Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 147 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Melancholia - Marek Bieńczyk

"Melancholio, Nimfo, skądżeś ty rodem?" - dociekał Słowacki i jego pytanie postawić można na nowo każdemu, kogo dotknęła, wszystkim bohaterom tej książki. Albrechtowi Dürerowi, posępnemu aniołowi o oczach jak świeżo wykopane studnie, który przedstawił jej najpiękniejszy wizerunek. Gérardowi de Nerval, twórcy najsłynniejszego sonetu o melancholii, lunatykowi, którego utrzymał powróz zawieszony nocą na paryskiej latarni. Antoniemu Malczewskiemu, jednemu z pierwszych zdobywców Mont-Blanc, magnetyzerowi kobiet, autorowi najsmutniejszej powieści poetyckiej w polskiej literaturze i najlepszego życiorosu, gdy ktoś chce mówić o klęsce. I Tobie, przechodniu, który idziesz ulicą, nie patrząc na ludzi, i w kałużach po porannym deszczu oglądasz swe zmącone oblicze. I wielu innym jeszcze

Opinie o ebooku Melancholia - Marek Bieńczyk

Fragment ebooka Melancholia - Marek Bieńczyk

MarekBieńczyk

Melancholia

O tych, co nigdy nie odnajdą straty Fragment

Sfery

Od autora

Émile Cioran, jeden z kilkudziesięciu imiennych (i milionów bezimiennych, lecz któż ich zliczy) bohaterów tej książki, swój pierwszy tekst o melancholii napisał w wieku lat dwudziestu. Poświęcił go od razu – bo jak się jest młodym, to się chce „od razu” – dziełu w długiej historii melancholii najważniejszemu: miedziorytowi Albrechta Dürera Melencolia I. Pisał w nim o różnicy w rozumieniu melancholii między renesansem Północy, najlepiej reprezentowanym właśnie przez Dürera, a renesansem włoskim. Melancholia w tym pierwszym, twierdził Cioran, jest bliżej rozpaczy; melancholia włoska, południowa, łagodzi swe otchłanie doznaniem łaski, „lekkim, tajemniczym uśmiechem” rzucanym w nieskończoność; więzi łączące człowieka ze światem nie zostały tu jeszcze zerwane.

Zapewne większość książek, a przynajmniej książek melancholijnych, powstaje tam, gdzie rozpacz spotyka się z łaską. Do tematu melancholii Cioran będzie wracał przez całe swe długie życie, uporczywie, namiętnie, wiedząc, że wciąż nie wypowiedział jej istoty lub też to, że jej istotę wyrażać trzeba wciąż inaczej, kręcąc wokół niej słowa nieznużenie jak buddyjski młynek. Kiedy piętnaście lat temu pisałem O tych, co nigdy nie odnajdą straty, zdawało mi się przez chwilę, że swoje już powiedziałem i że Saturnowy palec przestanie mnie dźgać. Dzisiaj, spoglądając na strony później zapisane, dziwię się swej naiwności. Ale też śladem Ciorana widzę wyraźniej, że topos melancholii, jeden z najstarszych i najbardziej w naszej kulturze trwałych (bo przecież „już starożytni Grecy...”), jest niesłychanie żywotny i wywołuje wciąż dalsze echa. To jego paradoks: choć mówi o życiu na próbę zamierającym, choć wypowiada się już od trzydziestu albo i trzystu stuleci, przenika go tajemnicza energia, która popycha do pióra kolejne pokolenia. W ciągu tych piętnastu lat powstało w Polsce bardzo dużo książek melancholijnych i melanchologicznych, wydano wiele przekładów poświęconych melancholii i odnieść można wrażenie, że porywa nas świeża śledziennicza lawina. Nie wiem czy dobrze to, czy źle, lecz dorzucam do niej raz jeszcze tę starą śpiewkę, zanim między rozpaczą a łaską przyjdzie mi kiedyś w nowej postaci przemierzyć plac Carrousel.

Warszawa 2011

I  Na placu Carrousel

Wiktorowi Hugo

1

Andromacho, o tobie myślę. Strumień mały,

To biedne, smutne lustro, gdzie zalśnił przed laty

Twych wielkich cierpień wdowich majestat wspaniały

Ten Simois, kłamca, łzami twoimi bogaty,

Użyźnił nagle pamięć mą, płodną w widzenia,

Gdym przez nowy Carrousel przechodząc nie zwlekał.

Starego nie ma już Paryża (tak się zmienia

Kształt miasta, prędzej jeszcze niż serce człowieka);

Dziś to pole baraków już tylko pamiętam,

Ten stos głowic w obróbce, kolumny i trawy,

Od kałuż zzieleniałe bloki, fundamenty

I skład wszelkich rupieci szybkami jaskrawy.

