Melody - Milcarz Karolina - ebook + książka

Melody ebook

Milcarz Karolina

0,0
24,90 zł

lub
Opis

Melody pewnego dnia budzi się w szpitalu z zanikiem pamięci. Od pierwszych chwil odzyskania przytomności czuje się osaczona. Czy ludzie, którzy podają się za jej rodzinę, naprawdę nią są? Jak to się stało, że straciła pamięć? Była dobrą żoną, wzorową obywatelką - a może wręcz przeciwnie?
Towarzysz Melody w jej próbie odzyskania swojej tożsamości. I uważaj, ta książka jak mało która pokazuje, że pozory mogą mylić..

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 273

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Rozdział pierwszy

Przebudzenie

Czułam pulsowanie każdej komórki swojego ciała. Z trudem otwarłam oczy i podniosłam głowę. Gdzie ja byłam? Co ja tu właściwie robiłam? Przyłożyłam dłoń do czoła; pod palcami wyczułam coś lepkiego. Jęknęłam cicho. Przed oczami zobaczyłam krew. Swoją krew. Miałam rozciętą głowę. O cholera!

Zmieniłam pozycję do siedzącej i starałam się sobie cokolwiek przypomnieć, ale nie dałam rady. Rozejrzałam się dookoła. Znajdowałam się pośrodku jakiejś polany, otoczona z każdej strony drzewami. Skołowana, zdezorientowana. Właśnie tak się czułam. W dodatku ten cholerny strach przed czymś, czego nie umiałam zdefiniować. On mnie przerażał. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Gdy skończyłam, otarłam usta wierzchem dłoni. Jeszcze raz spojrzałam w kierunku drzew. Słońce, powoli zaczynało się za nimi chować i jeśli chciałam stąd wyjść, musiałam się pośpieszyć.

Na chwiejnych nogach, udało mi się złapać równowagę. Spojrzałam w dół na rozdarte rajstopy i posiniaczone kolana. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Wyglądały, jakby stoczyły z kimś bitwę. Lewy wskazujący palec miał zerwany paznokieć, sączyła się z niego krew, jednak nie czułam żadnego ból. Z emocji zaczęło kręcić mi się w głowie, która w żaden sposób nie chciała ze mną współpracować i pomóc przypomnieć, jak się tu znalazłam. Jedyne, co pamiętałam i to jeszcze, jak przez mgłę to moment, w którym wychodziłam z domu. No właśnie dom... Byłam od niego daleko, czy blisko? Okręciłam się wokół własnej osi. Z oczu popłynęły łzy, skapując na dekolt.

– Pomocy! – krzyknęłam w nadziei, że ktoś mnie usłyszy. – Ratunku!

Mój przerażony głos, rozszedł się echem. Po chwili wszystko ucichło i ponownie zapanowała absolutna cisza. Walcząc sama ze sobą, zrobiłam krok w przód. Nie wiedziałam, w którą stronę powinnam iść ani czy w ogóle powinnam się stąd ruszać. Nie wiedziałam kompletnie nic i to właśnie przerażało mnie najbardziej. Ta cholerna niewiedza i bezradność, bo właśnie tak się czułam. Bezradnie. Nogi same zaczęły mnie prowadzić. W pewnym momencie spokojny krok, zamieniły na bieg. Z trudem łapałam oddech, gałęzie biły mnie po twarzy, jakby faktycznie chciały mnie stąd przepędzić, pogonić. Próbowałam się zatrzymać, ale moje własne ciało, przestało mnie słuchać. Żyło własnym życiem i dopiero, gdy dotarłam do asfaltowej drogi, wszystko ustało. Opadłam na kolana. Z dwojga złego wolałam być tu, niż na tej cholernej polanie. Tu prędzej zostanę znaleziona, chociaż… Droga wyglądała na mało uczęszczaną albo i wcale. Przecież znajdowała się w lesie. Daleko jej było do ruchliwej autostrady. Jednocześnie chciało mi się płakać i śmiać. Oba te uczucia, znalazły się na tej samej szali.

Tydzień później...

Głosy dochodziły z oddali. Żadnego z nich nie rozpoznawałam. Brzmiały obco. Przejechałam dłonią, po czymś miękkim i ciepłym. Gwałtownie poderwałam się do góry. Gdzie ja byłam? Co tu się działo? Dlaczego leżałam w łóżku? Przecież ostatnim razem, klęczałam na leśnej, drodze śmiejąc się i płacząc jednocześnie. Chciałam wstać z łóżka, ale wtedy drzwi od pomieszczenia, w którym przebywałam, otworzyły się i stanęła w nich jakaś kobieta, ubrana w czerwoną sukienkę, a tuż za nią młody mężczyzna. Był od niej sporo wyższy.

– Kochanie – usłyszałam łamiący się głos kobiety. – Tak bardzo się o ciebie bałam.

– Oboje się baliśmy. – Mężczyzna od razu poprawił kobietę i lekko pchnął ją do przodu. – Dobrze, że się odnalazłaś. Umieraliśmy ze strachu o ciebie.

Patrzyłam na nich, nie wiedząc, jak się zachować. Widziałam ich pierwszy raz w życiu na oczy i musieli mnie z kimś pomylić. Gdy kobieta wyciągnęła w moim kierunku ręce i chciała podejść, by mnie przytulić. Odsunęłam się na tyle, jak bardzo pozwoliło mi na to łóżko.

– Przepraszam, ale… – powiedziałam ostrożnie, patrząc w zielone oczy kobiety. – To jakaś pomyłka. Nie znam pani. – Spojrzałam na mężczyznę, w gardle mi zaschło. – Nie znam was.

– Córeczko! – Kobieta nie chciała dać za wygraną, zamiast się odsunąć; chwyciła mnie za rękę. – To ja, twoja mama. Nie pamiętasz mnie?

Uciekłam spojrzeniem w bok. Przecież poznałabym własną matkę. Wiedziałam, jak się nazywa i gdzie mieszka. Nigdy bym jej nie zapomniała.

– Proszę pani – wyrwałam rękę – musiała mnie pani z kimś pomylić. Nazywam się… – przypomnienie nazwiska i imienia przychodziło z trudem. – Nazywam się…

– Nazywasz się Melody Choock – mężczyzna przerwał mi gwałtownie. – To jest twoja mama Alice, a ja jestem twoim mężem.

Przecząco pokręciłam głową. Nie, nie i jeszcze raz nie. Teraz już byłam pewna, że zostałam wzięta za kogoś, kim nie jestem. W porządku, może zapomniałam, jak się nazywam, a ta kobieta może i jest moją matką, ale on na pewno nie mógł być moim mężem. Wewnętrzny wstręt, który poczułam na jego widok, musiał o czymś świadczyć. Nie wyszłabym za niego. Nigdy. Przeniosłam przerażone spojrzenie ponownie na kobietę. Miała zaczerwienione i opuchnięte od płaczu oczy. Dolna warga drżała i była ułożona w podkówkę.

– Gdzie ja właściwie jestem? – zapytałam, zmieniając temat. Najpierw suche fakty, a później może, jakoś drogą dedukcji, dojdę do tego, co się właściwie stało i dlaczego nic nie pamiętam. – Gdzie mnie zamknęliście?

– Spokojnie – kobieta usiadła ostrożnie na skraju łóżka. – Jesteś w szpitalu. Jeśli chcesz, zawołam lekarza. On ci wszystko wytłumaczy.

Kiwnęłam potakująco głową. Lekarz. Tak. On przynajmniej nie będzie usiłował wmówić mi czegoś na siłę.

– Proszę – mruknęłam, przyciskając kolana do piersi.

Czekanie na przyjście lekarza, ciągnęło się w nieskończoność. Alice w tym czasie wyciągnęła ze swojej torebki portfel i pokazała mi zdjęcie, które miało mnie przekonać, że faktycznie jest moją matką. Max, bo tak mężczyzna miał na imię, wyglądał na zniecierpliwionego. Przestępował z nogi na nogę, wydając z siebie pomruki niezadowolenia. Irytowała mnie myśl, że faktycznie mógłby okazać się moim mężem. Poczułam przypływ mdłości. Nie chciałam go.

– Zobacz, kochanie. – Alice ostrożnie dotknęła mojego ramienia. – To ty, gdy miałaś pięć lat. Zawsze mam to zdjęcie przy sobie. Tak słodko na nim wyglądałaś.

Zaczynałam jej wierzyć. Gdyby kłamała, nie mogłaby nic pokazać. Żadnego dowodu. A Max? Spuściłam wzrok na jego dłonie. Nie nosił obrączki. Ja zresztą też. Ja swoją mogłam zgubić, ale on?

– A ty Max? – zwróciłam się bezpośrednio do mężczyzny. – Możesz mi pokazać coś, co potwierdziłoby, że jesteś moim mężem?

Prychnął wzgardliwie, posyłając mi nienawistne spojrzenie. Ciarki przeszły mi po kręgosłupie. W myślach błagałam go, by zaprzeczył, że nim jest. Powiedział, że chciał zrobić mi głupi żart i sprawdzić moją pamięć.

– Na litość boską, Melody! – podniósł głos – twoja matka może to potwierdzić. Była na naszym ślubie. Słyszała przysięgę małżeńską. Czego jeszcze chcesz?

Nie wyglądał na zatroskanego i kochanego męża, który odchodził od zmysłów po zaginięciu żony. Był raczej wściekły, że się odnalazłam. Wściekły, bo nadal żyłam.

– To prawda, kochanie. – Alice, przyciągnęła mnie do siebie. – Max jest twoim mężem od roku. Jutro przywiozę ci album ze zdjęciami. Tak pięknie wtedy wyglądałaś. Zakochana i szczęśliwa…

Pojawienie się lekarza w drzwiach przerwało nam rozmowę. Mężczyzna ubrany w biały kitel patrzył na mnie i się uśmiechał. Ręce miał wsadzone do kieszeni fartucha. Od razu wzbudził we mnie zaufanie.

– Nareszcie będę miał przyjemność z tobą porozmawiać. – Razem z ręką, wyciągnął z kieszeni coś jeszcze. – Odchyl głowę.

Podszedł bliżej, a ja zrobiłam, co chciał. Poświecił mi w oczy światłem. Gdy wyłączył latarkę, od razu się cofnęłam. Potrzebowałam dystansu. Czułam się bezpieczniej i pewniej.

– Doszły mnie słuchy, że nic nie pamiętasz. – Lekarz posłał w moim kierunku troskliwe spojrzenie. – To prawda?

– Tak – przyznałam niechętnie. – Nie wiem ani skąd się tu wzięłam, ani co się stało.

Na plakietce przypiętej do fartucha widniało imię Frank. Ładne i w zasadzie pasowało do niego.

– No dobrze – spojrzał na siedzącą przy mnie Alice i stojącego przy oknie Maxa. – Powiedz nam w takim razie, jakie jest twoje ostatnie wspomnienie.

Nie uszło mojej uwadze, że dłonie mojego męża zacisnęły się w pięści. Całe jego ciało stało się, jakby bardziej napięte. Zaczęłam mówić:

– Obudziłam się na jakiejś polanie pośrodku drzew. Gdy się rozejrzałam, słońce powoli zaczynało zachodzić za drzewami. Później pamiętam, że zaczęłam biec. Na oślep, przed siebie. Wspomnienie urywa się na dotarciu do drogi asfaltowej… Panie Doktorze, dlaczego nic nie pamiętam?

Byłam bliska wybuchu płaczu. Alice trzymała mnie mocno za rękę, a ja nie chciałam jej puścić; w obawie, że znów się obudzę nie wiadomo gdzie.

– Cóż – Frank westchnął ciężko – Pamięć prawdopodobnie straciłaś pod wpływem silnego uderzenia w głowę. Natomiast co do dalszych zaników pamięci, to czasami jest tak, że nasz mózg się wyłącza, dając sobie czas na regenerację. Dzieje się tak przeważnie, kiedy doznał urazu. Na pocieszenie mam też dla ciebie dobre wieści. Przez tydzień, gdy ty sobie spałaś, zrobiliśmy ci serię badań. Oprócz kilku siniaków, otarć, zadrapań i wstrząsu mózgu nic ci nie dolega. I najważniejsze, nie padłaś ofiarą gwałtu.

Chłonęłam jego słowa jak gąbka. Nic mi nie było. Nie zostałam zgwałcona, ale to wciąż za mało. Nie wiedziałam najważniejszego – mianowicie, jak znalazłam się w lesie?

– Mam jeszcze jedno pytanie – zaczęłam nieśmiało i zerknęłam w kierunku przewracającego oczami Maxa. – Jak się tu znalazłam?

Frank machnął lekceważąco ręką.

– Starsze małżeństwo postanowiło pojechać do lasu pooddychać świeżym powietrzem i zauważyli, jak leżysz na drodze. Miałaś cholernie dużo szczęścia, dziewczyno, że ktoś cię znalazł.

Tak, miałam, ale najwyraźniej nie wszystkim się to podobało. Mój mąż, chociaż nadal nie mogłam w to uwierzyć, nie wyglądał na tryskającego radością. Wręcz przeciwnie. Sprawiał wrażenie, jakby był tu za karę.

Rozdział drugi

Powrót do domu

Alice, właściwie mama, dotrzymała słowa i przyniosła mi album ze zdjęciami. Ostrożnie obracałam każdą stronę, wpatrując się w fotografie. Nie kłamała, mówiąc, że byłam zakochana i szczęśliwa. Na każdym ze zdjęć wyglądałam, jakbym poza Maxem nie widziała świata. Jedna fotografia szczególnie przykuła moją uwagę; staliśmy na tle wielkiego domu, on w garniturze, ja w sukni ślubnej. Obejmował mnie w pasie i całował w policzek, a ja z szerokim uśmiechem i błyskiem w oczach, wpatrywałam się w aparat, którym ktoś robił nam zdjęcia. Im dłużej na nią patrzyłam, tym coraz bardziej nie potrafiłam zrozumieć, co się stało z tym uczuciem. Czy to możliwe, by jeden wypadek wszystko zmienił? A może po prostu zdjęcia były tylko grą pozorów i od dawna nic między nami nie było?

– Mamo – szepnęłam, czując gulę w gardle. – Co to za miejsce?

Palcem wskazałam na dom, za naszymi plecami, chcąc odciągnąć swoją uwagę od myśli o tym, co teraz czułam do Maxa. Wstręt i obrzydzenie.

– To jest wasz dom, kochanie – usłyszałam w odpowiedzi. – Max kupił go na tydzień przed ślubem. Chciał zrobić ci prezent.

– Mieszkamy w nim? – Miałam wrażenie, że idę przez mgłę, która z każdym krokiem staje się coraz bardziej gęsta. – Ja i Max?

Kobieta posłała mi zdziwione spojrzenie, ale potakująco kiwnęła głową. Uśmiechnęła się delikatnie. Zabrała z moich kolan wciąż otwarty album.

– Oczywiście. Zanim zniknęłaś i trafiłaś do szpitala, byliście bardzo szczęśliwi. Wiem, że teraz to dla ciebie jest dziwne, bo go nie poznajesz i uważasz go za obcego człowieka, jednak możesz mi wierzyć; on kocha cię do szaleństwa.

Nagle przyszło mi coś do głowy. Jeszcze nikogo o to nie zapytałam, nawet lekarz mi o tym nie powiedział.

– Właściwie jak długo mnie nie było? – Poprawiłam poduszkę, o którą opierałam się plecami. – No wiesz, zanim tu trafiłam.

– Tydzień – padła krótka i rzeczowa odpowiedź. – Przez ten czas poruszyliśmy z Maxem niebo i ziemię. Szukaliśmy cię wszędzie, gdzie przyszło nam do głowy, że możesz być, ale ty zapadłaś się pod ziemię. Dopiero telefon ze szpitala sprawił, że odzyskaliśmy nadzieję. Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w takiej sytuacji. Że będę musiała szukać własnej córki.

W oczach zamajaczyły łzy, głos zaczął jej drżeć. Dotknęłam dłoni Alice i uścisnęłam palce. Na przytulanie nie czułam się jeszcze gotowa. Wszystko było dla mnie nowe, a odnalezienie się w tej sytuacji sprawiało mi problemy. Utrata pamięci kojarzyła się z utratą tożsamości.

Leżałam na łóżku i czytałam książkę. Alice wyszła ode mnie jakiś czas temu, twierdząc, że wróci tutaj później. Byłam mniej więcej w połowie jakiegoś taniego romansidła, które podrzuciła mi pielęgniarka, bym miała co robić, gdy usłyszałam pukanie do drzwi szpitalnej sali. Pewna, że to Alice, powiedziałam „proszę”, i odłożyłam książkę, zaginając róg kartki, na której skończyłam. W ten sposób łatwiej będzie mi powrócić do miejsca, gdzie się zatrzymałam.

– Kochanie – w drzwiach pojawił się Max, a ja od razu skurczyłam się w sobie. – Przyprowadziłem detektywa. On pomoże nam ustalić, co tak naprawdę się stało.

Detektyw? Byłam pewna, że moją sprawą już ktoś się zajmuje, tylko jeszcze nie zostałam przesłuchana, bo czeka na odpowiedni moment.

– A policja? – uniosłam pytająco brwi do góry – oni nic nie zrobią?

Max podszedł do mnie, oparł ręce o łóżko i pochylił się w moją stronę. Owionął mnie zapach jego perfum. Gdy musnął moje usta swoimi, spięłam się w sobie. Nie wiedziałam, jak mam się zachować i wtedy przed oczami stanął mi obraz fotografii, na której się uśmiechałam, gdy całował mnie w policzek. Może to była właśnie odpowiedź?

– Robią, co mogą. – Max zrobił kilka kroków w tył. – Ale dla mnie to zbyt długo trwa. Chcę wiedzieć, kto postanowił skrzywdzić moją żonę i jaki miał w tym cel.

Prawdę mówiąc, ja też chciałabym to wiedzieć. Jakoś nie chciałam wierzyć w to, że poszłam sama do lasu i gałąź spadła mi na głowę. Wtedy nie miałabym żadnych otarć i zadrapań.

– W porządku – mruknęłam w geście poddania – Niech wejdzie.

Mężczyzna, który kazał mówić do siebie Morris, budził we mnie skrajne uczucia. Wyglądał, jak facet, który dopiero co wyszedł z więzienia. Ręce i szyja w całości były pokryte tatuażami. Rozbudowane bicepsy chciały wyskoczyć spod koszuli z z długim rękawem. W dodatku sposób, w jaki na mnie patrzył: czułam się jak kawał mięsa, podanego mu na tacy i gotowego do zjedzenia. Ciarki przeszły mi po skórze.

– Max... – powoli wymówiłam imię swojego męża. – Czy ten pan mógłby pokazać jakąś legitymację albo, ja wiem, inny dowód?

Obaj zaczęli się śmiać, czym wprawili mnie w lekkie zakłopotanie, ale Morris wyciągnął z kieszeni plakietkę. Pokazał mi ją.

– Rozumiem, że na pierwszy rzut oka – zaczął mówić, jak tylko schował swój dowód – nie wzbudziłem twojego zaufania. To całkowicie normalne i zrozumiałe. Wielu ludzi reaguje podobnie do ciebie. Tatuaże i mięśnie nie zawsze idą ze sobą w parze. Zwłaszcza przy wykonywaniu pewnych zawodów.

Dobrze, że miał tego świadomość. Westchnęłam cicho, ukrywając, że jego słowa wcale mnie nie przekonały. Pomimo uśmiechu na twarzy, spokojnego tonu głosu i tej ogólnej wyrozumiałości, w jego oczach nadal dostrzegałam wygłodniałe, spragnione ludzkiej krwi zwierzę.

– Cieszę się, że zostałam dobrze zrozumiana – wybełkotałam pod nosem. – Jak się domyślam, chciałbyś zadać mi kilka pytań? Od razu uprzedzę, że nie wiem zbyt wiele. Straciłam pamięć.

Mężczyzna skinął głową i z tylnej kieszeni spodni wyciągnął notes. Niestety, nie dane było mu zadać mi żadnego pytania, bo jego telefon zadzwonił i mrucząc pod nosem „przepraszam”, wyszedł z sali. Spojrzałam na Maksa, który stał przy łóżku. Wyglądał, jakby nad czymś intensywnie myślał.

– Nie chcę z nim rozmawiać – powiedziałam stanowczym głosem. – Boję się go.

Mój mąż nic nie odpowiedział, tylko ostrożnie przysiadł na skraju łóżka. Jedną ręką wsparł ciężar ciała na pościeli, odchylając się w bok. Przełknęłam głośno ślinę.

– Będę obok przez cały czas – odparł, patrząc mi w oczy. – Jeśli jakieś pytanie będzie dla ciebie niewygodne, to po prostu nie odpowiadaj. Pomogę ci przez to przejść.

Niewygodna, jak sam to ujął, była już cała ta sytuacja, którą źle znosiłam. Niewygodne było również to, że przyprowadził ze sobą jakiegoś typa, nie pytając mnie wcześniej o zdanie.

– Ja nic nie wiem – warknęłam wściekła. – Nic nie pamiętam, więc jak do cholery, mogłabym odpowiedzieć chociaż na jedno pytanie, co? Jeśli mam być szczera, to chciałabym stąd już wyjść.

Uśmiechnął się. Wolną ręką dotknął mojej kostki. Wzdrygnęłam się pod wpływem dotyku. Chryste! Jak kiedykolwiek mogłam mu na to pozwalać?

– Oczywiście, jeszcze dzisiaj porozmawiam z lekarzem, a później zabiorę cię do naszego domu.

Słysząc słowo „nasz”, omal nie zwymiotowałam. Niewidzialna pętla zacisnęła się wokół mojej szyi. Nie wyobrażałam sobie mieszkania z nim pod jednym dachem.

– Nie! – mimowolnie krzyknęłam. Chrząknęłam i resztę zdania, widząc zdziwione spojrzenie, wypowiedziałam łagodniej. – Jeśli mam wybór, chciałabym wrócić do mamy. Chyba sam rozumiesz, że nie mogę z tobą mieszkać. Jesteś dla mnie tak jakby obcym człowiekiem.

– Melody – zmienił pozycję z wpółleżącej do siedzącej – jesteś moją żoną. Twoje miejsce jest przy mnie. Nie przyjmuję innej informacji do swojej wiadomości. Czy tego chcesz, czy nie wrócisz ze mną.

Uwięziona w pułapce bez wyjścia. Irytacja, złość i zniecierpliwienie. Swoim władczym zachowaniem doprowadzał mnie do łez. Mama powiedziała, że kocha mnie do szaleństwa. Jakoś nadal tego nie widziałam. Może gdyby bardziej przejmował się mną i moimi uczuciami; postarał się postawić na moim miejscu, prędzej bym w to uwierzyła, ale nie. Miał inne zdanie, z którym musiałam się liczyć.

– W takim razie zostanę tu tak długo, aż nie przypomnę sobie wszystkiego – odparłam buntowniczym tonem. Chyba miałam to we krwi. – Nie możesz zabrać mnie stąd siłą. Nie jestem małym dzieckiem, o którego losie możesz decydować. Tym bardziej nie jestem ubezwłasnowolniona.

Nie wiedziałam, skąd wziął się we mnie taki przypływ agresji ani dlaczego nawet przez sekundę nie zastanowiłam się, jak zareaguje. Mówiłam to, co myślałam i czułam. A on mógł zrobić z tym, co chciał. Przez chwilę mierzyliśmy się wrogimi spojrzeniami, aż w końcu uniósł obie ręce do góry.

– W porządku – powiedział – wygrałaś. Zapytam się jej, czy mogłabyś pomieszkać u niej przez jakiś czas. Jestem pewien, że miejsce znajdzie się również dla mnie. Po tym, co się stało, już nigdy nie pozwolę być ci samą.

Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie chciałam, by razem ze mną przenosił się do mojej matki, tylko by dał mi spokój. W głębi duszy liczyłam na to, że Alice stanie po mojej, a nie jego stronie i zgodzi się tylko na moją przeprowadzkę.

Max dotrzymał słowa. Zadzwonił do mojej matki i patrząc mi prosto w twarz, zapytał, czy ma coś przeciwko, by zawiózł mnie do niej. Czekałam, aż zapyta, czy on również będzie mógł u niej pomieszkać, ale słowem nie wspomniał o sobie, co odrobinę mnie zdziwiło. Gdy skończył rozmawiać, zmierzyłam go niechętnym spojrzeniem.

– Nie wydaje ci się, że byłoby miło z twojej strony, gdybyś poprosił o pozwolenie? – zapytałam, przechodząc do ataku.

– Pozwolenie na co? – zachowywał się, jakby nie zrozumiał, co do niego mówię. Patrzył na mnie, jakbym urwała się z choinki. – Jesteś marudna prawie tak, jak przed wypadkiem.

Zignorowałam tę uwagę, puszczając ją mimo uszu. Fajnie dowiedzieć się czegoś o sobie, zwłaszcza jakim się było kiedyś.

– Oznajmiłeś mi, że wprowadzisz się razem ze mną do Alice – założyłam ręce na piersi. – A nawet jej o tym nie wspomniałeś.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem.

– Powiedziałem, że w domu twojej matki znajdzie się dla mnie miejsce i nie spuszczę cię z oczu, a nie że zamieszkam tam razem z tobą. To zasadnicza różnica.

Poczułam się jak idiotka. Policzki zaczęły piec żywym ogniem. Jasne. Najwyraźniej coś źle zrozumiałam.

– Przepraszam.

– W porządku – wymruczał. – Ja też mogłem być bardziej precyzyjny. Chodziło mi o to, że mogę pracować zdalnie przez cały dzień i być do twojej dyspozycji na wypadek, gdybyś czegoś potrzebowała.

Chciałam coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mi w gardle. W odpowiedzi kiwnęłam tylko głową. Chwilę później na salę wszedł lekarz, w ręku trzymając mój wypis.

– Więc nas zostawiasz? – Szeroki uśmiech był jego znakiem rozpoznawczym. – Bardzo mi przykro, że nie chcesz zostać dłużej.

Mówił jak do dziecka, ale nie przejmowałam się tym. Widocznie tak już miał.

– Uważam, że w domu szybciej dojdę do siebie niż tu. Zwłaszcza że sam pan wczoraj powiedział, iż nic mi nie jest.

Palcami przejechał po siwej, nieco przy długiej brodzie.

– Rzeczywiście. Tak powiedziałem. A zatem – podał Maxowi wypis – powodzenia w odzyskaniu tego, co utracone.

Mimowolnie się uśmiechnęłam. Kusiło mnie, żeby wyciągnąć ręce i go po prostu przytulić, ale wewnętrzna blokada okazała się zbyt mocna. Jedyne, na co się zdobyłam, to podanie mu dłoni.

