Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania Czuję, myślę, zmieniam. - Ewa Klepacka-Gryz - ebook
Opis

Terapia jednego spotkania to przewrotny i autorski pomysł. Zamiast wielu godzin spędzonych na kozetce, autorka proponuje jedno spotkanie, podczas którego można odkryć sedno problemu i otrzymać konkretne wskazówki i narzędzia, które staną się impulsem do zmian. Autorka na przykładach z życia bohaterów, w kilku krokach przedstawia proces myślenia i uświadamia pacjentowi problem. Opisywane przypadki mogą dotyczyć każdego z nas: pracoholizm, samotność, prokrastynacja, ale także np. nawyk ciągłego spóźniania się. Z książki dowiemy się również jak znaleźć własny przepis na optymizm, samoakceptację i poczucie własnej wartości.  Na końcu każdego rozdziału znajdują się ćwiczenia do samodzielnej pracy w ramach autoterapii.

Książka Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania powstała na podstawie artykułów publikowanych w miesięczniku SENS.

Książka jest pierwszą pozycją z serii Czuję, myślę, zmieniam.

Ewa Klepacka-Gryz

Psycholog, terapeutka a także autorka wielu poradników psychologicznych. Współtwórczyni autorskiej metody pracy z chorobami psychosomatycznymi. Prowadzi warsztaty dla osób cierpiących na dolegliwości psychosomatyczne, kobiet w trudnych sytuacjach życiowych oraz par w kryzysach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł: Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania
© Tekst: Ewa Klepacka-Gryz 2019 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło sp. z o.o., Warszawa 2019
Redakcja i korekta: KINGA SZAFRUGA
Projekt okładki, opracowanie graficzne i ilustracje: KRZYSZTOF KIEŁBASIŃSKI
Skład i łamanie: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®
Redaktor inicjująca: EDYTA WOŹNICA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Wydanie I, 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-8132-137-2
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Terapia jednego spotkania

Wstęp

Pomysł na Terapię Jednego Spotkania (TJS) pojawił się nagle i, jak to zwykle bywa z takimi nagłymi olśnieniami, okazał się strzałem w dziesiątkę, i dla mnie i dla pacjentów.

Kiedy próbuję znaleźć logiczne uzasadnienie dla tego dość przewrotnego pomysłu w czasach, gdy chodzenie latami na terapię (w myśl zasady: im dłużej, tym lepiej) jest na topie, myślę, że ta idea zrodziła się przede wszystkim z przekonania i wiary, że każdy z nas jest najlepszym autorytetem we własnej sprawie. Nawet superprofesjonalny terapeuta nie odmieni życia pacjenta (jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki), nie wypisze recepty na magiczną tabletkę, nie powie, co robić, żeby odnaleźć szczęście, miłość czy rodzinny skarb ukryty w najmniej spodziewanym miejscu, a przede wszystkim nie odgadnie, kierowany tajemniczymi supermocami ani też nie wywróży z fusów, na czym tak naprawdę polega jego problem. Bo to wie tylko sam zainteresowany, nawet jeśli wydaje mu się, że nie wie, nawet jeśli czuje się bezradny i szuka kogoś, kto mu to powie, i udaje się po pomoc do poleconego mu terapeuty, i już w drzwiach deklaruje: „Jesteś moją ostatnią deską ratunku...” – i to właśnie drugi, bardzo ważny powód mojego zniechęcenia i nieufności do terapii ciągnących się latami. Przyznaję się bez bicia, że najbardziej na świecie boję się być „ostatnią deską ratunku” i nie tylko dlatego, że mogłabym temu nie sprostać, ale podejrzewam, że ta rola okazałaby się dożywotnia. A tak na serio, uważam, że najgorszą rzeczą, jaką można zrobić drugiemu człowiekowi (i sobie także), jest uzależnienie go od siebie.

Trzeci, równie istotny powód powołania do życia TJS, to moje osobiste doświadczenia z własnych terapii. Ilekroć odwoływałam sesje, terapeuta nazywał to oporem, a ja czasami naprawdę nie miałam ochoty „grzebać we własnych bebechach”, albo czułam się wyśmienicie i rozmowa „o mamusi i tatusiu” nie była mi do niczego potrzebna. Nierzadko wychodziłam z sesji zdezorientowana, nie potrafiłam zintegrować tych powrotów do przeszłości ze swoim codziennym życiem, które gnało z prędkością światła, a we mnie słabła wiara, że odgrzebywanie traum z dzieciństwa pomoże mi odkryć sens życia czy polepszyć obecne relacje z rodziną.

Bywało, i to wcale nierzadko, że na sesji się nudziłam. Pamiętam, że kiedy powiedziałam o tym mojej psychoanalityczce, stwierdziła, że nie jest moją damą do towarzystwa. Rozumiem ją, bo gdy sama byłam w roli terapeuty, wiele razy czułam, że to ja mam coś zrobić, powiedzieć, zadecydować, bo przecież pacjent płaci i chce dostać coś w zamian.

Absolutnie nie mam zamiaru ani też nie daję sobie prawa, by deprecjonować zalety klasycznej terapii, sama mam pacjentów przychodzących na sesje regularnie. Ale coraz większy sens dostrzegam w jednorazowych sesjach.

Pamiętam niemal każde spotkanie, oczywiście bez detali, raczej coś, co przykuło moją uwagę. Czasami były to pierwsze minuty kontaktu; rozmowa przez telefon albo kilka słów zamienionych przy wejściu do gabinetu. Innym razem coś charakterystycznego w wyglądzie pacjenta; jakiś szczegół ubioru, specyficzny gest, czasami tembr głosu albo czy wielokrotnie powtarzany zwrot. Za każdym razem sesja okazywała się bardzo ważnym i autentycznym spotkaniem, podczas którego nie było miejsca na fałsz, interpersonalne gierki czy opowieści bez znaczenia. Prawdopodobnie dlatego, że z założenia terapia ograniczała się do jednego spotkania, i choć nieraz zdarzało mi się przedłużać sesję, wiadomo było, że za tydzień się nie zobaczymy. Za każdym też razem czułam, że sesja jest niejako prowadzona przez jakąś „siłę wyższą” dzięki czemu docieramy do kulminacyjnego momentu, w którym odkryte zostają najważniejsze karty i choć pacjent czasami jeszcze nie umie nazwać swojego problemu, to rozpoczął się już ważny proces, który poprowadzi go w dobrym kierunku. I to jest właśnie główny cel Terapii Jednego Spotkania.

Jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim pacjentom. Każdy z nich pozostawił cząstkę siebie w moim sercu. Dzięki opowieściom ludzi, którzy powierzyli mi kawałek swojego życia, mogła powstać ta książka. Przedstawione historie są zlepkiem wielu opowieści wielu osób.

Ewa Klepacka-Gryz

Rozdział 1

Wiecznie się spóźniam

Czasem bywa tak, że mamy udany związek, ciekawą pracę, dobrych przyjaciół, fajne hobby, ale jeden drobiazg przeszkadza nam w codziennym funkcjonowaniu. Jak można rozprawić się z uciążliwymi nawykami?

Magda napisała do mnie mejla z prośbą o konsultację. Jedną, bez konieczności terapii. Odpisałam jej, że zapraszam. Wkrótce zadzwoniła:

– Czy często zdarza się, że ktoś potrzebuje tylko jednego spotkania? – spytała.

– Tak.

– Bo ja w zasadzie nie mam większych problemów.

– Rozumiem, że masz jakiś kłopot i chciałabyś o nim porozmawiać?

– Właśnie tak.

Decyzja o podjęciu terapii nigdy nie jest łatwa, bo według obiegowej opinii oznacza to, że sobie nie radzisz. Dlatego, zamiast o problemie mówię o kłopocie i pytam o oczekiwania. Magdzie zależało na konsultacji, a w przypadku uciążliwych nawyków czasem jedno spotkanie wystarcza. Pozwala uświadomić sobie, na czym polega „mój kłopot”, i wyjść ze starego scenariusza działania.

Krok 1

Co jest kłopotem Magdy?

Na spotkanie Magda przyszła 15 minut spóźniona. To ważny sygnał. Czasami pacjenci zjawiają się dużo przed czasem, inni dzwonią z samochodu i pytają, czy mogą być wcześniej. Są też tacy, którzy wpadają w ostatniej chwili, zdyszani i przez 10 minut tłumaczą się, dlaczego nie byli w stanie zdążyć.

Magda weszła spokojna i powiedziała, a raczej stwierdziła:

– No tak, znowu nie udało mi się wyjść z domu o czasie.

W przeciwieństwie do innych spóźnialskich, spokojnie rozebrała się w przedpokoju, zapytała, czy może skorzystać z łazienki, poprosiła o ciepłą wodę.

– Ja mam tak zawsze. Już się do tego przyzwyczaiłam – zaczęła.

– Wiesz, nie czuję, że spóźnianie jest dla ciebie jakimś problemem. Nie widzę twojego zdenerwowania, nie mam wrażenia, że jest ci z tego powodu przykro czy niezręcznie. Wyglądasz na osobę spokojną, pewną siebie – zauważyłam.

– Może to dlatego, że ciebie to nie oburza (z pacjentami mówimy sobie po imieniu) – powiedziała Magda.

– Sesja to twój czas. Może nie potrzebujesz 50 minut, 35 w zupełności ci wystarczy? – zasugerowałam.

– Inni ludzie nie są tak wyrozumiali.

– Mają do ciebie pretensje? O co?

– Że nie szanuję ich czasu, że ich lekceważę, jestem egoistką, nie potrafię zarządzać swoim życiem...

– Może to inni mają z tym problem, a dla ciebie to jest OK?

– Jeśli pytasz, czy z powodu spóźnialstwa ponoszę jakieś straty, to chyba nie. Mam tyle innych zalet, że ta jedna wada ginie na ich tle.

– Ale coś ci w tym przeszkadza. Co to takiego? – drążyłam.

– Reakcja innych: te wściekłe spojrzenia, te docinki, że na mnie nigdy nie można liczyć, że jestem niepoważna.

Przede wszystkim chciałam ustalić, czy spóźnianie się to problem Magdy, czy może ludzi, których to dotyka, a także czy na pewno chodzi o spóźnianie. Pierwsze zdanie, które powiedziała Magda, ale też sposób jej zachowania świadczyły o tym, że ma kłopot z czymś innym.

Krok 2

Określamy i dokładnie definiujemy moment, który skutkuje spóźnieniem.

– Wiesz, mam poczucie, że to wcale nie o spóźnialstwo chodzi. Gdyby twoje spóźnialstwo umiało mówić, co by powiedziało? – zaczęłam.

– Powiedziałoby: „Mam wszystko w nosie” – stwierdziła Magda.

– Gdyby tak było, w ogóle nie zauważałabyś tych wszystkich niepochlebnych reakcji i komentarzy. Co jeszcze ma nam do zakomunikowania twoje spóźnialstwo? Zamknij oczy i ponownie odpowiedz na to pytanie – poprosiłam.

– Powiedziałoby: „Wszystko jest już OK”.

– A wcześniej było nie OK?

– Chyba tak.

– Wcześniej to znaczy: kiedy? – drążyłam.

– Zanim wyprowadziłam się z domu – odpowiedziała po chwili namysłu.

– Może właśnie to ten moment jest ważny, a nie sam fakt spóźniania się? – spytałam.

Ważnym momentem pracy nad „problemem” jest postrzeganie go jako procesu, który się wydarza, a nie jako paskudnej cechy charakteru. Wtedy można uwierzyć w zmianę.

Krok 3

Przedstawiamy kłopot Magdy za pomocą symbolu.

– Weźmy kartkę papieru i narysujmy proces twojego spóźniania. Pierwszy kwadrat to będzie ten moment, kiedy szykujesz się do wyjścia z domu. Drugi – chwila, kiedy przychodzisz na spotkanie spóźniona. Czy w którymś z tych kwadratów mieszka twój kłopot? – spytałam.

– Chyba nie.

– Gdzie na rysunku byś go umieściła?

– Pomiędzy tymi kwadratami.

– Czyli pomiędzy momentem, kiedy szykujesz się do wyjścia, a chwilą, gdy przychodzisz na spotkanie spóźniona?

– Tak.

– Pamiętasz swoje pierwsze zdanie, które powiedziałaś, kiedy otworzyłam ci drzwi?

–Że znowu nie udało mi się wyjść z domu o czasie.

– Może to właśnie nie spóźnianie się, ale fakt, że nie udaje ci się wyjść z domu o czasie jest twoim problemem? – zasugerowałam.

– Hm, nigdy o tym w ten sposób nie myślałam...

– Może wcale nie jesteś notoryczną spóźnialską, tylko osobą, która nie jest w stanie wyjść z domu o czasie. Widzisz różnicę? Popatrz, na rysunku to jest właśnie ta przestrzeń pomiędzy kwadratami: kwadratem symbolizującym przygotowania do wyjścia i kwadratem oznaczającym moment, kiedy przychodzisz spóźniona. Zaznacz to miejsce jakimś symbolem – poprosiłam, a Magda narysowała czerwony znak zapytania.

Krok 4

Próbujemy odgadnąć, jaki przekaz niesie kłopot Magdy.

– Opisz, co robisz od momentu szykowania się do wyjścia do chwili, kiedy przychodzisz na spotkanie spóźniona. Skoncentruj się przede wszystkim na momencie, który oznaczyłaś znakiem zapytania – poprosiłam.

– Kiedy po raz pierwszy patrzę na zegarek, mam jeszcze jakieś pół godziny do wyjścia. Myślę sobie, że zostało mi dużo czasu i że na pewno zdążę, no i wcale nie muszę się spieszyć.

– Co dzieje się potem? – pytam.

– No właśnie... – Magda zamyśla się. – Przypomniałam sobie teraz, że kiedy miałam 5 albo 6 lat, spóźniłam się na urodziny przyjaciółki. Tak długo biegałam po domu i przymierzałam sukienki, że wyszłyśmy za późno. A bardzo chciałam być pierwszym gościem. Myślisz, że to jest przyczyna mojego spóźniania? – spytała.

– Być może, ale nawet jeśli poznasz przyczynę, to czy to oznacza, że automatycznie przestaniesz się spóźniać? Twoim kłopotem jest to, że nie możesz wyjść o czasie z domu. Opowiedz mi z detalami, co się dzieje od momentu, w którym masz jeszcze dużo czasu, do chwili wyjścia z domu, czyli co mówi czerwony znak zapytania z twojego rysunku – poprosiłam.

– Wiesz, to jest tak, jakby nagle mnie ktoś zaczarował: biegam po domu, robię różne rzeczy, nawet nie pamiętam, co i dlaczego, a kiedy kolejny raz patrzę na zegarek, okazuje się, że już na pewno nie zdążę – wyjaśniła.

– Co wtedy? – spytałam.

– Godzę się z tym.

– I dlatego przychodzisz na spotkanie spóźniona, ale spokojna. Trafnie nazwałaś ten stan zaczarowaniem, to takie zaśnienie, jakby odmienny stan świadomości. Jak myślisz, dlaczego przed wyjściem z domu musisz biegać po pokoju, robić różne rzeczy, a potem w ogóle tego nie pamiętasz? – spytałam.

– No właśnie, to jest dziwne... – zastanowiła się Magda.

– Wiesz, czerwony znak zapytania z twojego rysunku kojarzy mi się z mnóstwem silnych emocji. Jest w nim dużo złości, lęku, dużo mocnej energii, trudnej do „utrzymania w ciele”.

– No tak, czuję się wtedy, jakby coś w środku mnie kazało mi się ruszać, biegać – przyznała Magda. – To jest sprawca twojego opóźniania wyjścia z domu. Myślę, że on domaga się uwagi, wysłuchania. Kiedy biegasz po pokoju, to tak jakbyś lekceważyła ten sygnał, nie dawała mu dojść do głosu. Myślisz, że mogłabyś go wysłuchać?– spytałam.

– Trochę się boję i nie wiem, jak miałabym to zrobić.

– W jaki sposób pokazujesz ludziom, że uważnie ich słuchasz?

– Siedzę spokojnie, patrzę prosto w oczy rozmówcy, czasami kiwam głową.

– No właśnie. Spróbuj pokazać mi, że mnie słuchasz – poprosiłam, a Magda usiadła wygodnie i spojrzała na mnie uważnie.

– Oddychaj, spróbuj wyobrazić sobie, że twój rozmówca znajduje się w środku ciebie, poczuj go – zasugerowałam.

– Ale śmiesznie, czuję, że to jest w środku brzucha, czuję takie łaskotanie. To przyjemne, ale też mam poczucie, że za chwilę się coś stanie, chciałabym wstać – powiedziała.

Choć Magda uważała, że spóźnianie się nie jest dla niej wielkim problemem, to w jej ciele pojawiało się napięcie, ilekroć musiała wyjść z domu i dotrzeć na miejsce o określonej godzinie. Chaotyczne bieganie po domu, które powodowało, że traciła poczucie czasu, było właśnie próbą obniżenia tego dotkliwego napięcia.

