Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Messi wieczny zwycięzca - Frédéric Traïni

Książka uzupełniona o najnowsze wiadomości przez Stefana Szczepłka, znanego dziennikarza sportowego.

Traïni wie o Messim wszystko!
Znany dziennikarz sportowy Frédéric Traïni od dwudziestu lat mieszka w Barcelonie i relacjonuje aktualności FC Barcelony dla prestiżowego dziennika sportowego „L’Équipe”, gdzie piszą wyłącznie najlepsi dziennikarze, oraz dla radia RTL. W 2010 razem z „L’Équipe” otrzymał nagrodę za najlepszy wywiad.
Już od dłuższego czasu zamierzałem napisać tę książkę. Chciałem pokazać, że Lionel Messi nie jest tak grzeczny i układny, jak mogłoby się wydawać. To ktoś, kto nie miał łatwego życia, kto ma bardzo silną wolę i kto mógł zawsze liczyć na bliskich. Messi jest wielkim zawodnikiem, dziś jego talent jest niezaprzeczalny, jednak aby do tego dojść, musiał walczyć. Jego droga była usiana przeszkodami, ale nigdy się nie poddał.
Frédéric Traïni
Biografia Messiego Frédérica Traïni zawiera więcej informacji niż jakakolwiek książka o piłkarzu uznanym w dwudziestym czwartym roku życia za najlepszego zawodnika świata.

 

Na taką książkę o Messim czekałeś!

Opinie o ebooku Messi wieczny zwycięzca - Frédéric Traïni

Fragment ebooka Messi wieczny zwycięzca - Frédéric Traïni

Konsultacja

Stefan Szczepłek

Redakcja stylistyczna

Anna Książek

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Gonzalo Arroyo Moreno/Getty Images Sport/Flash Press Media

Tytuł oryginału

Messi, une vie en grand

Copyright © Hugo & cie, 2012.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5010-6

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. Opcja

Część 1

Urodził się wolny

Nie płacze, ale pochylają się nad nim pełne troski twarze. Ojciec i matka – uśmiechnięci – obok dzieci. Wszyscy zalani wpadającym przez okna światłem. Mężczyzna ubrany w biały strój coś mówi. Rodzice się śmieją, dzieci hałasują, ale on pozostaje niewzruszony. Jego oczy koncentrują się na postaciach, które go otaczają. Cała jego rodzina tu jest, przyszli towarzyszyć mu podczas chrztu. Lionel Andrés Messi ma tylko kilka miesięcy, ale jego krewni już wyrobili sobie zdanie na jego temat.

– Co za poważne dziecko! Był chiquito, taki mały! Miał zaledwie kilka tygodni, ale wyglądał, jakby rozumiał, że jest błogosławiony – mówiła później ciotka Leo, Marcela. – I tak się stało. Pobłogosławiono go pod okiem Virgen de los Milagros, Cudownej Dziewicy. Oto początek wielkiej historii.

Lionel nie powinien zostać ochrzczony w kościele Niepokalanego Serca Maryi. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Las Heras i nie należała do tej parafii, obejmującej wiernych z południowego Rosario. Jednak dzięki usilnym staraniom Celii, matki Lionela, została udzielona zgoda na ochrzczenie w tej świątyni kolejnego, trzeciego już dziecka Messich. Celia, tak jak wcześniej jej matka, darzyła ogromną czcią Cudowną Dziewicę i regularnie ozdabiała kwiatami jej kaplicę, a słynąca cudami ikona zawsze wysłuchiwała jej modlitw. W zamian za to Celia przyrzekła ofiarowywać Maryi sakramenty swoich dzieci i wszystkich najbliższych.

Dziewięć lat wcześniej właśnie w kościele Niepokalanego Serca Maryi Celia Maria Cuccittini wzięła ślub z Jorgem Horaciem Messim. W nim również odbył się chrzest i pierwsze komunie obu jej starszych synów, ślub jej siostry Marceli oraz chrzest siostrzeńców. W intencji najmłodszej pociechy, Lionela, nie wyrażała żadnych szczególnych próśb, nie modliła się o cud. Po co? Mimo niewielkich problemów, jakie pojawiły się pod sam koniec ciąży, poród przebiegł prawidłowo, a dziecko było zdrowe. Wszystko zapowiadało się dobrze.

