METADIETA. Mikrokroki do makrozmian - Gosia Waluszewska - ebook

METADIETA. Mikrokroki do makrozmian ebook

Gosia Waluszewska

0,0
25,53 zł

lub
Opis

Autorka „Metadiety” nie namawia nas do kolejnej diety-cud, nikogo nie reprezentuje, niczego nie chce nam sprzedać. Własnym życiem, osobistą przemianą, poprawą stanu zdrowia, samopoczucia i chęcią do życia, w postaci krótkich „lekcji” daje nam świadectwo skuteczności proponowanych mikro-korekt. Zastosuj choć jedną i obserwuj efekty – namawia nas Gosia Waluszewska. „Metadieta” to efekt jej kilkunastoletnich poszukiwań, lektur, badań i podróży po całym świecie. To poparte wiedzą i doświadczeniami przekonanie, że zmiana w wymiarze "co i jak jesz" procentuje przemianą tego "jak żyjesz".

10 lat temu. Szpital, oddział chirurgiczny, samotność… Uniesione strachem prześcieradło nad wy­pustkami mojej gęsiej skórki pyta: „dlaczego tu jesteś, przecież tak zdrowo się odży­wiasz?” I tak zerkając na kroplówkę, obiecuję sobie, że dojdę do sedna, przekopię glob ziemski i sięgnę głębiej. Dowiem się, dlaczego mimo spektakularnych postępów medycyny cierpimy jak cierpieliśmy na dawne i coraz nowsze choroby. Przez ostatnie dziesięć lat moimi przewodnikami były książki, podróże kulinarne i spo­tkania z ludźmi na krańcach świata. Od Nowego Jorku po Bangladesz. Od Skandynawii po mazurską wieś. Poznawałam sposoby na zachowanie dobrego zdrowia. Sprawdzałam na sobie i rodzinie, co działa.

Dziś. Odzyskałam spokój, kondycję i zdrowie. Z mojego życia zniknęły antybiotyki i kolo­rowe inhalatory z lekami wziewnymi. Biegam, pływam, maszeruję. Wieczorami upra­wiam jogę. Z moich rad skorzystało już wiele bliskich mi osób. A jedna, zaprzyjaźniona, zapytała mnie jakiś czas temu: co jesz, jak żyjesz, że wyglądasz i emanujesz energią trzydziestolatki? I namówiła do napisania książki.

Gosia Waluszewska

Możemy jeść mniej i lepiej. Nie musimy wypełniać po brzegi naszych lodówek. Dzięki zawartym w książce prostym, roztropnym korektom tego, co, kiedy i jak jemy – możemy zmienić swoje życie bez poddawania się wielkim programom i nie wyrzekając się kulinarnych przyjemności.

Możemy odzyskiwać i utrzymywać dobrą kondycję, uwolnić się od nadwagi, cieszyć świetnym wyglądem i zdrowiem. Czasem wystarczy zmienić jeden nawyk, wprowadzić jedna zmianę, aby zasmakować w dobrym życiu.

Jacek Santorski

doradca osobisty, coach biznesowy

autor książki "Dobre Życie"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 113




Re­dak­tor wy­da­nia

Iza­be­la Smo­liń­ska

Pro­jekt okład­ki i pro­jekt gra­ficz­ny wnę­trza

Ada Paw­li­kow­ska

Ko­rek­ta

Ha­li­na Za­lew­ska

Co­py­ri­ght © for the text by Mał­go­rza­ta Wa­lu­szew­ska, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by JS & Co Ja­ro­sław Szul­ski

Wy­da­nie 1

JS & Co Dom Wy­daw­ni­czy

www.szul­ski.com

Po­le­ca­my księ­gar­nię on-line: www.ja­cek­san­tor­ski.pl

ISBN 978-83-931806-8-4

blog au­tor­ski: www.me­ta­die­ta.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Szczęście i zdrowie

Me­ta­die­ta to nie in­struk­cja od­chu­dza­nia dla ce­le­bry­tów i po­li­ty­ków, cho­ciaż wpro­wa­dza­jąc jej ele­men­ty, od­zy­skasz opty­mal­ną wagę i syl­wet­kę. Nie jest to nowo od­kry­ta i mod­na die­ta lecz­ni­cza, cho­ciaż za­war­te tu wska­zów­ki sprzy­ja­ją zdro­wiu i po­pra­wia­ją wy­dol­ność sek­su­al­ną, od­por­ność i zdol­ność re­ge­ne­ra­cji or­ga­ni­zmu.