Krok 5

Ustalamy, że Magda spróbuje spełnić oczekiwania swojego kłopotu.

– Kiedy wrócisz do domu, spróbuj przez kilka dni wieczorem robić następujące ćwiczenie – powiedziałam. – Usiądź spokojnie, wczuj się w swoje ciało, a kiedy pojawią się intensywne emocje: złość czy lęk, nie rób nic, tylko siedź i odpoczywaj. Kiedy poczujesz, że masz już dość, spójrz na zegarek, sprawdź, ile minut udało ci się wytrzymać w bezruchu. Każdego dnia wydłużaj ten czas. Po tygodniu spróbuj wykonać to ćwiczenie przed wyjściem z domu.

Kłopot Magdy był komunikatem, że musi zmienić dotychczasowy zwyczaj szykowania się do wyjścia w taki sposób, by nie towarzyszyło temu zdenerwowanie. Odprężenie i bezruch pozwoliłyby jej przeżyć zdenerwowanie i przełamać dotychczasowy nawyk zbyt późnego wychodzenia z domu. Zaproponowałam jej bardzo proste ćwiczenie i czułam, że nie do końca wierzy, że to pomoże.

Umówiłyśmy się, że Magda po miesiącu do mnie zadzwoni i powie, czy moje sugestie zadziałały. Zadzwoniła po tygodniu z informacją, że dziś po raz pierwszy dotarła na spotkanie na czas.

Choć Magda uważała, że spóźnianie się nie jest dla niej wielkim problemem, to w jej ciele pojawiało się napięcie, ilekroć musiała wyjść z domu i dotrzeć na miejsce o określonej godzinie. Chaotyczne bieganie po domu było próbą jego obniżenia.

Autoterapia dla spóźnialskich

► Zadaj sobie pytanie, czy twoim problemem na pewno jest spóźnianie się. Jeśli tak naprawdę chodzi o innych, zajmij się tym, w jaki sposób ułożyć sobie z nimi dobre relacje, pomimo swojego spóźnialstwa.

► Wypisz wszystkie znane ci powody spóźniania, np.: zbyt dużo rzeczy na głowie, złe zarządzanie czasem, nieumiejętność przewidywania niespodziewanych okoliczności. Sprawdź, czy któryś z tych powodów odnosi się do ciebie. Jeśli nie, dokładnie przeanalizuj swój proces spóźniania się, począwszy od momentu, gdy masz pół godziny do wyjścia z domu aż do chwili, gdy go opuszczasz. Wychwyć, kiedy gubisz poczucie czasu.

► Jeśli któryś z podanych powodów pasuje do ciebie, spróbuj opisać go za pomocą symbolu, np. jeżeli uważasz, że masz zbyt dużo rzeczy na głowie, połóż na jej czubku kilka książek i spróbuj zrobić parę kroków. Prawdopodobnie wszystko runie na ziemię. Dokładnie tak się dzieje w życiu: bierzesz na siebie wiele zobowiązań, przez co notorycznie się spóźniasz. Przeżyj ten stan nadmiaru, lęk, że znowu nie zdążysz.

► Zadaj sobie pytanie, po co narażasz się na dyskomfort, jakim jest branie sobie na głowę tylu spraw? Pamiętaj, że zachowania, które w konsekwencji stają przyczyną twoich kłopotów, muszą także dostarczać ci jakichś korzyści, bo inaczej bez problemu byś z nich zrezygnowała. Nikt nie lubi się spóźniać, ale np. branie na siebie wielu obowiązków może wynikać z potrzeby poczucia się osobą ważną, niezastąpioną. Z książkami na głowie nie dobiegniesz do autobusu, ale za to przez moment możesz poczuć się jak prawdziwa siłaczka.

► Opracuj nowy scenariusz, którego celem będzie docieranie na czas. Najważniejsze, by obejmował on zachowania zupełnie inne niż do tej pory. Na początku zrób to symbolicznie; spośród książek, które dotychczas dźwigałaś na głowie, wybierz jedną – w danym momencie najważniejszą. Przełóż ten symbol na konkretne zachowania: z czego możesz zrezygnować, by z najważniejszego zobowiązania wywiązać się na czas?

► Zawsze traktuj swój kłopot z miłością i uważnością, w końcu to część ciebie. Postaraj się go zrozumieć, zamiast oczekiwać, że sam zniknie albo ktoś cię od niego uwolni. Przesłanie, jakie niesie kłopot, to bardzo ważny komunikat dotyczący twoich potrzeb, wskazówka, żebyś coś zmieniła w swoim funkcjonowaniu.

Rozdział 2

Z niczym się nie wyrabiam

Ty ciągle w biegu, a lista spraw do załatwienia wcale się nie skraca... A może problemem wcale nie jest zła organizacja, tylko to, że za dużo na siebie bierzesz? Czy można uwolnić się od przekonań, że musisz dźwigać cały świat na własnych plecach?

Edyta zadzwoniła do mnie późnym popołudniem. – Od miesiąca zbieram się, żeby do pani zadzwonić, ale... ciągle z niczym się nie wyrabiam. Siedzę w pracy do późna, potem biegnę do siłowni albo na basen, w drodze powrotnej robię zakupy, a gdy dotrę do domu, zwykle już na nic nie mam siły – usłyszałam.

– Jesteś tym pewnie bardzo zmęczona – stwierdziłam.

– To rehabilitant zalecił mi, bym poszła do terapeuty, bo stres rozwalił mi kręgosłup. Pierwsze słyszę, że psychoterapia leczy bóle szyi...

– Rozumiem, że masz kłopoty z kręgosłupem? – próbuję wbić się w jej monolog.

– Kiedy mam znaleźć czas na terapię? Mój grafik pęka w szwach, a zaległości piętrzą się z godziny na godzinę.

