Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Merde! chodzi po ludziach ebook

Stephen Clarke

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Merde! chodzi po ludziach - Stephen Clarke

Kolejny bestseller Stephena Clarke’a o zabawnych przygodach Brytyjczyka wśród cudzoziemców. Tym razem Paul West, pragnąc wydostać się z finansowego dołka, zmuszony jest opuścić na jakiś czas kraj żabojadów i przyjąć ofertę pracy w USA. Udaje się tam wraz ze swoją dziewczyną Aleksą i przyjacielem Jakiem, by promować Wielką Brytanię jako cel podróży turystycznych. Co może się zdarzyć, gdy jeden samochód dzieli Brytyjczyk, Amerykanin i Francuzka? Czy uda się wycieczka krajoznawcza? I czy Paul dowie się, kto sabotuje jego pracę? Cóż, merde chodzi po ludziach...

 

Podczas zbierania materiałów do „Merde! chodzi po ludziach” Stephen był dwukrotnie przesłuchiwany przez amerykańską policję, znalazł jeden prawdziwy pistolet, 127 razy życzono mu „miłego dnia” i dostał uczulenia na żurawinę.

Stephen Clarke

Dziennik Brytyjczyka za granicą musiał przybrać tak przezabawną formę komedii omyłek.

Mirror

Clarke jest mistrzem trafności opisu. Niemal w każdym akapicie znaleźć można prawdziwe literackie perełki.

San Francisco Chronicle

 

Opinie o ebooku Merde! chodzi po ludziach - Stephen Clarke

Fragment ebooka Merde! chodzi po ludziach - Stephen Clarke

STE­PHEN CLAR­KE

Mer­de! Cho­dzi po lu­dziach

Prze­ło­ży­ła Ewa Świer­żew­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Mer­de Hap­pens

Co­py­ri­ght © Ste­phen Clar­ke 2007

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2008

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2008

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2008

po­dzię­ko­wa­nia

Chciał­bym po­dzię­ko­wać wszyst­kim Ame­ry­ka­nom, któ­rych spo­tka­łem pod­czas czę­stych wi­zyt w Sta­nach w cią­gu ostat­nich osiem­na­stu mie­się­cy, za to, że byli tak ame­ry­kań­scy.

Chciał­bym rów­nież po­wie­dzieć szcze­gól­nie wiel­kie dzię­ku­ję fir­mie wy­po­ży­cza­ją­cej sa­mo­cho­dy, któ­rej pra­cow­ni­cy po­zwo­li­li mi od­je­chać swym cen­nym po­jaz­dem po tym, jak chwi­lę wcze­śniej po­wie­dzia­łem: „Jesz­cze nig­dy nie je­cha­łem au­to­ma­tem. Jak to dzia­ła?”

Miał­bym też jed­nak proś­bę, żeby Ame­ry­ka­nie przy­krę­ci­li nie­co kli­ma­ty­za­cję. Nowy Jork brzmi, jak­by miał za­raz wy­star­to­wać, a Las Ve­gas to w za­sa­dzie ol­brzy­mi wi­bra­tor.

I na ko­niec, wiel­kie sie­ma wszyst­kim tam­tej­szym pe­li­ka­nom. Nie, nie po­trze­bu­je­cie li­ftin­gu – to po­trój­ny pod­bró­dek robi z was pe­li­ka­ny.

Ste­phen Clar­ke, Pa­ryż, maj 2007

„Je­śli moje me­lo­die tra­fi­ły do ludz­kich serc, wiem, że nie ży­łem na próż­no”

Ro­bert Stolz, kom­po­zy­tor ame­ry­kań­ski

1968, to był do­pie­ro rok ;)

„Wy­daw­ca wie­rzy, że jest to hi­sto­ria au­ten­tycz­na; nie jest w niej obec­na żad­na fik­cja”

z przed­mo­wy do Ro­bin­so­na Cru­soe Da­nie­la De­foe

„Po­wie­dzia­no mi, że w Ame­ry­ce jest wię­cej sza­leń­ców niż gdzie­kol­wiek in­dziej na świe­cie”

O De­mo­kra­cji w Ame­ry­ce

Ale­xis de To­cqu­evil­le, 1840

przy­staw­ka

Kie­row­ca, któ­ry ode­brał mnie z JFK w ten lu­to­wy po­ra­nek, był mło­dym Si­khiem. Gdy jego tak­sów­ka od­da­la­ła się w pod­sko­kach od lot­ni­ska, za­czął mó­wić przez ra­mię po pen­dżab­sku albo w ja­kimś in­nym azja­tyc­kim ję­zy­ku.

Już chcia­łem tłu­ma­czyć mu, że mó­wię tyl­ko po an­giel­sku i wy­uczo­nym fran­cu­skim, gdy zo­rien­to­wa­łem się, że wca­le nie zwra­ca się do mnie. Ga­dał przez te­le­fon. I tak przez całą dro­gę. „Może – po­my­śla­łem – do­ra­bia so­bie na boku jako pra­cow­nik in­fo­li­nii i wy­ko­rzy­stu­je do mak­si­mum czas spę­dzo­ny w kor­kach, wy­ko­nu­jąc po­sprze­da­żo­wy ser­wis kom­pu­te­ro­wy”.

Jed­nak nie czu­łem się ura­żo­ny. Nie mia­łem po­trze­by pro­wa­dze­nia roz­mów o po­go­dzie i o tym, dla­cze­go przy­je­cha­łem do Ame­ry­ki. Z ra­do­ścią roz­par­łem się w fo­te­lu i na­pa­wa­łem dresz­czy­kiem emo­cji, to­wa­rzy­szą­cym przy­jaz­do­wi do No­we­go Jor­ku.

Na­wet ko­rek był eg­zo­tycz­ny – eska­dry żół­tych tak­só­wek wal­czą­cych o miej­sce z czar­ny­mi li­mu­zy­na­mi Lin­coln i cię­ża­rów­ka­mi o chro­mo­wa­nych no­sach, wszyst­kie wy­dy­cha­ją­ce bia­łe kłę­by spa­lin w mroź­ne zi­mo­we po­wie­trze. Na­wet głę­bo­kie wy­bo­je w jezd­ni nie mo­gły za­kłó­cić fraj­dy, jaką spra­wiał ten wi­dok.

Po go­dzi­nie jaz­dy szo­sa na­gle wspię­ła się po­nad po­ziom ulic i oto uka­za­ła się ona – naj­słyn­niej­sza li­nia ho­ry­zon­tu na świe­cie, srebr­ne kon­tu­ry na tle za­mglo­ne­go błę­ki­tu nie­ba. Przez pa­ję­czy­nę lin wi­szą­ce­go mo­stu do­strze­głem gra­nia­stą igli­cę Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding i ra­kie­to­wy sto­żek bu­dyn­ku Chry­sle­ra.

Moc­no ści­sną­łem brzeg fo­te­la.

Kie­dy je­cha­li­śmy przez most, li­nia ho­ry­zon­tu jesz­cze się przy­bli­ży­ła z le­wej stro­ny sa­mo­cho­du, póź­niej za­czę­ła się od­da­lać.

Wkrót­ce Man­hat­tan cał­ko­wi­cie znik­nął za nami.

„Za­raz, za­raz – po­my­śla­łem – to chy­ba nie może być praw­da, czyż nie?”

Pa­ryż i Lon­dyn

czy ja o czymś ma­rzę?

1

Ziar­no klę­ski zo­sta­ło za­sia­ne mi­nio­nej je­sie­ni, gdy otwo­rzy­łem an­giel­ską her­ba­ciar­nię tuż przy Champs Ely­sées w Pa­ry­żu. Nie­mal na­tych­miast wi­zy­tę zło­żył mi in­spek­tor do spraw ję­zy­ka z Mi­ni­ster­stwa Kul­tu­ry, któ­ry uprze­dził, że mogę spo­dzie­wać się „naj­cięż­szych kon­se­kwen­cji”, je­śli nie prze­tłu­ma­czę kar­ty dań na fran­cu­ski.

Zo­stał świet­nie wy­bra­ny na to sta­no­wi­sko – owład­nię­ty po­czu­ciem po­sia­da­nia wła­dzy biu­ro­kra­ta, któ­ry nie chciał wie­rzyć, że na­wet naj­bar­dziej upo­śle­dzo­ny lin­gwi­stycz­nie pa­ry­ża­nin zro­zu­mie sło­wo „kieł­ba­ska”, je­śli ety­kiet­ka bę­dzie sta­ła przed ta­le­rzem dłu­gich, wy­peł­nio­nych mię­sem ru­rek.

Twier­dził też, że moi go­ście do­zna­wa­li ura­zu psy­chicz­ne­go na sku­tek oba­wy, że ich „sa­łat­ka se­ro­wa” może za­wie­rać krze­sło1 (po fran­cu­sku cha­ise). Że niby sa­łat­ka krze­sło­wa? Jaką mar­kę tok­sycz­ne­go fran­cu­skie­go ty­to­niu pa­lił?

Za­cho­wa­łem spo­kój i wy­ka­za­łem, że wie­le spo­śród an­giel­skich nazw po­traw, jak na przy­kład san­dwich, cake, iced tea, to­ast i ba­con we­szły bez­po­śred­nio do ję­zy­ka fran­cu­skie­go, na co jego je­dy­ną od­po­wie­dzią było lek­ce­wa­żą­ce „pff”.

Czu­jąc, że ze­pchną­łem go do de­fen­sy­wy, wy­ko­rzy­sta­łem roz­strzy­ga­ją­cy ar­gu­ment, że an­giel­skie ety­kiet­ki są dla mo­ich klien­tów kształ­cą­ce.

– Ha! Więc uwa­ża pan, że wszyst­kich Fran­cu­zów trze­ba zmu­szać do na­uki an­giel­skie­go? – ryk­nął i ob­ra­żo­ny za­mknął za sobą drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie – tak mi się przy­najm­niej zda­wa­ło – bym za­jął się po­waż­nym biz­ne­sem, ja­kim jest pro­wa­dze­nie ka­wiar­ni.

Ale nie, jego ze­msta na­de­szła ja­kieś trzy mie­sią­ce póź­niej. Był to czy­sty biu­ro­kra­tycz­ny sa­dyzm – list in­for­mu­ją­cy, że pod­czas ko­lej­nej wi­zy­ta­cji her­ba­ciar­ni, tym ra­zem in­co­gni­to, stwier­dzo­no kon­ty­nu­owa­nie pro­ce­de­ru uży­wa­nia nie­prze­tłu­ma­czo­ne­go menu, za co zo­sta­li­śmy ska­za­ni na za­pła­ce­nie nie­przy­zwo­itej sumy eu­ro­grzyw­ny.

– Ile je­ste­śmy win­ni? – za­py­ta­łem.

By­łem w her­ba­ciar­ni z Be­no­ît, sy­nem pod­stęp­ne­go pa­ry­skie­go przed­się­bior­cy Je­ana-Ma­rie Mar­ti­na, któ­re­mu sprze­da­łem pięć­dzie­siąt pro­cent udzia­łów w in­te­re­sie. Jean-Ma­rie ku­pił udzia­ły w de­spe­rac­kiej pró­bie zmu­sze­nia Be­no­ît do ru­sze­nia stu­denc­kie­go tył­ka i funk­cjo­no­wa­nia w praw­dzi­wym świe­cie. Był to prze­bie­gły ruch – po­zwo­li­łem Be­no­ît prze­jąć obo­wiąz­ki me­na­dże­ra, a on z le­ni­we­go bo­ga­te­go dzie­cia­ka szyb­ko prze­isto­czył się w zręcz­ne­go zgar­nia­cza euro. Na­praw­dę do­brze za­rzą­dzał her­ba­ciar­nią. Albo tak mu się tyl­ko zda­wa­ło, póki nie po­ja­wi­ła się grzyw­na.

Be­no­ît jesz­cze raz prze­czy­tał na głos kwo­tę. Po­chy­li­łem się gwał­tow­nie, by schło­dzić bo­lą­ce czo­ło o prze­szklo­ną ladę, tuż nad opróż­nio­nym po­ło­wicz­nie ta­le­rzem cze­goś, co było naj­bar­dziej kosz­tow­ny­mi kieł­ba­ska­mi upie­czo­ny­mi kie­dy­kol­wiek na rusz­cie.

– Mogę roz­wią­zać ten pa­lą­cy pro­blem – po­wie­dział Be­no­ît po fran­cu­sku. – Prze­tłu­ma­czę ety­kiet­ki, prze­ro­bię na­pi­sy na ta­bli­cy, za­mó­wi­łem też nowe menu na wy­nos. Kon­tro­ler przyj­dzie znów ju­tro.

– Ale nie mam ta­kich pie­nię­dzy – jęk­ną­łem. To była po­tęż­na suma – wy­star­cza­ją­ca, bym ob­le­ciał świat do­oko­ła kla­są biz­ne­so­wą lub ku­pił so­bie spor­to­wy sa­mo­chód ze śred­niej pół­ki. To smut­ne, że mia­łem praw­do­po­dob­nie sfi­nan­so­wać ja­kąś mi­ni­ste­rial­ną ulot­kę, wy­ja­śnia­ją­cą, jak prze­śla­do­wać oso­by mó­wią­ce po an­giel­sku.

Be­no­ît cmok­nął ze współ­czu­ciem. Był na tyle uprzej­my, by ukryć uczu­cie ulgi, że kara zo­sta­ła na­ło­żo­na za coś, co wy­da­rzy­ło się, nim jego oj­ciec ku­pił udzia­ły w her­ba­ciar­ni. Zgod­nie z pra­wem pie­nią­dze mu­sia­ły po­cho­dzić z mo­jej pu­stej kie­sze­ni.

– Mógł­byś... – za­czął, ale na­tych­miast mu prze­rwa­łem.

– Sprze­dać udzia­ły Je­ano­wi-Ma­rie? Nic z tego. – Wie­dzia­łem, że Be­no­ît pla­no­wał otwar­cie fi­lii i nie mia­łem za­mia­ru wy­prze­da­wać się, nim mar­ka nie uzy­ska glo­bal­ne­go za­się­gu. Je­śli Dziel­ni­cę Ła­ciń­ską moż­na uzna­wać za glo­bal­ną. – Nie, zdo­bę­dę pie­nią­dze – po­wie­dzia­łem.

– Mu­sisz za­pła­cić w cią­gu sze­ściu ty­go­dni, in­a­czej kara wzro­śnie.

– Co? – Wy­pro­sto­wa­łem się i spoj­rza­łem Be­no­ît pro­sto w oczy. Gdy­by był to jego oj­ciec albo sio­stra Elo­die, ja­kaś ich część roz­ko­szo­wa­ła­by się moim cier­pie­niem, ale na twa­rzy Be­no­ît ma­lo­wa­ła się praw­dzi­wa tro­ska.

– Fran­cu­ski sys­tem praw­ny nie ma li­to­ści – po­wie­dział. – Prze­sta­li ści­nać lu­dzi na gi­lo­ty­nie, ale nie mogą oprzeć się po­ku­sie od­cię­cia biz­nes­me­no­wi...

– Dzię­ki, Be­no­ît, ro­zu­miem, o co cho­dzi.

Zo­sta­wi­łem go, gdy zmie­niał ety­kiet­ki z „kieł­ba­sa” na „sau­cis­se” i „sa­łat­ka” na „sa­la­de”, i wy­sze­dłem, żeby pod­jąć pró­bę wy­brnię­cia z fi­nan­so­we­go pasz­te­tu. Albo „pâté fi­nan­cier”, jak pew­nie by­łem w obo­wiąz­ku to na­zwać.

2

By­łem w szo­ku. I to nie tyl­ko z po­wo­du pro­ble­mów fi­nan­so­wych, ale rów­nież dla­te­go, że usły­sza­łem naj­strasz­niej­sze sło­wa w ję­zy­ku an­giel­skim.

Nie, nie było to: „To może tro­chę bo­leć”, „Jest coś, co chcia­łam ci po­wie­dzieć, ko­cha­nie” albo „Czy zda­je pan so­bie spra­wę, że nu­mer pana kar­ty kre­dy­to­wej jest jed­no­cze­śnie uży­wa­ny w Mo­skwie, Szan­gha­ju i Bo­go­cie?”

To zda­nie było znacz­nie, ale to znacz­nie strasz­niej­sze. Brzmia­ło: „Co za­mie­rzasz zro­bić ze swo­im ży­ciem?”

Gdy ktoś pyta o to, za­zwy­czaj sy­mu­lu­ję na­głą głu­cho­tę lub atak sracz­ki. Ale je­śli to two­ja dziew­czy­na wy­po­wia­da te sło­wa, nie moż­na jej zlek­ce­wa­żyć. Mu­sisz prze­rwać oglą­da­nie trzy­ma­ją­ce­go w na­pię­ciu za­koń­cze­nia mi­ni­se­ria­lu o mor­der­stwach, któ­ry śle­dzi­łeś ty­go­dnia­mi, i od­po­wie­dzieć na jej py­ta­nie.

– Słu­cham? – spy­ta­łem, zmu­sza­jąc się do ode­rwa­nia wzro­ku od te­le­wi­zo­ra i spoj­rze­nia w (prze­pięk­ną, trze­ba przy­znać) twarz Alek­sy.

– O czym ma­rzysz, Paul? – Po­ło­ży­ła gło­wę na moim ra­mie­niu i wy­łą­czy­ła dźwięk w te­le­wi­zo­rze, tak by nie roz­pra­sza­ły mnie tłu­ma­cze­nia de­tek­ty­wa, w jaki spo­sób mor­der­ca wo­dził za nos naj­lep­szych lu­dzi ze Sco­tland Yar­du przez ostat­nie trzy od­cin­ki.

Czu­łem, że bę­dzie się dzia­ło. Tak jak ho­mar wie, że cze­ka go nie­zła za­ba­wa, gdy po­czu­je pierw­szy po­wiew pary uno­szą­cy się z garn­ka z wrzą­cą wodą.

Mi­nę­ło osiem go­dzin od chwi­li, gdy Be­no­ît po­wie­dział mi o grzyw­nie. Le­że­li­śmy z Alek­są za­wi­nię­ci w pu­szy­stą bia­łą koł­drę w jej ogrom­nym miesz­ka­niu nie­da­le­ko Ba­sty­lii.

W jed­nym rogu tego wy­ło­żo­ne­go so­sno­wym drew­nem pa­ła­cu znaj­do­wa­ła się sy­pial­nia na an­tre­so­li. Ukry­li­śmy się w niej, gdyż włą­cze­nie ogrze­wa­nia pod­ło­go­we­go na dole pew­nie po­chło­nę­ło­by dzien­nie mie­sięcz­ną pen­sję, a poza wszyst­ki­mi in­ny­mi zmar­twie­nia­mi znaj­do­wa­łem się obec­nie mię­dzy wy­pła­ta­mi. Tak jak Alek­sa, któ­rej je­dy­ne do­cho­dy po­cho­dzi­ły ze sprze­da­ży zdjęć. Mia­ła ostat­nio wy­sta­wy w Cen­trum Pom­pi­dou w Pa­ry­żu i lon­dyń­skiej Sa­at­chi Gal­le­ry, któ­re przy­nio­sły jej wiel­ki pre­stiż, ale nie­wie­le go­tów­ki.

Miesz­ka­nie na­le­ża­ło do jej ojca, któ­ry wy­brał ży­cie ze swo­ją nową amo­ur w Ko­pen­ha­dze. Wpro­wa­dzi­łem się do Alek­sy tuż po Bo­żym Na­ro­dze­niu, a te­raz pierw­szy raz oglą­da­li­śmy te­le­wi­zję w łóż­ku. Nie bra­łem tego za znak, że na­sze pod­nie­ce­nie nie jest już ta­kie jak nie­gdyś i po­trze­bu­je­my roz­ryw­ki poza wza­jem­ną na­go­ścią. Chcia­łem tyl­ko obej­rzeć ostat­ni od­ci­nek mi­ni­se­ria­lu.

Ale Alek­sa kie­ro­wa­ła się prze­cież na znaw­czy­nię sztu­ki, a fran­cu­scy in­te­lek­tu­ali­ści trak­tu­ją te­le­wi­zyj­ne mi­ni­se­ria­le tak, jak kro­ko­dy­le pa­trzą na ko­tle­ci­ki so­jo­we – nie­wy­star­cza­ją­co tre­ści­we, by za­słu­gi­wa­ły na uwa­gę. Dla­te­go wła­śnie do­szła do wnio­sku, że to bę­dzie ab­so­lut­nie w po­rząd­ku, by za­ga­dać za­koń­cze­nie.

– Moje ma­rze­nia? Trud­na kwe­stia – po­wie­dzia­łem. – Mu­szę się za­sta­no­wić.

– Ale na pew­no masz ja­kieś am­bi­cje. Wła­śnie dla­te­go otwo­rzy­łeś her­ba­ciar­nię, praw­da? – Mó­wi­ła po an­giel­sku tak do­brze, że nie­mal nie sły­chać było fran­cu­skie­go ak­cen­tu.

– Tak, do­kład­nie – zgo­dzi­łem się, gra­tu­lu­jąc so­bie tak bez­pro­ble­mo­we­go wy­do­sta­nia się z opre­sji. Mój pa­lec po­wę­dro­wał na od­po­wied­ni gu­zik pi­lo­ta, gdy de­tek­tyw wy­po­wia­dał bez­gło­śnie re­we­la­cje, spra­wia­ją­ce, że po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie wzdy­cha­li z za­sko­cze­niem. Pięć se­kund mil­cze­nia Alek­sy i po­trak­to­wał­bym to jako tak­tycz­ną zgo­dę na po­now­ne włą­cze­nie gło­su.

– Jed­nak sprze­da­łeś po­ło­wę udzia­łów, więc mu­sisz mieć też inne ma­rze­nia.

Cho­le­ra. Będę mu­siał ku­pić DVD, żeby po­znać za­koń­cze­nie. Wy­łą­czy­łem te­le­wi­zor i wtu­li­łem się w nią.

– Ach, mam cu­dow­ne ma­rze­nia – po­wie­dzia­łem. – Wczo­raj wie­czo­rem wy­obra­ża­łem so­bie, że le­żysz naga w wan­nie z go­rą­cą wodą, po­tem ja wcho­dzę i...

– Nie, Paul, nie żar­tuj so­bie, pro­szę. Mó­wię po­waż­nie. Co chcesz zro­bić ze swo­im ży­ciem? – Jej wszyst­ko­wi­dzą­ce błę­kit­ne oczy wwier­ca­ły się w mój mózg. – Ja ma­rzę, by na­krę­cić film o fran­cu­skim sty­lu ży­cia – kon­ty­nu­owa­ła – by zro­bić ka­rie­rę w fo­to­gra­fii. O czym t y ma­rzysz, z wy­jąt­kiem obej­rze­nia za­koń­cze­nia tego two­je­go se­ria­lu o mor­der­stwach? – Wła­śnie za­mor­do­wa­ła to jed­no ma­rze­nie. – Cu­dow­nie jest być z tobą tu w Pa­ry­żu, Paul, ale te­raz za­czy­nam się tro­chę... – za­mil­kła.

– Tro­chę co?

– Nu­dzić.

– Nu­dzić? – Jest coś w by­ciu w łóż­ku z ko­bie­tą, któ­ra mówi, że je­steś nud­ny, co przy­pra­wia pew­ne czę­ści two­je­go cia­ła o sfla­cze­nie.

– Tak. To nie jest zbieg oko­licz­no­ści, że ta spra­wa grzyw­ny do­tknę­ła cię w tym mo­men­cie. Zmię­kłeś.

– Zmię­kłem?

– Tak, tu te la­is­ses al­ler, od­pu­ści­łeś so­bie. Już od mie­sią­ca nic nie ro­bisz. Pra­wie wca­le nie cho­dzisz do her­ba­ciar­ni.

– Be­no­ît mnie nie po­trze­bu­je.

– Więk­szość cza­su spę­dzasz na oglą­da­niu DVD, prze­glą­da­niu głu­pich stron in­ter­ne­to­wych lub prze­sia­dy­wa­niu w ka­wiar­niach.

– Albo zwi­nię­ty z tobą w łóż­ku. – Dla mnie brzmia­ło to jak ide­al­ny styl ży­cia.

– Ale to za mało. Je­steś fa­ce­tem z ener­gią i wy­obraź­nią. Nie mo­żesz tego tak po pro­stu zmar­no­wać. Mu­sisz być bar­dziej twór­czy. Boję się, że sprze­dasz dru­gą część her­ba­ciar­ni, by za­pła­cić grzyw­nę, a wte­dy bę­dziesz miał już mniej niż nic.

Zro­zu­mia­łem prze­sła­nie. Nad­szedł czas ja­ski­niow­ca. Mu­sia­łem wyjść i zdzie­lić ma­mu­ta, żeby udo­wod­nić, że je­stem praw­dzi­wym sam­cem. Na­wet naj­więk­sza fe­mi­nist­ka cza­sa­mi to lubi. Żą­da­ją, by fa­cet zgłę­biał swo­ją ko­bie­cą na­tu­rę, ale od cza­su do cza­su mu­szą czuć szorst­ki za­rost na jego po­licz­ku.

I gdzieś tam w głę­bi wie­dzia­łem, że ma ra­cję.

Sie­dze­nie w pa­ry­skich ka­wiar­niach wciąż było eks­cy­tu­ją­ce – lu­dzie uda­ją­cy, że czy­ta­ją książ­ki, pod­czas gdy przy­glą­da­li się in­nym pi­ją­cym kawę; pary za­to­pio­ne w tak gwał­tow­nych kon­wer­sa­cjach, że wy­glą­da­ły, jak­by mia­ły zmie­nić świat; na­sto­let­ni ucznia­cy po­da­ją­cy so­bie z ręki do ręki pa­pie­ro­sy w pró­bie do­łą­cze­nia do spo­łecz­no­ści do­ro­słych. Za­wsze było to za­baw­ne.

Jed­nak ostat­nio czu­łem się nie­co skrę­po­wa­ny, gdy tak sie­dzia­łem nad czwar­tą fi­li­żan­ką espres­so tego dnia. Ła­pa­łem się na tym, że bęb­nię pal­ca­mi o mar­mu­ro­wy blat sto­łu, jak­bym cze­kał na ko­goś lub na coś. I nie mo­głem zrzu­cić wszyst­kich swo­ich nie­po­ko­jów na za­tru­cie ko­fe­ino­we. Było to swe­go ro­dza­ju nie­za­do­wo­le­nie, tkwią­ce tak głę­bo­ko w du­szy, że na­wet kawa, szam­pan i mi­łość (cia­ło) wspa­nia­łej ko­bie­ty nie mo­gły tam się­gnąć. Ja­kaś część mnie po­szu­ki­wa­ła cze­goś in­ne­go. Ma­rze­nia, może.

– Nie, nie za­mie­rzam sprze­da­wać mo­ich udzia­łów w her­ba­ciar­ni – po­wie­dzia­łem Alek­sie moim naj­lep­szym gło­sem ja­ski­niow­ca. – Mam za­miar zdo­być te pie­nią­dze. I chy­ba już wiem w jaki spo­sób.

– Tak? – Unio­sła brew.

– Tak. Kil­ka dni temu do­sta­łem e-ma­ila z ofer­tą pra­cy. Od­rzu­ci­łem ten po­mysł, bo wy­dał mi się zbyt wa­riac­ki, ale te­raz...

– Co to jest?

– Wi­dzia­łaś filmThel­ma i Lo­uise, praw­da?

– Tak.

– A Easy Ri­der?

– Tak. – Te­raz Alek­sa unio­sła brwi. Już nie była znu­dzo­na.

– A Al­fie?

– Wer­sję ory­gi­nal­ną czy re­ma­ke?

– Czy to ma ja­kieś zna­cze­nie?

– Dla mnie tak. – Pa­ry­skie dziew­czy­ny uwa­ża­ją, że nowe wer­sje fil­mów z lat sześć­dzie­sią­tych to bluź­nier­stwo, tak jak ka­li­for­nij­ski szam­pan.

– W po­rząd­ku. Wer­sję ory­gi­nal­ną?

– Tak.

– Cóż, ta ofer­ta pra­cy jest kom­bi­na­cją wszyst­kich trzech fil­mów.

Alek­sa uśmiech­nę­ła się i zło­ży­ła po­ca­łu­nek na moim ra­mie­niu. Je­śli nie przy­nio­słem jesz­cze do domu ma­mu­ta, da­łem przy­najm­niej do zro­zu­mie­nia, że wiem, gdzie prze­sia­du­ją te wło­cha­te ssa­ki.

3

Dwa dni póź­niej by­łem już w Lon­dy­nie, odzia­ny w naj­lep­szy gar­ni­tur i z ca­łym ży­ciem wy­dru­ko­wa­nym na kart­ce A4.

Bu­dy­nek, pod któ­ry wła­śnie pod­wio­zła mnie tak­sów­ka, miał dzie­sięć pię­ter i cały był z bar­wio­ne­go na nie­bie­sko szkła, z wy­jąt­kiem bia­łych mar­mu­ro­wych scho­dów, pro­wa­dzą­cych do drzwi wej­ścio­wych. Na szczy­cie scho­dów, w ogrom­nym gra­ni­to­wym sar­ko­fa­gu, rósł eko­sys­tem eg­zo­tycz­nych z wy­glą­du krza­ków. „Może ku­pi­li egip­ską mu­mię i po­zwo­li­li jej wy­kieł­ko­wać” – po­my­śla­łem. Mimo to za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go nie za­sa­dzi­li róż i ja­bło­ni, bo bu­dy­nek miał rze­ko­mo sprze­da­wać bry­tyj­skość. Była to no­wiu­teń­ka sie­dzi­ba głów­na cał­kiem no­wej or­ga­ni­za­cji o na­zwie (cy­tu­ję) Za­so­by Tu­ry­stycz­ne Wiel­ka Bry­ta­nia. To byli lu­dzie, któ­rzy za po­śred­nic­twem fir­my he­adhun­ter­skiej prze­sła­li mi ofer­tę pra­cy.

Po tym, jak nie­dba­le prze­py­ta­li mnie dwaj znu­dze­ni ochro­nia­rze, wje­cha­łem win­dą na szó­ste pię­tro i usia­dłem w ko­ry­ta­rzu wy­ło­żo­nym dy­wa­nem w ko­lo­rze de­li­kat­nie przy­pie­czo­ne­go to­sta. Ścia­ny były po­ma­rań­czo­we jak fa­sol­ka w so­sie po­mi­do­ro­wym. Do peł­ne­go an­giel­skie­go śnia­da­nia bra­ko­wa­ło tyl­ko ze­sta­wu kin­kie­tów w kształ­cie ja­jek sa­dzo­nych.

Poza tym żad­nych zna­ków ani od­gło­sów ży­cia.

To zna­czy do chwi­li, gdy znów otwo­rzy­ły się drzwi win­dy i ko­ry­tarz wy­peł­nił się ko­bie­cym gło­sem, sta­no­wią­cym pod­kład dźwię­ko­wy do za­ła­ma­nia ner­wo­we­go.

– Nie, nie mogę za­brać two­je­go pie­przo­ne­go psa na strzy­że­nie – la­men­to­wa­ła. – A w każ­dym ra­zie nie przed szó­stą.

Z win­dy wy­gra­mo­li­ła się trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nia tycz­ka, z czu­pry­ną krę­co­nych wło­sów, w ubra­niach, któ­re mu­sia­ła ku­pić w skle­pie ak­cji cha­ry­ta­tyw­nej, spe­cja­li­zu­ją­cym się w nie­do­pa­so­wa­nych stro­jach. Luź­ny tę­czo­wy swe­ter, spód­nicz­ka mini w szkoc­ką kra­tę, raj­sto­py w pio­no­we pa­ski i wie­ko­we śnie­gow­ce z za­mszu. W jed­nej ręce ści­ska­ła kur­czo­wo ster­tę te­czek, któ­re wy­glą­da­ły tak, jak­by zdą­ży­ła upu­ścić je już dzie­sięć razy tego dnia.

– Nie, ty się od­pieprz, Geo­r­ge, tak jak to za­wsze ro­bisz. Och – zo­ba­czy­ła mnie i roz­łą­czy­ła się.

– Wi­tam – po­wie­dzia­ła, wy­cią­ga­jąc w moją stro­nę te­le­fon, bym go uści­snął. – Prze­pra­szam za to. Jest pan wcze­śniej, pro­szę wejść, o cho­le­ra, gdzie te pie­przo­ne klu­cze, niech pan po­trzy­ma, gnój je­den.

We­pchnę­ła tecz­ki w moje ręce i do­zna­ła dru­gie­go ata­ku syn­dro­mu To­uret­te’a, prze­trzą­sa­jąc za­mszo­wą to­reb­ką na ra­mię. Przez cały ten czas mie­rzy­ła mnie jaw­nie wzro­kiem od stóp do głów, jak oglą­da się dziew­czy­nę w klu­bie z tań­cem na ru­rze. Nie że­bym kie­dyś był w któ­rymś z nich. Cóż, w każ­dym ra­zie nie w Eu­ro­pie.

– Nie po­zwo­li­li mi za­par­ko­wać pod bu­dyn­kiem, dra­nie. Cho­dzi o to, że kto ma po­zwo­le­nie pierw­sze­go dnia, tu są, cho­le­ra, jak się otwie­ra ten pie­przo­ny... no, pro­szę, och, cu­dow­nie, do­star­czy­li go, niech pan sia­da, kawy, o nie, nie są­dzę, żeby coś było, pie­przyć to, po pro­stu za­cznij­my, do­bra?

Ode­rwa­ła ta­śmę kle­ją­cą z du­że­go kar­to­nu, sto­ją­ce­go pod przy­ciem­nio­nym oknem.

– Ach, naj­pierw to przy­mie­rzy­my, do­brze? – Wy­cią­gnę­ła coś, co wy­glą­da­ło jak bez­no­gi owcza­rek nie­miec­ki i rzu­ci­ła tym we mnie. Zła­paw­szy przed­miot, zo­rien­to­wa­łem się, że jest to na­kry­cie gło­wy – wy­so­ka, uszy­ta z niedź­wie­dziej skó­ry czap­ka gwar­dzi­sty. „Czy to test z kul­tu­ry – za­sta­na­wia­łem się. – Na­zwij Ten Bry­tyj­ski Przed­miot?” Póź­niej zo­sta­nę po­pro­szo­ny o roz­po­zna­nie ba­to­ni­ka Mars i po­krow­ca na dzba­nek z her­ba­tą, z po­do­bi­zną Ka­ro­la i Ca­mil­li.

– No i? – po­wie­dzia­ła. – Niech pan wsta­nie i to wło­ży.

Czap­ka zsu­nę­ła mi się na oczy i ła­sko­ta­ła w uszy. Przez frędz­le ze sztucz­ne­go fu­tra spo­strze­głem, że zro­bi­ła zdję­cie i znów za­czę­ła szpe­rać w pusz­ce Pan­do­ry.

– O, tak, a co pan na to?

Tym ra­zem mu­sia­łem umie­ścić dra­pią­cy ko­ron­ko­wy koł­nie­rzyk wo­kół szyi i uśmie­chać się sze­ro­ko, pod­czas gdy ona pstryk­nę­ła mi fot­kę w na­kry­ciu gło­wy straż­ni­ka z lon­dyń­skiej To­wer.

– Tro­chę mło­dy, ale do dia­bła z tym – po­wie­dzia­ła. – Och! Wiem, wiem, co mu­si­my z pa­nem zro­bić. – Och, pie­przyć to.

Sta­ła na czwo­ra­ka, cały tu­łów wci­snę­ła do pu­dła. Przez jej ra­mię prze­le­cia­ła pla­sti­ko­wa ko­ro­na, a po chwi­li coś, co wy­glą­da­ło jak bła­zeń­skie su­spen­so­rium z ma­ły­mi dzwo­necz­ka­mi. Przy­najm­niej oszczę­dzo­no mi tego upo­ko­rze­nia.

– No cóż, nic z tego. – Wsta­ła i za­czę­ła się roz­bie­rać. – Niech pan ścią­ga ga­lo­ty – po­wie­dzia­ła.

„Jej! Roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne zmie­ni­ły się od cza­su, gdy ostat­nio by­łem bez­ro­bot­ny – po­my­śla­łem. – Czy za­raz po­pro­si mnie, bym bzy­kał się dla An­glii?”

– Chy­ba nie jest pan nie­śmia­ły, praw­da. Pro­szę dać spo­kój, w na­szym in­te­re­sie oglą­da­my wie­le ciał. Za­ło­żę się, że pan też nie po raz pierw­szy wi­dzi dziew­czy­nę w raj­sto­pach.

Nie był to pierw­szy raz, ale do­świad­cze­nie rów­nie nie­przy­jem­ne co zwy­kle.

Prze­pra­szam, dro­gie pa­nie, ale ta­kie jest pra­wo na­tu­ry, że ko­bie­ca bie­li­zna, na­wet strin­gi, nie może być sek­sow­na, gdy we­pchnie się ją w ko­lo­ro­wy ny­lon.

– Kilt jesz­cze nie do­je­chał, ale moja spód­ni­ca wy­star­czy do prób­nych zdjęć. Prze­pra­szam, że to tyl­ko szkoc­ka kra­ta z kla­nu Marks & Spen­cer. – Wy­da­ła z sie­bie gło­śne par­sk­nię­cie, jak­by czy­ści­ła prze­wo­dy no­so­we. Do­my­śli­łem się, że to śmiech.

Przy­najm­niej nie cho­dzi­ło o seks, a tyl­ko zdję­cie mo­ich oto­czo­nych szkoc­ką kra­tą ko­lan. Zrzu­ci­łem spodnie i wcią­gną­łem spód­ni­cę. Na szczę­ście – lub nie­szczę­ście – była re­gu­lo­wa­na w pa­sie, więc nie mia­łem pro­ble­mu, żeby się w nią zmie­ścić, w każ­dym ra­zie na sze­ro­kość.

I gdy tak sta­łem tam, da­jąc uwiecz­niać swo­je ko­la­na w pik­se­lach i słu­cha­jąc, jak ten kłę­bek ner­wów na­da­je, że „do osta­tecz­nej bro­szu­ry bę­dzie praw­dzi­wy kilt”, uświa­do­mi­łem so­bie, że cały ten bal prze­bie­rań­ców jest praw­do­po­dob­nie nie­po­trzeb­ny. Nie przy­sze­dłem tam w spra­wie bro­szu­ry. Nie cho­dzi­ło jej o mnie. A idąc da­lej, zde­cy­do­wa­nie mi nie cho­dzi­ło o nią. Po­wi­nie­nem spo­tkać się z męż­czy­zną o na­zwi­sku Ty­ler. Przy­ją­łem, że była to jego asy­stent­ka. Nie, praw­dę po­wie­dziaw­szy, ni­cze­go nie przy­ją­łem, tyl­ko wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia i da­łem zro­bić z sie­bie głup­ka.

– Ee... – pró­bo­wa­łem prze­rwać jej, ale traj­ko­ta­ła nie­wzru­szo­na, pod­cho­dząc znów do swe­go kar­to­nu.

– Ma pan przy so­bie port­fo­lio? Uczest­ni­czył pan ostat­nio w du­żych kam­pa­niach? Ach, gów­no.

Dzwo­nił jej te­le­fon. Spraw­dzi­ła nu­mer na wy­świe­tla­czu i ode­bra­ła, ro­biąc przy tym do mnie minę „prze­pra­szam, mu­szę ode­brać”.

– Co? W cią­ży? Zno­wu? Niech to szlag. Chwil­ka. Prze­pra­szam, to moja sio­stra. Może pan po­cze­kać na mnie na ze­wnątrz? – Chwy­ciw­szy mnie za ło­kieć, pod­pro­wa­dzi­ła do drzwi. – Kto jest oj­cem? – po­wie­dzia­ła do te­le­fo­nu. – Cho­le­ra, więc kła­mał, że pod­wią­zał so­bie na­sie­nio­wo­dy? Drań!

Zna­la­złem się więc na ko­ry­ta­rzu, w spód­nicz­ce mini i mia­łem cho­ler­ną na­dzie­ję, że nikt się nie po­ja­wi i mnie nie zo­ba­czy.

– Och, pan West, jak przy­pusz­czam?

Bar­dzo mnie kor­ci­ło, żeby po­wie­dzieć „nie”.

4

Pulch­ny męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze pa­trzył na mnie po­nad zło­ty­mi oku­la­ra­mi do czy­ta­nia. Prze­kro­czył z pew­no­ścią pięć­dzie­siąt­kę, ale miał gło­wę po­ro­śnię­tą dłu­gi­mi, opa­da­ją­cy­mi mięk­ko si­wy­mi wło­sa­mi. Wy­szcze­rzył do mnie zęby, ale nie w uśmie­chu, lecz by je ob­li­zać, jak­by usu­wał z nich reszt­ki śnia­da­nia.

– Jack Ty­ler – po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc dłoń. Naj­wy­raź­niej stwier­dził, że nie by­ło­by grzecz­nie zwra­cać uwa­gę na moje gołe nogi. Urzęd­nik pań­stwo­wy sta­rej daty.

– Paul West – od­par­łem. – Ee, je­śli cho­dzi o spód­ni­cę...

– Pro­szę wejść. – Wska­zał ga­bi­net są­sia­du­ją­cy z po­ko­jem sza­lo­nej strip­ti­zer­ki.