Tu niegdyś menażeria miała swe obozy,

Tu raz ujrzałem, kiedy chłodnym, czystym ranem

Budzi się Praca, gdy asenizacji wozy

W cichym powietrzu dudnią mrocznym huraganem,

Łabędzia, który wygramoliwszy się z klatki,

O bruk wyschnięty stopy płetwiste wycierał,

Włócząc po szorstkiej ziemi piór swych jedwab gładki.

Przed rynsztokiem bez wody ten ptak dziób otwierał

I kąpiąc niespokojnie białe pióra w kurzu,

Z sercem pełnym rodzinnych jeziora błękitów

Rzekł: „Wodo, kiedy spłyniesz? Kiedy zagrzmisz, burzo?”.

Widzę tego biedaka, najzgubniejszy z mitów,

Jak mąż u Owidiusza w niebo lazurowe

W niebo, które przenika ironia złowroga,

Na konwulsyjnie drżącej szyi wznosił głowę

Chciwą, jakby z wyrzutem zwracał się do Boga.

2

Paryż się zmienia! Lecz trwa w smutku mego glorii!

Pałace, rusztowania, marmuru kawały,

Stare przedmieścia, wszystko godne alegorii,

I drogie me wspomnienia są cięższe niż skały.

Także sprzed Luwru obraz ten jeden wyniosłem:

Myślę o moim wielkim łabędziu z podlotem

Szaleńca, jak wygnańcy śmiesznym i wyniosłym,

I bez przerwy trawionym tęsknotą! A potem

O tobie, Andromacho, ty, któraś wypadła

Z rąk męża, dzika łania pod władzą Pirrusa,

Przed pustym grobem zgięta w ekstazie, pobladła,

Ty, wdowo po Hektorze, żono Hellenusa!

Myślę o tej Murzynce chorej na gruźlicę,

Drepcącej w błocie, szukającej dumnym okiem

Kokosów, co zostały w przepysznej Afryce

Za niezmierzonym murem mgły i dymów mrokiem.

O tych wszystkich, co łzami własnymi się poją,

O tych, co nigdy, nigdy nie odnajdą straty,

1 jak dobrą wilczycę ssają Boleść swoją,

I o wątłych sierotach uschniętych jak kwiaty.

Także w lesie, gdzie duch mój błąka się wygnany,

Stare Wspomnienie z mocą dmie w róg, budząc dreszcze!

Myślę o marynarzach śród wysp zapomnianych,

O jeńcach, zwyciężonych!... i o innych jeszcze.

Charles Baudelaire, Łabędź

(w przekładzie M. Jastruna)

Przechodniu, zatrzymaj się (skoro już przeczytałeś ten wiersz, a to dla mnie ważne) przed nowym Carrousel.

Dzisiaj (kończy się właśnie rok 1996 i dojrzewają już wina dla uczczenia nowego stulecia) jego kolejna przebudowa dobiegła niemal końca i został otwarty dla publiczności – choć ostatnie prace jeszcze trwają i nie wszystkie rusztowania zniknęły; lecz przez ostatnie lata był plac Carrousel, jak w Paryżu Baudelaire’a, wielkim „polem baraków”, „stosem w obróbce”, „składem rupieci”. Blisko półtora wieku od chwili Baudelaire’owskiej miejskiej włóczęgi, jakiej wiersz Łabędź jest jednym z piękniejszych opisów, Paryż przez kilkanaście lat żmudnych robót odtwarzał dokładnie na tym samym dziedzińcu Luwru przestrzeń melancholijnego doświadczenia, w której spotykały się jak wówczas, i spotykają nadal, odchodzące z gruzami miasto stare i budowane na nim, jeszcze tu niewyraziste, jeszcze fragmentaryczne, miasto nowe.

Walter Lepenies w wygłoszonym paręset metrów dalej wykładzie inauguracyjnym w Collège de France, poświęconym „końcowi utopii i powrotowi melancholii”, mówił niedawno o kolejnej chwili historycznej, gdy w myśli europejskiej może przeważyć skłonność melancholijna. Nastaje raz jeszcze czas melancholii, opowiadał i zarazem przestrzegał przed ponownym w dziejach Europy odwróceniem monety, której Melancholia i Utopia są – jak pisał Günter Grass – orłem i reszką. Co prawda ostatnie utopie się rozsypały: wraz z upadkiem muru berlińskiego dobiegła kresu socjalistyczna utopia „celu” i, zaraz za nią, kapitalistyczna utopia „środków” ustanowiona na przekonaniu, że postęp wiedzy i techniki stanowi najlepszy sposób przeobrażenia Europy, całego świata, w powszechne społeczeństwo obywatelskie; lecz homo europaeus nie ma prawa teraz, w kolejnej chwili historycznej deziluzji, szukać schronienia w melancholii. I konkludował zdaniem Paula Valéry’ego: „Najbardziej pesymistyczna ocena człowieka, rzeczy, życia i jego wartości, wchodzi w cudowną zgodę z działaniem i optymizmem, których ocena ta się domaga. – I to jest europejskie”.

