Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2004

Męskie gry ebook

Aleksandra Marinina

3.66666666666667 (3)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Męskie gry - Aleksandra Marinina

Moskwę terroryzuje psychopatyczny morderca. Uderza często, działa szybko i sprawnie, pozostawiając bezradną milicję z trupami siedmiu uduszonych mężczyzn. Ku zdumieniu prowadzącej śledztwo major Anastazji Kamieńskiej z zebranych przez nią dowodów wynika, że zbrodni dokonuje kobieta. Tymczasem, według wysoko postawionego moskiewskiego mafioso, przynajmniej jeden z zamordowanych mężczyzn nie mógł być ofiarą poszukiwanego zabójcy. Jednocześnie major Kamieńska odkrywa, że w sprawę serii morderstw zamieszany jest ktoś bardzo jej bliski. Na domiar złego do gry włącza się płatny morderca. W Męskich grach, tak jak w innych swych powieściach, "rosyjska Agata Christie" kreśli mroczny i realistyczny obraz współczesnej Rosji, a na tym tle – galerię żywych i niebanalnych postaci. Przede wszystkim jednak konstruuje błyskotliwą intrygę kryminalną.

Opinie o ebooku Męskie gry - Aleksandra Marinina

Fragment ebooka Męskie gry - Aleksandra Marinina

Re­dak­cja: Ewa Ro­jew­ska-Ole­jar­czuk

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Sta­jew­ska, Emi­lia Sło­miń­ska, Elż­bie­ta Ja­ro­szuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ur­szu­la Zię­tek

Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii i ry­su­nek na I stro­nie okład­ki: Ma­rek Go­ebel

Fo­to­gra­fia au­tor­ki: © W. Za­wja­łow

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-502 War­sza­wa, Ło­wic­ka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7

ISBN 978-83-7747-118-0

Pa­tro­nat me­dial­ny:

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Мужские игры

Co­py­ri­ght © A. Ma­ri­ni­na, 1997

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2004

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2004

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2005

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ 1

– No cóż, je­śli nie ma do mnie py­tań w spra­wach bie­żą­cych, na tym skoń­czy­my.

Wik­tor Alek­sie­je­wicz Gor­die­jew, któ­re­go pod­wład­ni mię­dzy sobą na­zy­wa­li czu­le Pącz­kiem, pro­wa­dził swo­ją ostat­nią od­pra­wę ope­ra­cyj­ną jako szef sek­cji za­bójstw. Jesz­cze dziś miał ob­jąć wyż­sze sta­no­wi­sko w Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych. Jego do­tych­cza­so­wi pra­cow­ni­cy będą pod­le­gać no­we­mu zwierzch­ni­ko­wi.

Ów nowy też tu był, uczest­ni­czył w od­pra­wie od sa­me­go po­cząt­ku, za­po­zna­wał się ze spra­wa­mi, przej­mo­wał go­spo­dar­stwo. „Cie­ka­we – my­śla­ła Na­stia Ka­mień­ska – czy cho­ciaż w przy­bli­że­niu zda­je so­bie spra­wę, jak bar­dzo go tu­taj nie chcą?” Nowo mia­no­wa­ny szef, na to przy­najm­niej wy­glą­da­ło, nie miał o tym po­ję­cia, gdyż spo­glą­dał na obec­nych z życz­li­wym, a na­wet nie­co pro­tek­cjo­nal­nym uśmie­chem, jak­by mó­wiąc: no cóż, ko­cha­ni, ro­zu­miem, ja­ke­ście tu żyli pod rzą­da­mi tego sta­re­go gru­ba­sa, ale od dziś wszyst­ko bę­dzie in­a­czej, nie bój­cie się.

Ani sama Na­stia, ani jej ko­le­dzy wca­le nie chcie­li, żeby było „in­a­czej”. Ro­zu­mie­li jed­nak, że sko­ro nie mają wpły­wu na sy­tu­ację, będą mu­sie­li po pro­stu zmie­nić sto­su­nek do niej. Tak, nowy rok za­czy­nał się nie­zbyt ra­do­śnie.

– Te­raz przed­sta­wię panu pra­cow­ni­ków – po­wie­dział puł­kow­nik Gor­die­jew. – Pod­puł­kow­nik Pa­weł Wa­sil­je­wicz Że­rie­chow, za­stęp­ca sze­fa sek­cji.

Nie­wy­so­ki, przy­gar­bio­ny Że­rie­chow uniósł się z krze­sła i ski­nął gło­wą. Jego po­kry­ta przed­wcze­sny­mi zmarszcz­ka­mi twarz nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go oprócz znu­że­nia i obo­jęt­no­ści. Ale wszy­scy pra­cow­ni­cy sek­cji wie­dzie­li, że za tą po­zor­ną obo­jęt­no­ścią kry­je się nie­mal fi­zycz­ny ból. Gor­die­jew za­wsze był dla Że­rie­cho­wa kimś wię­cej niż po pro­stu prze­ło­żo­nym.

– Star­szy ofi­cer ope­ra­cyj­ny, ma­jor Ju­rij Wik­to­ro­wicz Ko­rot­kow. Uwiel­bia pra­co­wać od bla­de­go świ­tu do póź­ne­go wie­czo­ra, a tak­że w nie­dzie­le i świę­ta.

To była praw­da. U Ko­rot­ko­wa w domu pa­no­wa­ło ist­ne pie­kło, więc Ju­rij sta­rał się by­wać tam jak naj­kró­cej i jak naj­rza­dziej.

– Star­szy ofi­cer ope­ra­cyj­ny, ma­jor Ni­ko­łaj Mi­chaj­ło­wicz Sie­łu­ja­now. Naj­lep­szy to­po­graf w MUR-ze1, świet­nie zna mia­sto, wszyst­kie uli­ce, śle­pe za­uł­ki i prze­chod­nie po­dwó­rza. Pół­to­ra mie­sią­ca temu miał wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, dla­te­go jesz­cze tro­chę ku­le­je. Pro­szę nie wy­zna­czać mu na ra­zie za­dań zwią­za­nych z du­żym wy­sił­kiem fi­zycz­nym, by mógł cał­ko­wi­cie wró­cić do zdro­wia. Star­szy ofi­cer ope­ra­cyj­ny, ma­jor Ana­sta­zja Paw­łow­na Ka­mień­ska. Su­ge­ro­wał­bym wy­ko­rzy­sta­nie jej zdol­no­ści ana­li­tycz­nych. Dla mnie opra­co­wy­wa­ła co­mie­sięcz­ne ra­por­ty o sy­tu­acji ope­ra­cyj­nej w Mo­skwie. Mam na­dzie­ję, że po moim odej­ściu ta prak­ty­ka nie zo­sta­nie za­rzu­co­na. Ofi­cer ope­ra­cyj­ny, ka­pi­tan Igor Wa­len­ti­no­wicz Le­sni­kow. Ofi­cer ope­ra­cyj­ny, ka­pi­tan Mi­cha­ił Alek­san­dro­wicz Do­cen­ko…Gor­die­jew przed­sta­wiał pra­cow­ni­ków, do­da­jąc na te­mat każ­de­go kil­ka słów zwię­złej in­for­ma­cji. Wszy­scy ko­lej­no wsta­wa­li, nie­któ­rzy usi­ło­wa­li na­wet przy­wo­łać na twarz coś w ro­dza­ju po­wi­tal­ne­go uśmie­chu, ale więk­szość ze­bra­nych na­wet nie pró­bo­wa­ła oka­zy­wać fał­szy­wej uprzej­mo­ści. Pącz­ka wszy­scy lu­bi­li i jego odej­ście było dla nich bar­dzo przy­kre. Nowy zwierzch­nik nie znaj­do­wał uzna­nia w ich oczach już przez sam fakt, że nie jest Gor­die­je­wem. Z pew­no­ścią zresz­tą miał i inne wady…

Po ze­bra­niu wszy­scy ro­ze­szli się do swo­ich po­ko­jów i nie mi­nę­ło dwa­dzie­ścia mi­nut, a w bu­dyn­ku przy Pie­trow­ce 38 nie zo­sta­ło pra­wie ni­ko­go z pra­cow­ni­ków sek­cji. Pra­cy było, jak zwy­kle, dużo: w cią­gu czte­rech świą­tecz­nych dni na po­cząt­ku roku po­nu­ry pro­ce­der po­zba­wia­nia ży­cia tych, któ­rzy z ja­kichś po­wo­dów nie po­do­ba­ją się czy prze­szka­dza­ją in­nym, nie uległ za­wie­sze­niu, prze­ciw­nie, na­si­lił się w związ­ku ze wzmo­żo­nym spo­ży­ciem al­ko­ho­lu. Szcze­gól­nie groź­ne zda­wa­ło się po­ja­wie­nie w Mo­skwie ko­lej­ne­go ma­nia­ka – se­ryj­ne­go mor­der­cy. Świad­czy­ło o tym do­bit­nie sie­dem tru­pów; zwło­ki od­na­le­zio­no w róż­nych punk­tach mia­sta. Wszyst­kie ofia­ry udu­szo­no w iden­tycz­ny spo­sób: prze­stęp­ca ata­ko­wał od tyłu, uci­skał tęt­ni­cę szyj­ną na­pad­nię­te­go, żeby od­ciąć do­pływ tle­nu do mó­zgu, a na­stęp­nie zdej­mo­wał nie­przy­tom­nej już ofie­rze sza­lik albo chust­kę i du­sił nimi, tym ra­zem aż do skut­ku. Za­mor­do­wał czte­rech męż­czyzn i trzy ko­bie­ty; lu­dzie ci nie mie­li ze sobą nic wspól­ne­go, nie zna­li się na­wza­jem, nie pra­co­wa­li ra­zem, nie wią­za­ły ich żad­ne in­te­re­sy. Wiek po­szko­do­wa­nych – od dwu­dzie­stu sied­miu do czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat. Czas do­ko­na­nia prze­stęp­stwa – po dwu­dzie­stej trze­ciej. Miej­sce – bra­my do­mów. Zwy­kle ta­kie spra­wy Gor­die­jew po­wie­rzał Na­sti Ka­mień­skiej, gdyż wy­ma­ga­ły one sta­ran­nej i do­głęb­nej ana­li­zy, bez któ­rej, jak po­ka­zu­je prak­ty­ka, nie spo­sób wpaść na trop za­bój­cy ma­nia­ka. Dzi­siaj Pą­czek, „za­po­mniaw­szy” jak­by, że już nie kie­ru­je sek­cją, zle­cił za­ję­cie się tymi spra­wa­mi Na­sti, Sie­łu­ja­no­wo­wi i Mi­szy Do­cen­ce. Nowy szef pod­czas ze­bra­nia nie wy­ra­ził sprze­ci­wu, co wca­le jed­nak nie ozna­cza­ło, iż nie zmie­ni de­cy­zji Gor­die­je­wa. Te­raz on tu rzą­dzi i wszel­kie dy­rek­ty­wy swe­go po­przed­ni­ka może mieć za nic.

Drzwi trza­snę­ły i do ga­bi­ne­tu Na­sti wpadł Jura Ko­rot­kow. Bez sło­wa chwy­cił z biur­ka klu­cze, za­mknął drzwi od we­wnątrz i do­pie­ro po­tem usiadł na­prze­ciw­ko Ana­sta­zji, przy­su­nąw­szy so­bie wol­ne krze­sło.

– Co ty wy­pra­wiasz? – zdzi­wi­ła się Ka­mień­ska.

– Szsz– sz. – Ko­rot­kow przy­ło­żył pa­lec do ust. – Szep­tem, bar­dzo pro­szę. Nowy dzie­dzic wy­ru­szył na ob­chód swo­ich wło­ści. Lu­dzie się roz­bie­gli, zo­sta­li­śmy tyl­ko my dwo­je. Uda­waj­my, że nas też nie ma, bo jesz­cze się przy­cze­pi, za­cznie po­ga­du­chy… Pa­ni­sko, niech go cho­le­ra.

Na­stia w mil­cze­niu wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Nie była zwo­len­nicz­ką od­kła­da­nia nie­przy­jem­nych spraw na póź­niej. Je­śli nie moż­na ich unik­nąć, le­piej jak naj­prę­dzej mieć wszyst­ko za sobą. Jesz­cze na uni­wer­sy­te­cie, mimo pa­nicz­ne­go stra­chu, za­wsze pod­cho­dzi­ła do eg­za­mi­nów w pierw­szym ter­mi­nie i tyl­ko raz nie we­szła do sali w pierw­szej piąt­ce zda­ją­cych. Cho­dzi­ło o eg­za­min z pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go. Zda­wa­ła go u groź­nej pani pro­fe­sor, damy, któ­rej wszy­scy bali się jak ognia, gdyż było po­wszech­nie wia­do­mo, że sta­ra pan­na wprost nie­na­wi­dzi dziew­cząt, stu­den­tek, zwłasz­cza nie­brzyd­kich i do­brze ubra­nych. Ta nie­na­wiść prze­no­si­ła się tak­że na mło­dych lu­dzi płci mę­skiej, któ­rzy, rzecz oczy­wi­sta, naj­chęt­niej krę­cą się wła­śnie wo­kół dziew­cząt uro­dzi­wych i ele­ganc­kich. Krót­ko mó­wiąc, pani pro­fe­sor pią­tek nie sta­wia­ła ni­ko­mu, a szan­sę na czwór­kę mia­ły oso­by naj­bar­dziej nie­po­zor­ne i nie­dba­le odzia­ne. Resz­ta mu­sia­ła się za­do­wo­lić trój­ka­mi bądź otrzy­my­wa­ła dwó­je. Rze­czy­wi­sta zna­jo­mość ma­te­ria­łu nie mia­ła żad­ne­go zna­cze­nia. Na­stia sta­ła wów­czas na ko­ry­ta­rzu, sta­ra­jąc się od­su­nąć mo­ment nie­unik­nio­nej eg­ze­ku­cji, ale kie­dy z au­dy­to­rium ko­lej­no za­czę­li wy­cho­dzić ci, któ­rzy zda­li, po­my­śla­ła: „Mają już wszyst­ko za sobą. Szczę­ścia­rze! A ja tu sto­ję i wciąż nie wiem, co mnie cze­ka. A, niech się dzie­je, co chce…”.

– Je­śli dzie­dzic chce po­znać swo­ich pod­da­nych bli­żej, i tak to zro­bi – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Nie wy­wi­nie­my się.

Na ko­ry­ta­rzu roz­le­gły się kro­ki, ktoś moc­no pchnął drzwi, a po­tem po­ru­szył klam­ką. Na­stia i Ko­rot­kow za­mar­li. Po chwi­li usły­sze­li ci­che stu­ka­nie. Tak zwy­kle pu­ka­li ko­le­dzy, któ­rzy wie­dzie­li, że Na­stia ma zwy­czaj za­my­kać się na klucz, żeby w spo­ko­ju po­pra­co­wać. Jura zro­bił ostrze­gaw­czy gest: nie otwie­raj, to na pew­no szef, nikt ze swo­ich. Czło­wiek za drzwia­mi po­stał jesz­cze chwi­lę, po­tem od­szedł.

– Jur­ka, to głu­pie – szep­nę­ła Na­stia. – Za­cho­wu­je­my się jak dzie­ci. Nie­chby już le­piej wszedł i po­wie­dział, co ma do po­wie­dze­nia.

