Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Meryl Streep. Znowu ona! - Michael Schulman

W 1975 roku absolwentka Yale School of Drama znalazła swoje miejsce w nowojorskim teatrze. Utalentowana i ambitna, była jak dziesiątki innych aspirujących aktorek tamtych lat – młodą pięknością, która jeździła na rowerze, prowadziła dziennik, drzemała przed występami i późno się kładła, „rozmawiając o aktorstwie w barach dla aktorów”. Jednak Meryl się wyróżniała.

Od razu zwróciła na siebie uwagę, coraz częściej dostawała role na Broadwayu, otrzymała nominację do Nagrody Tony oraz dwukrotnie wystąpiła w adaptacjach Szekspira wystawianych na deskach teatru letniego w Central Parku. Już wtedy ludzie mówili: „Znowu ona!”.

Znowu ona to intymne spojrzenie na artystyczne dojrzewanie wybitnej aktorki: od czasów liceum na przedmieściach New Jersey, aż do gwiazdorskich ról w Łowcy jeleni, Manhattanie i Sprawie Kramerów.

Michael Schulman opowiada o rosnącej sławie Meryl, jej namiętnym, choć mającym tragiczny finał związku z Johnem Cazalem, który zmarł, nie doczekawszy premiery Łowcy jeleni, o małżeństwie z rzeźbiarzem Donem Gummerem. A przede wszystkim o jej ewolucji – kobiecie, która walczyła ze zmieniającymi się ideami feminizmu, małżeństwa i poświęcenia.

Ta porywająca opowieść o jednej z najciekawszych aktorek naszych czasów pozwala spojrzeć na życie niezwykłej aktorki na długo zanim stała się ikoną.

Michael Schulman współpracuje z „New Yorkerem”, w którym jest redaktorem działu kultury. Pisuje także do „New York Timesa”, „Vanity Fair” i wielu innych czasopism. Mieszka w Nowym Jorku.

Opinie o ebooku Meryl Streep. Znowu ona! - Michael Schulman

Fragment ebooka Meryl Streep. Znowu ona! - Michael Schulman

Tytuł oryginału HER AGAIN. BECOMING MERYL STREEP
Przekład ROBERT WALIŚ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja EWA KANIOWSKA
Korekta GRZEGORZ BOGDAŁ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcie na okładce © Herbert Dorfman / Corbis Premium Historical / Getty Images
Łamanie | manufaktu-ar.com
Her Again. Becoming Meryl Streep Copyright © 2016 by Michael Schulman Copyright © for the translation by Robert Waliś Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-90-3
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

dla Jamie

Mogę wam coś zdradzić?

Nie istnieje ktoś taki jak najlepsza aktorka.

Nie istnieje ktoś taki jak najwybitniejsza współczesna aktorka.

Dzięki swojej pozycji posiadłam tę tajemną wiedzę

i mogę was zapewnić, że to prawda.

MERYL STREEP, 2009

Prolog

Nie wszystkie gwiazdy filmowe są sobie równe. Gdybyśmy uwięzili całe Hollywood w bryle bursztynu i zaczęli je badać jak wiekowy ekosystem pogrzebany pod warstwami osadu i skały, odkrylibyśmy kunsztowny splot dyskretnych hierarchii, zawiedzionych ambicji oraz kompromisów udających zawodowe przemiany. Najlepsze miejsce i chwila na takie archeologiczne badanie to niewątpliwie Hollywood Boulevard 6801 późną zimą, gdy wręcza się nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Oczywiście gwiazdom filmowym przybyłym na ceremonię rozdania Oscarów towarzyszy równie liczna armia pasożytów: rzeczników prasowych, stylistów, korespondentów z czerwonego dywanu, a także stylistów i rzeczników prasowych korespondentów z czerwonego dywanu. Nominowana jest jak kadłub statku, który pokrywają niewielkie skupiska wąsonogów. Przeciska się przez hordy fotografów, agentów prasowych i asystentów, którzy starają się nie wejść w kadr. Ma za sobą miesiące męczących lunchów, pokazów i spekulacji, a teraz zaufany opiekun prowadzi ją przez tłum do sali, w której jej los kryje się wewnątrz koperty.

Osiemdziesiąta czwarta ceremonia wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej nie jest wyjątkiem. Jest 26 lutego 2012 roku, a przed wejściem do Kodak Theatre panuje harmider, na który składa się mnóstwo starannie kontrolowanych elementów. Rozkrzyczani widzowie na trybunach czekają po jednej stronie triumfalnego łuku, pod którym przybywający uczestnicy przechodzą w dokładnie zaplanowanej kolejności. Ufryzowane telewizyjne osobistości czekają z pytaniami: Czy jesteście zdenerwowani? Czy to wasz pierwszy raz? Kto was ubrał? Pojawiają się uznane gwiazdy (Gwyneth Paltrow w białej pelerynie od Toma Forda), a także nowo wykreowane gwiazdki (Emma Stone z szyją ozdobioną czerwoną kokardą od Giambattisty Vallego, większą od jej głowy). Jeśli zwrócisz uwagę, zauważysz także mężczyzn: Brada Pitta, Toma Hanksa, George’a Clooneya. Z jakiegoś powodu pojawiła się również zakonnica.

Jednakże większość uwagi skupia się na kobietach, a wyjątkowo dokładnie obserwuje się kandydatki do nagrody dla najlepszej aktorki. Oto Michelle Williams, która wygląda jak chochlik w wąskiej czerwonej sukience od Louisa Vuittona. Rooney Mara, punkowa księżniczka z groźną czarną grzywką, ubrana w białą suknię Givenchy. Viola Davis w olśniewającej zielonej kreacji od Very Wang. A także Glenn Close, nominowana za rolę w Albercie Nobbsie, która wygląda nieco hermafrodytycznie w sukni od Zaca Posena i dopasowanej marynarce od smokingu.

Ale to piąta nominowana da im wszystkim popalić, a kiedy się pojawia, jak monarchini, która przybyła powitać swoich poddanych, jej wygląd zwiastuje zwycięstwo.

Meryl Streep jest ubrana na złoto.

A dokładnie rzecz biorąc, ma na sobie wieczorową suknię od Lanvina ze złotej lamy, która opina jej sylwetkę jak szata greckiej bogini. Dodatki robią równie duże wrażenie: kołyszące się złote kolczyki, ozdobna torebka wieczorowa z macicy perłowej oraz złote sandały od Salvatorego Ferragama. Jak zauważa niejeden obserwator, sama przypomina statuetkę Oscara. Autorka jednego z blogów modowych pyta: „Zgodzicie się, że nigdy nie wyglądała lepiej?”[1]. To znaczy: nieźle jak na sześćdziesięciotrzylatkę.

Jednak przede wszystkim złota kreacja oznacza: To mój rok. Czy na pewno?

Oszacujcie jej szanse. Owszem, zdobyła już dwa Oscary, ale ostatnio w 1983 roku. A chociaż należy do niej rekord aż siedemnastu nominacji, kolejnym rekordem jest czternaście porażek, co stawia ją w jednym rzędzie z Susan Lucci. Meryl Streep przywykła do przegrywania.

Weźcie także pod uwagę film, w którym zagrała. Nikt nie uważa Żelaznej Damy za dzieło kinowego geniuszu. Chociaż jej rola pełnej werwy Margaret Thatcher nosi wszystkie znamiona oscarowego sukcesu – postać historyczna, postarzająca charakteryzacja, praca nad akcentem – to właśnie one przez dziesięciolecia doprowadziły do jej zaszufladkowania. W swojej recenzji na łamach „New York Timesa” A.O. Scott ujął to następująco: „Poruszając się powoli na sztywnych nogach, ukryta za toną dyskretnie nałożonego postarzającego makijażu, Meryl Streep po raz kolejny bezbłędnie wciela się w znaną postać, jednocześnie ukazując nam jej istotę”[2]. To pochlebne słowa, ale wyczuwa się w nich nutę znużenia.

Kiedy prowadzi męża, Dona Gummera, po czerwonym dywanie, jedna z dziennikarek podsuwa jej mikrofon pod nos.