Ga­bi­net Ty­le­ra był do­kład­nie taki sam jak ten obok, z tą róż­ni­cą, że pół­ki były czę­ścio­wo za­sta­wio­ne tecz­ka­mi i książ­ka­mi roz­mia­rów sto­li­ka ka­wo­we­go. Na biur­ku stał też kom­pu­ter. Wy­glą­da­ło na to, że fa­cet urzę­do­wał już dzień dłu­żej od swo­jej są­siad­ki.

Usie­dli­śmy po dwóch stro­nach biur­ka.

– Po­wi­nie­nem się wy­tłu­ma­czyć – po­wie­dzia­łem.

– Jest pan Szko­tem? – znów prze­rwał. Jego głos był ła­god­ny i po­brzmie­wa­ły w nim wyż­sze sfe­ry.

– Nie.

– Nie jest pan trans­we­sty­tą, praw­da? Nie to, że­by­śmy mie­li coś prze­ciw­ko nim. Rząd bry­tyj­ski jest pra­co­daw­cą ho­no­ru­ją­cym rów­no­upraw­nie­nie za­wo­do­we. – Po­wie­dział to tak, jak­by de­kla­mo­wał pro­sto z pod­ręcz­ni­ka.

– Nie, nie, cho­dzi tyl­ko o to, że pań­ska współ­pra­cow­ni­ca z po­ko­ju obok ma moje spodnie.

– Ro­zu­miem. – Spoj­rzał na mnie po­błaż­li­wie, jak psy­chia­tra, któ­re­go pa­cjent wła­śnie tłu­ma­czył mu, że w rze­czy­wi­sto­ści jest wiel­kim po­mi­do­rem.

– Oczy­wi­ście nie na so­bie. Nie wy­mie­nia­li­śmy się ubra­nia­mi.

– Nie?

– Nie. Po­pro­si­ła, bym zdjął spodnie do zdjęć.

– Na­praw­dę? – Ga­pił się w ścia­nę, jak­by mógł zo­ba­czyć wszyst­kie spro­śne rze­czy, do któ­rych za nią do­szło.

– Chcia­łem po­wie­dzieć, że ona po­trze­bo­wa­ła ko­goś, kto po­zo­wał­by do zdjęć w kil­cie – mó­wi­ła coś o tu­ry­stycz­nej bro­szur­ce – ale mo­del się nie zja­wił, a ja sta­łem w ko­ry­ta­rzu, więc za­pro­po­no­wa­ła, że­bym wstą­pił.

– Och. – Zda­wa­ło się, że w koń­cu do nie­go do­tar­ło. – Ta­kie wy­ska­kuj z bry­cze­sów i do sze­re­gu.

– Słu­cham?

– Bry­cze­sy. Szkoc­ka na­zwa spodni.

– O tak, do­bre. – Zdo­by­łem się na uprzej­my śmiech. – Roz­ma­wia przez te­le­fon i po­pro­si­ła, że­bym po­cze­kał na ze­wnątrz. Jak skoń­czy, we­zmę spodnie.

– Tak, tak, wszyst­ko w nor­mie – po­wie­dział, ob­li­zu­jąc zęby. – Pa­nu­je tu cha­os. Nowa na­zwa, nowa sie­dzi­ba, cho­ler­nie to idio­tycz­ne, je­śli chce pan znać moje zda­nie.

– Nowa na­zwa? – spy­ta­łem.

– Tak. Za­so­by Tu­ry­stycz­ne Wiel­ka Bry­ta­nia było wcze­śniej Urzę­dem Tu­ry­sty­ki, póki ja­kiś mod­ny pa­can w rzą­dzie nie zde­cy­do­wał, że brzmi to za bar­dzo jak z po­przed­niej epo­ki czy coś w tym sty­lu. Tak czy owak. – Prze­rzu­cił ja­kieś pa­pie­ry, żeby ze­brać my­śli. – Tyle o nas. Pro­szę mi po­wie­dzieć, czym się pan ostat­nio zaj­mo­wał. Za­rów­no we Fran­cji, jak i w An­glii.

Prze­pro­wa­dzi­łem go przez czas spę­dzo­ny w Pa­ry­żu, któ­re­go więk­szość po­świę­ci­łem na za­kła­da­nie her­ba­ciar­ni, a po­tem opo­wie­dzia­łem w za­ry­sie, jak wró­ci­łem do Lon­dy­nu, roz­re­kla­mo­wać obłą­ka­ne­go fran­cu­skie­go ku­cha­rza. Ty­ler za­dał kil­ka py­tań, ale żad­ne z nich nie wio­dło na grzą­skie ob­sza­ry, dla­cze­go po­rzu­ci­łem dwie pra­ce w cią­gu roku.

– W po­rząd­ku. Do­brze. Wię-ęc. – Znów prze­le­ciał ję­zy­kiem po zę­bach. Tym ra­zem mu­sia­łem z ca­łych sił po­wstrzy­my­wać się, by nie wy­ko­nać tego sa­me­go ge­stu. Jego tik był za­raź­li­wy. – Chciał­by mi pan za­dać ja­kieś py­ta­nia na tym eta­pie?

– Cóż, tak, w isto­cie. Dość pod­sta­wo­we py­ta­nie.

– To zna­czy?

– To zna­czy, co to kon­kret­nie za sta­no­wi­sko? – Łow­cy głów przed­sta­wi­li mi wy­star­cza­ją­co dużo in­for­ma­cji, bym się za­in­te­re­so­wał, ale od­mó­wi­li zdra­dze­nia szcze­gó­łów. „Ści­śle taj­ne” – po­wie­dzie­li.

– Ha! – za­śmiał się, ale brzmia­ło to tak, jak­by wła­śnie zo­stał po­strze­lo­ny. – Ty­po­we – burk­nął. – Out­so­ur­cing. Pła­cisz ko­muś, żeby wy­ko­nał pra­cę, ale i tak mu­sisz ją zro­bić sam. Cho­ler­ne Za­so­by Tu­ry­stycz­ne. Ra­czej Pod­cho­dy Tu­ry­stycz­ne. Ten bu­dy­nek nie jest na­wet na­szą wła­sno­ścią. Wy­obra­ża so­bie pan, jaki pro­cent na­sze­go bu­dże­tu po­chła­nia opła­ta za wy­na­jem? – Więk­szą część prze­mo­wy wy­gło­sił do su­fi­tu, ale te­raz znów zszedł na zie­mię i bły­snął dzią­sła­mi w moją stro­nę. – Jesz­cze raz, o co pan py­tał?

– O pra­cę?

– Ach tak. Ile pan wie?

– Cóż, lu­dzie od re­kru­ta­cji po­wie­dzie­li mi, że będę po­dró­żo­wał po Sta­nach Zjed­no­czo­nych, pro­mu­jąc Wiel­ką Bry­ta­nię jako cel po­dró­ży tu­ry­stycz­nych, i że w grę wcho­dzi ry­wa­li­za­cja. Z, jak za­pew­nia­li, po­kaź­nym bo­nu­sem dla mnie, je­śli Wiel­ka Bry­ta­nia wy­gra.

– Tak, do­kład­nie – po­wie­dział. – W prze­cią­gu ja­kie­goś mie­sią­ca wy­bra­na zo­sta­nie po raz pierw­szy Tu­ry­stycz­na Sto­li­ca Świa­ta. A zwy­cięz­ca kon­kur­su bę­dzie go­spo­da­rzem Świa­to­wych Tar­gów Tu­ry­stycz­nych w przy­szłym roku. – Po­ka­za­łem, że je­stem pod wła­ści­wym wra­że­niem. – Wy­gra­na nie tyl­ko przy­cią­gnę­ła­by mi­lio­ny do­dat­ko­wych tu­ry­stów – kon­ty­nu­ował – ale też kupę for­sy od WTO. Wie pan, co to jest WTO?

– Świa­to­wa Or­ga­ni­za­cja Han­dlu? Tak, ale zda­je się, że wła­śnie zmie­ni­li na­zwę na Glo­bal­ne Roz­wią­za­nia Biz­ne­so­we.

– Co? Na­praw­dę?

– Nie, tyl­ko...

– Ha, nie­złe. Do­kład­nie. W samo sed­no. W dzie­siąt­kę. Czy coś ta­kie­go.

– Ale mówi pan, że gło­so­wa­nie za mie­siąc. Więc ta pra­ca jest nie­co last-mi­nu­te, praw­da?

– Tak. Po­ja­wi­ły się pew­ne, ee... kło­po­ty lo­gi­stycz­ne. – Nie był zbyt chęt­ny, by się nad tym roz­wo­dzić.

– A kto jesz­cze współ­za­wod­ni­czy? – spy­ta­łem.

– Do­bre py­ta­nie. Bar­dzo do­bre py­ta­nie. Kto, u dia­bła, współ­za­wod­ni­czy? – Go­rącz­ko­wo prze­szu­ki­wał biur­ko, aż wresz­cie za­czął prze­glą­dać małą bro­szur­kę. – Po­zo­sta­łe kan­dy­du­ją­ce kra­je to... – Przy­ło­żył pa­lec do stro­ny i prze­czy­tał: – Chi­ny, Fran­cja i Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Wiem, że pan był­by naj­lep­szy we Fran­cji, ale tam mamy już ko­goś na tam­tym polu, dla­te­go też po­my­śle­li­śmy, że mógł­by pan za­jąć się Ame­ry­ką. – Mach­nął w stro­nę okna, jak mu się pew­nie zda­wa­ło, w za­chod­nim kie­run­ku.

– Ale co miał­bym do­kład­nie ro­bić?

– Ach tak. Cóż, pew­ne szcze­gó­ły, mu­szę przy­znać, są wciąż opra­co­wy­wa­ne. Ale za­sad­ni­czo – nie cier­pię tego sło­wa, a pan? Musi być ja­kieś lep­sze...

– Mó­wiąc w skró­cie? – pod­po­wie­dzia­łem.

– Tak, mó­wiąc w skró­cie – dzię­ku­ję – po­szu­ki­wa­ny kan­dy­dat zor­ga­ni­zu­je cykl im­prez pro­mo­cyj­nych w klu­czo­wych mia­stach. – Uśmiech­nął się i ob­li­zał zęby. Tym ra­zem nie mo­głem się po­wstrzy­mać i strze­li­łem ję­zy­kiem w moją gór­ną szczę­kę.

– Klu­czo­wych mia­stach, to zna­czy? – spy­ta­łem.

– Och. Tak, mó­wiąc szcze­rze, nie mam po­ję­cia. Niech pan tu spoj­rzy. – Prze­su­nął bro­szur­kę po sto­le w moją stro­nę. Otwo­rzy­łem ją na stro­nie z na­głów­kiem „Uczest­ni­czą­ce mia­sta, Sta­ny Zjed­no­czo­ne”, ale wy­czy­ta­łem tam je­dy­nie „Mia­sta do po­twier­dze­nia”.

– Po­twier­dzo­no je już? – za­py­ta­łem.

– Tak – od­parł. – Praw­do­po­dob­nie. Do­wiem się. Do­sta­li­śmy te bro­szu­ry przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi.

– I po­wie­dzia­no mi, że będę je­chał sa­mo­cho­dem przez Ame­ry­kę? – W my­ślach by­łem tam już, na prze­stron­nej au­to­stra­dzie, z jed­ną nogą na ak­ce­le­ra­to­rze (albo pe­da­le gazu), z dru­gą wy­wie­szo­ną przez okno, chwy­ta­ją­cą słoń­ce Wy­oming. Tak, mo­głem wy­sta­wić nogę na ze­wnątrz, rękę też, bo sa­mo­chód miał au­to­ma­tycz­ną skrzy­nię bie­gów.

– Tak, zga­dza się, mar­ka Mini.

– Słu­cham? – Wstrzą­snął mną po­wrót do bez­sło­necz­ne­go an­giel­skie­go biu­ra. – Mini? Ale ja mam nogi. I będę miał ba­gaż. – Nie wspo­mi­na­jąc o mo­jej dziew­czy­nie. – Wy­obra­ża­łem so­bie coś nie­co więk­sze­go. Lon­dyń­ską tak­sów­kę, na przy­kład? Nie ma nic bar­dziej bry­tyj­skie­go niż czar­na tak­sów­ka.

– Nie, nie. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy ba­da­nie. – Tym ra­zem ob­li­zał zęby, jak­by zmy­wał zły smak sło­wa, któ­re­go wła­śnie użył. – I tak­sów­ki oka­za­ły się zbyt czar­ne.

– Zbyt czar­ne? Dla­cze­go by więc jed­nej nie prze­ma­lo­wać?

– I zbyt sta­ro­mod­ne. Mnie pro­szę nie py­tać, ja na­wet nie wy­peł­nia­łem an­kie­ty. Ale je­śli do­brze pa­mię­tam, Mini są ko­lo­ro­we i faj­ne, sty­lo­we, ale nie sno­bi­stycz­ne. Coś w tym gu­ście. Sam pan wie. Jak oni to na­zy­wa­li? Cool Bri­tan­nia?

Wy­glą­da­ło na to, że jest tu je­den mały pro­blem.

– Ale czy mar­ka Mini nie jest te­raz nie­miec­ka? – spy­ta­łem.

Ty­ler zdjął oku­la­ry i grzyw­ka opa­dła mu na oczy.

– Czy do­brze ro­zu­miem – spy­tał z cie­niem prze­mę­cze­nia w gło­sie – że uwa­ża pan, iż, ee..., ta mi­sja jest nie do zre­ali­zo­wa­nia?

– Nie, nie, z chę­cią zmie­rzę się z tym wy­zwa­niem. – Po­praw­ka – mu­sia­łem zmie­rzyć się z nim, je­śli chcia­łem za­pła­cić grzyw­nę. – Wi­dać tu pe­wien brak zor­ga­ni­zo­wa­nia – po­wie­dzia­łem – ale jak może pan zo­ba­czyć w moim CV – mam wpra­wę w wy­pro­wa­dza­niu bez­na­dziej­nych przy­pad­ków na pro­stą. – Nie mu­siał wie­dzieć, że moje ostat­nie za­da­nie za­wo­do­we za­koń­czy­ło się, gdy fran­cu­ski szef kuch­ni pró­bo­wał udu­sić mnie sa­łat­ką ze star­tej cu­ki­nii.

