się zrobi na szybko, do tego butelka jej ulubionego wina. Ponadto w drodze wyjątku pragnęła pozwolić sobie również na spałaszowanie czekolady z orzechami, a może nawet solidnej porcji lodów czekoladowych. Od dawna przestrzegała zdrowej diety, ale czasami trzeba sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. I taki właśnie miała plan na najbliższe dwa dni. Było jednak jeszcze coś, co miała zaplanowane. Postanowiła zapoznać się nieco bliżej z tematyką związaną z pierwszym zadaniem do wykonania. Coś tam wiedziała, jak każdy, ale jako osoba sumienna i zawsze starająca się robić wszystko starannie i najlepiej, jak potrafiła, musiała zagłębić się nieco w ową tematykę.

Sobota rozpoczęła się wspaniale. Marta podniosła leniwie powiekę dopiero, gdy naprawdę poczuła się wyspana. Słońce za oknem podpowiadało, że południe już minęło, ale nie przejmowała się tym w ogóle. Poprzedniego wieczora, gdy kładła się spać, zapobiegawczo wyłączyła budzik, a nawet odwróciła go cyferblatem do ściany. Dzięki temu nie stresowała się tym, która była godzina. Powoli, leniwie przeciągnęła się jak kotka, uśmiechając się promiennie i mrucząc przy tym zabawnie. Gdyby nie to, że zaczynały ją boleć boczki od leżenia, to zapewne jeszcze chwilę by się powylegiwała. Usiadła na łóżku i ponownie przeciągnęła się i ziewnęła. Następnie odszukała pantofle i wsunęła w nie stopy.