Lionel Messi przyszedł na świat 24 czerwca 1987 roku o godzinie 5.55. Jego rodzice mieli już dwóch synów, siedmioletniego Rodriga i pięcioletniego Matiasa, więc tym razem woleliby córkę. Tymczasem urodził się kolejny chłopak! Trzy kilo sześćset gramów i czterdzieści siedem centymetrów szczęścia. Poród odbył się bez komplikacji, jednakże poprzedziła go noc pełna obaw. Gdy poprzedniego dnia około 20.30 wystąpiły pierwsze skurcze, został wezwany ginekolog położnik Noberto Odetto. Lekarz ten, wyznaczony przez ubezpieczyciela spółki stalowej Acindar, w której Jorge pracował jako kierownik zmiany, od początku obserwował ciążę, przebiegającą najzupełniej prawidłowo aż do 23 czerwca. Tego dnia podczas rutynowego badania Odetto wykrył zakłócenia rytmu serca dziecka, co mogło wskazywać na groźną chorobę. Natychmiast podjął decyzję o przyspieszeniu akcji porodowej i zamierzał użyć kleszczy. Jorge, przerażony ewentualnymi uszkodzeniami, jakie mogłoby spowodować to narzędzie, błagał lekarza, by tego nie robił.

– Zobaczymy, jak będzie przebiegał poród – usłyszał w odpowiedzi.

Nazajutrz Leo urodził się w sposób naturalny, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Podenerwowani ostatnimi wydarzeniami rodzice przerazili się, widząc czerwonawą skórę i całkiem zwinięte prawe ucho noworodka.

– Nie ma obaw, jutro rano wszystko będzie w porządku – zapewniał lekarz.

I rzeczywiście, dwa dni później objawy ustąpiły.

W dniu 26 czerwca z wybiciem godziny drugiej po południu maluch opuścił oddział położniczy włoskiego szpitala im. Giuseppe Garibaldiego, gdzie przyszła na świat połowa mieszkańców Rosario. Zabytkowy budynek wzniesiono dla uczczenia założycieli miasta. Szpital, zbudowany przez włoską wspólnotę Rosario w końcu XIX stulecia, nosi imię włoskiego patrioty i rewolucjonisty, który niespełna dwa wieki wcześniej przybył ze swymi „czerwonymi koszulami” na pomoc południowoamerykańskim rebeliantom. Przez długi czas Włosi stanowili trzy czwarte populacji Rosario. Emigranci ekonomiczni przybywali tysiącami, w ślad za konkwistadorami szukając fortuny. Wśród nich znalazł się również Aniceto Eusebio Messi Baro, który w 1883 roku wyruszył z położonego nad Adriatykiem rodzinnego miasteczka Recanati. Był to pradziadek Lionela.

W owym czasie w Rosario, głównym mieście prowincji Santa Fé, oddalonym o 300 kilometrów od stolicy federalnej, nie brakowało pracy. Wielka rzeka Parana, w języku guarani zwana „krewną morza”, była ważną magistralą wodną o ogromnym znaczeniu strategicznym. Podobnie jak dziś, tony płodów rolnych – zboża, soi, oliwy – wysyłano z portu Rosario w głąb kontynentu. Dzięki Paranie miasto bogaciło się i szybko rozrastało. Jego nazwa pochodziła od małej kapliczki zbudowanej przez pierwszych mieszkańców, poświęconej Matce Boskiej Różańcowej, po hiszpańsku Rosario.

Rodzinne miasto słynnego rewolucjonisty „Che” Guevary odegrało ważną rolę w historii kraju. To właśnie tutaj w roku 1812 rewolucjoniści majowi generała Manuela Belgrano wznieśli po raz pierwszy niebiesko-biały sztandar, który później stał się oficjalną flagą Argentyny. Mieszkańcy Rosario szczycą się swoją historią, są dumni z włoskich korzeni i uważają się przede wszystkim za rosarinos[1], a dopiero potem za Argentyńczyków. Rosario, po Buenos Aires i Kordobie, jest trzecim co do wielkości, liczącym 1 000 000 mieszkańców miastem Argentyny i zarazem jednym z najbogatszych, o czym świadczą szerokie aleje, drapacze chmur i luksusowe wille. Nie wszyscy jednak korzystali z tej manny. Daleko im było do tego. Ogromna część mieszkańców żyła w ubóstwie, dotknięta nędzą pogłębianą przez kolejne kryzysy.