– W po­rząd­ku, do­brze. Cóż... – Ty­ler zna­lazł po omac­ku mysz­kę i z wi­docz­nym zmę­cze­niem w ru­chach włą­czył kom­pu­ter. – W ta­kim ra­zie, mam do pana kil­ka py­tań. An­kie­ta. – Wło­żył oku­la­ry i czy­tał z ekra­nu: – A za­tem, nu­mer je­den. „Co pan są­dzi o Ame­ry­kań­skim Pro­gra­mie Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go?”

– Słu­cham?

– An­kie­ta ma na celu ujaw­nie­nie pana na­sta­wie­nia do go­spo­da­rzy zza wiel­kiej wody. Ra­dzę, by sta­rał się pan nie brzmieć za bar­dzo jak ter­ro­ry­sta.

– W po­rząd­ku. Cóż, a na przy­kład „Je­stem za”?

– Co?

– Je­stem za bez­piecz­ną oj­czy­zną.

– Tro­chę skró­to­wo.

– Ale co jesz­cze moż­na po­wie­dzieć na ten te­mat? – Nie mia­łem za­mia­ru pa­ko­wać się w prze­mo­wę o tym, jak świet­nym po­my­słem jest za­ka­za­nie lu­dziom wno­sze­nia pa­sty do zę­bów do sa­mo­lo­tów.

– Je­śli pan na­le­ga. – Wstu­kał od­po­wiedź dwo­ma pal­ca­mi i znów za­czął czy­tać. – „Jaki jest pana po­gląd na obec­ny re­ne­sans... – Za­milkł, jak­by skoń­czy­ła mu się ener­gia w po­ło­wie py­ta­nia, jed­nak ode­tchnął głę­bo­ko i kon­ty­nu­ował: – Na obec­ny re­ne­sans w ame­ry­kań­skiej re­li­gij­no­ści?” Re­li­gij­no­ści? To jest na­wet ta­kie sło­wo?

Jej, jed­no pod­stęp­ne py­ta­nie po dru­gim. Ukształ­to­wa­łem od­po­wiedź tak sta­ran­nie, jak fran­cu­ski cu­kier­nik na­da­je for­mę tru­fli cze­ko­la­do­wej.

– Cóż, je­śli mogę za­cy­to­wać Geo­r­ge’a Mi­cha­ela, któ­ry, jak są­dzę, jest wy­znaw­cą pra­wo­sła­wia...

– Tak?

– „Trza w coś wie­rzyć”.

– Słu­cham?

– „Trza w coś wie­rzyć”. To sło­wa pio­sen­ki.

– Chce pan, że­bym to za­pi­sał?

– Tak, pro­szę. Ale może po­wi­nien pan po­mi­nąć ten frag­ment o Geo­r­ge’u Mi­cha­elu.

Ty­ler tyl­ko po­trzą­snął gło­wą i wstu­kał.

– I, to już ostat­nie, obie­cu­ję – po­wie­dział. – „Jak pan po­strze­ga ame­ry­kań­ską po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną?”

Do­strzegł moje prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie i ski­nął gło­wą. O tak, to był atak ją­dro­wy.

– Jak wszy­scy Bry­tyj­czy­cy – po­wie­dzia­łem w koń­cu. – Je­stem bar­dzo wdzięcz­ny, że Ame­ry­ka­nie włą­czy­li się w dru­gą woj­nę świa­to­wą i po­mo­gli nam wy­zwo­lić Eu­ro­pę. – „A moja bab­cia dzię­ku­je im za je­dwab­ne poń­czo­chy” – po­my­śla­łem.

Ty­ler wzru­szył ra­mio­na­mi i wpi­sał moją od­po­wiedź do go­rą­cej li­nii Pen­ta­go­nu czy gdzie­kol­wiek to szło.

– Cóż, to już chy­ba wszyst­ko – po­wie­dział. – Je­śli zo­sta­nie pan wy­bra­ny, skon­tak­tu­ję się z pa­nem. Albo ktoś inny się skon­tak­tu­je. To pew­nie też ob­ję­te jest out­so­ur­cin­giem. Ha, ha!

Za­śmia­łem się, uści­sną­łem jego dłoń i rzu­ci­łem się do drzwi, nim mógł zno­wu za­ata­ko­wać mnie ma­nia­kal­no-de­pre­syj­nym hu­mo­rem. Nad­szedł czas, bym od­zy­skał spodnie.

5

– Wdy­chaj at­mos­fe­rę!

Mój ame­ry­kań­ski przy­ja­ciel Jake cier­piał na coś, co było, z tego, co mogę po­wie­dzieć, rzad­ką cho­ro­bą lin­gwi­stycz­ną, a mia­no­wi­cie, nie po­tra­fił mó­wić w żad­nym ję­zy­ku.

Nie, to nie­zu­peł­nie praw­da. W rze­czy­wi­sto­ści mó­wił w dwóch ję­zy­kach jed­no­cze­śnie – po fran­cu­sku i an­giel­sku – tak że trze­ba było po­sia­dać w gło­wie swe­go ro­dza­ju sys­tem słu­cha­nia ste­reo, żeby do­my­ślić się, o czym mówi. Co gor­sza, za­zwy­czaj wy­ma­wiał fran­cu­skie sło­wa z ame­ry­kań­skim ak­cen­tem i vice ver­sa.

Więc to, co w rze­czy­wi­sto­ści po­wie­dział, brzmia­ło „Wdy­chaj po­wie­trze”. Na szczę­ście zna­łem wy­star­cza­ją­co do­brze fran­cu­ski, by wie­dzieć, że „at­mo­sphère” zna­czy „po­wie­trze”.

Za za­sło­ną się­ga­ją­cych do bro­dy blond wło­sów Jake uśmie­chał się pro­mien­nie z czy­stej przy­jem­no­ści, wdy­cha­jąc peł­ną pier­sią ota­cza­ją­ce go po­wie­trze. Tak, uży­łem sło­wa po­wie­trze, ale wo­ko­ło uno­si­ły się głów­nie wil­goć i dym. Bar­dzo nie­wie­le miej­sca zo­sta­ło na czą­stecz­ki tle­nu.

Było oko­ło dzie­sią­tej wie­czo­rem. Za­dzwo­ni­łem do Jake’a, jak tyl­ko wró­ci­łem do Pa­ry­ża. Po­wie­dział, że­bym przy­łą­czył się do nie­go na jego da­chu. Cza­sa­mi przy­cho­dzi­li­śmy tu, by ode­rwać się od świa­ta i ga­dać bzdu­ry, za­zwy­czaj w to­wa­rzy­stwie bu­tel­ki. Je­śli tyl­ko nie pa­da­ło i po­wierzch­ni nie po­kry­wał lód, sto­sun­ko­wo bez­piecz­nie moż­na było wyjść przez świe­tlik i do­trzeć do pła­skiej po­wierzch­ni da­chu. Za­kła­da­jąc, rzecz ja­sna, że nie po­tkniesz się o kra­wędź, gdzie za­cho­dzi­ły na sie­bie pła­ty bla­chy ocyn­ko­wa­nej, i nie ru­niesz w dół na uli­cę sześć pię­ter ni­żej.

Sie­dzia­łem na me­ta­lo­wym, lo­do­wa­tym da­chu, z krę­go­słu­pem przy­ci­śnię­tym do prze­wo­du grzew­cze­go. Było to po­pu­lar­ne miej­sce spę­dza­nia cza­su. Ko­min no­sił śla­dy ga­sze­nia pa­pie­ro­sów i ska­mie­lin z gum do żu­cia, a na tyn­ku ktoś zro­bił graf­fi­ti szcze­rzą­ce­go się w uśmie­chu kota, jak­by chciał nadać miej­scu bar­dziej do­mo­wy cha­rak­ter.

Po­pu­lar­ność ta mia­ła do­bre uza­sad­nie­nie. Z mo­je­go ogrze­wa­ne­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go roz­ta­czał się spek­ta­ku­lar­ny wi­dok na anar­chicz­ną ła­mi­głów­kę pa­ry­skich da­chów. Blo­ki, któ­re z uli­cy pre­zen­to­wa­ły się sza­ro i jed­na­ko­wo, ujaw­nia­ły swój in­dy­wi­du­al­ny cha­rak­ter na po­zio­mie li­nii ho­ry­zon­tu, z wy­so­ce zróż­ni­co­wa­ny­mi spad­ka­mi, świe­tli­ka­mi i nie­le­gal­ny­mi da­cho­wy­mi ta­ra­sa­mi. Na jed­nym z bu­dyn­ków miesz­kań­cy ostat­nie­go pię­tra oswo­ili bla­chę ocyn­ko­wa­ną skraw­kiem ma­te­rii uda­ją­cej tra­wę i sztucz­ną pal­mą. Dwa pla­sti­ko­we le­ża­ki usta­wio­ne były tak, by peł­nić funk­cję świad­ków za­cho­du słoń­ca.

Słoń­ce już daw­no za­szło, a od­da­lo­na wie­ża Eif­fla za­czę­ła się skrzyć, jak­by mi­liar­dy po­bu­dzo­nych sek­su­al­nie ro­bacz­ków świę­to­jań­skich ze­sko­czy­ły wła­śnie ze szczy­tu. Re­gu­lar­nie o peł­nej go­dzi­nie, od zmierz­chu aż do pierw­szej w nocy, świa­tła na wie­ży tań­czą przez pięć mi­nut w ryt­mie di­sco – ten pul­su­ją­cy, zło­ci­sty po­kaz, któ­ry wła­śnie ob­ser­wo­wa­łem, wpra­wił­by w za­chwyt na­wet naj­bar­dziej zbla­zo­wa­ne­go in­ży­nie­ra elek­try­ka.

Jed­nak Jake nie był za­in­te­re­so­wa­ny pre­zen­ta­cją fran­cu­skiej tech­no­lo­gii oświe­tle­nio­wej. Tu­lił się do błysz­czą­cej me­ta­lo­wej rury, wspi­na­ją­cej się na dach z głów­ne­go dzie­dziń­ca bu­dyn­ku. Był to wy­lot sys­te­mu wen­ty­la­cji z ka­wiar­ni na par­te­rze.

– Wdy­chaj to – po­wtó­rzył, sta­jąc na pal­cach, by przy­ło­żyć nos jak naj­bli­żej koń­ców­ki wy­lo­to­wej w kształ­cie grzyb­ka. – Czy­sty Pari. – Tak, wą­chał wła­śnie wy­zie­wy z pa­ry­skiej ka­wiar­ni, mie­szan­kę ga­zów, tyl­ko nie­co mniej tok­sycz­ną niż po­żar w ra­fi­ne­rii. I w tym sa­mym cza­sie za­cią­gał się gau­lo­ise’em.

„To mu­sia­ło być je­dy­ne wy­ja­śnie­nie jego suk­ce­sów z ko­bie­ta­mi” – po­my­śla­łem. Kie­dy nie miał na so­bie czar­ne­go gar­ni­tu­ru Pau­la Smi­tha, któ­ry po­ży­czył ode mnie trzy mie­sią­ce wcze­śniej i nig­dy nie od­dał, wy­glą­dał, jak­by ubrał się po ciem­ku po or­gii stra­chów na wró­ble. Więc mu­sia­ło być coś obez­wład­nia­ją­ce­go w jego chło­pię­cym uśmie­chu i umie­jęt­no­ści za­cho­wy­wa­nia się jak to­tal­ny głu­pek.

Ostat­nio od­krył nowe bo­ga­te po­kła­dy nie­sztam­po­we­go za­cho­wa­nia – Fran­cja ogło­si­ła, że we wszyst­kich miej­scach pu­blicz­nych za­ka­za­ne zo­sta­nie pa­le­nie. I mimo że zda­wa­ło się nie­moż­li­we, by pa­ry­scy pa­la­cze prze­strze­ga­li tego pra­wa, Jake chciał na­pa­lić się do syta, nim na­stą­pi ko­niec świa­ta.

– Vir­gi­nia, ona chce, że­bym już prze­stał pa­lić – po­wie­dział. – Nie po­zwo­li pa­lić mi w miesz­ka­niu, sta­ry, jak, na­wet z gło­wą zafe­nêtre.

Z Vir­gi­nią, stu­dent­ką szko­ły fil­mo­wej, Jake miesz­kał mniej wię­cej od cza­su, gdy po­ży­czył mój gar­ni­tur. Był to jego naj­dłuż­szy zwią­zek, a na do­da­tek je­dy­ny, jaki na­wią­zał z Fran­cuz­ką pod­czas dzie­się­cio­let­nie­go po­by­tu w Pa­ry­żu. Od przy­jaz­du do mia­sta re­ali­zo­wał swój pro­jekt prze­spa­nia się, a po­tem opi­sa­nia tego w po­ezji, z ko­bie­tą każ­dej na­ro­do­wo­ści miesz­ka­ją­cą w sto­li­cy. Jed­nak z Vir­gi­nią, tak się przy­najm­niej zda­wa­ło, wią­zał po­waż­niej­sze pla­ny niż tyl­ko ze­rżnię­cie i na­pi­sa­nie wier­sza.

– Pi­szesz o niej wier­sze? – spy­ta­łem.

Jake po­słał mi po­dejrz­li­we spoj­rze­nie. Czę­sto oskar­żał mnie o „brak sza­cun­ku dla jego po­esie”. Miał na my­śli swo­ją „po­ésie” – jego po­ezję. „Myli się” – po­my­śla­łem. Sza­no­wa­łem jego wier­sze bar­dzo, w taki sam spo­sób jak pit bul­le – co ozna­cza, że ro­bi­łem wszyst­ko, by uni­kać bli­skie­go z nimi kon­tak­tu. Po wy­słu­cha­niu pięć­dzie­się­ciu nie­ry­mo­wa­nych dwu­wier­szy o tym, co do­kład­nie ro­bił Jake z pi­ja­ną irań­ską tłu­macz­ką i sło­ikiem ka­wio­ru, nie masz ocho­ty na wię­cej.