W tym samym mniej więcej czasie, choć kilometr dalej, Jean Baudrillard mówił, odwrotnie, o utopii urzeczywistnionej, jaką w ostatnim dziesięcioleciu przyniosły zjawiska powszechnej „orgii wyzwolenia” oraz „nieśmiertelności funkcjonalnej”. Żyjemy, twierdzi Baudrillard, w świecie „po orgii”, w którym wyzwoliliśmy wszystkie możliwości, przebiegliśmy wszystkie drogi, wykorzystaliśmy wszystkie środki produkcji, a nawet wirtualnej nadprodukcji rzeczy, ideologii, przekazów... W tym szaleństwie nasycenia, w tym obłędzie wyczerpywania produkcyjnych możliwości, jak również w rozwoju psychologicznych i sportowych technik „spełniania” siebie samego, „wyśrubowywania” naszej tożsamości i skuteczności, osiągnęliśmy – na podobieństwo niezużywalnej płyty kompaktowej – przerażający, niebezpieczny stan nasycenia, w którym nie ma miejsca na brak, stratę, na być może zbawienne w tej nowej sytuacji cywilizacyjnej stany melancholijne: wyobcowanie, różnicę, tęsknotę.

Między czerwonym i zielonym światłem, między tym „już nie wolno i nie trzeba, byś była” a „dobrze byś była, choć może już nie sposób”, mówionym melancholii pod koniec tego stulecia, wybierz sobie, przechodniu, co chcesz; lecz wcześniej przyjrzyj się ze mną jej różnym obliczom na placu Carrousel.

II Flâneur i inni jeszcze

Wielki wiersz Baudelaire’a odczytywany bywa często jako poetyckie rozpoznanie nowoczesnego „podmiotu melancholijnego”. Po pierwsze zatem, z cywilizacyjnego punktu widzenia jest to opis wygnania i samotności w coraz bardziej anonimowym mieście, w którym, jak napisze poeta w innym miejscu, przechodzień spotyka na ulicy nie tyle nawet nieznajomych, co nieznajomych, o których wie, że nie ujrzy ich nigdy więcej. W Paryżu lat pięćdziesiątych XIX stulecia rozgrywa się dramatycznie spiętrzone doświadczenie nagłego przeobrażenia miasta, zagrażające formom jego dotychczasowego życia: jest to, rozpoczęta jeszcze za monarchii lipcowej, destrukcja pełnych życia i barw dzielnic centralnych, gdzie w jednej niepodzielnej przestrzeni współistnieli cyganeria, rzemieślnicy i robotnicy. Przestrzeń tę naruszy, wraz z nastaniem Drugiego Cesarstwa, wraz z narastającymi procesami alienacji i reifikacji, nowa strategia piękna, która zastąpi opiewane w Baudelaire’owskiej poezji „kręte fałdy starych stolic” uporządkowanym systemem szerokich i prostych avenues, wielkich, lecz bezludnych placów, patetycznych lecz pustych budowli, i obszernych lecz zimnych monumentów. Flâneur, paryski włóczęga, porównując nową dzielnicę Luwru z tym, co jeszcze niedawno istniało tu w sposób naturalnie żywiołowy i nieuporządkowany, łączy te rozrośnięte, wyludnione konstrukcje z uczuciem nieautentyczności, jakie wzbudza w nim ceremonialny reżym Drugiego Cesarstwa, a w wymiarze egzystencjalnym analogicznie doznaje chwilę teraźniejszą, chwilę przeobrażenia miasta, jako czas już mu obcy, i wobec bogactwa i barw życia przeszłego – pozbawiony sensów. Andromacha „przed pustym grobem zgięta”, a z nią wszyscy wymienieni w opowieści flâneura stają się więc figurami negatywnego odczucia historii jako procesu degradacji, odczucia, które z każdego wspomnienia czyni pamiątkę utraty, to zaś, co przychodzi teraz i co stanie się w przyszłości, każe doznawać jako nieautentyczne już zawczasu i już na zawsze. Melancholia – mechanizm tego wspomnienia mnożący kolejne obrazy braku i straty, jest bezkresnym rozpamiętywaniem w świecie, który nie przestaje się przeobrażać, lecz przemienia się szybciej niż „serce człowieka”. Paryż się zmienia! – Tym bardziej więc pogłębia się moja melancholia, mówi flâneur. Albowiem nie nadąża on z odpowiedzią: na zawrotne tempo zewnętrznego czasu dziejów i wydarzeń reaguje ociężałością, spowolnieniem rytmu życia. Jego melancholia jest rozproszeniem powodowanym przez uporczywe roztrząsanie straty, jest dryfowaniem wśród kalekich, naruszonych sensów, i zarazem, paradoksalnie, jest ciężkim bezruchem wobec nadchodzącej ponaddźwiękowej szybkości nowoczesnego miasta.

Ale nie tylko przemiany społeczno-polityczne, które wpływają na architekturę ujawniającą bezpośrednio represywność przekształcanej przestrzeni urbanistycznej, a pośrednio represyjność nastałych dopiero co rządów, tworzą kontekst dla melancholii ulicznego łazika. Z psychologicznego punktu widzenia wiersz Baudelaire’a świetnie ilustruje nowy (już wkrótce, za niewiele dziesiątków lat, opisany i analizowany po dziś dzień) podmiot freudowski, fatalnie naznaczony nie tyle rozpaczą przeżywanej chwili, co pierwotnym brakiem i nigdy niewyczerpanym – otwarty dziób łabędzia nad wyschłą wodą – pragnieniem. I w pełni przepowiada poetyckim słowem teorię melancholii Freuda, której podwaliną jest doświadczenie straty. W przeciwieństwie do żałobnika, u którego praca żałoby jest w przypadku pomyślnym procesem krótkotrwałym, mniej lub bardziej szybko przyswajającym stratę, melancholik „nigdy, nigdy nie odnajduje straty” i z tego ubytku, z tego nieodnalezienia, czyni swój modus vivendi, tymczasowy, lecz wciąż ten sam tryb swej smutnej na zawsze wieczności: wieczności bez początków, wieczności straty już niepamiętnej. Wieczności otwartej dla nas w wierszu Baudelaire’a przywołaniem z głębi dziejów greckiej Andromachy, śmiertelnie zranionej śmiercią Hektora, dotkniętej żałobą, która – uogólniona do prawa rządzącego istnieniem – toczy się przez wieki aż po teraźniejszość. Nowoczesne kształty przebudowywanego Paryża, konkretyzujące melancholijne odczucie chwili, rozpalają u flâneura to poczucie odwiecznej straty, i „stare przedmieścia”, których już nie ma, stają się w jego słowach obrazem żałoby z natury swej nieokreślonej, nieuchwytnej, zawczasu wpisanej w świat.

„Melancholio, Nimfo, skądżeś ty rodem?” – dociekał w Beniowskim Słowacki i jego pytanie postawić można na nowo każdemu, kogo dotknęła, wszystkim dramatis personae poniższych stron. Cesarzowej austriackiej Sissi, tej, która swemu ulubionemu rumakowi dała imię Nihilisty, uwielbiała szekspirowskich melancholijnych błaznów, w każdym mieście odwiedzała zakład dla obłąkanych i nad brzegami jeziora Starnberg, gdzie śmierć znalazł jej kuzyn Ludwik II Bawarski (a skąd Twoja melancholia rodem?), rymowała słabe wiersze o wodach samobójców; „dała światu rzadki przykład dezercji”, pisał o niej z podziwem Émile Cioran (dlaczego Ty i melancholia?). Zygmuntowi Krasińskiemu, który codziennie doznawał „wstrętu do życia wszechmocnego”, autorowi najlepszych ze znanych mi opisów choroby na melancholię; nikt nie potrafił tak żarliwie o niej mówić, tak pięknie narzekać i smęcić jak on. Albrechtowi Dürerowi, posępnemu aniołowi o oczach jak świeżo wykopane studnie, artyście norymberskiemu, który przedstawił Melancholię ostatecznie, raz na naszą wieczność. Charles’owi d’Orleans, piętnastowiecznemu poecie francuskiemu, przez ćwierć wieku wygnańcowi i więźniowi w angielskiej niewoli, autorowi najdelikatniejszych, świeżych jak powietrze po deszczu, rond i ballad pisanych w „lesie znudzonego smutku”. Gérardowi de Nerval, twórcy najsłynniejszego sonetu o melancholii, pisarzowi najlepiej wyjaśniającemu, czym jest w melancholii temat powtórzenia, lunatykowi, którego utrzymał powróz zawieszony nocą na paryskiej latarni. Walterowi Benjaminowi, osaczonemu geniuszowi, zmarłemu samobójczą śmiercią w Pirenejach, gdzie miał przekroczyć granicę, by ratować życie, jednemu z najświetniejszych komentatorów Baudelaire’a (a skąd Twoja melancholia?), autorowi fundamentalnych prac o baroku niemieckim i jego estetyce; „niepodobna zrozumieć jego głównych osiągnięć – tłumaczyła Susan Sontag – jeżeli nie pojmie się, jak dalece opierają się na teorii melancholii”. Sørenowi Kierkegaardowi, który wyznawał: „Moje życie zaczęło się natychmiast, od najgłębszego dzieciństwa, straszliwą melancholią... melancholią niemal obłędną”; i przez całe życie nosił „drzazgę w ciele”; najbardziej pomysłowi interpretatorzy z rozpaczliwej woli zrozumienia jego losów wyjaśniali niepojęty smutek filozofa garbem na jego grzbiecie i oddajmy należną im cześć za ten materialny obraz melancholii. Antoniemu Malczewskiemu, jednemu z pierwszych zdobywców Mont Blanc, magnetyzerowi kobiet i twórcy najsmutniejszej i najpiękniejszej powieści poetyckiej w polskiej literaturze, i najlepszego życiorysu, gdy ktoś chce mówić o klęsce. Robertowi Burtonowi, wesołemu, więc i smętnemu autorowi najgrubszej książki o melancholii: The Anatomy of Melancholy („najpiękniejszy tytuł świata” – twierdzi Cioran) i Jorge Borgesowi, jej ślepemu wielbicielowi. Janowi Jo Rabendzie, kiperowi słowa w alegorycznym teatrze świata, moczymordzie czarnej żółci, o którym krytyk pisał: „Był kimś, kogo Francuzi nazywają un triste”. I Tobie, przechodniu, który schylasz teraz głowę, idziesz ulicą, nie patrząc na ludzi, w kałużach po porannym deszczu widzisz swe zmącone odbicie i za chwilę usiądziesz na tej ławce w tym cichym parku, i znowu smutnym myślom zwiesisz głowę. I wielu innym jeszcze.

III Czarna żółć, czyli nic, które boli

„Kto urodził się melancholikiem, sączy smutek z każdego wydarzenia”, powiada Freud. Jeszcze celniej ujmuje to portugalski pisarz Fernando Pessoa: „Nic, które boli”. Owo „nic” jest w bezpośrednim doznaniu tak suwerenne, że zdaje się trwać poza wszelką przyczyną jako czysta nieokreśloność: nie wiadomo skąd daje nie wiadomo co. „Nie wiadomo co”, które nie wynika bezpośrednio z jakiegoś nieszczęścia, lecz jest nieszczęścia wszechstronnym poczuciem, doświadczeniem smutku tak uogólnionym, że zasklepiającym swe źródła, nigdy niezawartym w liczniku istnienia jako okazjonalna żałoba, zawsze w mianowniku niezmiennego trwania. Niczym biblijny wąż, strata mówi nam: et in Arcadia ego, rozsiadłam się także w Raju, jestem chlebem wszelkiej nicości, ale i w sercu szczęścia będę pleśnią na każdej radości.

W odpowiedzi na pytanie o przyczyny trwałości melancholijnego smutku Freud, stawiając pierwszą hipotezę swej teorii melancholii (w żadnym bodaj artykule Freud nie wypowiada się tak oględnie i z tylu zastrzeżeniami, jak w tym właśnie: słynnym Trauer und Melancholie, „Żałoba i melancholia”), odwoła się oczywiście do nieświadomości: melancholia przeprowadza pracę żałoby po obiekcie nieuświadomionym. Nie znaczy to, że dotknięty melancholią nie wie, jakiej doznał straty; często potrafi ją ukonkretnić: czyjeś odejście, czyjaś śmierć, upadek ideału. Nie wie natomiast, nawet gdy zna obiekt straty, co w nim utracił i jego praca żałoby nie może się dokonać. Albowiem żadnej próbie rzeczywistości nie uda się sprostać tej niewiedzy. Melancholik, mówi Freud, zamyka się w świadomym doświadczeniu straty, której prawdziwego motywu nie zna i z tego względu nigdy się z tego doświadczenia nie wyzwala. „ W melancholii tkwi coś niewytłumaczalnego – pisze w tym samym tonie Kierkegaard – (...) Jeśli się melancholika zapyta, co leży u podstaw jego melancholii, co go gnębi, to odpowie, że nie wie, że nie potrafi tego wyjaśnić. Odpowiedź ta jest ze wszech miar prawdziwa, albowiem z chwilą rozpoznania przyczyny melancholia mija”.

Refleksja nad genezą melancholii zrodziła jeden z najbardziej trwałych i odpornych na przewartościowania mitów w kulturze europejskiej. Aż do XVIII wieku obowiązywała starożytna, wykreowana przez greckich i rzymskich lekarzy, zwłaszcza Hipokratesa i Galena, teoria „humorów” (usposobień), wyróżniająca wśród czterech podstawowych temperamentów ludzkich temperament melancholijny. Jak powtarzają do znudzenia wszelkie studia o melancholii (lecz przecież rzeczą melancholii jest powtórzenie), wynika on z nadmiaru w organizmie czarnej żółci, jej niewłaściwej, przesadnej ilości wobec mieszającej się z nią krwi (a powinno być dwa do ośmiu, oblicza renesansowy filozof Ficino), przeto złego, nieregularnego jej spalania i odkładania się w narządach wewnętrznych, przede wszystkim w mózgu. Na frontyspisie książki w dziejach melancholii najsłynniejszej, siedemnastowiecznej The Anatomy of Melancholy autorstwa Richarda Burtona, uczonego mnicha, widnieje Democritus Abderitus siedzący pod drzewem. W prawej ręce ma gęsie pióro, lewą podpiera oczywiście głowę na wysokości uszu. Wokół leżą i wiszą ciała zwierząt, których he makes anatomy, aby zobaczyć i zbadać siedlisko czarnej żółci. Pióro i skalpel: obraz ten dobrze oddaje prawdę mówiącą, że melancholia jest terenem pogranicznym między refleksją filozoficzną i mitologią z jednej strony a rozległą dziedziną medycyny z drugiej.

Medycyna późnooświeceniowa, wprowadzając pojęcie temperamentu nerwowego (spazmatycznego), porzuca stopniowo teorię „humorów” i tradycję dociekań nad zespołem objawów fizjologicznych (wśród najczęściej wymienianych przez starożytnych lekarzy i ich kontynuatorów: ciemnienie skóry, ciemny mocz, uczucie palenia w żołądku, szybkie tętno, wzdęcia, kwaśne czkawki, zatwardzenia). Usiłuje ona stworzyć w ten sposób teorię melancholii wolną od obowiązku wskazywania materii sprawczej czy pośredniczącej i poszukiwać psychologicznych („moralnych”, jak wówczas mawiano) przyczyn stanów depresyjnych i melancholijnych. Zbanalizowane pojęcie „melancholii” zastępowane jest zresztą nowymi, bardziej „medycznymi” nazwami. Esquirol, słynny lekarz francuski, lansował na początku XIX wieku „lypemanię” i „monomanię smutną”. Musiał czytać jego prace Zygmunt Krasiński, skoro pisał o sobie: „Monomania – dziwny stan, pełen życia, ogrodzony zgonu bliską możnością, słońce wśród czarnego nieba! Lwie oko w jaskini!”. Jednak terapia, zalecana przez tę nową medycynę, nie wymyka się bynajmniej tradycyjnym wyobrażeniom. Obok leczenia „moralnego”, przepisuje się zgodne ze starożytną teorią zabiegi i lekarstwa usuwające z organizmu czarną truciznę: puszczanie krwi, aby zjaśniał jej kolor, środki wymiotne, oczyszczające (wśród nich słynny w terapii melancholii, począwszy od Greków, ciemiernik, Helleborus niger: nieprzyjemna roślina, jaskrowata, wywołująca czarne, krwawe biegunki i wymioty, kojarzone chromatycznie z czarną żółcią), tak jakby należało otworzyć w ciele drogę na zewnątrz, którą uchodziłoby precz to, co w nim złe. Drogę analogiczną do tej, jaką opisywał w swych rozważaniach nad melancholią Arystoteles, gdy wśród cielesnych objawów melancholii wyróżniał wrzody i wypryski na skórze, utworzone przez dążącą do stwardnienia czarną żółć, usuwaną, gdy trzeba, wraz z krwią rozcięciem skóry... Ile to ciemnej krwi oddał melancholik Krasiński cynowej misie, ile środków womitywnych połknął monomaniak Krasiński, leczony z melancholii w Polsce i we Włoszech, w Niemczech, Szwajcarii i Francji, prześladowany obrazem swej „gęstej”, „oleistej”, „ciężkiej”, „czarnej” krwi. 28 kwietnia 1854 roku jego zdrowie poprawiło się, choć tylko na chwilę: „Wreszcie olej ten na wierzch wyszedł” – opowiada tego dnia o ostatnich przypadkach swego ciała. Natomiast w oczach jego lekarza, Cheliusa, wszystko się ostatecznie wyjaśniło: „Teraz powiada – pisze Krasiński – że rozumie wreszcie stan mój cały i wszystkie jego niepojęte anomalie zwane niegdyś brakiem woli we mnie”. Dalsza terapia nie przyniosła jednak żadnych rezultatów; o czuwającym nad Krasińskim doktorze Cheliusie można powiedzieć to, co o nieszczęsnym „znawcy nauk”, leczącym bezskutecznie melancholię króla, mówi Baudelaire w Spleenie III: że w żaden sposób nie umiał „wydobyć z niego skażonego pierwiastka”.

Cała historia leczenia melancholii ilustruje, jak bardzo potrzebowała medycyna mitu czarnej żółci dla wymyślania swych terapii, jak bardzo chciała mówić o jednej, określonej materii, determinującej przypadłość, nawet jeśli przyczyny nagromadzenia się tej substancji były rozmaicie przedstawiane (choćby złe odżywianie). Trwałość słowa „melancholia” (czyli w grece melaine koina – „czarna żółć”), począwszy od V wieku przed naszą erą, świadczy przede wszystkim o upodobaniu do ciągłości pojęcia, twierdzi Jean Starobinski, lekarz i historyk idei. Nawet jeśli objawy były wielorakie i odmienne do tego stopnia, że aplikowane lekarstwa nie mogły się odnosić do tej samej choroby i do tych samych objawów, przez wieki przyczyna wydawała się medycynie prosta: głównym winowajcą był skażony „humor”, czarna żółć – i to wobec tego rozpoznania ustalano główne, bardzo zresztą zróżnicowane metody terapii. Psychiatria dziewiętnastowieczna, a następnie współczesna wyszczególniły „jednostki chorobowe”, objawowe lub fenomenologiczne (określając sposób „widzenia” świata przez chorego, na przykład jego sposób odczuwania czasu) i wprowadziły pojęcie depresji, które, jakkolwiek rozumiane, obejmuje węższe terytorium niż melancholia starożytnych i Europy renesansowej. Niemniej jednak współcześnie proponowane i stosowane terapie są niemal wyłącznie objawowe, gdyż mimo prób rozpoznań psychogenetycznych etiologia depresyjna pozostaje właściwie nieopisana. Więc mówmy nadal: nic, które boli.

Ale nie należy lekceważyć ani mitu czarnej żółci, ani innego mitu trwale związanego z melancholią: złowieszczego wpływu planety Saturn na osoby urodzone w jej cieniu; w ten drugi mit wierzymy zresztą jeszcze chętniej, jak w każde astrologiczne stwierdzenie, które unika skalpela. Mity tłumaczą najwięcej w tym rebusie języków: duchowym, psychologicznym, fizjologicznym, psychiatrycznym, estetycznym, jakim jest melancholia. Mityczna teoria czarnej żółci jest niewątpliwie skondensowanym obrazem naszego bezpośredniego doświadczenia melancholii. Nawet dzisiaj, jak zauważa Starobinski w swej Historii leczenia melancholii, nie możemy jej odmówić symbolicznej i ekspresywnej trafności; czarna żółć pozostawała przez wieki, a może i pozostaje nadal, najpełniejszym i najbardziej uogólnionym, syntetycznym przedstawieniem istnienia pogrążonego w smutku; najdoskonalszą intuicją pierwotną. I trudno jest nam znaleźć pojęcia opisowe niebędące analogią wobec pojęć, których teoria „humorów” używała w sensie dosłownym dla oznaczenia właściwości czarnej żółci. Czarna żółć „jest metaforą, która o tym nie wie” (Starobinski) i która narzuca siebie jako fakt doświadczalny: albowiem wyobraźnia chce wierzyć, że istnieje jakaś materia melancholii. I kiedy dzisiaj używamy tego określenia w sensie przenośnym, przecie kołacze się jeszcze w naszej metaforze sens substancjalny. Zresztą licho wie, co w nas tak naprawdę krąży, co się z nas pluje. Nad nami planeta Saturn, a w nas przecież coś pili i kłuje, przecież coś się ciemno przelewa, coś tam jest w tej mazi... Nawet Freud, choć kontynuuje nową, psychogenetyczną tradycję myślenia o melancholii, pozostaje pośrednio dłużnikiem wyobrażeń czarnej żółci w swojej analizie narcystycznych zachowań melancholii. O tym jednak szczegółowo za chwil parę, gdyż chyba nigdzie, przechodniu, Ci się nie śpieszy, gdyż tego jednego – czasu – nigdy w Twej smutnej włóczędze nie brakuje.

IV Freud i twarz melancholijna

Freudowskie rozpoznanie podmiotu melancholijnego – „ja” zdezintegrowanego, niedającego się już pomyśleć jako całość i niewchodzącego w żadne zewnętrzne relacje – staje się bardzo istotne dla opracowania koncepcji istnienia „poza zasadą przyjemności”, dominującej w późnym pisarstwie Freuda, a wybijającej na pierwszy plan popęd śmierci jako motor życia psychicznego. Podmiot melancholijny, owo „nic, które boli”, jest zawsze antykartezjański, gdyż wydrążony, rozproszony, na wewnętrznym wygnaniu. Im bardziej „myśli” – tak jak „myśli” o Andromasze, łabędziu, zagubionych marynarzach i niewolnikach włóczęga Baudelaire’a – tym jest go mniej (tak właśnie: myślę, więc mnie nie ma), tym bardziej pogłębia się jego smutek. Można powiedzieć, że melancholia od zawsze, na prywatny sposób swych milionów przypadków, dokonywała podważenia metafizyki obecności i podmiotu, zatem dzieła, którego podjęły się gruntownie ostatnie prądy filozofii XX wieku. Przeprowadza ona bowiem naturalną, by tak to nazwać, krytykę podmiotu; osłabia go na różne sposoby, wycofuje, zaciekle uprawia zwątpienie, które – w stanach skrajnych – posuwa się do delirium negacji, do obłędu zaprzeczenia, jak to się określa klinicznie. „Starego nie ma już Paryża”, wzdycha flâneur. Ach, nie tylko. „U niektórych negacja jest tak powszechna, że nie istnieje już nic i oni sami są niczym... Kiedy obłęd zaprzeczenia obejmuje świat zewnętrzny – opowiada XIX-wieczny psychiatra Cotard – chorzy wyobrażają sobie, że nie mają już rodziny, nie mają kraju, że Paryż jest zniszczony, że świat już nie istnieje”. Znikają wówczas wszystkie zewnętrzne punkty odniesienia, ale negacja godzi przede wszystkim w sam melancholijny podmiot. W melancholii skrajnej zaprzeczone zostaje nawet ciało: ja, dziecko Saturna, naczynie dla czarnej żółci, nie mam serca, nie mam wątroby, zniknęły moje płuca; noszę w sobie bestię, przechowuję wilka, który pożarł wszystko, co było we mnie. Freud mówi w swej teorii o „kanibalu melancholijnym”. Pożera on utracony obiekt miłości, wciela w siebie, ale tak czyniąc, pożera on też, niczym mityczny wąż z własnym w paszczy ogonem, siebie; niszczy siebie kawałek po kawałku; do własnego istnienia stosuje strategię spalonej ziemi. Neguje wszystko, zapomina o całym świecie, a o sobie pamięta po to, by tym bardziej siebie rozkrajać, by siebie zmniejszyć.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

V Pseudoteksty, pseudonimy

Dostępne w wersji pełnej

VI Magiczne wyliczanie

Dostępne w wersji pełnej

VII Spis powszechny i utopia

Dostępne w wersji pełnej

VIII O wyższości dolin nad górami

Dostępne w wersji pełnej

IX Labirynt wiecznego tułacza

Dostępne w wersji pełnej

X Freud, odblask i regres

Dostępne w wersji pełnej

XI Ironia i śmiech

Dostępne w wersji pełnej

XII Przyszłość jak na dłoni

Dostępne w wersji pełnej

XIII Błękitne spojrzenie i anamorfoza

Dostępne w wersji pełnej

XIV Alegoria na drodze melancholika

Dostępne w wersji pełnej

XV Melancholia czarna i czerwona

Dostępne w wersji pełnej

XVI Acedia

Dostępne w wersji pełnej

XVII Freud, pożądanie i nierealność

Dostępne w wersji pełnej

XVIII Zwierciadło i możliwość

Dostępne w wersji pełnej

XIX Terapie, terapie

Dostępne w wersji pełnej

XX Nie i tak metamorfozy

Dostępne w wersji pełnej

XXI Pomerol 1989

Dostępne w wersji pełnej

XXII W studni melancholii

Dostępne w wersji pełnej

Książki i teksty, z których korzystałem, przepisywałem, od których zapożyczałem, za którymi cytowałem:

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Grażyna Henel

Elżbieta Jaroszuk

Copyright © by Marek Bieńczyk 1998, 2012

Copyright © by Weltbild Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych - jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-724-6

Nr 90451923

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl