Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Merde! W rzeczy samej - Stephen Clarke

 

Pierwsza książka Stephena Clarke’a, Merde! Rok w Paryżu, błyskawicznie stała się bestsellerem na całym świecie, również w Polsce osiągając ogromny sukces. Teraz do rąk polskich czytelników trafia druga część przygód Brytyjczyka we Francji. Jaka jest najlepsza metoda, by przestraszyć żandarma? Dlaczego Francuzi wpisują choroby przenoszone drogą płciową do swoich CV? Dlaczego na publicznych plażach nudystów nie istnieją znaki ostrzegawcze przed kłopotami, na jakie narażony jest plażowicz? I jak poradzić sobie z plagą cukinii? Na te i inne pytania odpowiedzi szuka Paul West, wciąż zmagający się z fundamentalnymi problemami, na jakie skazany jest cudzoziemiec w obcym kraju. Książka Stephena Clarke'a to niezwykle zabawna powieść przygodowa, a zarazem doskonały przewodnik po współczesnej Francji. Tym razem Paul postanawia rozkręcić w Paryżu własny biznes. W wolnych chwilach poszukuje dla siebie idealnej francuskiej mademoiselle. Czy znajdzie wymarzoną l’amour éternel, czy też jego starania okażą się... merde warte?

Opinie o ebooku Merde! W rzeczy samej - Stephen Clarke

Fragment ebooka Merde! W rzeczy samej - Stephen Clarke

Stephen Clarke

merde! w rzeczy samej

przełożyła Ewa Świerżewska

Tytuł oryginału: Merde Actually

Copyright © Stephen Clarke 2005

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2007

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2007

Wydanie I

Warszawa 2011

Autor chciałby podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób – z premedytacją lub przypadkowo – przyczynili się do sukcesu przedsięwzięcia spod znaku Merde. W szczególności tym, którzy zagrozili użyciem przemocy fizycznej, gdyby im nie podziękował.

Autor chciałby podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób – z premedytacją lub przypadkowo – przyczynili się do sukcesu przedsięwzięcia spod znaku Merde. W szczególności tym, którzy zagrozili użyciem przemocy fizycznej, gdyby im nie podziękował.

A są to, w kolejności niezależnej od natężenia gróźb: E, L, S, SL, K, K, M, C, LF, SW, AB, CW, EC, B, NH, NB, PF, DL, MTL, VC, BG, IA, AS, ER, LR, CD, JL&V, JR&J, IM, BS, CW, LG, SR, G, M, P, C&P, Y, SM, CD, MB, JR, JS, AZ, S, V, V, F, C, BP, JR, SC, AB, BE, EB, SF, LB, NL, DC, MD, AP, A, Ev, J-P, LM, GC, DT.

Jeśli was nie wymieniłem, bardzo mi przykro. Dajcie znać, a prześlę wam książkę i będę się płaszczył w geście przeprosin.

Wszystko jest dla najlepszych na tym najlepszym z możliwych światów.

Voltaire, Kandyd

Piekło to inni.

Sartre, Przy drzwiach zamkniętych

Poproszę trochę tego Voltaire’a.

Paul West, Merde! W rzeczy samej

prowincja i sexe

1

Siedzieliśmy razem z Florence czterdzieści kilometrów na południe od Limoges, w Corrèze, niemal dokładnie w centrum Francji. Gdybyście rozłożyli człowieka w pozycji à la da Vinci na mapie tego kraju, z prawą dłonią w Brittany, lewą w Strasburgu, a stopami w Biarritz i Monako, Corrèze byłoby niewielką plamą w miejscu, gdzie się zmoczył.

Mama Florence miała w Corrèze wiejską posiadłość. Zamierzaliśmy wpaść tam na krótki lunch, a potem wyruszyć w dwutygodniowy objazd po południowo-zachodniej Francji.

Jednak nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Grzaliśmy się właśnie na słonku, tuż obok uderzonego przed chwilą samochodu. Po dziesięciu minutach oczekiwania na policję lub pomoc drogową Florence położyła głowę na moich kolanach i wypowiedziała prorocze słowa:

– Wydaje mi się, że kilka kolejnych dni spędzimy z maman.

Nie wiedziała wtedy, oczywiście, że będę próbował zabić jej matkę. Ja zresztą też nie. Byliśmy razem jakieś dwa miesiące i gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, powiedziałbym, że próba zamordowania mamy nowej dziewczyny nie jest dobrym wstępem do udanego związku.

W zasadzie nie była to moja wina. Odpowiedzialność ponosi francuski kierowca.

– Connasse! – wrzasnął.

Pomyślałem sobie, że francuskie przekleństwa są zdumiewająco gramatyczne. Nawet w ferworze słownej walki musisz pamiętać, by zmienić rodzaj męski słowa „idiota”, connard, na rodzaj żeński.

To jednak było niesprawiedliwe. Przecież ja prowadziłem, a nie Florence. Darł się na nią, bo była bliżej. Dopiero co na tylnych drzwiach nowiutkiego, należącego do ojca Florence, samochodu zostawił wgniecenie wielkości asteroidy, nie mówiąc już o tym, że zaledwie mikrosekundy dzieliły go od pozostawienia podobnego śladu w samej Florence.

– Dobrze się czujesz? – zapytałem po angielsku.

– Oui. – Zawsze odpowiadała po francusku. – Et toi, Paul?

– Tak, ale mam ochotę pójść i wsadzić temu gościowi jego szpanerskie okulary w nos.

– Nie, nie możesz tego zrobić. Jesteś Anglikiem. Musisz okazać flegmę.

– Moją flegmę? – Jeszcze tego nie słyszałem. Czyżby Francuzi myśleli, że uspokajamy się, plując dokoła? Naoglądali się za dużo meczów z satelity.

– Tak, jesteście flegmatyczni. Macie zimną krew.

Ach tak, Anglik jako gad. Zaczynałem coś rozumieć.

– Nie – powiedziałem. – Te okulary muszą zniknąć.

Wysiadłem z błękitnego renault vel satis jej ojca i wykonując kilka podskoków, sprawdziłem, czy ze mną wszystko w porządku. Tak, oba samochody poruszały się dość wolno, więc jedyną dolegliwością był sztywny kark i niejasna chęć przywalenia komuś.

Podszedłem do czerwonego, azjatyckiego samochodu z napędem na cztery koła, który w nas trafił. Nawet przednie światła miał nietknięte.

Kierowca, czterdziestokilkuletni blondyn, okazał się typową ofiarą mody – jego przylegające do skroni okulary przeciwsłoneczne były tak ciemne, że zdziwiłem się, iż widzi cokolwiek, nie mówiąc już o jadących przed nim samochodach.

– Czyżby był pan niewidomy? – zapytałem, wskazując ruchem głowy jego okulary. Oczywiście zwróciłem się do niego vous, zamiast swojskiego tu czytoi, gdyż nikt nas sobie nie przedstawił.

– Et toi? – wywrzeszczał przez zamkniętą szybę. Wybaczyłem mu poufałość, ze względu na dzielące nas dwadzieścia lat. – Nie słyszałeś o la priorité à droite1?

Ze złością wymalowaną na twarzy odwrócił się w stronę odzianej w koszulkę polo żony i dwóch młodych skejtów. Wszyscy patrzyli na mnie spode łba. Dobrze wiedziałem dlaczego. Padając ofiarą kiepskiego kierowcy, ich ojca, schrzaniłem im wakacyjny rozkład jazdy. Jego częścią było prawdopodobnie śniadanie w Burgundii, lunch w Limoges, ale z pewnością nie stłuczka w Corrèze.

– La priorité à droite? – spytałem. To najgłupszy, najbardziej niebezpieczny przepis w zachodnim świecie. Według francuskiego prawa samochód nadjeżdżający z prawej strony ma pierwszeństwo. Możesz sobie spokojnie jechać czymś, co wygląda i wydaje się główną drogą, ale jeśli jakiś pojazd wyskoczy z malutkiej, ukrytej dróżki, nim jego kierowca sprawdzi, czy nic nie nadjeżdża i zmiecie przy tym całą twoją rodzinę z powierzchni ziemi, będzie to całkowicie zgodne z prawem, gdyż jechał z prawej strony. – Na rondzie la priorité à droite nie obowiązuje – stwierdziłem.

– Rondo? – Kierowca zsunął okulary z nosa i rozejrzał się dookoła, jakby dopiero w tej sekundzie dostrzegł dużą, porośniętą trawą wyspę tuż obok samochodu. Przyjrzał się też wyraźnie okrężnej drodze, biegnącej wokół niej i czterem lub pięciu zjazdom prowadzącym w różnych kierunkach.

– Co za merde, te ronda – jęknął, a jego twarz przybrała wyraz charakterystyczny dla dużej liczby Francuzów, którzy zdają się nie rozumieć, po co są ronda. Może po to, by miejscy ogrodnicy mieli co robić? – To angielski wymysł, nie?

– Owszem. Wynaleźliśmy je, by zapobiegać wypadkom. Francja to kraj wysokiej techniki i nie sądziliśmy, że będziecie mieli problem z rondami. Przecież potraficie nawet otwierać ostrygi – zdecydowałem się na żart z piekielnie trudnym słówkiem huîtres, ale strzał był celny.

– Et vous, vous êtes Anglais2 – wrzeszczała na mnie jego mało kobieca żona, wyciągając się nad kierownicą. Przynajmniej zwracała się do mnie vous. – Wy, Anglicy, nie wiecie, jak się jeździ po prawej.

– A pani mąż, co ma na swoje usprawiedliwienie? – zapytałem.

Żona złapała męża za ramię i szybko wyszeptała mu coś do ucha. Skinął głową.

Domyśliłem się, co powiedziała, gdy włączył silnik i wrzucił wsteczny bieg. Samochody rozdzieliły się jak kochankowie po zbliżeniu, gdy ich rozgrzane ciała przywierały do siebie. Chwilę później terenówka zawróciła w miejscu postoju i ruszyła w kierunku, z którego nadjechała.

Gdy samochód nabierał prędkości, zapamiętałem jego numery i, zupełnie niepotrzebnie, twarze dwóch długowłosych chłopaków, uśmiechających się szyderczo przez tylną szybę. Papa przeistoczył się właśnie w uciekiniera, bohatera ich własnego filmu drogi. Francuzi uwielbiają filmy drogi. Nazywają je les rod-moo-vee.

– Co mu powiedziałeś? – spytała Florence.

– Nic obraźliwego. Myśli pewnie, że nie będę wiedział, jak zgłosić wypadek, bo jestem Anglikiem.

– Tak, a tuż po lunchu jego krew składa się prawdopodobnie w połowie z wina – stwierdziła.

Poszedłem zatem podziwiać wgniecenie w drzwiach od strony Florence. Samo w sobie, choć brzydkie i w kolorze siniaka, nie stanowiłoby wielkiego problemu, gdyby nie fakt, że siła uderzenia wgniotła tylny błotnik, który rozpruł oponę. Ulatywało z niej krótkie, acz wiedzione pod wysokim ciśnieniem życie.

W żaden sposób nie mogłem dostać się do koła, by je zmienić. Musieliśmy wezwać pomoc drogową.

Zepchnęliśmy renówkę na pobocze i usiedliśmy w wysokiej trawie, z widokiem na ciągnące się setki metrów pole słoneczników. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu słoneczników w jednym miejscu. W moich wyobrażeniach zawsze rosły pojedynczo, trzymając straż w podmiejskich ogrodach. A tutaj zatrzęsienie wysokich na półtora metra kwiatów wyglądało jak inwazja armii anorektycznych, zielonych kosmitów.

– Naprawdę nic ci nie jest? – zapytałem. – Nie uderzyłaś się w głowę, ani nic innego?

– Nie. Jednak masaż może okazać się niezbędny. – Florence posłała mi niedwuznaczny uśmiech i smukłym palcem znaczyła drogę od ucha do gładkiego, nagiego ramienia, odsłoniętego przez koszulkę. Kiedy pierwszy raz wylądowaliśmy razem w łóżku, uderzyła mnie niesamowita gładkość jej skóry, jakby młodzieńcze lata spędziła zanurzona w mleku kokosowym. Była pół-Hinduską – z ojca Tamila z wulkanicznej, francuskiej wyspy Réunion, niedaleko Madagaskaru, i jej ciało doskonale łączyło w sobie francuską grację i hinduską gibkość.

Zsunęła ramiączko czarnego stanika i opuszkami palców uciskała mięsień pod obojczykiem.

– Będziesz musiał mnie pocałować, dokładnie w tym miejscu. – Znalazłszy czuły punkt, jęknęła i przewróciła oczami.

Zapowiadało się obiecująco.

Jednak tylko do chwili, gdy oznajmiła, że zatrzymamy się u jej matki.

Właściciel warsztatu zjawił się po półgodzinie. Gdy usłyszał, że to samochód na paryskich numerach (to znaczy kończących się na 75) spowodował stłuczkę, z radością spisał umazany olejem protokół stwierdzający, iż to my mieliśmy pierwszeństwo, a drugi kierowca bezprawnie opuścił miejsce wypadku.

Wstawił się też za nami u lokalnych żandarmów, którzy przyjechali zbadać przyczyny kolizji. W ciasnych spodniach i staromodnych kepi wyglądali na nieco spiętych. Była pierwsza sobota czerwca, kiedy to duży odsetek francuskiej populacji, a także liczna horda zagranicznych turystów przemieszczały się po drogach regionu na południe. Wstawieni, przegrzani, zniecierpliwieni, zagubieni, rozpraszani przez rzygające dzieci, walający się bagaż i dzwoniące telefony, kierowcy, którzy korzystają z miejscowych dróg, spowodują przez kolejne dwa dni więcej wypadków niż w ciągu minionych sześciu miesięcy.

Dlatego też, gdy dwaj młodzi żandarmi zorientowali się, że jesteśmy łatwym przypadkiem „wgniecenia i ucieczki”, urządzili krótki pokaz zbierania dowodów i oddalili się w nieznane swym małym, niebieskim vanem.

Przyjazdchez maman3 nieco nas rozczarował, chociaż jej córka nigdy wcześniej nie zawitała w zdezelowanym aucie z pomocy drogowej. Florence otworzyła małą, pomalowaną na biało furtkę i weszliśmy do pustego ogrodu. Po prawej stronie rozciągał się przerośnięty trawnik, z kępą dojrzałych drzew owocowych. Zauważyłem ptaki dziobiące pracowicie ogromne, jasnoczerwone czereśnie. Na wprost stała kamienna stodoła z wąsami mchu, biegnącymi wzdłuż krawędzi błyszczącego, łupkowego dachu. Z lewej znajdował się dom, jednopiętrowa konstrukcja wykonana z mlecznobeżowego kamienia, do złudzenia przypominającego barwą skórkę na dojrzałym serze Saint Nectaire. Pomalowane na ciemnoszaro, pod kolor dachu, okiennice były zamknięte, podobnie zresztą jak drzwi.

– Mają sjestę – szepnęła Florence. – Zaczekajmy, aż wstaną.

Naprawdę człowiek czuł, że znalazł się w samym środku kontynentu. Sporadycznie pojawiały się podmuchy wiatru, ale przez większość czasu powietrze stało, skrząc się w słońcu. Gęste listowie i niskie gałęzie czereśni nie zapewniały kojącego cienia, poszliśmy więc do stodoły po parasol.

Kiedy tylko znaleźliśmy się poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku, wpadłem na pewien pomysł.

Florence czytała w moich myślach.

No cóż, może dałem jej drobną wskazówkę, obejmując ją w pasie i wtulając twarz w jej szyję.

Wyzwoliła się z uścisku.

– Nie, Paul, to nie jest dobry pomysł. Spójrz, tu jest tylko sterta bali i goła ziemia. Ce n’est pas pratique4. – Niektóre dziewczyny stają się cholernie praktyczne, gdy tylko znajdą się w zasięgu swoich matek. No nie jest tak? – Weź parasol – powiedziała. – Możemy rozłożyć na trawie mój ręcznik plażowy. – Odwróciła się w stronę rozświetlonego słońcem wyjścia, lecz nagle przystanęła i zaklęła.

– Co się stało? – spytałem.

– Bagaże zostały w samochodzie.

– O merde.

2

Gdy w końcu udało się nam znaleźć numer właściciela warsztatu, przedstawić problem mimo straszliwego zgiełku dochodzącego z miejsca kolejnego wypadku, dowiedzieć się, że nasz samochód został bezpiecznie zaparkowany na podwórku i że on nie zamierza jechać i otwierać bramy, byśmy mogli zabrać bagaże, z domu zaczęły dochodzić pierwsze oznaki życia.

Do ogrodu wbiegł kasztanowowłosy mały chłopiec w niebieskich kąpielówkach i zobaczył nas pod parasolem.

– Flo! – zapiszczał malec.

– Mój siostrzeniec – wyjaśniła Florence. – Synek siostry, Semen. – Pomyślałem sobie, że tu, na prowincji, mają dziwaczne imiona.

Chłopak klapnął na trawie, by przytulić ciocię. Podczas tej czynności posłał mi podejrzliwe spojrzenie.

– On jest mały – powiedział.

– Semen! – Florence syknęła, jakby wspomniał o jakiejś przypadłości, o której się nie mówi. W tamtej chwili nie myślałem już o tym. Mam metr osiemdziesiąt żadnych kompleksów z powodu wzrostu. A że miałem na sobie luźne szorty, nie mógł raczej robić uwag na temat innych niedostatków mojej sylwetki.

– Bonjour. Je suis Paul5. – Wyciągnąłem rękę w stronę malca, żeby się przywitać. Jego podejrzliwość wzrosła dwukrotnie.

– Nie chce mnie pocałować? – zapytał Florence.

– Jest Anglikiem – powiedziała.

To zdawało się tłumaczyć wszelkie dziwne zachowania. Chłopiec, który, jak wreszcie się domyśliłem, miał na imię Simon, ominął swoją ciotkę i pocałował mnie w oba policzki.

– Jednak jest mały, nie sądzisz? – szepnął do Florence.

Skrzywiła się.

– A gdzie grand-mère?

– Jeszcze chrapie.

– Jest Michel? – zapytała Florence. Michel był jej starszym bratem, o którym dużo słyszałem, lecz jeszcze go nie poznałem.

– Oui. Ale nigdy się nie budzi.

Weszliśmy do kuchni, żeby się napić. Mały Simon podskakiwał wokół Florence jak szczeniak, który od dwóch dni nie był na spacerze. Jednak przez cały czas miał mnie na oku, jakbym ukradł mu ulubioną zabawkę. Coś we mnie nie dawało mu spokoju.

Kuchnia dała nam wytchnienie od słońca prażącego w ogrodzie. Kamienna podłoga przyjemnie chłodziła stopy. Odkręciłem pękatą butelkę kanterbräua i wyżłopałem całe piwo jednym świszczącym haustem. Czułem na plecach skraplający się rozkosznie pot.

Było więc dla mnie pewnym szokiem to, że gdy usiadłem przy długim kuchennym stole, uszkodziłem sobie oba kolana.

– No tak, powinnam ci była powiedzieć – odezwała się Florence. – Musisz uważać, kiedy tam siadasz.

Wstałem (okazało się, że moje kolana wcale nie są połamane, a jedynie wgniecione jak samochód) i przyjrzałem się stołowi. Był wykonany z ciemnego drewna, miał około trzech metrów i odniosłem wrażenie, że jest normalnej wysokości. Jednak pod porysowanym blatem ukryte były głębokie szuflady, ograniczające miejsce na nogi tak, że tylko kucający karzełek mógł wygodnie zasiąść do obiadu.

– To tradycyjny stół z Corrèze – wyjaśniła Florence. – Zrobił go mój pradziadek, budując ten dom.

– Nie miał nóg?

– Miał. Po prostu nie mamy już oryginalnych krzeseł, które też były bardzo niskie.

– A nie można by skrócić nóg u tych krzeseł? – Na migi pokazałem zabieg amputacji. – Albo dodać kilka centymetrów do nóg stołowych?

– O nie, maman by się to nie spodobało.

Niespodziewanie mały Simon znów przylgnął do Florence.

– Chce pociąć nasze krzesła? – zapytał osłupiały.

– Nie, nie – zapewniła Florence. – Nie martw się, Paul, szybko nauczysz się jeść obiad bokiem.

– Ma chérie!

Do kuchni wpadła kobieta odziana w brązową, obszerną sukienkę przypominającą kaftan, co uniemożliwiało zorientowanie się, czy jest chuda jak tyczka, czy też masywna jak kuchenny stół. Wielkimi susami zbliżyła się do Florence i złożyła pocałunki na obu jej policzkach. Gdy tak przywarły do siebie, stwierdziłem, że madame seniorka Flo jest całkiem kształtna, na swój pięćdziesięcioletni sposób.

– Maman, je te présente Paul.6

Maman odwróciła się, by spojrzeć na mnie. Wstałem i uśmiechnąłem się z wdzięcznością, jaką chłopak powinien okazać kobiecie, której owocem lędźwi była jego kochanka.

Odwzajemniła ciepły uśmiech i tak długo ciągnęła mnie za ramię, aż byłem wystarczająco niski, by mogła mnie pocałować. Starałem się nie zwracać uwagi na fakt, że biust mojej teściowej obijał mi się o żebra.

– Enchanté, Madame. Vous allez bien?7

– Możesz mi mówić Brigitte – powiedziała, przechodząc natychmiast na tu. – Qu’il est mignon!8 – zaśmiała się i ponownie pocałowała mnie w policzek. Wiedziałem, że mignon oznacza milutki. Jednak można w ten sposób powiedzieć też o słodkiej śwince morskiej.

Brigitte była drobna i pełna wdzięku, tak jak jej córka, ale nie miała w sobie nic z Hinduski. Ciemnorude włosy – w kolorze, na jaki kobiety o czarnych włosach farbują się, by ukryć siwiznę – obcięte były na pazia. Miała jasną cerę, radosny uśmiech Florence i jej wesołe oczy. Emanował z niej pewien rodzaj powszechnej miłości dla rodzaju ludzkiego.

Nie sądzę, by wszystko to zawdzięczała prozacowi.

Później nastąpiła wymiana CV w pigułce. Była nauczycielką, institutrice, w szkole podstawowej w miasteczku niedaleko Tours, a ja – dobrze zapowiadającym się, przyszłym właścicielem angielskiej herbaciarni.

– Ah oui, maman – przerwała Florence. – Rzucam pracę i zatrudniam się w salon de thé.

– Co?

Nagle stałem się mniej uroczy. Założę się, że z nieszkodliwego, egzotycznego chłopaka przeistoczyłem się w nieczystą siłę, która nakłoniła biedne potomstwo madame do rzucenia pracy. Powszechna miłość gdzieś wyparowała, a zastąpiła ją surowa niechęć.

– Oui, maman, mon boulot me faisait chier9. – Praca Florence była „gówno warta”, jako że nastąpił zastój.

Wyjaśniła, że jej firma wprowadza plan social, w zamian za odejście oferując pracownikom równowartość rocznej pensji lub wcześniejszą emeryturę. Nawet gdy francuska gospodarka zwalnia, ludzie rzadko puszczani są z torbami. Skorzystała więc z propozycji i teraz zamierza otworzyć ze mną herbaciarnię.

– A w tym salon de thé, to co ty niby będziesz robiła? Będziesz kelnerką? To po co kształciłaś się na księgową? – Brigitte uśmiechnęła się blado w moją stronę, jakby chciała powiedzieć, że nie sugeruje, iż jej córka jest zbyt dobra dla takich jak ja. Chociaż była.

– To niewielki biznes, maman, będziemy zajmować się wszystkim. Wiesz, Paul, nim zdecydował się rzucić pracę i otworzyć własny salon de thé, był szefem marketingu w dużej firmie.

Brigitte oparła się o kominek z polerowanego kamienia i przyjrzała mi się uważnie: odzianemu w T-shirt, nieogolonemu obcokrajowcowi, w japonkach w wyblakłą flagę brytyjską, który nie wyglądał na szefa niczego, może z wyjątkiem międzynarodowego stowarzyszenia amatorów plażowania.

– Francuskiej firmie?

– Tak, a wcześniej angielskiej – powiedziała Florence.

– Hmm. – Z jakiegoś powodu ta wiadomość nieco uspokoiła Brigitte. – W Londynie?

– Tak, maman, w Londynie.

– Mówią, że to najdroższe miasto na świecie.

– Bo tak jest, ale na szczęście płace są proporcjonalnie wysokie – odparłem, prostując się, przy czym omal nie roztrzaskałem sobie głowy o belki stropowe.

Maman podeszła do stojącej w rogu kuchni lodówki i wyjęła duży dzban wypełniony różową pianą.

– Napijesz się soku truskawkowego? – zapytała.

– Sok z truskawek?

– Tak, mamy ich tak dużo, że nie wiemy już, co z nimi robić. Miksuję je z wodą, odrobiną cukru i sokiem z cytryny, i voilà.

– Hmm. To musi być délicieux – stwierdziłem, myśląc sobie, że substancja wygląda jak zmiksowany owczy mózg.

Usiedliśmy przy stole, z nogami skręconymi na bok, i sączyliśmy ze szklanek pieniącą się, włażącą w zęby maź. Tylko mały Simon mógł usiąść wygodnie. Cała reszta była jak trzy Królewny Śnieżki, kucające przed krasnoludkami.

– Więc gdzie to jest, ten salon de thé? – zapytała Brigitte z łagodną agresją.

– W pobliżu Champs Elysées – odparłem.

– Czynsz jest pewnie bardzo wysoki.

– Udało mi się wynegocjować dobrą cenę – zapewniłem.

– Kiedy otwieracie?

– A la rentrée10, pierwszego września – powiedziałem.

– Tak, maman, Nicolas przygotowuje plany. Pamiętasz go?

– Och, oui, bardzo miły był ten Nicolas! – Brigitte westchnęła z czułością.

Zastanawiałem się, skąd tak dobrze znała architekta doglądającego remontu herbaciarni. Florence powiedziała mi, że jest on młodym fachowcem, który da nam dobrą cenę – prix d’ami11 – bo „to chłopak, z którym chodziła do szkoły”. Paryżanki są otoczone „chłopcami, z którymi chodziły do szkoły”, bo tak niewielu z nich wyjeżdża z miasta na studia lub do pracy. Nasuwa się tylko pytanie, co ich łączyło, kiedy chodzili do szkoły.

Nasz Nicolas był całkiem przystojnym facetem, jeśli gustuje się w wysokich, bladych typach artystycznych w nienagannych strojach od projektantów i z nadmierną dawką pewności siebie.

Pokrzepiała mnie świadomość, że przyjaciel Florence zajmuje się wszystkimi sprawami, do których ja – pod względem językowym – byłem całkowicie niezdolny: zdobywaniem pozwolenia na budowę, wyceną, kupowaniem materiałów, ustalaniem harmonogramu prac różnych specjalistów. Jednak nie potrafiłem uwolnić się od pytania o jego miejsce w seksualnym CV Florence. Czy nie ma różnicy pomiędzy zatrudnianiem znajomego architekta a zlecaniem pracy byłemu chłopakowi?

Zanotowałem sobie w myślach, żeby zadzwonić do niego w czasie weekendu i upewnić się, czy wszystko jest przygotowane na poniedziałkowe pojawienie się ekipy z młotami pneumatycznymi, która miała zniszczyć wszelkie dowody wskazujące na to, że lokal był jeszcze niedawno sklepem z butami.

– Był bardzo duży, ten Nicolas? – zapytał mały Simon.

– Zamknij się, Simon – syknęła Brigitte, posyłając mi uśmiech, oznaczający: „nie przejmuj się nim, jest głupiutki”.

– Dziń dybry, dziń dybry!

W drzwiach prowadzących z salonu pojawił się uśmiechnięty mężczyzna, mniej więcej w moim wieku i o podobnych gabarytach. To starszy brat Florence, Michel.

Tak jak Florence, był doskonałą mieszanką francuskiej i hinduskiej krwi, ciemnooką, długonogą, męską odmianą kawy z mlekiem. W przeciwieństwie do niej, miał mocno owłosione ciało i związaną z tym skłonność do łysienia, którą starał się ukrywać poprzez spinanie włosów w krótki kucyk. Był bez koszuli, co eksponowało dość pokaźny brzuch. Spodenki miał jeszcze bardziej wygniecione niż moje. Domyśliłem się, że w nich spał.

Pocałował Florence i uścisnął moją dłoń, przyglądając się z ciekawością i współczuciem facetowi, który bzyka jego siostrę. Odrzucając gestem dłoni propozycję napicia się owczego soku, podszedł do lodówki. Znalazł tam butelkę wody gazowanej Badoit, którą opróżnił do połowy, sapiąc bez tchu, gdy bąbelki wlatywały mu do nosa.

– Michel, ta butelka jest dla wszystkich – uświadomiła mu Brigitte. On tylko się zaśmiał, dzieciak, który nigdy nie musiał słuchać tego, co mówili rodzice.

Razem z Florence opowiedzieliśmy o naszym wypadku, po czym Brigitte ogłosiła, że w związku z tym, iż zostaniemy na jakiś czas, moglibyśmy pomóc w pracach domowych. Wyglądało na to, że wakacje w jej wiejskim domu nie będą wakacjami. Wszystko tu wyglądało tak, jakby za chwilę miało spaść, zgnić lub być zjedzonym przez szkodniki. Znałem to uczucie.

Dostałem do wyboru kilka sposobów spędzenia pierwszego popołudnia w Corrèze. Niestety, nie było wśród nich igraszek z Florence. Mogłem wyrywać sałatę, rzodkiewki, zbierać cukinię lub truskawki, czyścić z mchu dach lub kopać.

Zauważyłem dużą, świeżo wykopaną dziurę w pobliżu stodoły.

– Robicie basen? – spytałem.

– Nie, to na fosse septique12 – wyjaśniła Brigitte.

– Co takiego?

– No wiesz, zbiornik na, no wiesz...

– Na kupkę i siusiu – zachichotał Simon.

– To nie macie jeszcze? – zapytałem, wyobrażając sobie wycieczki o brzasku, w celu nawożenia żywopłotu.

– Mamy, mamy, ale jest przestarzały.

– Przestarzały? – To posiadanie szamba z poprzedniego sezonu jest problemem?

Gdy Florence starała się wyjaśnić mi tę kwestię, Brigitte przysłuchiwała się w napięciu. Najwyraźniej był to temat boleśnie bliski jej sercu.

Podobno wszystkie domy we wsi miały szamba, ale żadne z nich nie było aux normes13 – nie spełniało standardów współczesnego prawa budowlanego. Wyglądało na to, że zaśmiecanie obrzeży wszystkich francuskich miast ohydnymi billboardami i obiektami przemysłowymi jest OK, ale posiadanie zbyt małego szamba to łamanie prawa.

W wiosce Brigitte szamba budowano w ogrodach. Były to ceglane komory, do których od wieków spływały nieczystości i z powodzeniem tam fermentowały. Jednak w dobie nowoczesnych zmywarek i pralek zbyt wiele domów wylewa gorącą wodę do przydrożnych rowów, zmieniając ulice w podzwrotnikowe ogrody, z którymi lokalne władze nie dają sobie rady. Ostatnio burmistrz zdobył regionalny grant na wybudowanie dużych, nowoczesnych zbiorników, które pomieszczą wszystkie ścieki.

– To nie wykopią wam dołu? – spytałem.

– Tak, tak, ale... – Brigitte wzdrygnęła się.

– Maman boi się, że uszkodzą rury z wodą lub zniszczą korzenie orzechowca – wyjaśniła Florence.

– Phi! – burknął Michel. – Ona po prostu nie chce, by obcy faceci grzebali w jej...

– Michel! – Brigitte zarumieniła się i wyglądała jak sok truskawkowy.

– W każdym razie – kontynuowała Florence – maman chce, byśmy sami wykopali tę dziurę.

– To ja chyba wolę zbierać cukinię – zgłosiłem się na ochotnika.

– Dobrze, pokopiesz jutro – odparła Brigitte. – Będziesz musiał jednak uważać, bo niewiele brakuje, byśmy przebili się do starego zbiornika.

Krótko mówiąc, nad moimi francuskimi wakacjami zawisła groźba bardzo gównianego początku.

3

Widziałem trzy lub cztery rządki cukinii na tyłach domu i wyobrażałem sobie, że ogołocenie ich nie zajmie mi więcej niż pięć minut, po których to Florence będzie mogła zabrać mnie na wycieczkę po domu, zakończoną w zacisznej sypialni.

Nasz związek był wciąż we wczesnej fazie, kiedy nie ustaje pragnienie, by bez przerwy się nawzajem dotykać, a najdelikatniejsze muśnięcie palców sprawia, że inne części ciała zaczynają sygnalizować, iż chciałyby przyłączyć się do tego muskania. Nie jest to prawdopodobnie najlepszy czas na pobyt u teściowej.

Połączenie wspaniałego słońca, szalonej roślinności i odsłoniętych nóg Florence (znalazła w szafie jakieś bikini) powodowało u mnie ból dolnych partii ciała.

Byłem więc zdruzgotany, gdy okazało się, że cukinie, które miałem zbierać, nie rosły w małym warzywniku za domem. Znajdowały się dziesięć minut od gospodarstwa, za drogą i lasem. Co gorsza, Florence nie mogła ze mną iść, gdyż musiała pomóc w przerobieniu porannych zbiorów wiśni na clafoutis14, rodzaj olbrzymiego budyniu owocowego.

Dostałem stary słomkowy kapelusz, który był tak sponiewierany, że nawet osioł by go nie chciał, i parę ogromnych kaloszy, a także przykazanie, żebym nie wracał, póki nie wypełnię cukiniami kosza na pranie.

Dla pewności, żebym wiedział, co mam robić, Brigitte poszła do kuchni i przyniosła mi wzór.

– Voilà, właśnie tego chcę – powiedziała.

– Tak, cukinie – zgodziłem się, wskazując inteligentnie na cukinię w kształcie cukinii i wielkości cukinii.

– Niektórzy miastowi mylą je z ogórkami.

– Nie ja, już od pięciu lat pracuję w branży spożywczej.

– No tak, ale nie sądzę, by robiło się herbatę z cukinii – skwitowała i wskazując mi zdecydowanym ruchem moje miejsce, odwróciła się na pięcie i wróciła do kuchni.

Muszę przyznać, że w tej chwili zaczął majaczyć mi w głowie plan matkobójstwa.

Właściwie to fajnie było przez kilka godzin pobawić się w wieśniaka.

W południowej Anglii, niezależnie od tego, gdzie jesteś, miasto zawsze cię dopadnie, czy to pod postacią terenowego samochodu, czy też bandy yuppie na rowerach górskich. Ale nie tutaj. Ogród warzywny był pasem upraw o długości stu i szerokości dziesięciu metrów, w samym środku średniowiecznej dziczy; nasłonecznioną polaną na łagodnym zboczu porośniętym kasztanowcami. Nawet rdzewiejący wrak porzuconej furgonetki wyglądał, jakby miał setki lat. Był to jeden z tych francuskich samochodów dostawczych, wykonanych z pofałdowanej blachy, który ulegał teraz biodegradacji i przekształcał się z powrotem w rudę żelaza. Z tylnego okna wyrastało młode drzewko, a w miejscu przedniej szyby gniły drewniane skrzynki na owoce.

Kiedy piłem wodę z przyniesionej ze sobą butelki, moje gulgotanie było jedynym ludzkim dźwiękiem w otaczającym mnie świecie. Owady bzyczały, ptaki skrzeczały, drzewa szeleściły i zupełnie nikt nie chciał mnie rozjechać samochodem. Nie było to tak przyjemne, jak nurkowanie w Morzu Śródziemnym albo wylegiwanie się z Florence, jednak popołudnie spędzone samotnie w środkowej Francji miało swój urok.

Mimo że byłem na polu sam, podczas napełniania koszyka cukiniami poczułem się częścią rodziny. Każdy miał jakieś zadanie, a mnie przypadło dostarczenie warzyw. Jeszcze ani razu w czasie tych dziesięciu miesięcy pobytu we Francji nie czułem się tu tak dobrze. Jak w domu. Nawet wtedy, gdy wprowadziłem się do apartamentu Florence w pobliżu cmentarza Père Lachaise, ani kiedy poznawałem sposoby wpychania się przed kogoś, by zająć stolik w paryskiej kawiarni. Teraz byłem jak jeden z niezliczonych setek mieszkańców stolicy, z przyjemnością zmieniający się na część lata w rolnika, w rodzinnym maison de champagne15. Odczuwałem głęboką satysfakcję.

Był to najbardziej wydajny warzywnik, jaki w życiu widziałem – sadzonki cukinii ukrywały się w gąszczu ziemniaków, pomidorów, fasolki szparagowej, bakłażanów, rzodkiewek, buraków (tak mi się zdaje), marchewek, ogórków, trzech rodzajów sałaty, truskawek, malin, czarnej porzeczki, grusz i czegoś, co wyglądało jak migdałowiec. Na końcu poletka rósł niewielki figowiec z wijącymi się, sprężystymi gałęziami, małymi, niedojrzałymi owocami i fallicznymi liśćmi, które wszyscy znamy z obrazów. Ten, który jako pierwszy wybrał liść figowy, by ukryć genitalia, trafił w dziesiątkę – długi, środkowy fragment liścia wygląda dokładnie jak zwisający wacek. Tylko że trochę przesadził z wielkością jaj.

Dowiedziałem się czegoś nowego o figowcach – gdy słońce rozgrzewa ich liście, wyśmienicie pachną. Całe drzewo wydzielało z siebie cudowny, słodki zapach fig, sprawiający, że chciałoby się pod nim usiąść i czekać miesiąc, aż owoce dojrzeją i będzie można je zjeść.

Cukinie były zaskakująco kłujące i znajdowały się denerwująco blisko ziemi. Jednak gdy tylko zaczynałem odczuwać ból pleców, przypuszczałem atak na drzewka owocowe.

Na tak dalekim południu w początkach lipca na krzakach malin pozostało już zaledwie kilka kilogramów owoców, więc po ogołoceniu ich udałem się na kolejną grządkę, gdzie rosły miliony truskawek. Jedno było pewne – jeśli padłbym z przemęczenia i przegrzania, następnego dnia moje ciało rozkwitłoby owocowymi kwiatami.

Gdy słaniając się na nogach, dotarłem do ogrodu z koszem pełnym cukinii, Florence ustawiała właśnie szklanki na długim, tekowym stole obok domu.

– Sąsiedzi wpadną na apéritif – wyjaśniła.

– Chyba wezmę szybki prysznic – powiedziałem. – Mogłabyś, no wiesz, pokazać mi gdzie? – Słowom „no wiesz” towarzyszyło uniesienie brwi, mające oznaczać..., cóż, sami wiecie.

– Pokażę ci, jak to działa – zaoferowała Brigitte, zbliżając się z naręczem alkoholowych trunków. – Trzeba umieć to robić.

Posłałem Florence błagalne spojrzenie, ale ona, jak żołnierz sił pokojowych bez mandatu do interwencji podczas kryzysu humanitarnego, wzruszyła tylko ramionami i zostawiła mnie na pastwę losu.

– Allez16, Paul! – Brigitte dotarła już do kuchennych drzwi. – Będą tu za dziesięć minut.

To mój pierwszy dzień w przedszkolu. Lekcja pierwsza: to jest cukinia. Lekcja druga: wizyta w łazience.

Czy to ja mam takie szczęście, czy każda kabina prysznicowa wymaga specjalnego wtajemniczenia? Czy dlatego my, Brytyjczycy, przez długie wieki woleliśmy wannę, nim stwierdziliśmy, że już nam się nie chce myć włosów w szambie?

W przypadku wanny wszystko, co trzeba zrobić, to napełnić tę przeklętą rzecz wodą. Jeśli woda jest za gorąca, dolewasz zimnej. Pod czyimś prysznicem musisz być jak wodny DJ, żeby uzyskać odpowiednią mieszankę. Dlaczego w łazience matki twojej dziewczyny jest to jeszcze dwa razy trudniejsze?

– Odkręć wodę i poczekaj dwie minuty, aż zleci – tłumaczyła Brigitte, nachylając się nad brodzikiem i wskazując na kurek. – To podgrzewacz gazowy, więc musisz poczekać, aż gorąca woda doleci z kuchni. D’accord?

– D’accord. – To francuskie OK.

– Nie zmieniaj temperatury, bo inaczej po dwóch minutach zamarzniesz albo się poparzysz. D’accord?

– D’accord.

– I nie odkręcaj na ful, bo zasłonka wyleci z brodzika i nachlapiesz na podłogę.

– D’accord. – Wkrótce mój dziesięciominutowy przydział na kąpiel miał się wyczerpać i zapowiadało się, że przywitam gości w płaszczu z potu i kurzu.

– Pamiętaj o włożeniu zasłonki do brodzika, zanim odkręcisz wodę.

– D’accord.

– Nie wkładaj zatyczki, bo pobrudzisz brodzik.

W tej chwili zauważyłem, że mój język odmówił powiedzenia po raz kolejny „d’accord”. Skinąłem głową.

– I sprawdź koniecznie, czy dobrze zakręciłeś wodę po kąpieli.

Próbowałem przytaknąć ruchem głowy, ale poruszyła się tylko o milimetr. Całe moje ciało zastrajkowało.

– Nie przekręcaj zbyt mocno kranu, bo się zatnie.

Wszystko, co mogłem zrobić, to na znak, że się zgadzam, poruszyć w górę i dół gałkami ocznymi.

– Kiedy będziesz się wycierał, stój na macie, żebyś nie zostawił mokrych śladów na podłodze.

To by było na tyle. Jeszcze jedna wskazówka, a moja głowa odpadnie.

– D’accord? – zapytała.

– Ręcznik? – zdołałem wykrztusić.

– Weź ten duży niebieski. A potem powieś go na lince do suszenia prania, bo inaczej zgnije. D’accord?

Uśmiechnąłem się, nie tylko na znak, że zrozumiałem, ale na myśl o tym, że sam mógłbym się powiesić na sznurku do prania i w ten sposób uciec z matczynej, francuskiej wersji obozu dla rekrutów.

4

Prysznic przyniósł oczekiwany efekt odprężenia i gdy kwadrans później wchodziłem do ogrodu, odczuwałem harmonię ze światem.

– Ooo!

Powitał mnie głośny, zbiorowy jęk zachwytu, jakbym był gościem, który przyniósł jedyną butelkę.

– To jest Pol – obwieściła Brigitte w charakterystyczny dla Francuzów sposób, sprawiając, iż zabrzmiało to, jakbym był spokrewniony z przywódcą Khmer Rouge17.

– Bonsoir – powiedziałem.

Przy stole siedziała matka Florence, brat i siostrzeniec, sama Florence i dwoje starych, opalonych ludzi, którzy szeroko się uśmiechali i wznosili toast na moją cześć ogromnymi kieliszkami pernoda.

Byli to Henri i Ginette, od zawsze właściciele sąsiedniego gospodarstwa. Przyjąłem, że są małżeństwem, ale wyglądali tak podobnie, że równie dobrze mogli być rodzeństwem. Jednak nie wypadało pytać. Mieli beztroskie twarze sędziwych dzieci i zdeformowane dłonie, pokryte bliznami powstałymi podczas wykonywania wszelkich prac, związanych z prowadzeniem małego gospodarstwa. Zastanawiałem się, czy mieliby ochotę zastąpić mnie jutro podczas kopania dołu.

– Czego się napijesz? – zapytał Michel.

Henri i Ginette wydali z siebie pełne wyczekiwania: „Eh oui?” Zwyczaje obcokrajowca związane z piciem stały się nagle najbardziej ekscytującą kwestią po tej stronie kanału La Manche.

Wybór był trudny, gdyż nie rozpoznawałem ponad połowy butelek. Co to, na przykład, jest suze i banyuls? Postanowiłem zaryzykować i wybrać coś tubylczego.

– Spróbuję suze.

Wywołało to wybuch śmiechu, znacznie potężniejszy niż którykolwiek z opowiedzianych przeze mnie tego roku żartów. Nawet małemu Simonowi udzieliła się wesołość.

– To trunek głównie dla kobiet – wyjaśniła mi Florence, po angielsku.

– Bon yool? – spróbowałem, czym spowodowałem kolejną falę radości, tym razem w związku z wymową.

– Ban-yil-ss – poprawił Michel i nalał mi ćwiartkę czegoś, co okazało się wzmocnionym winem w rodzaju porto.

Ten wybór zdawał się satysfakcjonować zebranych i gdy życzyłem wszystkim zdrowia, unieśli w górę kieliszki. Stuknęliśmy się, patrząc sobie przy tym pewnie w oczy. Kontakt wzrokowy jest we Francji bardzo ważny. Mówi się, że jeśli nie stosujesz się do tej zasady, twoje życie seksualne przez kolejnych dziesięć lat będzie katastrofą. Nawet Henri i Ginette utrzymywali kontakt wzrokowy, co jasno świadczyło, że w tych starych wilkach tli się jeszcze życie.

Stół był jak tor przeszkód z przegryzkami – oliwkami, precelkami, chipsami, orzeszkami, a także ułożonymi na talerzu rzodkiewkami, które je się z odrobiną masła. Zabrałem się do konsumpcji. Miałem wrażenie, jakby dużo czasu upłynęło od chwili, kiedy pochłonąłem ostatni kilogram truskawek.

Podczas gdy Brigitte opowiadała, że razem z Florence otwieramy w Paryżu angielską herbaciarnię, sąsiedzi uśmiechali się do mnie z łagodną obojętnością. Odniosłem wrażenie, że równie dobrze mogła powiedzieć, iż będzie to salon masażu na Jowiszu. Paryż? Angielska? Herbaciarnia?

– To Parisiens lubią angielską herbatę? – spytał stary Henri. Wymówił to „Parisiangs”.

– Mamy nadzieję – odparłem i znów wywołałem śmiech. Najwyraźniej na prowincji dokuczał im niedobór żartów.

– Czasami mamy tu Parisiangs – oznajmiła Ginette, jakby to była odmiana biegunki.

– Wynajmują dom starej Yvonne – dodał Henri, wywołując dyskusję o przyczynach śmierci starej Yvonne (rak, atak serca, samogon?); o tym, który z jej synów jest teraz właścicielem domu; kto go wybudował; kiedy ostatnio naprawiano dach; skąd pochodził łupek użyty do naprawy; które kopalnie łupka w regionie zamknięto jako ostatnie; jak usunąć mech z kamiennego dachu (w tym punkcie dyskusji Brigitte posłała mi wymowne spojrzenie).

Henri zakończył konwersację, kwitując:

– Narzekają, bo nie ma tu tych myjących urządzeń. Jak to się nazywa?

– Lave-vaisselles – powiedziała Brigitte. Zmywarki.

– Oui. Parisiangs muszą mieć te swoje lave-vaisselle.

– Właśnie sobie kupiliśmy – poinformowała Ginette, nie sprzeciwiając się mu, a jedynie przekazując najnowsze wieści.

– Tak, ale my mieszkamy tutaj – odparł jej mąż.

– Ah, oui! – Wszyscy przystali na tę logikę i dalej gawędzili, dowiadując się o dalekich krewnych, którzy umarli lub przenieśli się do miasta; ściętych drzewach; dostosowywaniu szamba do wymogów prawnych; które warzywa były w tym roku atakowane przez szkodniki; kiedy w ciągu ostatnich dwóch dekad było najwięcej ślimaków i czy stara Yvonne wrzucała ślimaki do bimbru.

Siedziałem tam i z zadowoleniem obserwowałem ich otwarte, bezkrytyczne twarze, i słuchałem, jak pogrążają się w rozmowie. Cieszyłem się, że jestem tak daleko od domu, a mimo to akceptują mnie jako członka społeczności.

Im bardziej słońce chyliło się ku zachodowi i alkohol docierał do moich gałek ocznych, świat stawał się pomarańczowy, a potem różowy. O ósmej byłem już obżarty i kompletnie pijany.

– On passe à table18 – oznajmiła Brigitte. Czas na kolację? Jedyne, czego pragnąłem, to odpocząć chwilę, nim dopadnie mnie kac.

Henri i Ginette poszli do domu – widocznie byli zaproszeni tylko na drinka, a nie na kolację. My natomiast wtoczyliśmy się do środka, gdzie ze zmiażdżonymi o stół nogami konsumowaliśmy niezliczone ilości pieczonej wieprzowiny, fasolki, cukinii, sałaty, sera, świeżych truskawek i wiśniowego clafoutis, zapijając wszystko młodym winem w ilościach, które powaliłyby drużynę rugby.

O dziesiątej na zewnątrz panowały już egipskie ciemności i zdawało się, że do wyboru mam siedzenie przed telewizorem lub pójście do łóżka. Wiedziałem, co wolę.

– Pozmywam – oświadczyła Brigitte, po czym zepsuła wszystko, dodając: – Paul, Henri i Ginette czekają na ciebie.

– Czekają na mnie? A o co chodzi? – „No nie – pomyślałem sobie – tylko nie staromodne numery w stylu «nie będziesz spał z moją córką pod moim dachem przed ślubem»”. Miałem już raz do czynienia z taką sytuacją, jednak chodziło o córkę pobożnych ludzi z Dundee, ale żeby we Francji?

– Ich pole – powiedziała Brigitte. Więc miałem spać pod gołym niebem?

– Chodź. – Florence podniosła mnie z krzesła. Miałem wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku godzin potroiłem wagę, choć z drugiej strony z radością stwierdziłem, że jedzenie musiało wchłonąć większość alkoholu.

Florence prowadziła mnie drogą, gdzie w oddali widać było gospodarstwo.

Nie licząc ciem trzepoczących skrzydłami w świetle latarki, byliśmy jedynymi obiektami poruszającymi się we wszechświecie. Takich ciemności nigdy wcześniej nie znałem. Nawet światło w oknie Henriego i Ginette wyglądało jak odległa gwiazda.

Dotykając palcami nagiego ramienia Florence, przypomniałem sobie nagle, że już niemal dwadzieścia cztery godziny upłynęły od czasu, gdy ostatnio szliśmy do łóżka w jej mieszkaniu w pobliżu cmentarza Père Lachaise – a cały dzień abstynencji był w tamtych czasach rekordem.

– Może zatrzymamy się na kilka minut? – zaproponowałem, za wszelką cenę powstrzymując się od błagalnego tonu. – Nikt nas tu nie zobaczy.

– Non, imbécile. Czekają na nas. Chodź.

Przyspieszyła kroku i moje spuchnięte nogi ledwo za nią nadążały.

Gdy otworzyliśmy furtkę Henriego, staruszek pojawił się momentalnie i włączył lampę przeciwmgielną, która posłała długi, prosty snop białego światła obok Florence i mnie, aż na drogę.

– Podjedliście sobie? – zapytał.

– Oui, et vous19?

– Très bien. Dobry był ten mój świniak, non?

Wyjaśnił, że właśnie zjedliśmy jednego z jego zeszłorocznych tuczników. Nazywał się Germain i najwyraźniej był jak przyjaciel rodziny, póki Henri nie zarżnął go i nie powiesił w ogrodzie przed domen, żeby się wykrwawił.

Henri prowadził nas drogą w czarną jak atrament ciszę. Nocna wędrówka była bardzo przyjemna, a sądząc po moich gołych nogach, podobała się również miejscowym komarom. Jednak wciąż nie miałem pojęcia, co my tam robimy.

Po jakichś stu metrach Henri zatrzymał się i skierował snop światła w noc.

– Voilà – powiedział.

Mogłem dostrzec jedynie przerośniętą trawę i przerażające cienie kilku drzewek owocowych.

– Voilà?

– Voilà.

– To jest pole, o którym Henri ci mówił – pospieszyła z pomocą Florence.

– Piękne pole – stwierdziłem.

– O tej porze roku jest tu trochę żmij, ale kurczaki je płoszą – mówił Henri. – Teraz śpią. – Odegrał na migi drzemiącego kurczaka na wypadek, gdybym nie zrozumiał. – Ale możesz przyjść obejrzeć je jutro.

– Jutro? Świetnie – odparłem. Wyglądało na to, że jednak nie będę spał na polu. Ulżyło mi. Jednak dotąd nikt nie wyjaśnił mi, dlaczego muszę oglądać ten hektar zielska w środku nocy.

„O Boże – pomyślałem – tylko nie mówcie mi, że gdzieś pomiędzy dwiema szklankami banyuls zaproponowałem, że skoszę tę parcelę”.

Nie, bardziej prawdopodobne, że to Brigitte zgłosiła moją kandydaturę. Francuzi myślą, że my, Brytyjczycy, wszyscy jesteśmy ekspertami od trawników.

Zdecydowanie prosiła się, by ją zamordować.

– Szczel – powiedziała Florence. Nie było to jednak wydanie przyzwolenia na zastrzelenie jej matki. Przykładała palec do ust i wymawiała francuski odpowiednik słowa „szsz” – „chut”.

Wróciliśmy do domu, w którym panowała cisza, z wyjątkiem stłumionych odgłosów telewizora, dochodzących z salonu.

Wzięła mnie za rękę i poprowadziła w kierunku sypialni. Było dokładnie tak, jak w marzeniach każdego faceta – piękna Francuzka zaciąga cię do swojego boudoir. Zauważasz tylko wielkie łóżko pod ścianą. W ciszy oboje zrzucacie ubrania i wślizgujecie się pomiędzy chłodne prześcieradła. Ustami szukasz jej warg i gdzieś w ciemnościach wasze twarze wreszcie się spotykają i łączą w długim, przeciągłym pocałunku.

Jedyną rzeczą, której nie ma w tych marzeniach, w każdym razie nie w mojej ich wersji, jest głos francuskiego chłopca, mówiący:

– Nie mogę spać. Mogę przyjść do ciebie do łóżka, Florence?

Tak, dzieliliśmy pokój z tym bachorem.

– Nie, Simon, dlaczego nie śpisz? – syknęła Florence.

Musnęła przepraszająco moją twarz i odwróciła się. Łóżko głośno zaskrzypiało. Przekręciłem się na plecy, by dąsać się w spokoju, a potem, ku mojemu zaskoczeniu, z powrotem do Florence. Spróbowałem raz jeszcze. Nie, nic z tego – znów wylądowałem pośrodku. Działo się coś niesamowitego i nie mogłem powiązać tego z faktem, iż od lunchu przybyło mi ze cztery tony.

Okazało się, że sprężyny łóżka były całkowicie zużyte i miały sprężystość sflaczałej piłki do koszykówki. Niezależnie od tego, jak bardzo chcieliśmy trzymać się od siebie z daleka, spotykaliśmy się pośrodku, staczając się jak pijacy w hamaku. Byłoby to bardzo przyjemne (tak naprawdę to wcale nie chciałem odsuwać się od Florence), gdyby nie fakt, że stan łóżka sprawiał, iż plecy miałem pół metra niżej niż stopy i głowę. Leżałem i siedziałem jednocześnie.

– Niech zgadnę, Florence – szepnąłem. – To było łóżko twojego pra-grand-père, prawda?

– Oui – odparła. – Umarł w nim. Dobranoc.

5

Następnego ranka obudziłem się sam, twarzą w dół, z głową na poduszce, palcami stóp poza łóżkiem i genitaliami dotykającymi niemal podłogowych desek. Pierwszą rzeczą, którą poczułem, było silne lumbago, później pojawiło się przygnębienie na myśl o tym, że moje sfatygowane mięśnie pleców będą brały udział w kopaniu szamba lub koszeniu zamieszkanego przez żmije pola.

Potrzebowałem dziesięciu minut, żeby wyprostować kręgosłup i wskoczyć w T-shirt i spodenki, które zaczynały wyraźnie pachnieć wsią.

Po oporządzeniu się ruszyłem wiedziony głosami dobiegającymi z kuchni. I natychmiast pożałowałem, że w ogóle się obudziłem.

Brigitte przechadzała się boso w długiej, różowej, bawełnianej koszuli nocnej i wyglądała jak świnia na dwóch nogach. Ubranie nie było może całkiem prześwitujące, ale przez lata zużyło się i teraz przylegało do jej sutków, pośladków i koralopodobnego wypiętrzenia włosów łonowych tak, że żałowałem, iż nie jestem krótkowidzem.

Co gorsza, Florence miała na sobie aksamitny szlafrok do ziemi, w poziome, zielono-żółte paski, który z pewnością zajmowałby drugie miejsce w zestawieniu Najmniej Seksownych Części Garderoby Kiedykolwiek Noszonych Przez Kobiety, tuż po reformach. Nadal miała młodą twarz, dłonie i stopy, ale reszta należała do starej emerytki, która uciekła z domu spokojnej starości.

„Niech to szlag – pomyślałem – tak wpływa na człowieka wiejskie odosobnienie”.

Mały Simon siedział przy stole, z nogami pod brodą, zajadając rozciapcianą kanapkę z nutellą.

Czytałem kiedyś artykuł o francuskim jedzeniu, według którego ta czekoladowo-orzechowa pasta jest klejem trzymającym Francję w jednym kawałku. Niemal każdy dzieciak w kraju na śniadanie dostaje nutellę. Młodzież i bezrobotni absolwenci wcinają ją łyżkami w chwilach stresu. Jestem pewien, że to jedyny powód, dlaczego nikt we Francji nie wspomina o alergizujących właściwościach orzechów. Mają orzechy laskowe we krwi. Gdy pracowałem jeszcze dla francuskiej firmy z branży spożywczej, znajoma przyprowadziła swojego syna, żeby mnie poznał. Był dziewiętnastoletnim, szerokim w barach chłopakiem, któremu zaproponowano miejsce w Oxfordzie. Mówił świetnie po angielsku i byłem pewien, że doskonale odnajdzie się na uniwersytecie. A jedynym pytaniem o Anglię, które koniecznie chciał mi zadać, było: – Da się tam kupić nutellę?

Simon uśmiechnął się do mnie z wyższością i zaczął nucić lecącą w radiu piosenkę, w której pozbawiona głosu francuska chanteuse nie mogła zrozumieć, dlaczego nikt jej nie kocha. „Pewnie dlatego, że nie przestaje śpiewać” – pomyślałem.

– Bonjour – mruknąłem.

Florence przyczłapała do mnie w tym strasznym szlafroku i pocałowałem ją, uważając, by nie dotknąć ohydnego aksamitu.

– A w tym umarła twoja prababcia? – zapytałem niezbyt głośno na wypadek, gdyby szlafrok należał do jej matki.

Spojrzała na mnie krzywym okiem i uniosła brwi, sugerując, że o czymś zapomniałem, po czym zrobiła w powietrzu cmok w oba policzki.

Ledwo powstrzymałem krzyk rozpaczy. Oni całują się co rano.

Po chwili, z twarzą wysmarowaną nutellą, ruszyłem w kierunku zlewu, gdzie Brigitte szorowała jeden z garnków, które poprzedniego wieczoru zostawiła do namoczenia. Jej pośladki podskakiwały w koszuli nocnej jak dwóch łysoli próbujących wydostać się z namiotu.

– Bonjour, Brigitte.

– Ah, bonjour, Pol! – Odwracając się, musnęła mnie prawą piersią, a potem obdarowała dwoma głośnymi cmoknięciami. Wyglądało na to, że jej powszechna miłość powróciła. – Dobrze spałeś?

– Tak, bardzo dobrze. – Nie wiedziałem, jak powiedzieć: „jak na kogoś ze złamanym kręgosłupem”.

– Co rano pijesz? Kawę, czekoladę, herbatę ziołową...

– Maman, nie mamy herbaty ziołowej – powiedziała miłosiernie Florence.

– A tak. Dopisz do listy... Nie, Paul, wiem, co pijesz – herbatę. – Wymówiła ostatnie słowo tak, jakby to była główna nagroda w telewizyjnym teleturnieju.

– Nie, dziękuję. Proszę o kawę – powiedziałem.

– Nie pijesz rano herbaty?

– Nie, kawę.

– Myślałam, że wszyscy Anglicy piją rano herbatę.

– Ja wolę kawę.

– Mamy jakąś „Hangielsko śnidaniowo”.

– Napiję się kawy.

– Jeśli jesteś pewny, że nie chcesz herbaty.

– Jestem pewny. Poproszę kawy.

Kiedy ta kwestia została już wyjaśniona, sprawiłem moim towarzyszom kolejną niemiłą niespodziankę, chcąc koniecznie zasiąść przy stole. Stały na nim paczki płatków, czekolada w proszku, torebki z herbatą, talerz biscottes (miniaturowe kromki suchego białego pieczywa), plastikowa butelka sterylizowanego mleka i olbrzymi, okrągły bochen, którego połówka pokrojona była niechlujnie na grube kromki. Na jednym końcu stołu leżała sterta misek i sztućców.

W Paryżu moje śniadanie składało się zazwyczaj wyłącznie z kawy i croissanta złapanego w drodze do pracy w boulangerie20, ale dzisiaj zamierzałem jak najwcześniej wrzucić w siebie trochę skrobi. Napełniłem białą porcelanową miseczkę płatkami kukurydzianymi, które Brigitte zalała czarną kawą.

Pomyślałem, że to lokalny sposób na zaoszczędzenie rano czasu. Obrzydliwy, ale niezaprzeczalnie sprytny. Po co serwować kawę i płatki osobno, kiedy można je ze sobą zmieszać?

– Och, co on robi? – zaśmiała się Brigitte. – Spójrzcie na niego.

Simon zapiszczał i o mało nie spadł z krzesła, a Florence zbliżyła się, by nie ominęła jej zabawa.

– W Anglii wsypujecie płatki do kawy? – spytała Brigitte.

– Nie, to przecież ty...

– Oh là, là. Wrzucić ci tam jeszcze odrobinę angielskiej marmolady?

Brigitte, zaśmiewając się z mojego debilizmu, zabrała miseczkę. Odwróciłem się, szukając wsparcia u Florence, ale ona razem z Simonem zaśmiewali się do rozupku.

– Mam nadzieję, że lepiej kopiesz, niż jesz płatki – powiedziała Brigitte, opróżniając moją miskę do stojącego koło okna pojemnika na pomyje.

Jasne, powinienem był pamiętać. W wielu francuskich rodzinach poranne napoje podaje się w miseczkach. Moja była dziewczyna, Aleksa, fotografka, właśnie tak robiła. Nie mam pojęcia, dlaczego we francuskich fabrykach porcelany nie zadadzą sobie trudu, by przytwierdzać uszka do wszystkich pojemników na płyny.

– Są w tym domu jakieś czyste ubrania? – zapytałem Florence.

– Ah oui. – Poszła do szafy w sypialni mamy i wróciła z szarym T-shirtem i najbardziej nieprzyjemną parą spodni, jaką w życiu widziałem. Uszyto je z materiału w pomarańczowo-niebieską kratę, ozdobionego kwiatami wielkości pięści, w pasie miały gumkę. Wyglądało na to, że projekt (jeśli był to projekt, a nie wypadek przy pracy) powstał po nadużyciu LSD, z myślą o daltonistach.

Florence dostrzegła mój brak entuzjazmu.

– Są afrykańskie – oznajmiła.

– Więc skażone wirusem Ebola – odparłem. – Należą do twojego brata?

– Nie. Zamierzasz wziąć prysznic?

– Tak, myślałem o tym.

– Cóż, maman mówi – na te słowa pośladki Brigitte jakby nastawiły uszu – żebyś wytarł się dokładnie, stojąc na macie, bo zostawiłeś na podłodze mokre ślady.

„Oczywiście, że zostawiłem pieprzone mokre ślady na pieprzonej podłodze. To pieprzona łazienka i każde pieprzone ciało zostawia pieprzone mokre ślady na pieprzonej podłodze każdej pieprzonej łazienki” – chciałem powiedzieć, ale zdusiłem wybuch, próbując napić się kawy z dużej miski, którą przed chwilą podała mi Brigitte. Gorący płyn ściekał po ściance naczynia, spływał po moim policzku i parzył opuszki palców.

– Chcesz słomkę? – zapytał Simon.

I pomyśleć, że poprzedniego dnia byłem pełnoprawnym francuskim wieśniakiem. Teraz znów stałem się angielskim kmiotkiem, osobą postronną, która nawet nie posiadła tak podstawowych umiejętności jak zjedzenie śniadania.

Problem w tym, choć zabrzmi to jak oczywistość, że gdy przenosisz się do obcego kraju, jesteś daleko od domu. Chodzi mi o to, że jesteś z dala od kumpli i rodziny, zmuszony do dostosowywania się do wszystkich innych. Nie możesz pocieszać się myślą, że później, w pubie, powiesz wszystkim: „i wtedy nalała mi kawy do płatków”, i spotkasz się ze zrozumieniem.

Dodatkowo sytuacja jest jeszcze bardziej ekstremalna, gdy twoja dziewczyna jest paryżanką. Spotkania z jej przyjaciółmi nie są takie straszne (choć, jak już wspomniałem, nigdy nie wiesz, ilu jest wśród nich jej byłych), ale rodzina to całkiem inna kwestia. Jesteś jak pies przygarnięty przez innych ludzi tylko po to, by dowiedzieć się, że w nowej rodzinie sofy nie służą do siedzenia na nich, kości powinno się zjadać, a nie zakopywać, a na dodatek wszyscy się śmieją, kiedy liżesz swój tyłek. „A co jest złego w lizaniu własnego tyłka?” – myślisz sobie. Tam, skąd pochodzę, wszyscy to robią.

6

Nie mogłem się już doczekać chwili, gdy znajdę się na zewnątrz i wyładuję frustrację na glebie. Brigitte podeszła do mnie, by wytłumaczyć, jak się trzyma łopatę i w jaki sposób napełniać taczki. Przyjąłem jej wskazówki, patrząc w bok, gdyż coraz silniejsze słońce podświetlało jej koszulę nocną i ukazywało zarysy, których naprawdę nie chciałem widzieć.

Zaraz potem wskoczyłem do głębokiego na metr dołu i zapadłem się na piętnaście centymetrów w oblepiającą glinę.

– O, tam jest bardzo grząsko. Uważaj, żeby nie utknąć – powiedziała Brigitte i zostawiła mnie samego, potrząsając głową.

Florence przyszła się pośmiać. Miała powody. Prócz oślego kapelusza i kaloszy miałem teraz na sobie wstrętne spodnie, tak wielkie, że konieczne było zawinięcie ich w pasie, żeby przestały spadać, a T-shirt miał wielką dziurę tuż poniżej klatki piersiowej, jakby ktoś chciał za wszelką cenę pokazać umięśniony brzuch. Wyglądałem jak gwiazda popu z lat osiemdziesiątych, dla której nadeszły ciężkie czasy i która musiała harować dorywczo przy przerzucaniu gówna.

Dla odmiany Florence wyglądała przecudownie w górze od kostiumu i pareo, z ciemnymi włosami związanymi w kucyk na czubku głowy. Gdybym mógł podnieść którąkolwiek ze stóp, wydostałbym się z mojego dołu i zaniósł ją do stodoły, wszystko jedno, goła ziemia czy też nie.

– Muszę pomóc przy lunchu – powiedziała. – O dziesiątej przyniosę ci coś do picia.

– O dziesiątej? A która jest teraz?

– Ósma trzydzieści.

– Niech to szlag, musiałem wstać o świcie.

Prawdę mówiąc, to Michel przyniósł wielką szklankę truskawkowej mazi.

Miał na sobie wyblakłe niebieskie bokserki i kalosze nie do pary – jeden zielony, drugi brązowy, oba lewe. Przynajmniej nie tylko ja byłem komicznie ubrany.

– Hej, stary, wyluzuj – powiedział po angielsku z franko-amerykańskim akcentem. – Nie kop tak szybko. Mamy na to całe lato.

– Całe lato? – Nie zamierzałem utkwić tam na tak długo.

– Tak, nowy zbiornik przywiozą dopiero jesienią. – Wszedł na deskę prowadzącą do płytszego końca dołu i zbliżył się, by otrzeć się policzkiem o moją twarz. Wyglądało na to, że w tej rodzinie mężczyźni też całują się rano. Niezależnie od tego, czy się golili, czy nie. Fuj.

Michel przejął na chwilę łopatę i wytłumaczył, dlaczego matka zachowuje się w ten sposób.

– W mieście ona jest całkiem zagubiona, stary. Wizyta u fryzjera to dla niej poważna wyprawa. Kartę kredytową gubi dwa razy w roku. Ale tutaj, na wsi, postanowiła się nie przejmować. Jej rośliny umierają, przez cały czas panikuje, że dom zawali się jej na głowę, ale kontroluje sytuację i wmawia sobie, że jest farmerką. Dlatego papa tu nie przyjeżdża. Cóż, to jeden z powodów.

– Nigdy nie przyjeżdża? – Rozumiałem dlaczego, ale byłem zaskoczony.

– Nie. Miejscowi akceptują nas, dzieci, bo znają nas od kołyski. Ale prawdziwy Hindus? Nic z tego. Nie są rasistami, ale nie widują ciemnoskórych ludzi, którzy nie, no wiesz, nie opróżniają... poubelles?

– Koszy. Śmietników.

– Tak stary, śmietników. A papa ma prawdziwy kompleks swojej klasy. Jest biznesmenem, jak mówi, a nie śmieciarzem.

– W jakim biznesie pracuje? – Nigdy nie spotkałem ojca Florence. Kiedy pojechaliśmy wziąć jego samochód, był akurat w Indiach.

– Importuje chusteczki.

– Jest importerem chusteczek higienicznych? – Pomyślałem, że to niezły plan, w tym kraju hipochondryków. W moim starym biurze w Paryżu można było kupić chusteczki w maszynie z batonami.

– Nie, tissus. Wiesz, jak bawełna. Do robienia koszul i innego badziewia.

– A, tkaniny.