– Tak – po­wie­dział. – Wła­ści­wie tak. We wszyst­kie dni wy­sy­łam jej ero­tycz­ną po­ésie w te­xto. Do­bre, nie?

– Tak, cu­dow­ne. – Upi­łem duży łyk z kie­lisz­ka che­nin blanc, by uci­szyć żo­łą­dek.

Jake usiadł obok mnie.

– My­ślisz, że ak­cep­tu­jesz tę ame­ry­kań­ską pro­po­zy­cję? – za­py­tał.

– Nie je­stem pe­wien, czy oni za­ak­cep­tu­ją mnie. – Wy­mie­ni­łem kil­ka po­wo­dów, dla­cze­go spo­dzie­wam się otrzy­ma­nia li­stu od­mow­ne­go, łącz­nie z wy­mi­ja­ją­cy­mi od­po­wie­dzia­mi na pod­stęp­ne py­ta­nia o po­li­ty­kę i przy­pad­ko­wą wy­ciecz­ką w trans­we­sty­tyzm. – Oka­za­ło się, że ta ko­bie­ta pro­wa­dzi­ła re­kru­ta­cję mo­de­li – po­wie­dzia­łem mu. – To były otwar­te prze­słu­cha­nia, więc nie wie­dzia­ła, kto się po­ja­wi, i w spo­sób na­tu­ral­ny przy­ję­ła, że cze­kam na nią.

Jake po­ki­wał gło­wą, jak­by to było ab­so­lut­nie nor­mal­ne nie­po­ro­zu­mie­nie, co pod­no­si­ło na du­chu. Ćwi­czy­łem wy­ja­śnie­nia na oka­zję, gdy prze­ka­żę tę wia­do­mość Alek­sie, prze­by­wa­ją­cej w tym cza­sie na po­łu­dniu, gdzie fil­mo­wa­ła ja­kieś dzie­cia­ki do do­ku­men­tu o fran­cu­skim sty­lu ży­cia. Chcia­ła za­py­tać je, dla­cze­go nie­od­łącz­ną czę­ścią sty­lu ży­cia na przed­mie­ściach Mar­sy­lii jest pod­pa­la­nie la­sów każ­de­go lata i sa­mo­cho­dów każ­dej zimy.

– Cała ta or­ga­ni­za­cja była taka cha­otycz­na – po­wie­dzia­łem. – Wy­da­je mi się, że w pew­nym mo­men­cie prze­sta­łem trak­to­wać tę pra­cę po­waż­nie.

– To sko­da – od­parł Jake. Do­my­śli­łem się, że miał na my­śli sło­wo „szko­da”. – Gdzie znaj­dziesz pie­nią­dze na grzy­wę?

Za­nim się zo­rien­to­wa­łem, że cho­dzi mu o grzyw­nę, mi­nę­ło kil­ka se­kund.

– Mam jesz­cze parę in­nych roz­mów o pra­cę – po­wie­dzia­łem. – A jed­na z mo­ich by­łych dziew­czyn pra­cu­je w ban­ku. Mo­gła­by po­móc mi w zdo­by­ciu po­życz­ki. Ale to nie roz­wią­za­ło­by pro­ble­mu, że dla Alek­sy je­stem Pa­nem Nu­dzia­rzem.

– Mu­sisz ją za­sko­czyć, Paul. No wiesz, może ku­pić strój Su­per­ma­na? A po­tem za­pro­sić do sek­su na tra­pe­zie.

– Tak, ele­ganc­ki plan, Jake. – Jak zwy­kle, jego rada do­ty­czą­ca ko­biet po­win­na być ostem­plo­wa­na ostrze­że­niem przed cho­ro­bą psy­chicz­ną.

– Jadę do Ame­ry­ki nie­dłu­go, wiesz – po­wie­dział. – Do mamy, w Ne­va­dzie. I tyl­ko my­śla­łem, że mo­gli­by­śmy się na­po­tkać.

– Spo­tkać? Tak, ale na­wet gdy­bym do­stał tę pra­cę, nie je­stem pe­wien, czy po­ja­dę do Ne­va­dy.

– Ja taż nie.

– Co?

Jake wes­tchnął głę­bo­ko i wkro­czył ku­la­wą an­gielsz­czy­zną w hi­sto­rię o ku­po­wa­niu bi­le­tu lot­ni­cze­go, o tym, jak póź­niej wy­pa­trzył niż­szą cenę i anu­lo­wał pierw­szy bi­let, za co póź­niej jak obu­chem po gło­wie wal­nę­ła go opła­ta re­zy­gna­cyj­na, tak że le­d­wo star­czy­ło mu na tani jak barszcz czar­ter do Or­lan­do. Ogól­nie rzecz bio­rąc, było tak, jak­bym słu­chał ko­goś, kto otrzy­mał w bo­żo­na­ro­dze­nio­wej skar­pe­cie kij ba­se­bal­lo­wy, a na­stęp­nie spę­dził cały dzień, wa­ląc się nim po gło­wie.

– Ale nie ma pro­ble­mu, sta­ry – skon­klu­do­wał. – Schwy­tam char­ta.

– Co? – Pla­no­wał po­je­chać do domu na psie?

– No wiesz, au­to­bus.

– A tak. – Oczy­wi­ście. „Chwy­tać” ozna­cza­ło „ła­pać”, a chart to, cóż, Grey­ho­und2. W koń­cu cho­ciaż raz użył wła­ści­we­go ame­ry­kań­skie­go sło­wa.

– Na­praw­dę – jak to mó­wi­cie – cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią?

– Nie mogę się do­cze­kać?

– Tak. Na­praw­dę, wiesz, nie mogę się na­nie­cir­pli­wić czy jak to tam, wy­jaz­du do Ame­ry­ki, z wy­jąt­kiem jed­nej rze­czy.

– Cze­go?

Za­cią­gnął się.

– Dym­ka, sta­ry. Moi przy­ja­cie­le z No­we­go Jor­ku po­wie­dzie­li mi, że dy­mek jest tam wy­mar­ły tak jak ma­mu­ty. Na­wet na kon­cer­cie roc­ko­wym at­mos­fe­ra jest czy­sta. – Skrzy­wił się. Był wiel­kim fa­nem pa­ry­skich im­prez roc­ko­wych, gdzie – przy­najm­niej przez chwi­lę – po­wie­trze było tak gę­ste od dymu pa­pie­ro­so­we­go, że le­d­wo dało się do­strzec wiel­kie zna­ki „za­kaz pa­le­nia” na ścia­nach.

Jake za­cią­gnął się moc­no koń­ców­ką pa­pie­ro­sa i wska­zał na no­wo­cze­sny bu­dy­nek po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy.

– Po­patrz – po­wie­dział, gdy za­rys ko­bie­cej syl­wet­ki po­ja­wił się w po­zba­wio­nym fi­ra­nek oknie na naj­wyż­szym pię­trze. – Cza­sa­mi przy­rzą­dza je­dze­nie w bie­liź­nie. Je­stem pe­wien, że wie, iż lu­dzie ją wi­dzą, ale zdej­mu­je ubra­nia i stek-fri­tes. – Za­śmiał się. – Dym i bie­li­zna. Vive Pa­ree. Komu po­trzeb­na l’Améri­que, hmm?

6

Są dziew­czy­ny, któ­re dają ci spo­cząć na lau­rach. Ale nie Alek­sa. Po­wie­dze­nie jej, że się ją ko­cha, nie było kon­trak­tem na czas nie­okre­ślo­ny, co ozna­cza­ło­by, że nie mu­sisz tego po­wta­rzać. Przy­po­mi­na­ło bar­dziej kup­no jo­gur­tu – two­je przy­rze­cze­nie wiecz­nej mi­ło­ści utrzy­mu­je świe­żość za­le­d­wie przez kil­ka dni, a po­tem musi być po­no­wio­ne.

Po­dob­nie, nie mo­głeś zwy­czaj­nie po­wie­dzieć „Ko­cham cię, ko­cha­nie” i mieć na­dzie­ję, że zmar­twi się, gdy oświad­czysz: „Słu­chaj, są­dzę, że spie­przy­łem roz­mo­wę o pra­cę, więc na­praw­dę nie mam już więk­szych na­dziei na prze­ży­cie w naj­bliż­szej przy­szło­ści Ame­ry­kań­skie­go Snu.”

Więc tego wie­czo­ru, gdy Alek­sa wró­ci­ła do Pa­ry­ża z Mar­sy­lii, ode­bra­łem ją na dwor­cu i bły­ska­wicz­nie za­bra­łem tak­sów­ką do jed­nej z jej ulu­bio­nych re­stau­ra­cji.

W cza­sie dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wej jaz­dy tak­sów­ką prze­ka­za­łem jej sta­ran­nie zre­da­go­wa­ne spra­woz­da­nie z mo­je­go po­by­tu w Lon­dy­nie.

– Jak mo­gli ocze­ki­wać, że udzie­lę im lo­gicz­nych od­po­wie­dzi na py­ta­nia od cza­py? – uspra­wie­dli­wia­łem się. Wie­dzia­łem, że fran­cu­ska dziew­czy­na bę­dzie so­li­da­ry­zo­wa­ła się z każ­dym, kto musi od­po­wia­dać na głu­pie py­ta­nia rzą­du ame­ry­kań­skie­go. Czy to nie fran­cu­ski pi­tol, za­py­ta­ny na JFK, co ma w wa­liz­ce, od­po­wie­dział ofi­ce­ro­wi służb ochro­ny lot­ni­ska coś w sty­lu: „Bom­bę, głup­ku”. My­ślę, że pew­nie nie­dłu­go opu­ści Gu­an­ta­na­mo.

Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu za­śmia­ła się z dow­cip­nej od­po­wie­dzi.

– Do­bra ro­bo­ta, Paul – po­wie­dzia­ła. – A tak w ogó­le, kto chce je­chać do Ame­ry­ki? – Co było pew­nym szo­kiem. To głów­nie ona chcia­ła, bym wpadł w wir mę­skich po­szu­ki­wań przy­go­dy. – Znaj­dziesz inną pra­cę – kon­ty­nu­owa­ła. – Tak jak ci mó­wi­łam, je­steś po­my­sło­wym fa­ce­tem. Czy dziś wie­czo­rem też czu­jesz się po­my­sło­wy?

Fi­glar­nie i tyl­ko nie­co bo­le­śnie uszczyp­nę­ła mnie w spodnie i na­gle nie mia­łem już na­stro­ju na cią­gną­cą się ucztę.

– Je­steś pew­na, że chcesz iść do re­stau­ra­cji? – spy­ta­łem gło­sem o pół tonu wyż­szym niż zwy­kle.

– Tak. Czy mama nie mó­wi­ła ci, że mu­sisz na­kar­mić dziew­czy­nę, nim... – Przy­cią­gnę­ła moje ucho do swych ust i szep­nę­ła.

– Nie, nig­dy o tym nie wspo­mi­na­ła – po­wie­dzia­łem. – Mama mó­wi­ła, że­bym czy­ścił pa­znok­cie przed rand­ką, ale to ra­czej wszyst­ko.

– Ach, wy An­glo­sa­si, uwa­ża­cie, że waż­niej­sze jest by­cie hi­gie­nicz­nym niż ro­man­tycz­nym. Poza tym nie spy­ta­łeś mnie, co ro­bi­łam w Mar­sy­lii. Czy moja pra­ca wca­le cię nie in­te­re­su­je?

Znów wró­ci­li­śmy na ob­szar jo­gur­tu.

Po­pro­si­łem kie­row­cę, by wy­rzu­cił nas na Bo­ule­vard Bon­ne No­uvel­le, frag­men­cie sie­ci sze­ro­kich alej, za­ta­cza­ją­cych łuki przez śre­dnio­wiecz­ny Pa­ryż, co w XIX wie­ku umoż­li­wia­ło woj­skom prze­marsz wo­kół mia­sta i tłu­mie­nie re­be­lii.

Kil­ka me­trów w głąb bocz­nej ulicz­ki znaj­do­wa­ła się tra­dy­cyj­na pa­ry­ska ja­dło­daj­nia, gdzie je­dze­nie było ra­czej w po­rząd­ku niż wy­jąt­ko­we, ale gdzie zdo­by­cie sto­li­ka dla dwóch osób w piąt­ko­wy wie­czór, na­wet na wcze­sną ko­la­cję oko­ło siód­mej trzy­dzie­ści, wy­ma­ga­ło wy­ko­rzy­sta­nia ca­łej na­szej aser­tyw­no­ści. Cof­nię­ta od uli­cy re­stau­ra­cja znaj­do­wa­ła się na dzie­dziń­cu, któ­re­go więk­szą część zaj­mo­wał ty­po­wo pa­ry­ski miks. Było jesz­cze bar­dziej tłocz­no niż zwy­kle, bo gdy dwo­je lu­dzi roz­glą­da­ło się w po­szu­ki­wa­niu bez­piecz­ne­go miej­sca na po­zo­sta­wie­nie ro­we­rów, nad­je­cha­ła duża gru­pa tu­ry­stów.

Pa­ry­ża­nie za­wsze za­kła­da­li, że mają pierw­szeń­stwo przed gru­pa­mi tu­ry­stycz­ny­mi, więc Alek­sa i ja to­ro­wa­li­śmy so­bie dro­gę w kie­run­ku ja­snych świa­teł ota­cza­ją­cych ob­ro­to­we drzwi re­stau­ra­cji, gdzie ma­ître d’, fa­cet w śred­nim wie­ku, nie­bie­skim gar­ni­tu­rze, od­gry­wał swój spek­takl.

– Une ta­ble pour qu­atre!3 – ogło­sił.

W tym mo­men­cie pierw­sza czte­ro­oso­bo­wa grup­ka z ko­lej­ki po­win­na ode­zwać się i rzu­cić na­przód. Zro­bi­ły to dwie pary pa­ry­żan w gru­bych weł­nia­nych płasz­czach, zo­sta­wia­jąc czwór­kę ame­ry­kań­skich tu­ry­stów, pa­trzą­cych spode łba, że dali się wy­prze­dzić.