Au­tor­ka, kie­ru­jąc się wła­snym do­świad­cze­niem i zdro­wym roz­sąd­kiem, czer­pie z wie­lu źró­deł: z naj­now­szej me­dy­cy­ny – i to nie tyl­ko die­te­ty­ki czy bio­lo­gii, ale rów­nież bio­che­mii, ge­ne­ty­ki czy neu­ro­bio­lo­gii, jak i z mą­dro­ści wie­czy­stej za­pi­sa­nej w księ­gach ajur­we­dy, w źró­dłach ty­be­tań­skich czy z me­dy­cy­ny chiń­skiej.

Me­ta­die­ta to pro­ces po­szu­ki­wa­nia i wdra­ża­nia mi­kro­ko­rekt w za­kre­sie tego, co jesz i jak jesz. Te mi­kro­ko­rek­ty dają ma­kro­efek­ty. To bank pro­stych wska­zó­wek, in­spi­ra­cji i su­ge­stii, wśród któ­rych każ­dy znaj­dzie coś dla sie­bie, aby do­brze żyć, aby od­zy­ski­wać i utrzy­my­wać moc i lek­kość, ema­no­wać do­brą ener­gią. Go­sia Wa­lu­szew­ska opie­ra swo­je do­świad­cze­nia i wska­zów­ki na dwóch uni­wer­sal­nych za­sa­dach, któ­re łą­czy i in­te­gru­je w uni­kal­ny spo­sób. Pierw­sza z nich brzmi: „Je­steś tym, co jesz”, dru­ga to: „Czu­jesz się tak, jak jesz, a jesz tak, jak się czu­jesz”.

Pro­sto­ta wska­zó­wek i prze­pi­sów wy­pra­co­wa­nych i spraw­dzo­nych przez Go­się de­cy­du­je o tym, że mo­że­my je re­al­nie prze­kuć w nowe na­wy­ki do­bre­go ży­cia. Ich wszech­stron­ność gwa­ran­tu­je, że każ­dy z nas od­naj­dzie im­puls i do­bry po­wód do trwa­łych zmian. Do­świad­czy­łem tego oso­bi­ście i dla­te­go każ­de­mu po­le­cam tę książ­kę z ca­łe­go ser­ca. Dla­cze­go ta książ­ka jest uni­kal­na, może na­wet w ska­li świa­to­wej? Au­tor­ka nie jest wy­znaw­czy­nią żad­nej teo­rii. Nie chce nam sprze­dać żad­nej me­to­dy, kur­sów ani ma­te­ria­łów. Jest jed­ną z nas, tyle że po­świę­ci­ła wie­le cza­su, uwa­gi i od­wa­gi, żeby spraw­dzić, któ­re ele­men­ty licz­nych teo­rii i mo­de­li zdro­we­go ży­wie­nia i diet szczę­śli­wych lu­dzi na­praw­dę dzia­ła­ją.

Ja­cek San­tor­ski

OD AUTORKI

Chi­rur­gia, blok za­mknię­ty, sa­mot­ność… Unie­sio­ne stra­chem prze­ście­ra­dło nad wy­pust­ka­mi mo­jej gę­siej skór­ki pyta: „dla­cze­go tu je­steś, prze­cież tak zdro­wo się od­ży­wiasz?” Zdro­wo…? We­dług kogo? – snu­je mi się w gło­wie ostat­nia myśl przed gorz­kim po­ca­łun­kiem nar­ko­zy – we­dług za­le­ceń le­ka­rzy, de­par­ta­men­tów zdro­wia, ich skost­nia­łych ta­bel i sta­rych wy­kre­sów, we­dług no­wi­nek od są­siad­ki czy jej far­ma­ceu­ty, we­dług cio­tek, wuj­ków i ich zna­jo­mych, ga­ze­tek po­ran­nych i au­dy­cji ra­dio­wych, we­dług obiet­nic na­chal­nej re­kla­my…

I tak zer­ka­jąc na kro­plów­kę, obie­cu­ję so­bie, że doj­dę do sed­na, prze­ko­pię glob ziem­ski i się­gnę głę­biej, pa­le­olit wy­wró­cę do góry no­ga­mi, prze­le­cę przez wy­ga­słe in­kwi­zy­cyj­ne sto­sy peł­ne ta­jem­nic pa­lo­nych żyw­cem zie­la­rek, po­py­tam jo­gi­nów i mę­dr­ców wsze­la­kich, od­ku­rzę rady pra­oj­ców na­szych i za­koń­czę w Sta­nach, w la­bo­ra­to­riach bio­che­mii ży­wie­nia, po­śród zdzi­wio­nych la­bo­ra­to­ryj­nych my­szy. Do­wiem się, dla­cze­go ma­chi­na cho­rób, za­miast spo­wal­niać, przy­spie­sza, a my od nie­mow­ląt po star­ców mimo spek­ta­ku­lar­nych po­stę­pów me­dy­cy­ny cier­pi­my jak cier­pie­li­śmy na daw­ne i co­raz now­sze cho­ro­by.

Przez ostat­nie dzie­sięć lat mo­imi prze­wod­ni­ka­mi były książ­ki, po­dró­że ku­li­nar­ne i spo­tka­nia z ludź­mi na krań­cach świa­ta. Po­zna­wa­łam spo­so­by na za­cho­wa­nie do­bre­go zdro­wia. I spraw­dza­łam, co dzia­ła.

Me­ta­die­ta jest pod­su­mo­wa­niem wszyst­kich tych do­świad­czeń. To moje in­tu­icyj­ne po­dej­ście do zdro­we­go ży­wie­nia, a nie po­dą­ża­nie za die­te­tycz­ny­mi tren­da­mi. Z mą­drej książ­ki Cla­riss Es­tes „Bie­gną­ca z wil­ka­mi” wiem, że na prze­strze­ni ty­się­cy lat wraz z roz­wo­jem cy­wi­li­za­cji ko­bie­ty za­tra­ca­ły pra­sta­re in­stynk­ty i zry­wa­ły kon­takt ze swo­im cia­łem. Uzmy­sła­wia to też joga. Cho­ru­je­my, a zdo­by­cze współ­cze­snej far­ma­cji prze­dłu­ża­ją nam ży­cie wraz z cier­pie­niem. Za­le­wa nas też fala co­raz to no­wych su­ple­men­tów za­stę­pu­ją­cych peł­no­war­to­ścio­wy po­karm. Każ­dej zimy cze­ka­my na an­ty­bio­ty­ki no­wej ge­ne­ra­cji z na­dzie­ją, że tym ra­zem uda się po­ko­nać pro­ble­my. Za­pa­le­nia oskrze­li, za­pa­le­nie płuc, ast­ma, aler­gia i co­raz po­wszech­niej­sza oty­łość brzusz­na bu­dzi­ły we mnie pa­nicz­ny strach o przy­szłość. Szu­ka­jąc od­po­wie­dzi po ca­łym świe­cie, sły­sza­łam co­raz czę­ściej:

JE­STEŚ TYM, CO JESZ, ALE TEŻ JAK JESZ. Wni­kli­wie przy­glą­da­łam się na­ra­sta­ją­cej epi­de­mii oty­ło­ści już nie tyl­ko w USA i Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale i u nas. Po­wę­dro­wa­łam da­le­ko na wschód, gdzie triumf prze­two­rzo­nej żyw­no­ści zbie­ra wła­śnie pierw­sze żni­wo.

Azja­ci tyją, a nad­ci­śnie­nie, cu­krzy­ca, cho­ro­by ser­ca i rak to od­po­wiedź na cy­wi­li­za­cyj­ne udo­god­nie­nia. Prze­wer­to­wa­łam do­nie­sie­nia z wy­ni­ków ba­dań ame­ry­kań­skich i bry­tyj­skich la­bo­ra­to­riów i zna­la­złam bez­po­śred­nią ko­re­la­cję mię­dzy nad­mier­nym cho­ciaż­by spo­ży­ciem cu­kru i wzmac­nia­czy sma­ków a oty­ło­ścią, agre­sją i ADHD.

Co osią­gnę­łam dzię­ki me­ta­die­cie? Zro­zu­mia­łam, że nie ma die­ty cud. Zna­cze­nie ma tyl­ko świa­do­mość i dys­cy­pli­na w do­bo­rze skład­ni­ków co­dzien­nie spo­ży­wa­nych po­kar­mów. Kon­se­kwent­ne wpro­wa­dza­nie zmian i trzy­ma­nie się ich do koń­ca ży­cia. War­to! Ży­cie bez bólu jest na­praw­dę przy­jem­ne. Prze­ko­na­łam się, że pro­fi­lak­ty­ka jest tań­sza i mniej uciąż­li­wa niż le­cze­nie. Na efek­ty trze­ba po­cze­kać, ale kie­dy sta­ją się za­uwa­żal­ne, do­da­ją skrzy­deł. Do­szłam też do wnio­sku, że po­win­ni­śmy mieć moc­no ogra­ni­czo­ne za­ufa­nie do pro­du­cen­tów żyw­no­ści. Trze­ba spraw­dzać ety­kie­ty i żą­dać wy­raź­ne­go ozna­ko­wa­nia, tak żeby moż­na je było prze­czy­tać bez szkła po­więk­sza­ją­ce­go.

Od­zy­ska­łam spo­kój, kon­dy­cję i zdro­wie. Z mo­je­go ży­cia znik­nę­ły an­ty­bio­ty­ki i ko­lo­ro­we in­ha­la­to­ry z le­ka­mi wziew­ny­mi. Bie­gam, pły­wam, ma­sze­ru­ję. Wie­czo­ra­mi upra­wiam jogę. Z mo­ich rad sko­rzy­sta­ło już wie­le bli­skich mi osób. Pew­na za­przy­jaź­nio­na ze mną oso­ba za­py­ta­ła mnie ja­kiś czas temu, co jesz, jak ży­jesz, że ema­nu­jesz ener­gią trzy­dzie­sto­lat­ki? Na­mó­wi­ła mnie do na­pi­sa­nia książ­ki.

Dzie­lę się za­tem z Wami MOIM do­świad­cze­niem i MO­IMI prze­my­śle­nia­mi

Go­sia Wa­lu­szew­ska

LEKCJE

1 JESTEŚ TYM, CO JESZ,

Cała Eu­ro­pa ma co­raz więk­sze pro­ble­my z nad­wa­gą i po­chod­ny­mi jej cho­ro­ba­mi. Naj­bar­dziej za­gro­żo­ne są dzie­ci. Ty­po­we dla mło­dych or­ga­ni­zmów szyb­kie przy­swa­ja­nie złych na­wy­ków ży­wie­nio­wych po­wo­li zmniej­sza szan­se na do­ży­cie w zdro­wiu wie­ku do­ro­słe­go. Dru­gim kra­jem po Ame­ry­ce, któ­ry już bo­ry­ka się z tym pro­ble­mem, jest Wiel­ka Bry­ta­nia. To tam wi­dzia­łam mło­de mat­ki ku­pu­ją­ce swo­im rocz­nym ma­lu­chom fryt­ki z ma­jo­ne­zem i ham­bur­ge­ry. W ma­leń­kich bu­ziach tkwi­ły pla­sti­ko­we rur­ki wy­sta­ją­ce z bu­te­lek coli. Ale to rów­nież tam czy­ta­łam o ba­da­niach do­wo­dzą­cych związ­ku ADHD i agre­sji z nad­mier­nym spo­ży­ciem cu­kru i syn­te­tycz­nych ulep­sza­czy żyw­no­ści.

Do le­ka­rzy zgło­si­ła się mat­ka, któ­rej ma­lec w chwi­lach gło­du do­sta­wał fu­rii, a w koń­co­wej fa­zie po­tra­fił się na­wet oka­le­czać. Z wy­wia­du wy­ni­ka­ło, iż uwiel­bia fa­st­fo­ody i to one sta­no­wią jego głów­ne po­ży­wie­nie. Ulo­ko­wa­no go z mamą w wy­ło­żo­nym gu­mo­wy­mi ma­te­ra­ca­mi po­miesz­cze­niu bez okien i do­star­cza­no trzy razy dzien­nie wa­rzy­wa na pa­rze, rybę i ryż. W cią­gu dnia die­tę uroz­ma­ica­no su­ro­wy­mi owo­ca­mi i ja­rzy­na­mi do chru­pa­nia. Dwa dni dzie­ciak wy­dzie­rał się w nie­bo­gło­sy i rzu­cał się na gu­mo­we ścia­ny. Wy­czer­pa­ny i głod­ny za­sy­piał. Kie­dy jego mama stra­ci­ła już na­dzie­ję, chło­piec skosz­to­wał ryżu, a po­tem go­to­wa­nej ryby... Za­ob­ser­wo­wa­no, że po ty­go­dniu po­tra­fił się sku­pić na lo­gicz­nych za­ba­wach, od­zy­skał hu­mor i z ape­ty­tem za­ja­dał do­star­cza­ne po­tra­wy. Oka­za­ło się, że jest uza­leż­nio­ny od wy­so­kie­go stę­że­nia cu­kru we krwi, od cza­su od­sta­wie­nia od pier­si mat­ka ku­po­wa­ła mu bo­wiem je­dze­nie w lo­kal­nym McDo­nal­dzie.

GŁOD­NE DZIE­CI AME­RY­KI

Sta­ny Zjed­no­czo­ne od do­brych kil­ku lat biją na alarm, bo spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie ma po­waż­ne pro­ble­my z nad­wa­gą, ale sy­tu­acja wca­le się nie po­pra­wia, a wręcz jest co­raz bar­dziej dra­ma­tycz­na. Cho­ro­bli­wie oty­li, wa­żą­cy po­nad 150 kg Ame­ry­ka­nie ge­ne­ru­ją co­raz wyż­sze kosz­ty opie­ki i le­cze­nia. Nie tyl­ko cier­pią na cho­ro­by ser­ca, cu­krzy­cę typu 2 i nad­ci­śnie­nie, ale zwy­czaj­nie nie miesz­czą się w szpi­tal­nych łóż­kach i stan­dar­do­wych drzwiach, a na ko­niec w trum­nach. Ame­ry­kań­ski rząd jed­nak nie od razu przy­znał, że po­stę­pu­ją­ca oty­łość spo­łe­czeń­stwa prze­sta­ła być in­dy­wi­du­al­nym czy ro­dzin­nym zmar­twie­niem, a sta­ła się pro­ble­mem pań­stwa, w du­żej mie­rze spo­wo­do­wa­nym błęd­ną po­li­ty­ką. To wła­śnie lan­so­wa­ny przez pań­stwo mo­del kul­tu­ro­wy ska­zał więk­szą część spo­łe­czeń­stwa na do­ko­ny­wa­nie okre­ślo­nych wy­bo­rów w za­kre­sie ży­wie­nia i zdro­wia, to pań­stwo na­uczy­ło Ame­ry­ka­nów ku­po­wać okre­ślo­ne, zwy­kle nie­zdro­we i prze­two­rzo­ne, ale za to ta­nie ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze, umiesz­cza­ne w naj­ła­twiej do­stęp­nych i naj­le­piej wy­eks­po­no­wa­nych miej­scach w skle­pach. To pań­stwo nie za­dba­ło o od­po­wied­nią edu­ka­cję, któ­ra na­uczy­ła­by oby­wa­te­li, na czym po­le­ga pra­wi­dło­we od­ży­wia­nie i jak istot­na jest ak­tyw­ność fi­zycz­na. Ame­ry­ka­nie są naj­lep­szy­mi or­ga­ni­za­to­ra­mi na świe­cie. Ak­cję zmia­ny szkol­ne­go menu, za­kro­jo­ną na szer­szą ska­lę i obej­mu­ją­cą w per­spek­ty­wie cały kraj, zor­ga­ni­zo­wa­no pod pa­tro­na­tem Pierw­szej Damy Mi­chel­le Oba­my oraz or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wej Scho­ol Nu­tri­tion As­so­cia­tion (www.scho­ol­nu­tri­tion.org). Sys­te­ma­tycz­nie za­pra­sza­no do udzia­łu w przed­się­wzię­ciu sze­fów kuch­ni, le­ka­rzy i spe­cja­li­stów od ży­wie­nia, żeby wspól­nie pra­co­wać nad zmia­ną na­wy­ków ży­wie­nio­wych ame­ry­kań­skiej mło­dzie­ży. Do stan­dar­do­we­go ame­ry­kań­skie­go menu wpro­wa­dzo­no su­ro­we wa­rzy­wa, owo­ce, pie­czo­ne mię­so, pie­czy­wo z peł­nej mąki, piz­zę wła­sne­go wy­pie­ku, a do pi­cia wodę i chu­de mle­ko (1% tłusz­czu). Dzię­ki tym wszyst­kim za­bie­gom uda­ło się zre­du­ko­wać ka­lo­rycz­ność po­sił­ków i ob­ni­żyć w nich za­war­tość cu­kru. Za­dba­no też, żeby po­sił­ki po­da­wa­ne mło­dzie­ży za­wie­ra­ły jak naj­mniej tłusz­czu (za­miast sma­żyć, za­czę­to wszyst­ko piec), a do tego… zmniej­szo­no por­cje, choć po­sił­ki nie­znacz­nie po­dro­ża­ły, bo cóż, zdrow­sze czę­sto zna­czy droż­sze. Je­dze­nie or­ga­nicz­ne kosz­tu­je. Pra­ce nad tymi zmia­na­mi za­ję­ły co naj­mniej 10 lat. Jesz­cze w lip­cu 2012 roku cie­szo­no się na ich wpro­wa­dze­nie. Nie­ste­ty szyb­ko, bo już w paź­dzier­ni­ku tego sa­me­go roku przy­szła gorz­ka lek­cja po­ko­ry. Dzie­cia­ki w kil­ku szko­łach gre­mial­nie od­rzu­ci­ły zmia­nę. Do­słow­nie, bo wy­rzu­ci­ły nowe pro­po­zy­cje menu do szkol­nych śmiet­ni­ków. Na Fa­ce­bo­oku i Twit­te­rze zor­ga­ni­zo­wa­ły ak­cję pro­te­sta­cyj­ną, skar­ży­ły się, że są głod­ne, za­wie­dzio­ne i cze­ka­ją na po­wrót fa­st­fo­odo­wych dań.

Dla­cze­go tak się sta­ło? Po­nie­waż mamy do czy­nie­nia z dzieć­mi, któ­re nie po­zna­ły w ży­ciu praw­dzi­wych na­tu­ral­nych sma­ków. Ich mat­ki przed i w trak­cie cią­ży od­ży­wia­ły się po­wszech­nym w Sta­nach śmie­cio­wym je­dze­niem (junk food). Bo­ha­te­ro­wie szkol­ne­go sto­łów­ko­we­go straj­ku są uza­leż­nie­ni od pseu­do­sma­ków, któ­re zna­ją i uzna­ją za wła­sne. Są uza­leż­nie­ni od drug­fo­od, czy­li je­dze­nia za­pra­wia­ne­go syn­te­tycz­ny­mi po­lep­sza­cza­mi sma­ku. Na prze­strze­ni lat sy­gna­ły z ich kub­ków sma­ko­wych zlo­ka­li­zo­wa­nych na ję­zy­ku nie­od­wra­cal­nie zmie­ni­ły re­ak­tyw­ność ośrod­ków sma­ku w mó­zgu, a to one de­cy­du­ją o ku­li­nar­nych wy­bo­rach. Wy­da­je się, że przed pla­no­wa­ną ak­cją na­rzu­ce­nia uczniom zdro­wej żyw­no­ści na­le­ża­ło­by naj­pierw prze­pro­wa­dzić ma­so­wy od­wyk, do­pie­ro po­tem za­pro­po­no­wać mar­chew al den­te. Jest jesz­cze inny aspekt tej spra­wy. Te dzie­cia­ki w więk­szo­ści nie ze­tknę­ły się z po­waż­ny­mi scho­rze­nia­mi, trau­mą szpi­tal­ną. Mają swo­ją pu­szy­stą spo­łecz­ność i w niej nie czu­ją się gor­sze. Cięż­ko wy­móc na nich ra­dy­kal­ne ży­wie­nio­we zmia­ny pod ha­słem „to dla wa­sze­go zdro­wia”. Prze­cież one czu­ją się zdro­we. To Ame­ry­ka: wol­ność wy­bo­ru, ogól­na do­stęp­ność, oszczęd­ność cza­su i ni­ska cena. To zwy­cię­stwo wy­go­dy, nie­wie­dzy i mody nad zdro­wiem. Ale i u nas co­raz po­trzeb­niej­sze wy­da­ją się zmia­ny, za­an­ga­żo­wa­nie wy­so­kiej kla­sy spe­cja­li­stów die­te­ty­ków, któ­rzy we­zmą na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za kon­dy­cję spo­łe­czeń­stwa, zgod­nie z wy­ni­ka­mi naj­now­szych ba­dań nad zdro­wym ży­wie­niem, bo nie­ste­ty i w kwe­stii oty­ło­ści zda­je­my się po­dą­żać za USA...

AJUR­WE­DA

Le­karz ajur­we­dy nie za­pi­su­je ta­blet­ki uśmie­rza­ją­cej ból, ale po zba­da­niu pul­su za­sta­na­wia się, w jaki spo­sób i dla­cze­go w cie­le prze­mie­ści­ła się ener­gia, któ­ra wy­wo­ła­ła ból. Le­cze­nie we­dług ajur­we­dy za­czy­na się za­tem od usta­le­nia pod­sta­wo­wej do­szy, czy­li okre­śle­nia typu psy­cho­fi­zycz­ne­go, za­leż­nie od prze­wa­gi ży­cio­wej ener­gii (ka­pha, pita i vata) za­wia­du­ją­cej na­szym cia­łem. To w bar­dzo spraw­ny spo­sób po­ma­ga usta­lić, czy w da­nym przy­pad­ku nie na­le­ży zmie­nić try­bu ży­cia, żeby po­zwo­lić or­ga­ni­zmo­wi wró­cić do rów­no­wa­gi. W ajur­we­dzie po­ży­wie­nie jest za­rów­no le­kiem, jak i sub­stan­cją od­ży­wia­ją­cą cia­ło. Już Hi­po­kra­tes ma­wiał: „trak­tuj je­dze­nie jak le­kar­stwo”. Może się oka­zać, że za­miast pię­ciu ma­łych po­sił­ków, le­piej zjeść trzy w od­stę­pach czte­ro­go­dzin­nych. Za­miast sa­ła­tek, le­piej jeść cie­płe da­nia, zimą od­sta­wić wy­chła­dza­ją­cy na­biał, a naj­le­piej zre­zy­gno­wać z nie­go w ogó­le. To wła­śnie ajur­we­da mówi m.in. o tym, że wszyst­kie we­wnętrz­ne or­ga­ny mają swój in­dy­wi­du­al­ny rytm do­bo­wy. Nie na­le­ży za­tem ata­ko­wać żo­łąd­ka ko­la­cją po godz. 20.00, gdyż wła­śnie wte­dy za­czy­na on trwa­ją­cą kil­ka go­dzin drzem­kę. Ajur­we­da bar­dzo in­dy­wi­du­al­nie pod­cho­dzi do każ­de­go czło­wie­ka; to, co słu­ży jed­ne­mu, dla dru­gie­go może być nie­ko­rzyst­ne. Wszyst­kim jed­nak do­ra­dza, żeby po­ży­wie­nie było cie­płe, ła­twe do stra­wie­nia, żeby spo­ży­wa­ne por­cje były ra­czej małe niż ob­fi­te, żeby jeść do­pie­ro wte­dy, kie­dy żo­łą­dek stra­wi wcze­śniej­szy po­si­łek, w mi­łym oto­cze­niu, nie spie­sząc się, prze­żu­wać po­ma­łu, my­śląc o sma­ku po­traw, ja­dać tyl­ko to, co słu­ży nam, nie in­nym. Ze wszyst­kich wska­zań ajur­we­dy naj­waż­niej­sza jest wiel­kość por­cji. Zbyt duża daw­ka zdro­wych pro­duk­tów przy­pa­da­ją­cych na je­den po­si­łek jest gor­sza niż ma­leń­ki fa­st­fo­odo­wy skok w bok. Po­zo­sta­wia­nie wol­nej prze­strze­ni w żo­łąd­ku, tak aby pra­co­wał wy­daj­nie, nie zu­ży­wa­jąc się zbyt szyb­ko, to klucz do zdro­wia, a w kon­se­kwen­cji do­bre­go wy­glą­du i wi­go­ru. Bez wzglę­du na wiek.

De­cy­du­ją­ce dla na­sze­go sa­mo­po­czu­cia, zdro­wia, a co za tym idzie – wy­glą­du jest nie tyl­ko to, CO jemy, ale rów­nież JAK jemy, czy­li:

• pora, o ja­kiej ja­da­my po­sił­ki

• wiel­kość por­cji przy­pa­da­ją­ca na je­den po­si­łek

• tem­po je­dze­nia, czy­li pro­ces żu­cia

• czę­sto­tli­wość spo­ży­wa­nia po­sił­ków

2MIKROKOREKTY, MAKROEFEKTY

Więk­szość cu­dow­nych diet wy­ma­ga zmia­ny ca­łe­go ży­cia. Se­kret me­ta­die­ty po­le­ga na czymś in­nym: zmień cho­ciaż je­den mały ele­ment, po­czuj siłę zmia­ny i po­zwól, żeby ten ele­ment jak kost­ka do­mi­na po­cią­gał za sobą ko­lej­ne.

Me­ta­die­ta to po­dej­ście sku­tecz­ne i prak­tycz­ne. Łą­czy wie­dzę o od­ży­wia­niu i wy­ni­ki ba­dań nad me­ta­bo­li­zmem z ta­ki­mi zja­wi­ska­mi jak neu­ro­ge­ne­za czy ate­ro­ge­ne­za, czer­piąc jed­no­cze­śnie z me­dy­cy­ny i fi­lo­zo­fii wscho­du. Wy­bie­ra­my to, co dzia­ła. Sku­pia­my się na tym, co daje się wpro­wa­dzić od za­raz u każ­de­go: me­ne­dże­ra, na­uczy­cie­la, go­spo­dy­ni do­mo­wej.

Dziś na ryn­ku mamy nad­miar róż­no­rod­nych je­dy­nych i nie­po­wta­rzal­nych diet cud, no­wa­tor­skich me­tod od­chu­dza­nia, pod­ręcz­ni­ków i pro­gra­mów, ofert ośrod­ków pro­wa­dzą­cych wcza­sy od­chu­dza­ją­ce i kon­dy­cyj­ne. Ty­sią­ce lu­dzi pró­bu­je zmie­nić swo­je ży­cie we­dług tych pro­gra­mów, ale tyl­ko nie­wiel­ki od­se­tek re­ali­zu­je je dłu­żej niż do cza­su pierw­sze­go roz­cza­ro­wa­nia efek­tem jojo.

Ta­jem­ni­ca suk­ce­su me­ta­die­ty leży w tym, że nie trze­ba z dnia na dzień zmie­niać wszyst­kie­go. Wy­star­czy sku­pić się na okre­śle­niu do­słow­nie kil­ku pro­duk­tów, skład­ni­ków i za­cho­wań, któ­re ogra­ni­czysz lub wy­eli­mi­nu­jesz, i kil­ku ele­men­tów, któ­re wzmoc­nisz lub wpro­wa­dzisz w ży­cie. Od­po­wied­nie mi­kro­ko­rek­ty po­cią­gną za sobą ma­kro­zmia­ny. Sed­no me­ta­die­ty to za­ję­cie się nie tyl­ko tym, co jem, ile jem i kie­dy, ale też JAK to ro­bię; jak wpro­wa­dzam zmia­ny i jak utrwa­lam nowe na­wy­ki, żeby prze­mia­na we­wnętrz­na dała mi jak naj­wię­cej ra­do­ści i siły.

PRO­STA ARYT­ME­TY­KA

A big bur­ger + duże fryt­ki + duża coca cola

1500 kcal

B scha­bo­wy w pa­nier­ce + ziem­nia­ki pu­ree + za­sma­ża­na ka­pu­sta + kom­pot