– Nie je­stem w na­stro­ju do to­wa­rzy­skich po­ga­wę­dek – burk­nął Ko­rot­kow. – Sły­sza­łaś o za­bój­stwie Wa­wi­ło­wa?

– Sły­sza­łam. Zaj­mu­je się tym wy­dział re­gio­nal­ny, ten, w któ­rym daw­niej pra­co­wał. Jak dłu­go Wa­wi­łow był na eme­ry­tu­rze?

– Oko­ło trzech mie­się­cy. Nie wiem, co mu się w pra­cy nie po­do­ba­ło, że od­szedł. Za­trud­nił się w ban­ku – i oto skut­ki. A moja Lal­ka wciąż mi wier­ci dziu­rę w brzu­chu, że­bym się zwol­nił ze służ­by i wresz­cie za­czął za­ra­biać ja­kieś ludz­kie pie­nią­dze. Wy­da­je jej się, że jak tyl­ko zrzu­cę mun­dur, to od razu za­cznę przy­no­sić do domu ba­joń­skie sumy w do­la­rach. A to, że po przej­ściu do in­nej bran­ży mogę nie prze­żyć trzech mie­się­cy, ja­koś dziw­nie jej nie nie­po­koi.

– Daj spo­kój, Jura. Ona po pro­stu tego nie ro­zu­mie. Wi­dzi prze­cież do­oko­ła sie­bie ży­wych i do­brze sy­tu­owa­nych lu­dzi, skąd może wie­dzieć, jak czę­sto giną z cu­dzej ręki? To ty i ja co dzień mamy z tym do czy­nie­nia, a Lal­ka pa­trzy na ży­cie in­a­czej. Nie cze­piaj się jej. A pro­pos, trze­ba by za­dzwo­nić do Wła­di­ka Sta­so­wa i po­wie­dzieć mu o Wa­wi­ło­wie, prze­cież kie­dyś ra­zem pra­co­wa­li. Sta­sow na pew­no bę­dzie chciał pójść na po­grzeb.

– Wiesz co, wpro­śmy się do nie­go z wi­zy­tą. Po­dob­no dają tam bar­dzo do­bre cia­sto – za­pro­po­no­wał Ko­rot­kow.

– Po­dob­no. – Na­stia uśmiech­nę­ła się. – I jesz­cze sły­sza­łam, że na­wet bez nas trud­no się tam ob­ró­cić. Tro­je do­ro­słych i Lil­ka na do­da­tek, ma te­raz fe­rie szkol­ne, więc ca­ły­mi dnia­mi ster­czy u boku uko­cha­nych cio­te­czek Tani i Iry.

– No, sko­ro ich jest czwór­ka, zmie­ści­my się i my. Ci­cho, chy­ba znów sły­szę kro­ki.

Jura nie my­lił się, ko­ry­ta­rzem rze­czy­wi­ście ktoś szedł i zno­wu przy­sta­nął pod drzwia­mi. Klam­ka się po­ru­szy­ła, po czym roz­le­gło się ener­gicz­ne pu­ka­nie.

– Ana­sta­zjo Paw­łow­no, pro­szę otwo­rzyć.

Ko­rot­kow po­krę­cił prze­czą­co gło­wą, ale Na­stia szyb­ko wsta­ła, umyśl­nie gło­śno trza­snę­ła drzwicz­ka­mi sej­fu i prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku. W pro­gu stał nowy szef, Wła­di­mir Bo­ri­so­wicz Miel­nik.

– Za­my­ka się pani przed prze­ło­żo­ny­mi? – za­py­tał zresz­tą bez żad­nej zło­śli­wo­ści.

– Przed oso­ba­mi nie­po­wo­ła­ny­mi – krót­ko wy­ja­śni­ła Na­stia. – Prze­glą­da­li­śmy ze­bra­ne ma­te­ria­ły. Sam pan wie, że in­struk­cja w spra­wie za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy…

– Tak, tak, oczy­wi­ście – prze­rwał jej Miel­nik. – Prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łem. Ale sko­ro już mnie pani wpu­ści­ła, może po­roz­ma­wia­my o pani pra­cy ana­li­tycz­nej. Czy mogę przej­rzeć ra­por­ty, któ­re pani opra­co­wy­wa­ła dla Gor­die­je­wa?

Na­stia w mil­cze­niu otwo­rzy­ła sejf i wy­ję­ła stam­tąd gru­bą tecz­kę z ko­pia­mi ra­por­tów.

– Tu są ma­te­ria­ły z ostat­nich dwóch lat. Je­że­li po­trze­bu­je pan wcze­śniej­szych opra­co­wań, też mogę panu dać. Mam je w in­nej tecz­ce.

– Na ra­zie nie, dzię­ku­ję. Na po­czą­tek za­po­znam się z tymi. Ale niech mi pani po­wie tak, z pa­mię­ci, ilu nie­schwy­ta­nych mor­der­ców gra­su­je po Mo­skwie?

– Mniej wię­cej trzy set­ki.

– Aż tyle? Strasz­ne u was nie­po­rząd­ki – pró­bo­wał za­żar­to­wać nowy szef.

– Prze­pra­szam. Sta­ra­my się, jak mo­że­my – od­par­ła su­cho Na­stia.

Nie mia­ła na­stro­ju do żar­tów, zwłasz­cza z Pa­ni­skiem (wy­glą­da­ło na to, że po­wsta­łe już pierw­sze­go dnia prze­zwi­sko ma wszel­kie szan­se, by się przy­jąć na do­bre wśród pod­wład­nych). Wła­di­mir Bo­ri­so­wicz jed­nak oka­zał, że ma dość wy­czu­cia, i od razu za­rzu­cił wy­mu­szo­ny lek­ki ton.

– Ro­zu­miem, że trud­no się wam roz­stać z Wik­to­rem Alek­sie­je­wi­czem – rze­ki nie­ocze­ki­wa­nie cie­pło – i że przez ja­kiś czas będę się spo­ty­kał z nie­chę­cią z wa­szej stro­ny. Nie czu­ję się do­tknię­ty, sam by­wa­łem w po­dob­nych sy­tu­acjach, i to nie­raz. Jak są­dzi­cie, czy wy­pa­da, że­bym się przy­łą­czył do was dziś wie­czo­rem? Wik­tor Alek­sie­je­wicz mnie za­pro­sił, ale mam wra­że­nie, że będę tam zby­tecz­ny. Z dru­giej stro­ny, nie­ład­nie by było zlek­ce­wa­żyć za­pro­sze­nie. Co mi ra­dzi­cie?

Na­stia nie po­tra­fi­ła ukryć zdzi­wie­nia. Jak wi­dać, Pa­ni­sku nie­ob­ce jest po­czu­cie tak­tu i umia­ru! Rze­czy­wi­ście, Gor­die­jew za­pro­sił dziś wszyst­kich pra­cow­ni­ków sek­cji do sie­bie do domu na wie­czór po­że­gnal­ny. Miel­nik tak­że zna­lazł się w ich licz­bie. Z punk­tu wi­dze­nia tak­ty­ki wdra­ża­nia się do obo­wiąz­ków sze­fa to mia­ło sens – stwa­rza­ło moż­li­wość bliż­sze­go po­zna­nia pod­wład­nych, rów­no­cze­śnie jed­nak sta­no­wi­ło pew­ne za­gro­że­nie, je­śli cho­dzi o za­cho­wa­nie wła­ści­wej hie­rar­chii w sto­sun­kach służ­bo­wych – nowy zwierzch­nik nie po­wi­nien już pierw­sze­go dnia pić ze swo­imi pra­cow­ni­ka­mi, gdyż mo­gło­by to pro­wa­dzić do zbyt­nie­go spo­ufa­le­nia. Wik­tor Alek­sie­je­wicz urzą­dził swe­mu na­stęp­cy mały eg­za­min: je­śli przyj­miesz za­pro­sze­nie, weź­miesz udział we wspól­nej po­pi­ja­wie i za­cho­wasz się nie­sto­sow­nie, zna­czy, żeś du­reń i idziesz na ła­twi­znę; je­śli nie przyj­miesz, wy­stra­szysz się – je­steś prze­wi­du­ją­cy, prze­zor­ny, ale tchórz­li­wy. Ale sko­ro przyj­dziesz, bę­dziesz pił ra­zem ze wszyst­ki­mi, a mimo to po­tra­fisz za­cho­wać dy­stans – zna­czy, że się na­da­jesz, moż­na cię za­ak­cep­to­wać. Miel­nik chy­ba nie był pe­wien, jak po­stą­pić, i szu­kał mo­ral­ne­go wspar­cia u dwoj­ga pod­wład­nych, któ­rzy aku­rat się na­wi­nę­li.

– Zlek­ce­wa­żyć za­pro­sze­nia nie moż­na, co do tego ma pan ra­cję – ze źle ukry­wa­ną zło­śli­wą sa­tys­fak­cją po­wie­dział Ko­rot­kow. – Zwłasz­cza że lu­dzie mogą po­my­śleć, że nie umie pan pić, i pań­skie ak­cje od razu spad­ną. Wik­tor Alek­sie­je­wicz daje panu szan­sę za­pre­zen­to­wa­nia się i zdo­by­cia na­sze­go sza­cun­ku.

– No cóż… – rzekł z uśmie­chem Pa­ni­sko. – Sko­ro tak pan sta­wia spra­wę, to oczy­wi­ście przyj­dę. Chcia­łem się za­cho­wać tak­tow­nie, ro­zu­miem prze­cież, że je­stem dla was czło­wie­kiem ob­cym, któ­re­go nie­chęt­nie się wi­dzi w wą­skim gro­nie przy­ja­ciół. Ale sko­ro za­miast ser­decz­ne­go po­że­gna­nia z sze­fem za­mier­za­cie mi urzą­dzić oglę­dzi­ny, nie mam pra­wa się uchy­lać. Wszy­scy rano otrzy­ma­li za­da­nia do wy­ko­na­nia, więc o szó­stej po po­łu­dniu pro­szę mi za­mel­do­wać, co zo­sta­ło zro­bio­ne, a co nie, i dla­cze­go. Tym­cza­sem że­gnam.

Na­stia i Ko­rot­kow w osłu­pie­niu pa­trzy­li na za­my­ka­ją­ce się za Miel­ni­kiem drzwi.

– A jed­nak – ode­zwał się w koń­cu Jura. – Fa­cet z cha­rak­te­rem.

– Czy ja wiem… Cie­ka­we, czy ten po­po­łu­dnio­wy ra­port ma w re­per­tu­arze przez cały se­zon, czy tyl­ko dziś, w dniu pre­mie­ry?

– Zo­ba­czy­my. Do­bra, Aśka, będę le­ciał, ro­bo­ty mam po uszy. Chcia­łaś może cze­goś ode mnie?

– Obie­ca­łeś mi in­for­ma­cje na te­mat po­przed­nich miejsc pra­cy wszyst­kich ofiar du­si­cie­la w ostat­nich pię­ciu la­tach. Po­nie­waż ofi­cjal­nie po­win­ni się tym zaj­mo­wać Sie­łu­ja­now i Misz­ka, a nie ty, ja też mogę coś dla cie­bie zro­bić, żeby się od­wdzię­czyć.

– Na­pisz za mnie spra­woz­da­nie z de­le­ga­cji, do­brze? Opo­wie­dzia­łem ci ze szcze­gó­ła­mi o wszyst­kim, co zdzia­ła­łem w Kra­sno­da­rze. A mnie tyle wy­sił­ku kosz­tu­je ta pi­sa­ni­na, że coś strasz­ne­go! Wo­lał­bym za­jąć się ja­kąś po­ży­tecz­niej­szą ro­bo­tą. Na przy­kład two­imi udu­szo­ny­mi.

– Zgo­da – mruk­nę­ła Na­stia.

Tak, za cza­sów Gor­die­je­wa czę­sto tak ro­bi­li. Dla Pącz­ka za­wsze naj­waż­niej­szy był re­zul­tat, więc po­zwa­lał pod­wład­nym tak dzie­lić po­mię­dzy sie­bie za­da­nia, żeby spra­wy po­su­wa­ły się szyb­ko, spraw­nie, a wszel­kie dzia­ła­nia przy­no­si­ły kon­kret­ny sku­tek. Ale jak się do tego od­nie­sie Pa­ni­sko? Wik­tor Alek­sie­je­wicz trak­to­wał ze zro­zu­mie­niem fakt, że Ko­rot­kow, po­dob­nie zresz­tą jak Kola Sie­łu­ja­now, nie cier­pi pa­pier­ko­wej ro­bo­ty i każ­de zda­nie pi­sem­nych ra­por­tów wy­du­sza z sie­bie z nie­wia­ry­god­nym wręcz tru­dem, tra­cąc na to mnó­stwo sił i cza­su. Do­sko­na­le wie­dział, że bar­dzo czę­sto pi­sze je za nie­go Ka­mień­ska, któ­rej przy­cho­dzi to bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. Ana­sta­zja na­to­miast, zna­na ze swe­go fan­ta­stycz­ne­go wprost le­ni­stwa i nie­chę­ci do jeż­dże­nia po mie­ście, wie­le razy ko­rzy­sta­ła z usług ko­le­gów przy zdo­by­wa­niu roz­ma­itych in­for­ma­cji.

*

Dzień mi­jał jak zwy­kle. Do­pie­ro o siód­mej wie­czo­rem zda­rzy­ło się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go. Na biur­ku Na­sti za­brzę­czał dzwo­nek we­wnętrz­ne­go te­le­fo­nu i głos Pa­ni­ska za­py­tał:

– Czy dys­po­nu­je pani rocz­ną in­for­ma­cją w roz­bi­ciu na okrę­gi?

– Na ra­zie nie. Wszyst­kie po­trzeb­ne ma­te­ria­ły są go­to­we, trze­ba je tyl­ko ze­brać ra­zem i spo­rzą­dzić wy­kre­sy uła­twia­ją­ce po­rów­na­nie – od­par­ła Na­stia, z ca­łych sił sta­ra­jąc się ukryć zdu­mie­nie.

– Taka in­for­ma­cja po­trzeb­na mi jest na­tych­miast. Ma pani na jej przy­go­to­wa­nie dwa­dzie­ścia mi­nut.

I ko­niec. Ani cie­nia wąt­pli­wo­ści, że po­le­ce­nie zo­sta­nie wy­ko­na­ne. Ale jak to zro­bić? Trze­ba czym prę­dzej zna­leźć wol­ny kom­pu­ter, i to nie pierw­szy z brze­gu, tyl­ko taki, w któ­rym są pro­gra­my umoż­li­wia­ją­ce two­rze­nie wy­kre­sów i ta­bel. Mio­ta­jąc się po ogrom­nym bu­dyn­ku GUWD2 w po­szu­ki­wa­niu kom­pu­te­ra i bła­ga­jąc, by do­pusz­czo­no ją do nie­go cho­ciaż na pół go­dzi­ny, po czym w go­rącz­ko­wym po­śpie­chu ukła­da­jąc tekst i wpro­wa­dza­jąc dane po­trzeb­ne do opra­co­wa­nia wy­kre­sów, Na­stia, peł­na wąt­pli­wo­ści, za­da­wa­ła so­bie w my­ślach py­ta­nie: ale wła­ści­wie po co to wszyst­ko? I cze­mu tak na­gle? Naj­wi­docz­niej przy­szedł z mi­ni­ster­stwa ko­lej­ny okól­nik, szy­ku­je się ko­le­gium pod­su­mo­wu­ją­ce ca­ło­rocz­ne wy­ni­ki. Żad­ne­go in­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia dla na­ci­sku zwierzch­ni­ka Na­stia nie po­tra­fi­ła zna­leźć. Rocz­na in­for­ma­cja, na któ­rej przy­go­to­wa­nie do­sta­ła dwa­dzie­ścia mi­nut, do ni­cze­go wię­cej nie mo­gła być po­trzeb­na. I to jesz­cze w roz­bi­ciu na okrę­gi… Cho­ciaż, z dru­giej stro­ny, chy­ba to nie dla mi­ni­ster­stwa, mi­ni­ster­stwo zaj­mu­je się Ro­sją jako ca­ło­ścią, a więc dane do­ty­czą­ce okrę­gów miej­skich nie mają dla nie­go zna­cze­nia. Tam roz­pa­tru­je się wszyst­ko w ska­li ca­łych ob­wo­dów. Naj­praw­do­po­dob­niej za­tem cho­dzi o kie­row­nic­two GUWD. Co też zresz­tą wy­da­je się za­ska­ku­ją­ce, jako że kie­row­nic­two GUWD nig­dy spe­cjal­nie się nie in­te­re­so­wa­ło pra­cą ana­li­ty­ków. To zna­czy, oczy­wi­ście, stwa­rza­ło po­zo­ry, że jest in­a­czej, i za­trud­nia­ło spe­cja­li­stów w tej dzie­dzi­nie, ale po­ziom owej ana­li­ty­ki był… ech, szko­da ga­dać. Sam fakt, że kie­row­nic­two cał­ko­wi­cie za­do­wa­lał ten stan rze­czy, świad­czył o tym, że nie sta­wia wiel­kich wy­ma­gań i nie wią­że z pra­cą ana­li­ty­ków szcze­gól­nych na­dziei, ra­czej lek­ce­wa­ży ją, ceni bar­dzo ni­sko i nie do­strze­ga w niej żad­ne­go sen­su. Mu­sia­ło się więc rze­czy­wi­ście wy­da­rzyć coś eks­tra, je­śli żą­da­no tak pil­nie ma­te­ria­łu ana­li­tycz­ne­go.Oczy­wi­ście w wy­zna­czo­nym przez zwierzch­ni­ka cza­sie Na­stia się nie zmie­ści­ła. Z dwu­dzie­stu przy­dzie­lo­nych na wy­ko­na­nie za­da­nia mi­nut pięt­na­ście upły­nę­ło na po­szu­ki­wa­niach wol­ne­go kom­pu­te­ra. Po dal­szych pię­ciu ma­jor Ka­mień­ska, jako oso­ba zdy­scy­pli­no­wa­na, za­dzwo­ni­ła do Pa­ni­ska i za­mel­do­wa­ła, że in­for­ma­cja nie jest jesz­cze go­to­wa, a ona Na­stia, po­trze­bu­je na ukoń­cze­nie pra­cy do­dat­ko­wych dwu­dzie­stu, może dwu­dzie­stu pię­ciu mi­nut. Pa­ni­sko mil­czał chwi­lę, po czym oznaj­mił, że cze­ka na moż­li­wie jak naj­szyb­sze do­star­cze­nie ma­te­ria­łu, ale głos miał taki, jak­by się wła­śnie do­wie­dział, że przez cały rok nie będą mu wy­pła­cać pen­sji. Na­stia ro­zu­mia­ła nie­za­do­wo­le­nie sze­fa i de­ner­wo­wa­ła się, że opóź­nia wy­ko­na­nie pil­ne­go za­da­nia, co nie po­zwa­la­ło jej się sku­pić – my­li­ła się, a to wpra­wia­ło ją w jesz­cze więk­szą iry­ta­cję. W koń­cu ma­te­riał zo­stał opra­co­wa­ny, Na­stia wy­dru­ko­wa­ła go, wło­ży­ła ar­ku­sze do tecz­ki i po­mknę­ła do ga­bi­ne­tu Miel­ni­ka. Trzy­dzie­ści me­trów przed drzwia­mi zwol­ni­ła kro­ku, usi­łu­jąc wy­rów­nać od­dech, by nie po­ja­wić się przed ob­li­czem sze­fa za­czer­wie­nio­na, roz­czo­chra­na i za­sa­pa­na, tym bar­dziej że w po­ko­ju może być rów­nież ktoś obcy.

Za­pu­ka­ła dys­kret­nie, po czym we­szła do ga­bi­ne­tu, któ­ry tak wie­le lat zaj­mo­wał Wik­tor Alek­sie­je­wicz Gor­die­jew, i osłu­pia­ła. Za biur­kiem, na miej­scu Gor­die­je­wa, sie­dział oczy­wi­ście Wła­di­mir Bo­ri­so­wicz Miel­nik, ale w tym aku­rat nie było nic dziw­ne­go. Jed­nak­że czło­wie­ka, któ­ry za­jął jed­no z krze­seł sto­ją­cych przy sto­le kon­fe­ren­cyj­nym, Na­stia ab­so­lut­nie nie spo­dzie­wa­ła się tu uj­rzeć, cho­ciaż wie­dzia­ła, że bywa na Pie­trow­ce, i to nie­rzad­ko. Czyż­by to ze wzglę­du na nie­go Pa­ni­sko tak ją po­ga­niał? Nie, to nie­moż­li­we, po­my­śla­ła Na­stia. Lo­nia na pew­no przy­szedł w ja­kichś swo­ich spra­wach, a ko­niecz­ność pil­ne­go przed­sta­wie­nia ma­te­ria­łów ana­li­tycz­nych wy­nik­nę­ła nie­za­leż­nie. Obie rze­czy po pro­stu zbie­gły się w cza­sie.

– Pro­szę bar­dzo, Wła­di­mi­rze Bo­ri­so­wi­czu – po­wie­dzia­ła, pod­cho­dząc do biur­ka sze­fa i po­da­jąc mu tecz­kę z ma­te­ria­ła­mi.

– Bar­dzo dłu­go to trwa­ło – rzekł su­cho Miel­nik. – Czy w pani pod­od­dzia­le za­wsze no­tu­je się taki po­ziom ope­ra­tyw­no­ści?

– Nie, zwy­kle bywa jesz­cze niż­szy – po­dob­nym to­nem po­in­for­mo­wa­ła Na­stia. – Dzi­siaj sta­ra­łam się pra­co­wać szyb­ciej, żeby zro­bić do­bre wra­że­nie. To­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, gdy­by na moim biur­ku stał kom­pu­ter, dane by­ły­by go­to­we w cią­gu dzie­się­ciu mi­nut. Mu­sia­łam jed­nak szu­kać miej­sca, gdzie mo­gła­bym wy­ko­nać za­da­nie. Lwią część cza­su, któ­ry mi pan wy­zna­czył, stra­ci­łam na bie­ga­ni­nę po ko­ry­ta­rzach.

Usi­ło­wa­ła nie pa­trzeć na Le­oni­da Pie­tro­wi­cza. Za­po­mnieć, że to jej oj­czym. Że to mąż jej mat­ki. Za­po­mnieć, że to czło­wiek, któ­ry ją wy­cho­wy­wał od naj­młod­szych lat i któ­re­go ona go­rą­co ko­cha­ła, i całe ży­cie na­zy­wa­ła oj­cem. Za­po­mnieć, że wi­dzie­li się za­le­d­wie kil­ka dni temu, a w naj­bliż­szą so­bo­tę mama i Lo­nia ocze­ku­ją jej ra­zem z mę­żem na obie­dzie. Na­sti było nie­przy­jem­nie, że zo­sta­ła skar­co­na w obec­no­ści oj­czy­ma.

– Czy mogę odejść, Wła­di­mi­rze Bo­ri­so­wi­czu?

– Tak, pro­szę. – Miel­nik kiw­nął gło­wą, nie pa­trząc na Ana­sta­zję.

Na­stia wró­ci­ła do swe­go po­ko­ju, w środ­ku cała aż ki­piąc z wście­kło­ści. Żeby cho­ciaż po­wie­dział „dzię­ku­ję”, pa­lant. Cie­ka­we, czy wie, co ją łą­czy z Lo­nią, czy nie. Ra­czej nie, w prze­ciw­nym ra­zie nie­wąt­pli­wie rzu­cił­by ja­kiś try­wial­ny żar­cik na ten te­mat. Na­stia nie mia­ła jesz­cze na ra­zie oka­zji prze­te­sto­wa­nia po­czu­cia hu­mo­ru no­we­go zwierzch­ni­ka, ale w głę­bi du­szy była już prze­ko­na­na, że dow­ci­py Pa­ni­ska mu­szą być pła­skie.

Pró­bo­wa­ła wziąć się w garść i uspo­ko­ić. Wło­ży­ła grzał­kę do wy­so­kie­go por­ce­li­to­we­go kub­ka z wodą i włą­czy­ła do kon­tak­tu. Trze­ba się na­pić kawy i wró­cić do rów­no­wa­gi. Boże, dla­cze­go Pą­czek od nich od­szedł? Od­szedł, po­zo­sta­wia­jąc ich na pa­stwę tego… Za­czę­ła w my­śli szu­kać do­sta­tecz­nie zja­dli­we­go epi­te­tu, ale nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy. Pa­ni­sko, nic do­dać, nic ująć. Trud­no o lep­sze okre­śle­nie.

Woda w kub­ku wła­śnie za­czę­ła wrzeć, kie­dy drzwi się otwo­rzy­ły. W pro­gu stał Le­onid Pie­tro­wicz. Wy­glą­dał jed­no­cze­śnie na zmie­sza­ne­go i roz­ba­wio­ne­go.

– Cześć, tat­ku – po­wi­ta­ła go Na­stia z uśmie­chem. – Na­pi­jesz się kawy?

– Może być.

Oj­czym zdjął ko­żu­szek, rzu­cił go nie­dba­le na wol­ne biur­ko w ką­cie i pod­szedł do Na­sti, żeby ją uca­ło­wać.

– Ejże, je­steś cała spo­co­na – skon­sta­to­wał za­tro­ska­ny, do­tknąw­szy usta­mi jej czo­ła. – Coś ci do­le­ga?

– Nie, nie przej­muj się. To z tego ca­łe­go za­mie­sza­nia i ze zło­ści. No i jak ci się po­do­bał nasz sa­tra­pa? Dwa­dzie­ścia mi­nut, choć­byś miał sta­nąć na gło­wie. Nie wiesz, skąd na­gle taki po­żar?

– Dziec­ko, nie gnie­waj się… – Le­onid Pie­tro­wicz był wy­raź­nie zmie­sza­ny. – To dla mnie.

– Co dla cie­bie? – nie zro­zu­mia­ła Na­stia. – Te dane dla cie­bie?

– No tak. By­wam prze­cież u was re­gu­lar­nie co mie­siąc i pro­szę o wszyst­kie ma­te­ria­ły, któ­re moż­na wy­ko­rzy­stać w toku na­ucza­nia. Cho­dzi o jak naj­lep­szą ilu­stra­cję róż­nych za­gad­nień, kon­kret­ne przy­kła­dy. Przy­sze­dłem do Gor­die­je­wa, nic nie wie­dzia­łem, że od dziś ma­cie no­we­go sze­fa. Wspo­mi­na­łaś mi, że Wik­tor ma odejść, ale nie są­dzi­łem, że tak szyb­ko… Sło­wem, wcho­dzę do ga­bi­ne­tu, pa­trzę – a tu ja­kiś nie­zna­jo­my. Przed­sta­wi­łem się i wy­ja­śni­łem, po co przy­cho­dzę. A ten od razu za­czął na­ci­skać gu­zi­ki i wy­da­wać dys­po­zy­cje. Sło­wo daję, że go o to nie pro­si­łem, a tym bar­dziej nie na­le­ga­łem, żeby ma­te­ria­ły do­star­czo­no mi w cią­gu dwu­dzie­stu mi­nut. To była jego ini­cja­ty­wa.

– No ja­sne – rzu­ci­ła ze zło­ścią Na­stia. – On wy­ka­zał ini­cja­ty­wę, a ty z za­do­wo­le­niem ją pod­trzy­ma­łeś. Pew­nie ci się bar­dzo spodo­ba­ło, że on z two­je­go po­wo­du na­ci­ska gu­zi­ki i każe lu­dziom wy­cho­dzić z sie­bie, cho­ciaż to wca­le nie jest ko­niecz­ne. Tat­ku, nig­dy cię nie po­dej­rze­wa­łam o ta­kie ja­śnie­pań­skie za­pę­dy. Dla­cze­go go nie przy­sto­po­wa­łeś? Mo­głeś po­wie­dzieć, że to nic pil­ne­go. Albo po pro­stu zre­zy­gno­wać i wyjść. Cze­mu po­zwo­li­łeś, żeby się na mnie wy­ży­wał? I w ogó­le dla­cze­go do nie­go po­sze­dłeś? Prze­cież wiesz, że te ze­sta­wie­nia ro­bię ja, i za­wsze bra­łeś je wła­śnie ode mnie, a nie wy­stę­po­wa­łeś o nie dro­gą ofi­cjal­ną.

– Dzie­ci­no, nie złość się. Skąd mo­głem wie­dzieć, że to dla cie­bie taka skom­pli­ko­wa­na spra­wa?

– Nie cho­dzi o to, czy skom­pli­ko­wa­na, czy nie! – wy­buch­nę­ła. – Na­wet je­że­li nie, dla­cze­go miał­byś po­zwo­lić mu się zgry­wać na Bóg wie ja­kie­go waż­nia­ka? Czy cie­bie sa­me­go to nie mier­zi? Prze­cież to ty­po­we ma­nie­ry su­ro­we­go bos­sa, obrzy­dli­we, cham­skie za­gra­nia, a ty jesz­cze go pod­krę­casz i z sa­tys­fak­cją uczest­ni­czysz w tym przed­sta­wie­niu!

Prze­pra­szam cię, ta­tuś­ku, ale po to­bie nig­dy bym się tego nie spo­dzie­wa­ła.

Le­onid Pie­tro­wicz uśmiech­nął się po­jed­naw­czo i się­gnął po pa­pie­ro­sa.

– Prze­stań już, dzie­ci­no – po­wie­dział spo­koj­nie. – Miel­nik nie przy­padł ci do gu­stu, to wi­dać na ki­lo­metr, dla­te­go wszyst­ko masz mu za złe. Tyle lat pra­cu­jesz po­śród sa­mych męż­czyzn i jesz­cze się nie na­uczy­łaś, co to ta­kie­go mę­skie gier­ki. Tak, fa­cet ma sa­tys­fak­cję, że może na­ci­skać gu­zi­ki i wy­da­wać po­le­ce­nia, któ­re mu­szą być nie­zwłocz­nie wy­ko­na­ne. No i co w tym złe­go? Tak, mnie też było przy­jem­nie, że dla mnie, kie­row­ni­ka ka­te­dry, twój szef tak się sta­ra. Je­ste­śmy męż­czy­zna­mi, mamy swój punkt wi­dze­nia, swo­je za­sa­dy. Nie po­win­naś nas za to po­tę­piać. I prze­stań za­cho­wy­wać się aro­ganc­ko wo­bec zwierzch­ni­ka, to nie­pro­fe­sjo­nal­ne. Mu­sisz umieć się opa­no­wać. No co, skoń­czy­łaś już na dziś?

– Na ra­zie nie. Jesz­cze wcze­śnie. Mam kupę spraw do za­ła­twie­nia.

– Może jed­nak? Pod­rzu­cił­bym cię do me­tra. Co?

– Nie, ta­tuś­ku. – Na­stia też już za­czę­ła się uśmie­chać.

– Dzię­ki. Po­pra­cu­ję jesz­cze tro­chę. Poza tym Pą­czek wy­da­je dziś bal po­że­gnal­ny, wy­bie­ra­my się wszy­scy do nie­go.

– Nie za­po­mnia­łaś o so­bo­cie?

– Ale skąd! – żach­nę­ła się Na­stia. – Losz­ka o ni­czym in­nym nie ma­rzy, tyl­ko o two­ich sma­żo­nych kur­czę­tach.

– Kie­dy leci?

– Za ty­dzień.

– Na trzy mie­sią­ce?

– Tro­chę mniej. Wra­ca pod ko­niec mar­ca.

– Nie bę­dziesz tę­sk­nić?

Na­stia pod­nio­sła na oj­czy­ma zdzi­wio­ny wzrok.

– Tato, prze­cież mnie znasz.

– Znam, znam – wes­tchnął Le­onid Pie­tro­wicz. – Cho­dzisz jak kot wła­sny­mi dro­ga­mi. Na­wet za mamą nie tę­sk­ni­łaś, kie­dy miesz­ka­ła za gra­ni­cą. Do­brze, je­że­li nie chcesz ze mną je­chać, to już pój­dę. W so­bo­tę o pią­tej, nie za­po­mnij.

Uca­ło­wał Na­stię, wło­żył ko­żu­szek i wy­szedł.

Zro­bi­ło jej się smut­no. Oto jak nowy szef za­czy­na po­ka­zy­wać pa­zur­ki. Oczy­wi­ście, to miłe, że nie lek­ce­wa­ży me­tod na­uko­wych, co od daw­na ucho­dzi za rzecz w do­brym to­nie, i po­trak­to­wał po­waż­nie spra­wę do­star­cze­nia ma­te­ria­łów dla ka­te­dry dzia­łań ope­ra­cyj­no-śled­czych jed­nej z wyż­szych uczel­ni mi­li­cyj­nych. Kto inny skrzy­wił­by się tyl­ko i pró­bo­wał się ja­koś wy­kpić od proś­by na­trę­ta, ale on – nie. Cóż, czas po­ka­że, jaki jest na­praw­dę Wła­di­mir Bo­ri­so­wicz Miel­nik. Cho­ciaż Gor­die­jew i tak był lep­szy. Gor­die­jew to Gor­die­jew. Nie wy­pa­da go na­wet po­rów­ny­wać z ni­kim in­nym.

Oko­ło ósmej wie­czór zja­wił się Jura Ko­rot­kow z miną nie­pew­ną i za­nie­po­ko­jo­ną. Pięt­na­ście mi­nut szcze­gó­ło­wo re­la­cjo­no­wał Na­sti ży­cio­ry­sy ofiar ta­jem­ni­cze­go du­si­cie­la. Na­stia słu­cha­ła uważ­nie, no­to­wa­ła, sta­wia­ła ja­kieś znacz­ki w swo­ich wy­kre­sach. Do­tych­czas nie na­tra­fi­li na ża­den trop. Nie było ani jed­nej ce­chy wspól­nej, któ­ra łą­czy­ła­by wszyst­kie sie­dem za­bójstw. Oprócz tej, na­tu­ral­nie, że do­ko­na­no ich póź­nym wie­czo­rem w opu­sto­sza­łych bra­mach.

Na­stia sprząt­nę­ła pa­pie­ry z biur­ka i wsta­ła.

– Na ra­zie nic nie mamy, Ju­rik. Do­bra, jedź­my do Pącz­ka, może pod wpły­wem al­ko­ho­lu ja­kaś od­kryw­cza myśl przyj­dzie nam do gło­wy.

*

Ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie dzia­ła­ło spraw­nie, więc mimo ostre­go mro­zu kie­row­ca i pa­sa­żer byli w roz­pię­tych pal­tach i bez rę­ka­wi­czek.

– No cóż, gra­tu­lu­ję pierw­szych ab­sol­wen­tów – mó­wił pa­sa­żer, zwró­co­ny bo­kiem do kie­row­cy. – O ile wiem, wszyst­ko po­szło do­brze. Jak za­mier­za­cie prze­pro­wa­dzić ko­lej­ną re­kru­ta­cję?

– Z tym wła­śnie są pro­ble­my, Wi­ta­li­ju Ar­ka­dje­wi­czu. Mój za­stęp­ca na­le­ga, by za­sto­so­wać inne za­sa­dy na­bo­ru. Upie­ra się też przy in­nym sys­te­mie kształ­ce­nia. Nie mam ar­gu­men­tów, któ­re po­zwo­li­ły­by mi go prze­ko­nać.

– Jak to nie masz ar­gu­men­tów? – zdzi­wił się pa­sa­żer.

– Czy uwień­czo­na suk­ce­sem me­to­da na­ucza­nia, za­sto­so­wa­na wo­bec pierw­szej gru­py to nie­wy­star­cza­ją­cy ar­gu­ment?

– Nie­ste­ty, nie. Na ra­zie nie – uści­ślił kie­row­ca. – Ab­sol­wen­ci zda­li je­dy­nie koń­co­wy eg­za­min, ale jak się spraw­dzą, że tak po­wiem, w wa­run­kach po­lo­wych, nie wia­do­mo. Chciał­bym wie­rzyć, że obej­dzie się bez wpa­dek.

– A co su­ge­ru­je twój za­stęp­ca?

– Zie­le­nin jest prze­ciw­ny temu, żeby przy­go­to­wy­wać lu­dzi w sys­te­mie ko­sza­ro­wym. Uwa­ża, że za­kłó­ca się w ten spo­sób pro­ces so­cja­li­za­cji, że z chwi­lą gdy wy­izo­lo­wu­je się czło­wie­ka ze spo­łe­czeń­stwa i zwy­kłe­go, co­dzien­ne­go ży­cia, sta­je się on ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści, nie­przy­sto­so­wa­ny. Oso­bi­ście nie je­stem zwo­len­ni­kiem ta­kie­go po­glą­du, ale mój za­stęp­ca od wie­lu lat zaj­mu­je się na­ucza­niem i trud­no mi się z nim spie­rać. Za­czy­na przy­ta­czać ta­kie przy­kła­dy… Krót­ko mó­wiąc, chciał­bym pro­sić, żeby pan pod­jął de­cy­zję w tej spra­wie.

– Jaką zno­wu de­cy­zję? Ty je­steś sze­fem. Ty rzą­dzisz. Nie po­tra­fisz swo­je­go za­stęp­cy przy­wo­łać do po­rząd­ku? Je­że­li nie, to ża­den z cie­bie zwierzch­nik.

– Wi­ta­li­ju Ar­ka­dje­wi­czu, to nie ta­kie pro­ste. Zie­le­nin cie­szy się du­żym po­par­ciem w pań­skim śro­do­wi­sku. Pro­szę pa­mię­tać, że to nie ja go wy­szu­ka­łem – pan mi go po­le­cił. I po­wie­dział pan, że Zie­le­nin to kan­dy­dat pań­skie­go sze­fa. Był­bym zo­bo­wią­za­ny, gdy­by pan ja­koś do­szedł do po­ro­zu­mie­nia z Zie­le­ni­nem.

– Do­brze, po­ga­dam z nim. Ale to­bie też coś po­wiem: to nie w po­rząd­ku, kie­dy szef boi się swo­je­go za­stęp­cy. Po­win­no być na od­wrót. Za­trzy­maj się na rogu, da­lej pój­dę pie­szo.

Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz ocię­ża­le wy­gra­mo­lił się z sa­mo­cho­du i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ru­szył w stro­nę du­że­go bu­dyn­ku przy Na­brze­żu Kra­sno­prie­snień­skim. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sie­dział już w swo­im ga­bi­ne­cie, wy­ło­żo­nym dę­bo­wą bo­aze­rią.

– Przej­rzy pan pocz­tę, Wi­ta­li­ju Ar­ka­dje­wi­czu? – za­py­ta­ła uro­dzi­wa se­kre­tar­ka.

– Odłóż to – za­rzą­dził, po­pie­ra­jąc swe sło­wa wład­czym ge­stem – i zrób mi her­ba­ty, bo zmar­z­łem. Z warsz­ta­tu nie dzwo­ni­li w spra­wie sa­mo­cho­du?

– Dzwo­ni­li. Trze­ba wy­mie­nić prze­ry­wacz. Wie­czo­rem wóz bę­dzie go­to­wy.

– To do­brze. – Ski­nął ma­je­sta­tycz­nie gło­wą. – Nie­zręcz­nie mi już fa­ty­go­wać zna­jo­mych, wciąż pro­sić o pod­wie­zie­nie.

Se­kre­tar­ka wy­szła, a Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz chwi­lę się za­sta­na­wiał, po czym pod­niósł słu­chaw­kę bez­po­śred­nie­go te­le­fo­nu.

– Wa­si­li­ju Wa­le­ria­no­wi­czu – rzekł ofi­cjal­nym to­nem – po­zwo­li pan, że przyj­dę?

Tak w ogó­le to Wa­si­lij Wa­le­ria­no­wicz był dla nie­go po pro­stu Wa­sią, ale Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz znał oby­cza­je swe­go sze­fa, któ­ry lu­bił roz­ma­wiać przez gło­śno mó­wią­cy te­le­fon. I je­śli w tej chwi­li w ga­bi­ne­cie Wasi ktoś aku­rat był, to wca­le nie mu­siał wie­dzieć, że dwóch pra­cow­ni­ków agend rzą­do­wych łą­czą tak nie­for­mal­ne sto­sun­ki.

Wa­si­lij Wa­le­ria­no­wicz, wy­so­ki, chu­dy, z dłu­gą, po­bruż­dżo­ną twa­rzą i w oku­la­rach w gru­bej opra­wie, przy­wi­tał go uśmie­chem, któ­ry miał na za­wo­ła­nie. Uśmie­chał się za­wsze, na­wet kie­dy był zły, ba, wście­kły. Uśmiech był ja­kiś krzy­wy. Nie­licz­ni tyl­ko wie­dzie­li, że to na­stęp­stwo mi­kro­wy­le­wu sprzed kil­ku lat.

– Mu­szę z tobą po­ga­dać o pro­gra­mie – za­czął Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz, usa­do­wiw­szy się w nie­wy­god­nym, za twar­dym fo­te­lu. – Pierw­szy etap zo­stał za­koń­czo­ny, pora przejść do dru­gie­go. I tu wy­ła­nia­ją się pew­ne pro­ble­my.

– Ja­kie­go ro­dza­ju?

– Sto­ja­no­wo­wi nie ukła­da­ją się sto­sun­ki z two­im pro­te­go­wa­nym, Zie­le­ni­nem. Mają od­mien­ne kon­cep­cje co do me­tod re­ali­za­cji pro­gra­mu. Trze­ba by zni­we­lo­wać te róż­ni­ce po­glą­dów, Wa­sia, za­nim obaj we­zmą się za łby. Po­wiedz, masz wo­bec tego Zie­le­ni­na ja­kieś zo­bo­wią­za­nia?

– Na­tu­ral­nie – wy­ce­dził przez zęby Wa­si­lij Wa­le­ria­no­wicz.

– In­a­czej bym go nie po­le­cał. O ja­kie róż­ni­ce po­glą­dów cho­dzi? Nie są za­do­wo­le­ni z upo­sa­że­nia, tak?

– Nie idzie o pie­nią­dze, Wa­sia. Pen­sje mają jed­na­ko­we. Rzecz w po­dej­ściu do ca­łe­go przed­się­wzię­cia. Na pierw­szym eta­pie po­zwo­li­li­śmy Sto­ja­no­wo­wi re­ali­zo­wać je tak, jak to sam pro­po­no­wał. Te­raz Zie­le­nin upie­ra się przy tym, że spo­sób re­kru­ta­cji kadr i me­to­dy kształ­ce­nia mu­szą być zmie­nio­ne. Sto­ja­now.

Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz za­wa­hał się. Nie chciał być nie­szcze­ry wo­bec Wa­si­li­ja, zna­li się zbyt dłu­go i zbyt do­brze, by się ba­wić w kot­ka i mysz­kę. Ale żeby Sto­ja­now, jego pro­te­go­wa­ny, pod­padł, tak­że nie chciał.

– No więc co Sto­ja­now? – znie­cier­pli­wił się Wa­si­lij.

– Od­nio­słem wra­że­nie – za­czął znów ostroż­nie Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz – że Sto­ja­now zga­dza się ze swo­im za­stęp­cą. Ro­zu­miesz? W głę­bi du­szy się z nim zga­dza. Uzna­je jego ra­cje. Ale nie chce tego przy­znać gło­śno. No, sam wiesz, ta­kie tam mę­skie gier­ki. Nie wol­no zga­dzać się z za­stęp­cą, któ­ry zaj­mu­je prze­ciw­ne sta­no­wi­sko. To nie­słusz­ne z punk­tu wi­dze­nia tego, kto spra­wu­je wła­dzę. Dla­te­go Sto­ja­now chce, żeby de­cy­zja przy­szła z góry. Wte­dy bę­dzie mógł za­cho­wać twarz.

– Wi­dzisz go! – mruk­nął Wa­si­lij. – I kto niby miał­by wy­dać tę de­cy­zję? Cho­dzi ci o to, że­bym ja to zro­bił?

– A któż by inny? Oczy­wi­ście że ty. Zie­le­nin to twój czło­wiek. Moje sło­wo dla nie­go nic nie zna­czy.

– A Sto­ja­now – twój – przy­po­mniał Wa­si­lij.

– Ale ty kie­ru­jesz re­ali­za­cją pro­gra­mu. To był twój po­mysł, two­je uko­cha­ne dzie­cię. I ty, Wa­sia, po­wi­nie­neś roz­strzy­gnąć, w jaki spo­sób prze­pro­wa­dzić dru­gą re­kru­ta­cję. Tak jak chce Zie­le­nin czy tak jak Sto­ja­now.

Wa­si­lij Wa­le­ria­no­wicz, któ­ry do­tąd prze­cha­dzał się w za­my­śle­niu po ob­szer­nym ga­bi­ne­cie, sta­nął i przy­siadł na skra­ju dłu­gie­go biur­ka.

– Wi­ta­lij, ro­zu­miem, o co ci cho­dzi. Bo­isz się wziąć na sie­bie od­po­wie­dzial­ność, po­nie­waż nie czu­jesz się w tej dzie­dzi­nie pro­fe­sjo­na­li­stą. Ale i ja tak­że nie je­stem kom­pe­tent­ny. Wła­śnie dla­te­go po­sta­wi­li­śmy na cze­le tego przed­się­wzię­cia Sto­ja­no­wa i Zie­le­ni­na, któ­rzy do­brze zna­ją się na rze­czy. Ani ty, ani ja nie mo­że­my roz­są­dzić, któ­ry z nich dwóch ma ra­cję.

– Ale zmar­no­wać dru­giej re­kru­ta­cji tak­że nam nie wol­no – wtrą­cił Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz.

– No wła­śnie. – Wa­si­lij kiw­nął gło­wą. – Dla­te­go trze­ba pod­jąć stra­te­gicz­ną de­cy­zję. My­ślę, że bez wzglę­du na to, jak bę­dzie prze­pro­wa­dzo­na dru­ga re­kru­ta­cja, my nie po­win­ni­śmy na­ra­żać na szwank sa­mej idei pro­gra­mu. Nie za­po­mi­naj, że wpraw­dzie ja go opra­co­wa­łem, ale pie­nią­dze na re­ali­za­cję dają inni. Je­śli nie bę­dzie do­ta­cji, nie bę­dzie pro­gra­mu. Zie­le­nin to nie po pro­stu mój czło­wiek. Po­le­ci­li mi go spon­so­rzy na­sze­go przed­się­wzię­cia. I je­śli Sto­ja­now za­cznie z nim wo­jo­wać, wyj­dzie nam to bo­kiem.

– Ale Sto­ja­no­wa też nie na­le­ży się po­zby­wać – skon­tro­wał Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz. – Fa­cet ma doj­ścia do sa­mej góry, do­brze o tym wiesz.

– Wiem.

Wa­si­lij Wa­le­ria­no­wicz znów pod­jął spa­cer po ga­bi­ne­cie.

– Dla­te­go pro­po­nu­ję…

Już po upły­wie kil­ku mi­nut Wi­ta­lij Ar­ka­dje­wicz wy­raź­nie po­we­se­lał. To, co przed­sta­wił jego sta­ry przy­ja­ciel, było skom­pli­ko­wa­ną, wie­lo­wąt­ko­wą in­try­gą, ale po­zwa­la­ło upo­rać się z pro­ble­mem, któ­ry jesz­cze nie­daw­no wy­da­wał się nie­mal nie­roz­wią­zy­wal­ny.

*

Pierw­szy cios tra­fił w szczę­kę, i Ni­ki­ta od razu po­czuł na przy­gry­zio­nym ję­zy­ku smak krwi. Nie zdą­żył się jesz­cze ode­zwać, kie­dy na­stą­pił dru­gi cios, a za nim – trze­ci. Te­raz bili go w brzuch. Dwóch trzy­ma­ło Ni­ki­tę za ręce, trze­ci me­to­dycz­nie wy­mie­rzał jed­no ude­rze­nie za dru­gim.

– No i co? – za­py­tał je­den z tych, któ­rzy go przy­trzy­my­wa­li. – Wy­star­czy? Czy mamy kon­ty­nu­ować?

Ni­ki­ta w mil­cze­niu kiw­nął gło­wą. Dłu­żej nie wy­trzy­ma bi­cia.

– Cze­go ki­wasz? Kon­ty­nu­ować, tak?

– Nie – wy­du­sił z tru­dem. – Nie trze­ba. Po­wiem.

Na­past­ni­cy po­sa­dzi­li go na ka­na­pie. Dwaj usie­dli tuż przy nim, po bo­kach, tak by zdą­żyć go chwy­cić, gdy­by za­czął się szar­pać. Trze­ci, ten, któ­ry przed chwi­lą go bił, za­jął się te­raz czym in­nym – otwo­rzył dużą tor­bę i wy­jął z niej naj­pierw nie­wiel­ki dyk­ta­fon, a po­tem wi­deo. Dyk­ta­fon po­sta­wił na sto­li­ku obok ka­na­py, ka­me­rę zaś za­rzu­cił so­bie na ra­mię.

– Za­czy­naj. Naj­pierw się przed­staw, po­daj imię i na­zwi­sko, rok uro­dze­nia i ad­res. Po­tem bę­dziesz od­po­wia­dał na py­ta­nia.

– Ni­ki­ta Ma­mon­tow. – wy­beł­ko­tał nie­zro­zu­mia­le na­pad­nię­ty.

– Wy­raź­niej! Gło­śno i wy­raź­nie. Jesz­cze raz.

Ni­ki­ta ze­brał wszyst­kie siły. Nie ro­zu­miał, cze­go od nie­go chcą ci lu­dzie. To zna­czy, ro­zu­miał, oczy­wi­ście. Od razu na wstę­pie oznaj­mi­li, cze­go chcą, ale on nie mógł po­jąć, na co im to po­trzeb­ne. Jesz­cze gdy­by byli z mi­li­cji… Ale nie, to nie­moż­li­we. Z mi­li­cją miał już do czy­nie­nia.

– Ni­ki­ta Ma­mon­tow, rok uro­dze­nia ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­ty pierw­szy, miesz­kam w Mo­skwie, uli­ca…

– No pro­szę, już le­piej – po­chwa­lił go szep­tem ten, któ­ry sie­dział z le­wej.

– By­łeś prze­słu­chi­wa­ny w spra­wie o za­bój­stwo na Dwor­cu Pa­we­lec­kim?

– Tak.

– W któ­rym roku?

– W ze­szłym.

– Kon­kret­niej – za­żą­dał ten, któ­ry stał przed nim z ka­me­rą.

– W dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym.

– Czy­li w za­prze­szłym – uści­ślił sie­dzą­cy z pra­wej. On tak­że mó­wił szep­tem.

– No tak – po­słusz­nie zgo­dził się Ni­ki­ta.

– Dla­cze­go cię nie po­sa­dzi­li?

– Nie było do­wo­dów.

– Opo­wiedz do­kład­nie, co się zda­rzy­ło.

– Mie­li­śmy cze­kać na po­ciąg…

– Co za „my”? Po­wie­dzia­łem: do­kład­nie.

Ni­ki­ta opo­wia­dał o do­ko­na­nym przed pół­to­ra­ro­kiem za­bój­stwie, prze­kli­na­jąc w du­chu wszyst­ko na świe­cie, a zwłasz­cza sie­bie, swo­ją sła­bość. Bał się bólu, nig­dy nie brał udzia­łu w bój­kach, i sto­su­jąc prze­moc fi­zycz­ną, moż­na było z nie­go zro­bić szma­tę. Wte­dy, w dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym, prze­słu­chi­wa­no go wie­le razy, ale tam­to wy­trzy­mał bez tru­du. Był nie­głu­pi, miał do­brą pa­mięć i spo­ro spry­tu, to­też nie plą­tał się w ze­zna­niach, twar­do ob­sta­wał przy swo­im, szyb­ko po­jąw­szy, że bez­po­śred­nich do­wo­dów brak, a gli­nia­rze tyl­ko czy­ha­ją na ja­kąś jego po­mył­kę, żeby się cze­goś ucze­pić i go wro­bić. Ale on nie po­zwo­lił się na ni­czym przy­ła­pać, więc go wy­pusz­czo­no, spraw­cy za­bój­stwa zaś po­zo­sta­li nie­wy­kry­ci. Od chło­pa­ków na­słu­chał się róż­nych strasz­nych opo­wie­ści, jak to w mi­li­cji biją, i wie­dział, że je­śli go ude­rzą choć­by tyl­ko dwa razy, od razu pęk­nie. Ale ja­koś go nie bili. I to Ni­ki­tę ura­to­wa­ło.

A dzi­siaj zja­wi­li się ci trzej, wy­krę­ci­li mu ręce i za­czę­li go młó­cić. Okrop­nie bo­la­ło, i w ogó­le strasz­nie się prze­ra­ził. Więc opo­wie­dział im wszyst­ko.

*

Na­stia bar­dzo się bała, że wie­czór po­że­gnal­ny u Gor­die­je­wa bę­dzie smut­ny, ale jej prze­wi­dy­wa­nia na szczę­ście się nie spraw­dzi­ły. Ton nadał sam Wik­tor Alek­sie­je­wicz, któ­ry wciąż żar­to­wał, zwłasz­cza na te­mat, że kie­dy kota nie ma w domu, my­szy har­cu­ją.

– Wiem, wiem – przy­ga­dy­wał – cie­szy­cie się z ca­łe­go ser­ca, że wresz­cie so­bie pój­dę i prze­sta­nę się was cze­piać, do­ku­czać wam swo­imi za­wy­żo­ny­mi wy­ma­ga­nia­mi. Pod rzą­da­mi no­we­go sze­fa bę­dzie­cie w koń­cu mieć spo­kój.

Nowy szef już był obec­ny, ocho­czo przy­łą­czał się do żar­tów Gor­die­je­wa i wy­ka­zał się ży­wym, au­ten­tycz­nym po­czu­ciem hu­mo­ru. Nie bał się też wy­chy­lić kie­li­cha, pił rów­no ze wszyst­ki­mi, ale dzia­ła­nia al­ko­ho­lu w ogó­le nie było po nim wi­dać.

Po­nie­waż – oprócz żony Gor­die­je­wa, Nad­ież­dy An­drie­jew­ny – Na­stia była w to­wa­rzy­stwie je­dy­ną ko­bie­tą, za­ofia­ro­wa­ła się, że po­mo­że go­spo­dy­ni. W pew­nej chwi­li, gdy myła ta­le­rze przed po­da­niem go­rą­ce­go da­nia, zo­sta­ła w kuch­ni sama. Skoń­czyw­szy ze zmy­wa­niem, już mia­ła wró­cić do po­ko­ju, ale nie­ocze­ki­wa­nie zmie­ni­ła za­miar. Ogar­nął ją na­gły smu­tek, w gar­dle coś nie­przy­jem­nie ści­snę­ło, łzy na­bie­gły do oczu, więc Na­stia na­la­ła so­bie szklan­kę wody i za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Chcia­ła też od­po­cząć chwi­lę od ha­ła­su.

– Zno­wu się pani cho­wa? – roz­legł się za jej ple­ca­mi głos Miel­ni­ka.

Od­wró­ci­ła się, przy­wo­łu­jąc na twarz uprzej­my uśmiech. Pa­ni­sko stał obok niej, trzy­ma­jąc w rę­kach kie­li­szek i szkla­necz­kę.

– Wy­pij­my, Ana­sta­zjo Paw­łow­no – po­wie­dział, po­da­jąc jej szklan­kę. – To mar­ti­ni. Uprze­dzo­no mnie, że nic in­ne­go pani nie pija.

Na­stia nie mia­ła ocho­ty pić, zwłasz­cza z Pa­ni­skiem. Ale nie wy­pa­da­ło od­mó­wić. Wzię­ła więc szkla­necz­kę i spoj­rza­ła py­ta­ją­co na zwierzch­ni­ka.

– Za co wy­pi­je­my?

– Za pa­nią i za mnie.

– To zna­czy?…

– Za pa­nią i za mnie, tak jak po­wie­dzia­łem – po­wtó­rzył Miel­nik z uśmie­chem. – Za to, żeby po­mię­dzy mną, pani no­wym sze­fem, a pa­nią, naj­lep­szym ana­li­ty­kiem na Pie­trow­ce, współ­pra­ca jak naj­le­piej się ukła­da­ła. Wiem, że cie­szy się pani za­słu­żo­nym au­to­ry­te­tem po­śród ko­le­gów, i od pani zda­nia w du­żym stop­niu za­le­ży, jak oni będą się do mnie od­no­si­li. Dla­te­go na­sze sto­sun­ki służ­bo­we po­win­ny być na­praw­dę do­bre i opar­te na wza­jem­nym zro­zu­mie­niu. Pro­szę, niech pani za to ze mną wy­pi­je.

No cóż, po­my­śla­ła Na­stia, przy­najm­niej szcze­rze sta­wia spra­wę. Z wła­ści­wym so­bie mę­skim szo­wi­ni­zmem za­wsze uwa­ża ko­bie­tę za naj­słab­sze ogni­wo łań­cu­cha, dla­te­go też są­dzi, że jest ona ła­twą zdo­by­czą. Prze­cią­gnąw­szy na swo­ją stro­nę naj­pierw ją, po­tem za­bie­rze się do in­nych pod­wład­nych, tych o bar­dziej po­dat­nym, ła­god­nym uspo­so­bie­niu, i wresz­cie spra­wi, że stop­nio­wo ilość przej­dzie w ja­kość, a gdy już so­bie za­pew­ni po­par­cie więk­szo­ści, ła­two prze­ka­ba­ci i resz­tę.

Unio­sła lek­ko szkla­necz­kę i wy­pi­ła mar­ti­ni, nie trą­ca­jąc się z sze­fem. Po­win­na się przy­najm­niej uśmiech­nąć, ale ja­koś nie mia­ła na­stro­ju…

Pa­ni­sko opróż­nił kie­li­szek jed­nym hau­stem.

– Cóż to, pije pani, nie stuk­nąw­szy się na­wet, jak na sty­pie? – za­żar­to­wał.

– Prze­pra­szam, ja­koś ode­szłam od tych za­sad – uspra­wie­dli­wi­ła się Na­stia.

Miel­nik po­sta­wił kie­li­szek obok zle­wo­zmy­wa­ka i otwo­rzył pie­cyk. Sła­by do­tąd za­pach pie­czo­ne­go mię­sa od razu buch­nął z du­chów­ki i roz­szedł się po ca­łej kuch­ni.

– We­dług mnie, jest już go­to­we – po­wie­dział. – Po­pro­sić Nad­ież­dę An­drie­jew­nę czy po­ra­dzi­my so­bie sami?

– Za­raz wszyst­ko zro­bię.

– Po­mo­gę pani – ocho­czo za­ofia­ro­wał się Pa­ni­sko, zdej­mu­jąc z ha­czy­ka gru­be ku­chen­ne rę­ka­wi­ce. – Ko­bie­ta o ta­kich de­li­kat­nych dło­niach nie po­win­na dźwi­gać cięż­kiej, go­rą­cej bryt­fan­ny. Chcia­łem to pani po­wie­dzieć jesz­cze rano, ale wciąż ja­koś nie było oka­zji. Ma pani nie­zwy­kle pięk­ne ręce, Ana­sta­zjo Paw­łow­no.

Na­stia z nie­do­wie­rza­niem spoj­rza­ła na sze­fa, a po­tem prze­nio­sła wzrok na swo­je dło­nie.

– Cóż to, pró­bu­je pan ze mną flir­to­wać? – za­py­ta­ła.

– A cze­mu to pa­nią dzi­wi? Czyż­by inni męż­czyź­ni tego nie ro­bi­li?

Na­stia po­my­śla­ła z nie­chę­cią, że Pa­ni­sko ucie­ka się do sta­rych, ta­nich chwy­tów, a ona nie bar­dzo po­tra­fi ra­dzić so­bie w ta­kich sy­tu­acjach. Rze­czy­wi­ście męż­czyź­ni rzad­ko pra­wi­li jej kom­ple­men­ty, co tam rzad­ko – pra­wie nig­dy. Oczy­wi­ście, oka­zy­wa­li jej po­dziw i sza­cu­nek, ale to zwy­kle wią­za­ło się z pra­cą, ze spra­wa­mi, któ­re pro­wa­dzi­ła. Kie­dyś do­sta­ła na­wet ogrom­ny bu­kiet róż, lecz kwia­ty przy­słał czło­nek ma­fii, żeby ją pro­sić o po­moc w wy­kry­ciu po­waż­ne­go prze­stęp­stwa. In­nym ra­zem do­star­czo­no jej do domu pięk­ne mie­czy­ki w wiel­kim krysz­ta­ło­wym wa­zo­nie, ale to tak­że był pre­zent od ma­fii, tyle że ta­kiej, któ­rej – prze­ciw­nie niż pierw­szej – za­le­ża­ło na tym, by Na­stia nie an­ga­żo­wa­ła się w śledz­two. By­wa­ło, że za­pra­sza­no ją do re­stau­ra­cji, nie­kie­dy przyj­mo­wa­ła te za­pro­sze­nia, nie­kie­dy zaś od­ma­wia­ła, ale za­wsze wią­za­ło się to z ko­niecz­no­ścią spo­tka­nia się z kimś czy roz­mo­wy w spra­wach służ­bo­wych. Tak że kom­ple­men­ty Na­stia sły­sza­ła naj­czę­ściej nie z ust go­rą­cych wiel­bi­cie­li (któ­rych zresz­tą nig­dy nie mia­ła), lecz od osób za­in­te­re­so­wa­nych w tym, by do­brze ją do sie­bie uspo­so­bić.

– Nie – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie, choć z tru­dem ukry­wa­ła roz­draż­nie­nie – męż­czyź­ni ze mną nie flir­tu­ją. Pew­nie dla­te­go, że wie­dzą, że mam męża, z któ­rym nie wy­trzy­ma­li­by kon­ku­ren­cji. Za­tem na­wet tego nie pró­bu­ją.

– A więc to tak!

Pa­ni­sko przy­su­nął so­bie ta­bo­ret i usiadł obok Na­sti, bar­dzo bli­sko. Tak bli­sko, że ko­la­nem nie­mal do­ty­kał jej bio­dra.

– I dla­cze­góż to pani mąż jest taki nie­bez­piecz­ny? Ma mi­strzo­stwo świa­ta w kick-bo­xin­gu?

– Wła­di­mi­rze Bo­ri­so­wi­czu, nie za­mie­rzam roz­ma­wiać z pa­nem o moim mężu. Je­że­li in­te­re­su­je pana for­mal­na stro­na za­gad­nie­nia, pro­szę wziąć moją tecz­kę per­so­nal­ną z dzia­łu kadr, tam znaj­dzie pan wszyst­kie in­for­ma­cje.

– A je­śli in­te­re­su­je mnie stro­na nie­for­mal­na?

– O tej roz­ma­wiam tyl­ko z naj­bliż­szy­mi. I bar­dzo pro­szę nie pa­trzeć na mnie w tak zna­czą­cy spo­sób. Daw­no już mam za sobą lata, kie­dy ro­bi­ło to na mnie wra­że­nie.

Miel­nik wy­buch­nął śmie­chem. Śmiał się z ca­łe­go ser­ca, we­so­ło, za­raź­li­wie.

– Jest pani na­praw­dę cza­ru­ją­ca, Ana­sta­zjo Paw­łow­no! Dla­cze­go wszę­dzie wę­szy pani pod­stęp? Czy ktoś kie­dyś w ży­ciu tak bar­dzo pa­nią oszu­kał, że jest pani go­to­wa w naj­bar­dziej nie­win­nych po­stęp­kach czy sło­wach do­pa­try­wać się pod­ło­ści i pró­by wy­rzą­dze­nia pani krzyw­dy? Pro­szę brać spra­wy pro­ściej, a sama pani zo­ba­czy, że tak o wie­le ła­twiej się żyje. Pani na­wet nie do­strze­ga, że swo­ją nie­ustan­ną po­dejrz­li­wo­ścią zra­ża do sie­bie lu­dzi, któ­rzy wca­le źle pani nie ży­czą.

Po­ło­żył dłoń na ręce Na­sti, któ­ra na ten po­ufa­ły gest po pro­stu osłu­pia­ła. Ręka Miel­ni­ka była cie­pła, ale Ana­sta­zji, któ­ra z po­wo­du kło­po­tów z krą­że­niem pra­wie za­wsze mia­ła zim­ne dło­nie, wy­da­ła się go­rą­ca jak po­dusz­ka elek­trycz­na.

– Przy­po­mi­nam, że miał się pan za­jąć pie­cze­nią – zwró­ci­ła uwa­gę sze­fo­wi, wsta­jąc gwał­tow­nie i usu­wa­jąc się na bok.

Miel­nik tak­że się pod­niósł i znów wło­żył rę­ka­wi­ce. Wy­jął bryt­fan­nę z pie­cy­ka, zgrab­nie prze­ło­żył wiel­ki ka­wał pie­cze­ni na de­skę, po czym za­czął kra­jać mię­so na rów­nej gru­bo­ści pla­stry i ukła­dać je na przy­go­to­wa­nym pół­mi­sku. Stał ple­ca­mi do Na­sti, któ­ra wła­śnie mia­ła nie­po­strze­że­nie wy­mknąć się z kuch­ni, kie­dy za­trzy­mał ją głos Pa­ni­ska:

– Ana­sta­zjo Paw­łow­no, cze­ka­łem na pa­nią dzi­siaj dłu­go po szó­stej, ale pani nie ra­czy­ła się po­ka­zać, cho­ciaż była pani jesz­cze w pra­cy. Czy mam to uwa­żać za swe­go ro­dza­ju de­mon­stra­cję, czy też pani po pro­stu za­po­mnia­ła?

– By­łam punk­tu­al­nie o szó­stej, ale nie za­sta­łam pana w po­ko­ju.

– We­zwał mnie ge­ne­rał i wró­ci­łem do sie­bie dzie­sięć po szó­stej.

– Ale ja nie mo­głam prze­wi­dzieć, że to spra­wa kil­ku mi­nut. Drzwi ga­bi­ne­tu były za­mknię­te, więc z czy­stym su­mie­niem wró­ci­łam do swe­go po­ko­ju. Po­my­śla­łam, że je­śli będę panu po­trzeb­na, sam mnie pan we­zwie.

– Pro­szę mi po­wie­dzieć, czy w wa­szej sek­cji zwy­kło się uwa­żać ta­kie uspra­wie­dli­wie­nie za wy­star­cza­ją­ce?

– W na­szej sek­cji nikt nig­dy nie mu­siał się uspra­wie­dli­wiać przed sze­fem z ta­kie­go po­wo­du – su­cho od­par­ła Na­stia.

– Wik­tor Alek­sie­je­wicz do­sko­na­le ro­zu­miał, że wy­wia­dow­ca nie może za­pla­no­wać rano dnia pra­cy w taki spo­sób, żeby punk­tu­al­nie o szó­stej zja­wić się z ra­por­tem. To spe­cy­ficz­na ro­bo­ta. Żeby przyjść do­kład­nie o szó­stej, mu­siał­by za­koń­czyć pra­cę ma­ją­cą na celu wy­kry­cie prze­stęp­stwa o trze­ciej, po czym za­mknąć się w po­ko­ju i wy­peł­niać pa­pier­ki. Dla­te­go je­że­li o wpół do pią­tej znaj­dzie świad­ka, za któ­rym uga­niał się od dwóch ty­go­dni, i do­pro­wa­dzi do tego, że ten się wresz­cie roz­ga­da, to pięt­na­ście po pią­tej bę­dzie mu­siał mu po­wie­dzieć: prze­pra­szam, oby­wa­te­lu, bar­dzo do­brze nam się roz­ma­wia, ale mu­si­my odło­żyć po­ga­węd­kę do ju­tra, bo mam sze­fa de­spo­tę.

Miel­nik z no­żem w ręku od­wró­cił się do Na­sti. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się cie­ka­wość, ni­czym u en­to­mo­lo­ga, któ­ry ob­ser­wu­je nie­zna­ne­go mu do­tych­czas owa­da.

– A pani w ogó­le się nie boi zwierzch­ni­ków?

– Nie. W ogó­le się nie boję. Prze­pra­co­wa­łam po­nad dzie­sięć lat z Gor­die­je­wem i przy­zwy­cza­iłam się do my­śli, że do­bry szef to taki, któ­re­go czło­wiek sza­nu­je, a nie boi się go. Poza tym nie oba­wiam się też, że mnie wy­rzu­cą.

– Czyż­by? – Miel­nik uniósł brwi. – Tak da­le­ce czu­je się pani nie­za­stą­pio­na?

– Nie o to cho­dzi. Do­pó­ki pra­co­wa­łam u Gor­die­je­wa, myśl o odej­ściu na­pa­wa­ła mnie stra­chem. I rze­czy­wi­ście ba­łam się zro­bić coś nie tak, na­ru­szyć ja­kieś prze­pi­sy, żeby nie wy­le­cieć z pra­cy. A te­raz jest mi wszyst­ko jed­no. Pro­szę mnie wła­ści­wie zro­zu­mieć, Wła­di­mi­rze Bo­ri­so­wi­czu. Nie chcę pana ob­ra­zić, ale jest mi obo­jęt­ne, kto bę­dzie moim sze­fem, je­śli nie bę­dzie nim Gor­die­jew. Dla­te­go pana tak­że się nie boję. Je­śli nie uło­ży nam się współ­pra­ca – odej­dę.

– Do Za­tocz­ne­go? Czy też ma pani w od­wo­dzie jesz­cze ja­kichś ge­ne­ra­łów?

To już był cios po­ni­żej pasa. Sie­dział tu, wdzię­czył się, przy­ci­skał ko­la­na­mi, wy­py­ty­wał o męża, uda­wał, że nic o Na­sti nie wie, a tym­cza­sem, jak wi­dać, nie­źle się przy­go­to­wał, ze­brał in­for­ma­cje, a na­wet krą­żą­ce plot­ki.

Na­stia za­sta­na­wia­ła się, jak od­po­wie­dzieć sen­sow­nie, a jed­no­cze­śnie bez nie­po­trzeb­nej aro­gan­cji, ale wła­śnie w tej chwi­li przy­bie­gła z po­ko­ju żona Gor­die­je­wa, Nad­ież­da An­drie­jew­na.

– O Boże, za­ga­da­łam się z Mi­szeń­ką i zu­peł­nie za­po­mnia­łam o mię­sie!

– To nic, Nad­ież­do An­drie­jew­no – za­pew­nił we­so­ło Miel­nik – strze­gli­śmy go tu pil­nie ra­zem z Ana­sta­zją Paw­łow­ną, żeby nie prze­ga­pić wła­ści­we­go mo­men­tu.

Cof­nął się od sto­łu i te­atral­nym ge­stem wska­zał wiel­ki pro­sto­kąt­ny pół­mi­sek, na któ­rym le­ża­ły rów­no uło­żo­ne pła­ty mię­sa.

– Pro­szę bar­dzo, dro­ga pani, moż­na po­da­wać.

Nad­ież­da An­drie­jew­na wzię­ła pół­mi­sek i za­nio­sła go do po­ko­ju. Na­stia wy­mknę­ła się za nią, za­do­wo­lo­na, że w na­tu­ral­ny spo­sób uda­ło się prze­rwać roz­mo­wę, któ­ra przy­bra­ła tak nie­przy­jem­ny ob­rót. Ostat­ni wszedł do po­ko­ju Pa­ni­sko o od razu wdał się w po­ga­węd­kę z Gor­die­je­wem. Do koń­ca wie­czo­ru nie ode­zwał się do Na­sti i na­wet nie pa­trzył w jej stro­nę. A ona nie wie­dzia­ła, czy się z tego po­wo­du cie­szyć, czy ra­czej nie­po­ko­ić.

ROZDZIAŁ 2

Ni­ki­ta le­żał na ka­na­pie od­wró­co­ny do ścia­ny, z ko­la­na­mi pod­cią­gnię­ty­mi nie­mal pod bro­dę. Jego drę­czy­cie­le daw­no już so­bie po­szli, bez zło­ści wy­mie­rza­jąc mu na po­że­gna­nie parę kuk­sań­ców. Całe cia­ło miał obo­la­łe, od­dy­chał z tru­dem, przy­gry­zio­ny ję­zyk wciąż jesz­cze krwa­wił, po­zo­sta­wia­jąc nie­przy­jem­ny, me­ta­licz­ny po­smak w ustach.

Tam­ci na­gra­li wy­zna­nie na dyk­ta­fon i ta­śmę wi­deo – i zmy­li się. Kim byli? Dla­cze­go przy­szli? Do cze­go im po­trzeb­na jego re­la­cja?

Pierw­szą my­ślą oczy­wi­ście było, że są z mi­li­cji. Roz­wa­żyw­szy jed­nak spra­wę, Ni­ki­ta do­szedł do wnio­sku, że coś tu się nie zga­dza. Je­że­li gli­ny mogą ot tak, po pro­stu, wła­mać się do miesz­ka­nia, dać czło­wie­ko­wi wy­cisk i zmu­sić go do ze­znań, to dla­cze­go zro­bi­li to te­raz, a nie pół­to­ra roku temu? W tej chwi­li cała spra­wa jest ab­so­lut­nie nie­ak­tu­al­na. O fa­ce­cie, któ­re­go za­ła­twił na Dwor­cu Pa­we­lec­kim, wszy­scy już daw­no za­po­mnie­li. Dzi­siaj na­wet o za­bój­stwach róż­nych gwiazd i wiel­kich po­li­ty­ków nikt nie pa­mię­ta dłu­żej niż dwa mie­sią­ce. A je­śli to lu­dzie dzia­ła­ją­cy na zle­ce­nie ja­kie­goś ugru­po­wa­nia ma­fij­ne­go, to na cho­le­rę jest komu po­trzeb­ny po pół­to­ra roku?

Dla­te­go na­stęp­na myśl, któ­ra przy­szła Ni­ki­cie Ma­mon­to­wo­wi do gło­wy, wy­da­ła mu się o wie­le słusz­niej­sza. Upo­mnieć się o swe­go mo­gli tyl­ko jego ko­leż­ko­wie. Nie spodo­ba­ło się im, że w sto­li­cy ktoś wy­koń­czył ich kum­pla, i po­sta­no­wi­li dać za­bój­cy na­ucz­kę. Oczy­wi­ście mi­li­cyj­ne do­cho­dze­nie wca­le im nie było na rękę, a fakt, że odło­żo­no spra­wę na pół­kę, mógł ich tyl­ko cie­szyć, ale dzia­ła­nia mi­li­cji to jed­no, na­to­miast pry­wat­ne, we­wnątrz­ma­fij­ne po­ra­chun­ki to cał­kiem inna baj­ka. Niech no tyl­ko ten ło­buz, któ­ry za­ła­twił na­sze­go ko­le­sia, na­wi­nie nam się pod rękę!

Przy ta­kim po­dej­ściu do spra­wy pół­to­ra­rocz­na zwło­ka nie wy­da­wa­ła się ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Człon­ko­wie struk­tur kry­mi­nal­nych kie­ru­ją się wła­sną, od­mien­ną niż mi­li­cyj­na, lo­gi­ką. To gli­ny za­wsze się śpie­szą, na­czal­stwo ich po­ga­nia, pro­ku­ra­to­rzy nie dają spo­ko­ju. A ci z ma­fii roz­li­cza­ją się mię­dzy sobą in­a­czej. Wte­dy, kie­dy jego, Ni­ki­tę Ma­mon­to­wa, wy­sła­li na Dwo­rzec Pa­we­lec­ki, po­mię­dzy dwie­ma gru­pa­mi gra była pra­wie wy­rów­na­na; za­miej­sco­wi byli mi­ni­mal­nie górą – i za­ła­twie­nie jed­ne­go z nich do­pro­wa­dzi­ło do re­mi­su. Te­raz zaś, po pół­to­ra roku, prze­wa­gę mo­gli uzy­skać ci z Mo­skwy, więc ich „kon­ku­ren­cja” po­słu­ży­ła się Ni­ki­tą jako kar­tą prze­tar­go­wą.

Przy­po­mniał so­bie ofi­ce­ra ope­ra­cyj­ne­go z Pie­trow­ki, któ­ry go wte­dy ob­ra­biał. Wy­cią­gał z nie­go du­szę po ka­wał­ku, po trzy go­dzi­ny dzien­nie nę­kał go py­ta­nia­mi, usi­ło­wał się do nie­go do­brać i tak, i siak. Jak też on się na­zy­wał? No, zresz­tą nie­waż­ne. A więc ten ofi­cer po­wta­rzał Ni­ki­cie: „Wiem, że ty do­ko­na­łeś tego za­bój­stwa. Wiem i ko­niec. I ra­dzę ci wziąć jed­ną rzecz pod uwa­gę. Je­że­li znaj­dę do­wo­dy two­jej winy, do­sta­niesz wy­rok. So­lid­ny wy­rok, ale to w koń­cu tyl­ko od­siad­ka. Je­śli pój­dziesz po ro­zum do gło­wy i sam się przy­znasz na pi­śmie, wy­rok bę­dzie mniej­szy, a jak za­czniesz ak­tyw­nie współ­pra­co­wać i po­wiesz, kto ci zle­cił za­bój­stwo – jesz­cze mniej­szy. Na­to­miast je­że­li ja nie znaj­dę do­wo­dów prze­ciw­ko to­bie, po­zo­sta­niesz na wol­no­ści, ale dłu­go na niej nie po­ży­jesz”.

Ni­ki­ta wów­czas nie uwie­rzył. Jego zle­ce­nio­daw­cy wy­da­wa­li mu się sil­ni, po­tęż­ni i nie­znisz­czal­ni. Na pew­no nie po­zwo­lą go skrzyw­dzić. Zwłasz­cza że oka­zał się ta­kim spry­cia­rzem, wy­wi­nął się gli­nom. Jed­nak­że mi­nę­ło pół­to­ra roku i wszyst­ko się zmie­ni­ło. Gru­pa, do któ­rej na­le­żał, nie była wca­le taka sil­na i wszech­moc­na. Osła­bia­ły ją wa­śnie we­wnętrz­ne, a mi­li­cja tak­że nie za­sy­pia­ła gru­szek w po­pie­le, tego i owe­go po­tra­fi­ła za­ha­czyć i zręcz­nie wy­ło­wić. Trzy mie­sią­ce temu ża­ło­sne reszt­ki gru­py włą­czy­ły się do in­nej struk­tu­ry, więk­szej i sil­niej­szej, któ­ra pod­po­rząd­ko­wa­ła so­bie mo­co­daw­ców Ni­ki­ty Ma­mon­to­wa. Dla sa­me­go Ni­ki­ty jed­nak nie zna­la­zło się w niej miej­sce. To zna­czy, owszem, nie zo­sta­wi­li go cał­kiem na lo­dzie, do­stał od­pra­wę, ale dano mu ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nikt nie bę­dzie po nim pła­kał, je­śli się zmy­je. Ża­den z nie­go żoł­nierz, ża­den snaj­per, osi­łek, za­bi­ja­ka czy mistrz kie­row­ni­cy i w ogó­le żad­ny­mi spe­cjal­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi się nie wy­róż­nia. Jego daw­ni sze­fo­wie, ot, drob­ni­ca, cie­szy­li się z każ­dej pary rąk, zwłasz­cza je­śli te ręce na­le­ża­ły do tchó­rza, któ­re­mu ła­two roz­ka­zy­wać. Ale u no­wych pa­nu­ją inne po­rząd­ki. Tam o każ­de miej­sce trze­ba się ubie­gać nie­mal kon­kur­so­wo i tacy jak Ni­ki­ta w ogó­le nie są po­trzeb­ni. Oczy­wi­ście, przyj­mą go, je­że­li ze­chce zo­stać, po­nie­waż ma na swo­im kon­cie mo­krą ro­bo­tę i tym so­bie za­słu­żył na pra­wo przy­na­leż­no­ści do struk­tu­ry ma­fij­nej. Ale nic poza tym. Rola ża­ło­sne­go pion­ka na ła­ska­wym chle­bie to mak­si­mum, na ja­kie może li­czyć.

Ni­ki­ta od­mó­wił z god­no­ścią, oświad­czył, że nie ro­ści so­bie żad­nych pre­ten­sji do ni­cze­go, i z ulgą za­koń­czył swo­je kon­tak­ty ze świa­tem prze­stęp­czym. Od dziec­ka był sła­by i tchórz­li­wy, ale ma­jąc lat dwa­dzie­ścia pięć na­brał przy­najm­niej tro­chę ro­zu­mu. Jako dzie­więt­na­sto­la­tek dał się wcią­gnąć w dzia­łal­ność kry­mi­nal­ną, gdyż bał się od­mó­wić. W dwu­dzie­stym czwar­tym roku ży­cia do­ko­nał za­bój­stwa rów­nież dla­te­go, że stchó­rzył i nie od­wa­żył się po­wie­dzieć „nie”. Bał się, że będą go bić. Ale od tam­tej chwi­li my­ślał tyl­ko o tym, jak by się z tego wszyst­kie­go wy­mo­tać. Ko­niec, dość wy­głu­pów. Trze­ba pójść po ro­zum do gło­wy, na­uczyć się ja­kie­goś za­wo­du i spać w mia­rę moż­li­wo­ści spo­koj­nie. Ale wy­rwać się ze świa­ta prze­stęp­cze­go, i to jesz­cze ma­jąc ta­kie­go haka, jak mo­kra ro­bo­ta, oka­za­ło się rze­czą wca­le nie­ła­twą. Naj­mniej­szą nie­sub­or­dy­na­cję trak­to­wa­no jako prze­jaw „zsu­cze­nia”, czy­li dzia­ła­nia na rzecz mi­li­cji bądź kon­ku­ren­tów. Nie­głu­pi, lecz sła­by Ni­ki­ta sie­dział­by więc po wiek wie­ków na ma­fij­nym przy­piec­ku, gdy­by – na jego szczę­ście – piec na­gle nie za­czął się wa­lić. Jaw­ną po­gar­dę no­wych sze­fów dla swo­jej oso­by Ni­ki­ta uznał za praw­dzi­wy dar losu, któ­ry po­zwo­li mu wresz­cie wieść nor­mal­ne ży­cie – bez za­gro­żeń, cu­dzych po­dej­rzeń i stra­chu. Tak w każ­dym ra­zie uwa­żał. Ale nic z tego nie wy­szło…

Wy­glą­da­ło na to, że tam­ten ofi­cer miał ra­cję. Ni­ki­ta nie­dłu­go cie­szył się wol­no­ścią. Jak też on się na­zy­wał? Ma­mon­tow przy­po­mniał so­bie, że mi­li­cjant dał mu wte­dy swój te­le­fon, i do­mo­wy, i służ­bo­wy, i po­wie­dział:

– Kie­dy się zde­cy­du­jesz ze­zna­wać, od razu do mnie za­dzwoń. Nie krę­puj się, dzwoń o każ­dej po­rze, na­wet w nocy.

Kar­tecz­kę z te­le­fo­na­mi Ni­ki­ta zna­lazł szyb­ko. Za­wsze lu­bił po­rzą­dek i nig­dy ni­cze­go nie gu­bił. Aha, Ju­rij Wik­to­ro­wicz Ko­rot­kow. I nu­me­ry. A gdy­by tak za­dzwo­nić? Te­raz już wszyst­ko jed­no, moż­na i jemu przy­znać się do za­bój­stwa, tam­ci trzej i tak mają to na wi­deo. Ko­rot­kow przy­najm­niej do­ra­dzi, co ro­bić.

Ni­ki­ta jesz­cze chwi­lę się za­sta­na­wiał, po­tem zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdjął słu­chaw­kę i wy­krę­cił do­mo­wy nu­mer Ko­rot­ko­wa. Była już dzie­sią­ta wie­czór, więc uznał, że dzwo­nić pod służ­bo­wy nu­mer nie ma sen­su.

Ode­zwał się nie­za­do­wo­lo­ny ko­bie­cy głos.

– Nie ma go. Coś prze­ka­zać?

– Za­dzwo­nię póź­niej. Może być za go­dzi­nę?

– Pro­szę – su­cho po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Ale za go­dzi­nę Ko­rot­ko­wa też nie było w domu. Ni­ki­ta po­sta­no­wił dziś wię­cej nie dzwo­nić, ja­koś nie wy­pa­da bu­dzić ca­łej ro­dzi­ny. Za­te­le­fo­nu­je le­piej ju­tro rano. Cie­ka­we, czy ten Ko­rot­kow w ogó­le go pa­mię­ta. Co dzień ma pew­nie do czy­nie­nia z tu­zi­nem ta­kich jak Ni­ki­ta.

*

Na­stia Ka­mień­ska nie zdą­ży­ła po przyj­ściu do pra­cy zdjąć kurt­ki i po­wie­sić jej w sza­fie, kie­dy już po­ja­wił się u niej Ko­rot­kow.

– Aśka, od­śwież mi pa­mięć. Dzie­więć­dzie­sią­ty pią­ty rok, za­bój­stwo przy­jezd­ne­go ku­rie­ra na Dwor­cu Pa­we­lec­kim. Po­dej­rza­ny Ni­ki­ta Ma­mon­tow.

– Było coś ta­kie­go – po­twier­dzi­ła Na­stia. – O ja­kie szcze­gó­ły ci cho­dzi? Mam to wszyst­ko w pa­pie­rach, ale szu­ka­nie dłu­go po­trwa.

– Nie mu­sisz szu­kać, mów, co pa­mię­tasz.

– A o co cho­dzi?

– Przed chwi­lą dzwo­nił do mnie ten Ma­mon­tow. Chce się spo­tkać. Umó­wi­łem się z nim na wpół do dwu­na­stej przy sta­cji me­tra Czer­ta­now­ska.

Na­stia w kil­ku zda­niach zre­la­cjo­no­wa­ła Ko­rot­ko­wo­wi wszyst­ko, co pa­mię­ta­ła ze spra­wy za­bój­stwa na Dwor­cu Pa­we­lec­kim. Mia­ła zna­ko­mi­tą pa­mięć, co czę­sto wy­ko­rzy­sty­wa­li jej ko­le­dzy.

– Czy­li fa­cet był z gru­py Uso­je­wa – rzekł w za­my­śle­niu Jura. – A gru­pa Uso­je­wa, o ile wiem, czy ra­czej to, co z niej zo­sta­ło, po­łą­czy­ła się gład­ko z gru­pą nie­ja­kie­go La­szen­ki, ksy­wa Lach. Cóż, wi­docz­nie na­sze­go ma­łe­go Ni­ki­ty zde­cy­do­wa­nie nie urzą­dza ist­nie­ją­cy stan rze­czy. Cie­ka­we.

Cały ra­nek Na­stia spę­dzi­ła na ana­li­zie da­nych ma­ją­cych lub mo­gą­cych mieć zwią­zek z du­si­cie­lem psy­cho­pa­tą. Za­czę­ły już wpły­wać ko­lej­ne wy­ni­ki sek­cji sied­miu ofiar i z wnio­sków pa­to­lo­gów są­do­wych moż­na było wy­łu­skać pew­ne in­for­ma­cje. Na przy­kład pierw­sze ze zna­le­zio­nych zwłok mia­ły na szyi śla­dy pa­znok­ci, u wszyst­kich po­zo­sta­łych na­to­miast – mimo że za­ata­ko­wa­no ofia­ry z po­dob­ną siłą – ta­kich śla­dów nie wy­kry­to. Na­le­ża­ło więc są­dzić, że po­mię­dzy pierw­szym a dru­gim za­bój­stwem mor­der­ca ob­ciął pa­znok­cie. Istot­ny szcze­gół! Gdy­by tak jesz­cze dzię­ki tej in­for­ma­cji uda­ło się wpaść na trop ma­nia­ka…

Uwa­gę Na­sti zwró­ci­ła też inna wska­zów­ka. Są­dząc po roz­miesz­cze­niu krwa­wych wy­bro­czyn na szy­jach ofiar, moż­na było za­ło­żyć, że za­bój­ca jest oso­bą bar­dzo wy­so­kie­go wzro­stu. Udu­sze­ni mie­rzy­li od stu sześć­dzie­się­ciu dwóch cen­ty­me­trów do me­tra osiem­dzie­się­ciu, a śla­dy pal­ców na ich szy­jach po­zwa­la­ły wy­cią­gnąć wnio­sek, że na­past­nik był wyż­szy od wszyst­kich swo­ich ofiar. Nie­ste­ty, miej­sce i spo­sób za­dzierz­gnię­cia pę­tli nie wno­sił żad­nych no­wych in­for­ma­cji na te­mat prze­stęp­cy. Kie­dy ofia­ra, po sil­nym uci­śnię­ciu tęt­ni­cy szyj­nej, tra­ci­ła przy­tom­ność, na­past­nik kładł ją na zie­mi, zdej­mo­wał jej sza­lik lub chust­kę i za­cią­gał pę­tlę, jak pi­sa­li w swo­ich ra­por­tach z wy­ni­ków sek­cji le­ka­rze są­do­wi, „ru­chem od tyłu do przo­du i z góry do dołu, co po­twier­dza obec­ność bie­gną­cej uko­śnie bruz­dy w dol­nej czę­ści szyi”. Uwa­ża­li oni, że prze­stęp­ca musi mieć co naj­mniej sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu, ale – co pew­niej­sze – mie­rzy ra­czej bli­sko dwa me­try. To już było coś. Na­le­ża­ło ro­zej­rzeć się wśród ko­szy­ka­rzy.

I jesz­cze jed­na spra­wa, być może, naj­waż­niej­sza. Czło­wiek wra­ca do domu o pół­no­cy, wcho­dzi do pu­stej bra­my. I na­tych­miast zo­sta­je za­ata­ko­wa­ny. Ale tyl­ko w baj­kach wszyst­ko to­czy się tak pro­sto i gład­ko. Co to zna­czy „zo­sta­je na­tych­miast za­ata­ko­wa­ny”? Mor­der­ca mu­siał iść za upa­trzo­ną ofia­rą pu­stą uli­cą, wejść za nią do bra­my… Czy lu­dzie do­praw­dy są tak lek­ko­myśl­ni? A prze­cież wy­ni­ki sek­cji stwier­dza­ją wy­raź­nie, że ani jed­na z ofiar nie znaj­do­wa­ła się w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, kie­dy to zda­je się czło­wie­ko­wi, że wszy­scy lu­dzie są naj­życz­liw­szy­mi przy­ja­ciół­mi i że mógł­by wręcz góry prze­no­sić. A może za­bój­ca nad­cho­dził z prze­ciw­nej stro­ny, idąc na spo­tka­nie ofia­ry? Ale wte­dy czło­wiek tym bar­dziej czuł­by się wy­stra­szo­ny lub przy­najm­niej wzbu­dzi­ło­by to jego czuj­ność. I nie po­zwo­lił­by tak ła­two chwy­cić się za gar­dło. By­ły­by ja­kieś śla­dy wal­ki. Tym­cza­sem nic ta­kie­go nie zna­le­zio­no. A więc ofia­ra ab­so­lut­nie nie spo­dzie­wa­ła się ata­ku, jej mię­śnie nie były in­stynk­tow­nie na­pię­te i tra­ci­ła przy­tom­ność na­tych­miast, gdy tyl­ko pal­ce mor­der­cy uci­snę­ły tęt­ni­cę. Moż­na to było wy­ja­śnić w tro­ja­ki spo­sób. Po pierw­sze, ofia­ra zna­ła za­bój­cę i nie bała się go. Prze­pro­wa­dzo­ne ba­da­nia na ra­zie nie po­twier­dza­ły tej wer­sji. W każ­dym ra­zie wspól­nych zna­jo­mych u ca­łej sió­dem­ki de­na­tów, jak do­tąd, nie zna­le­zio­no. Po dru­gie, mor­der­ca po­ja­wiał się znie­nac­ka, nie szedł za ofia­rą ani nie zbli­żał się z prze­ciw­ka, lecz wy­nu­rzał się z ciem­no­ści, gdzie stał za­cza­jo­ny, cier­pli­wie cze­ka­jąc na spóź­nio­ne­go lo­ka­to­ra. Teo­re­tycz­nie to moż­li­we, ale w prak­ty­ce… Wszyst­kie bra­my, w któ­rych zna­le­zio­no zwło­ki miesz­kań­ców, były do­brze oświe­tlo­ne i nie mia­ły za­ka­mar­ków, gdzie moż­na by się scho­wać, a po­tem znie­nac­ka wy­ło­nić.

Po­zo­sta­wał trze­ci wa­riant: ofia­ra wi­dzia­ła za­bój­cę, lecz nie oba­wia­ła się go i nie spo­dzie­wa­ła, że zo­sta­nie za­ata­ko­wa­na, cho­ciaż nie zna­ła prze­stęp­cy. Przed kim moż­na nie czuć stra­chu o dwu­na­stej w nocy, w pu­stej bra­mie? Przed dziec­kiem albo ko­bie­tą. Na­wet bar­dzo wy­so­ką ko­bie­tą…

Z tych roz­wa­żań wy­rwał Na­stię dzwo­nek te­le­fo­nu. W słu­chaw­ce roz­legł się głos Ko­rot­ko­wa:

– Asiu, zaj­rzyj do swo­ich pa­pie­rów, po­trzeb­ny mi ad­res tego kre­ty­na Ma­mon­to­wa. Cze­kam już na nie­go go­dzi­nę, zmar­z­łem na kość.

– A co, nie przy­szedł?

– Nie przy­szedł, by­dlak. Jak go znaj­dę, nogi mu z tył­ka po­wy­ry­wam.

Na­stia szyb­ko otwo­rzy­ła sejf i wy­ję­ła tecz­kę z ma­te­ria­ła­mi z 1995 roku, gra­tu­lu­jąc so­bie w du­chu prze­zor­no­ści. Oczy­wi­ście, pro­ściej by­ło­by trzy­mać wszyst­ko ra­zem, w jed­nym miej­scu, ale ona, kie­ro­wa­na ja­kimś nie­wy­tłu­ma­czal­nym in­stynk­tem, dzie­li­ła ma­te­ria­ły na dwie czę­ści. W jed­nej tecz­ce prze­cho­wy­wa­ła koń­co­we ra­por­ty i pod­su­mo­wa­nia, bez­oso­bo­we, na­je­żo­ne cy­fra­mi i su­chy­mi kon­struk­cja­mi lo­gicz­ny­mi, nie­za­wie­ra­ją­ce żad­nych na­zwisk, w dru­giej – wszyst­kie bie­żą­ce no­tat­ki, ko­pie prze­słu­chań, na­zwi­ska, ksy­wy, ad­re­sy, te­le­fo­ny i inne przy­dat­ne in­for­ma­cje. Co ty­dzień dane te Na­stia wpro­wa­dza­ła do do­mo­we­go kom­pu­te­ra i tam, dzie­ląc je na pli­ki i ka­ta­lo­gi, opra­co­wy­wa­ła na­stęp­nie naj­roz­ma­it­sze ze­sta­wie­nia i ta­be­le, ale tu, w ga­bi­ne­cie na Pie­trow­ce 38, ma­te­ria­ły znaj­do­wa­ły się w tecz­kach, i to nie za­wsze w naj­ide­al­niej­szym po­rząd­ku. Co praw­da, Na­stia orien­to­wa­ła się w nich do­sko­na­le, ale nikt inny nie zna­la­zł­by tu po­trzeb­nych da­nych. Gdy­by wszyst­kie ma­te­ria­ły trzy­ma­ła w jed­nej tecz­ce, a dwa dni temu Pa­ni­sko oso­bi­ście za­brał­by ją, żeby się z nimi „za­po­znać”, Jur­ka Ko­rot­kow zo­ba­czył­by po­trzeb­ny ad­res jak wła­sne ucho. Mu­siał­by go szu­kać przez biu­ro ad­re­so­we, a w Mo­skwie Ma­mon­to­wów jest jak psów.

Po­dyk­to­wa­ła Ko­rot­ko­wo­wi ad­res i – na wszel­ki wy­pa­dek – nu­mer te­le­fo­nu Ni­ki­ty Ma­mon­to­wa, prze­słu­chi­wa­ne­go w 1995 roku w związ­ku ze spra­wą za­bój­stwa na Dwor­cu Pa­we­lec­kim. Ni­ki­ta miesz­kał da­le­ko od sta­cji me­tra Czer­ta­now­ska, na dru­gim koń­cu mia­sta, w Otrad­nem.

– Po­je­dziesz do nie­go te­raz, od razu? – spy­ta­ła Ko­rot­ko­wa.

– Aku­rat, już się roz­pę­dzi­łem – burk­nął roz­złosz­czo­ny Jura. – I tak stra­ci­łem przez nie­go całą go­dzi­nę. Spe­cjal­nie wy­zna­czy­łem mu spo­tka­nie przy Czer­ta­now­skiej, bo mam w tej oko­li­cy dwie spra­wy do za­ła­twie­nia. Jed­na zresz­tą do­ty­czy two­je­go du­si­cie­la. Jak skoń­czę tu­taj wszyst­ko, co za­pla­no­wa­łem, to po­tem może zaj­rzę do Ni­ki­ty, je­śli jesz­cze dam radę. No do­bra, ko­le­żan­ko, lecę da­lej.

*

Była to kla­sycz­na pu­łap­ka, któ­rą za­sta­wia­no set­ki razy i w któ­rą wpa­da­ło ty­leż osób. Mało tego, przed­sta­wia­no ją w dzie­siąt­kach po­wie­ści kry­mi­nal­nych i fil­mów. Mimo to wpad­ki wciąż się zda­rza­ły.

Ma­jor Ko­rot­kow był do­świad­czo­nym ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym. Dla­te­go naj­pierw dłu­go dzwo­nił do drzwi Ni­ki­ty, a po­tem pchnął je ostroż­nie. Stwier­dziw­szy, że są otwar­te, nie wszedł do środ­ka, przy­mknął drzwi i na­ci­snął dzwo­nek do są­sied­nie­go miesz­ka­nia. Otwo­rzy­ła mu mło­da ko­bie­ta z rocz­nym ber­be­ciem na rę­kach. Jura po­ka­zał jej le­gi­ty­ma­cję.

– U pani są­sia­da drzwi są otwar­te – po­wie­dział – a on nie re­agu­je na dzwo­nek. Czy mogę od pani za­dzwo­nić po mi­li­cję?

– Prze­cież pan sam jest z mi­li­cji – ro­ze­śmia­ła się ko­bie­ta.

– Po­je­dyn­czy mi­li­cjant to nie mi­li­cjant – kon­fi­den­cjo­nal­nie ści­sza­jąc głos, rzekł Ko­rot­kow.

– Jak to?

– A tak. Nam tak­że po­trzeb­ni są świad­ko­wie, jak wszyst­kim. Co by było, gdy­bym tak te­raz wszedł do miesz­ka­nia Ni­ki­ty i oka­za­ło­by się, że bu­szo­wa­li tam zło­dzie­je? Nig­dy w ży­ciu bym nie udo­wod­nił, że sam cze­goś nie za­bra­łem, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji.

– Mogę wejść z pa­nem – za­pro­po­no­wa­ła ocho­czo są­siad­ka Ni­ki­ty. – I je­śli bę­dzie trze­ba, za­świad­czę, że pan ni­cze­go nie wziął. Chce pan?

Ko­rot­kow nie chciał. Nie wi­dział naj­mniej­szej po­trze­by, żeby ta miła mło­da ko­bie­ta mia­ła być za­mie­sza­na w spra­wę o za­bój­stwo. Co zaś do tego, że cho­dzi wła­śnie o za­bój­stwo, a nie o okra­dze­nie miesz­ka­nia, nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści. Ju­rij Ko­rot­kow był do­świad­czo­nym wy­wia­dow­cą.

*

Wa­len­tin Ba­gluk za­wsze cięż­ko zno­sił kaca. Wła­ści­wie to pił nie­zbyt czę­sto, tyl­ko w mi­łym, za­przy­jaź­nio­nym gro­nie, ale wte­dy już bez umia­ru – mie­wał prze­rwy w ży­cio­ry­sie, nic nie pa­mię­tał, sło­wem, peł­ny od­lot. I za każ­dym ra­zem po uro­czym wie­czo­rze na­stę­po­wał ra­nek. Kosz­mar­ny. Od­ra­ża­ją­cy. Wprost nie do znie­sie­nia. Tak strasz­ny, że wy­da­wał się Wali Ba­glu­ko­wi ostat­nim po­ran­kiem w jego nie­dłu­gim ży­ciu.

Ba­gluk pra­co­wał w po­pu­lar­nej mo­skiew­skiej ga­ze­cie, zna­nej z wy­cią­ga­nia na świa­tło dzien­ne róż­nych skan­da­li i po­dej­mo­wa­nia „go­rą­cych” te­ma­tów. Wa­len­tin, obu­dziw­szy się, uznał, że już nig­dy wię­cej nie na­pi­sze ani jed­ne­go ar­ty­ku­łu do swo­jej ga­ze­ty, z tej pro­stej przy­czy­ny, że ten ra­nek bę­dzie ostat­nim w jego ży­ciu. Do ja­snej cho­le­ry, po co się wczo­raj tak schlał? Prze­cież za każ­dym ra­zem po­wta­rza się ta sama hi­sto­ria: wie, co bę­dzie na­stęp­ne­go dnia, a mimo to pije, przy czym im wię­cej al­ko­ho­lu w sie­bie wle­wa, tym bar­dziej od­le­gła i mgli­sta sta­je się per­pek­ty­wa kosz­ma­ru po­ran­ne­go kaca. Ra­nek jest jesz­cze hen, da­le­ko, a we­so­łość i ra­do­sne unie­sie­nie trwa­ją, są tu i te­raz.

Sło­wem, Wa­len­tin czuł się fa­tal­nie. Cier­piał jak po­tę­pie­niec. Nie­mal pła­kał nad wła­sną głu­po­tą i bez­sil­no­ścią, po­nie­waż jed­no wie­dział na pew­no: nie może so­bie po­zwo­lić na kli­na. Je­śli czło­wiek za­cznie od rana kli­no­wać, to zna­czy, że jest zde­kla­ro­wa­nym al­ko­ho­li­kiem. I cho­ciaż z opo­wie­ści przy­ja­ciół Ba­gluk wie­dział, że set­ka wód­ki w mgnie­niu oka po­sta­wi­ła­by go na nogi, męż­nie prze­ma­gał pra­gnie­nie.

Z tru­dem do­brnąw­szy do ła­zien­ki, sta­nął pod prysz­ni­cem. Dzie­sięć mi­nut pod let­nią wodą spra­wi­ło, że po­czuł się odro­bi­nę le­piej. Kie­dyś, jesz­cze za wła­dzy ra­dziec­kiej, moż­na było do­stać w ap­te­ce wspa­nia­łe ta­blet­ki pod na­zwą ae­ron. Te­raz już od daw­na ich nie pro­du­ko­wa­no, ale Ba­gluk w tam­tych daw­nych cza­sach spryt­nie za­ku­pił spo­ry ich za­pas, gdyż wła­ści­wie prze­cho­wy­wa­ne, za­cho­wy­wa­ły waż­ność do 1998 roku. Ta­blet­ka ae­ro­nu za­ży­ta ra­zem z ta­blet­ką no­vo­ce­fal­gi­ny sku­tecz­nie li­kwi­do­wa­ła ból gło­wy i nud­no­ści po prze­pi­ciu.

Wa­len­tin już wy­szedł z ła­zien­ki, wy­jął dro­go­cen­ne le­kar­stwa i wła­śnie miał po­pić je wodą, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon wi­szą­cy w kuch­ni na ścia­nie. Ba­gluk po­sta­no­wił go nie od­bie­rać. Nie miał siły roz­ma­wiać. Ale sy­gna­ły nie usta­wa­ły, a wtycz­ki nie moż­na było wy­jąć z gniazd­ka, apa­rat był za­mon­to­wa­ny na sta­łe. Żeby go wy­łą­czyć, Wa­len­tin mu­siał­by zna­leźć śru­bo­kręt, ukuc­nąć, wy­krę­cić śru­by i odłą­czyć za­ci­ski. O tak skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji w obec­nym sta­nie nie mógł na­wet po­my­śleć. Co wię­cej, apa­rat był sta­ry, re­gu­la­tor gło­śno­ści dzwon­ka daw­no się po­psuł, tak że sy­gna­łu nie da­wa­ło się ści­szyć. Chy­ba żeby przy­nieść z po­ko­ju po­dusz­kę… Ale to też nic nie da. Apa­rat prze­cież wisi na ścia­nie. Nie, le­piej już pod­nieść słu­chaw­kę, bo od tych roz­dzie­ra­ją­cych, prze­raź­li­wych dzwon­ków moż­na do­stać kon­wul­sji. O Boże, po co wczo­raj tyle pił!

– Halo – za­beł­ko­tał w słu­chaw­kę gło­sem umie­ra­ją­ce­go, w na­dziei, że dzwo­nią­cy weź­mie go za cięż­ko cho­re­go i od­cze­pi się.

– Wa­len­tin Ni­ko­ła­je­wicz? – rzekł nie­zna­jo­my głos.

– Tak, słu­cham – ode­zwał się Ba­gluk, oczy­ma du­szy wi­dząc się na sce­nie w roli Damy Ka­me­lio­wej w ostat­nim ak­cie dra­ma­tu.

– Czy jest pan za­in­te­re­so­wa­ny in­for­ma­cja­mi do­ty­czą­cy­mi za­bój­stwa?

– Za­le­ży ja­kie­go.

– Mor­der­stwa do­ko­na­no wczo­raj. Ofia­ra jest in­for­ma­to­rem Pie­trow­ki. Pro­szę so­bie przy­po­mnieć, w wie­lu ga­ze­tach uka­za­ły się in­for­ma­cje o tym, że mi­li­cja wer­bu­je lu­dzi, wy­ko­rzy­stu­je ich, a na­stęp­nie wy­rzu­ca jak bez­u­ży­tecz­ne śmie­ci. In­for­ma­tor sta­je się ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny, mało tego, na­wet ochro­na jego da­nych oso­bo­wych prze­sta­je obo­wią­zy­wać. I oto re­zul­ta­ty. Wa­sza ga­ze­ta, tak po­pu­lar­na i lu­bia­na przez miesz­kań­ców Mo­skwy, nie wia­do­mo dla­cze­go ani razu nie pod­ję­ła tego te­ma­tu. Re­dak­cja nie jest tym za­in­te­re­so­wa­na?

Ba­gluk szyb­ko po­wra­cał do ży­cia. A więc to jesz­cze nie fi­nał, kie­dy Dama Ka­me­lio­wa umie­ra na su­cho­ty. Je­ste­śmy do­pie­ro w środ­ku ak­cji.