Koło drzwi krę­cił się bro­da­ty męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, ubra­ny w zie­lo­ny ka­pe­lusz w sty­lu au­striac­kim, z piór­kiem.

– Dzwo­ni­łem, żeby za­re­zer­wo­wać – po­wie­dział dys­kret­nie.

– Dzwo­nił pan, żeby za­re­zer­wo­wać? – ryk­nął śmie­chem ma­ître d’. Tłum na­słu­chi­wał wy­cze­ku­ją­co. – Nie w tej re­stau­ra­cji, mon­sieur – mó­wił da­lej. – Nie re­zer­wu­je­my. Może za­dzwo­nił pan do McDo na bul­wa­rze?

Roz­le­gły się śmie­chy i okla­ski.

– Jak dłu­go trze­ba cze­kać na sto­lik dla dwoj­ga? – spy­ta­łem. Za­wsze uwa­ża­łem, że naj­le­piej przed­sta­wić się oso­bie peł­nią­cej wła­dzę. Mia­łeś mniej­sze szan­se na utra­tę miej­sca w ko­lej­ce, je­śli cię do­strzegł. Ozna­cza­ło to tak­że, że w cza­sie, któ­ry zaj­mo­wa­ło za­da­nie py­ta­nia, by­łeś pół­le­gal­nie na po­cząt­ku ko­lej­ki.

– Dix mi­nu­tes4 – po­wie­dział. W każ­dej in­nej re­stau­ra­cji mo­gło­by to ozna­czać co­kol­wiek, na­wet do go­dzi­ny, ale wie­dzie­li­śmy, że tu­taj za­ło­ga uwi­ja się jak w ukro­pie.

Ma­ître d’ wszedł na chwi­lę do środ­ka i przez za­pa­ro­wa­ne czę­ścio­wo okna zo­ba­czy­li­śmy, jak gło­śno przy­wo­łu­je do po­rząd­ku lu­dzi wy­glą­da­ją­cych na tu­ry­stów, a może upo­mi­na kel­ne­ra ob­słu­gu­ją­ce­go tę część re­stau­ra­cji.

– Al­lez, de­ser, kawa, ra­chu­nek! Nie pła­cą nam tyle, by­śmy mo­gli po­zwo­lić prze­sia­dy­wać im przez całą noc.

Wró­cił na ze­wnątrz.

– My­ślą so­bie, że gdzie są? – spy­tał zgro­ma­dzo­nych. – W La Tour d’Ar­gent?

To wy­wo­ła­ło ko­lej­ny wy­buch śmie­chu. La Tour d’Ar­gent jest jed­ną z tych re­stau­ra­cji, któ­re przy­pra­wia­ją o nie­straw­ność fir­my wy­da­ją­ce kar­ty kre­dy­to­we.

Kel­ner dał znak ze środ­ka i ma­ître d’ znów krzyk­nął.

– Sześć! Kto py­tał o sto­lik dla sze­ściu osób?

W środ­ku tłu­mu roz­le­gło się wo­ła­nie i grup­ka lu­dzi prze­pchnę­ła się do przo­du. Ma­ître d’ po­li­czył ich, gdy się zbli­ża­li.

– Chwi­lecz­kę, pań­stwa jest tyl­ko pię­cio­ro.

– Tak, szó­sta oso­ba już je­dzie – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, szczo­drze ob­da­rza­jąc go wy­szmin­ko­wa­nym uśmie­chem.

– Przy­kro mi. Tyl­ko peł­ne sto­li­ki. Ja­kieś inne szóst­ki? Nie? Komu nie prze­szka­dza dzie­le­nie sto­li­ka? Czwór­ka i dwój­ka?

– Dwój­ka – po­wie­dzia­łem, za­rzu­ca­jąc rękę wo­kół ra­mion Alek­sy, by udo­wod­nić, że obo­je je­ste­śmy na miej­scu.

– Al­lez, les deux amo­ureux5 – po­wie­dział ma­ître d’ i we­szli­śmy do środ­ka.

Moje pierw­sze wra­że­nia wią­za­ły się z za­du­chem pa­nie­ro­wa­ne­go sera i przy­ja­znym po­mru­kiem pro­wa­dzo­nych roz­mów. Przej­ściem mię­dzy sto­li­ka­mi szli­śmy z uczu­ciem, że do­pusz­czo­no nas do eks­klu­zyw­ne­go klu­bu. Było przy­najm­niej sto sto­li­ków – wszyst­kie za­ję­te – usta­wio­nych w rów­nych rzę­dach, jak w sto­łów­ce. Jed­nak nie naj­gor­szej sto­łów­ce, ozdo­bio­nej opra­wio­ny­mi w ramy lu­stra­mi i dzi­wacz­nym mu­ra­lem, przed­sta­wia­ją­cym kla­sycz­ny fran­cu­ski ogród, nad któ­rym lo­tem ko­szą­cym prze­la­ty­wał sa­mo­lot z pierw­szej woj­ny świa­to­wej.

Wci­snę­li­śmy się na dwa sie­dze­nia naj­bli­żej drew­nia­ne­go prze­pie­rze­nia, a już po chwi­li do­łą­czy­ła się do nas czwór­ka Ame­ry­ka­nów, któ­rzy sta­li przed nami w ko­lej­ce. Ski­nę­li gło­wa­mi i po­zdro­wi­li nas sło­wa­mi „bon­so­ir”, zdej­mu­jąc ska­fan­dry fli­sa­ków rzecz­nych. Ła­two się było zo­rien­to­wać, kto jest z któ­re­go ze­sta­wu – jed­na para mia­ła cał­kiem siwe wło­sy, dru­ga naj­wy­raź­niej dzie­li­ła się tą samą bu­tel­ką czar­nej far­by.

Alek­sa i ja za­mó­wi­li­śmy ape­ri­tif, skła­da­ją­cy się z dwóch co­upé de cham­pa­gne i pod­ję­li­śmy tak­tycz­ną de­cy­zję, by dla za­cho­wa­nia choć złu­dy pry­wat­no­ści roz­ma­wiać po fran­cu­sku.

– Spójrz na nich, jak czy­ta­ją prze­wod­nik. Za­ło­żę się, że nie wie­dzą na­wet, w ja­kim są kra­ju – po­wie­dzia­ła Alek­sa.

– Są­dzę, że jed­nak wie­dzą. To całe fran­cu­skie żar­cie w menu...

– Wiesz, o co mi cho­dzi, Paul. Uwa­ża­ją, że Pa­ryż to Fran­cja i że we Fran­cji peł­no jest ar­ty­stów i bu­te­lek szam­pa­na.

Nie śmia­łem przy­po­mi­nać jej, że jest fo­to­graf­ką, któ­ra wła­śnie za­mó­wi­ła kie­li­szek ro­dzi­mych bą­bel­ków.

– Więc na­praw­dę nie je­steś nie­za­do­wo­lo­na, że nie mam już szan­sy na ame­ry­kań­skie sny? – za­py­ta­łem.

– Och nie, nie chcę tam je­chać i to­le­ro­wać ich zde­mo­ra­li­zo­wa­ne­go sys­te­mu. I wiem, że znaj­dziesz spo­sób na za­pła­ce­nie grzyw­ny i za­trzy­ma­nie udzia­łów w her­ba­ciar­ni.

Stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­ka­mi i wy­pi­li­śmy za jej opty­mizm.

– Eee, przpra­sa­my? Nous Som­mer Ame­ry­ka­na­mi. Vous, ee? Prze­tłu­ma­czyć menu pour nous, pro się cie?

Od­wró­ci­li­śmy się i spo­strze­gli­śmy czte­ry kom­ple­ty do­sko­na­łych trans­atlan­tyc­kich zę­bów lśnią­cych w na­szą stro­nę.

In­ter­we­nio­wa­łem, nim Alek­sa mia­ła oka­zję zro­bić ja­kiś przy­tyk o kul­tu­ro­wych ko­lo­nia­li­stach, nie­bę­dą­cych w sta­nie roz­szy­fro­wać menu, na któ­rych nie są na­ry­so­wa­ne ham­bur­ge­ry.

– W czym mogę po­móc? – spy­ta­łem.

– Och, tak wspa­nia­le mówi pan po an­giel­sku – po­wie­dzia­ła si­wo­wło­sa ko­bie­ta.

– Dzi­ku­je – po­wie­dzia­łem, przy­po­mniaw­szy so­bie, że mia­łem być Fran­cu­zem.

– Gdzie się go pan na­uczył? – za­py­ta­ła.

– Z ol­li­wo­odz­kich fiil­muf – im­pro­wi­zo­wa­łem.

– Jej, to nie­sa­mo­wi­te. – Kru­czo­czar­na ko­bie­ta za­ma­cha­ła do mnie po­ma­lo­wa­ny­mi moc­no rzę­sa­mi.

– Tak, fsist­ko cio jeśt z ol­li­wo­odz­ki film, mu­fie s do­śko­na­łi ak­cient. Go ahe­ad punk, make my day. You tal­kin to me? Ha­sta la Vi­sta, baby.

Z si­wej stro­ny ame­ry­kań­skie­go sto­łu ema­no­wa­ły ozna­ki scep­ty­cy­zmu, za to kru­czo­czar­ni byli za­chwy­ce­ni po­my­słem, by wy­ko­rzy­sty­wać Hol­ly­wo­od jako na­rzę­dzie edu­ka­cyj­ne.

– A skąd po­cho­dzi ta kwe­stia:How can I help? – spy­ta­ła pani Kru­czo­czar­na.

– Au­stin Po­wers Deux? – za­ry­zy­ko­wa­łem.

– Och, Paul – prze­rwa­ła Alek­sa. – On jest An­gli­kiem.

To spo­wo­do­wa­ło wy­buch śmie­chu. Czy to z po­wo­du mo­je­go żar­tu, czy zwy­czaj­nie sko­ja­rze­nia, że An­glik jest z na­tu­ry śmiesz­ny, nie wiem.

Ku mo­je­mu zdu­mie­niu Alek­sa za­bra­ła się za pro­wa­dze­nie Ame­ry­ka­nów przez przy­staw­ki i da­nia głów­ne, cier­pli­wie tłu­ma­cząc, jak każ­da rzecz zo­sta­ła przy­go­to­wa­na, ostrze­ga­jąc przed moż­li­wą obec­no­ścią czosn­ku lub dziw­nych frag­men­tów zwie­rząt. Przy­cho­dzi­łem z po­mo­cą za każ­dym ra­zem, gdy wy­ja­śnie­nia Alek­sy na­bie­ra­ły zbyt tech­nicz­ne­go kształ­tu, i gdy pod­szedł do nas kel­ner, wszy­scy by­li­śmy go­to­wi do zło­że­nia za­mó­wie­nia. Na­gry­zmo­lił za­mó­wie­nie bez­po­śred­nio na pa­pie­ro­wym ob­ru­sie i znów znik­nął.

– Mer­ci, Mam’sell – po­wie­dział kru­czo­czar­ny męż­czy­zna, spra­wia­jąc, że Alek­sa de­li­kat­nie się wzdry­gnę­ła. Nie zwra­casz się „Ma­de­mo­isel­le” do fran­cu­skiej fe­mi­nist­ki.

– Pro­szę bar­dzo, sir – od­par­ła, tyl­ko nie­znacz­nie za­ci­ska­jąc zęby.

– Pa­ryż jest naj­pięk­niej­szym mia­stem na świe­cie – oświad­czył si­wo­wło­sy męż­czy­zna.

– Poza We­ne­cją – nie zgo­dzi­ła się jego żona.

– I Syd­ney – pod­su­nę­ła kru­czo­czar­na ko­bie­ta.

Siwy męż­czy­zna dziel­nie za­cho­wy­wał uśmiech na miej­scu, ale jego oczy da­wa­ły do zro­zu­mie­nia, że może żony po­win­ny były zo­stać w Ame­ry­ce.

– Dla mnie zde­cy­do­wa­nie też Pa­ryż – po­wie­dział kru­czo­czar­ny męż­czy­zna. – Wie­cie, nie mo­że­cie so­bie wy­obra­żać, że wszy­scy Ame­ry­ka­nie są an­ty­fran­cu­scy. To nie­praw­da.

– W ba­rze w na­szym klu­bie gol­fo­wym mamy fran­cu­skie ciast­ka za­miast duń­skich – przy­po­mnia­ła mu żona.

– Nie że­by­śmy mie­li coś prze­ciw­ko Duń­czy­kom – wtrą­cił si­wo­wło­sy męż­czy­zna. – Eu­ro­pa jest naj­pięk­niej­szym kon­ty­nen­tem na świe­cie.

– Poza Azją – do­rzu­ci­ła jego żona.

Gdy po­da­no je­dze­nie, po­wró­ci­li­śmy do pry­wat­nej roz­mo­wy. Spy­ta­łem Alek­sę po fran­cu­sku, dla­cze­go była taka po­moc­na w sto­sun­ku do na­szych glo­ba­li­stycz­nych są­sia­dów.

– Ach, jako jed­nost­ki Ame­ry­ka­nie mogą być naj­mil­szy­mi ludź­mi na zie­mi – po­wie­dzia­ła. – A wy­da­je się, że ci chcą tro­chę po­znać fran­cu­ską kul­tu­rę. Wie­le jest z pew­no­ścią do zro­bie­nia w tej spra­wie. – Jej su­ge­stia od­no­si­ła się do ba­nal­no­ści kul­tu­ry ame­ry­kań­skiej. – Wy­glą­da na to, że naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną tech­ni­ką go­to­wa­nia, jaką zna­ją, jest roz­pa­la­nie gril­la.

– Wy­da­je mi się, że to jest... – nie mo­głem zna­leźć fran­cu­skie­go sło­wa. – Un peu... nie­spra­wie­dli­we?

– Do­brze wiesz, co mam na my­śli, Paul. Tak na­praw­dę oni nie sza­nu­ją in­nych kul­tur. Trak­tu­ją je jak atrak­cje tu­ry­stycz­ne. Ob­cho­dzi ich tyl­ko obro­na wła­snej kul­tu­ry. Ich glo­ba­li­za­cja jest...

Jej po­li­tycz­ną mowę prze­rwa­ło bzy­cze­nie w mo­jej kie­sze­ni.

– Prze­pra­szam, po­wi­nie­nem był go wy­łą­czyć – po­wie­dzia­łem. Wy­cią­gną­łem te­le­fon i zo­ba­czy­łem, że po­łą­cze­nie jest z lon­dyń­skie­go nu­me­ru. – Pew­nie złe wie­ści w spra­wie pra­cy.

– Cóż, w ta­kim ra­zie od­bierz – od­par­ła.

– Halo? Pan West? – za­py­ta­ła ko­bie­ta z sil­nym ak­cen­tem z York­shi­re.

– Przy te­le­fo­nie.

– O, wi­tam. Lucy Marsh z Za­so­bów Tu­ry­stycz­nych: Wiel­ka Bry­ta­nia. Prze­szka­dzam panu?

– Cóż, je­stem w re­stau­ra­cji...

– Prze­pra­szam, wiem, że jest póź­no, ale zo­sta­łam sama, żeby uzu­peł­nić pań­ską tecz­kę przed week­en­dem.

– Moją tecz­kę?

– Tak, pan Ty­ler za­po­mniał za­dać panu kil­ku py­tań w cza­sie roz­mo­wy. Po­wi­nien dać panu test na bry­tyj­skość.

– Co? Ale ja je­stem Bry­tyj­czy­kiem, tak jest na­pi­sa­ne w moim pasz­por­cie.

Alek­sa pa­trzy­ła na mnie z mie­szan­ką roz­ba­wie­nia i nie­po­ko­ju. Mu­sia­ło to brzmieć, jak­bym miał za­raz stra­cić na­ro­do­wość.

– Tak, ale jest kil­ka py­tań, któ­re mu­szę panu za­dać, je­śli ma pan re­pre­zen­to­wać Wiel­ką Bry­ta­nię za gra­ni­cą. Ma pan pięć mi­nut?

– Pięć mi­nut? – po­wie­dzia­łem to bar­dziej prze­pra­sza­ją­co do Alek­sy niż ko­bie­ty w Lon­dy­nie. Alek­sa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, cze­mu nie? – W po­rząd­ku, ale może le­piej wyj­dę na ze­wnątrz.

Prze­ci­sną­łem się do przej­ścia i otrzy­ma­łem pierw­sze py­ta­nie.

– Czy po­tra­fi pan wy­mie­nić imio­na dwóch sy­nów księ­cia Ka­ro­la i księż­nej Dia­ny?

– Oczy­wi­ście – po­wie­dzia­łem. – Wil­liam i Har­ry.

– Do­brze. W po­rząd­ku. Zna pan na­zwi­sko pre­mie­ra?

– Za­le­ży, czy jest ten sam co wczo­raj – po­wie­dzia­łem, prze­ci­ska­jąc się obok ma­ître d’ na dzie­dzi­niec.

– Oh, vous aban­don­nez vo­tre ta­ble?6– za­py­tał.

– Non, non, une mi­nu­te7 – za­pew­ni­łem go.

Dzie­dzi­niec był te­raz cał­ko­wi­cie upcha­ny ludź­mi, więc nig­dzie nie wi­dzia­łem szans na ci­che i spo­koj­ne miej­sce. Poza tym, czy ta roz­mo­wa nie była bez­przed­mio­to­wa? Czy Ty­ler nie po­wie­dział wszyst­kim, że je­stem ubie­ra­ją­cym się w stro­je płci prze­ciw­nej wy­wro­tow­cem?

Mimo to po­da­łem jej na­zwi­sko pre­mie­ra.

– Zga­dza się, do­brze – po­wie­dzia­ła Lucy. – Czy mógł­by pan wy­tłu­ma­czyć Ame­ry­ka­ni­no­wi pod­sta­wo­we za­sa­dy kry­kie­ta?

– Nie ma mowy. – Pró­bo­wa­łem już tego z Fran­cu­za­mi, ale było to jak ob­ja­śnia­nie ko­muś jo­dło­wa­nia pod wodą. Nie wi­dzie­li sen­su.

– Cóż, musi pan spró­bo­wać, że­bym mo­gła od­ha­czyć w kwa­dra­ci­ku.

– W po­rząd­ku, może tak: kry­kiet jest jak ba­se­ball, z tą róż­ni­cą, że za każ­dym ra­zem jest dwóch pał­ka­rzy i dwóch mio­ta­czy na bo­isku i gra­ją­cy w kry­kie­ta nie no­szą głu­pich spodni.

Kil­ku Fran­cu­zów w ko­lej­ce przy­słu­chi­wa­ło się i te­raz za­czę­ło na migi po­ka­zy­wać nie­zro­zu­mie­nie.

– Cał­kiem nie­źle – po­wie­dzia­ła Lucy. – Może jed­nak będę uda­wać, że nie sły­sza­łam tego ka­wał­ka o spodniach. A te­raz, czy może pan za­śpie­wać pierw­szą zwrot­kę hym­nu na­ro­do­we­go?

– Dla­cze­go? A jest dru­ga?

Za­śmia­ła się.

– Po­dej­rze­wam, że jest, ale Bóg ra­czy wie­dzieć jaka, więc sama pierw­sza wy­star­czy. I oba­wiam się, że musi ją pan za­śpie­wać, a nie wy­re­cy­to­wać.

– Więc za­trud­nia­cie tyl­ko lu­dzi, któ­rzy umie­ją śpie­wać? Czy nie dys­kry­mi­nu­je­cie po­zba­wio­nych słu­chu mu­zycz­ne­go?

– Mu­si­my mieć pew­ność, że nie zro­bi pan z sie­bie głup­ka, je­śli ktoś po­pro­si o za­śpie­wa­nie hym­nu na­ro­do­we­go – po­wie­dzia­ła moja eg­za­mi­na­tor­ka. – Wie pan, jak to okrop­nie wy­glą­da, kie­dy ro­bią zbli­że­nie na pił­ka­rzy przed me­czem mię­dzy­na­ro­do­wym, a oni nie zna­ją słów.

– Ale to, co pani mówi, brzmi tak, jak­bym miał ja­kieś szan­se. My­śla­łem, że schrza­ni­łem roz­mo­wę z pa­nem Ty­le­rem.

– Ależ nie. Może zda­wał się nie­co... mar­kot­ny. To z po­wo­du... – prze­rwa­ła i od­nio­słem wra­że­nie, że oglą­da się przez ra­mię, by spraw­dzić, czy nikt nie słu­cha – le­cze­nia. Pew­nie dla­te­go nie skom­ple­to­wał pana do­ku­men­tów.

– Aha.

– A z tego, co wi­dzę, jest pan na osta­tecz­nej li­ście je­dy­nym kan­dy­da­tem. No niech już pan za­śpie­wa i sta­no­wi­sko jest pana, jak są­dzę.

Był mo­ment, że nie­mal stchó­rzy­łem. Ale nig­dy nie spie­przył­bym z roz­my­słem roz­mo­wy o pra­cę, i na­praw­dę po­trze­bo­wa­łem pie­nię­dzy, więc za­mkną­łem oczy i roz­po­czą­łem pierw­szą li­nij­kę. Cał­kiem ci­cho, mu­szę przy­znać, więc tyl­ko dwóch fa­ce­tów, któ­rzy żar­to­wa­li so­bie ze mnie w spra­wie kry­kie­ta, za­czę­ło za­sta­na­wiać się, czy prze­ży­wam za­ła­ma­nie ner­wo­we.

Jed­nak po chwi­li usły­sza­łem, że ktoś się przy­łą­czył. Za dwo­ma Fran­cu­za­mi sta­ła pacz­ka ame­ry­kań­skich stu­den­tów w kurt­kach nar­ciar­skich i weł­nia­nych czap­kach.

– „Boże, bło­go­sław Ame­ry­kę” – za­wo­dził je­den z nich. Oczy­wi­ście, w 1776 r. wy­ko­pa­li na­sze rzą­dy, ale za­trzy­ma­li me­lo­dię na­sze­go hym­nu na­ro­do­we­go.

Mu­sia­łem pod­nieść głos:

– Ob­darz ją zwy­cię­stwem – żą­da­łem, gdy dwóch Fran­cu­zów za­in­to­no­wa­ło pierw­sze sło­wa Mar­sy­lian­ki. – Szczę­ściem i chwa­łą – huk­ną­łem tak gło­śno, jak­bym pró­bo­wał przy­wró­cić kró­lo­wą Wik­to­rię do ży­cia. – Dłu­gim pa­no­wa­niem, Boże chroń Kró­lo­oooooową.

Bry­tyj­ska re­pre­zen­ta­cja na skra­ju tłu­mu zgo­to­wa­ła mi owa­cje i na­gle po­czu­łem, że wło­sy na kar­ku sta­ją mi dęba. Co jest w tych hym­nach na­ro­do­wych? W tej chwi­li nie było na świe­cie nic, cze­go pra­gnął­bym bar­dziej niż spu­ścić jan­ke­som i ża­bo­ja­dom po­rząd­ne la­nie w kry­kie­ta. Bio­rąc pod uwa­gę szcze­gól­nie po­cią­ga­ją­cą per­spek­ty­wę, że na­wet nie ro­zu­mie­li za­sad.

– Ooo, cu­dow­nie – za­gru­cha­ła Lucy w Lon­dy­nie, gdy po­zo­sta­łe hym­ny uci­chły z bra­ku osób chcą­cych pu­blicz­nie ro­bić z sie­bie idio­tów. – Wy­da­je mi się, że je­steś w dro­dze do Ame­ry­ki.

Nowy Jork

mer­de na Man­hat­ta­nie

1

Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding znik­nął za ho­ry­zon­tem i tak­sów­ka ze­sko­czy­ła z szo­sy w oko­li­cę z prze­wa­gą ma­łych dom­ków z czer­wo­nej ce­gły. Była to stre­fa, w któ­rej naj­wy­raź­niej ja­kiś przed­się­bior­czy sprze­daw­ca za­po­cząt­ko­wał modę na ko­lo­ro­we mar­ki­zy – całe rzę­dy do­mów mia­ły po­nad okna­mi za­da­sze­nia w kształ­cie ma­ski sa­mo­cho­do­wej. Były one przede wszyst­kim czer­wo­ne, w ko­lo­rze ko­bal­to­we­go błę­ki­tu lub zie­lo­ne jak mech, i su­ge­ro­wa­ły, że la­tem w tym miej­scu mu­sia­ło być jak w pie­cu. Jed­nak te­raz z wie­lu mar­kiz zwi­sa­ły frędz­le lo­do­wych so­pli.

– Co to za dziel­ni­ca? – prze­rwa­łem tak­sów­ka­rzo­wi roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. – Up­per East Side?

– Coś w tym sty­lu – po­wie­dział. – Bronx.

– Bronx? – W re­pre­zen­tan­cie an­giel­skiej kla­sy śred­niej, któ­rym je­stem, wy­wo­ła­ło to wy­obra­że­nia gang­sta ra­pe­rów opróż­nia­ją­cych do sie­bie na­wza­jem ma­ga­zyn­ki uzi. Cał­kiem moż­li­we, że i do mnie.

– Tak.

– Ale dla­cze­go je­dzie­my do Bronk­su?

– Taki mi da­łeś ad­res, czło­wie­ku.

Jesz­cze raz spoj­rza­łem na wy­druk, któ­ry po­ka­za­łem mu na lot­ni­sku. Ad­res pen­sjo­na­tu ofe­ru­ją­ce­go noc­leg ze śnia­da­niem zo­stał prze­sła­ny mi e-ma­ilem przez Za­so­by Tu­ry­stycz­ne Wiel­ka Bry­ta­nia kil­ka dni wcze­śniej. Jed­nak nie było tam nig­dzie na­zwy „Bronx”. Wid­niał tyl­ko kod pocz­to­wy No­we­go Jor­ku. I jak pa­lant przy­ją­łem, że NY ozna­cza, iż za­wsze masz Em­pi­re Sta­te w za­się­gu wzro­ku.

– Bronx? To wspa­nia­le, Paul. Znacz­nie bar­dziej ty­po­we dla Ame­ry­ki niż tu­ry­stycz­ny Man­hat­tan. – Tak, Alek­sa przy­łą­czy­ła się do za­ba­wy. Mniej niż dzie­sięć mi­nut po moim roz­strzy­ga­ją­cym o pra­cy wy­ko­na­niu Boże, chroń Kró­lo­wą prze­sta­ła oskar­żać mnie o ko­la­bo­ra­cję z ko­lo­nial­nym wro­giem i za­czę­ła trak­to­wać per­spek­ty­wę wy­ciecz­ki sa­mo­cho­do­wej po Ame­ry­ce, jak­by to był naj­lep­szy po­mysł od cza­su wło­że­nia dże­mu do pącz­ków.

Poza tym, jak oświad­czy­ła, nie mia­ła moż­li­wo­ści do­koń­cze­nia swe­go fil­mu do­ku­men­tal­ne­go o fran­cu­skim sty­lu ży­cia o tej po­rze roku. Było tak wie­le scen, któ­re mu­sia­ła na­krę­cić wio­sną lub la­tem. Z dru­giej stro­ny fil­mo­wa­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych zimą było znacz­nie lep­szym po­my­słem. To, jak mó­wi­ła, „usu­nie hol­ly­wo­odz­ką fa­sa­dę” i po­zwo­li lu­dziom zo­ba­czyć to miej­sce, ja­kim ono jest. Po­zwo­li jej wejść pod po­wierzch­nię i ujaw­nić „ze­psu­te ser­ce naj­groź­niej­sze­go na świe­cie kra­ju”. Jed­nak do­brze, że to nie ją Za­so­by Tu­ry­stycz­ne za­pro­si­ły na roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną.