Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 651 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mekka. Święte miasto - Ziauddin Sardar

Mekka to serce islamu, miejsce narodzin Mahometa. W jej stronę zwracają się wierni podczas modlitwy, do niej zmierzają co roku miliony pielgrzymów ze wszystkich zakątków świata. Jednak znaczenie Mekki wykracza poza aspekty religijne: stosunek muzułmanów do politycznej i kulturowej historii tego miejsca miał i nadal ma ogromny wpływ na wydarzenia na świecie.

Jeden z najbardziej znanych współczesnych islamskich intelektualistów prezentuje niezwykłe spojrzenie nie tylko na duchowy wymiar Mekki, wywoływane przez nią namiętności, ekstazę i tęsknoty, ale także na napięcie między dziedzictwem a nowoczesnością, które jest charakterystycznym elementem historii tego miasta. Odsłania kolejne jego kolejne wymiary i przygląda się niezwykłej fascynacji, jaką Mekka przez wieki budziła w wyobraźni ludzi Zachodu.

Ta książka to odkrywcze, nieraz poetyckie, ale i niepozbawione humoru połączenie historii, reportażu i wspomnień. To dzieło, które pozwala nam zajrzeć za zamknięte drzwi jednego z najważniejszych miejsc we współczesnym świecie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

"Książka Sardara jest książką fundamentalną. Przede wszystkim dlatego, że przynosi rozległy i niezwykle sumienny obraz najważniejszego ze świętych miast islamu, sięga z wielką erudycją i znawstwem ku duchowym i kulturowym podstawom tej religii. Po drugie dlatego, że taki właśnie – fundamentalny – jest zakrój tej książki, układającej się w ogromną panoramę historyczną. Po trzecie wreszcie, nie ma w języku polskim publikacji – a i w piśmiennictwie światowym jest ich stosunkowo niewiele, poświęconych właśnie Mekce. Książka nie ma wyznawczego, konfesyjnego charakteru, nie jest religijną apologią, lecz udokumentowaną relacją historyczną i opowieścią o niezwykle ważnym centrum światowej kultury. I może dostarczyć europejskiemu czytelnikowi obrazów kluczy do dziejowych przypadków islamu, jego dramatycznych zawiłości i jego „tajemnic”." prof. Zbigniew Mikołejko

"Nieczęsto zdarza się, by ktoś opisał historię miasta z tak ogromną pasją. Książka Sardara to cudowna opowieść o Mekce z perspektywy muzułmańskiego intelektualisty. To wciągająca lektura, a równocześnie niezwykle istotne opracowanie naukowe dotyczące jednego z najważniejszych miast na świecie." William Dalrymple, „The Observer”

"Od książki światowej klasy intelektualisty i historyka islamu oczekujemy, że odkryje przed nami nieznany świat. Ziauddin Sardar nie rozczarowuje. W biografii najświętszego miasta muzułmanów zabiera czytelników w fascynującą podróż." Seema Chishti, „The Indian Express”

"Książka Sardara to nie spacer po ulicach Mekki – to widok miasta z lotu ptaka, pozwalający czytelnikom zobaczyć, w jak niesamowity sposób rozwija się to wspaniałe miasto." Lynx Qualey, „Caixin Online”

"To przepiękny hymn o miłości do najświętszego miasta muzułmanów." „The Spectator”

Opinie o ebooku Mekka. Święte miasto - Ziauddin Sardar

Fragment ebooka Mekka. Święte miasto - Ziauddin Sardar

Już w księgarniach:

Charles King O północy w Pera Palace. Narodziny współczesnego Stambułu

Następna książka w serii MIASTA:

Charles King Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów

Ziauddin Sardar

Mekka

Święte miasto

Przełożył Damian Jasiński

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Mecca: The Sacred City

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Ziauddin Sardar, 2014

This translation of Mecca: The Sacred City, 1st edition is published by Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o. by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Damian Jasiński, 2016

Copyright © for the map by John Gilkes

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Indeks Anna Strożek / d2d.pl

Korekta Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl, Anna Strożek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-8049-389-6

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2016 · Wydanie I

Książkę tę poświęcam pamięci mojego przyjaciela Ajjuba Malika, wybitnego artysty ceramika i architekta. Z rozrzewnieniem wspominam skrzące się dowcipem rozmowy i dobre chwile spędzone razem na ulicach Mekki i Dżuddy, a także na mojej werandzie

Wstęp

Mekka jak magnes

Pielgrzymkowy autobus utknął w niemiłosiernym korku. Przyglądałem się, jak zasnute poranną mgłą kłębowisko pojazdów ciągnie się kilometrami. Żółte autobusy, dokładnie takie jak te, które w Ameryce dowożą dzieci do szkoły, były oklejone dużymi napisami w językach arabskim i angielskim. Wokoło kotłowały się wzburzone fale białego materiału, który okrywał niezliczoną rzeszę pielgrzymów. Jedynym znakiem istnienia indywidualności w tym oceanie były różne odcienie ludzkiego ciała. Wszyscy pielgrzymujący mężczyźni noszą ten sam tradycyjny strój – ihram – złożony z dwóch płatów pozbawionego szwów materiału, które zakłada się w taki sposób, by jedno ramię pozostało odkryte. Ten potężny, falujący tłum – jakieś dwa–trzy miliony ludzi – napływa z całego świata. Wszyscy zmierzają w wyznaczonym czasie właśnie do tego miejsca – do Mekki.

Po przybyciu do celu stłoczeni pielgrzymi krążą po mieście i okolicach, przemieszczając się między świętymi miejscami. Fala, którą obserwowałem, miała ich przenieść z Muzdalify, gdzie spędzili noc pod gołym niebem, do Miny, jakieś pięć kilometrów dalej, gdzie mieli symbolicznie upokorzyć szatana, rzucając kamieniami w trzy słupy. Teraz jednak impet tego potężnego przypływu jakby osłabł, co przypominało falę, która natrafiła na wąski przesmyk. Jej spieniony grzbiet na razie nie dawał po sobie poznać, że postępuje naprzód. Gdy tak się temu przyglądałem z dogodnego miejsca, zafascynowało mnie coś innego niż chwiejna dynamika tego pozornego bezruchu – niespokojne przestoje właśnie stawały się częścią tradycji, równie zwyczajną, jak pielgrzymkowy strój. Przerzucanie z miejsca na miejsce tak wielkiej rzeszy ludzi przy użyciu najnowocześniejszych środków transportu często prowadzi do powstawania korków. Już od jakiegoś czasu uważałem, że moje wzniosłe ideały i oczekiwania względem doświadczeń w tym szczególnym czasie i miejscu były zdecydowanie wygórowane. Zapewne to rozdźwięk między ideałem i rzeczywistością skłonił mnie do refleksji. Możliwe, że sprawiła to także powaga miejsca. Gdy tak patrzyłem na scenę rozgrywającą się przede mną, mój wzrok skupił się na jednym autobusie i tylko jednej twarzy.

Autobus tkwił w ogromnym korku. W którymś z okien zobaczyłem pielgrzyma. Siedział bez ruchu, a jego pomarszczoną twarz rozświetlały oczy o zdecydowanym spojrzeniu sięgającym gdzieś poza horyzont. Zafascynowany tym widokiem przedarłem się przez gwar, jakbym unosił się nad nim i płynął ku temu starszemu człowiekowi. Gdy przeciskałem się przez tłum, zdałem sobie sprawę, że i on miał świadomość, że się do niego zbliżam, choć jego wzrok był nadal utkwiony w tym samym punkcie, a on sam ani drgnął. Poruszył się dopiero, gdy dotarłem bliżej. Bardzo ostrożnie, stosownie do wieku i z ogromnym wysiłkiem przedzierał się przez falę, by wyjść z auto­busu. Trwało to całe wieki. Uważnie obserwowałem jego chwiejne kroki. Gdy stanął przede mną, od razu zrozumiałem, dlaczego właśnie on przykuł moją uwagę. Emanowała z niego pogoda ducha, otaczał go błogi spokój. Nie mówiąc ani słowa, wyciągnął rękę, w której trzymał dwa prześcieradła, i podał mi je. Chwyciłem je instynktownie i poszedłem za nim.

Wydostaliśmy się z tłumu i doszliśmy do spokojnego miejsca z dala od drogi, gdzie dał mi znak, bym rozłożył na ziemi jedno z prześcieradeł. Poranna bryza targała nim jak żaglem. Rozprostowałem je na ziemi, a on złożył na nim swoje kruche ciało i się rozluźnił. Gdy już spoczął, skinął do mnie głową. Wyczuwałem w tym jego wdzięczność. Siedziałem obok niego, sam nie wiem, jak długo. Nie rozmawialiśmy. Zresztą nie było nic do powiedzenia. W pewnej chwili zrozumiałem, że przekroczył horyzont. Delikatnie i z szacunkiem przykryłem jego ciało drugim prześcieradłem. Dopiero wtedy się zaniepokoiłem. Co powinienem teraz zrobić? Co z pogrzebem? Jakie są procedury? Komu to zgłosić? Jak uchronić jego ciało przed zadeptaniem przez nagły nawał tłumu? Pozostałem z tymi pytaniami, podczas gdy on miał już odpowiedź – osiągnął swój ostateczny cel.

Było to 16 grudnia 1975 roku. Spełniałem wtedy jeden z najważniejszych religijnych obowiązków muzułmanina – odbywałem hadż, pielgrzymkę do Mekki, świętego miasta. Byłem zachwycony, podekscytowany i jakoś złączony z ponad dwoma milionami pielgrzymów, którzy przybywali w tym samym celu. Miałem nadzieję powrócić umocniony duchowo. Ten starzec natomiast przybył, by umrzeć. Odniosłem wrażenie, że znał ukryte znaczenie hadżu lepiej niż ja.

Mekka, miejsce narodzin islamu i Proroka Muhammada, jest najświętszym miastem tej religii. To miasto, które znam od zawsze, podobnie jak niemal wszyscy muzułmanie. Odwiedzić Mekkę choćby raz w życiu to ich podstawowy obowiązek. Jednak większość muzułmanów pewnie nigdy nie zobaczy tego miasta, choć z pewnością – począwszy od chwili, gdy uczono ich, jak należy się modlić – znają jego topografię, może nawet uczyli się jej na pamięć. Każde muzułmańskie dziecko w trakcie pierwszej lekcji przygotowującej do modlitwy uczy się ustalać, gdzie znajduje się Mekka, by potem móc się pokłonić w kierunku miasta, i to nie raz, lecz pięć razy dziennie.

W naszym domu w pakistańskim Dipalpurze, gdzie się urodziłem i spędziłem dzieciństwo, wisiał na ścianie stary, sfatygowany kalendarz. W zasadzie była to chyba jedyna ozdoba, jaką mieliśmy w domu. W kalendarzu zamieszczono zdjęcie (raczej kiczowate, jak mi się teraz wydaje) przedstawiające Święty Meczet, który jest sercem Mekki, i jego wysokie minarety widoczne na tle okalających go wzgórz. Sercem meczetu jest Al-Kaba, prosta sześcienna budowla, okryta płachtą czarnego, haftowanego złotem materiału, która znajdowała się w samym środku zdjęcia i hipnotyzująco przyciągała wzrok. Tylko przyglądając się bardzo wnikliwie, można było spostrzec, że białe strumienie wokół tego centralnego miejsca to tłum pielgrzymów. Tuż nad minaretami widniało arabskie słowo „Allah” wykaligrafowane grubą kreską.

Upłynęło tyle czasu, a wizerunek Al-Kaby z naszego ozdobnego kalendarza wciąż pozostaje w mojej pamięci. Pierwsze zdjęcie, jakie w życiu zobaczyłem, utwierdzało mnie w przekonaniu, że choć Bóg jest wszędzie, to jednak w jakiś szczególny sposób boska moc skupia się w tym jednym miejscu, a Al-Kaba jest po prostu domem Boga. Tamta fotografia, tak jasno dająca znać o boskiej obecności, ukształtowała pierwotną więź, która, jak wiedziałem już wtedy, nierozerwalnie łączyła mnie z tym miejscem na zawsze. To przekonanie zrodziło się z dziecięcej niewinności, a wszystko, czego się później uczyłem, miało je jeszcze bardziej wzmocnić. Dorastało wraz ze mną, w miarę jak rozwijało się moje rozumienie tych spraw. Nie tylko mnie towarzyszy to poczucie osobistego przywiązania. Ponad miliard ludzi żyje tą samą miłością i tym samym uwielbieniem, łączą ich te same pragnienia i marzenia. Jest to więź, która jednoczy muzułmanów – Mekka i ja to jednocześnie Mekka dla wszystkich. Przebywanie w Mekce jest fundamentem indywidualnej tożsamości, a także klamrą spinającą całą ogólnoświatową wspólnotę.

Moje pierwsze lekcje religii były bez wyjątku poświęcone Mekce. Gdy jako mały chłopiec uczyłem się czytać Koran pod okiem matki, dowiedziałem się, że święty tekst islamu zawiera słowa samego Boga objawione Muhammadowi w Mekce. Historie o życiu Proroka, które mi opowiadano, sprawiły, że Mekka i jej okolice były mi lepiej znane niż własny kraj. Hira, jaskinia położona niedaleko Mekki, gdzie Prorok doznał pierwszego objawienia w 611 roku. Medyna (znana wówczas pod nazwą Jasrib), gdzie szukał schronienia przed prześladowaniami, których doświadczył w Mekce. Studnia w dolinie Badr i góra Uhud, w których pobliżu stoczył ważne bitwy. Jednak w tradycji muzułmańskiej historia Mekki zaczyna się dużo wcześniej niż w VII wieku po narodzeniu Chrystusa. Opowieści związane z Al-Kabą i świętym obszarem wokół niej sięgają aż do początku czasów. Adam, którego w tradycji muzułmańskiej uważa się za pierwszego proroka, odwiedził Mekkę i został tam pochowany. Prorok Ibrahim, czyli Abraham, ojciec religii monoteistycznych, zbudował Al-Kabę wraz z synem Ismailem, czyli Izmaelem. Muzułmańskie dzieci dorastają, słuchając tych opowieści, a pojawiające się w nich miejsca stają się częścią ich samych. Każde z nich tworzy swego rodzaju osobisty pejzaż – jego kształt i historia definiują tożsamość.

To miasto jest jednak czymś dużo więcej niż tylko miejscem, gdzie dawno temu działy się ważne rzeczy. Mekka znaczy tak wiele, ponieważ, jak często tłumaczyła mi matka, to właśnie tam Bóg objawił Muhammadowi swoje napomnienia mówiące o tym, jak wieść prawe życie. Tak więc nauka Proroka, zawarta w jego słowach i czynach, dawała przykład, który – jak mnie uczono – powinienem usilnie naśladować, by wyrosnąć na porządnego człowieka. To, co zdarzyło się w Mekce, było wciąż obecne w moim życiu, w moich najzwyklejszych codziennych zajęciach, we wszystkich surowych zasadach stosowanych przez dorosłych, by poskromić młodzieńczy temperament, a także w zawiłych rozmyślaniach, które snułem jako wyjątkowo towarzyski małolat, próbując ustalić, czy byłem rzeczywiście niegrzeczny, czy tylko niezbyt miły. Nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości, że jeśli mam w życiu coś osiągnąć, muszę zawsze spoglądać w kierunku Mekki.

Kiedy nadszedł czas, bym otrzymał bardziej formalne wykształcenie religijne, dobrotliwa wyrozumiałość matki musiała ustąpić surowszej dyscyplinie szkoły koranicznej. Lekcje podsycały moje zafascynowanie Mekką. Tak jak wszystkie muzułmańskie dzieci uczyłem się, że jednym z filarów naszej wiary jest obowiązek odwiedzenia Mekki, dokąd należało się udać przynajmniej raz w życiu (jeśli to tylko możliwe) i odprawić hadż, a dzięki temu stać się częścią wielkiej corocznej pielgrzymki, która jest najdobitniejszym przejawem muzułmańskiej religijności. Z wielką ochotą dowiadywałem się o szczegółach rytuałów hadżu – trzeba było obejść Al-Kabę dookoła, w najzupełniej fizycznym sensie. Pozostałe przystanki pielgrzymki stały się ważnymi miejscami w mojej pogłębiającej się znajomości geografii: Mina, gdzie pielgrzymi musieli spędzić kilka nocy, równina Arafat położona u stóp Góry Miłosierdzia, gdzie jednym głosem odmawiali modlitwę południową, i wysuszony do cna krajobraz Muzdalify, gdzie spędzali noc pod gołym niebem. Byłaby to wspaniała przygoda: przemierzać kontynenty, by stanąć tam, gdzie stał Prorok, chodzić po jego śladach, odprawiać rytuały, które ustanowił, i stać się częścią tego oceanu braterstwa jednoczącego ludzi różnych ras i narodowości. Wreszcie stanąć w tym wielkim zgromadzeniu, by bezpośrednio prosić Boga o łaskę i błogosławieństwo – to oczywiste, że tak jak muzułmanie na całym świecie byłem zdeterminowany, by pewnego dnia udać się do Mekki. Zostanę pielgrzymem, Mekka nie będzie już tylko zdjęciem wiszącym na ścianie, pewnego dnia znajdę się tam naprawdę.

Razem z rodziną rzeczywiście przemierzyliśmy kontynenty, jednak ominęliśmy Mekkę w naszej podróży z Pakistanu do Londynu, gdzie zamieszkaliśmy. Nasze życie bardzo się zmieniło, ale Mekka wciąż była stałym punktem odniesienia. Oczywiście zwracaliśmy się ku niej z innego miejsca, jednak ona sama nadal stanowiła fundament naszej zmieniającej się tożsamości. W nowym kraju musieliśmy się mierzyć z wieloma nowymi i trudnymi pytaniami, od zupełnie podstawowych po czysto praktyczne. Wielką pomocą w poszukiwaniu odpowiedzi było dla nas odwołanie do Mekki. Drogowskazy moralne zachowują ważność również w nowych i dziwnych okolicznościach – jeśli jest inaczej, to nie zasługują na to, by je tak nazywać.

Dorastałem w Londynie, niemniej Mekka nadal przyciągała mnie jak magnes i była moim wymarzonym celem. Studiowałem doniosłe wydarzenia z historii islamu, czytałem też o innych miastach takich jak Damaszek, Bagdad, Kair, Fez, Samarkanda, Grenada i Delhi, stolica imperium Mogołów, która wiąże się z historią mojej rodziny. Interesowały mnie narodziny nauki, pomniki architektury, dzieła literackie, uczone dysputy, historia idei i wszelkie inne dokonania, które wzbogaciły ludzkość i z których korzystano daleko poza granicami muzułmańskiego świata. Wszystkie te osiągnięcia, niezależnie od tego, gdzie ich dokonano, zawdzięczały swoją doniosłość właśnie Mekce, która stanowiła fundament ich wartości. To z tej oczywistej przyczyny praktykowano hadż – niezmienny coroczny powrót do źródła, gdzie muzułmanie z całego świata powinni odzyskiwać młodzieńczą energię i doświadczać duchowego umocnienia.

Kiedy tak marzyłem o Mekce i (mając już dwadzieścia parę lat) wciąż planowałem wyprawę do tego miasta, Mekka sama przyszła do mnie. Przyszła w postaci wymarzonej oferty pracy: miałem dołączyć do zespołu nowo powstałego Centrum Badań nad Hadżem, które mieściło się w Dżuddzie, portowym mieście Arabii Saudyjskiej. Centrum ulokowano w kampusie właśnie założonego uniwersytetu, który nazwano imieniem króla Abd al-Aziza. Moja praca miała polegać na studiowaniu kwestii logistycznych powiązanych z hadżem, miałem też badać historię Mekki, obserwować jej obecny stan i tendencje rozwoju w przyszłości.

Od narodzin islamu aż do czasów tuż przed odkryciem złóż ropy naftowej do Mekki przybywało co roku około stu tysięcy pielgrzymów. Docierali przez morze, pieszo lub na grzbietach zwierząt jucznych. Tamten świat jednak już przeminął. Nowoczesne środki transportu sprawiły, że każdego roku hadż odbywa prawie trzy miliony osób, co oznacza, że na całym świecie nie ma liczniejszego zbiorowiska ludzi niż to, które w tych dniach gromadzi się w Mekce. Lawina naftowego bogactwa sprawiła, że temu potężnemu wyzwaniu logistycznemu można było sprostać na zupełnie nowe sposoby. Jak mi powiedziano, rozpoczynała się przebudowa Mekki. Modernizacja przyniosła jednak ze sobą również nowe problemy i zagrożenia. Wszystko działo się szybko, brakowało czasu na to, by lepiej zrozumieć dynamikę pielgrzymki, zadbać o historyczne znaczenie i środowisko Mekki, a dzięki temu lepiej zarządzać nadchodzącą zmianą. Jak tu odmówić? Proponowano mi pracę, dzięki której mógłbym przebywać w miejscach znanych mi od dzieciństwa jedynie ze zdjęć i brać udział w wymarzonej przygodzie, a za korzystanie z tych przywilejów otrzymywać pensję.

Wyruszyłem zatem do Mekki – w takich to okolicznościach trafiłem tam w pamiętnych dniach grudnia 1975 roku.

Przez jakieś pięć lat pracowałem w Centrum Badań nad Hadżem i każdego roku uczestniczyłem w pielgrzymce1. Badałem dynamikę fal pielgrzymów, którzy przybywali nie tylko w czasie hadżu, ale także tych odprawiających tak zwaną mniejszą pielgrzymkę określaną mianem umra. Ten rodzaj pielgrzymki składa się z części rytuałów hadżu – można ją odbyć w dowolnej porze roku poza czasem hadżu, który przypada w dwunastym, ostatnim miesiącu muzułmańskiego kalendarza księżycowego. Przez ten czas dogłębnie poznałem Mekkę i jej okolice, przyglądałem się też zachodzącym tam zmianom. Niemal wszystkie dokonywały się wbrew planom i zaleceniom, jakie opracowywaliśmy w Centrum. Zarówno wówczas, jak i później wielokrotnie i na różne sposoby podróżowałem między Mekką a wieloma innymi miejscami na świecie. A jednak nie sposób przygotować się na to doświadczenie. Pierwszej chwili, kiedy przybyłem do mojego upragnionego miasta i znalazłem się w Świętym Meczecie, nie jestem w stanie z niczym porównać.

Późnym popołudniem wszedłem przez główną bramę, Bab al-Malik. Cały się trząsłem, idąc w chłodnym cieniu pod arkadami podtrzymującymi budynek, aż doszedłem do końca kolumnady. Rozlewające się za nią światło mnie oślepiało. Nie było to zwykłe dzienne światło – był to raczej jakiś stężony płomienny blask, charakterystyczna dla tego miejsca jasność, która wypełniała otwarty dziedziniec w sercu meczetu. Brakowało mi tchu, a mimo to wraz z każdym płytkim oddechem odczuwałem, jak rozbrzmiewają we mnie słowa: „Jestem tutaj!”. Miałem otwarte usta, ale nie byłem w stanie nic powiedzieć. Kręciło mi się w głowie, a mój wzrok był skupiony na Al-Kabie. Stałem tam przejęty i zdumiony, pełen zachwytu, pełen szacunku, szczęśliwy i oszołomiony. W jednej chwili (zdawało mi się, że trwa całe wieki) doświadczałem głębokiego smutku, a jednocześnie nie mog­łem powstrzymać uśmiechu, który pojawiał się na mojej twarzy rozpromienionej bezgraniczną radością. Ogarnęło mnie pragnienie, by wszystkich objąć rozpostartymi ramionami, by wszyscy cieszyli się razem ze mną. Mimo to towarzyszyło mi błogie uczucie, które podpowiadało, że nie ma w tym miejscu innych ludzi. Byliśmy tam tylko ja i Al-Kaba. Skąd się tam wzięła? A ja, jak się tu znalazłem? Jak to się stało, że oto jest przede mną? Przekraczało to granice mojej wyobraźni i mojego umysłu – było to coś jakby spoza tej rzeczywistości, co stanowiło punkt, za którym jest już tylko modlitwa.

Stałem tak bez ruchu na wprost Al-Kaby, przejęty pokorą i przytłoczony ogromem emocji. Z całej siły starałem się zapamiętać uczucia, których doznawałem, zatrzymać przy sobie każdy okruch tego doświadczenia. Widok, światło, a także zapach, który docierał do mnie z coraz większą siłą. Czy był to zapach świętości? Powietrze wypełniała mieszanina delikatnej nuty kadzidła i przykurzonej stęchlizny. Wyczuwałem w nim drobniuteńkie ziarenka piasku oraz drobinki wełny wydobywające się spod stóp pielgrzymów, którzy kroczyli po morzu dywanów. Do tego dochodził jeszcze zapach ludzkich ciał. Ale i to nie wszystko. Było w tym coś innego, jakaś ostra i nieprzyjemna woń. Nagle tuż przede mną wzbiło się w niebo stado gołębi. Łopotanie ich skrzydeł ocuciło mnie, przywróciło mi poczucie czasu i miejsca – zdałem sobie sprawę, że dodatkowym składnikiem tego zapachu były gołębie odchody. Wszyscy wywodzimy się z gliny, jak napisano w Koranie, i choć możemy się wznieść wyżej od aniołów, to jednak ślady naszych stóp pozostają w ziemi. Dlaczego więc zapach świętości nie miałby zawierać również zapachu gołębich odchodów?

To, co musiało teraz nastąpić, nie wymagało ani chwili zastanowienia. Instynktownie wtopiłem się w nurt, stałem się częścią strumienia ludzi krążących nieustannie wokół Al-Kaby. Każdy pielgrzym musi wykonać siedem takich okrążeń. Odpuściłem sobie liczenie – mógłbym tak krążyć bez końca. Zjednoczyłem się ze swoim najdawniejszym wspomnieniem, z biegiem historii, ze wszystkimi, którzy chodzili tutaj przede mną, z sobą samym. „Labbajka”, „Jestem tutaj” – te słowa wypowiada każdy pielgrzym. To jedyne sensowne stwierdzenie, które można tutaj wypowiedzieć w każdym momencie.

Wielokrotnie stawałem na wprost Al-Kaby. Widziałem ją o każdej porze dnia i nocy, w każdej porze roku. W Mekce oczywiście nie da się wyraźnie podzielić roku na poszczególne pory, ponieważ zmiany temperatury i wilgotności są bardzo gwałtowne, zarówno w rytmie dobowym, jak i rocznym. W pełni lata temperatura wzrasta do ponad czterdziestu stopni, ale tuż po zachodzie słońca powietrze szybko stygnie, a noce bywają bardzo chłodne. Latem są na początku ciepłe jak gorący letni dzień na północy Europy, jednak chłód, który panuje nad ranem, przypomina jesienny ziąb. Przez potężną różnicę temperatur między dniem a nocą trzeba mieć ze sobą wełniany sweter albo ciepły szal.

Życie w Mekce biegnie zgodnie z rytmem muzułmańskich świąt – panujący klimat nie ma tu znaczenia. W trakcie ramadanu miasto śpi w ciągu dnia, wtedy bowiem obowiązuje post, a budzi się wieczorem. Każdej nocy tego miesiąca w Wielkim Meczecie gromadzą się tysiące ludzi, by uczestniczyć w tarawih, uroczystych modlitwach, podczas których recytuje się wszystkie sury Koranu (jest ich sto czternaście). Dziś uroczystości te można oglądać w telewizji lub na komputerze, kiedyś trzeba było być w Mekce, aby tego doświadczyć.

Ramadan, tak jak pora hadżu, przesuwa się w ciągu roku i nie zważa na panującą temperaturę. Oparty na obserwacji Księżyca kalendarz muzułmański jest krótszy od kalendarza gregoriańskiego o jedenaście dni. Z tego powodu muzułmańskie święta, choć mają stałe miejsce w muzułmańskim kalendarzu, w kolejnych latach przypadają o innej porze roku, zgodnie z dostojnym rytmem. Oficjalnie obchody hadżu trwają przez dziesięć dni miesiąca zu al-hidżdża, jednak wielu pielgrzymów przybywa nawet miesiąc wcześniej i pozostaje w mieście wiele tygodni po ich zakończeniu. Całe życie marzyli, by dotrzeć do Mekki, nic więc dziwnego, że trudno im się z nią pożegnać. Przyzwyczajenie się do przydomka hadżi (przysługuje on wszystkim, którzy odbyli pielgrzymkę), a właściwie do jego doniosłego znaczenia, zajmuje trochę czasu. Tak jak pielgrzymi, tak i Mekka ulega zmianom w czasie hadżu – zmieniają się jej wygląd i struktura. To w zasadzie niewielkie miasto nagle zalewa fala ludzi, którzy tłoczą się w każdym jego zakątku, są w ciągłym ruchu, w pośpiechu przemieszczają się z miejsca na miejsce, a jeśli zasypiają, to na krótko.

W Świętym Meczecie zawsze gromadzi się mnóstwo ludzi niezależnie od pory dnia i nocy. Dominującym kolorem jest biel okrywająca pielgrzymów, którzy pełni zapału chcą się nasycić wszystkim, co Mekka ma do zaproponowania – doświadczając najwspanialszych chwil w życiu, nieustannie kłębią się w poszukiwaniu pamiątek. Szczególnym powodzeniem cieszą się butelki, a nawet kanistry napełnione wodą z prastarej studni Zamzam, a także daktyle, modlitewne koraliki i dywany, egzemplarze Koranu i pozostałe przedmioty, które można zabrać do domu, by z innymi dzielić się błogosławieństwem. Najzwyklejsze rzeczy zyskują wyjątkowe znaczenie właśnie dlatego, że pochodzą z Mekki. Ludzie napływają do miasta bez przerwy, tylko ich liczba zmienia się zależnie od pory roku, podobnie jak temperatura. Trudno opisać ich niezwykłą różnorodność: w jednym tłumie przewijają się różnokolorowi ludzie, mówiący różnymi językami, bogaci i biedni, wykształceni, o nienagannych manierach, i prości chłopi, którzy ledwo (jeśli w ogóle) potrafią czytać i pisać. W tej światowej wspólnocie cechy szczególne i odmienność schodzą na dalszy plan – wszystkich łączą wspólny cel i powszechna euforia. Jedyne, co nie ulega zmianie, to doniosłość tego doświadczenia.

Wydawałoby się, że stawanie na wprost Al-Kaby to moment, który jest niezmienny. A mimo to w ciągu tych lat, gdy mieszkałem w Arabii Saudyjskiej, widziałem, jak Mekka i jej okolice zmieniają się niemal nie do poznania. Kiedy wyjeżdżałem, Święty Meczet był dużo większy, w zasadzie został całkowicie przebudowany i znacząco różnił się od tego obrazu, który nosiłem w sercu od dzieciństwa. Swój piąty hadż postanowiłem odbyć starym sposobem, czyli pieszo. Chyba skłoniło mnie do tego przeczucie, że oto przemija coś, co zawsze wydawało mi się niezmienne. Może stało za tym moje hipisowskie nastawienie do kwestii środowiska, a może i pewna doza romantyzmu. Rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością z każdym rokiem stawał się dla mnie bardziej dostrzegalny. Coraz więcej ludzi, tłoku, spalin, korków, coraz więcej niespokojnych i ciągnących się długo przestojów. Chciałem więc doświadczyć, jak odbywano hadż przed epoką zmotoryzowanego transportu, i spodziewałem się, że dzięki temu zyskam lepsze wyobrażenie o tym, czego doświadczali pielgrzymi przed wiekami.

Czego na przykład mógł doświadczyć taki Ibn Battuta, który stał się dla mnie swego rodzaju idolem? Żył w XIV wieku i zasłynął jako autor dzieła, które zalicza się do znanych na całym świecie arcydzieł literatury podróżniczej2. 14 czerwca 1325 roku, w wieku dwudziestu dwóch lat, wyruszył ze swojego domu w Tangerze z zamiarem odbycia hadżu. Okazało się, że była to podróż, z której powrócił dopiero po wielu latach – w zasadzie trwała niemal całe jego życie, co upodabniało go do wielu innych dawnych i wielkich podróżników. Odprawił pielgrzymkę pięciokrotnie i właśnie w drodze do Mekki złapał charakterystycznego dla muzułmanów bakcyla podróży. Był solidnie wykształcony, pracował jako sędzia lub ceniony na dworach możnowładców uczony, dzięki czemu mógł podróżować nie tylko do Mekki, lecz także po całym muzułmańskim świecie. W drodze do Mekki zatrzymał się na dłużej w Egipcie, następnie odwiedził Malediwy, Indie, Azję Południowo-Wschodnią, Azję Centralną, a także Chiny, aż wreszcie przez Afrykę Zachodnią powrócił do domu. Uwielbiałem to poczucie przynależności do świata bez granic, jakie można zaobserwować w jego zapiskach. Współczesne technologie i sposoby komunikacji sprawiły, że to przeświadczenie stało się banałem. Z pism Ibn Battuty można jednak wyczytać, że świat w jego oczach wcale nie był jednorodny. Był on przenikliwym obserwatorem, ciekawym i otwartym na poznawanie mniej lub bardziej subtelnych różnic między zwyczajami panującymi wśród napotkanych ludzi i w miejscach, które odwiedzał. Był obywatelem świata, a udział w hadżu ukształtował jego punkt widzenia.

Bakcyl podróży, ciekawość ludzkiej różnorodności i jej poszanowanie, pragnienie poznawania i opisywania odmiennych doświadczeń – oto, co uznawałem za dary Mekki, i to nie tylko dla świata muzułmańskiego, lecz także dla każdego człowieka. To one ukształtowały Ibn Battutę. Pomyślałem więc, że może spróbowanie choć odrobiny tego, czego doświadczył, wywarłoby na mnie ten sam wpływ. Odbył pięć pielgrzymek, ja także miałem właśnie wyruszyć po raz piąty, wydawało się zatem, że to świetny plan. Pragnąłem przemierzyć ostatni odcinek starego karawanowego szlaku ciągnącego się od Jemenu aż do Dżuddy, skąd zamierzałem wyruszyć w stronę Mekki. Byłaby to dla mnie trzydniowa wędrówka, jakieś osiemdziesiąt kilometrów w linii prostej.

Na początku jednak potrzebowałem osła.

Pewnie zapytacie, dlaczego nie wielbłąd. Rzeczywiście wielbłąd byłby może najwłaściwszym sposobem na powrót do przeszłości, jednak pojawienie się pikapów sprawiło, że stało się to nierealnym marzeniem. To prawda, pracowałem w Arabii Saudyjskiej za pensję ekspata, ale nie zarabiałem kroci, a wielbłąd, niegdyś zwyczajne zwierzę pociągowe, zamienił się w rozpieszczonego magnata, którego przeznaczeniem jest arena do wyścigów i przechodzenie z rąk do rąk za astronomiczne sumy. Zwykły osioł, który niósłby niezbędny zapas wody i innych rzeczy potrzebnych w skromnej rekonstrukcji historycznej pielgrzymki, wydawał się zatem bardziej praktycznym rozwiązaniem.

Myślałem, że znajdę jakiegoś osła w okolicy Dżuddy lub w samym mieście, jednak mimo kilku tygodni prób, choć rozglądałem się dość dokładnie, moje poszukiwania okazały się bezowocne. Wreszcie pewnego razu udałem się do ulubionej, przytulnej kawiarni (takie tradycyjne pijalnie kawy nazywają się kahwa) zlokalizowanej w starej części miasta, lub raczej w tym, co z niej zostało. Było to wyjątkowo upalne popołudnie, jedno z tych, kiedy na ogromnym placu budowy, jakim wówczas było to miasto, regularnie dochodziło do przerw w dostawie prądu. Znajdujące się tam wysokie domy doskonale dopasowano do panujących warunków. Wymalowane na biało lub w przygaszonych pastelowych kolorach miały wystające obudowane balkony, dzięki którym powietrze mogło krążyć i ochładzać się wewnątrz domu, a ich misterne ażurowe okiennice rozpraszały palący blask słońca. Na zewnątrz, dzięki korzystnej proporcji między wysokością budynków a szerokością uliczek, można było się przemieszczać, stale pozostając w przyjemnie chłodzącym cieniu. Stare miasto, najchłodniejsza dzielnica Dżuddy, z pewnością było scenerią doskonale znaną Ibn Battucie, bardzo przyjazną ludziom z uwagi na swój historyczny charakter.

Stali bywalcy kawiarni dobrze już wiedzieli, że chcę kupić zdrowego osła. Zależało mi na tym, by zwierzę było w dobrym stanie, ponieważ w Dżuddzie widziałem albo zbyt chude i wygłodzone, albo pokryte solidną warstwą wszystkiego, co unosiło się w powietrzu. Właśnie tego popołudnia serdecznie przywitał mnie sierżant z miejscowego komisariatu. Często piliśmy razem herbatę albo paliliśmy sziszę, czyli fajkę wodną. „Spodziewałem się, że przyjdziesz. Spotkałem Beduina, który chce sprzedać osła”. Nie tracąc czasu, poszedłem z nim do domu tego Beduina. Byłem przekonany, że ma na sprzedaż całkiem zdrowego osła.

„Ile kosztuje?” – zapytałem od razu.

„Dziesięć tysięcy rijali”. Jakieś dwa tysiące funtów. „To zdzierstwo! Aż tyle za osła?”.

„Od ponad miesiąca słyszę, że jakiś człowiek rozpaczliwie poszukuje osła. Wyobrażałem sobie, że jeśli mu tak zależy, to zapłaci dobrą cenę. Jest to zwierzę pierwszej klasy i ma w sobie dużo wigoru”.

Oto, jak mnie docisnął ten stary lis. Odniosłem wrażenie, że i sierżant miał w tym swój udział. Targowałem się jednak mocno, aż w końcu kupiłem bydlę za połowę wyjściowej ceny. „Jest jedna rzecz, którą muszę ci powiedzieć całkiem otwarcie – powiedział Beduin, zanim dał mi postronek. Ściśle przestrzegał odpowiednich zasad muzułmańskiej etykiety, która jest naturalną cechą Saudyjczyków. – Mimo że dobrze go karmiłem, nie byłem jednak w stanie zaspokoić wszystkich jego potrzeb”.

„Co masz na myśli?” – zapytałem nieco zmieszany.

„No cóż, w mieście nie ma już tylu osłów co kiedyś, więc trudno znaleźć zwierzę do pary. Próbowałem przez ponad dwa lata, no i niestety…”

W tym momencie sierżant przerwał dyplomatyczne wywody Beduina: „Zwierzak może i jest wyposzczony, ale skoro to jedyny dostępny osioł, przecież możesz go kupić”.

Co miałem zrobić? Chwyciłem powróz i poszedłem wraz ze swoim nowym towarzyszem krętymi uliczkami starej Dżuddy.

W następnym tygodniu, szóstego dnia miesiąca zu al-hidżdża, miesiąca hadżu, czyli muzułmańskiej pielgrzymki, ekipa mojej mini­ekspedycji zebrała się przed wejściem do Centrum Badań nad Hadżem. Moimi towarzyszami w tym długim marszu do Mekki byli: mój przyjaciel Zafar Malik, nasz jemeński przewodnik Ali oraz drogocenny osioł – nazwaliśmy go Czyngis po wielkim władcy Mongołów, który był znany ze swojej gwałtowności, skłonności do wydzierania się na ludzi i kopania ich z byle powodu. Jak mieliśmy się wkrótce przekonać, nasz Czyngis nie chciał być gorszy od swojego imiennika.

Z Zafarem przyjaźniłem się jeszcze od czasu studiów w Londynie. Byliśmy kumplami, wiele grzechów młodości popełniliśmy razem, więc kiedy pojawiła się możliwość pracy w Dżuddzie, dołączył do mnie i pracował w Centrum Badań nad Hadżem jako projektant i specjalista do spraw publikacji. Znakiem rozpoznawczym Zafara była (i jest) broda – gęsta, ale starannie przystrzyżona. W ten sposób komunikował światu, że nie jest ani tępym doktrynerem (tacy zapuszczają brody długie i nieujarzmione), ani ekstremistą (ci z kolei preferują krótki krzaczasty zarost). Miał też zaraźliwy śmiech i poczucie humoru, a cechy te wydawały mi się wręcz podstawowe dla powodzenia naszej wyprawy.

Ali, nasz miejscowy przewodnik, był szczupłym, niskim mężczyzną nieco przed trzydziestką. Mieszkał w Sanie, ale kiedy jemu lub jego rodzinie brakowało pieniędzy, wyjeżdżał do Arabii Saudyjskiej do pracy i wracał, gdy uzbierał odpowiednią sumę. Rozglądając się za robotą, przyszedł kiedyś do naszego Centrum – ze względu na jego świetną znajomość terenu uważaliśmy go za dar od Boga. Choć wyglądał raczej niepozornie, był niezwykle wytrzymały i umiał się poruszać, jak sam mawiał, „niczym jaszczurka po piasku”.

Zafar i ja całkiem roztropnie zajęliśmy miejsca na czele naszej ekspedycji, pozostawiając w tyle Alego, który miał się zajmować Czyngisem. Na początku szliśmy wzdłuż autostrady wiodącej z Dżuddy do Mekki. Parę kilometrów za miastem odbiliśmy w stronę górskiego pasma Hidżazu. Od czasu do czasu dobiegał nas głos Alego, który starał się nakłonić Czyngisa, marudnego współtowarzysza w naszej przygodzie, by szedł nieco szybciej. Maszerowaliśmy do późna i jak poradził Ali, spędziliśmy noc, obozując w jakiejś dolinie.

Wyruszyliśmy następnego dnia rano. Uszliśmy jakieś piętnaście kilometrów, gdy Czyngis zaczął się dziwnie zachowywać. Ali przyznał, że jego podopieczny staje się coraz bardziej oporny. W tym momencie Zafar dostrzegł jakieś zwierzę stojące na szczycie małego pobliskiego pagórka i stwierdził: „To pewnie dlatego Czyngis jest taki podniecony”.

Ali uznał, że najlepiej będzie przepłoszyć zbłąkanego osła. Pozostawiwszy Czyngisa pod naszą opieką („Trzymajcie go najmocniej, jak potraficie!”), pobiegł odpędzić intruza. Jednak wszystkie jego wysiłki szły na marne. Buczał, krzyczał, rzucał kamieniami, próbował nawet go złapać. Bez skutku. Ale gdy wrócił, wcale nie wyglądał, jakby się przejął tą porażką. „Wszystko w porządku. Tamten osioł to samiec”.

Uspokojeni tą nowiną poluzowaliśmy nieco Czyngisa. Tymczasem drugi osioł spokojniutko przydreptał nieco bliżej. Nagle Czyngis wydał z siebie ryk niczym potężny okrzyk zwycięstwa, wierzgnął, zrzucił cały ładunek i wyrwał się w dziką pogoń.

Zafar tylko patrzył, jak woda szybko rozlewała się po spalonej słońcem ziemi. Tymczasem Czyngis dogonił obiekt swojego pożądania – dwa osły zaczęły się zbliżać do siebie. Zafar zacisnął usta, spojrzał na mnie z wyrzutem i powiedział: „Coś mi się zdaje, że Czyngis nawiązuje niedozwolony kontakt fizyczny z tym drugim osłem. Ten stary Beduin, który ci go sprzedał, nie powiedział ci chyba, że Czyngis jest gejem”.

Zacząłem się zastanawiać, co by tu zrobić, i w tym samym momencie poczułem czyjąś obecność. Niemal jednocześnie z Zafarem spojrzeliśmy na siebie i zauważyliśmy otaczającą nas grupę dość zaskoczonych Beduinów. Czy rzeczywiście przenieśliśmy się w czasie do epoki, kiedy karawany pielgrzymów w drodze do Mekki padały łupem koczowników?

„Co tutaj robicie?” – zapytał nas dobrze zbudowany młody mężczyzna.

„Pielgrzymujemy” – powiedział Zafar.

„Pielgrzymujecie? – Wyglądał na zdziwionego. Pomyślał chwilę i powiedział: – Powinniście jechać pielgrzymkowym autobusem razem z innymi pielgrzymami. To nie jest droga do Mekki. Tutaj są tylko góry i pustkowia”.

„Idziemy do Mekki pieszo” – wyjaśnił Zafar. – Staramy się podążać starym karawanowym szlakiem i odbyć hadż tak, jak go odbywano dawno temu, jak Ibn Battuta”.

„Pieszo? Jak to pieszo? Ibn Battuta? Jaki Ibn Battuta?” – Mężczyzna nie mógł nas zrozumieć ani uwierzyć w to, co słyszy. – Dlaczego chcecie iść pieszo? Rząd wydaje grube miliony rijali, by zapewnić pielgrzymom lepszy transport. Autobus wam nie odpowiada? Ani samochód?”

Uznaliśmy, że oto nadeszła chwila, by Beduini skorzystali z wiedzy topowych ekspertów z Centrum Badań nad Hadżem. Zaczęliśmy od wytłumaczenia, że hadż jest podróżą duchowego oświecenia, że samo to słowo oznacza „wysilać się” i że musi być podróżą, której towarzyszy poważny duchowy wysiłek. Powiedzieliśmy, że dzisiaj jest inaczej, bo w czasie hadżu środki transportu przerzucają pielgrzymów niemal jak bydło przez autostrady, mosty i ogromniaste węzły drogowe, które niszczą naturalne środowisko.

„Wolimy raczej iść, niż przyglądać się temu, jak buldożery taranują nasze święte miejsca, aby stworzyć nowe drogi i estakady”.

Mężczyzna odwrócił się, by spojrzeć na pozostałych Beduinów. Patrzyli na nas, jakbyśmy byli przybyszami z innej planety. Postanowiłem użyć bardziej drastycznych środków.

„Bracia, czy wiecie, że w Minie samochody i autobusy produkują około pięćdziesięciu ton spalin dziennie? Większość pielgrzymów więcej kaszle, niż się modli. Przejechanie półtora kilometra samochodem w okolicach świętych miejsc w szczycie pielgrzymkowego sezonu zajmuje ponad dziewięć godzin. A ten hałas! Samochody na sygnale, klaksony, odpalanie silników. Zamożni pielgrzymi przemykają w swoich ekskluzywnych limuzynach, rzadko kiedy spotykając kogokolwiek z innego kraju. Biedni muszą unikać zderzenia z samochodami i dławią się spalinami. Gdzie to braterstwo, które hadż ma wyrażać?”

To nowe podejście zdawało się działać. Młody mężczyzna kiwał głową, jakby przyznawał mi rację. Biorąc to za zachętę, ciągnąłem dalej:

„Widzisz, bracie, nasze badania pokazują, że gdyby wszyscy chodzili pieszo, potok pielgrzymów byłby uporządkowany. Nie byłoby tego tłoku ani tylu zanieczyszczeń, a pielgrzymi mogliby się cieszyć niezwykłymi duchowymi doświadczeniami, jakim hadż zawsze sprzyjał”.

„Badania? Jakie badania?” – odezwał się nagle zaniepokojony starszy Beduin, który do tej pory miał niewzruszony wyraz twarzy. Zauważyłem, że młody mężczyzna zniknął. „Macie pozwolenie od rządu na te badania? Macie pozwolenie, żeby iść pieszo? I co wy wyprawiacie z tym osłem? Na własne oczy widziałem, jak napastował moje zwierzę. Niech Bóg się nade mną zlituje!” – Starzec bardzo się rozgniewał.

Nie zdążyliśmy otworzyć ust, gdy obok nas pojawiły się dwa samochody policyjne na sygnale. Nad nami krążył helikopter. Dwaj policjanci wraz z młodym Beduinem wysiedli z auta i zażądali naszych dokumentów. Spojrzałem na Zafara, który się uśmiechał. Wyjął jakieś pismo z kieszeni i podał jednemu z policjantów. Drugi z nich, zaintrygowany, spoglądał mu przez ramię.

Po chwili policjant odwrócił się do zebranych Beduinów i rozkazującym tonem powiedział: „Wracajcie do domu. Ci ludzie mają pozwolenie Jego Królewskiej Mości, by iść pieszo do Mekki”.

Parę sekund później helikopter odleciał i zniknął za horyzontem, a Beduini oddalili się tak niepostrzeżenie, jak się pojawili.

„Powodzenia!” – krzyknął do nas policjant, odjeżdżając.

Odnalezienie i schwytanie Czyngisa zajęło nam ponad trzy godziny. Parę godzin później dotarliśmy do mikat, czyli na obrzeża świętego obszaru, który miejscowi nazywają haramajni. To ważne miejsce, ponieważ tradycja nakazuje, że to właśnie tutaj pielgrzymi muszą się umyć i założyć ihram, dwa pozbawione szwów płaty materiału. „Ihram” ma również wymiar niematerialny – jest to stan ducha. Aby wejść do haramajni, trzeba wejść w ihram, czyli stan trwałego zanurzenia w modlitwie i medytacji, harmonii i szacunku dla naturalnego środowiska, a także oderwania od wszystkich przyziemnych pożądań. Uznaliśmy, że niestosownie byłoby rozważać, czy te same wymagania dotyczą Czyngisa i czy (lub też w jaki sposób) nadał on właściwy kierunek swoim potrzebom i żądzom.

Szliśmy do późna w nocy, aż w końcu zjedliśmy posiłek złożony z orzechów i suszonych owoców i położyliśmy się spać w namiocie, który rozbiliśmy na pustyni. Obudziliśmy się tuż przed świtem. Jak się okazało, w nocy odwiedzały nas węże i jaszczurki. Pustynia w okolicy Dżuddy i Mekki to istne królestwo gadów – występuje tam ponad pięćdziesiąt gatunków węży (w tym kobry i żmije rogate) i ponad sto gatunków jaszczurek. Po śladach na piasku można było się zorientować, że w pobliżu nas przemykały żmije sykliwe, które występują w Arabii Saudyjskiej i odznaczają się piękną brązową skórą pokrytą czarnymi kropkami. Wciąż było widać grupkę ciekawskich, chudziutkich i delikatnych jaszczurek. Wydawało mi się, że były to krągłogłówki – poruszały się tak szybko, że można było dostrzec tylko ich długie ogonki. Zafar zauważył piękną rodzinkę szarych gekonów. Długie na kilka centymetrów, najwyraźniej strzegły swego terytorium.

Zjedliśmy śniadanie (chleb, ser i oliwki) i znów wyruszyliśmy w stronę Mekki. Około południa pustynia była już za nami. Pustynny piasek jest niezwykle miękki, drobniuteńki. Unosi się na wietrze, jest niemal jedwabisty i z łatwością wnika pomiędzy włókna ubrań. Jego kolor, tak jak kolor krajobrazu, zmienia odcień zależnie od pory dnia, od bladej żółci wczesnym rankiem, przez intensywnie złoty blask w pełni dziennego światła, aż po delikatny brzoskwiniowy połysk wieczorem. Jak okiem sięgnąć, piasek przybiera zmysłowe, krągłe kształty. Ostańce spieczonych na słońcu skał to jedyne ostre załamania linii krajobrazu. Te góry kamieni są dziwacznie powykręcane niemiłosiernym upałem, wypływają z nich wnętrzności tworzące na powierzchni czarną skorupę. Wyglądają jak potwornie wysuszona skóra, która tylko przy odpowiednim świetle wydaje opalizujący blask, trochę podobny do tego, jaki daje węgiel.

Byliśmy gotowi, by rozpocząć kolejny etap naszej wędrówki. Przed nami wyrastały skaliste ostańce, którymi usiana jest pustynia. Tworzą one górzystą kurtynę okalającą jałową dolinę, w której leży Mekka. Rozpoczęliśmy forsowną wspinaczkę na pierwszy szczyt. Czyngis wspinał się wyjątkowo powoli i niechętnie. Ali musiał co chwila zmuszać go, by raczył się ruszyć. W pewnym momencie Zafar zatrzymał się i oskarżycielskim tonem powiedział Alemu: „Co ty robisz? Obowiązuje nas ihram, stan łaski, pokoju i miłości. Nie możesz bić tego osła”.

Czyngis najwyraźniej zrozumiał sens tej uwagi i po prostu odmówił posłuszeństwa – stanął i ani drgnął. Próbowaliśmy go przekupić orzechami i suszonymi owocami. Zjadał je, ale nie chciał się ruszyć. Zafar próbował nakłonić zwierzę do marszu, klepiąc je delikatnie po grzbiecie, co poskutkowało tylko tym, że Czyngis odwrócił się i zaczął iść w przeciwnym kierunku. Schodził w dół, a my za nim. Gdy już zeszliśmy z góry, zaczął biec w stronę autostrady. Goniliśmy go, a im bardziej próbowaliśmy go schwytać, tym szybciej biegł, aż w końcu wtargnął do hotelu Mecca Intercontinental.

Był to wówczas jedyny pięciogwiazdkowy hotel w Mekce. Znajdował się na skraju miasta przy starej drodze wiodącej do Dżuddy, a jego kształt wzorowano na namiotach Beduinów. Na frontowym dziedzińcu znajdowała się stara studnia, którą zachowano ze względu na jej zabytkową wartość. Czyngis przebiegł obok niej i wdarł się do zatłoczonego lobby. Personel pięciogwiazdkowego hotelu jest przeszkolony, by poradzić sobie z każdą sytuacją: od całkiem trywialnych takich jak wymeldowujący się w środku nocy goście aż po klęski żywiołowe. Osioł buszujący w lobby to jednak coś całkiem innego. Członkowie personelu natychmiast rzucili się w pogoń za nim, a goście z przerażeniem obserwowali, co się dzieje. Wreszcie kilku portierów zdołało okiełznać nasze wierzgające bydlę. Kiedy zabierali się do tego, by wywalić go z hotelu razem z nami, Zafar próbował ich przekonywać: „Bracia, mamy teraz porę hadżu! Trzeba okazywać przyjaźń i miłość wszelkiemu stworzeniu!”.

„Kochaj sobie tego osła, jeśli chcesz – warknął główny portier – byle poza hotelem!”

Posłusznie opuściliśmy budynek i przywiązaliśmy Czyngisa do zabytkowej studni. Nadszedł czas, byśmy się wreszcie rozstali. Potomek mongolskich rozbójników w oślim przebraniu opóźniał nas, przysparzał nam samych kłopotów, a wzniosły cel naszej przygody miał za nic. Osły po prostu nie wchodzą w ihram. Ali zaproponował, że zawiezie go pikapem do naszego obozu w Minie. Mimo wielkiej niechęci musieliśmy ustąpić przed wymaganiami współczesności. Było to jedyne możliwe rozwiązanie.

Pertraktowaliśmy bez skutku z kilkoma kierowcami pikapów, aż wreszcie Ali znalazł jednego, który chciał się podjąć przewiezienia osła – ale za astronomiczną cenę.

„Spójrzcie na to w ten sposób – wyjaśniał – każdy mój kurs to maksymalnie pięćdziesięciu pielgrzymów. Z osłem na pace raczej nie zabiorę już nikogo. No bo kto chciałby dzielić miejsce z osłem? Musicie zapłacić za komplet pasażerów”.

Było jasne, że nie mamy wyjścia.

Pikap podjechał pod hotel. Zafar, Ali, ja i kierowca zabraliśmy się do zapakowywania Czyngisa do samochodu. Osioł oczywiście nie miał zamiaru się ruszyć. Nie dało się go wepchnąć ani zaciągnąć. Próbowaliśmy nawet go podnieść, ale wszystko na nic. Wtedy Ali kazał nam się odsunąć. „Hadż czy nie hadż, wszystko jedno: jest tylko jeden sposób, by dać sobie radę z osłem”. Zakasał rękawy, splunął i zatarł ręce. Z zaciętą miną i z kijem w ręce ruszył w stronę Czyngisa. Zafar w pierwszej chwili chciał powstrzymać Alego, ale odpuścił. Ja z kolei przybrałem pozę znaną z wizerunku trzech małp – niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem i nie odzywałem się ani słowem.

Po chwili Czyngis stał już na pace pikapa. Ali usiadł obok kierowcy i pomachał nam na pożegnanie. Przyglądaliśmy się, jak samochód, najpierw powoli, a potem dość szybko oddala się w kierunku naszego obozu badawczego położonego pośród wzgórz w Minie.

Odsapnęliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać nad dotychczasowym przebiegiem naszej podróży.

„Dość już z tym Ibn Battutą – powiedział Zafar. – Będę się trzymał wytyczonych szlaków”.

Przyznałem mu rację: żaden z nas nie miał ani siły, ani motywacji do tego, by iść dalej po górach. Obawiałem się też, że bez tak świetnego przewodnika, jakim jest Ali, moglibyśmy się zgubić w labiryncie górskich ścieżek, bez szans na odnalezienie wyjścia. Nie tracąc czasu na próżne dyskusje, rozpoczęliśmy marsz wzdłuż autostrady – ostatnie dwadzieścia kilometrów, które dzieliło nas od Świętego Meczetu i znajdującej się w nim Al-Kaby. Niemal natychmiast pożałowaliśmy tej decyzji. Poruszanie się pieszo po autostradzie było nie tylko niebezpieczne – szliśmy dużo wolniej i z większym wysiłkiem niż w górach, w każdej chwili mogliśmy wpaść pod samochód, autobus czy ciężarówkę. I rzeczywiście, zanim dotarliśmy do Świętego Meczetu, kilkakrotnie byliśmy o włos od śmierci. Brakowało nam oddechu, a od smrodu spalin kręciło nam się w głowach.

Morał z tej historii jest chyba taki, że nie da się uciec przed czasem, w którym się żyje. Jedyne, co można zrobić, to szukać sposobów na to, by lepiej radzić sobie z problemami, których ten czas przysparza. Cała romantyczna otoczka naszej podróży prysła w momencie, gdy weszliśmy do Świętego Meczetu. Przyłączyliśmy się do tłumu pielgrzymów złożonego z około osiemdziesięciu tysięcy ludzi i zaczęliśmy krążyć wokół Al-Kaby. W pielgrzymowaniu pieszo poszukiwałem spokoju i ciszy, kontemplacji i zachwytu, więzi łączących przeszłość z teraźniejszością, a to jest przecież w tym miejscu od zawsze, jest ciągle obecne. Wszystko jedno, w jaki sposób tu docieramy – tak naprawdę liczy się to, że tutaj jesteśmy.

Gdy wychodziliśmy ze Świętego Meczetu, było już ciemno. Przeszliśmy jakieś dziesięć kilometrów w kierunku Miny, unikając głównych dróg. Dobrze znaliśmy to miejsce, a jednak się zgubiliśmy. Wyglądało niezbyt znajomo. Zmieniło się, było pokryte niezliczonymi sklepami, straganami i budkami z jedzeniem, które wyrastają nocą, by służyć pielgrzymom. Znane nam miejsca schowano za markizami. Widzieliśmy również zmiany w większej skali – powstał nowy, potwornie ogromny węzeł autostradowy.

„Nie powinniśmy mieć kłopotu z dotarciem do naszego obozu. Leży przecież na górze naprzeciwko Al-Dżamarat!” – powiedział z przekonaniem Zafar.

Zgromadzeni tam pielgrzymi biorą udział w uroczystym kamienowaniu szatana. Musieliśmy więc znaleźć drogę prowadzącą do Al-Dżamarat.

Podeszliśmy do funkcjonariusza saudyjskiej Gwardii Narodowej, który wyglądał na pobożnego – obracał w rękach koraliki nanizane na sznurek.

„Którędy do Diabłów?” – zapytał Zafar.

Gwardzista zwinął koraliki w prawej dłoni i zakręcił nimi wokół palca.

„Do Diabłów? – Zamyślił się. – Jesteśmy w Królestwie Arabii Saudyjskiej, diabły są tu wszędzie. Kryją się nawet we wnętrzu pielgrzymów. Dlatego tu jesteśmy, aby poszukiwać przebaczenia, poszukiwać łaski u Stworzyciela”.

„Chodzi nam o ich bardziej konkretny wizerunek” – odpowiedziałem.

„A, no tak! Są trzy, trzeba iść tędy. Wybierzecie sobie”. – Pokazał nam kierunek.

Podążaliśmy za jego wskazówką i wreszcie dotarliśmy do wyznaczonego celu. Jednak naprzeciwko Wielkiego Diabła nie było żadnej góry. Zresztą w najbliższej okolicy w ogóle nie było widać żad­nych gór.

Z nietęgą miną spojrzałem na Zafara.

„Usunęli naszą górę” – powiedział z niedowierzaniem.

„Zwariowałeś? Jak mogli usunąć górę?”

„Usunęli naszą górę. Mówię ci, była dokładnie tutaj, usunęli ją”.

Byłem już bardzo zmęczony, głodny i senny. Zaproponowałem, byśmy położyli się gdziekolwiek, gdzie będzie dość miejsca. Zafar miał inny pomysł.

„Nasz obóz badawczy na pewno będzie na najwyższym wzniesieniu, szukajmy więc najwyższej góry!”

Trochę krążyliśmy po Minie, aż wreszcie ustaliliśmy, który szczyt nasi koledzy (kierując się rozumowaniem podobnym do naszego) wskazaliby jako miejsce, gdzie powinien stanąć nasz obóz badawczy. A zatem – musiał stać na tej oto górze.

Rozpoczęliśmy podejście stromym skalistym zboczem, jakieś pięćset–sześćset metrów ostro pod górę. Poruszaliśmy się wolno i ostrożnie w całkowitej ciemności. Po drodze mijaliśmy całe mrowie pielgrzymów: siedzieli, spali, modlili się niemal wszędzie, niektórzy byli dość ryzykownie uczepieni skał. Kilka razy niewiele brakowało, bym nadepnął na twarz śpiącego pielgrzyma. Parę razy wdepnąłem nie w błoto, z którego powstała ludzkość, a w błotnistą maź, która z ludzkości się wydobywa. Dodatkowego wysiłku wymagało zachowanie godności i przyzwoitego wyglądu. Luźno przewiązana dolna część mojego ihram często sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz popruć. Szliśmy dalej, aż parę kroków przed końcem wspinaczki usłyszeliśmy znajomy głos. Postawiłem ostatni krok, starając się stanąć twardo na płaskim szczycie góry – i przed sobą ujrzałem Czyngisa. Nawet w ciemności dostrzegłem jego znajomy kpiący uśmieszek. Po prostu się z nas śmiał.

Wspinaliśmy się ze złej strony – wdrapywaliśmy się po urwisku, a mogliśmy z łatwością wejść po przeciwległym łagodnym zboczu. Przez ten nowy węzeł autostradowy i nowe drogi nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy po niewłaściwej stronie Al-Dżamarat. Była to jednak nasza góra, na niej znajdował się nasz obóz badawczy.

Nazajutrz przypadał dziewiąty dzień miesiąca zu al-hidżdża, kiedy to odprawia się najważniejszy rytuał hadżu. Tego dnia dwa miliony ludzi podążają na równinę Arafat, by razem się tam modlić od świtu aż do zachodu słońca – jest to „dzień Arafat”. Spaliśmy długo. Wyjechaliśmy z Miny około dziewiątej rano i dwie godziny później byliśmy już na miejscu. Każdego roku powstaje tam ogromne miasto namiotów, gdzie tego dnia zbierają się pielgrzymi. Na skraju tej rozległej równiny znajduje się niewielkie wzniesienie znane jako Góra Miłosierdzia.

Gdy słońce staje w zenicie, pielgrzymi rozpoczynają rytuał wukuf. Stoją wyprostowani z twarzą zwróconą ku Al-Kabie i proszą Boga o przebaczenie. Stoją w rzędach, wszyscy ubrani na biało, daleko jak okiem sięgnąć. Podczas modlitwy południowej kłaniają się w jednakowym rytmie. A jednak dla każdego pielgrzyma w tym dwumilionowym tłumie jest to najbardziej osobisty, najbardziej intymny, najbardziej intensywny moment w życiu – jestem tylko ja i mój Pan. Zebrani w tym wielkim zgromadzeniu ludzie nie tworzą rygorystycznie zunifikowanego tłumu. Tutaj Bóg zna każdego indywidualnie jako niepowtarzalną osobę. Jest w tym błogi, radosny spokój, którego nie da się opisać słowami. Czysta i głęboka prostota tych chwil to najwspanialsze duchowe doświadczenie. To stąd pochodził spokój starca, którego widziałem w autobusie – tego, który przybył, by umrzeć w Mekce. Właśnie z tego momentu brała się pogodna pewność towarzysząca mu w ostatniej podróży.

Po zachodzie słońca rozpoczęła się nafra – wyjście pielgrzymów z równiny Arafat w stronę „meczetu bez dachu”, czyli do Muzdalify, doliny znajdującej się między równiną Arafat a Miną. Spędziliśmy tam noc pod gołym niebem, a nad ranem wróciliśmy pieszo do Miny.

Radość, jaką tam odczuwałem, nie miała czysto duchowego charakteru. Pomimo tych wszystkich modlitw i rozważań wciąż dawało o sobie znać nieposkromione ego. Nie byłem w stanie zdławić swojej pychy. Przecież moja pielgrzymka była inna – szedłem pieszo, przynajmniej tyle, na ile pozwalała nowoczesność i narowisty osioł. Udało mi się – na tyle, na ile umiałem – dołączyć do grona ludzi pokroju Ibn Battuty, a także do żyjących przed nim, aż do samego Proroka. Siedziałem w swoim namiocie na najwyższym wzniesieniu w Minie, goliłem się po raz pierwszy od czasu, gdy wyruszyłem z Dżuddy, i myślałem sobie, że być może właśnie odkryłem sens prawdziwej podróży.

Do namiotu wszedł Zafar wraz z pewnym pielgrzymem i spojrzał na mnie, jakby czytał w moich myślach.

„Powinieneś poznać brata Sulajmana” – powiedział. Był to wysoki, szczupły Afrykańczyk. Nosił torbę na lewym ramieniu i lekko opierał się na długim drewnianym kiju. „Przybył na hadż z Somalii, całą drogę idąc pieszo. Zajęło mu to siedem lat”.

Moje ego prysło jak bańka mydlana. W tej perspektywie nasza wyprawa z Dżuddy do Mekki znaczyła niewiele.

Zdałem sobie sprawę, że idąc, poszukiwałem dwóch różnych miast. Do pierwszej Mekki nie można było dotrzeć w żadnym fizycznym sensie. Albo inaczej: środki lokomocji i drogi, które tam prowadzą, nie mają znaczenia. Ta Mekka była mi bliska przez całe życie – znałem ją od dzieciństwa jako wyidealizowany, nieruchomy i centralny punkt życia duchowego, miejsce, gdzie znajduje się dom Boga, moralny drogo­wskaz, który ukształtował mój światopogląd, spojrzenie na wszechświat, na wszystko. Jedyna Mekka, która zawsze naprawdę miała dla mnie znaczenie, jest celem metafizycznym. Nie tyle miejscem, ile raczej stanem istnienia, który wykracza poza czas i przestrzeń, poza pojęcie kierunku. Jest tak właśnie dlatego, że musi istnieć wszędzie i oznaczać nastawienie duszy i sumienia. To tę Mekkę wielbią wszyscy muzułmanie. To ważne, byśmy zwracali się ku niej, ale – jak wtedy zrozumiałem – miejsce, które ta Mekka zajmuje na ziemi, nie jest aż tak istotne. To prawda – pielgrzymi zdążają do niej ze wszystkich krańców świata, ale tylko po to, by odkryć, jak niewiele znaczy bycie tu czy tam. Doświadczenie pielgrzymki znosi wszystkie rozróżnienia tego świata, łącznie z geograficznymi, wszystkie one bledną w obliczu tego, co jest naprawdę zatrważające i nieuchronne. W drodze do tej Mekki nie liczył się ani osioł, ani pustynia, ani wspinaczka – wszystko to było w zasadzie niczym więcej niż tylko rozrywką.

Jeśli tak, to o co chodziło w tej historii z Czyngisem? Otóż zmierzaliśmy ku zupełnie innej Mekce, naszym celem było zupełnie inne miejsce. Ta druga Mekka jest głęboko zakorzeniona w czasie i przestrzeni, jest miejscem, w którym ludzie żyją od wieków, świadkiem historii pokręconych ludzkich losów. Przez tysiąclecia przyciągała niezliczone tłumy podróżujących. Ich podróże, tak jak moja, nie były oderwane od czasu, lecz brały się z konkretnych historycznych okoliczności. Drugą Mekkę zamieszkują ludzie z krwi i kości, a wraz z nimi ich wady i zalety. Jest to miasto, które ciągle się zmienia, targane bystrym nurtem czasu. Przebycie drogi do tej Mekki na własnych nogach, w towarzystwie krnąbrnego osła, nie mogło w żadnym wypadku sprawić, by mój hadż był doskonalszy – świadczy o tym choćby spotkanie z pielgrzymem z Somalii. Powinienem był raczej spodziewać się jedynie tego, że zyskam nowe spojrzenie na historię pielgrzymowania.

Co wynika z tego rozumienia Mekki jako miejsca zamieszkałego przez ludzi? By zrozumieć to miasto w całej jego złożoności, trzeba uwzględnić zarówno jego sakralny, jak i świecki charakter. W tej książce będę się przyglądał temu, co skrywa się na granicy naszego poznania i majaczy niczym pustynny miraż, jak niezbadana kraina pośród tego, co wydaje nam się, że wiemy o naszej umiłowanej Mekce, stanowiącej centrum muzułmańskiej świadomości. Znać historię Mekki to przyjąć w pełni to, co się rzeczywiście zdarzyło. A okazuje się, że w historii tego miejsca wiele wydarzeń jest dalekich od ideału, wynikają z wszystkich plag, które od wieków prześladują cywilizację muzułmańską.

Od czasów hadżu, który odbyłem pieszo wraz z Zafarem i Czyngisem, bardzo dużo czytałem o tym najczęściej opisywanym celu podróży. Szczególnie interesowały mnie nowe sposoby ujęcia tego tematu. To, czego się dowiadywałem, często bywało szokujące i, jak sądzę, szokowałoby także innych czytelników. Lektury ukazały mi jasno, że to mylące pomieszanie jednej Mekki z drugą nie jest przypadkowe – to sposób, w jaki fałszywa świadomość historyczna stała się wśród muzułmanów normą. Pomieszanie ideału i rzeczywistości było i jest główną linią podziału, wokół której ogniskują się liczne problemy społeczeństw muzułmańskich.

Większość muzułmanów sądzi, tak jak ja sądziłem, że Mekka zawsze była centrum historii muzułmańskiej. Jednak to miasto, choć jest stałym punktem odniesienia dla wszystkich wyznawców islamu, nigdy nie stanowiło ważnego centrum w historii cywilizacji muzułmańskiej. Dlaczego? Święte miasto nigdy nie było stolicą dla żadnego ze społeczeństw muzułmańskich, nie odgrywało tej roli nawet w czasach Proroka. Jeszcze zanim zaczęła się historia islamu, ważniejszym miastem była Medyna – Mekka została na uboczu, zachowując jednak szczególnego rodzaju status. Medyna szybko utraciła centralne miejsce w historii islamu. Kalifat Umajjadów (661–750) ulokował swoją stolicę w Damaszku, kalifat Abbasydów (750–1258) przeniósł ją do Bagdadu, a w czasach imperium ottomańskiego (1299–1922) centralnym punktem stał się Stambuł. W trakcie tych zmian przez wieki inne wielkie miasta islamu przeżywały swoje lata świetności i upadku: Kair, Fez, Tunis, Grenada, Kordoba, Timbuktu, Samarkanda, Buchara, Delhi, Lahaur. Kultura, wiedza i inne cywilizacyjne zdobycze tych wszystkich miejsc miały niewielki wpływ na to, co działo się w Mekce. Święte miejsca nawiedzali wielcy, znamienici, możni i majętni goście z daleka i hojnie obsypywali je darami, a zaraz potem wracali do domu. Przybywali tam też podróżnicy tacy jak Ibn Battuta – w swoim dziele najwięcej uwagi poświęcił on jednak innym miejscom, które odwiedził przy okazji hadżu, nie zaś samej Mekce.

Podobna dysproporcja występuje w innych źródłach historycznych powstałych w ciągu wieków. To, czego dowiadujemy się o Mekce, jest do znudzenia znajome, ponieważ rytuały hadżu, które interesowały przybywających do świętego miasta, nie zmieniły się od czasów Proroka. Najbardziej fascynujące fragmenty tych tekstów właściwie dotyczą nie Mekki, lecz dróg prowadzących do niej i z powrotem, miejsc, gdzie świat ciągle się zmienia. Mieszkańcy Mekki rzadko spotykali się z zainteresowaniem autorów kronik powstałych przy okazji hadżu. Ludzie żyjący na stałe w Mekce mieli swoje zmartwienia, całkiem przyziemne, z którymi zmagali się na różne sposoby, często bardzo odległe od wzniosłych ideałów stworzonych przez resztę muzułmańskiego świata wokół idei Mekki. Wielkie idee i dokonania nauki, sztuki i kultury muzułmańskiej rzadko spotykały się z uznaniem w Mekce. Miasto odwiedzali wprawdzie wielcy uczeni i badacze, jednak mieszkańcy w ogóle nie interesowali się ich nauką. Mekkańczycy zajmowali się co najwyżej teologią, ale i w tej dziedzinie okazali się przeciętni, często wręcz zacofani. W sferze idei mekkańscy uczeni byli przeważnie konserwatywni. Zamiast działać na rzecz rozwoju kultury i życia intelektualnego, raczej hamowali i piętnowali wysiłki zmierzające w tym kierunku.

Można łatwo wytłumaczyć, dlaczego Mekka musiała się stać tak ważną ideą dla muzułmanów na całym świecie. Z jednej strony oznacza ona wszystko, co wiąże się ze sferą duchową i metafizyczną, choć istotą religii jest raczej ukazywanie sposobów na to, jak sfera ta może nadawać bieg naszemu życiu na tym świecie. Z drugiej jednak strony, to miejsce stało się wyjętym z czasu i przestrzeni ideałem, ponieważ przez wieki bardzo niewielu muzułmanów mogło spełnić marzenie o hadżu. Zasadnicze sformułowanie związane z obowiązkowym charakterem hadżu zawiera się w słowach: „Jeśli jest to dla ciebie możliwe”. Realia społeczne i gospodarcze minionych stuleci, a także ograniczone możliwości przemieszczania się sprawiły, że nie było to dane większości wyznawców islamu. Do Mekki zawsze przybywali pielgrzymi, jednak to, kim byli i skąd pochodzili, zmieniało się w ciągu dziejów. Muzułmanie, którzy odbyli hadż, stanowią niewielki ułamek wszystkich wyznawców islamu w całej historii tej religii. W rezultacie wydarzenia w Mekce zawsze były czymś odległym lub zgoła nieznanym dla reszty muzułmańskiego świata. I vice versa: to, co działo się w innych częściach świata islamu, nie miało większego wpływu na dzieje Mekki, zajętej głównie swoimi sprawami związanymi z rolą miasta pielgrzymkowego.

Niniejsza książka nie dotyczy wyidealizowanej Mekki (choć będzie w niej mowa o tym, jak doszło do tej idealizacji). Jej tematem jest zmarginalizowana i zlekceważona Mekka – miejsce, w którym toczyło się zwykłe życie. Miasto, które sprzyjało bohaterom (i łajdakom), bywało sceną krwawych wydarzeń, siedliskiem zachłanności i nietolerancji. Miasto uwikłane w przestrzeń, czas i nadzwyczaj pokręcone życiorysy mieszkańców oraz ludzi, którzy przyjeżdżali, by odprawić hadż. W dużej części nie będzie to lekka lektura. Nawet w miejscu tak wyidealizowanym przez muzułmanów ludzkie stopy tkwią głęboko w błocie – mekkańczycy, tak jak wszyscy inni ludzie, mają od zawsze ten sam kłopot z kształtowaniem duszy i sumienia, a historia Mekki jest tak samo przerażająca i krwawa jak dzieje wielu innych miast. Jest w tym lekcja dla nas wszystkich. Mam także nadzieję, że znajdzie się też tu parę ciekawych historii, które warto opowiedzieć.

1

Dolina Płaczu

Gdy za horyzontem zabłysnął pierwszy promyk nadchodzącego świtu, chłodna bryza zaczęła ustępować przed pełnym kurzu gorącem. Pewien mężczyzna ubrany w powłóczysty strój stał nieruchomo i obserwował, jak grupka ludzi pospiesznie zmierza do centralnej części miasta. Przyglądał się, jak wchodzą na okrągłą arenę, na której znajdowała się przypominająca sześcian budowla otoczona posągami. Widział, jak jeden za drugim przechodzą obok nich i kłaniają się, by ucałować ten największy – Hubal, popiersie wykonane z czerwonego agatu.

Mężczyzna odwrócił się od dobrze mu znanego widoku i ruszył dalej. Minął przechodzącą obok rodzinę – szli na cmentarz z malutkim dzieckiem w muślinowym zawiniątku. Usłyszał zbliżający się do miasta zgiełk karawany, więc skręcił, by ją ominąć. Sznur wielbłądów obładowanych jedwabiem, przyprawami, winem i wonnościami sunął w stronę rynku, a za nim wlókł się tabun niewolników idących gęsiego. Powietrze pulsowało od hałasu i woni pachnących olejków. W mieście zapanowało poruszenie. Mężczyzna szedł dalej w stronę góry wznoszącej się na północny wschód od miasta. Niecałą godzinę później wchodził już po jej łagodnym zboczu. Przystanął w miejscu, gdzie rozpoczynał się stromy odcinek drogi i wspinaczka stawała się trudniejsza. Odwrócił się i spojrzał na miasto położone w dole, otoczone górami ze wszystkich stron. Spoglądał na Mekkę.

Mężczyzna miał na imię Muhammad. Nieco ponad czterdziestoletni, był średniego wzrostu i choć cechowała go jasna karnacja, w nieosłoniętych miejscach jego skóra miała czerwonawy odcień. Na owalnej twarzy odznaczały się szerokie czoło i cienkie, lecz gęste brwi, kędzierzawe włosy uczesane w przedziałek spływały mu na kark.

Mekka była miastem o wielu nazwach. Mówiono na nią al-balad, czyli po prostu „główne miasto”, z uwagi na to, że była istotnym ośrodkiem miejskim i handlowym. Była również znana pod nazwą al-karia – miejsce, w którym zbiera się mnóstwo ludzi, jak woda spływająca do zbiornika. Inne miano – baka – miało rodowód biblijny. W Psalmie 84 (wersety 5–6) czytamy:

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie,

którzy w sercu zamierzyli pielgrzymkę.

Przechodząc doliną Baka, przemieniają ją w źródło,

a wczesny deszcz błogosławieństwem ją okryje3.

Według niektórych słowo „baka” oznacza drzewo balsamowe, „drzewo płaczące”, czyli wydzielające sok mleczny, albo „płaczące skały”. Arabskie słowo „bakka” można przetłumaczyć jako „suche koryto rzeczne”. Rzeczywiście dolina ta była suchym miejscem, pozbawionym roślin. Po grecku nazywano ją Doliną Płaczu. Kojarzyła się z brakiem wody, przywodziła na myśl miejsce głębokiego smutku i żalu. Jednak gdy przechodzili przez nią sprawiedliwi, mogli sprawić, by stała się „miejscem pełnym źródeł”, źródłem życia.

Głównym celem pielgrzymki do doliny Baka była budowla nazywana zwykle Sześcianem, po arabsku „al-kaba”. Badania językoznawcze w wielu różnych językach wykazują częste występowanie zjawiska polegającego na zamianie, dodawaniu i ujmowaniu pojedynczych liter w toponimach. Zmiany te dokonują się wraz z upływem czasu; dla przykładu: Londyn w czasach założenia miasta przez Rzymian nosił nazwę Londinium. W przypadku Mekki jedna spółgłoska wargowa zastąpiła drugą: zamiast „bakka” miasto zaczęto nazywać po arabsku „makka”4.

Mieszkańców miasta określano kiedyś mianem „aribi” – ten termin pojawia się po raz pierwszy w zapisanym pismem klinowym sprawozdaniu z bitwy pod Karkar (w 853 roku przed naszą erą), którą stoczył asyryjski król Salmanasar III. Słowem tym określano nomadów lub mieszkańców pustyni. Pochodzące z tego okresu rzeźby (wiele z nich odkryto niedawno w grobach odnalezionych w północnych regionach Arabii Saudyjskiej) przedstawiają Arabów jako ludzi o owalnych twarzach, prostych i wydatnych nosach, małych podbródkach i wielkich oczach. Można odnieść wrażenie, że ich szerokie źrenice, wypełnione czarnymi kamieniami lub lapis-lazuli, ilustrują religijną ekstazę. Być może jest to oznaka popularnego w tym regionie przekonania, że w zmyśle wzroku jest zawarta duchowa siła. Łaskawe spojrzenie przynosiło spokój, a złe oko mogło zabić.

Oprócz Mekki istniały w tym regionie inne ważne miasta. Około stu kilometrów na południe leży oaza At-Ta’if, którą ze względu na bogactwo owoców, warzyw i winorośli nazywano ogrodem Hidżazu. Nieco ponad trzysta kilometrów na północ znajduje się miasto Jasrib, które w czasach Muhammada było zamieszkane przez Żydów słynących ze sztuki złotniczej oraz dogłębnej znajomości Biblii hebrajskiej i Talmudu. Około stu kilometrów na zachód leży Dżudda, miasto portowe i okno na świat. Mekka miała przewagę nad tymi miastami nie tylko dlatego, że to w niej znajdowała się Al-Kaba. Swoją ważną pozycję zawdzięczała również temu, że była położona na skrzyżowaniu dwóch ważnych szlaków handlowych o światowym znaczeniu. Pierwszy wiódł przez góry Hidżazu z północy na południe – od Syrii i wybrzeży Morza Śródziemnego aż do Jemenu, gdzie stykał się ze szlakami prowadzącymi przez Ocean Indyjski do Indii i Azji Południowo-Wschodniej. Drugi biegł z zachodu na wschód – od wschodniej Afryki, Abisynii i portów nad Morzem Czerwonym, przez Irak i Iran, do Azji Centralnej i Chin.

Miasto zawdzięczało sławę Al-Kabie. Nazwy miejsc przywołują wiele skojarzeń, od całkiem zwyczajnych, takich jak „al-kaba”, aż po rozbudowane i złożone z wielu warstw znaczeniowych, takie jak nazwy doliny Baka. Można dostrzegać subtelne zmiany, które wiążą różne nazwy określające dane miejsce na ziemi, ale umiejscowienie ich w czasie to zupełnie inna sprawa. Czas jest jednym z wymiarów naszego rozumienia, jest też wyzwaniem dla wyobraźni, przyjmowanych założeń oraz zdolności do tworzenia powiązań (a niekiedy do ich przekreślania). Na temat przeszłości i wieku Al-Kaby oraz miasta, które wokół niej wyrosło, przetoczyło się już wiele dyskusji.

Część dzisiejszych badaczy podaje w wątpliwość, czy w starożytności Mekka kiedykolwiek była centrum pielgrzymkowym, skoro nie istnieją świadectwa archeologiczne na poparcie tej tezy5. W tym przypadku jednak brak źródeł jest w znacznej mierze tożsamy z brakiem badań archeologicznych, a są to zupełnie różne problemy.

Mekka jest dzisiaj jednym z miast Arabii Saudyjskiej – kraju, którym od osiemdziesięciu lat rządzi rodzina mająca awersję do historii i historycznych źródeł, włącznie ze świadectwami pochodzącymi z badań archeologicznych i rękopisów. Rząd dołożył starań, by w czerwcu 1973 roku Mekka została ogołocona ze swej historii. Zburzono wtedy całe dzielnice miasta, zniszczono jego dziedzictwo kulturalne i miejsca o ważnym historycznym znaczeniu. Wymazano je z krajobrazu z taką łatwością, jakby chodziło o napis, który można zetrzeć gumką. W Arabii Saudyjskiej badania archeologiczne należą do rzadkości, a jeśli już są przeprowadzane, to z daleka od świętych miejsc. Z punktu widzenia Saudów Mekka nie ma prehistorii, nie ma żadnej historii ani przed Muhammadem, ani po nim. Wyzucie Mekki z historii ma tylko jeden powód – Saudowie sprzeciwiają się kultowi Muhammada. Ten sprzeciw wynika z obawy, że ludzie zamiast czcić Boga, mogliby otaczać czcią miejsca.