Czułam, że Edyta nie była w stanie mnie wysłuchać. Jej napięcie ujawniło się w formie agresji, zalewała mnie frustracjami. Słyszałam jej cierpienie, ale musiałam zadbać o swoje granice, co także, gdyby zdecydowała się na sesję, byłoby dobrym sposobem pokazania jej, jak nie dać sobie wejść na głowę całemu światu.

– Posłuchaj, skoro masz mało czasu, mogę zaproponować ci sesję przez Skype’a. Wyślę ci SMS-em dostępne terminy, a teraz muszę już skończyć, bo jest późno i kładę się spać.

Edyta wybrała jeden termin, który tuż przed sesją odwołała. Kiedy odezwała się do mnie w kolejnym wyznaczonym dniu, po 10 minutach musiałyśmy przerwać, bo zadzwonił jej szef. Za trzecim razem w końcu udało nam się odbyć sesję.

Krok 1

Pokazuję Edycie skutki niestawiania granic.

– Jestem zła, że muszę zapłacić za tamtą dziesięciominutową sesję – powiedziała Edyta na dzień dobry.

– Jesteś na mnie zła?

– Nie skorzystałam z tej sesji.

– Uważam inaczej. Ta sesja pokazała coś ważnego w twoim funkcjonowaniu. Jak myślisz, co?

– Że nie umiem odmawiać szefowi? – zgadywała.

– Że nie szanujesz swojego prywatnego czasu.

– Jasne, mogłam nie odebrać, ale miałabym noc z głowy.

– Dlaczego?

– Przez cały czas zastanawiałabym się, po co do mnie dzwonił.

– Czy odebranie telefonu uspokoiło cię?

– Nie. Okazało się, że szef dołożył mi kolejne zadanie na przedwczoraj.

– I? – dopytywałam.

– On zdaje sobie sprawę, że to prawie niewykonalne, ale wie też, że ja dam radę.

– Jakim kosztem?

– Dziś wszyscy tak pracują. Jeśli chcesz do czegoś dojść, musisz natyrać się jak wół.

– Czy jesteś dumna z tego, że robisz coś, co jak sama twierdzisz jest niewykonalne?

– Muszę się utrzymać, mam kredyt i pomagam rodzicom. Lubię swoją pracę, bez niej bym oszalała. Gdyby tylko moja doba była z gumy.

– Ja też lubię swoją pracę, ale muszę stawiać pacjentom i światu granice. Czy wiesz, o czym mówię?

– Gdybym ja nie wykonała do końca swojej pracy, nikt by mi za nią nie zapłacił – odparła Edyta z lekkim przekąsem.

– Wykonałam swoją pracę: wyznaczyłam ci termin, miałam dla ciebie godzinę, ty nie zdecydowałaś się z tego w pełni skorzystać. Uprzedziłam cię, jak innych pacjentów, że wszystkie umówione sesje są płatne. Nie można ich odwołać – powiedziałam.

Brak możliwości odwołania sesji budzi protest pacjentów, którzy mają kłopot ze stawianiem i akceptowaniem granic. Nie potrafią odmawiać, nie szanują czasu ani swojego, ani innych, oczekują specjalnego traktowania, a lęk i napięcie często zamieniają w złość. Dotyczy to między innymi tych, dla których doba jest za krótka. Biorą na siebie za dużo obowiązków, pozwalają sobie dorzucać kolejne i oczekują, że inni będą się zachowywać tak samo. A jeśli tego nie dostają, mają poczucie niesprawiedliwości i czują się rozczarowani.

Krok 2

Dotykamy złości Edyty.

– Co teraz się dzieje z twoją złością? – spytałam.

– Nie rozumiem.

– Czy nadal ją czujesz?

– Chyba nie mam wyjścia, muszę przyjąć twoje warunki.

– Masz wybór. Możesz poszukać innego terapeuty.

– Próbowałam, większość także każe płacić za odwołane sesje.

– Co czujesz w związku z tym? Złość czy rezygnację? – próbowałam ustalić, jakie emocje dominowały w tamtej chwili.

– Jak mam to sprawdzić?

– Posłuchaj przez chwilę swojego ciała. Skoncentruj się na klatce piersiowej, brzuchu, nogach, dłoniach. Co tam się dzieje?

– Jak zwykle boli mnie kark, w gardle mam gulę, trudno mi przełykać ślinę, w klatce piersiowej czuję ciężar.

– Które z tych doznań najczęściej ci towarzyszy?

– Poszłam do rehabilitanta, podobno najlepszego w Warszawie, z bólem ramion i szyi. A ten mnie obejrzał, podotykał i powiedział, że to stres.

– Na niego również jesteś zła? – spytałam.

– Z trudem udaje mi się wygospodarować chwilę, żeby...

– Żeby zająć się sobą?

– Idę do specjalisty z konkretną dolegliwością i zamiast udzielić pomocy, każdy próbuje wytykać mi, co robię nie tak.

– Chciałabyś dostać magiczną tabletkę na ból karku czy na lepsze gospodarowanie czasem i złości cię, że takiej tabletki nie ma?

– Gdyby każdy robił to, co do niego należy, a nie wymądrzał się i nie zadawał tysiąca pytań...

– Słyszę złość i rozczarowanie, ale ich nie widzę – powiedziałam, przyglądając się Edycie na ekranie komputera.

– To znaczy?

– Twoje ciało nie pokazuje złości. Spróbuj zademonstrować mi, jak bardzo jesteś zła.

Edyta wyprostowała się, jednocześnie zatrzymując oddech w klatce piersiowej. Odchyliła głowę do tyłu. Widoczny przy tym ruchu grymas na twarzy wskazywał, że napięcie w szyi było bolesne. Poprosiłam, żeby wstała i jeszcze wyraźniej pokazała złość. Edyta chwiała się na nogach. Napięcie w górnej części tułowia sprawiało, że jej ciało zaczynało się kołysać na boki. Widziałam, że złość, którą z łatwością potrafiła wyrazić za pomocą słów, to jedynie próba zmuszenia do działania zmęczonego i zrezygnowanego ciała. Złość to emocja bardzo energetyzująca. Dlatego, kiedy czujemy się zrezygnowani, smutni albo bezsilni, podświadomie przywołujemy ją na ratunek.

Krok 3

Odsłaniamy to, co kryje się pod złością.

Kiedy ciało Edyty zaczęło coraz wyraźniej drżeć, usiadła i skuliła się. Opuściła ramiona i pochyliła głowę.

– Bardzo boli mnie szyja.

– Czy w takiej pozycji jest ci wygodnie?

– Zaraz się zbiorę. Nie lubię siebie w roli sieroty. To tylko chwilowe zmęczenie – powiedziała, próbując się wyprostować.

– Zostań w pozycji, w której jest ci wygodnie, a szyja mniej boli. Twoje ciało mówi, że jest zmęczone i przestraszone. Pod złością kryje się dużo lęku i cierpienia. Napięte kark, szyja i ramiona nie chcą już dłużej ukrywać bezsilności. Nie bój się tego stanu, a za chwilę poczujesz ulgę.

Ciało Edyty nie potrafiło dłużej udawać, że jest pancerne, niezniszczalne i że ze wszystkim da sobie radę.

– Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że staję za tobą i podtrzymuję ci ramiona Poczuj, że przez chwilę niczego nie musisz – poprosiłam, a ona zaczęła lekko drżeć.

– Pozwól na to drżenie. W ten sposób uwalnia się napięcie. Za chwilę poczujesz ulgę.

– Jeszcze brakuje, żebym się rozryczała.

– Rób to, na co ciało ma teraz ochotę. Płacz to najprostszy sposób rozładowania napięcia.

Edyta ziewnęła.

– Ojej, przepraszam.

– Mądre to twoje ciało. Ziewanie cudownie cię rozluźni. Nie hamuj tego. Oddychaj spokojnie.

– No i wyszłam na mięczaka, który udaje siłę – powiedziała.

– Być może po raz pierwszy od dawna posłuchałaś ciała. Jak szyja?

– O! Nie boli – zdziwiła się.

– No właśnie. – Ale czuję się taka słaba, a jeszcze tyle pracy przede mną. Jeszcze muszę...

– Do końca sesji niczego nie musisz.

– Ale sesja się skończy, a ja, taka rozmemłana, będę musiała popracować.

– To zajmijmy się teraz twoimi „musami”. Każde zadanie, które cię jeszcze dziś czeka, wyobraź sobie jako jedną cegiełkę. Każda waży pół kilo.

– Już – powiedziała Edyta po chwili.

– Teraz ułóż cegiełki na swoim ciele; na szyi, głowie, ramionach, klatce piersiowej. Poczuj ich ciężar.

– Wow. Jest tego trochę. Znowu boli mnie szyja.

Osoby, które dźwigają świat na swoich barkach, nagłe doznanie rozluźnienia może przestraszyć. Wyzwala poczucie bezsilności, nieważności, potrzebę opieki, a to dodatkowo generuje lęk. Dlatego w terapii najpierw należy nauczyć pacjenta świadomego odczuwania napięcia i rozluźnienia, a w kolejnym kroku kontrolowania i zmieniania tych stanów.

Krok 4

Przedefiniowujemy kłopot Edyty.

– Postaraj się popatrzeć na siebie z dystansu i zobaczyć osobę, która dźwiga na własnych barkach tyle cegieł. Policz, ile waży ciężar, który sama na siebie nałożyłaś.

– Ale ja ze wszystkim muszę dać sobie radę.

– Bingo! Powtórz to zdanie. – poprosiłam Edytę.

– Ze wszystkim muszę dać sobie radę.

– No właśnie. Może wcale nie chodzi o to, że się z niczym nie wyrabiasz, tylko o przekonanie, że ze wszystkim musisz dać sobie radę. Sama.

– A co to zmienia?

– Wstań, uważaj, żeby twoje cegiełki nie pospadały, bo wtedy na pewno ze wszystkim się nie wyrobisz – powiedziałam.

Edyta podniosła się powoli. Szyja drżała z napięcia, by podtrzymać uniesione ramiona, na których „znajdowało się” najwięcej cegiełek. Oddech był spłycony, kość ogonowa podwinięta pod miednicę, zaciśnięte pięści, a drżące kolana z trudem utrzymywały ciężar górnej części ciała.

– Popatrz na siebie w okienku ekranu komputera.

– O matko, masakra!

– Powtarzaj: „Ze wszystkim muszę dać sobie radę sama”.

– Boże, już dłużej tego nie wytrzymam, nie dam rady. Chce mi się płakać, nie mogę się rozkleić. To jakaś porażka. Chcę już skończyć sesję – spanikowała.

– Oddychaj, nic się nie dzieje. Zaufaj ciału. Ono ci podpowie, co zrobić.

– Mam ochotę zrzucić to wszystko z siebie.

– Zrób to.

– Nie mogę, muszę dać radę.

– Spróbuj. Nie myśl, tylko poczuj, że zrzucasz ten ciężar – powtórzyłam prośbę.

Edyta gwałtownie potrząsnęła ramionami, głową. Zaczęła tupać. Zaciskała i rozluźniała pięści. Jej twarz zrobiła się czerwona.

– Ale jestem wściekła.

– Tak, teraz widzę twoją złość. Wyraź ją jeszcze silniej.

Edyta zaczęła boksować rękoma w powietrzu i krzyczeć:

– Dość już tego. Odczepcie się wszyscy ode mnie.

– Dalej, idź za ciałem – zachęcałam.

– Ale ja nie mogę tak tego wszystkiego zostawić. Pomóż mi.

– Usiądź. Poczuj swój oddech. Uspokój się. Zajmijmy się teraz głową, bo lekceważona zaczyna straszyć ciało. Postarajmy się odkryć drugie dno twojego: „Ze wszystkim muszę dać sobie radę sama”.

– Bo to prawda. Nikt za mnie tego nie zrobi.

– O, głowa odzyskała głos. OK, wykreślmy wyraz: „ze wszystkim”. Co nam zostaje?

– Muszę dać sobie radę sama.

– Dobrze. Jaką radę dałabyś sobie? Poszukaj jej w głowie – podpowiedziałam.

– Rzuć to wszystko w cholerę.

– Może mniej dramatycznie. Rozejrzyj się i zastanów, czy komuś mogłabyś oddać trochę swoich cegiełek.

– Masz na myśli delegowanie obowiązków?

– Nie, mam na myśli zdjęcie z pleców kilku cegiełek. Może na początek połóż je na ziemi. Zobaczymy, czy to wywoła lęk. Sama je sobie włożyłaś na plecy, a teraz twoja głowa daje ci radę: „Zdejmij kilka z nich i odłóż”.

– To takie proste?

Trudno nam uwierzyć, że większość „musów” sami na siebie nakładamy z lęku, by świat nie przestał nas dostrzegać, żeby nikt nie zauważył naszej słabości czy braku mocy. Kiedy ciało zaczyna protestować i generuje symptomy bólowe, idziemy do specjalisty po pigułkę znieczulającą. I choć dobrze wiemy, że taka pigułka nie istnieje, domagamy się jej agresją. Zmieniamy specjalistów, wierząc, że w końcu ktoś da nam moc, byśmy z własnej woli odpuścili. Rady w stylu: nie musisz tyle pracować, zwolnij tempo, naucz się delegować obowiązki – nie skutkują. Bo to my sami musimy podjąć decyzję, które cegły chcemy zdjąć z siebie.

Podsumowanie:

Trening czyni mistrza

Pod koniec sesji, zwłaszcza jeśli wiadomo, że na kolejną się nie umawiamy, pacjenci często proszą: „Napisz mi receptę, jak krok po kroku mam zmienić życie”. To dobry moment, by trochę odwrócić role.

– OK, w scence, którą odegrałam, wszystko się dobrze kończy, ale jak konkretnie mam sobie odpuścić? – spytała Edyta.

– To twoje cegiełki.

– Tak, ale one mają konkretną zawartość.

– Kiedy zaczynałam pracować z pacjentami, sama brałam na siebie zbyt dużo. Pod koniec dnia miałam ramiona twarde jak kamienie, z trudem poruszałam szyją. Załóżmy, że zdejmę z ciebie cegiełki i włożę je na własne barki. Po tobie mam jeszcze dwóch pacjentów. Ich cegiełki także położę na swoich plecach. Wyobraź sobie, jak będę wyglądać. Ratunku! – powiedziałam.

Edyta wybuchnęła śmiechem.

– Jaką radę ty dałabyś sobie? – spytała.

– Kiedy pacjent zdejmuje z siebie cegiełki, mów, że czas sesji dobiega końca i wiej, gdzie pieprz rośnie.

Wbrew powszechnej opinii, że terapeuta ma siłę słonia i moc Boga. Odmitologizowanie tego zawodu i pokazanie, że ja też jestem tylko człowiekiem, który musi znać swoje ograniczenia, dbać o swoją energię, stawiać granice i pobierać należytą opłatę za pracę, w terapii, zwłaszcza z silnymi osobowościami – ma działanie lecznicze. Wszak wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Wierzę, że Edyta z czasem stanie się specjalistką od radzenia sobie z samą sobą.

Autoterapia dla tych, dla których doba jest za krótka

► Wypisz wszystkie sprawy do załatwienia w ciągu dnia. Policz, ile zajmą ci czasu. Jeśli plan okazuje się nierealny, zrewiduj go. Jak się czujesz, kiedy eliminujesz z planu wybrane zadania? Niepotrzebna, mniej ważna, bezsilna? Spróbuj przez jeden dzień być mniej ważna i sprawdź, co to zmienia w twoim życiu. Czy inni też to zauważają?

► Który z powodów „niewyrabiania się” dotyczy ciebie? Odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, zbytnie skupianie się na szczegółach, brak umiejętności ustalania priorytetów czy brak asertywności? A może jeszcze coś innego? Skoncentruj się na tym powodzie, a nie na „niewyrabianiu się”. Czy przeszkadza ci to również w innych dziedzinach życia? Możesz też zapisać się na warsztaty zarządzania czasem.

► Przypomnij sobie, jak reagują inni, gdy narzekasz, że z niczym się nie wyrabiasz. Współczują ci, podziwiają cię, twierdzą, że jesteś bardzo efektywna? Każda pozytywna ocena wzmacnia twój syndrom niewyrabiania się. Nic dziwnego, że nie opłaca ci się z tego rezygnować. Jeśli pewnego dnia nie wytrzymasz i „pękniesz”, otoczenie z pewnością będzie ci współczuć: „Nic dziwnego, tyle na siebie wzięła”. Miłe, ale w końcu o tobie zapomną, bo nie ma ludzi niezastąpionych.

► Przyjrzyj się sobie w lustrze. Kogo widzisz? Osobę silną, pełną mocy czy przestraszoną, załamaną, zagubioną? Maska osoby wiecznie zabieganej w końcu okaże się ciężarem nie do wytrzymania. Przyjmij postawę: „Sama decyduję, które obowiązki biorę na siebie, a które deleguję na innych”. Zanim wykonasz ruch zmierzający do działania, np. wyciągnięcie ręki, sprawdź, czy ciało jest gotowe, by go wykonać.

► Trenuj przed lustrem komunikaty: „Nie zrobię tego, bo jestem zmęczona”, „Muszę odmówić, bo jestem bardzo zajęta”, „Zrobię to, ale za tydzień”. Dbaj o spójność między tym, co mówisz, a sygnałami, jakie wysyła twoje ciało. Dzięki temu ludzie przyjmą każdą twoją decyzję.

Rozdział 3

Wszystko mnie wkurza

Świat się zmienia, ale jedno pozostaje niezmienne – trudne, „negatywne” uczucia są źle widziane. Co więc zrobić z wściekłością i innymi złymi emocjami? Tłumić je?

Gdy Małgosia zadzwoniła, żeby zapisać się na sesję, spytała, na którym piętrze znajduje się gabinet i czy na pewno jest winda. Okazało się, że ma skręconą kostkę i problemy z chodzeniem. Zaproponowałam sesję on-line.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedziała. – Nie jestem kaleką, muszę jakoś sobie radzić.

Usłyszałam w jej głosie wściekłość i lęk.

Krok 1

Próbujemy znaleźć winnego skręconej kostki.

Chciałam zaopiekować się jej chorą nogą. Przygotowałam taboret z poduszką i zaproponowałam, żeby położyła na nim nogę.

– Wygląda na to, że to moja noga jest główną pacjentką – uśmiechnęła się Małgosia.

– Myślę, że tak jest – odparłam.

– To trzecie skręcenie w przeciągu pół roku. Już się przyzwyczaiłam, że z tą nogą ciągle jest coś nie tak – machnęła ręką.

Kiedy poprosiłam, żeby dokładnie opowiedziała, jak to się stało, że trzy razy skręciła tę samą kostkę, poczułam, że ją to zdenerwowało.

– Nie ma o czym opowiadać. Za pierwszym razem potknęłam się na schodach. Za drugim za szybko wstałam i stopa mi się podwinęła, a ostatnio przewróciłam się na prostej drodze. Łamaga ze mnie i tyle.

– Rozumiem, że to twoja wina; jesteś nieuważna, za szybka, roztrzepana – podsumowałam.

– No nnnieee... – zawahała się.

– Schody miały trochę niewymiarowe stopnie, a na tej prostej drodze był nierówny chodnik.

– Czujesz się jak ofiara niekorzystnej sytuacji zewnętrznej czy raczej jak ofiara losu? Dostrzegasz różnicę? – wolałam dopytać.

– Jasne, aż taką ofiarą nie jestem. Ale umówmy się, że osobę, która trzy razy z rzędu skręca tę samą kostkę, ludzie mają prawo traktować z przymrużeniem oka.

– Czyli niepoważnie? Czy to jest twój kłopot? – spytałam.

– Hm, dobre pytanie. I tak, i nie. Dosyć już tego rozczulania się nade mną, nie potrzebuję taboretu.

– Wiesz, mam poczucie, że doskonale potrafisz o siebie zadbać. Zapytałaś, na którym piętrze jest gabinet i czy w budynku znajduje się winda. Czy gdyby jej nie było, zrezygnowałabyś z wizyty?

– Nie, jakoś bym sobie poradziła – usłyszałam.

– Jestem tego pewna. Radzisz sobie świetnie, chodzisz do pracy z bolącą nogą, a mogłabyś wziąć zwolnienie lekarskie. Nie wiem tylko, czy naprawdę potrzebujesz opieki i troski, czy raczej drażni cię to, że ludzie się o ciebie troszczą.

Na to pytanie Małgosia nie odpowiedziała. Moje przeczucie z pierwszej, telefonicznej rozmowy potwierdziło się. Wściekłość i lęk, potrzeba, by świat się nią zaopiekował, które przeplatały się z chęcią udowodnienia, że sama da sobie radę – dowodziły ambiwalencji. Tego typu pacjentom trudno jest przyjąć pomoc, bo chęć otrzymania jej miesza się z walką o udowodnienie, że sami sobie poradzą, że świat ich nie rozumie.

Bywa, że rezygnują z terapii już po pierwszej sesji.

Krok 2

Rozpoznajemy zewnętrzne i wewnętrzne wkurzenie.

– Przypominam ci, że mamy tylko jedną sesję i to ty decydujesz o jej przebiegu. Spróbuj jednym zdaniem opisać kłopot, z którym do mnie przychodzisz – poprosiłam.

– Wszystko mnie wkurza. Wkurza mnie szef i moja praca, korki na ulicach, mój partner, rodzice, wredna przyjaciółka – wyrzuciła z siebie.

– A to, że jesteś na sesji, też cię wkurza? – sprawdzałam dalej.

– Szef powiedział, żebym zrobiła coś ze swoją agresją, bo nie da się ze mną wytrzymać.

– A więc przyszłaś tu na polecenie szefa?

– Nie do końca, sama siebie drażnię tym swoim wkurzaniem się. Budzę się rano i już jestem wściekła. Zdarza mi się, że tłukę kubek, zanim naleję sobie kawę. W samochodzie klnę jak szewc. Potrafię też wrzeszczeć na ludzi w pracy – wyliczała Małgosia.

– Umiałabyś powiedzieć, co tak naprawdę cię wkurza: jakaś konkretna sytuacja, zachowanie, czyjeś słowa?

– No właśnie nie. Ludzie pytają mnie, o co tak się pieklę, a ja sama nie rozumiem, co mnie tak wkurza – wydaje się tym naprawdę zdziwiona.

– Co czujesz, kiedy jesteś wkurzona?

– Wściekłość. Czasami aż mi ciemnieje od tego przed oczami.

– Jeszcze jakieś doznania z ciała? – próbowałam doprecyzować.

– Jest mi gorąco, zaciskam zęby i pięści, serce mi wali – przyznaje.

– Teraz też to czujesz? Czy to na pewno wkurzenie?