Wydawca: Prozami Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Meksykańska miłość - Karolina Pastuszak

Aleksandra, edytorka w wydawnictwie, pod wpływem trudnych przeżyć i rozczarowań postanawia diametralnie zmienić swoje życie i wyjechać na drugi kraniec świata. Ponieważ uczyła się hiszpańskiego i zaprzyjaźniła się ze swoją nauczycielką, wybrała Meksyk. Liczyła, że kraj o zupełnie innej mentalności i latynoska otwartość pomoże odmienić jej życie. Miała nadzieję, że podczas półrocznego stażu zdobędzie nie tylko doświadczenie zawodowe, ale też nabierze dystansu do codzienności, którą za sobą zostawiła.
Czy nowa rzeczywistość potwierdzi jej wyobrażenia i spełni oczekiwania?
Czy jej serce otworzy się na prawdziwą, gorącą, meksykańską miłość?

Opinie o ebooku Meksykańska miłość - Karolina Pastuszak

Fragment ebooka Meksykańska miłość - Karolina Pastuszak

Ka­ro­li­na Pa­stu­szak

Mek­sy­kańska miłość

Co­py­ri­ght © by Ka­ro­li­na Pa­stu­szak

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Pro­za­mi Sp. z o.o., 2013

Pro­jekt okładki:

Ilo­na Go­styńska-Rym­kie­wicz

Re­dak­cja:

El­wi­ra Iz­deb­ska-Kuch­ta

Małgo­rza­ta Ma­jew­ska

Ko­rek­ta:

Małgo­rza­ta Ma­jew­ska

Wy­daw­nic­two Pro­za­mi Sp. z o.o.

www.pro­za­mi.pl

War­sza­wa 2014

ISBN: 978-83-63742-97-3

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Popołudnie mijało nad­zwy­czaj po­wo­li. Wskazówki ze­ga­ra prze­su­wały się ryt­micz­nie, ale jak­by bar­dziej ospa­le niż zwy­kle. Wy­da­wało się, że tu­taj czas – po­dob­nie jak miesz­kańcy sto­li­cy Mek­sy­ku – wy­zna­wał fi­lo­zo­fię ma­nia­na. Ciepłe pro­mie­nie słonecz­ne za­le­wały wnętrze przy­tul­ne­go miesz­ka­nia na czwar­tym piętrze. Ciszę zakłócał je­dy­nie mia­ro­wy stu­kot ob­casów o drew­nianą podłogę.

Ola stała przed to­a­letką za­sta­wioną per­fu­ma­mi i za­sta­na­wiała się, który za­pach le­piej będzie pa­so­wał na tę szczególną okazję. Po raz ko­lej­ny ner­wo­wo zerknęła na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Ciem­ne, długie włosy wspa­nia­le kon­tra­sto­wały z ala­ba­strową cerą. Zależało jej na tym, aby dzi­siaj wyglądać le­piej niż kie­dy­kol­wiek wcześniej. Duże, nie­bie­skie oczy lśniły z pod­eks­cy­to­wa­nia. Za­sta­na­wiała się, czy przy­pad­kiem nie stra­ciła po­czu­cia rze­czy­wi­stości. Miała wrażenie, że to, co się stało przez ostat­nie pół roku, nie wy­da­rzyło się na­prawdę. Wyjęła błysz­czyk i jesz­cze raz pociągnęła pędzel­kiem swo­je kształtne usta. Wygładziła złotą, dopa­so­waną su­kienkę, która ide­al­nie pod­kreślała jej nie­na­ganną fi­gurę, i sięgnęła po to­rebkę.

Za nie­całą go­dzinę lu­dzie, którzy przez ostat­nie mie­siące sta­no­wi­li jej ro­dzinę i których opuściła nie­spełna dwa ty­go­dnie temu, do­wiedzą się, że podjęła osta­teczną de­cyzję. Za­sta­na­wiała się, jak ją po­trak­tują, czy będą za­sko­cze­ni, czy po­wiedzą, że popełnia błąd, a może właśnie ucieszą się i będą życzyć jej szczęścia. Przeszło jej również przez myśl, że może zadręcza się zupełnie nie­po­trzeb­nie, i nikt się nie zja­wi, choć było to ra­czej mało praw­do­po­dob­ne.

Ola za­wsze brała pod uwagę wszyst­kie możliwe sce­na­riu­sze, ale dla bez­pie­czeństwa zwykła wie­rzyć w ten naj­gor­szy. Kie­dy stąd wyjeżdżała, nie sądziła, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek ich spo­tka. Sam wy­jazd wyglądał jak uciecz­ka, i właści­wie nią był. Podjęła de­cyzję na­gle, po­nie­waż wte­dy była ab­so­lut­nie pew­na, że to je­dy­ne sen­sow­ne wyjście. Nie miała w zwy­cza­ju ucie­kać od pro­blemów, ale w tej sy­tu­acji mu­siała wal­czyć o sie­bie, o oca­le­nie swo­je­go świa­ta.

Wy­da­rzyło się tak wie­le. Roz­chwia­na emo­cjo­nal­nie, mu­siała wy­je­chać, choćby po to, żeby so­bie wszyst­ko poukładać. Biorąc pod uwagę ostat­nie wy­da­rze­nia, nie spo­dzie­wała się, że tu­taj wróci. Wyjeżdżając, miała praw­dzi­wy mętlik w głowie, te­raz – wi­działa wszyst­ko z za­dzi­wiającą ostrością. Są cza­sa­mi ta­kie chwi­le, kie­dy po­strze­ga­my wszyst­ko o wie­le wyraźniej. Za­zwy­czaj są to sy­tu­acje, w których na­sze me­cha­ni­zmy obron­ne zo­stają po­sta­wio­ne w stan pełnej go­to­wości. Wte­dy ro­bi­my rze­czy, które zdu­mie­wają nas sa­mych i o które nig­dy byśmy się nie po­dej­rze­wa­li. Je­steśmy na­gle doj­rzal­si, mądrzej­si, bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­ni. Wie­my, że nie je­steśmy już tyl­ko bier­ny­mi od­bior­ca­mi spek­ta­klu życia, ale gra­my w nim główną rolę, i finał zależy od na­szych po­su­nięć. Właśnie tak czuła się te­raz Ola.

Szyb­ko zbiegła po scho­dach i ro­zej­rzała się dokoła, szu­kając zamówio­nej wcześniej taksówki. Za nic nie chciała się spóźnić, nie dzi­siaj. Prze­cież to ona za­pro­siła wszyst­kich na dzi­siej­szy wieczór. Wsiadła do taksówki, wska­zała kie­ru­nek jaz­dy i wzięła głęboki od­dech. Dłonie zaczęły się jej pocić, po­czuła się zarówno pod­eks­cy­to­wa­na, jak i ze­stre­so­wa­na. Nig­dy nie lubiła być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, ale dzi­siaj na pew­no wszy­scy skon­cen­trują się właśnie na jej oso­bie. Za­czy­nała po­no­sić ją wy­obraźnia. Za­sta­na­wiała się, jak te­raz będzie wyglądało jej życie, bo dotąd wszyst­ko robiła pod dyk­tan­do ser­ca, które zwy­kle nie mar­twi się o ju­tro.

Do re­stau­ra­cji Ma­de­ira do­tarła pół go­dzi­ny przed za­pro­szo­ny­mi gośćmi. Miała czas przy­go­to­wać się psy­chicz­nie na niełatwe spo­tka­nie. Po­deszła do baru i zamówiła Mo­ji­to. Sącząc drin­ka, rozglądała się po ja­snym wnętrzu. Dys­kret­ne, roz­pro­szo­ne oświe­tle­nie działało kojąco. Okrągłe sto­li­ki z ciem­ne­go drew­na przy­stro­jo­no świeżymi kwia­ta­mi, a krzesła obi­te miękkim plu­szem w ko­lo­rze kości słonio­wej zachęcały do chwi­li wy­tchnie­nia. W tym lo­ka­lu co wieczór grała mu­zy­ka na żywo. Ze­społy zmie­niały się, ale za­wsze pa­no­wała tu wesoła at­mos­fe­ra i do­bra za­ba­wa. Nie było to jed­no z tych miejsc, gdzie ser­wo­wa­no przy­staw­ki z ka­wio­rem czy dwu­dzie­sto­let­nią whi­sky. Ola da­rzyła re­stau­rację ogrom­nym sen­ty­men­tem i wy­da­wała jej się ide­al­nym miej­scem na ten wyjątko­wy wieczór.

Roz­myśla­nia prze­rwała jej Car­men, która z sze­ro­kim uśmie­chem wkro­czyła do lo­ka­lu. Zja­wiała się za­wsze, kie­dy Ola jej po­trze­bo­wała. Do­sko­na­le się do­ga­dy­wały, często nie mu­siały używać słów, żeby się po­ro­zu­mieć.

– Ola­la, ale pięknie wyglądasz! Jak się masz, maleńka? – za­py­tała z pro­mien­nym uśmie­chem, całując ją w po­li­czek.

– Cześć. Nie wiesz, jak bar­dzo się cieszę, że już je­steś. Nie je­stem pew­na, czy się zja­wią. – Ola za­wa­hała się na mo­ment. – Myślisz, że ktoś przyj­dzie? – za­py­tała ner­wo­wo. Nie była po­trzeb­na szczególna spo­strze­gaw­czość, żeby zo­ba­czyć, jak bar­dzo jest spięta.

– Widzę, że za­czy­nasz szu­kać dro­gi uciecz­ki. – Spoj­rzała na nią roz­ba­wio­na Car­men. – Nie ro­zu­miem, dla­cze­go mie­li­by nie przyjść. Większość osób przyj­dzie pew­nie z czy­stej cie­ka­wości, prze­cież do­pie­ro co zniknęłaś w ta­jem­ni­czych oko­licz­nościach. Ko­cha­na, nie stre­suj się tym, bo nie masz po­wo­du – dodała, widząc mar­sową minę przy­ja­ciółki.

– Wiesz, jak to jest, kie­dy wszy­scy wiedzą o to­bie coś, co ty za­uważasz jako ostat­nia, i po­tem mają świet­ny te­mat do nie­ustan­nych plo­tek?

– Nie będziesz przy­najm­niej za­da­wać so­bie py­ta­nia, co by było gdy­by. – Car­men puściła do niej oczko i dla do­da­nia otu­chy chwy­ciła ją za rękę.

– Z całą pew­nością nie tym ra­zem – szepnęła Ola.

– Za odważne de­cy­zje – po­wie­działa Car­men, wznosząc to­ast kie­lisz­kiem. – A tak w ogóle, jeśli myślisz, że za­do­wolę się twoją zdaw­kową re­lacją przez te­le­fon, to się my­lisz. Chcę wie­dzieć wszyst­ko. – Wy­mow­nie przy­sunęła się bliżej przy­ja­ciółki.

– Masz to jak w ban­ku, ale prze­cież nie te­raz – od­parła, patrząc w kie­run­ku drzwi wejścio­wych. Właśnie do re­stau­ra­cji weszła pięcio­oso­bo­wa gru­pa, ale nie byli to jej goście.

– Wy­lu­zuj, bo się wykończysz. Dzi­siej­szy wieczór ma być wyjątko­wy. Cho­ciaż ten naj­bar­dziej wyjątko­wy na ra­zie za­trzy­małaś dla sie­bie. – Car­men udała nadąsaną minę.

– Je­steś wspa­niała. Wiesz, że nie dałabym rady bez cie­bie – po­wie­działa poważnie Ola.

– Owszem, je­stem wspa­niała, ale zde­cy­do­wa­nie dałabyś radę beze mnie. Tak na­prawdę, to nie­wie­le ci po­mogłam. Sama od­kryłaś, cze­go chcesz, i nie po­trze­bo­wałaś mo­je­go po­twier­dze­nia, że ro­bisz do­brze.

– Nie bądź taka skrom­na. A tak w ogóle, to dzięki, że dałaś mi tak długo błądzić po omac­ku. – Ola zerknęła na nią oskarżyciel­sko. – Ja bym z tobą po­roz­ma­wiała, gdy­bym wi­działa, że je­steś aż tak ślepa.

– Ko­cha­na, wiesz, że z za­sa­dy nie wtrącam się w ta­kie spra­wy – po­wie­działa, po czym wygładziła zbun­to­wa­ny ko­smyk włosów Oli. – Doszłam do wnio­sku, że co ma się stać, to i tak się sta­nie. Li­czyłam na to, że się ock­niesz, i nie po­my­liłam się.

– A gdy­bym się nie ocknęła?

– Nie było ta­kiej możliwości.

– Ale gdy­bym się jed­nak nie ocknęła?

– Oka­załoby się, że nie znam się na lu­dziach, ale wte­dy otwo­rzyłabym ci oczy siłą. – Uśmiechnęła się za­czep­nie.

W tym mo­men­cie zja­wi­li się goście. Przez ostat­nie pół roku pra­co­wała ra­zem z tymi ludźmi i niektórzy z nich sta­li się jej na­prawdę bli­scy. Za­uważyła, że zja­wiło się trochę więcej osób, niż się spo­dzie­wała. No trud­no, prze­cież ich te­raz nie wy­pro­si. Za­pew­ne po­wo­do­wała nimi cie­ka­wość i chcie­li na własne oczy zo­ba­czyć, co się stało, że zde­cy­do­wała się wrócić. Co praw­da, ju­tro całe biu­ro będzie aż hu­czeć od plo­tek, ale wieści z dru­giej ręki to prze­cież nie to samo.

– Alek­san­dra! Mówiłem Inez, że jeśli cię nie zo­baczę, to nie uwierzę, że tak szyb­ko za nami zatęskniłaś – po­wie­dział z ser­decz­nym uśmie­chem Mi­gu­el. Ra­zem z żoną pod­szedł, żeby ją uści­skać.

– Wi­taj­cie, bar­dzo się cieszę, że przy­szliście.

– Jak mo­gli­byśmy nie przyjść? A co cię do nas spro­wa­dza? Wróciłaś na do­bre? – do­py­ty­wał.

– Tak jak po­wie­działeś, zatęskniłam. – Ola uśmiechnęła się sze­ro­ko. – Nie sądziłam, że zo­sta­wię tu­taj tak ważną cząstkę sie­bie, toteż wróciłam, żeby ją od­zy­skać.

Przez chwilę wy­da­wało się jej, że Mi­gu­el ją przej­rzał. Nie miał jed­nak oka­zji roz­winąć te­ma­tu, bo po­de­szli do niej inni goście, żeby się przy­wi­tać. Bar­man w błyska­wicz­nym tem­pie kom­po­no­wał ko­lej­no za­ma­wia­ne drin­ki, a kel­ne­rzy od razu po­ja­wi­li się z zamówio­ny­mi wcześniej aro­ma­tycz­ny­mi ta­pas1 oraz pięknie wyglądającymi pin­chos2. Po­nie­waż był to po­pu­lar­ny lo­kal, wkrótce zro­biło się na­prawdę tłoczno, a at­mos­fe­ra z każdą mi­nutą sta­wała się co­raz bar­dziej swo­bod­na. Niektórzy zaczęli na­wet tańczyć. Wy­da­wało się, że wszyst­ko było dokład­nie tak, jak być po­win­no. Bra­ko­wało tyl­ko jego.

– Za­mie­rzasz do nas wrócić? – za­py­tała Ca­ta­li­na, pociągając łyk białego wina i z uzna­niem mierząc ją od stóp do głów.

– Od­po­wiem ci trochę później. – Ola uznała, że na ra­zie nie za­szko­dzi być nie­co ta­jem­niczą.

– No tak, mu­sisz naj­pierw po­roz­ma­wiać z Mi­gu­elem. – Ca­ta­li­na spoj­rzała wy­cze­kująco na sze­fa.

– Jeśli tyl­ko masz ochotę wrócić, to two­je miej­sce cze­ka na cie­bie. Nie miałem cza­su ro­zej­rzeć się za kimś no­wym – po­wie­dział Mi­gu­el.

– I w związku z tym, kto do­stał więcej pra­cy? – za­py­tała z miną nie­wi­niątka Car­men. – A co ważniej­sze, kto so­bie z tym do­sko­na­le ra­dzi? – Do­ma­gała się po­chwały, przy­bie­rając ko­micz­ny ton głosu.

– Car­men, je­steś nie­zastąpio­na. – Po słowach Mi­gu­ela wszy­scy wy­bu­chli śmie­chem. – Aleks, trochę nas już prze­trzy­małaś w nie­pew­ności, trochę upiłaś, ale nadal nie mówisz, co cię tu­taj spro­wa­dza – po­wie­dział roz­ba­wio­ny. – To trochę za duża od­ległość, żeby tak po pro­stu za­pro­sić zna­jo­mych na drin­ka bez kon­kret­ne­go celu.

– Mam swój cel w tym spo­tka­niu – od­parła, ale jed­no­cześnie pomyślała, że to nie jest od­po­wied­ni mo­ment, aby wy­ja­wiać szczegóły. – Prze­pra­szam na chwilę – dodała szyb­ko. Wie­działa, że jeśli chce uniknąć dro­bia­zgo­wych pytań, musi się stąd ewa­ku­ować. Uznała, że jesz­cze nie nad­szedł czas na naj­ważniejszą od­po­wiedź.

Ro­zej­rzała się, ale ten, na którego cze­kała, naj­wy­raźniej jesz­cze nie przy­szedł. Z za­do­wo­le­niem jed­nak za­uważyła, że wszyst­ko wyglądało dokład­nie tak, jak to so­bie wcześniej wy­obra­ziła. Ta­pas były prze­pysz­ne, wszy­scy trzy­ma­li już w dłoniach drin­ki i spo­tka­nie zaczęło na­bie­rać swo­bod­ne­go cha­rak­te­ru. Ze­wsząd do­cho­dziły roz­mo­wy i śmie­chy, ale ona nie mogła się zbyt­nio sku­pić na jed­nym te­ma­cie i nie­co roz­tar­gnio­na krążyła pomiędzy gośćmi, którzy na­wet nie próbo­wa­li kryć cie­ka­wości z po­wo­du jej po­wro­tu. Wszy­scy, w ten czy inny sposób, usiłowa­li wyciągnąć z niej, dla­cze­go wy­je­chała bez słowa, a te­raz równie nie­ocze­ki­wa­nie wróciła. Mu­siała zręcznie la­wi­ro­wać pomiędzy py­ta­nia­mi, zby­wając je najczęściej śmie­chem.

– Nig­dzie nie widzę two­jej dru­giej połówki. Przyj­dzie? – za­py­tała z nie­winną miną Sara. Ola nig­dy za nią nie prze­pa­dała. Bo jak można się do­brze czuć w to­wa­rzy­stwie jed­nej z naj­większych plot­kar w fir­mie? Biorąc pod uwagę różnego ro­dza­ju hi­sto­rie, które nie­raz opo­wia­dała, trud­no było uwie­rzyć w jej do­bre in­ten­cje.

Ola pomyślała, że to do­praw­dy świet­ne py­ta­nie, i po­now­nie się ro­zej­rzała. Na samą myśl, że być może za­raz go zo­ba­czy, zalała ją fala gorąca. Nie­ste­ty, naj­wy­raźniej jesz­cze go nie było, ale co gor­sza, Car­men jak na złość zniknęła jej z oczu.

– Alek­san­dra? – Sara nie ustępowała. – Wi­działaś się już z nim? O proszę, o wil­ku mowa! Długo kazał na sie­bie cze­kać. To się na­zy­wa wejście! – za­chi­cho­tała złośli­wie.

Kie­dy Ola zo­ba­czyła, kto właśnie wszedł do re­stau­ra­cji, po­czuła, że ma ner­wy napięte jak stru­ny. W myślach zaczęła po­wta­rzać: tyl­ko spo­koj­nie… od­dy­chaj… Miała kil­ka se­kund na to, żeby wziąć się w garść. W tym sa­mym mo­men­cie do­tarły do niej słowa gra­nej właśnie pio­sen­ki Sha­ki­ry: dan­ce or die3 z utwo­ru Loca i pomyślała, że za­brakło tam jesz­cze jed­nej możliwości: „ albo za­pad­nij się pod zie­mię”.

Nie wia­do­mo skąd, u jej boku na­tych­miast po­ja­wiła się Car­men, jak zwy­kle go­to­wa ją wspie­rać. A on? Wyglądał za­chwy­cająco. Czar­ne spodnie i ja­sna ko­szu­la z pod­wi­niętymi ręka­wa­mi pod­kreślały jego smukłą i umięśnioną syl­wetkę. Omiótł salę wzro­kiem i z ta­jem­ni­czym wy­ra­zem twa­rzy ru­szył w kie­run­ku Oli.

– Wi­taj, Alek­san­dro – przy­wi­tał ją swo­im ak­sa­mit­nym głosem. – Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo się cieszę, że wróciłaś. – Wręczył bu­kiet róż w ko­lo­rze ecru, które tak uwiel­biała.

– Dziękuję, są piękne – po­wie­działa, czując, jak at­mos­fe­ra za­czy­na gęstnieć.

Ze­bra­ni usiłowa­li nie gapić się na nich osten­ta­cyj­nie, ale można było usłyszeć różnego ro­dza­ju: yyyy, ach nooo ta­aak, eeee, nie­ee, ta­aak, yhy­yy. Niby nadal pa­no­wał gwar, ale wyraźnie czuła, że są w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia. Usłyszała na­gle głos Mi­gu­ela:

– Jak tam, ko­cha­ni, wszyst­ko do­brze? – Przy­wi­tał się z jej gościem. Mężczyźni kom­plet­nie się różnili cha­rak­te­ra­mi, ale łączyła ich wiel­ka zażyłość. – No to chy­ba wzbu­dzi­liście nie­małą sen­sację. Te­raz wszyst­ko ja­sne. – Uśmiechnął się sze­ro­ko. – Alek­san­dro, cze­kam na cie­bie w ta­kim ra­zie w pra­cy. Wpad­nij do mo­je­go biu­ra, omówimy szczegóły.

– Mi­gu­el, wrócimy jesz­cze do tego te­ma­tu, do­brze? – Nie chciała te­raz o tym myśleć.

– Ja­sne, już was zo­sta­wiam – po­wie­dział, zer­kając na nie­go po­ro­zu­mie­waw­czo. – Chodź, Car­men, opo­wiesz mi, jak ci idzie ko­rek­ta tej no­wej książki.

– Te­raz? – próbowała się wy­mi­gać.

– Właśnie te­raz. – Mi­gu­el oznaj­mił to z ta­kim na­ci­skiem, że Car­men mu­siała ska­pi­tu­lo­wać.

Ola po­deszła do baru, żeby po­pro­sić o włożenie kwiatów do wody. Podążył w ślad za nią, po­ru­szając się z kocią gracją. Miał w so­bie nie­wy­obrażalny wręcz ma­gne­tyzm, który moc­no na nią działał. Ogarnął ją za­pach do­brze zna­nej wody kolońskiej i na­gle wszyst­ko wróciło.

ROZ­DZIAŁ I

Po raz ostat­ni ro­zej­rzała się po miesz­ka­niu i po­spiesz­nie spraw­dziła, czy ni­cze­go nie prze­oczyła. Pasz­port już spa­ko­wała, bi­le­ty na sa­mo­lot włożyła do książki, pie­niądze i komórkę scho­wała do małej kie­szon­ki w to­reb­ce. Wy­da­wało się, że wszyst­ko jest na swo­im miej­scu.

Spoj­rzała na zdjęcia w ram­kach, po­usta­wia­ne na półce. Lubiła wspo­mi­nać najszczęśliw­sze i naj­bar­dziej bez­tro­skie chwi­le utrwa­lo­ne na fo­to­gra­fiach. Kie­dy miała gor­szy dzień, do­da­wały jej otu­chy i przy­wra­cały równo­wagę du­cha. Wy­da­wało się, że te­raz również roześmia­ne twa­rze naj­bliższych jej osób mówiły: Nie łam się! Prze­cież będzie su­per!

Ode­rwała się z tru­dem od wspo­mnień, zga­siła światła w miesz­ka­niu i wy­to­czyła wa­lizkę na ko­ry­tarz. Przekręciła klucz w zam­ku i ru­szyła w kie­run­ku win­dy. Wa­liz­ka wy­stu­ki­wała re­gu­lar­ny rytm, prze­jeżdżając po ka­fel­kach, którymi wyłożony był ko­ry­tarz. Do­cho­dziła do­pie­ro piąta piętnaście rano, więc win­da nie­za­trzy­my­wa­na przez in­nych miesz­kańców na­tych­miast po­ja­wiła się na piętrze.

Tego po­ran­ka Olę do­padły wątpli­wości, czy na pew­no słusznie postąpiła. Czy dla chwi­li sza­leństwa i za­spo­ko­je­nia młodzieńczych am­bi­cji war­to re­zy­gno­wać ze wszyst­kie­go? Wsiadła do win­dy i wzięła głęboki od­dech, czując, że łzy napływają jej do oczu. Wie­działa jed­nak, że te­raz już się nie wy­co­fa, po­nie­waż nie chciała do końca życia za­da­wać so­bie py­ta­nia: co by było gdy­by?

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem przeszła przez hol i z im­pe­tem pchnęła drzwi. Nie­mal zachłysnęła się lo­do­wa­tym po­wie­trzem. Tego dnia tem­pe­ra­tu­ra spadła do mi­nus trzy­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza. Śnieg naj­wy­raźniej padał całą noc, bo ścieżka pomiędzy klom­ba­mi, którą co­dzien­nie prze­cho­dziła, była le­d­wie wi­docz­na. Wa­liz­ka ciągnięta przez Olę zo­sta­wiała po so­bie wy­ry­ty w śnie­gu ko­ry­tarz.

– Tak, z pew­nością nie będzie tak źle – szepnęła do sie­bie, patrząc na biały puch za­le­gający wokół i ru­szyła w stronę cze­kającej już na nią taksówki. Kie­row­ca wy­siadł i otwo­rzył bagażnik.

– Dzień do­bry. – Skinęła głową na po­wi­ta­nie.

– Dzień do­bry. Dokąd je­dzie­my? – za­py­tał, wkładając bagaż do ku­fra.

– Na Okęcie – od­po­wie­działa sa­do­wiąc się na tyl­nym sie­dze­niu.

W tym mo­men­cie nie była z sie­bie dum­na. Zwy­kle zde­cy­do­wa­nie kie­ro­wała swo­im życiem i od razu wie­działa, cze­go chce i jak to osiągnąć. Kie­dy rze­czy­wi­stość ją za­ska­ki­wała, po­tra­fiła sta­wić jej czoła i wyjść z każdej nie­mal sy­tu­acji obronną ręką. Dlacze­go więc tym ra­zem było jej tak ciężko? Dlacze­go na­gle zaczęła się za­sta­na­wiać, czy de­cy­zja przez nią podjęta nie była zbyt po­chop­na i lek­ko­myślna?

– Czy będzie pani miała coś prze­ciw­ko temu, żebym włączył ra­dio? – za­py­tał uprzej­mie taksówkarz.

– Nie, oczy­wiście, że nie.

W tym sa­mym mo­men­cie roz­legł się głos spi­ke­ra:

– Oka­zu­je się, że na­wet w połowie stycz­nia zima może za­sko­czyć dro­gowców. Wie­le ulic w War­sza­wie po­zo­sta­je wciąż nie­prze­jezd­nych. Trud­na sy­tu­acja pa­nu­je również na lot­ni­sku Fry­de­ry­ka Cho­pi­na. Wie­le lotów jest opóźnio­nych…

– A pani dokąd leci? – Kie­row­ca spoj­rzał w lu­ster­ko, żeby uchwy­cić jej spoj­rze­nie.

– Do Mek­sy­ku – od­po­wie­działa naj­bar­dziej rze­czo­wym to­nem, na jaki było ją stać w tym mo­men­cie. Opty­mizm jej tego po­ran­ka nie do­pi­sy­wał, więc nie za­mie­rzała uda­wać, że jest in­a­czej.

– Na długo?

– Pół roku. Mam umowę na pół roku. – Uśmiechnęła się z tru­dem.

– I co tam pani będzie robić?

– Do­stałam pracę w wy­daw­nic­twie – od­po­wie­działa. Ku własne­mu za­sko­cze­niu, pociągnęła te­mat i dodała: – Je­stem edy­to­rem.

– W War­sza­wie jest tyle wy­daw­nictw, a pani wyjeżdża do pra­cy na dru­gi ko­niec świa­ta? – za­py­tał co­raz bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny.

– To nie ta­kie pro­ste do­stać dobrą pracę w War­sza­wie, a tam będę mogła odbyć staż i zdo­być doświad­cze­nie. Może po po­wro­cie łatwiej mi będzie do­stać po­sadę nie­związaną z pa­rze­niem kawy – dodała ze śmie­chem. Po­wo­li zaczęła się roz­luźniać. – Wie pan, jak to te­raz wygląda. Najchętniej przyj­mu­je się do pra­cy oso­by w wie­ku około dwu­dzie­stu pięciu lat, z wy­kształce­niem wyższym, przy­najm­niej trzy­let­nim doświad­cze­niem i władające bie­gle co naj­mniej dwo­ma języ­ka­mi. Po­przecz­ka często usta­wio­na jest zbyt wy­so­ko i dla­te­go mało kto po­zo­sta­je na swo­im sta­no­wi­sku na dłużej. Lu­dzie nie wy­trzy­mują pre­sji i wyścigu szczurów.

– Myśli pani, że La­ty­no­si mają in­a­czej?

– To się okaże, ale oni mają przede wszyst­kim inną men­tal­ność. Nie są tak ze­stre­so­wa­ni jak my, po­tra­fią się bawić i cie­szyć życiem. To na ra­zie tyl­ko teo­ria z książek, ale mam na­dzieję, że okaże się praw­dzi­wa.

– Ma tam pani kogoś zna­jo­me­go?

– Jesz­cze nie, ale po­pra­cuję nad tym – od­po­wie­działa z opty­mi­zmem, który za­sko­czył ją samą.

Właści­wie do tej chwi­li nie za­sta­na­wiała się nad tym, że ni­ko­go tam nie zna. Nie miała pro­ble­mu z za­wie­ra­niem no­wych zna­jo­mości, nowe oso­by po­ja­wiały się w jej życiu cały czas. Zdążyła się już przy­zwy­czaić do ta­kie­go sta­nu, więc wy­jazd do ob­ce­go kra­ju jej nie prze­rażał. Na szczęście ist­niały te­le­fo­ny i inne ko­mu­ni­ka­to­ry, więc jeśli na­wet to­wa­rzy­stwo w Mek­sy­ku okaże się mar­ne, i tak będzie mogła kon­tak­to­wać się z ro­dziną i przy­ja­ciółmi w Pol­sce. W dzi­siej­szych cza­sach od­ległość nie sta­no­wiła już żad­nej ba­rie­ry.

Kie­dy jed­nak z ra­dia popłynęła pio­sen­ka Nie­me­na Sen o War­sza­wie, po­now­nie do­padło ją przygnębie­nie. Biła się z myślami, że – opusz­czając mia­sto – zdra­dza to, co ko­cha.

Zaczęła uważniej przyglądać się bu­dyn­kom za oknem. Mia­sto było jesz­cze uśpio­ne, tyl­ko w nie­licz­nych oknach paliły się światła. Mrok roz­jaśniały je­dy­nie rzędy la­tar­ni, przez co wszyst­ko wokół przy­brało od­cie­nie sza­rości. Drze­wa z gałęzia­mi ugi­nającymi się pod ciężarem śnie­gu nie­mal do zie­mi, wyglądały jak z baj­ki. Po dro­dze minęli wiel­kie­go, opa­tu­lo­ne­go gru­bym, czer­wo­nym sza­lem bałwana, którego ule­pio­no tuż obok ogrom­nej, przy­stro­jo­nej świa­tełkami cho­in­ki. Wy­da­wało się, że duch świąt Bożego Na­ro­dze­nia wciąż był obec­ny.

Po chwi­li taksówka za­trzy­mała się przed ter­mi­na­lem.

– Życzę pani po­wo­dze­nia – po­wie­dział przy­jaźnie taksówkarz, sta­wiając wa­lizkę na odśnieżonym chod­ni­ku.

– Dziękuję. – Zapłaciła za kurs i ru­szyła w stronę wejścia.

Czując lo­do­wa­te po­dmu­chy wia­tru zaczęła cie­szyć się, że za nie­spełna dobę nie będzie mu­siała nosić gru­be­go płasz­cza i będzie mogła zno­wu cie­szyć się ciepłem. Za­mia­na skórza­nych, wyściełanych fu­trem ko­zaków na ja­pon­ki była zde­cy­do­wa­nym plu­sem wy­jaz­du. Nie lubiła zimy. Nie wi­działa ni­cze­go wspa­niałego w białym pu­chu za­le­gającym na chod­ni­kach. Drażniły ją też białe za­cie­ki z soli na bu­tach po każdym wyjściu z domu. Ta pora roku zde­cy­do­wa­nie nie sprzy­jała do­bre­mu sa­mo­po­czu­ciu – wiecz­nie za­czer­wie­nio­ny nos, fry­zu­ra znisz­czo­na przez na­kry­cia głowy, ubie­ra­nie się na ce­bulkę i de­pre­sja zi­mo­wa spo­wo­do­wa­na bra­kiem słońca.

Naj­pierw skie­ro­wała się do ta­bli­cy przy­lotów i od­lotów. Na szczęście jej lot nie był opóźnio­ny i po dwóch go­dzi­nach sie­działa już w sa­mo­lo­cie do Paryża, gdzie miała się prze­siąść na lot do Mek­sy­ku. Zajęła swo­je miej­sce przy oknie i spoj­rzała na płytę lot­ni­ska. Nie lubiła latać pod­czas ta­kich wa­runków po­go­do­wych.

W pew­nym mo­men­cie do sa­mo­lo­tu wszedł mężczy­zna z bar­dzo wi­doczną nad­wagą. Z tru­dem wpa­ko­wał swój bagaż podręczny do schow­ka, który był już zapełnio­ny przez rze­czy in­nych podróżnych. Spoj­rzał na Olę i nie bez pro­ble­mu wpa­so­wał się w środ­ko­we miej­sce obok niej. Po­wstrzy­mując się od wes­tchnie­nia, pomyślała, że właśnie o ta­kim to­wa­rzy­stwie „ma­rzyła”. Gdy tyl­ko sa­mo­lot osiągnął wy­so­kość prze­lo­tową, wyciągnęła iPo­da, włączyła al­bum Ive Men­des i przy­mknęła oczy. Opuściła niżej fo­tel i niedługo później zasnęła.

Przyśniło jej się, że spa­ce­ru­je po złoci­stej plaży. Fale oce­anu ob­my­wały jej bose sto­py. Było tak roz­kosz­nie ciepło i pięknie. Usiadła na pia­sku i pa­trzyła na fale, które wy­rzu­cały mnóstwo ślicz­nych, ko­lo­ro­wych, małych mu­sze­lek. Kie­dy zaczęła je zbie­rać, usłyszała odgłos zupełnie nie­pa­sujący do nad­mor­skie­go kra­jo­bra­zu. Zdzi­wio­na pod­niosła wzrok i zo­ba­czyła, że jej bab­cia jeździ po plaży głośno charczącym trak­to­rem i ma­cha do niej ener­gicz­nie, zupełnie jak­by chciała po­wie­dzieć: dość tego, śpio­chu, wsta­waj! War­kot sta­wał się co­raz głośniej­szy, aż w końcu był nie do wy­trzy­ma­nia i Ola się obu­dziła.

Przez chwilę nie wie­działa, gdzie jest i dla­cze­go ma przed ocza­mi czy­jeś otwar­te usta z wa­chlującymi przy każdym wde­chu i wy­de­chu war­ga­mi. Mężczy­zna obok niej nie tyl­ko donośnie chra­pał, lecz także pra­wie się o nią oparł. Miał sze­ro­ko otwar­te usta i chu­chał jej pro­sto w nos! W pierw­szym od­ru­chu miała ochotę go szturchnąć, ale za­miast tego zaczęła się bezgłośnie, nie­mal hi­ste­rycz­nie śmiać. Wte­dy za­uważyła, że lu­dzie siedzący w po­bliżu co chwi­la spoglądali roz­drażnie­ni na jej współpasażera.

Opa­no­waw­szy swo­je roz­ba­wie­nie, przy­brała poważny wy­raz twa­rzy i potrząsając de­li­kat­nie ręką sąsia­da, po­pro­siła, żeby ją prze­puścił. Kie­dy mężczy­zna nie­znacz­nie pod­ciągnął nogi pod fo­tel, prze­cisnęła się obok nie­go i poszła do to­a­le­ty. Po­pa­trzyła na sie­bie w lu­strze, wyciągnęła ko­sme­tyczkę i po­pra­wiła ma­ki­jaż.

– Do­bra, mała, weź się w garść – po­wie­działa pro­tek­cjo­nal­nie do swo­je­go od­bi­cia. – Dasz radę, a jeśli ja­kimś cu­dem ci się tam nie spodo­ba, za­wsze możesz wrócić do domu. – Puściła do sie­bie oczko i uśmiechnęła się. – Głowa do góry!

Wróciła na swo­je miej­sce, włączyła iPo­da i zaczęła czy­tać kie­szon­ko­wy prze­wod­nik po Mek­sy­ku. Na szczęście gru­bas siedzący obok zaczął oglądać film i prze­stał zakłócać in­nym spokój. Czy­tała aku­rat o naj­wyższym dra­pa­czu chmur Tor­re May­or, kie­dy z sie­dze­nia przed nią wy­strze­liła w jej kie­run­ku czy­jaś ręka. Spoj­rzała zdzi­wio­na na dłoń skie­ro­waną pro­sto w jej czoło.

A to co do li­cha? Wy­ci­szyła mu­zykę i wy­chy­liła się de­li­kat­nie, aby zo­ba­czyć przez szcze­linę między fo­te­la­mi, kto przed nią sie­dzi. Oka­zało się, że miej­sca zaj­mują dwie ko­bie­ty około pięćdzie­siątki. Znie­czu­lały się al­ko­ho­lem i roz­ma­wiały dość głośno i bełko­tli­wie. Jed­na z nich zaczęła po­pra­wiać fry­zurę, wy­stającą po­nad opar­cie. Z ku­cy­ka na czub­ku głowy zaczęły się sypać po­je­dyn­cze, sztucz­ne blond włosy, które lądowały na ko­la­nach i tak już roz­drażnio­nej Oli.

Nie wy­trzy­mam!!! – krzyknęła w myślach i kie­dy ręka ko­bie­ty po raz ko­lej­ny wy­star­to­wała w kie­run­ku jej twa­rzy, pod­niosła się i po­chy­liła nad opar­ciem.

– Prze­pra­szam, ale czy mogłaby pani…

– So? – za­py­tała ni­skim głosem blon­dy­na i spoj­rzała błędnym wzro­kiem.

– Czy mogłaby pani nie ude­rzać ręką w opar­cie?

– Do­bra – od­po­wie­działa, za­trzy­mując na Oli spoj­rze­nie. Miała po­sza­rzałą cerę i zbyt in­ten­syw­ny jak na swój wiek ma­ki­jaż, który w do­dat­ku był roz­ma­za­ny.

– Dziękuję.

Szyb­ko się jed­nak oka­zało, że prośba nie miała sen­su. Zresztą po­dob­nie nie­sku­tecz­ne byłoby jej po­na­wia­nie. Obie pa­nie bo­wiem do­pro­wa­dziły się do ta­kie­go sta­nu, że prze­stały kon­tro­lo­wać sy­tu­ację. Na szczęście nie­ba­wem pi­lot ogłosił pod­cho­dze­nie do lądo­wa­nia. Kie­dy koła do­tknęły płyty lot­ni­ska, lu­dzie zaczęli z ożywie­niem pa­ko­wać książki, lap­to­py, ga­ze­ty i te­le­fo­ny.

W pew­nym mo­men­cie ko­bie­ta ze sztuczną blond treską na czub­ku głowy odwróciła się do Oli i za­py­tała:

– Szy jess tam mo­sze mój but?

– But? – Ola ro­zej­rzała się. – Nie, tu­taj go nie ma.

– Ale jah go pani znaj­zie, do płosze go tu do mie kofnąć.

– Do­brze, na pew­no go pani od­dam. – Zro­biło jej się trochę żal nie­zna­jo­mej.

Usta­wiła się w ko­lej­ce do wyjścia i usłyszała za sobą za­chryp­nięty i już nie­co zde­ner­wo­wa­ny głos.

– Szy wi­ział ktoś mój but?!

Wywróciła ocza­mi, uśmiechnęła się do mi­ja­ne­go per­so­ne­lu pokłado­we­go i wyszła na scho­dy pro­wadzące na płytę lot­ni­ska. Na dole cze­kał już pod­sta­wio­ny au­to­bus. Po chwi­li zna­lazła się w ter­mi­na­lu. Przeszła przez ko­lejną od­prawę wprost do stre­fy bezcłowej. Dla za­bi­cia cza­su po­sta­no­wiła pokręcić się po skle­pach, bez za­mia­ru ku­pie­nia cze­goś kon­kret­ne­go. Jak na każdym lot­ni­sku wy­sta­wy kusiły pro­mo­cyj­ny­mi ce­na­mi mar­ko­wych ko­sme­tyków i per­fum, do­brym al­ko­ho­lem oraz wy­bor­ny­mi słody­cza­mi. Nie mogło też za­braknąć sklepów z upo­min­ka­mi, dla tych, którzy nie mie­li cza­su pomiędzy spo­tka­nia­mi biz­ne­so­wy­mi, aby zro­bić za­ku­py w Paryżu.

Do następne­go lotu miała dwie go­dzi­ny. Po­sta­no­wiła więc zagłębić się w lek­tu­rze książki, którą kupiła jakiś czas temu, ale nie miała oka­zji do niej zaj­rzeć. Od dziec­ka uwiel­biała książki i kie­dy na szczy­cie li­sty ma­rzeń jej ko­legów znaj­do­wał się kom­pu­ter, ona ma­rzyła o własnej bi­blio­tecz­ce. Naj­le­piej ta­kiej z półkami pod sam su­fit i drew­nianą dra­binką prze­su­waną wzdłuż regałów. Książki stały się dla niej przy­ja­ciółmi, na których za­wsze mogła li­czyć, ale dla których nie­ste­ty często nie miała cza­su. Sys­te­ma­tycz­nie ku­po­wa­ne gro­ma­dziły się i cier­pli­wie cze­kały na swoją ko­lej.

W przy­jem­nie wyglądającej ka­wiar­ni zamówiła lat­te i ka­napkę. Siedząc przy sto­li­ku, zerknęła w stronę ta­bli­cy od­lotów i z re­zy­gnacją za­uważyła, że nie­mal wszyst­kie loty były opóźnio­ne, w tym również ten do Mek­sy­ku. Wa­run­ki po­go­do­we naj­wy­raźniej po­gor­szyły się również tu­taj. Miała jed­nak na­dzieję, że nie będzie mu­siała cze­kać zbyt długo.

Nie­ste­ty spełniły się jej naj­gor­sze prze­czu­cia i wszyst­kie ko­lej­ne loty kie­ro­wa­no na inne lot­ni­ska. Z go­dzi­ny na go­dzinę do­pa­dało ją co­raz większe zmęcze­nie i znie­cier­pli­wie­nie. Naj­gor­sze, że nikt nie po­tra­fił ja­sno określić, kie­dy loty zo­staną wzno­wio­ne. Tkwiła więc po­dob­nie jak inni, za­wie­szo­na w próżni. Do­pie­ro o dwu­dzie­stej trze­ciej na ta­bli­cy od­lotów i przy­lotów po­ja­wiły się we­zwa­nia do od­po­wied­nich bra­mek oraz ko­mu­ni­ka­ty nada­wa­ne przez głośniki. W jed­nej chwi­li za­pa­no­wało za­mie­sza­nie i zgiełk.

Kie­dy zaczęła się od­pra­wa do Mek­sy­ku, Ola jako jed­na z pierw­szych usta­wiła się w ko­lej­ce. Sia­dając na swo­im miej­scu w sa­mo­lo­cie, po­czuła się po­twor­nie zmęczo­na. Wyłączyła te­le­fon, wyciągnęła książkę i zaczęła się przyglądać wsia­dającym pasażerom. Chwilę później przy­siadł się star­szy pan, a miej­sce pomiędzy nimi zajął młody mężczy­zna.

Pod­czas star­tu spoj­rzała na de­li­kat­nie drgające skrzydło. Nie lubiła tego wi­do­ku, który za­wsze przy­pra­wiał ją o gęsią skórkę. Za każdym ra­zem tłuma­czyła so­bie upar­cie, że gdy­by z sa­mo­lo­tem było coś nie tak, załoga nie zgo­dziłaby się wy­star­to­wać. Skrzydło nie może być prze­cież zupełnie sztyw­ne, musi się odro­binę pod­da­wać opo­ro­wi po­wie­trza i być względnie ela­stycz­ne. Gdy sa­mo­lot od­ry­wał się od zie­mi, jej błędnik za­czy­nał sza­leć i zda­rzało się, że do­sta­wała mdłości. Je­dy­nym sku­tecz­nym spo­so­bem było nie pa­trzeć przez okno. Przy­mknęła więc oczy i po­cze­kała, aż sa­mo­lot osiągnie wy­so­kość prze­lo­tową.

Chłopak siedzący obok przyglądał się jej uważnie.

– Cześć! – po­wie­dział po an­giel­sku z wyraźnym ob­cym ak­cen­tem, za­lot­nie się przy tym uśmie­chając.

– Cześć! – od­po­wie­działa.

– Je­stem Lo­uis, a ty?

– Ola.

– Miło mi, Olu.

– Mnie również. – Nie prze­pa­dała za za­czep­ka­mi ze stro­ny ob­cych mężczyzn, ale sko­ro miała spędzić tyle cza­su w sa­mo­lo­cie, to do­brze mieć to­wa­rzy­stwo.

– Nie prze­pa­dam za la­ta­niem – przy­znał się. – Le­cisz na wa­ka­cje?

– Nie, do pra­cy. A ty?

– Ja­jadę po­zwie­dzać. Za­wsze chciałem zo­ba­czyć Teo-ti­hu­acan z aleją pi­ra­mid i pałaców, no i oczy­wiście ośro­dek Majów Chi­chen Itza. A te­raz nada­rzyła mi się oka­zja i po­sta­no­wiłem z niej sko­rzy­stać. W Paryżu pra­co­wałem w dużej kor­po­ra­cji. Wiesz, jak to jest. Pra­cu­jesz od rana do nocy, nie masz cza­su na nic, ale za to za­ra­biasz do­bre pie­niądze. – Po słowo­to­ku, który płynął z jego ust, można było wy­wnio­sko­wać, że rze­czy­wiście de­ner­wu­je się lo­tem.

– Tyl­ko co z tego, sko­ro nie masz kie­dy z nich sko­rzy­stać. Po­wiedz­my, że o je­den raz za dużo miałem od­mien­ny punkt wi­dze­nia niż mój szef, i w grud­niu się roz­sta­liśmy. To praw­do­po­dob­nie je­dy­na oka­zja, żeby zo­ba­czyć te miej­sca. Z moim CV nie będę długo cze­kał na pro­po­zy­cje, więc te­raz albo nig­dy – po­chwa­lił się, wyraźnie z sie­bie dum­ny. – Za­czy­nam w Mek­sy­ku, później chciałbym po­je­chać do Ar­gen­ty­ny. Swoją wielką podróż zakończę chy­ba w Rio de Ja­ne­iro, ale to jesz­cze nie jest pew­ne. – Chłopak opo­wia­dał z błyskiem w oczach i ta­kim en­tu­zja­zmem, że Ola również za­pragnęła zo­ba­czyć wszyst­kie te cu­dow­ne miej­sca. – A właści­wie skąd je­steś? Jak słyszysz zapew­ne, ja je­stem Fran­cu­zem.

– Ja je­stem z Pol­ski4.

– Ach z Ho­lan­dii.

– Nie, z Pol­ski. – Była szcze­rze zdzi­wio­na. Przez chwilę się za­sta­no­wił.

– A z ja­kie­go mia­sta?

– Z War­sza­wy.

– Aha z Oslo5. – Nie wyglądał na kogoś, kto żar­tu­je.

Ola z całych sił sta­rała się nie roześmiać.

– Nie, Oslo jest sto­licą Nor­we­gii. Ja je­stem Polką z War­sza­wy.

– No do­bra, wygłupiłem się – przy­znał za­wsty­dzo­ny. – Prze­pra­szam, moja wie­dza z geo­gra­fii nie jest im­po­nująca.

– To praw­da, nie jest. – Prze­pra­szająca mina i ma­lujące się na jego twa­rzy zakłopo­ta­nie spra­wiły, że za­czy­nała go lubić. Był gawędzia­rzem, a zna­jo­mość mapy Eu­ro­py nie wy­da­wała się w tym mo­men­cie szczególnie ważna. Chciała miło spędzić podróż i jak na ra­zie wszyst­ko było na do­brej dro­dze. Po kil­ku se­kun­dach mil­cze­nia po­now­nie ode­zwał się swo­bod­nym to­nem:

– A co ty będziesz robić w Mek­sy­ku?

– Sama się nad tym za­sta­na­wiam. Do dzi­siaj wszyst­ko wy­da­wało się świetną przy­godą, ale te­raz sama już nie wiem. Większość mo­ich zna­jo­mych w War­sza­wie założyła ro­dzi­ny albo są tak zajęci ka­rierą za­wo­dową, że nie mają cza­su na nic in­ne­go. Po­czułam, że dopóki nie mam własnej ro­dzi­ny i nie robię za­wrot­nej ka­riery, to chciałabym zro­bić coś dla sie­bie, coś o czym ma­rzyłam, ale do tej pory nie mogłam tego zre­ali­zo­wać. Półtora roku temu za­pi­sałam się na kurs hisz­pańskie­go. Te­raz mało kto mówi tyl­ko w jed­nym języku, choć najczęściej wszy­scy uczą się angielskie­go. Przy­pa­dek zrządził, że za­przy­jaźniłam się z Mek­sy­kanką, która nas uczyła. Właści­wie dzięki tej zna­jo­mości na­uczyłam się hisz­pańskie­go o wie­le szyb­ciej i o wie­le le­piej, niż na ja­kim­kol­wiek kur­sie języ­ko­wym. Eva również jest nie­spo­kojną duszą i dla­te­go wy­je­chała z Ame­ry­ki. Tak spodo­bało się jej w Pol­sce, że po­sta­no­wiła zo­stać na dłużej. Wie­le razy opo­wia­dała mi o swo­im kra­ju i z każdą ko­lejną opo­wieścią wzra­stał mój ape­tyt na wy­jazd. Pew­ne­go dnia za­pro­po­no­wała mi staż u swo­je­go ku­zy­na w Mek­sy­ku. Byłam w szo­ku. Opo­wia­dała mi o wy­daw­nic­twie, które on pro­wa­dzi. Ona i Mi­gu­el są ze sobą bar­dzo zżyci i tyl­ko dla­te­go zgo­dził się przyjąć mnie na pół roku na próbę. Mogę się za­trzy­mać na ten czas w jej miesz­ka­niu. Nie zna­lazłam prze­ko­nujących ar­gu­mentów, żeby jej odmówić, i pew­nie dla­te­go nie mu­siała mnie długo na­ma­wiać do tego po­mysłu.

– Nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria. Mu­si­my ko­niecz­nie po­zo­stać w kon­tak­cie, bo je­stem ogrom­nie cie­ka­wy, jak się to wszyst­ko po­to­czy.

– Tak, ja też je­stem cie­ka­wa.

– Ale skąd to zwątpie­nie? Prze­cież tego chciałaś. Sama mówisz, że tak na­prawdę nie ma po­wo­du, żebyś nie mogła po­zwo­lić so­bie na taką przy­godę. Nic cię nie ogra­ni­cza, więc nie czuj się win­na, że ro­bisz coś dla sie­bie.

– A nie wy­da­je ci się to trochę nie­od­po­wie­dzial­ne?

– Nie, a niby dla­cze­go? Nie je­steś matką pięcior­ga dzie­ci, która pod­rzu­ciła je na pół roku do dziadków i po­je­chała sza­leć w mek­sy­kańskich ku­ror­tach. Twój wy­jazd nie wy­da­je mi się fa­na­be­rią, tyl­ko na­prawdę po­zwo­li ci zro­bić coś dla sie­bie. Po co iść z nur­tem i przeżyć sza­re, nud­ne życie, sko­ro można popłynąć pod prąd. I nie­za­leżnie od tego, czy jest to wy­daw­nic­two duże czy małe, będzie bar­dzo do­brze wyglądać w two­im CV.

– Od tej pory tak właśnie będę o tym myśleć. – Spoj­rzała na nie­go z wdzięcznością.

– Moja wy­ciecz­ka po­trwa mniej więcej dwa mie­siące, więc może spo­tka­my się jesz­cze, za­nim wy­jadę. Pokażę ci zdjęcia, które zro­bię moim no­wym ni­ko­nem. – Zaczął wy­chwa­lać jego funk­cjo­nal­ność i opo­wia­dał o jego częściach w tak fa­cho­wy sposób, że po­mi­mo szcze­rych chęci Ola odpłynęła myślami.

Przyj­rzała mu się uważnie. Miał ciem­ne, dość krótko przy­strzyżone włosy, dwu­dnio­wy za­rost, był bar­dzo szczupły i wy­so­ki. Smukła twarz oraz cha­rak­te­ry­stycz­ny dla Fran­cuzów wy­dat­ny nos dopełniały wi­ze­run­ku. W mio­do­wych oczach widać było, że jest pod­eks­cy­to­wa­ny swoją wy­prawą, świeżo za­ku­pio­nym sprzętem fo­to­gra­ficz­nym i cze­kającymi go przy­go­da­mi.

– Je­steś jesz­cze ze mną? Za­nu­dzam cię, praw­da? – za­py­tał z roz­bra­jającą szcze­rością.

– Skąd, je­stem tyl­ko zmęczo­na. Wstałam dzi­siaj po trze­ciej rano. – Pokręciła głową i wy­pro­sto­wała się.

– Chy­ba wiem, jak cię obu­dzić. – Puścił do niej oczko, wstał i z tru­dem ominął śpiącego obok mężczyznę, który dla stłumie­nia światła owinął so­bie twarz czer­wo­nym sza­li­kiem.

Po chwi­li Lo­uis wrócił na swo­je miej­sce, a ste­war­de­sa podała im białe wino.

– Wy­obraź so­bie, że je­steś na naj­dziw­niej­szej rand­ce, na ja­kiej nig­dy jesz­cze nie byłaś. A sko­ro je­steś na rand­ce, nie możesz zasnąć – po­wie­dział, patrząc na nią za­lot­nie.

– To na­prawdę naj­dziw­niej­sze za­pro­sze­nie na drin­ka, ja­kie kie­dy­kol­wiek miałam. Prze­biłeś na­wet chłopa­ka, który w li­ceum za­cze­pił mnie słowa­mi: „kupić ci pi­cie?” – Zaczęła się śmiać.

– Za­wsze sta­rałem się być ory­gi­nal­ny w tych kwe­stiach, je­stem prze­cież Fran­cu­zem – oznaj­mił, wy­wra­cając znacząco ocza­mi i uśmie­chając się. – Po­win­naś po­je­chać ze mną na wy­prawę. Byłoby we­se­lej.

– Oj, żebyś wie­dział, że byłoby wesoło! Miałbyś własny cyrk na kółkach! Już widzę sie­bie prze­mie­rzającą las tro­pi­kal­ny i wrzeszczącą na wi­dok każdego na­po­tka­ne­go, pa­skud­ne­go ro­ba­la. Nie wspomnę już o wężach i dra­pieżni­kach.

– Prze­cież nie będę sam, będą ze mną prze­wod­ni­cy. Gdy­by tu­ry­stom gro­ziło re­al­ne nie­bez­pie­czeństwo, nikt by się nie de­cy­do­wał na ta­kie eska­pa­dy. A zresztą oglądałem wie­le pro­gramów kręco­nych w Ama­zo­nii i nie działo się w nich nic mrożącego krew w żyłach. Ostat­nio le­ciał od­ci­nek Top Gear6 kręcony właśnie w Ama­zo­nii…

– Ten, w którym ści­ga­li się do oce­anu? – Ola weszła mu w słowo.

– Nie tyl­ko piękna, ale też fan­ka mo­to­ry­za­cji. Szko­da, że nie mam tu­taj pierścion­ka, bo padłbym na ko­la­na i nie po­zwo­lił ci odejść. – Na szczęście w jego to­nie głosu było tyle hu­mo­ru, że nie po­czuła się zażeno­wa­na tan­det­nym pod­ry­wem.

– No nie, tak ide­al­nie zno­wu nie jest. Zupełnie nie znam się na mo­to­ry­za­cji, ale Top Gear działa na mnie hip-no­ty­zująco. Uwiel­biam ten pro­gram.

– Jer­ry jest świet­ny, cho­ciaż to An­glik.

– Jest świet­ny, ale mnie naj­bar­dziej roz­czu­la Ri­chard. On chy­ba jesz­cze nig­dy nie wy­grał wyścigu, za­wsze jest coś nie tak z jego po­jaz­dem. Albo szwan­kują mu ha­mul­ce, albo nie ma da­chu, gdy jest mróz. Pamiętasz, jak mu­siał ha­mo­wać, kie­dy ude­rzył w auto Ja­me­sa na dro­dze śmier­ci do La Paz?

– Tak. Pamiętam też, jak pa­no­wie nałyka­li się via­gry, kie­dy zaczęli od­czu­wać skut­ki cho­ro­by wy­so­kościo­wej. – Par­sknęli śmie­chem jed­no­cześnie. Mie­li niezły ubaw, przy­po­mi­nając so­bie ko­lej­ne śmiesz­ne sy­tu­acje z pro­gra­mu.

Do­sko­na­le im się roz­ma­wiało. Obo­je byli bar­dzo otwar­ci i po­mi­mo po­ja­wiających się trud­ności języ­ko­wych po­tra­fi­li bez pro­ble­mu się po­ro­zu­mieć. Ola czuła się w jego to­wa­rzy­stwie bar­dzo swo­bod­nie i cie­szyła się, że tra­fiła na ta­kie­go to­wa­rzy­sza podróży, a nie na ko­lej­ne­go „glo­no­ja­da” z nieświeżym od­de­chem. Nie miała cza­su myśleć o tym, że nie prze­pa­da za la­ta­niem i że przed nią jesz­cze sie­dem go­dzin lotu. Roz­ma­wiając i śmiejąc się, nie mar­twiła się również przyszłymi pro­ble­ma­mi związa­ny­mi ze zmianą stre­fy cza­so­wej.

W pew­nym mo­men­cie zaczęły się de­li­kat­ne tur­bu­len­cje. Na­tych­miast po­ja­wiły się ste­war­de­sy, które sta­now­czym to­nem po­pro­siły, żeby pod­nieść wszyst­kie opar­cia i po­za­my­kać sto­li­ki. Ola bez­wied­nie za­cisnęła dłonie na zapiętym pa­sie bez­pie­czeństwa. Wyj­rzała przez okno, ale ciem­ność ob­le­piała kadłub z każdej stro­ny, nie dając szans na zna­le­zie­nie ja­kie­go­kol­wiek punk­tu od­nie­sie­nia.

– To chy­ba od­po­wied­nia pora na opo­wieść o two­im naj­gor­szym lo­cie. Tyl­ko nie mów, że właśnie go doświad­czasz, bo po­czuję się szcze­rze urażony – za­gadnął Lo­uis.

– Co? Dla­cze­go o naj­gor­szym?

– No wiesz, tak jak na bi­wa­ku opo­wia­da się strasz­ne hi­sto­rie i oświe­tla twa­rze la­tarką od dołu.

Ola nie podjęła wątku, więc kon­ty­nu­ował:

– Jeśli ja za­cznę ci coś opo­wia­dać, nie będziesz w sta­nie sku­pić się na mo­ich słowach. Na­to­miast jeśli ty mi coś opo­wiesz, za­po­mnisz, że trochę nas pod­rzu­ca. Je­steś ko­bietą, nie po­trze­bu­jesz chy­ba spe­cjal­nej zachęty do mówie­nia! Prze­cież wam w mówie­niu nic nie jest w sta­nie prze­szko­dzić! No a już na pew­no nie ta­kie mar­ne tur­bu­len­cje. – Spoj­rzał na nią za­czep­nie z błyskiem w oku.

– W nor­mal­nych wa­run­kach po­wie­działabym ci, co myślę o ta­kim po­strze­ga­niu ko­biet, ale ro­zu­miem twój tok myśle­nia, więc cię oszczędzę. Naj­kosz­mar­niej­szy lot, niech pomyślę… Chy­ba ten, z którego nie­wie­le pamiętam. Dzie­sięć go­dzin cze­kałam na lot­ni­sku w Lon­dy­nie. Przez całą noc piłam red bul­la, żeby nie zasnąć, i czy­tałam naj­gorszą książkę na świe­cie. Przed sa­mym lo­tem połknęłam avio­ma­rin, to taki lek na cho­robę lo­ko­mo­cyjną, bo pierw­szy raz miałam le­cieć samolo­tem i bałam się, że mój żołądek za­straj­ku­je. Ten lek działa uspo­ka­jająco i otępiająco, jed­nak w połącze­niu z na­po­ja­mi ener­ge­ty­zującymi, które wle­wałam w sie­bie przez całą noc, spo­wo­do­wał, że zaczęłam się trząść. Do­daj­my do tego jesz­cze stres i po­wsta­nie mie­szan­ka wy­bu­cho­wa jak się pa­trzy. Nie pamiętam sa­mej podróży. Wie­działam, że ktoś obok mnie sie­dział i na­wet chwilę roz­ma­wia­liśmy, ale za­raz po­tem odpłynęłam i obu­dziłam się do­pie­ro wte­dy, kie­dy kołowa­liśmy nad lot­ni­skiem. Czułam się fa­tal­nie. A twój naj­gorszy lot?

– Nie miałem ne­ga­tyw­nych doświad­czeń z sa­my­mi sa­mo­lo­ta­mi. Ale