Ale dziadkowie Lionela wiedli życie na znośnym poziomie. Włoski murarz Eusebio (syn Aniceta) poślubił Rosę Marię Perez Lloberę, która pochodziła z rodziny katalońskich rolników z miejscowości El Poal, położonej niedaleko Barcelony[2]. Dzięki gospodarności i ciężkiej pracy Eusebia małżonków Messi-Perez stać było na kupno małego domku przy ulicy État d’Israël[3]. Właśnie tam ich syn Jorge Horacio poznał Celię, córkę sąsiadów, państwa Cuccittini Olivera. Od tego czasu młodzi stali się nierozłączni. Siedemnastego czerwca 1978 roku, gdy mieli 18 i 20 lat, potwierdzili swoją miłość sakramentem w obliczu Cudownej Dziewicy.

Antonio Domingo Cuccittini, również Włoch z pochodzenia, zajmujący się naprawą lodówek, poznał swoją żonę Celię Ramonę Oliverę u klienta, u którego pracowała jako służąca. To ona była babką Lionela i jej piłkarz miał zadedykować swe najwspanialsze dokonania.

Antonio i Celia znaleźli dach nad głową w małym domku pod numerem 409 przy ulicy État d’Israël. Mieszkali tam z dwiema córkami, Celią i Marcelą. Dzisiaj miejsce to jest celem pielgrzymek, gdyż znajduje się na szlaku turystycznym zwanym Trasą Messiego[4]. Tam mały Lionel stawiał pierwsze kroki i próbował kopać piłkę, a także poznał swoją dziewczynę Antonellę, kuzynkę najlepszego przyjaciela z dzieciństwa. Dom ten zajmuje obecnie jego ciotka Marcela.

Na tym robotniczym przedmieściu, w dzielnicy ludzi skromnych, lecz solidarnych, dorastali Celia i Jorge. Już w bardzo wczesnej młodości połączyło ich uczucie tak głębokie, że postanowili nigdy się nie rozstawać. Po ślubie Celia rzuciła szkołę i podjęła pracę w fabryce przewodów elektrycznych. Jorge kontynuował naukę i potajemnie marzył, aby wejść do drużyny zawodowej klubu piłkarskiego Newell’s Old Boys, w którym trenował od 13 roku życia. Był niezłym pomocnikiem, co pozwalało mu wierzyć w swoje szanse. Przyszłość jednak ułożyła się inaczej.

W tamtym okresie Argentyna przeżywała dramatyczny kryzys ekonomiczny, pogłębiony dyktaturą kolejnych junt wojskowych. W marcu 1976 roku, w wyniku zamachu stanu, władzę objął Jorge Videla. Światowa opinia publiczna wiedziała o okrucieństwach reżimu, co jednak nie spowodowało bojkotu organizowanych przez Argentynę w roku 1978 mistrzostw świata w piłce nożnej. Dla ludności, rozentuzjazmowanej sukcesem zawodników Césara Luisa Menottiego, mundial był jak potężny zastrzyk tlenu. Cały kraj zjednoczył się w kibicowaniu reprezentacji Albiceleste, która w drugiej fazie turnieju zremisowała 0:0 z silną drużyną Brazylii. Mecz był rozgrywany w Rosario, dzień po ślubie Jorgego i Celii. Jednakże młodzi małżonkowie nie brali udziału w wielkiej fecie organizowanej przez miasto. Wyjechali w podróż poślubną do Patagonii i oglądali mecz w pokoju hotelowym w Bariloche. Finałowe zwycięstwo 25 czerwca nad Holandią Johana Neeskensa i Johnny’ego Repa (3:1) uczyniło bohaterami trenera i jego graczy – Ubalda Fillola, Jorgego Olguina, Luisa Galvana, Daniela Passarrellę, Alberta Tarantiniego, Osvalda Ardilesa, Omara Larrosę, America Gallega, Maria Kempesa, Daniela Bertoniego, Leopolda Luque’a, Oscara Ortiza i Renégo Housemana. Ale gdy euforia opadła, Argentyńczycy z całą ostrością ujrzeli nędzę swej codziennej egzystencji. Jorge Messi porzucił marzenia i sny o karierze piłkarskiej, aby zapewnić utrzymanie rodzinie.

Po odbyciu służby wojskowej w Mercedes na północnym wschodzie kraju imał się różnych zajęć. Najpierw chodził od drzwi do drzwi jako przedstawiciel towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń zdrowotnych, potem pracował przez pewien czas w fabryce wyrobów żelaznych. Równolegle uczęszczał na kursy wieczorowe, aby zostać technikiem chemikiem. Ciężka, mozolna praca wypełniała mu całe dni, aż do późnego wieczora. Ale Jorge wiedział, że aby sobie poradzić i zdobyć coś więcej, musi mieć dyplom. Uzyskał go w wieku 22 lat w szkole związanej z gigantem Acindar, największym przedsiębiorstwem metalurgicznym kraju. W 1980 roku, z dyplomem w kieszeni, wrócił do fabryki, gdzie zaproponowano mu stałą pracę, przywilej, jakim mało który Argentyńczyk mógł się cieszyć.

Celia w 8. miesiącu ciąży rzuciła pracę, aby wydać na świat swoje pierwsze dziecko, Rodriga Martina, który urodził się 9 lutego 1980 roku. Jego brat, Matias Horacio, przyszedł na świat dwa lata później, 23 czerwca 1982 roku, w czasie gdy Argentyna pogrążyła się w straszliwym kryzysie. Junta wojskowa, aby odwrócić uwagę od krwawych represji i trudności gospodarczych, próbowała zmobilizować ludność wokół wspólnej sprawy – wojny. W marcu wojska argentyńskie przeprowadziły operację „Rosario”, polegającą na zajęciu Falklandów, wysp należących do Wielkiej Brytanii. Rząd Margaret Thatcher nie ugiął się, co doprowadziło do konfliktu zbrojnego, który przyniósł setki ofiar. W wyniku kryzysu reżim upadł, a demokratyczne wybory w grudniu 1983 roku wygrał Raul Alfonsin.

Tego roku ojciec Jorgego, Eusebio, który był murarzem, podarował synowi małą działkę o powierzchni 300 metrów kwadratowych przy ulicy Lavalleja w rodzinnej dzielnicy Las Heras. Jorge i Celia spędzali tam każdą wolną chwilę, pracując przy budowie domu. Koniec budowy w ostatnich miesiącach 1986 roku zbiegł się z dobrą nowiną: Celia spodziewała się ich trzeciego dziecka. Należało znaleźć jakieś imię żeńskie, ponieważ była pewna, że tym razem będzie to dziewczynka. Jednakże los postanowił inaczej. Miał urodzić się chłopiec!

Milczący lider

José Mourinho był w błędzie. Lionel Messi nauczył się piłkarskich sztuczek nie w Barcelonie, lecz na ulicach południowych dzielnic Rosario. 22 lutego 2006 roku trener Chelsea oskarżył młodego piłkarskiego wirtuoza o symulowanie. Messi miał udawać, że został sfaulowany przez Asiera Del Horno, czym spowodował wyrzucenie go z boiska. Grająca w dziesiątkę Chelsea poniosła porażkę (1:2) i została wyeliminowana w 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Mourinho nie miał żadnych wątpliwości, że stało się tak przez 18-letniego wyrostka, niejakiego Lionela Messiego, który wywiódł w pole drużynę doświadczonych graczy, obserwatorów i kibiców piłki nożnej.

Na legendarnym stadionie Stamford Bridge ten drobny chłopak nie czuł żadnego respektu wobec zaprawionych w bojach The Blues. Wszyscy zapamiętali sprytnego smarkacza, który co prawda nie strzelił bramki, ale zaprezentował wybitne opanowanie piłki, doskonały przegląd sytuacji i zdumiewający repertuar dryblingów i zwodów. Dzięki pomysłowości w wychodzeniu z najtrudniejszych sytuacji mały Argentyńczyk ujawnił talent wybitnego rozgrywającego. Ale poza tym darem, poza całym bogactwem doskonale opanowanej techniki, wykazał się zimną krwią i klasą charakterystyczną dla największych zawodników.

Już w pierwszej połowie wszyscy widzowie siedzący na trybunach i przed telewizorami mieli świadomość, że dane im jest oglądać moment wyjątkowy – narodziny gwiazdy. W jednej ulotnej chwili wątły smyk, zwany Atomową Pchłą, przeciwstawił się napastnikowi cieszącemu się międzynarodową sławą, starszemu o 10 lat, wyższemu o 10 centymetrów i cięższemu o 10 kilogramów Holendrowi Arjenowi Robbenowi. Zaskakujący ruch biodrem i już mały odebrał piłkę dużemu, po czym założył mu upokarzającą siatkę – przepuścił piłkę między nogami Holendra. Cała akcja, przeprowadzona niemal z prędkością światła, trwała ułamek sekundy, jak oślepiający błysk flesza. Po wygraniu tego pojedynku Messi wystartował w kierunku bramki, ale został brutalnie powalony przez Asiera Del Horno. Upadł na ziemię i przetoczył się kilkakrotnie, być może nieco przesadnie reagując na siłę uderzenia. Sędzia bez wahania pokazał Del Horno czerwoną kartkę, a Chelsea przegrała spotkanie.

Mourinho, wielki mistrz efektów specjalnych i tworzenia własnego wizerunku, wypowiedział po tym meczu legendarne zdanie:

– Barcelona to miasto słynące z uprawiania znakomitego teatru. Ten dzieciak (Messi) dobrze przyswoił sobie lekcję.

„Teatr”, o którym wspomniał Portugalczyk, nie ma nic wspólnego z wielkim teatrem operowym Liceu w Barcelonie. Dramaturgia futbolu? Wirtuozi piłki nożnej uczą się jej na szkolnych boiskach, podwórkach i ulicach całego świata. Każde miasto ma swój styl, a każda dzielnica swoich artystów i gwiazdorów. Mali chłopcy naśladują idoli i marzą o sławie. Wszyscy chcą zadziwić świat, pokazać lwi pazur, zatriumfować. Jednym z takich urwisów z przedmieść był Lionel Messi. Ci chłopcy uczyli się zaradności, wciąż biegali za piłką i marzyli o tym, że może pewnego dnia… Jednak tylko jemu się to udało, bo był bardziej wytrwały, utalentowany i pomysłowy. Przerósł swoich kolegów, mimo niskiego wzrostu. W Argentynie mieszkańcy Las Heras, dzielnicy, z której pochodzi rodzina Messich, uwielbiają pompatyczne spektakle odgrywane podczas meczów a la muerte (na śmierć i życie). To istne tragikomedie, w których słowo „porażka” oznacza haniebne upokorzenie. Tam od najwcześniejszego dzieciństwa Lionel i jego kumple we wszystkie popołudnia rozgrywali niekończące się mecze piłki nożnej.

Na asfalcie albo na ubitej ziemi ulic, na chodniku przed domem Waltera, najlepszego przyjaciela Lionela, chłopcy w różnym wieku, różnego wzrostu i budowy do późnego wieczora walczyli o zwycięstwo. Często organizowano grę zwaną veinticinco, „dwadzieścia pięć”. Jej reguły są równie proste, co zabawne, lecz również bezlitosne. Gdy granica dwudziestu pięciu bramek zostanie przekroczona, bramkarz drużyny przegrywającej jest bity przez wszystkich graczy za każdego kolejnego puszczonego gola. To naprawdę okrutne.

Tak więc wątły Lionel dorastał w świecie małych rekinów. Jak śliczny mały drapieżnik!

– Lionel nienawidził przegrywać – wspomina Emmanuel Biancucchi, jego kuzyn i rówieśnik. Opowiada o pamiętnych atakach wściekłości, jakie malec potrafił urządzać z powodu przegranego meczu. Miał paskudny charakter, ale także wyznawał kult wygranej, co stanowi zasadniczą różnicę między zawodowcami i amatorami. Przejawiał również silną skłonność do buntu, co przerażało jego brata Rodriga, gdy byli jeszcze dziećmi. Pewnego ranka w kuchni ich rodzinnego domu starszy brat dla zabawy droczył się z młodszym. Zirytowany Lionel rzucił w niego nożem, pierwszym przedmiotem, jaki miał pod ręką.

– Oczywiście uchyliłem się bez problemu, natomiast Leo nie uniknął surowej bury od rodziców.

Od wczesnego dzieciństwa pod wyglądem aniołka Leo skrywał namiętną pasję wygrywania, która stanowiła jego siłę.

O Lionelu i jego najbliższym przyjacielu Emmanuelu mawiano, że są nierozłączni. Obaj chłopcy należeli do bandy pięciu, złożonej z krewniaków Messich i Biancucchich. Tworzyli ją Lionel wraz z braćmi, Matiasem i Rodrigiem, oraz kuzynami Biancucchi – Emmanuelem i Maximilianem, którzy w przyszłości również mieli zostać zawodowymi piłkarzami. Siostra matki Leo, Marcela (po mężu Biancucchi), mieszkała wraz z dziećmi w sąsiedztwie przy tej samej ulicy Lavalleja. Biancucchi zajmowali jeden z tych skromnych jednopiętrowych domów, które rozbudowuje się i powiększa wtedy, gdy właściciele zgromadzą odpowiednio dużo pieniędzy. Miał ceglane, bielone wapnem ściany i drzwi prowadzące bezpośrednio na chodnik, na którym musiały się zmieścić dwa składane krzesła, bo rodzice lubili wieczorami odpoczywać w chłodzie, od czasu do czasu spoglądając na dzieci uganiające się za piłką. Na ogół dwaj „duzi”, Matias i Rodrigo, wygrywali z „małymi”, Lionelem i Manu.

– To zawsze kończyło się źle – opowiada Lionel. – Byliśmy cali poobcierani o asfalt ulicy. Ale najgorsze było to, że Matias lubił mi dokuczać. Wiedział, że nie znoszę przegrywać, i stale mnie prowokował. Za każdym razem wracałem z płaczem.

Z czasem Leo nauczył się powstrzymywać łzy, ale nadal nie lubił przegrywać. Nieważne, czy była to siatkonoga czy „prawdziwy” mecz do sześciu goli – zawsze walka toczyła się na „śmierć i życie”. Liczne kłótnie często kończyły się obrzucaniem szyszkami lub kamieniami.

Lionel Messi zbierał wtedy najgorsze cięgi w całej swojej karierze, w dodatku zupełnie niezasłużenie.

– Był jak mały, uprzykrzony insekt, którego nie sposób się pozbyć – wspomina Matias, starszy brat Lionela. – Mój ojciec i wuj Claudio (Biancucchi) próbowali nas powstrzymywać, ale nie byli w stanie. Tak więc, kiedy nie mogliśmy mu odebrać piłki za pomocą techniki, używaliśmy siły. To były naprawdę ostre faule. Mój Boże, biedak nieraz zdrowo od nas oberwał!

A Leo po raz kolejny wracał do domu z płaczem, podrapany i posiniaczony.

Gdy tylko chłopiec zdał sobie sprawę, że cała rodzina śmieje się z jego płaczu, uniósł się dumą i natychmiast przestał się mazgaić. Z dnia na dzień całkowicie zmienił swoje zachowanie. Po upadku podnosił się szybko i bez protestów, a potem jak gdyby nigdy nic ruszał w pogoń za piłką. Tę stoicką, chwilami wręcz bohaterską postawę okazywał wiele lat później, występując w barwach Barcelony.

Wieczory przy ulicy Lavalleja kończyły się nieuchronnie walką między Messimi i Biancucchimi, niejednokrotnie z udziałem ojców. Potem wszyscy siadali do kolacji w gronie rodzinnym, podawanej przez Celię, która przyrządzała wspaniałe kotlety po mediolańsku z sosem neapolitańskim – panierowane mięso z rusztu z sosem pomidorowym i roztopionym serem – ulubione danie jej najmłodszego syna. To jedna z wad Leo – jest łakomy. Od zawsze jego ulubionym przysmakiem były alfajores, argentyńskie ciasteczka składające się z dwóch lub trzech biszkoptów przełożonych warstwą czekolady lub marcepanu. Ten smakołyk stał się jego pierwszym wynagrodzeniem. W dniu ważnego meczu z drużyną juniorów Newell’s Old Boys trenerzy obiecali mu jedno ciastko za każdą bramkę. Spałaszował ich aż osiem!

W ciągu dnia dzieciaki szalały na rowerach, to była ich druga pasja. Na pojazdach odziedziczonych po sąsiadach, naprawianych lub, w szczęśliwszych przypadkach, wygranych na turnieju futbolowym krążyły po całej dzielnicy, gdzie samochody należały do rzadkości.

Jedyny wypadek, jaki przydarzył się Lionelowi, to było zderzenie z… rowerem. Miał wtedy 10, może 11 miesięcy i stawiał swoje pierwsze kroki, usiłując dogonić piłkę starszych braci. Podążając za nią, wszedł w drogę pewnemu cykliście, który nie zdążył go wyminąć. Uderzony, głośno się rozpłakał, szybko jednak uspokoił się w ramionach matki, szczęśliwej, że dziecku nie stała się krzywda. Wkrótce Leo, cały i zdrowy, wrócił do zabawy. Ale wieczorem jego krzyki obudziły cały dom. Na pogotowiu zrobiono mu prześwietlenie, które wykazało pęknięcie kości łokciowej prawej ręki, wymagające założenia gipsu. Kilka lat później rowery nadal stanowiły jedyne realne niebezpieczeństwo drogowe w tej dzielnicy, lecz wtedy nieostrożnymi kolarzami byli Leo i jego koledzy. Po lekcjach spotykali się na jedynym skwerze w dzielnicy. Był to teren prywatny, z paroma boiskami piłki nożnej, otoczony płotem z siatki i strzeżony przed dwóch militaros, żandarmów stojących na rogach. Aby się na nich nie nadziać, Lionel przechodził przez małą dziurę na dole ogrodzenia, niewidoczny dla wartowników. Gdy już znalazł się po drugiej stronie parkanu, najpierw się czołgał, a potem biegł wzdłuż żywopłotu. W najdalej położonym zakątku, ukrytym pod drzewami, spotykał swoją bandę.

Chociaż chłopcy w każdej chwili mogli zostać stamtąd wyprowadzeni przez strażników, prawie codziennie przychodzili na boiska z prawdziwymi liniami i bramkami i rozgrywali mecze, udając prawdziwych zawodników. Nierzadko przebywali tam do późnego wieczora i dopiero rodzice przychodzili zabrać ich na kolację.

Lionel, najbardziej bojowy z całej gromadki, nie dopuszczał do głowy myśli o porażce.

– Nie schodził z boiska, dopóki nie wygrał, nawet jeżeli ceną za osiągnięcie tego celu była zmiana reguł lub oszukiwanie – wspomina jego wujek Claudio, ojciec Emmanuela.

– Oszukiwał nawet przy kartach – opowiada Jorge, ojciec Leo. – Nikt nie chciał z nim grać, bo wiedzieliśmy, że jeżeli będzie przegrywał, rzuci talię na podłogę.

Ta obsesja zwycięstwa nigdy go nie opuściła. Do dziś zawsze walczy na boisku jak lew i daje z siebie wszystko, aby przeprowadzić akcję, pokonać przeciwnika, odnieść zwycięstwo. Po każdym przegranym meczu wyraźnie widać na jego twarzy gorycz porażki. Naburmuszona mina i ponure spojrzenie, takie samo jak przed laty, gdy był małym chłopcem.

– W takich momentach nie warto było z nim rozmawiać, bo to do niczego nie prowadziło. Kiedy się wściekał po jakiejś porażce, najlepiej było po prostu poczekać, aż mu przejdzie. Pod tym względem zupełnie się nie zmienił – mówi Cintia Arellano, przyjaciółka Leo z dzieciństwa, która potrafi rozpoznać te złe momenty, obserwując twarz Lionela w telewizji po meczu przegranym przez jego drużynę.

Leo często wracał do domu poobijany przez „dużych”, którzy nie wahali się go drażnić, znając tę jego cechę. Często lądował na ziemi, bo starsi koledzy nie szczędzili mu solidnych kuksańców lub, co gorsza, zabraniali grać.

Ale Lionel upierał się i na ogół stawiał na swoim. Jako 5- czy 6-latek nie odstępował swoich starszych braci i chciał brać udział we wszystkich meczach rozgrywanych w dzielnicy. Starsi chłopcy zwykle nie chcieli go dopuścić do gry.

– To nie ma sensu – mówili kpiąco. – Chłopak jest po prostu za mały.

Wszyscy wiedzą, że futbol to sport dla dorosłych, jednak Leo wykazywał ogromną determinację. Prosił, błagał, przekonywał i zaklinał dopóty, dopóki nie pozwolili mu grać, nawet gdyby miał przebywać na boisku zaledwie pięć minut.

Kiedy zaś już wszedł do gry, opinie o nim zmieniały się diametralnie.

– To nasi przeciwnicy domagali się wtedy, żeby przestał grać – wspomina Rodrigo. – Bo gdy tylko dorwał się do piłki, nie było sposobu, aby mu ją odebrać. Zwykle po upływie najwyżej kwadransa nasi rywale chcieli usunąć go z boiska. Teraz oni twierdzili, że Leo jest naprawdę za mały, żeby grać. Przerywaliśmy mecz, Leo odchodził z płaczem i w ten sposób wracaliśmy do punktu wyjścia.

Piłka nożna musiała być dla Lionela sportem napakowanych, złośliwych osiłków.

Za mały! Ile razy słyszał te słowa? Dlatego chciał pokazać, że może się przeciwstawić „dużym”. Popychany, kopany, przewracany na ziemię 10, 20 razy, zawsze wstawał i kontynuował grę.

Patrząc na jego rozwój z dystansu, można powiedzieć, że na tle znacznie silniejszych, lepiej zbudowanych braci i kolegów był jak mała animowana postać z gry komputerowej Mario Bros, ze stopą zniekształconą przez piłkę przylepioną do czubka buta. Carlos Bilardo, selekcjoner Argentyny z mundialu w Meksyku, powiedział kiedyś żartem:

– Zdjęcie rentgenowskie lewej stopy Messiego ujawniło istnienie dodatkowej kości w kształcie piłki.

Obrońcy na wszelkie sposoby usiłują odkleić piłkę od jego lewej stopy, ale idzie im to niewiele lepiej niż małolatom z Las Heras.

O ile na boisku Leo wykazywał się wielkim zapałem i zaangażowaniem, o tyle w Szkole Podstawowej nr 66 w Las Heras przy ulicy Buenos Aires był najczęściej zamknięty w sobie, jakby wyobcowany. Z powodu wzrostu przylgnęło do niego przezwisko El Piqui, zdrobnienie od hiszpańskiego pequeño, mały. Piqui szybko zwrócił uwagę Moniki Dominy, nauczycielki, która była jego wychowawczynią przez trzy lata, między 6. a 8. rokiem życia. Jednak nie z powodu zdolności, lecz z racji dziwnego (czytaj: niepokojącego) zachowania.

W wieku 6 lat Lionel nigdy nie zwracał się bezpośrednio do nauczycielki. Jego najlepsza przyjaciółka Cintia Arellano, z którą siedział w ławce, przekazywała słowa Piquiego wychowawczyni.

– Cintia była kimś w rodzaju tłumacza – wspomina Monica. – Odnosiła się do niego z ogromną cierpliwością i łagodnością, jakby mu matkowała. Nie odstępowana go na krok, kupowała mu nawet podwieczorek[5].

Lionel Messi był dziwnym dzieckiem. Już jako 5-latek potrafił przeciwstawić się starszym od siebie na boisku, natomiast czuł się kompletnie zagubiony w klasie, tak jakby podczas gry chciał być w centrum zainteresowania, a w szkole stać się niewidzialny.

Nauczycielka podejrzewała, że mogą to być objawy autyzmu. Wezwała matkę Leo, dostrzegłszy u niego „poważny problem z komunikacją interpersonalną”. Poradziła nawet rodzicom, aby zabrali Lionela na konsultację do psychiatry dziecięcego, który pomógłby chłopcu „nabrać pewności siebie i wiary we własne siły”. Z pomocą logopedy Leo zrobił znaczne postępy w czytaniu, w tej dziedzinie bowiem miał największe opóźnienie. Ale wyraźną poprawę zawdzięczał przede wszystkim swojej przyjaciółce Cintii, która była jego łącznikiem ze światem dorosłych. Dziś Cintia wspomina:

– Nikt nie słyszał jego głosu, zwłaszcza jeśli coś poszło nie tak. Uciekał, zamykał się w sobie i w ogóle przestawał się odzywać. Ale wobec mnie zachowywał się inaczej.

Rzeczywiście, Lionel bardzo wcześnie ujawnił skomplikowaną, pełną sprzeczności osobowość. Z jednej strony potrafił odważyć się na wszystko, z drugiej – nie chciał niczego. Z piłką u stóp był impertynenckim rozrabiaką, chłopcem pełnym życia, który boiskową przebojowością czy nawet – nie bójmy się tego słowa – geniuszem wprawiał wszystkich w zachwyt. Wystarczyło jednak zabrać mu piłkę, jego życiową busolę, a natychmiast zmieniał się w dziecko wyjątkowo nieśmiałe, zamknięte, wręcz opóźnione w rozwoju, wykazujące cechy niespotykane w rodzinie Messich, której członkowie byli pogodni i otwarci. Pewnego dnia nauczycielka zdała sobie jednak sprawę, że El Piqui nie jest całkowicie pozbawiony wiary w siebie. W czasie przerwy zobaczyła dziwny spektakl, który przyciągnął jej uwagę. Czy to ten sam mały Leo, na lekcjach tak nieobecny, wycofany, teraz stoi wśród gromadki kolegów, skupiając na sobie ich zainteresowanie? Tak, to naprawdę on – właśnie zaczynał się mecz piłki nożnej. Zebrani wokół niego chłopcy kłócili się o to, w której drużynie ma grać młody geniusz.

– Wy mieliście Leo wczoraj, więc dzisiaj będzie nasz! – wołał jeden.

– Zagramy z jednym dodatkowym graczem, który będzie zmieniał drużynę co dwie strzelone bramki – zaproponował drugi.

Cintia do dziś uśmiecha się na wspomnienie zamieszania zapowiadającego przerwę albo koniec lekcji. Był to czas picaditos