– Czy wciąż się pani denerwuje na czerwonym dywanie, chociaż jest pani taką profesjonalistką?[3]

– Tak, powinna pani dotknąć mojego serca... Ale pani nie wolno – odpowiada oschle.

– Czy ma pani przy sobie jakieś amulety? – nie ustępuje dziennikarka.

– Tak – rzuca nieco zniecierpliwiona. – Mam buty, które uszył Ferragamo... Ponieważ uszył wszystkie buty dla Margaret Thatcher.

Odwraca się w stronę trybun i macha, a ludzie wybuchają radością. Potem bierze męża za rękę i wchodzi do budynku.

Jak na wręczenie Oscarów przystało, uroczystość nie ma końca. Zanim dowiaduje się, czy została najlepszą aktorką, musi wytrzymać liczne formalności. Billy Crystal sypie żartami. („Nic tak nie łagodzi gospodarczych problemów świata, jak oglądanie milionerów wręczających sobie nawzajem złote statuetki”). Christopher Plummer w wieku osiemdziesięciu dwóch lat zostaje najstarszym laureatem nagrody dla najlepszego aktora drugoplanowego. („Jeszcze nie wyszedłem z łona matki, a już ćwiczyłem swoją przemowę przed Akademią”). Cirque du Soleil wykonuje akrobatyczny występ w hołdzie dla magii kina.

Wreszcie Colin Firth wychodzi na scenę, aby wręczyć statuetkę dla najlepszej aktorki. Kiedy wyczytuje nazwiska nominowanych, Meryl Streep bierze kilka głębokich, wzmacniających oddechów, a złote kolczyki drżą ponad jej ramionami. Na ekranie pojawia się krótki fragment, w którym Thatcher beszta amerykańskiego dygnitarza. („Nalać ci herbaty, Al?”), a potem Firth otwiera kopertę i szeroko się uśmiecha.

– Oscara otrzymuje Meryl Streep.

***

Jej przemowa po otrzymaniu statuetki to prawdziwe dzieło sztuki: zarazem spontaniczna i zaplanowana, pokorna i harda, pełna wdzięczności i zblazowana. Oczywiście fakt, że Meryl Streep zdobyła tak wiele nagród, czyni całą sytuację zabawniejszą. Któż inny otrzymał tyle laurów, że żartobliwe umniejszanie swojej wartości mogło stać się jego znakiem rozpoznawczym? Wygląda na to, że Meryl Streep cieszy się tytułem Największej Współczesnej Aktorki równie długo, jak Elżbieta II zasiada na tronie królowej Anglii. Pochwały trzymają się jej jak wbite pinezki: jest boginią pośród aktorek, potrafi rozpłynąć się w dowolnej postaci, opanować każdy gatunek, a także bezbłędnie odwzorować każdy akcent. Nie tylko nie stała się niepotrzebna po pięćdziesiątce, ale zaprzeczyła zasadom Hollywood i w tym wieku osiągnęła szczyt kariery. Żadna inna aktorka urodzona przed 1960 rokiem nie ma szans na rolę, jeśli Meryl wcześniej jej nie odrzuci.

Poczynając od jej przełomowych ról pod koniec lat siedemdziesiątych, ceniono ją za niezwykle szczegółowe odwzorowywanie postaci. W latach osiemdziesiątych przemierzała świat jako bohaterka imponujących dramatów, takich jak Wybór Zofii czyPożegnanie z Afryką. Lata dziewięćdziesiąte, jak twierdzi, były czasem uśpienia. (Trzykrotnie nominowano ją wtedy do Oscara). Lubi zwracać uwagę, że gdy tylko skończyła czterdzieści lat, zaproponowano jej trzy różne role wiedźm. W 2002 roku zagrała u Spike’a Jonze’a w niemożliwej do zaszufladkowania Adaptacji. Ten film najwyraźniej wyzwolił ją z marazmu, w który chwilowo popadła. Nagle mogła robić wszystko, na co przyszła jej ochota, i to w atmosferze żartu. Kiedy w kolejnym roku zdobyła Złoty Glob, sprawiała wrażenie niemal zaskoczonej. „Ojej, niczego nie przygotowałam”, powiedziała, przeczesując palcami spoconą grzywkę. „Nie dostałam żadnej nagrody chyba od plejstocenu”[4].

W 2004 roku, gdy zdobyła nagrodę Emmy za telewizyjną adaptację Aniołów w Ameryce w reżyserii Mike’a Nicholsa, pokora ustąpiła w niej miejsca nadmiernej pewności siebie. („Są dni, gdy uważam, że się mnie przecenia... ale nie dzisiaj”[5]). Pojawiły się kolejne przeboje i żartobliwe przemowy po otrzymanych nagrodach: Złoty Glob za Diabeł ubiera się u Prady („Mam wrażenie, że współpracowałam ze wszystkimi ludźmi w tej sali”[6]), Nagroda Gildii Aktorów Ekranowych za Wątpliwość („Nawet nie kupiłam sukienki!”[7]). Wkrótce do perfekcji opanowała sztukę żartowania z własnej sławy i swojej uprzywilejowanej pozycji przy jednoczesnym efektownym ich uwypuklaniu.

Kiedy więc Colin Firth wyczytuje jej nazwisko w Kodak Theatre, Meryl czuje się, jakby po trzydziestu latach wreszcie wracała do domu, a zarazem jest to znak, że odbudowa jej kariery, rozpoczęta za sprawą Adaptacji, osiągnęła szczyt. Po tym jak słyszy, kto wygrał, unosi dłoń do ust i kręci głową z niedowierzaniem. Publiczność wstaje z miejsc, Meryl dwukrotnie całuje Dona, bierze do ręki swojego trzeciego Oscara i wraca do uświęconej czasem tradycji umniejszania swojej wartości.

– O mój Boże. Dajcie już spokój[8] – zaczyna, uciszając tłum. Śmieje się do siebie. – Kiedy wyczytano moje nazwisko, miałam wrażenie, że pół Ameryki jęknęło: „O nie... dlaczego? To znowu ona!”. Dacie wiarę? – Przez chwilę wydaje się urażona myślą, że połowa Ameryki może być rozczarowana. Potem kpiąco się uśmiecha. – Ale... nieważne. – Rozładowawszy napięcie doskonałym fałszem, przechodzi do wyrazów wdzięczności. – Najpierw chciałabym podziękować Donowi – mówi z uczuciem. – Ponieważ gdy dziękujesz mężowi na końcu, zazwyczaj zagłuszają cię muzyką, a ja chcę, aby wiedział, że od niego otrzymałam wszystko, co najbardziej cenię w życiu.

Kamera pokazuje Dona, który klepie się po sercu.

– Dziękuję także swojemu drugiemu partnerowi. Trzydzieści siedem lat temu, kiedy grałam w swojej pierwszej sztuce teatralnej w Nowym Jorku, poznałam wybitnego stylistę fryzur i wizażystę Roya Hellanda, z którym współpracuję praktycznie bez przerwy, odkąd się zobaczyliśmy. Po raz pierwszy pomagał mi podczas kręcenia Wyboru Zofii i trwa to aż do dzisiejszego wieczoru – tutaj jej głos na chwilę się załamuje – kiedy zdobył nagrodę za swoją piękną pracę w Żelaznej Damie, trzydzieści lat później. – Z thatcherowską pewnością siebie podkreśla każde słowo uderzeniem dłoni. – Pracował. Przy. Każdym. Moim. Filmie. – Zmienia ton i mówi dalej: – Chcę więc podziękować Royowi, ale także dziękuję... ponieważ zdaję sobie sprawę, że nigdy więcej tutaj nie stanę... – Tutaj niemal niezauważalnie zerka z ukosa, jakby chciała powiedzieć: „Jeszcze zobaczymy...” – ...wszystkim swoim kolegom i przyjaciołom. Patrzę na was i widzę całe swoje życie: dawnych i nowych przyjaciół. – Jej ton łagodnieje, gdy zbliża się do wielkiego finału: – To naprawdę ogromny zaszczyt, choć dla mnie największe znaczenie mają przyjaźnie oraz miłość i czysta radość, jakie towarzyszyły nam podczas wspólnego kręcenia filmów. Przyjaciele, dziękuję wam wszystkim, tym, którzy odeszli, i tym, którzy wciąż tutaj są, za tę nieopisanie cudowną karierę.

Przy słowie „odeszli” zerka ku niebu, a przynajmniej ku reflektorom pod dachem Kodak Theatre, gdzie czają się duchy przemysłu rozrywkowego. Mogła mieć na myśli wiele różnych duchów. Swoją matkę, Mary Wolf, która zmarła w 2001 roku. Swojego ojca Harry’ego, który zmarł dwa lata później. Swoich reżyserów: Karela Reisza, który obsadził ją w Kochanicy Francuza; Alana J. Pakulę, który uczynił ją gwiazdą Wyboru Zofii. Z pewnością pomyślała o Josephie Pappie, legendarnym producencie teatralnym, który jako pierwszy pokazał ją światu kilka miesięcy po tym, jak skończyła szkołę teatralną.

Jednak w tej chwili, gdy jej kariera osiągnęła kolejny szczyt, trudno sobie wyobrazić, aby nie wspominała jej początków, nierozerwalnie związanych z Johnem Cazale’em.

Nie widziała go od trzydziestu czterech lat. Poznali się przed trzydziestoma sześcioma laty, gdy grali Angela i Izabelę w przedstawieniu Miarka za miarkę w ramach festiwalu Szekspir w Parku. Dzień po dniu, w upalne letnie wieczory, błagała go, aby okazał łaskę jej skazanemu bratu: „O, przebacz mu, panie! On na śmierć jeszcze nie przygotowany”[9].

John Cazale był jednym z najwybitniejszych aktorów charakterystycznych swojego pokolenia i jednym z najczęściej pomijanych. Zapamiętany na zawsze jako Fredo z Ojca chrzestnego, był jej pierwszą wielką miłością i pierwszą druzgocącą stratą. Gdyby żył dłużej niż czterdzieści dwa lata, mógłby się stać równie sławny jak De Niro czy Pacino. Tymczasem tak wiele go ominęło. Nie zobaczył, jak Meryl zdobywa dwa Oscary przed ukończeniem trzydziestego trzeciego roku życia. Nie zobaczył, jak z wiekiem uczy się iście królewskiego panowania nad sobą. Nie zobaczył, jak zagrała Joannę, Zofię, Karen, Lindy, Francescę, Mirandę, Julię ani Maggie.

John Cazale nie widzi jej teraz na scenie, gdy Meryl dziękuje swoim przyjaciołom, wszystkim bez wyjątku, za „nieopisanie cudowną karierę”. Po ostatnim podziękowaniu macha na pożegnanie i schodzi za kulisy, a jej reputacja znów lśni jak świeżo wypolerowana. Meryl Streep, Żelazna Dama aktorstwa: nieposkromiona, niazatapialna, nieunikniona.

Ale nie zawsze tak było.

Czterdzieści dwa lata wcześniej Meryl Streep była nierzucającą się w oczy studentką żeńskiego college’u artystycznego Vassar, która dopiero odkrywała czar sceny. Jej niezwykły talent był oczywisty dla każdego, kto ją znał, jednak ona sama nie wiązała z nim przyszłości. Chociaż obdarzona oryginalną urodą, nigdy nie postrzegała siebie jako piękności. Ten brak pewności siebie działał na jej korzyść: zamiast przyjmować tradycyjnie kobiece role, wolała się wcielać w zagraniczne, dziwaczne albo pospolite postaci, zanurzając się w światach znacznie wykraczających poza znajome klimaty przedmieść New Jersey, gdzie się wychowała. Nie była klasyczną pięknością na modłę Elizabeth Taylor ani dziewczyną z sąsiedztwa w typie Debbie Reynolds, tylko kameleonem, który mógł zagrać wszystko i nic. Jednego była pewna: nie jest gwiazdą filmową.

Później nastąpiła seria przełomowych wydarzeń, o jakich śni każda aktorka na ziemi, chociaż niewiele ma dość surowego talentu, by wykorzystać taką szansę. Do końca lat siedemdziesiątych została gwiazdą szkoły teatralnej Yale, występowała na Broadwayu i festiwalu Szekspir w Parku, znalazła i straciła miłość swojego życia, Johna Cazale’a, spotkała drugą miłość swojego życia, Dona Gummera, i wyszła za niego za mąż; a także zagrała w filmie Sprawa Kramerów, za który otrzymała pierwszego Oscara – a to wszystko na przestrzeni dziesięciu oszałamiających lat.

Jak to osiągnęła? Gdzie się nauczyła tego, co robi? Czy tego w ogóle można się nauczyć? To nie są pytania wyrwane z kontekstu: dekada, w której Meryl Streep została gwiazdą, to era podniecającej rewolucji w amerykańskim aktorstwie. Jednak wykreowała ona głównie męskie gwiazdy: Ala Pacino, Roberta De Niro, Dustina Hoffmana. Choć instynkt podpowiadał jej inaczej, Meryl dołączyła do obsady Łowcy jeleni, żeby być u boku chorego Cazale’a, i tym samym wdarła się do kliki Ojca chrzestnego. Zasłużyła na to miejsce dzięki swojemu aktorskiemu kunsztowi pełnemu niuansów i poczucia humoru. Specjalizowała się w stanach pośrednich: niezdecydowaniu, wyparciu, wyrzutach sumienia. Charakteryzacja i obce akcenty czyniły ją nierozpoznawalną, ale w każdej jej roli wyczuwało się wewnętrzne niezadowolenie, niechęć do wchodzenia w jakąkolwiek emocję bez jednoczesnego zabarwienia jej emocją przeciwną. Jej życie wewnętrzne opierało się na dialektyce.

„To mi przypomina kościół”, odpowiedziała niegdyś na pytanie, dokąd się udaje, kiedy wciela się w rolę. „Zupełnie jakbym podchodziła do ołtarza. Mam wrażenie, że im więcej się o tym mówi, tym więcej z tego się traci. Wiem, że jest w tym wiele z przesądu, ale czuję się swobodniejsza, mniej opanowana i bardziej wrażliwa”[10]. Jej niezwykły warsztat miał swoich krytyków. W 1982 roku Pauline Kael, niezależna krytyczka filmowa z „New Yorkera”, tak napisała o jej roli w Wyborze Zofii: „Jak zwykle włożyła w swoją pracę mnóstwo refleksji i wysiłku, ale coś mnie w niej zastanawia: po obejrzeniu filmu, w którym zagrała, nie potrafię sobie jej wyobrazić od szyi w dół”[11].

To powiedzenie do niej przylgnęło, podobnie jak zachwyt nad jej „techniką aktorską”. Sama Meryl wielokrotnie tłumaczyła, że w pracy bardziej polega na intuicji niż jakiejkolwiek konkretnej technice. Chociaż należy do pokolenia wychowanego na metodzie Stanisławskiego, która opiera się na przekonaniu, że aktor może przekazywać granej postaci osobiste emocje i doświadczenia, zawsze sceptycznie podchodziła do jej surowych wymogów. Jest między innymi specjalistką od kolaży, jej umysł przypomina algorytm, który potrafi przywoływać akcenty, gesty, modulacje głosu i składać z nich postać. Czasami nie wie, skąd lub od kogo coś zaczerpnęła, dopóki nie zobaczy się na ekranie.

Dorastając w czasach drugiej fali feminizmu, nie mogła oddzielić swojego wejścia w świat aktorstwa od dojrzewania jako kobieta. Kiedy była cheerleaderką w szkole średniej Bernards, wzorowała się na dziewczętach, które oglądała w czasopismach dla kobiet. Jej świat poszerzył się w 1967 roku, gdy rozpoczęła naukę w żeńskim college’u Vassar. Zanim zdobyła dyplom, szkoła otworzyła podwoje także dla mężczyzn, a Meryl intuicyjnie poradziła sobie ze swoją pierwszą dużą rolą w Pannie Julii Augusta Strindberga. Dziesięć lat później zagrała w Sprawie Kramerów, wcielając się w rolę zuchwałej młodej matki, która porzuca męża i dziecko, by następnie powrócić i walczyć o prawo do opieki. Film pod pewnymi względami był reakcyjną i tendencyjną krytyką ruchów walczących o prawa kobiet. Mimo wszystko Streep nie chciała uczynić z Joanny Kramer jędzy, tylko złożoną kobietę, która ulega autentycznym pragnieniom i wątpliwościom, i niemal przejęła kontrolę nad filmem.

„Kobiety są lepszymi aktorkami”, powiedziała kiedyś. „Dlaczego? Ponieważ musimy takie być. Przekonywanie kogoś potężniejszego od ciebie do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty, stanowi jeden z elementów walki o byt, a kobiety właśnie w ten sposób zdołały przetrwać przez tysiąclecia. Udawanie to nie sama zabawa. To także zmienianie wyobrażeń w rzeczywistość. Udawanie lub aktorstwo to bardzo cenna życiowa umiejętność, którą wszyscy od czasu do czasu wykorzystujemy. Nie chcemy, aby nas na tym przyłapano, ale to część zdolności adaptacyjnych naszego gatunku. Zmieniamy to, kim jesteśmy, żeby się dopasować do wymogów swoich czasów”[12].

Lata, które zmieniły Meryl Streep z ujmującej cheerleaderki w niepowstrzymaną gwiazdę Kochanicy Francuza i Wyboru Zofii, przemieniły również Amerykę, kobiety oraz całą branżę filmową. Historia sukcesu Meryl to zarazem historia mężczyzn, którzy próbowali ją kształtować, kochać lub stawiać na piedestale. Większości z nich się nie udało. Została gwiazdą – chociaż to nigdy nie było wysoko na liście jej pragnień – na własnych warunkach, nie pozwalając, by torowało jej drogę cokolwiek poza talentem i nieziemską pewnością siebie. Jak napisała do swojego byłego chłopaka na pierwszym roku studiów: „Stoję na progu czegoś strasznego i cudownego”[13].

Maria

W pierwszą sobotę listopada uczniowie szkoły średniej Bernards zebrali się w celu odprawienia świętego rytuału.[1] Zjazd absolwentów: potwierdzenie ciężko wywalczonych miejsc w nastoletniej hierarchii. Na jaskrawozielonym boisku futbolowym na tyłach kościoła metodystów słynący z beznadziejnej formy Bernards Mountaineers zmierzyli się ze swoimi rywalami z Dunellen, podobnej dzielnicy w New Jersey. W połowie meczu zawodnicy zeszli z boiska. Nadszedł czas na ukoronowanie królowej zjazdu w 1966 roku.

Wszyscy w szkole znali tegoroczną zwyciężczynię, niebieskooką blondynkę, uczennicę ostatniej klasy z Old Fort Road 21. Była jedną z tych dziewczyn, które mają wszystko: bystra, ładna i związana z chłopakiem z reprezentacji futbolowej. Oglądali ją w drużynie cheerleaderek, w chórze, a także w szkolnych przedstawieniach, w których zawsze dostawała główną rolę. Kiedy ubrany w muszkę przewodniczący rady uczniów doprowadził ją do boiska, oczy całego Bernardsville spoczęły na jej wyrazistej, charakterystycznej twarzy.

Była piękna. Wiedzieli o tym wszyscy oprócz niej samej. Miała alabastrową skórę. Wysokie kości policzkowe niczym u posągu. Przymknięte oczy, rozmieszczone odrobinę zbyt blisko siebie. Włosy koloru nitek kukurydzy. Nos tak długi i szeroki, że od razu rzucał się w oczy.

Uważała, że nie jest wystarczająco piękna, aby zostać gwiazdą filmową. Gwiazdy muszą być dziewczęce, zmysłowe lub poważne. Muszą być jak Audrey Hepburn, Ann-Margret albo Jane Fonda. Gwiazdy są ładne. A ona taka nie jest, powtarzała sobie, niezależnie od tego, jak wielu chłopców walczyło o jej względy. Nie z takim nosem.

Pauline Kael ujęła to następująco: „Streep ma wyraziste spojrzenie i urodę jasnowłosej walkirii – nieco dłuższy nos dodaje jej twarzy charakteru i przenosi ją z kategorii ładnych do prawdziwie pięknych”[2]. To nieistotne, że Kael miała zostać jedną z jej najbardziej aktywnych krytyczek. Miała rację: Meryl Streep nie była ładna. Była kimś więcej. Kimś bardziej interesującym, a przynajmniej trudniejszym do zaszufladkowania. Wystarczyło, że uniosła brew albo skrzywiła usta, a mogła się stać każdym: arystokratką, żebraczką, kochanką, żartownisią. Mogła grać Skandynawkę, Słowiankę albo Angielkę. Na razie pragnęła być tylko Amerykanką.

Zeszłoroczna królowa zjazdu absolwentów, June Reeves, wróciła z college’u, aby wypełnić swój ostatni obowiązek: umieścić migoczący diadem na głowie swojej następczyni. Nowo ukoronowana królowa weszła na platformę ozdobioną kwiatami razem ze swoją świtą: Joann Bocchino, Ann Buonopane, Ann Miller i Peggy Finn. Wszystkie miały włosy zarzucone na jedną stronę i bukieciki przypięte do sukni. Kiedy platforma przemierzała boisko, Meryl machała do tłumu i uśmiechała się, błyskając białą rękawiczką. Ciężko pracowała na to, żeby zostać królową, strojąc się, tleniąc włosy i przemieniając się w osobę, którą koniecznie chciała się stać.

Nikt z jej poddanych nie wiedział, jak bardzo nie na miejscu się czuła. Wszystko, co widzieli, było rolą, którą odgrywała, aż po ostatni złocisty włos na jej głowie. Nawet jej chichot był udawany: ćwiczyła go, aby stał się delikatny i lekki, tak jak lubią chłopcy. Nie nazwałaby tego aktorstwem, ale właśnie tym było jej zachowanie. Z niezachwianym uporem trwała w tej roli przez całą szkołę średnią. Chociaż była w tym dobra, czasami na tej fasadzie pojawiały się pęknięcia. Nie wyglądała tak jak kobiety, które oglądała w czasopismach. Oszukała większość tych ludzi, ale dziewczęta ją przejrzały.

Machając do tłumu, nie wychodziła ze swojej roli. To miłe uczucie, gdy cię uwielbiają, chociaż nieco samotne. Na tej platformie znajdowała się bliżej listopadowego nieba niż jej rówieśnicy. Gdyby tylko June, Peggy albo jej najlepsza przyjaciółka, Sue, mogły do niej dołączyć – ale królowa mogła być jedna, a jej zadanie polegało na tym, aby być najlepsza. Być może po raz pierwszy, chociaż z pewnością nie po raz ostatni, Meryl Streep zrozumiała, że perfekcja może być więzieniem.

Miała siedemnaście lat.

Wkrótce odkryła, że jej atutem nie jest piękno, ale przemiana. Tak było od samego początku. Można to nazwać „strefą” albo „kościołem”. Odwiedzała to miejsce, zanim nauczyła się je opisywać, chociaż nigdy do końca nie zrozumiała, jak to się dzieje.

„Miałam sześć lat i zakładałam na głowę halkę swojej mamy, przygotowując się do roli Marii, którą miałam odegrać w naszym salonie. Kiedy otuliłam swoją lalkę, poczułam się wyciszona, wręcz święta, a moja przeobrażona twarz i całkowicie zmienione zachowanie, uchwycone na ośmiomilimetrowej taśmie przez mojego tatę, zahipnotyzowało moich młodszych braci – czteroletniego Harry’ego, który grał Józefa, i dwuletniego Danę, wcielającego się w któreś ze zwierząt w stajence. Intensywność mojego skupienia całkowicie wciągnęła ich w tę scenę, czego nigdy nie potrafiłam osiągnąć, gdy stosowałam swoją zwyczajową metodę nakłaniania ich do posłuszeństwa, czyli na nich wrzeszczałam”[3].

Z kolei trzy lata później:

„Pamiętam, jak wzięłam od mamy ołówek do brwi i starannie narysowałam sobie kreski na całej twarzy, odzwierciedlając zmarszczki zapamiętane z twarzy babci, którą uwielbiałam. Namówiłam mamę, żeby zrobiła mi zdjęcie, a kiedy teraz na nie patrzę, oczywiście sama wyglądam jak moja babcia, ale wciąż pamiętam, że tamtego dnia naprawdę czułam się, jakbym miała tyle lat, co ona. Przygarbiona, ociężała, ale radosna. Czułam się tak jak ona”[4].

Maria była naturalnym wyborem pierwszej roli: Meryl pochodzi z długiego rodu kobiet noszących to imię. Jej matka nazywała się Mary Wolf Wilkinson, a babka – Mary Agnes, choć mówiono na nią Mamie. Kiedy przyszła na świat pierwsza córka Mary Wolf, w Summit w stanie New Jersey, 22 czerwca 1949 roku, nadano jej imiona Mary Louise. Trzy Marie w jednej rodzinie to za dużo, dlatego zanim Mary Louise nauczyła się wymawiać swoje imię, matka zaczęła na nią wołać Meryl.

Dorastając, niewiele wiedziała o swoich przodkach. Rodzina jej matki wywodziła się ze środowiska kwakrów i korzeniami sięgała amerykańskiej rewolucji.[5] Kogoś podobno powieszono w Filadelfii za koniokradztwo. Jedna z babek uczestniczyła w nalotach na bary podczas prohibicji. Jej dziadek, Harry Rockafellow Wilkinson, znany swoim wnukom jako „Harry Pop”, był żartownisiem, który dużo gestykulował. Gdy Meryl była mała, rodzice jej mamy wciąż mówili bardzo staroświeckim językiem.

Mary Wolf miała szeroką, sympatyczną twarz i poczucie humoru, które odziedziczyła po ojcu. Kiedy wiele lat później Meryl grała Julię Child, inspirowała się niezwykłą joie de vivre swojej matki.[6] Podczas drugiej wojny światowej Mary była dyrektorem artystycznym w Bell Labs, a potem studiowała w Art Students League w Nowym Jorku. Jak większość jej rówieśników w czasie wojny rzuciła pracę, aby poświęcić się roli żony i matki: należała do tych kobiet, które Betty Friedan chciała pobudzić do działania, wydając w 1963 roku Mistykę kobiecości. Jednak Mary nie cierpiała na chorobę, którą Friedan dostrzegała u wielu gospodyń domowych, być może dlatego, że nigdy nie porzuciła swoich artystycznych ambicji. Wychowując dzieci, jednocześnie pracowała w swoim atelier na tylnej werandzie, gdzie rysowała ilustracje dla miejscowych wydawców i firm. Gdyby należała do pokolenia swojej córki, mogłaby zrobić prawdziwą karierę, ale ona tylko starała się nie stracić kontaktu z branżą, a dodatkowe dochody zawsze mogły się przydać.

Rodzina po stronie ojca nie żyła z takim rozmachem. „Streep” było niemieckim nazwiskiem, chociaż Meryl przez wiele lat sądziła, że holenderskim. Jej ojciec, Harry Streep junior, był jedynakiem. (W jej rodzinie było równie wielu Harrych i Henrych co Mary). Przezywano go „Buddy”; urodził się w Newark w 1910 roku i dzięki stypendium rozpoczął naukę w Brown College. Po roku zapanował kryzys i Harry musiał zrezygnować ze szkoły. Przez trzy dekady pracował w kadrach w Merck & Co. Jego praca polegała głównie na zatrudnianiu i zwalnianiu ludzi. Meryl dostrzegała w jego charakterze melancholię. Zapewne odziedziczył ją po matce, Helenie, która trafiła do szpitala z powodu klinicznej depresji. Mąż Heleny, Harry William Streep, był wędrownym kupcem, który większość czasu spędzał z dala od rodziny. Jako starszy mężczyzna ojciec Meryl obejrzał swojego wnuka, Henry’ego Wolfe’a Gummera, w szkolnym przedstawieniu Śmierci komiwojażera i zapłakał: „Właśnie taki był mój tata”.

Kiedy Meryl odwiedzała dom rodziców ojca, wyczuwała tam wszechobecny smutek. Zasłony były zaciągnięte, aby wpuszczać tylko cienki pasek światła – zupełnie inaczej niż w ciepłym domu Wilkinsonów. Jej babka praktycznie niczego nie wyrzucała. Zachowywała kawałki folii aluminiowej i zwijała je w stale rosnącą kulę, którą trzymała pod zlewozmywakiem, co fascynowało Meryl.

W blasku powojennego świata podmiejski amerykański sen znajdował się w zasięgu ręki rodzin takich jak Streepowie. Wędrowali po środkowym New Jersey, w miarę jak ich rodzina się powiększała, najpierw przeprowadzając się do Basking Ridge, a potem do Bernardsville. Po Meryl na świat przyszedł Harry Streep III, którego przezywano „Trzecim”. Potem urodził się kolejny chłopiec, Dana, chudy piegowaty żartowniś. Rodzice Meryl zabierali ją na mecze małej ligi, w których grali jej bracia, jednak ona była równie żywa i wysportowana jak oni, może nawet bardziej.

W Bernardsville mieszkali przy zadrzewionej ulicy na szczycie niewielkiego wzgórza, kilka kroków od państwowej szkoły średniej. Miasteczko wchodziło w skład stanowego „pasa bogactwa” i było położone około siedemdziesięciu kilometrów na zachód od Nowego Jorku. W 1872 roku nowa linia kolejowa przemieniła je ze spokojnego skupiska domków w sypialnię dla wpływowych nowojorczyków, którzy budowali letnie posiadłości z dala od gwaru miasta. Bardziej szykowni spośród nich wznosili swoje domy na Bernardsville Mountain. „Ludzie z gór”, jak nazywali ich niektórzy, posyłali swoje dzieci do szkół z internatem i przemierzali okolicę konno. Później do ich grona dołączyli Aristotelis i Jacqueline Kennedy Onassis, którzy mieli dziesięcioakrową posiadłość w Bernardsville.

Linia kolejowa przepołowiła pozostałą część miasteczka: po jednej stronie znaleźli się protestanci z klasy średniej, a po drugiej włoscy przedstawiciele klasy pracującej, z których wielu zarabiało na życie przy budowie domów dla ludzi z gór. W okolicy praktycznie nie było zakładów przemysłowych, z wyjątkiem Meadowbrook Inventions, który produkował brokat. Nie licząc uwielbiającej konne przejażdżki klasy wyższej, miasteczko przypominało wiele innych miejscowości położonych wzdłuż linii kolejowej Erie Lackawanna: wszyscy się tam znali, a bankowcy i agenci ubezpieczeniowi każdego ranka wspólnie jechali pociągiem do miasta, pozostawiając żony i dzieci w zadrzewionej idylli.

Jako członkowie przyziemnej klasy średniej Streepowie w niczym nie przypominali ludzi z gór. Nie hodowali koni ani nie posyłali dzieci do prywatnych szkół. Nie mieszkali w żadnej z popularnych w miasteczku posiadłości w stylu kolonialnym, ale we współczesnym domu z japońskim parawanem w salonie i fortepianem, na którym pan Streep grywał wieczorami. Letnimi popołudniami dzieciaki Streepów bawiły się na trawiastym podwórzu.

Harry miał duże oczekiwania wobec swoich dzieci; chciał, aby wyszły na ludzi, co w Bernardsville nabierało dodatkowego znaczenia. Mary była łagodniejsza i podchodziła do wszystkiego z większym humorem. Oprócz urodzin rodzice urządzali dzieciom „specjalne dni”[7], podczas których spełniali ich zachcianki. Meryl przez pewien czas wybierała zoo albo cyrk, ale wkrótce jej wyobraźnią zawładnęły przedstawienia na Broadwayu: Oliver!, Kismet, Ethel Merman w Annie Get Your Gun [Chwyć za broń, Annie]. Uwielbiała musicale i nie znała innego rodzaju teatralnych przedstawień. Na popołudniowym spektaklu Man of La Mancha [Człowiek z La Manchy] siedziała w pierwszym rzędzie i „nie posiadała się z radości”[8], jak wspominała jej matka.

Rozstawiała młodszych braci po kątach, zmuszając ich do wspólnego odgrywania scenek, czy tego chcieli, czy nie. W końcu byli jej jedynymi partnerami. Trzeci się na to godził, a potem stwierdził, że „jako dziecko była okropna”[9]. Inne dzieciaki z sąsiedztwa nie dawały sobą tak łatwo dyrygować. „Nie miałam szczęśliwego dzieciństwa”, powiedziała w 1979 roku. „Przede wszystkim sądziłam, że nikt mnie nie lubi... Tak naprawdę miałam na to solidne dowody. Dzieciaki zaganiały mnie na drzewo, a potem biły patykami po nogach aż do krwi. Poza tym byłam brzydka”[10].

Nie była paskudna, choć z pewnością nie miała dziewczęcej urody. Kiedy patrzyła, jak Annette Funicello z Klubu Myszki Miki nabiera kobiecych kształtów, dostrzegała w niej wdzięk, który dla niej samej pozostawał nieosiągalny. Okulary „kocie oczy” oraz brązowa trwała do szyi upodabniały Meryl do sekretarki w średnim wieku. Niektóre dzieci w szkole brały ją za nauczycielkę.

Gdy miała dwanaście lat, podczas szkolnego koncertu bożonarodzeniowego zaśpiewała solo kolędę Cicha noc po francusku. Publiczność zerwała się z miejsc, być może zadziwiona, że postrach okolicy potrafi wydać z siebie takie czyste i wysokie dźwięki. Wtedy po raz pierwszy poczuła odurzenie aplauzem. Wśród zaskoczonych byli jej rodzice. Gdzie Meryl dotychczas ukrywała swój sopran?

Ktoś zaproponował im, żeby zapisali córkę na lekcje śpiewu, i tak też zrobili. Odtąd każdego sobotniego poranka Meryl jeździła pociągiem do Nowego Jorku na zajęcia u Estelle Liebling. Panna Liebling, jak zwracali się do niej uczniowie, zapewniała im łączność ze światem, który już nie istniał. Jej ojciec studiował z Ferencem Lisztem[11], a ona sama była ostatnią żyjącą uczennicą wybitnej paryskiej nauczycielki śpiewu Mathilde Marchesi. Panna Liebling śpiewała rolę Musetty na deskach Metropolitan Opera i odbyła tournée po dwóch kontynentach z Johnem Philipem Sousą. Teraz, w wieku ponad osiemdziesięciu lat, była szykowną matroną, która chodziła w butach na obcasie, malowała usta karmazynową szminką i robiła imponujące wrażenie, pomimo drobnej postury. Znała wszystkich w świecie opery i wypuszczała nowe gwiazdy sopranu szybciej niż Metropolitan Opera była w stanie je zatrudniać.

Pod opieką tak znakomitej nauczycielki nic nie mogło powstrzymać nastoletniej Meryl przed zostaniem światowej sławy sopranistką. Co prawda nie przepadała za operą – wolała Beatlesów i Boba Dylana – ale taki głos nie mógł się zmarnować. Dlatego weekend po weekendzie odwiedzała studio panny Liebling położone niedaleko Carnegie Hall i stawała obok fortepianu, na którym wiekowa nauczycielka wygrywała gamy i pasaże. Uczyła Meryl oddychania. Tego, że oddech potrzebuje trzech wymiarów, przypominając: „Z tyłu też jest miejsce!”[12].

Kiedy Meryl czekała przed drzwiami studia panny Liebling na zajęcia o 11.30, w środku rozbrzmiewały cudowne dźwięki. To była uczennica z godziny 10.30, Beverly Sills, pełna animuszu ruda trzydziestokilkulatka. Sills przychodziła do Estelle, odkąd skończyła siedem lat. Meryl oceniała, że Beverly jest dobra, ale siebie wcale nie uważała za gorszą. Zresztą o Beverly też nikt nigdy nie słyszał.

Oczywiście to nie do końca była prawda: Sills śpiewała w Operze Nowojorskiej od 1955 roku i dzieliło ją zaledwie kilka lat od przełomowej roli Kleopatry w Juliuszu Cezarze Händla. „Panna Liebling traktowała mnie bardzo surowo i oficjalnie” – napisała Sills w autobiografii. „Kiedy siedziała przy fortepianie, nigdy nie pozwalała, abym zerkała jej przez ramię i czytała nuty, a gdy kilka razy przyszłam nieprzygotowana, bardzo się zdenerwowała. Jednym z jej ulubionych upomnień było: «Tekst! Tekst! Tekst!». Wołała tak, gdy miała wrażenie, że śpiewam nuty, a nie zwracam uwagi na znaczenie słów. Panna Liebling chciała, żebym śpiewała tak, jak gra Olivier, i interpretowała to, co śpiewam, w sposób wzbudzający w widzach emocje”[13].

Panna Liebling miała jeszcze jedną mantrę: „Maskuj! Maskuj! Maskuj!”[14]. Odnosiła się ona do passaggio, trudnego wokalnego przejścia między dolnym a górnym rejestrem. Dla niektórych śpiewaków stanowi ono pole minowe. Maskujcie je, mówiła panna Liebling swoim uczniom, tylko niektórymi samogłoskami: „ooo” albo „ouu”, nigdy otwartym „aaa”. Postarajcie się, żeby przejście było płynne. Niezdarnej nastolatce z aparatem ortodontycznym na zębach i splątanymi brązowymi włosami ta koncepcja z pewnością wydawała się dodatkowo pociągająca: zamaskuj przejście. Postaraj się, żeby było płynne.

Jesienią 1962 roku rodzice zabrali Meryl do centrum miasta, gdzie znajdował się gmach Opery Nowojorskiej. Sills debiutowała w roli Milly Theale w Miłości i śmierci w Wenecji Douglasa Moore’a.[15] To była pierwsza opera, jaką Meryl obejrzała, i była urzeczona. Do tamtej chwili Beverly była miłą kobietą, która uczęszczała na lekcje przed nią, ale gdy Meryl ujrzała ją na scenie, zrozumiała, po co są te wszystkie ćwiczenia w sobotnie poranki – dostrzegła chwałę, która wynagradza godziny harówki.

Zdała sobie sprawę z czegoś jeszcze: nie ma takiego głosu jak Beverly i nigdy nie zostanie śpiewaczką operową.

Po czterech latach zrezygnowała z lekcji u panny Liebling. Nie tylko porzuciła marzenia o debiucie w Metropolitan Opera, ale przeszła przez passaggio dojrzewania, a to, co znalazła po drugiej stronie, okazało się bardziej kuszące niż Verdi: odkryła chłopców.

Nadszedł czas na metamorfozę.

***

W wieku czternastu lat Meryl Streep zdjęła aparat ortodontyczny. Zrzuciła okulary i zastąpiła je szkłami kontaktowymi. Polewała włosy sokiem z cytryny i wodą utlenioną, aż zaczęły lśnić jak złoto. Na noc zakładała wałki – było to prawdziwą torturą, ale rano budziła się z zadziorną fryzurą. Strojąc się godzinami przed lustrem w łazience, oczywiście ku irytacji młodszych braci, odkryła, że piękno zapewnia jej pozycję i siłę. Jednak jak większość nastolatek, które na złamanie karku gnają ku kobiecości, nie zdawała sobie sprawy, co pozostawia za sobą.

„Empatia stanowi istotę sztuki aktorskiej”, mówiła. „A w szkole średniej zawładnął mną zupełnie inny rodzaj aktorstwa. Chciałam się nauczyć, jak być pociągającą. Dlatego badałam postać, do której chciałam się upodobnić – typową ładną uczennicę szkoły średniej”[16]. Naśladowała kobiety oglądane w „Mademoiselle”, „Seventeen” i „Vogue”, kopiując ich rzęsy, stroje, szminkę. Jadała jedno jabłko dziennie i niewiele więcej. Bezskutecznie błagała matkę o markowe stroje. Udoskonalała swój chichot.

Pracowała dniem i nocą, nie uświadamiając sobie, że gra rolę, która w ogóle do niej nie pasuje. Dowiadywała się, co lubią chłopcy, co akceptują dziewczęta i gdzie te dwa zbiory na siebie zachodzą, co stanowiło nie lada wyzwanie[17]. Odkryła, że potrafi z nienaganną precyzją naśladować zachowanie innych ludzi, niczym Marsjanka udająca mieszkankę Ziemi. „Nigdy później tak bardzo się nie napracowałam przy charakteryzacji”[18], wspominała. Zniknęło brzydkie kaczątko, krzykliwa łobuzica z Old Fort Road. W wieku piętnastu lat tamta Meryl przestała istnieć. Zastąpiła ją „idealna laska prosto z młodzieżowych czasopism”[19].

Była znakomitą oszustką.

W latach sześćdziesiątych nowości ze świata nie docierały do Bernardsville, nawet gdy kontrkultura święciła triumfy wszędzie indziej. Oczywiście znajomi Meryl słuchali Beatlesów i Light My Fire, ale młodzieżowym wybrykom wciąż towarzyszyło piwo, a nie skręty. Miasteczko wyglądało jak żywcem wyjęte z Bye Bye Birdie. Dziewczęta nosiły rozszerzane sukienki do kolan i zaokrąglone kołnierzyki spięte małą okrągłą klamerką. Chłopcy zakładali marynarki khaki albo z madrasu i czesali się z przedziałkiem. Wicedyrektor przychodził do klasy z linijką i mierzył ich baczki: jeśli były za długie, odsyłał ich do domu.

Dla rozrywki szło się na hamburgera do baru w centrum miasteczka albo na film do miejscowego kina. Na „Niemowlęcą potańcówkę” uczniowie pierwszych klas przebrali się w czepki i pieluchy. Rok później zorganizowano „Potańcówkę w swetrach”. Potem odbył się bal pierwszoklasistów pod hasłem „Dawne czasy”. Bardzo na miejscu. „Mieliśmy wrażenie, że znajdujemy się wewnątrz małej muszelki, która nas chroni i w której nic nam nie grozi”[20], powiedziała Debbie Bozack (z domu Welsh), która podobnie jak Meryl rozpoczęła naukę w dziewiątej klasie we wrześniu 1963 roku, dwa miesiące przed zabójstwem Kennedy’ego.

Debbie poznała Meryl w klasowej świetlicy jednego z pierwszych dni szkoły. W swojej poprzedniej szkole Debbie miała w klasie zaledwie pięcioro uczniów, więc zatłoczone korytarze Bernards High ją przerażały. Podobnie jak perspektywa przebierania się przed lekcją wychowania fizycznego. Meryl tymczasem sprawiała wrażenie pewnej siebie i nieustraszonej. Chodziły niemal na te same zajęcia, więc Debbie podążała za nią jak uczennica za mistrzynią.

Jako nowa wyznawczyni nastoletniego konformizmu Meryl pragnęła dołączyć do drużyny cheerleaderek. Debbie też, ale za nic w świecie nie potrafiła zrobić gwiazdy. Meryl, nie tylko pewna siebie, lecz także wysportowana, była prawdziwą profesjonalistką. Debbie czasami szła z nią do domu po lekcjach, a Meryl próbowała nauczyć ją robić gwiazdę na trawniku. Przenosiła jej nogi nad głową, a Debbie szorowała dłońmi o kamyki, które pojawiały się na ziemi po deszczu. Wszystko na darmo. Debbie nie dostała się do drużyny. Meryl oczywiście tak.

Jesiennymi wieczorami uczniowie tłumnie zbierali się na meczach futbolowych. Pojawiali się wszyscy, nie licząc kujonów i lizusów. Każdy miał swoje miejsce: mażoretki, poczet sztandarowy, do którego udało się dostać Debbie, orkiestra dęta, zresztą całkiem niezła, w dużej mierze dzięki rozwiniętemu nad wiek uczniowi ostatniej klasy, Johnowi Geilsowi, który kilka lat później miał zamienić trąbkę na gitarę i założyć J. Geils Band.

Cheerleaderki trzymały się na uboczu. Nie dlatego, że były wredne, po prostu tworzyły zgraną grupę, którą spajały uroda i popularność. Z literą „B” na strojach skandowały hasła zagrzewające drużynę do walki. Meryl zaprzyjaźniła się z inną cheerleaderką Sue Castrilli, która pracowała w lodziarni Dairy Queen. W Bernardsville nie było zbyt wiele do roboty, oprócz jeżdżenia w kółko drogą numer 202 pomiędzy DQ a dworcem. Gdy Sue stała za ladą, zawsze nakładała swoim znajomym podwójne porcje.

W szkole Meryl przykładała się do nauki, gdy miała na to ochotę. Wykazywała talent do języków, a przynajmniej do akcentów. Kiedy nie podobał jej się nauczyciel, przeważnie dostawała trójki. Bała się nauczyciela od geometrii, którego uczniowie nazywali „Kłem”. Jeszcze gorsza była biologia. „Przypomnij sobie zajęcia i egzamin z biologii, a już nigdy nie zmrużysz oka”, napisał jeden z chłopców w jej roczniku w drugiej klasie. „Nie wiem, co byś zrobiła, gdybym nie podał ci wszystkich odpowiedzi”[21], napisał inny.

Jako że miała dwóch braci, czuła się swobodnie w towarzystwie chłopców, nawet swobodniej niż z dziewczętami. Uwielbiała chłopaków, którzy siadali w ostatnich ławkach, ponieważ byli zabawni; od nich uczyła się komediowych patentów, które wykorzystała dopiero znacznie później. Na razie wystarczała jej rola widza i uważała, żeby z niej nie wypaść. W domu przy kolacji jej rodzina krzykliwie wymieniała się poglądami. Natomiast Meryl nauczyła się, że posiadanie własnego zdania nie zapewni jej kolejnej randki – chłopcy nie lubią, gdy ktoś się z nimi nie zgadza. Jej własne zdanie na razie zeszło na dalszy plan.[22]

Wiosną 1964 roku, była wtedy w pierwszej klasie, poznała Mike’a Bootha.[23] Umówiła się na jedną albo dwie randki z jego kuzynem, J.D. Mike chodził do drugiej klasy, miał półdługie ciemne włosy i szczerzył zęby, gdy się uśmiechał. Nosił swetry z wełny szetlandzkiej z rękawami obciętymi w połowie – to były najbardziej widoczne przejawy buntu w Bernards High. Ojciec uważał go za nieudacznika, a Mike pracował na tę opinię, upijając się i wdając w bójki. Z trudem skończył dziewiątą klasę.

– Podoba ci się w Bernards High? – spytała Meryl, kiedy J.D. ich sobie przedstawił.

– Teraz już tak.

Mike był pod dużym wrażeniem Meryl.

„Miała niezwykle jasne spojrzenie”, wspominał. „A także szczery uśmiech. Nie kpiła z innych ani nie starała się przypodobać grupie, jak wiele dziewczyn. Jednak wyczuwało się w niej lekką niezręczność, jakby myślała, że jej sukienka nie wygląda dobrze, buty nie pasują albo sama jest zwyczajnie brzydka”.

Mike zaczął ją odprowadzać do domu po szkole – nie miał prawa jazdy. W lecie odwiedzali jego ciotkę Lalę, u której urządzali pikniki, pływali w stawie lub grali w baseball. Wieczorami chodzili na przyjęcia albo do kina w Bernardsville, a potem pośpiesznie wracali, ponieważ Meryl musiała być w domu przed dwudziestą trzecią. Mike pisał dla niej wiersze, a ona podarowała mu tom współczesnej amerykańskiej i brytyjskiej poezji, który dostała pod choinkę od ojca.

W środku lata Mike rozpoczął treningi futbolowe, a Meryl ćwiczenia z cheerleaderkami. Jadali razem lunch; Meryl dzieliła się z nim jedną ze swoich słynnych kanapek z masłem orzechowym i galaretką, którą popijali dietetyczną colą i zagryzali ciastkiem czekoladowym albo kawałkiem ciasta, które, jak żartowała Meryl, „starzało się jak dobry ser”. Mike’owi podobało się, gdy żartowała sama z siebie, przeważnie aby zachować wewnętrzną równowagę. Czasami go naśladowała – uważał, że jest „świetną parodystką”. Kiedy pytał, czy lubi pływać, odpowiadała z akcentem z New Jersey, dumnie prężąc bicepsy: „Mowa! Jestem całkiem wysportowana – jak na dziewuchę”.

Pewnego dnia w drodze na publiczny basen zauważyli porzucony pierścionek, który lśnił przy ulicy. To był reklamowy gadżet American Airlines z metalicznym wizerunkiem orła otoczonym słowami MŁODSZY PILOT. Mike włożył go Meryl na palec. Ich związek wkroczył w kolejny etap.

Harry’emu Streepowi wcale się to nie spodobało. Początkowo zabronił Meryl spotykać się z Mikiem częściej niż raz w tygodniu. Potem zwiększył odstępy między ich randkami do dwóch tygodni. Następnie nalegał, aby umawiała się z innymi chłopcami, ponieważ jest za młoda, aby na poważnie się z kimś wiązać. Pewnego dnia na basenie Meryl wygrała wyścig pływacki, a kiedy wyszła z wody, Mike dał jej całusa w policzek. Wieści dotarły do pana Streepa, który zbeształ córkę za publiczne okazywanie uczuć.

W końcu całkowicie odciął ją od Mike’a. Spotkali się potajemnie na leśnej ścieżce łączącej ich domy, oddalone od siebie o półtora kilometra. Mike dał jej wiersz miłosny. Meryl miała oczy czerwone od płaczu. Tamtego wieczoru wróciła do domu i ostrzegła ojca: Jeśli teraz nie dasz mi odrobiny wolności, stanę się jedną z tych dziewcząt, które tracą wszystkie hamulce, gdy wyjeżdżają do college’u. Harry uległ.

W liścikach adresowanych do Mike’a Meryl marzyła o ich wspólnej przyszłości. Po skończeniu szkoły średniej mieli się pobrać, przeprowadzić na jakąś daleką wyspę i wstąpić do Korpusu Pokoju, aby wspólnie „cywilizować tubylców”. Potem Meryl zapisałaby się do Sarah Lawrence College albo Bard College, a Mike skończyłby prawo i dorywczo zajmował się pisaniem książek. Dostałby Nagrodę Pulitzera. Ona przyjęłaby główną rolę w sztuce na Broadwayu i natychmiast zdobyła sławę i bogactwo. Kupiliby willę na wyspie u wybrzeży Nicei – oczywiście w stylu wczesnoamerykańskim – i w każdy weekend wyprawiali dwa przyjęcia.

Pan Streep patrzył na chłopaka córki nieufnym okiem, Mike tymczasem zaobserwował, że „Meryl, jej matka i bracia stale się przekomarzali i żartowali. Podśmiewali się z siebie, ale w uroczy sposób. Odnosiłem wrażenie, że ci ludzie naprawdę się lubią”.

Mike i drużyna cheerleaderek zajmowali Meryl najwięcej czasu, ale nie wypełniali całego jej życia. Napędzana przez ambicję ojca, łapczywie angażowała się w zajęcia pozalekcyjne. W pierwszej klasie była skarbniczką. Ćwiczyła gimnastykę i została sekretarzem Klubu Francuskiego. Była główną spikerką, która każdego ranka odczytywała przez głośniki jadłospis szkolnych obiadów. Rysowała ilustracje do klasowego rocznika. Pływała.

Nie zaniedbywała także śpiewu. Wstąpiła do chóru, który występował w efektownych szatach. Podczas jednego z bożonarodzeniowych koncertów w Short Hills Mall wykonała solową partię z Glorii Vivaldiego. W szkolnym roczniku z 1965 roku znalazło się jej zdjęcie w swetrze i z włosami zarzuconymi na jedną stronę, podpisane: „Głos wart uwagi”.

Meryl nie była jednak pewna swoich wokalnych umiejętności. Wyznała Mike’owi, że według niej jej głos jest „ostry i przenikliwy”. On uważał, że jest piękny. Kiedy zbliżali się do jej domu, ogłaszała swoje przybycie, zawodząc: „Ooooo-iii! Ooooo-iii!”. Panna Liebling by ją zabiła. „Uduszę cię, Meryl, jeśli jeszcze raz usłyszę ten falset!”, wołała matka, zakrywając uszy.

To fanatyczne poszukiwanie nowych zajęć w drugiej klasie zaprowadziło Meryl na przesłuchanie do musicalu The Music Man [Nauczyciel muzyki]. Meryl niegdyś widziała Barbarę Cook w roli bibliotekarki Marian podczas przedstawienia na Broadwayu. Teraz zaskoczyła połowę szkoły, gdy sama zdobyła tę rolę. Trzeci, który wtedy chodził do pierwszej klasy, zagrał jej sepleniącego młodszego brata, Winthropa. Kiedy nadszedł dzień wielkiego występu, zaśpiewała Goodnight, My Someone głosem wysokim i lekkim jak piórko. Powiedziała Mike’owi, że śpiewała dla niego.

Nawet jej nauczyciel chemii zaczął ją nazywać „śpiewającym ptakiem”[24]. Następnego kwietnia zagrała Daisy Mae w Li’l Abner, gdzie śpiewała i tańczyła w postrzępionych obciętych spodniach. Jej gwiazda lśniła jeszcze wiele dni po opadnięciu kurtyny. „Żyję tym przedstawieniem niemal każdego dnia od dwóch miesięcy”, wyznała szesnastoletnia Meryl w wywiadzie do szkolnej gazetki. „Trudno tak szybko o tym zapomnieć”[25]. W następnym roku zagrała Laurey w musicalu Oklahoma! Jej najlepsza przyjaciółka, Sue Castrilli, również znalazła się w obsadzie. Podobnie jak Trzeci. Grając te delikatne, naiwne postaci, nie przywiązywała wagi do warsztatu aktorskiego. „Skupiałam się na śpiewaniu, popisywaniu się, tańcu”[26], przyznała później.

W ten sposób mogła poczuć, że inni ją kochają, w co zawsze powątpiewała. „Sądziłam, że jeśli będę ładnie wyglądała i zachowywała się właściwie, wszyscy mnie polubią”, opisywała swój ówczesny stan umysłu. „W szkole średniej miałam zaledwie dwoje przyjaciół, z których jeden był moim kuzynem, więc się nie liczył. Do tego dochodziła paskudna nastoletnia rywalizacja o względy chłopców. Przez to wszystko czułam się bardzo nieszczęśliwa. Każdego dnia najważniejszą decyzją był dla mnie wybór stroju, w którym pójdę do szkoły. To było absurdalne”[27].

Jakaś inna cząstka jej tożsamości próbowała wydostać się na powierzchnię. Popołudniami po powrocie do domu włączała należące do rodziców płyty Barbry Streisand[28] i naśladowała każdy jej oddech, każdą modulację głosu. Odkryła, że potrafi wyrazić emocje zawarte w piosence, ale także inne emocje, które nosi w sobie, a które nie pasują do granej postaci. Nawet kiedy powtarzała truizm: „ludzie, którzy potrzebują innych, są najszczęśliwsi na świecie”, łatwo można było wyczuć ironię w jej słowach: w szkole otaczali ją ludzie, a mimo to nie czuła się szczęśliwa, tylko sztuczna.

Dziewczęta tego nie kupowały. Nie lubiły mnie; wyczuwały, że udaję.