Rozdział trzeci

Więzienie

Dom Alice wyglądał tak, jak wyobrażałam sobie, jadąc tutaj. Jasna elewacja, czarne okiennice, kwiaty posadzone wzdłuż podjazdu, idealnie skoszony trawnik. Już z daleka od tego miejsca biło ciepło i spokój, którego tak bardzo teraz potrzebowałam. Jak tylko Max zatrzymał samochód, od razu chciałam z niego wysiąść, ale przytrzymał mnie, kładąc mi dłoń na kolanie i przesuwając ją wyżej. Z całych sił zacisnęłam uda. Chyba zauważył, że coś jest nie tak, bo cofnął rękę.

– Możesz zostać w tym miejscu przez tydzień – głos miał stanowczy. – Później zabieram cię do naszego domu.

To było jak uderzenie w twarz. Tydzień. A później mam robić tak, jak on chce? Ani mi się śniło. Przecząco pokręciłam głową. Byłam pewna, że po tym, gdy odpuścił, doszliśmy do porozumienia.

– Max… – szepnęłam, kiedy pochylił się w moją stronę, jedną dłoń położył na moim policzku i przysunął swoją twarz do mojej. Musnął moje usta swoimi. Chciałam się cofnąć, ale skutecznie mi to uniemożliwił. Przytrzymał moją głowę nieruchomo i wpił się w moje usta, brutalnie i zachłannie. Językiem torował sobie drogę głębiej. Było mi niedobrze i z wielką chęcią bym uciekła, ale w końcu się poddałam i oddałam pocałunek.

– Dobrze. – Po chwili, która wydawała się wiecznością, w końcu mnie puścił. – Mam nadzieję, że już nie zapomnisz, że jesteś moją żoną. A teraz chodź. Alice i Paul czekają.

Paul? Kolejny mężczyzna, który tym razem okaże się moim kochankiem?

– Kto to jest? – zapytałam, bojąc się odpowiedzi. – Znam go?

– To twój brat, kochanie. – Odpowiedź sprawiła, że odetchnęłam z nieukrywaną ulgą. Brat brzmiał lepiej, niż mąż czy kochanek. – Jest starszy od ciebie o trzy lata.

Dopiero teraz dotarło do mnie, jak niewiele faktów znam o sobie. Mogli mi wmówić cokolwiek tylko chcieli.

– A ja? – położyłam dłoń na piersi. – Ile mam właściwie lat?

Jeżeli miałam wrogów, o których teraz nie wiedziałam, to nawet im nie życzyłam tego, przez co przechodziłam. Amnezja przypominała chodzenie po omacku z zasłoniętymi oczami.

– Dwadzieścia cztery.

Wciągnęłam głębiej powietrze. To oznaczało, że dosyć wcześnie podjęłam decyzję o staniu się żoną. Zbyt wcześnie i zbyt młodo.

– Czy my mamy dzieci? – musiałam to wiedzieć. Ciąża była jedynym logicznym wytłumaczeniem, dla którego pewnie zgodziłam się wyjść za niego.

– Jeszcze nie – w oczach Maxa dostrzegłam błysk. – Ale przed twoim wypadkiem, staraliśmy się o nie każdej nocy.

Więc jeśli to nie ciąża była powodem ślubu, to chyba jednak musiałam coś do niego czuć. Z emocji zaczynało brakować mi powietrza. Dusiłam się we własnym ciele.

– Może już lepiej chodźmy do domu – zmieniłam temat, odwracając wzrok w kierunku drzwi. – Tę rozmowę dokończymy kiedy indziej.

W ogóle nie chciałam jej kończyć i niepotrzebnie ją zaczynałam. Przecież prędzej czy później fakt posiadania przeze mnie dziecka wyszedłby na jaw. Lekarz w szpitalu powiedziałby, że urodziłam na podstawie wykonanych badań. To pewnie dało się sprawdzić.

– Oczywiście – usłyszałam w odpowiedzi. – Gotowa na spotkanie z bratem i matką?

Skinęłam potwierdzająco głową i wysiadłam z samochodu. Zrobiłabym wszystko, żeby chociaż na chwilę, móc się do niego uwolnić.

Salon, do którego zostaliśmy zaproszeni, był przytulny. Bezpieczeństwo wołało do mnie z każdego kąta. Kanapa w kształcie litery „C” zajmowała większą część pokoju, ale idealnie pasowała do białych ścian, przyozdobionych gdzieniegdzie narysowanymi od szablonu kwiatami. Jedyne, co mi przeszkadzało i nie pasowało, to dłoń Maxa spoczywająca na moim kolanie, jakby w ten sposób chciał mi pokazać, że należę do niego. Z uwolnienia nici. Alice przenosiła spojrzenie raz ze mnie, raz na niego.

– Jak poszła rozmowa z detektywem? – powiedziała, a ja zawiesiłam filiżankę z kawą w połowie drogi do ust. Skąd ona o tym wiedziała?

– Wcale nie poszła Alice – Max mnie wyprzedził. – Ktoś do niego zadzwonił i wybiegł z sali. Więcej nie wrócił.

Alice wyglądała na niepocieszoną. Nie byłam pewna, czy taką miałaby minę, gdyby wiedziała, kogo jej ukochany zięć, przyprowadził do mnie. Zbira z kryminalną przeszłością. Właśnie tak postrzegałam tego całego Morrisa.

– Bardzo mi przykro – odparła – ale może się odezwie jeszcze.

Wcale tego nie oczekiwałam. Wręcz przeciwnie. Byłam szczęśliwa, że jego wizyta nie trwała dłużej, niż pięć minut.

– A mi nie jest przykro – odparłam zgodnie z prawdą. – Wolałabym kogoś, kto nie wygląda, jakby wypuszczono go przed chwilą z więzienia. Nie potrzebuję tego typu znajomości.

– Kochanie – Max przesunął rękę z mojego kolana, nieco wyżej – to, że ktoś ma tatuaże i mięśnie, nie oznacza od razu, że trzeba go skreślić.

Strąciłam jego dłoń. W obecności Paula i Alice czułam się jeszcze bardziej niezręcznie, gdy mnie dotykał.

– Mów co chcesz – przewróciłam oczami. – Ja swojego zdania nie zmienię. Nie będę z nim rozmawiała i wolałabym się już położyć. Jestem zmęczona.

Paul i Max w tym samym momencie poderwali się do góry. Wyglądało to śmiesznie i dziwnie. Zmrużyłam oczy. Atmosfera nagle stała się gęsta i spokojnie mogłabym pokroić ją nożem.

– Chodź – Paul wyciągnął rękę w moją stronę. – Zaprowadzę cię.

Odniosłam wrażenie, że nie chciał, by Max przebywał ze mną sam na sam, co właściwie wydawało się śmieszne, zważywszy na fakt, że był moim mężem.

Bez słowa i bez pożegnania z Maxem, poszłam za Paulem. Przy nim czułam się wolna. Bardziej pewna siebie. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie.

Gdy tylko weszliśmy do mojego pokoju, Paul zamknął za nami drzwi, a mnie w niedźwiedzim uścisku. Zaskoczona nagłym przypływem uczuć, stałam z rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia. Nie rozumiałam, dlaczego dotykanie mnie było takie ważne. Robiła to Alice, robił to Max i teraz jeszcze Paul.

– Cieszę się, że nic ci nie jest i się odnalazłaś – usłyszałam cichy głos. – Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyś więcej nie wróciła.

Przyjęłam to milczeniem. Stawiali mnie w coraz bardziej krępujących sytuacjach. Może stara Melody lubiła być ciągle przytulana, ale ta nowa już niekoniecznie.

– Udusisz mnie – wychrypiałam, starając się odsunąć na bezpieczną odległość. – Wybacz, ale wolę utrzymywać dystans.

– No tak – chłopak wytarł dłonie w dżinsy. – Przepraszam.

Chciałabym powiedzieć, że nic się nie stało, ale wtedy bym skłamała. Stało się. Naruszył moją nietykalność cielesną. Naruszył moją przestrzeń osobistą.

– Jeśli możesz, to chciałabym zostać sama – mruknęłam pod nosem. – Jutro, gdy wstanę, postaram się być w lepszym humorze.

Moja odpowiedź chyba go zaskoczyła, bo wytrzeszczył oczy, ale kiwając potakująco głową, zrobił kilka kroków w tył. W przeciwieństwie do mojego męża przynajmniej nie próbował wymuszać na mnie zmiany zdania.

Rano po przebudzeniu i otwarciu oczu zajęło mi dłuższą chwilę, zanim dotarło do mnie, gdzie jestem. Przez kilka minut leżałam nieruchomo, wpatrując się tylko w sufit i zastanawiając się co dalej. Intuicja podpowiadała mi, bym na własną rękę postarała się poszukać czegoś, co mogłoby mi pomóc odzyskać pamięć. Z drugiej jednak strony nie miałam pojęcia, gdzie powinnam rozpocząć poszukiwania. Pamiętałam polanę, ale wątpiłam w to, bym mogła sama do niej dotrzeć. Jedyny punkt zaczepienia zdawał się nieosiągalny.

Gdy w końcu zdecydowałam się wyjść z pokoju, w domu panowała cisza. Powoli zeszłam po schodach. Zamiast od razu iść do kuchni, by zrobić sobie coś do picia i może jedzenia, postanowiłam nieco zboczyć z drogi i poszłam w kierunku pomieszczenia, do którego drzwi były uchylone. Będąc bliżej, pchnęłam je lekko i zajrzałam do środka. Zaniemówiłam.

Max siedział przy wielkim biurku, bez przerwy stukając w klawiaturę. Był tak zajęty, że nawet nie usłyszał, gdy zajęłam miejsce naprzeciwko niego.

– Co tu robisz? – chrząknęłam. – Jednak uprosiłeś Alice, by móc zostać na noc?

Podniósł głowę. Mój widok, go zaskoczył.

– Długo tutaj jesteś? – zignorował moje pytanie, zadając własne. – Pracuję nad czymś ważnym i nawet nie słyszałem, jak otwierasz drzwi.

– Nie zmieniaj tematu – warknęłam. – I odpowiedz na pytanie. Co tu robisz?

Z hukiem zamknął laptopa. Wstał ze swojego miejsca i w ciągu sekundy pokonał odległość, która nas dzieliła. Znów czułam się osaczona. Jakbym została zamknięta w klatce..

– Skarbie – wymruczał, chwytając jedną z moich dłoni i unosząc ją do ust. – Wiedziałem, że z samego rana Alice musi wyjść. Gdy poszłaś spać, rozmawiałem z twoją matką i dała mi komplet kluczy. Mówiłem ci, że nie spuszczę już z ciebie oka.

Jasne. Tego się w sumie mogłam domyślić. Gołym okiem było widać, że Alice wprost uwielbia swojego zięcia.

– Doceniam to, ale… – zaczęłam, ale urwałam, widząc jego zniecierpliwione spojrzenie.

– Nie ma żadnego „ale”, Melody – warknął ostrzegawczo. – Pozwoliłem ci tu zamieszkać na tydzień, wczoraj nie naciskałem, by pokazać ci twój pokój, a dzisiaj rano nie zakradłem się do niego po cichu. Więc może rzeczywiście zacznij doceniać to, co robię, i przestań trzymać mnie na dystans? A teraz chodź, zrobię ci śniadanie.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wyszedł z gabinetu.

Siedziałam przy kuchennym stole i jadłam jajecznicę zrobioną przez Maxa. Dopóki nie zaczęłam jeść, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem głodna. Mężczyzna siedział obok i czekał, aż skończę.

– Wyszła naprawdę dobra – powiedziałam, oddając talerz. – Dziękuję.

– Nie ma za co – odparł, posyłając mi jeden z cieplejszych uśmiechów, jakie posiadał. – A teraz ubierz się. W szafie znajdziesz swoje ubrania, których nigdy stąd nie zabrałaś.

– Po co? – uniosłam brwi. – Jest mi dobrze, tak jak jest.

Zacisnął szczękę.

– Zabieram cię na przejażdżkę. Chcę ci coś pokazać.

W pierwszym odruchu zamierzałam odmówić; powiedzieć, że boli mnie głowa i zamknąć się od środka w swoim pokoju, by nie mógł do niego wejść, ale po chwili dotarło do mnie, że to być może jedyny sposób bym czegoś się dowiedziała. Nie tylko o sobie, ale jeśli jakimś cudem spotkam kogoś ze swojej przeszłości? I ten ktoś mnie oświeci? Rzuci zupełnie inne światło na Maxa? Albo powie mi, jak znalazłam się w lesie.

– Daj mi piętnaście minut – wstałam od stołu i wyszłam z kuchni.

Siedząc na tyłku w domu, ciągle będę stała w miejscu i nie zrobię nawet pół kroku do przodu.

Staliśmy na molo. Przed nami, na wodzie były zacumowane łodzie. Większe i mniejsze, ale wszystkie łączyło jedno, biło od nich na kilometr luksusem i przepychem.

– Co my tu robimy? – zapytałam, przysłaniając oczy przed słońcem. – Wyciągnąłeś mnie z domu po to, bym popatrzyła sobie na jakieś łódki?

– Skarbie – pokręcił przecząco głową. – To nie są jakieś łódki, tylko jachty. Jeden z nich należy do nas.

Nas? Byłam pewna, że teraz nie tylko pamięć, ale i słuch mnie zawodzi. Po cholerę mi łódka, czy też jacht, jak on to powiedział? Co niby miałabym z nim robić? Nie zamoczyłam nawet pół stopy w wodzie, a już wiedziałam, że się jej boję i nie wierzę w nic, co bezwiednie unosi się na niej.

– Chcę wracać do domu – westchnęłam, zamierzając odejść. Max chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku tej największej.

– Chodź – powiedział, nadal mnie ciągnąc. – Zawsze o niej marzyłaś.

Nawet jeśli nie marzyłam, to nie mogłam mu tego powiedzieć, bo o tym nie pamiętałam. Łatwość, z jaką wszystko mogło zostać mi wmówione, zaczynała mnie przerastać.

Rozdział czwarty

Emocjonalna karuzela

Płynęłam łódką. Max się uparł, by mi pokazać, ile potrafi dać przyjemności, a ja nie miałam siły, by znów z nim walczyć i powiedziałam, żeby robił, co chce pod warunkiem, że nie wypadnę za burtę. Zgodził się i szczęśliwy niczym dziecko stanął za sterem. Jacht był oczywiście zmechanizowany i niewiele musiał przy nim robić, ale pierwszy raz widziałam go takiego. Zadowolony, z szerokim uśmiechem. Prawie zapomniałam, że budził we mnie odrazę.

– Chodź, Melody! – Obrócił się w moją stronę, a ja mocniej wcisnęłam się w kanapę, na której siedziałam. – Pokażę ci, co znaczy mieć kontrolę.

Kontrola. Chyba tego mi brakowało. Nie byłam panią swojego życia. Zależna od innych, zdana na ich łaskę i niełaskę… To było takie... Poczułam nagły przypływ niepohamowanej złości.

– Nie mam ochoty – wysyczałam. – Jest mi dobrze, tu gdzie jestem. Steruj sam.

– Drugi raz nie powtórzę – usłyszałam w odpowiedzi. – Albo przyjdziesz dobrowolnie, albo cię zmuszę. Twój umysł potrzebuje silnych bodźców do tego, by ponownie zaczął pracować na najwyższych obrotach.

A on skąd mógł to wiedzieć? Był specjalistą w dziedzinie mózgów? Potrafił je naprawiać? Przewróciłam oczami i prychnęłam, ale wstałam i powolnym krokiem podeszłam. Max przyciągnął mnie do siebie i zrobił miejsce przed sobą. Gdy stał tak blisko, nie wiedziałam, jak mam się zachować. Stałam wyprostowana, niezdolna do najmniejszego ruchu.

– Widzisz? – Położył moje dłonie na sterze. – On wcale nie gryzie.

Przewróciłam oczami, westchnęłam i okręciłam się wokół własnej osi, by móc spojrzeć mężczyźnie w twarz.

– Może i nie – położyłam dłoń na jego klatce piersiowej i odepchnęłam na długość ręki. Zwiększyłam cholerny dystans. – Ale nie mam ochoty na próbowanie rzeczy, których nie chcę. Nie chcę robić czegoś, czego nie czuję! – Krzyknęłam, z trudem hamując łzy. – Dlaczego po prostu nie odpuścisz? Nie zostawisz mnie samej i nie poczekasz, aż przypomnę sobie ciebie, co? Naprawdę nie widzisz, że jesteś dla mnie obcy, a twoje towarzystwo źle na mnie wpływa?