Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 428 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Męka kartoflana - Janusz Rudnicki

Czy można znaleźć w środku Niemiec mąkę kartoflaną, by w niedzielę ugotować kluski śląskie? Czy wypada czytać poezję, gdy stoi się na czatach, a kumple właśnie obrabiają sklep? W który zaułek skręcić, żeby trafić tam, gdzie wszyscy noszą tureckie sweterki? W swoim zbiorze opowiadań Janusz Rudnicki dokonuje rozrachunku prawie ze wszystkimi polskimi wadami. I choć pisane w latach 80. i 90., teksty te pozostają zaskakująco aktualne. Świat Rudnickiego bywa zdeformowany aż do absurdu. Narrator niespecjalnie lubi swoich bohaterów, osądza ich i karci, a do tego szyderczo się z nich naśmiewa. Jednak nie można mu odmówić celności spostrzeżeń oraz odwagi w obnażaniu polskiej i ogólnoludzkiej głupoty. A jego stylistyczna werwa nie ma sobie równych. „Męka kartoflana” pokazuje, jak ewoluowała proza Janusza Rudnickiego, dziś jednego z najbardziej oryginalnych polskich prozaików.

Opinie o ebooku Męka kartoflana - Janusz Rudnicki

Fragment ebooka Męka kartoflana - Janusz Rudnicki

Redaktor serii: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Dariusz Sośnicki

Korekta: Marianna Sokołowska

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych:

Karolina Michałowska, www.360stopni.com.pl

Fotografia autora: © Elżbieta Lempp

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:

ISBN 978-83-7747-258-3

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie II zmienione

Warszawa 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Hej, ludzie, macie w ręku bilet! Upieprzeni, uwalani codziennością, weźcie sobie od niej urlop. Zapomnijcie ojejgipsowej fizjonomii. Podróż was czeka daleka. Po drodze pełnej nieoczekiwanych wybojów…Tak anonsowałem pierwsze wydanieMęki kartoflanej.

Dzisiaj powiem, że książka niby ta sama, ale „chodzi”lepiej. Podrasowałem jej silnik.

Janusz Rudnicki urodził się w 1956 roku w Kędzierzynie-Koźlu.

W1983 wyjechał do Hamburga, studiował tam slawistykę i germanistykę. Stale współpracuje z „Twórczością”, ostatnio również z „Machiną”. Opublikował tomy prozyMożna żyć(1992, Nagroda im. St. Piętaka za debiut),Cholerny świat(1994),Tam i z powrotem po tęczy(1997),Męka kartoflana(wydanie 1:2000). W 2004 roku w Wydawnictwie W.A.B. ukazał sięMój Wehrmacht, w 2007 –Chodźcie, idziemy, nominowane do nagrody NIKE i Europejskiej Nagrody Literackiej. TomŚmierć czeskiego psa(WAB. 2009) znalazł się w finale nagrody NIKE, był także nominowany do nagrody GDYNIA, „Gwarancji Kultury” TVP Kultura i Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS.

w serii ukazały się

Wojciech AlbińskiAchtung! Banditen!

Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowych

Andrzej BartRewers

Joanna BatorChmurdalia, Piaskowa Góra

Dawid BieńkowskiBiało-czerwony, Nic

Szymon BogaczKoło kwintowe

Jacek DehnelBalzakiana, Fotoplastikon, Lala, Rynek w Smyrnie

Agnieszka DrotkiewiczTeraz

Manuela GretkowskaKabaret metafizyczny, My zdieś emigranty, Namiętnik, Podręcznik do ludzi, Tarot paryski

Radosław KobierskiZiemia Nod

Marek KochanPlac zabaw

Włodzimierz KowalewskiExcentrycy

Wojciech KuczokGnój, Opowieści przebrane, Senność, Spiski. Przygody tatrzańskie, Widmokrąg

Jarosław MaślanekApokalypsis '89

Daniel OdijaKronika umarłych

Tomasz PiątekPałac Ostrogskich, Wąż w kaplicy

Janusz RudnickiChodźcie, idziemy, Śmierć czeskiego psa

Sławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusem, Ruchy, Zwał

Sylwia SiedleckaSzczeniaki

Mariusz SieniewiczCzwarte niebo, Rebelia, Żydówek nie obsługujemy

Marek SobólMojry

Magdalena TulliSny i kamienie, Skaza, Tryby, W czerwieni

Słowo

Czuję się trochę tak, jakbym wydawał własne pisma pośmiertne. Jakbym przez lornetkę, nastawiając ostrość, patrzył na siebie samego gdzieś z połowy lat osiemdziesiątych zeszłego wieku.

Około trzydziestoletni facet z wąsem (zgól go, na miłość boską!) wysyła z miasta Hamburg do miasteczka Maisons-Laffitte coś na kształt ballady o polskich złodziejach w Niemczech. Zaczynającej się od zdaniaPewnego razu zdarzyło się, że Czesiu, zawsze ustawiany na czujce, przepadł bez wieści. Zdanie, którym wywija jak lassem, ale nikt jakoś na nie się nie łapie. Debiutujący prowincjusz chce karykaturować kod romantyczny, pije do klasyki(Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepadł bez wieści.), ale co tam,Można żyćzacznie oddychać samo i niepotrzebna mu będzie maska tlenowa z rezerwuarem Sienkiewicza.

Pod koniec lat osiemdziesiątych student slawistyki (z okularami na pół twarzy) wysyła do „Kultury” paryskiej drugi tekst. Odpisuje Grudziński, coś w stylu, że jak na opowiadanie o samotności to za dużo w nim wątków. Student drapie się w głowę, na jakiej podstawie ta bezczelna samotność przy pomocy jej wysłannika Grudzińskiego uzurpuje sobie prawo do tylko i wyłącznie jednego wątku? Następuje moment zwrotny, koperta z opowiadaniem o sąsiadce imieniem Uschi wędruje na ulicę Wiejską w Warszawie. I daje początek serii blisko pięćdziesięciu tekstów, które wysłałem tam do dziś (ponad dwadzieścia lat!). Występując po drodze gościnnie na łamach innych tytułów (ostatnio długi romans z „Machiną”).

Wkrótce poUschiwyszłyOdwiedziny. Dobrych kilkadziesiąt stron tylko dlatego, że mama, kiedy pierwszy raz przyjechała do Hamburga, pomyliła cukier z mąką i posłodziła sobie nią herbatę. Wtedy cukier w Hamburgu wyglądał tak jak mąka w Kędzierzynie-Koźlu.Odwiedzinybyły robotą pionierską w tym sensie, że duże partie pisałem składnią niemiecką z użyciem polskich słów. Stosunek bilateralny między obu państwami urósł tym samym do rangi płciowego.

Nie pamiętam, Bereza czy Lisowski, zdaje się, że Lisowski, wpadł na pomysł cykluListów z Hamburga. Chodziło o to, żeby w ramach stałej rubryki szybciej ukazywać się mogło to, co stamtąd wysyłałem. No i wysyłałem.

Szkoda, że nigdy nie udało mi się spotkać Jerzego Ficowskiego. Kiedy opublikowałemSchulza ’92zerwał współpracę z „Twórczością”, ogłaszając na łamach tejże pełen oburzenia list. A ja przecież z miłości pisałem, nie z nienawiści.

Podobnie jak o Dąbrowskiej i Nałkowskiej, wobec których uzurpowałem sobie prawo do bycia ich nieślubnym dzieckiem.

Męka kartoflanato pierwsze moje opowiadanie (z) drogi. Nie zapomnę pewnej kuriozalnej recenzji, w której stało, że część o powodzi z roku 1997 to jeden z najbardziej udanych zapisów kataklizmu, który nas wtedy nawiedził. TymczasemKędzierzyn-Koźle pod wodąpisałem, kiedy zaczęło lekko padać, i naprzód miasto, a potem kraj zalałem wodą własnoręcznie. Niewdzięczny to zawód, literat, człowiek ma raz w życiu jakąś wizję, publikuje ją i zostaje reporterem. (Kiedy powódź się rozszalała i w Ka-Koźlu zalało cmentarz, byłem już w Hamburgu. Zadzwonił wtedy do mnie brat i powiedział, wracaj, bo nasz stary po mieście pływa.)

PS

Przejrzałem całość. Tu i tam przystrzygłem. Tu i tam wymyłem lekko przetłuszczone z wysiłku włosy. Wtarłem trochę żelu, postawiłem, zmierzwiłem, wysuszyłem. Teraz może iść, na Miasto.

I

Można żyć

Pewnego razu zdarzyło się, że Czesiu, zawsze ustawiany na czujce, przepadł bez wieści. Może wrócił do Polski, mówili, kto go tam wie. Ostatnio trochę wracało. Na przykład ten, jak mu było… Rysiek, Rychu na niego mówili. Taki niewysoki, przy sobie. Zawsze jak wychodził, to pukał w stół, jak Niemcy, oni się tak żegnają, pukają w stół. Dlatego nikt go specjalnie nie lubił, tego Rycha. Niby z nami, Polak i tego, a puka w stół. Jak wyjechał, to niedługo przysłał list. Tego i tego, gnijcie tam na socjalu, a ja winogrona stawiam, pod przykryciem. Nie chcę tu kląć, ale skurwysyn to on był. Tu Niemców naśladuje, a tam dla komuchów robi. Minęło gdzieś tak, ile? Pół roku? Przyjechał na zaproszenie i szukajcie mi merca, mówi, po stówie dam. Potem się rozmyślił. Przednie siedzenie mi pod dupą ucieka, mówi, wracam polonezem. Takich modeli tu jest pełno… no, ale ten Czesiu. Może on też wrócił? Albo papiery gdzieś po cichu złożył? Do Australii albo Kanady? Tutaj na azyl nie miał szans, strajkował raz, za Solidarności, ale nie miał poświadczenia ani nic. Że niby Niemiec, też mu nie wyszło. Co mu odpisali? Że dziadek to w porządku, ale ojciec był pełnoletni, a miał papiery polskie, czy coś takiego. No i siedział na socjalu, tak jak wszyscy prawie. Skubnął coś w sklepie, sprzedał, pohandlował, takie o. Wierszyk se ułożył, nie będę go tu powtarzał, a zresztą, kto tego słucha: „Ech, Ludowa, chuj ci w serce, przez ciebiem na poniewierce”. Koniec. Aż żeśmy go na czujkę wzięli, to się, jak to mówią, ustabilizował. A tamten, ten… Rychu, utopił się. Pisał ktoś z Polski. Normalnie kąpał się i utopił. Potem my się śmiali, że ma teraz prawdziwą plantację pod przykryciem.

Czujka to jest fucha! Patrzysz tylko, czy ktoś nie idzie, a reszta rąbie. Wcześniej namiar, upewnić się, że czysto, do środka i fertik. A potem rozprowadzić, bo forsy to te skubańce w domu nie trzymają, chowają po książeczkach. Wiadomo, procenty, sknery jedne, bo miałem nie kląć. Fuchę miałeś, Czesiu, tak ci mówię, jak mnie teraz słyszysz, nie możesz powiedzieć. Za damski chuj inkasowałeś, bo kto tu łazi po bocznych ulicach w nocy, kto? Niemcy do tyry, telewizorek i nyny, kurwa, wojnę przegrali, długi płacą, a jeszcze tyle mają! Kto mi to wytłumaczy? I my w nagrodę dostaliśmy Rusa, a oni za karę Amerykana! I się buntują jeszcze, jeszcze im źle! Bądź tu mądry. Ale o tym Czesiu. Fuchę miał, spać mógł, jak my rąbali, bo kto tu kradnie, nie? Niemcy porządny kraj. No i Czesiu zniknął. Nie wiem, może do Australii albo do Kanady, ale to już mówiłem. Spróbowaliśmy raz bez czujki, wyszło. Drugi raz, też. My to ja i Inteligent.Woher kommen Sie, zapytali go raz w urzędzie, a on myślał, że to, tak jak w Polsce, chodzi o pochodzenie, i mówi:ich komme aus Intelligenz. I tak zostało, Inteligent. Na mnie mówili Gościu, bo miałem azyl. Jak, to nikomu nic do tego, komuchy mnie tam do dziś pamiętają, wystarczy? Powiem tylko tyle, za to, co te czerwone pająki, Ruskie, zrobili w Katyniu, za to powinni odpokutować. Muszą. Jak ja się nie doczekam, to moje dzieci…

W Polsce są, stara zrezygnowała, nie chce przyjechać. Paczki ślę, żeby mnie pamiętały…

Za trzecim razem o mało co nie wpadliśmy. Rozebraliśmy stereoanlagę, a tu klucz w drzwiach. Inteligent nauczył się – takie jedno zdanie po turecku – już zapomniałem, żeby było na nich, i chodu. Zemścił się ten wakat na czujce. Niby pełno ludzi, każdy się rwał, ale uczciwy to mało kto. Ten się spił, tamten się spóźnił, tak że musieliśmy wrócić do sklepów, jak na początku. Chodziliśmy na te zakupy, ale to marny geszeft, nawet nie ma co potem rozprowadzać. Inteligent tak się rozpuścił, że raz to wyniósł rakietę tenisową, za koszulą na plecach. Obrabialiśmy „hojnych”, znowu „braliśmy” i tak leciało. Knajpy, trochę dziewczynek… Ten Rychu, co się utopił, opowiadał raz, że go zatrzymali, drogówka, mierzą, powyżej trzech promili. To myśleli, że im się coś pomyliło, i go puścili. Ja w to nie wierzę.

Tak gdzieś kiedyś w maju, na początku, przyjechał Maturzysta. Mizerne toto, blade, niepozorne. Półtora nieszczęścia, jak to się kiedyś mówiło. Zaraz przed maturą uciekł, teraz tłumacz takiemu, że mógł skończyć. Gapi się na ciebie nieśmiało, głowę spuści i mówi, że tu chce żyć, gdzie wolna Polska jeszcze. Nawet Inteligent się wzruszył, co dopiero ja. Tak jakbym syna swojego z przyszłości zobaczył, kiedy dorośnie. Naprzód trza było go ubrać. Inteligent się szarpnął, ja się szarpnąłem i był gotów. Nie ten chłopak. Niby nie chciał, krygował się, ale w wystawach to się ukradkiem przeglądał. My, że niby nic nie widzimy, mrugaliśmy do siebie, a duma nas brała od środka, aż miło. Maturzysta staje co chwilę, nadziwić się nie może tym sklepom, łapie się za głowę, jęczy, a my oprowadzamy go, jakby to wszystko było nasze, tacy dumni. Człowiek się zżywa z miejscem, przyzwyczaja, może mi kto mówić, co chce. Ubranie z Polski kazaliśmy mu zostawić, przyda się, jak będzie po socjal szedł. Poszliśmy do knajpy polskiej, to już się całkiem rozczulił. Flaczki, jedna butelka, druga i życiorysy na stół. Nawet nie wiedziałem, że Inteligent siedział razem z internowanymi, bo ich wtedy pomieszali. Pieśni się różnych nauczył, nawet zaczął: „O, Panie Boże, Ojcze nasz”, ale przyszła kelnerka i powiedziała, że to nie kościół. Maturzysta rozkleił się i wypłakał z siebie wszystko. Głupich nauczycieli, ojca, co nic nie rozumiał i mówił, że trzeba pracować, bo bez pracy nie ma nic, kolegów z klasy, co to tylko za dupami i interesami, i Solidarność, bo kto tam jeszcze o Bujaku myśli. Wpakował się do ciężarówki holenderskiej, wcisnął gdzieś między paki i tak przejechał. Na granicy puścili do środka psa. Ten pies stanął przed nim, ślepia mu błyszczały i patrzył, ten na tego, a ten na tego. Maturzysta serce ma w gardle, jeszcze teraz miał, jak to opowiadał, i nie rusza się. W końcu strażnik zawołał i pies normalnie wybiegł. Zrozumiał mnie, zrozumiał mnie, szlochał Maturzysta. Podniosłem za zdrowie tego psa ludzkiego, bo dzięki niemu spotkaliśmy się i będziemy trzymać się razem, wypiliśmy, a Inteligent powiedział, słuchaj, Maturzysta, ty masz inteligencję wrodzoną, ja nabytą, a Gościu ma azyl. Co nam więcej trzeba? Wszyscy jesteśmy Polakami, tu, na obczyźnie, i musimy trzymać się razem. Maturzysta dziękował, żeśmy się nim zajęli, żeśmy go tak przygarnęli jak prawdziwa rodzina, a Inteligent pchał mu pod nos pięść i krzyczał, że wszyscy trzej jesteśmy jak ona, ta pięść biało-czerwona. Maturzysta zgodził się, ale niech wykreśli to czerwona. Ja go poparłem, bo czerwieni mi już nikt nie wmówi, i stanęło na białej. Inteligent miał wtedy swój dzień do gadania. Tutaj jesteś wolnym człowiekiem, możesz robić, co chcesz, najwyżej cię zamkną, klarował Maturzyście. Ja musiałem mu potakiwać, bo pytał mnie ciągle, jest tak, jak mówię? Tutaj oddychasz powietrzem wolnego świata, mówił, ale to musiał gdzieś przeczytać i zapamiętać sobie. Często tak robił, żeby zaszpanować młodym spadochroniarzom. Szwabom się nie daj, bądź Polakiem, zresztą, już my cię we wszystko wprowadzimy. Będziesz stał na czujce, jakby co, to tylko dasz znać. Maturzysta domyślił się, o co chodzi, i wrzeszczy na całą knajpę, że on to nie będzie nigdy kraść. Kto ci każe kraść, kto ci każe kraść, postoisz tylko, jakby co, dasz znać. My tu jesteśmy jak Robin Hood, bogatym zabieramy, oddajemy biednym, pół darmo. I zaraz się Inteligent ni stąd, ni zowąd rozkleił. Dziadka sobie przypomniał. On go nie znał, ojciec mu opowiadał, jak go zabili żywcem hitlerowcy. Ja dorzuciłem coś ze swojej rodziny, ale żebym był pewien, to nie powiem, a Maturzysta też tam kogoś miał, tylko że go ukatrupili sowieci, a to wiadomo, jedna i ta sama zaraza. Komunizm to na czerwono polakierowany faszyzm, krzyknął Inteligent, ale to też musiał skądś znać, chyba z jakiejś demonstracji. Wypiliśmy na koniec zdrowie naszych pomordowanych przodków, tego psa i w ogóle wszystkich psów, i holenderskich kierowców, i na pohybel komunie.

Ten Rychu mi po głowie chodzi, ten, co się utopił. Człowiek planuje coś, kombinuje, rodzinę zakłada, bo żenić się chciał, i koniec, pod wodę, cisza. Szkwał tylko.

Odprowadzamy Maturzystę do obozu, noc, a ten drze się na całe gardło, śpiewa coś, tańczy, bo mu Inteligent nagadał, że wszystko wolno. Co on to śpiewał? Jakoś tak: „Nie zdechniemy tak szybko, jak sobie roi śmierć, ziemia dla nas za płytka, fruniemy w górę gdzieś”. Często to śpiewał, jak piliśmy. Nagle suka i sprawdzają nas. Maturzysta obejmuje gliniarza, ściska go,Solidarität, Solidarität, krzyczy,ich aus Polen, Pologne, Polonia, Freiheit für Polen, tośmy go wzięli szybko pod ramiona, wytłumaczyli grzecznie, co i jak, że dopiero co przyjechał, nowy jest, a tam mu całą rodzinę zamknęli i że on prawie jak sierota,Waisenkind, znaczy. Puścili nas pod warunkiem, że zaraz z nim do obozu. Umówiliśmy się na jutro, no i co?

No i było nas trzech: Inteligent, Maturzysta i ja.

On nie od razu stanął na tej czujce. Ile to było gadania… Dopiero jak musiał na znaczek od nas do Polski pożyczyć, wtedy pękł. Pękł, bo miękki był, to też. Inteligent dał mu pięć dych, bądź wieczorem tam i tam, powiedział i Maturzysta przyszedł. Poszło jak zwykle. Na drugi dzień rozprowadziliśmy towar i kiedy doszło do podziału, to ten nic. Nie weźmie i koniec. Szlag nas trafił, Inteligent chciał nawet tę forsę wyrzucić, a mi się spodobało, że taki wrażliwy. Poza tym pierwszy raz to zawsze ciężko. Dobra, mówię, za twoją dolę robimy wycieczkę, na przykład do Kolonii. Oczy mu zalśniły, bo kto by nie chciał świata zobaczyć, wzbraniał się, tego, ale już mówił o katedrze, bo słyszał o niej i oglądał na zdjęciach. Wypiliśmy na to konto, a wieczorem do Patriotki. Równa dziewucha, niby do wszystkiego, ale zasady miała. Niemców skubała równo, dla nas zniżka patriotyczna, ale niech który ją potraktuje jak kurwę, za drzwi. Kto szarmancki, kulturalny, dostawał, co chciał. A jeszcze jak kwiaty jej się przyniosło, to miałeś wszystko, ze śniadaniem. Taki Niemiec się w niej zakochał. Przychodził codziennie, do knajpy zapraszał, mercem wszędzie woził. Patriotka nic. Żenić się chciał, a ta jak kamień. Idź za niego, Patriotka, mówili my jej wszyscy, hajtnij się, trzy lata miną i papiery masz, a ta się uparła. Na uczucie czekała, to jej pukali po głowie, że na księcia czeka. Jeszcze była ładna, potrafiła się czasami tak zrobić, że oko stawało albo, jak to mówił Czesiu, ten pierwszy z czujki, chuj bolał patrzeć. Kwiaty kupiliśmy, Maturzyście do ręki wepchali i wchodzimy. Skrzywiła się, że małolat, bo wyglądał jeszcze młodziej, no jak szczeniak, ale jak się dowiedziała, że maturzysta, to jej nawet zaimponowało, no i jeszcze te kwiaty. Butelkę nawet sama wyciągnęła. Później się okazało, że akurat miała urodziny. Ile ona mogła mieć lat? Wyszliśmy z Inteligentem na godzinkę, wracamy. Patriotka siedzi z nim na łóżku i głowę mu do piersi tuli, jak matka. Maturzysta, jak nas zobaczył, wybiegł zaraz z pokoju, Inteligent poleciał za nim, a ta opierdala mnie z góry na dół, że u niej nie żadna szkółka niedzielna dla wyrostków, ale widać, że też w nim coś polubiła, bo pytać zaczęła, skąd on i w ogóle jaka ta jego dziewczyna. Skąd miałem wiedzieć? Patriotka opowiada, że codziennie listy do niej wysyła, że jak tu się urządzi, to ją ściągnie, i żali się nagle jak głupia, że niby jej to tak nikt w życiu nie kochał, ale to cała Patriotka. Inteligent wrócił sam, Maturzysty nie znalazł. Co tu robić, z rana mamy jechać, a ten gdzieś zwiał. Nie ma go i nie ma, siedzimy, naraz pukanie, wchodzi. Jakąś paczuszkę z kieszeni wyciąga, kokardką obwiązana, i podaje Patriotce, prezent na urodziny. Patriotka głowę obraca, żeby gówniarz łez nie widział, nam też jakoś miękko. Wiersze Mickiewicza jej dał, sam jeszcze pamiętam: „Litwo, ojczyzno moja”, i misia jakiegoś, taki tani, byle jaki. Flaszkę następną otworzyliśmy i piliśmy jak za starych czasów, po bożemu. Inteligent nalewał i śpiewał: „Oto wielka tajemnica wiary”, my chórem: „Bogu niech będą dzięki”, a potem wszyscy po wypiciu, na sucho: „Amen”. A rano pojechaliśmy do tej Kolonii. W czwórkę, bo jej się też zachciało. Ja prowadziłem, wtedy mieliśmy jeszcze tego starego passata, z boku siedział Inteligent, a z tyłu Patriotka z Maturzystą.

Forsa jest, świat jest piękny. Słońce świeciło, Patriotka śpiewała „Czy mnie jeszcze pamiętasz”, ja dusiłem sto osiemdziesiąt i tak sobie myślałem, że życie to jak ta autobana, raz w górę, raz w dół. Maturzysta przykleił się do szyby i patrzył, Inteligent pisał list do domu i czytał nam wszystkim, co tam wypocił. Drodzy rodzice, jest mi tu dobrze, zapytuję o wasze zdrowie i takie tam. „Czy, jak inne dziewczęta, zapomniałaś mnie już”, piszczała Patriotka, silnik wył, a ja przez ramię pytałem Maturzystę, co, mały, można żyć, nie?

W Kolonii akurat na manifestację trafiliśmy. Naszą, polską. Maturzysta mało się nie zaczął modlić, jak zobaczył transparenty. Witał się ze wszystkimi, chciał opowiadać, co tam w kraju, ale kto go słuchał. Bo kto powie co nowego? Wiadomo, drożeje, coraz gorzej, komuna kłamie, ludzi zamykają, uszaty pierdoli, jak pierdolił, ile tego słuchać? Stanęliśmy w tej kupce, gdzieś tak ze sto osób, no i słuchamy, jak taki jeden nadaje do mikrofonu. Znali my już to wszystko na pamięć. Jak się komuna nie zmienia, to co ma się taki protest zmieniać, nie? No to ten przemawia, że oskarżamy tych wszystkich kolaborantów Moskwy, co to sprawują władzę w Polsce z jej nadania, o wybory sfałszowane po wojnie, o ten Grudzień, stan wojenny, wojnę polsko-jaruzelską, jak to powiedział, chociaż nie wiem wcale, czy to prawda, że z jednej strony tylko Jaruzelski i banda z Moskwy, a z drugiej cały naród polski, ale niech mu tam będzie, no i co jeszcze? O, wszystko, wygłodzenie ludności, celowe, ach, z kilkanaście razy wyliczał. Raz powiedział, że oskarżamy ich o to, że złamali przyrzeczenia. Protestują, że komuniści złamali przyrzeczenia! Śmiać mi się zachciało. Ja tam im nigdy nie wierzyłem. Głupi mógł wierzyć. Taka ich natura, że kłamią, obiecują, to co tu teraz protestować, że co? Że przyrzekali, a nie dali? Jakby dali, toby ich nie było, dobrze robią, po swojemu. Uwierzył, głupi, a teraz beczy pod konsulatem. Siebie niech oskarża, że uwierzył. Każde zdanie zaczynał od: oskarżamy, jak w teatrze, a na końcu wszyscy mieli powtarzać za nim to oskarżamy, no jak w teatrze, już mówiłem, albo w kościele. Po ostatnim zdaniu to nawet trzy razy: oskarżamy, oskarżamy, oskarżamy. Odbija wam, odbija wam, odbija wam, powiedziałem po cichu, bo tak się poczułem jak kiedyś na akademii w zawodówce, tylko że tam oskarżali faszystów. Patriotka zaczęła chichotać, a Inteligent rozpędził się i klepał to oskarżamy, oskarżamy, oskarżamy, choć tamten już dawno skończył. Maturzysta uciszał nas, bo ja się przyłączyłem do Inteligenta i tak żeśmy na dwa głosy oskarżali, raz on, raz ja, raz on, raz ja. Podszedł zaraz taki z opaską i mówi, że skoro nam tak wesoło, to nasze miejsce jest tam, niby w konsulacie, u nich. Inteligent się wyrwał, że tutaj jest demokracja i każdy ma prawo oskarżać, a Patriotka dołożyła, że jak taki oskarżyciel, to niech jedzie tam oskarżać, gdzie oni są, do Moskwy, bo tutaj to nie sztuka. Zamieszanie się zrobiło. Jedna taka, co trzymała transparent, krzyczy, że my na pewno ubecy. Patriotka już się do niej rwała, żeby w pysk przyłożyć, bo różnie ją nazywali, ale nigdy tak. Trzymałem ją i do mordobicia nie doszło, ale ta z transparentem usłyszała tyle rzeczy o sobie po polsku i niemiecku, że kurwa i szmata zrolowana były jak komplement. Ten z opaską poleciał do suki, bo oni zawsze tu takich demonstracji pilnują, to my powoli do tyłu i już nas nie było. Maturzysta został. Patriotka krzyknęła mu tylko, że będziemy pod katedrą, i wycofaliśmy się.

Pod tą katedrą trzeba być, trzeba ją na własne oczy zobaczyć. To jest potęga, dech zapiera i w głowie się kręci, jak się pod nią stoi. Czekamy na Maturzystę. Inteligent śmieje się z Patriotki, co, przyjdzie twój kochany czy nie, zgubił się mamusi syneczek. Powiedziałem mu, żeby mordę zamknął, bo denerwowało mnie takie gadanie. Teraz myślę, że może był zazdrosny. Ona nie była brzydka, wybór też był mały, a Inteligent trzydziestkę już miał śmiało. Może dlatego zaczął później nie lubić Maturzysty, nie wiem. A może dlatego, że Maturzysta był taki inny, lepszy jakby, no, bardziej czysty, czy ja wiem. Było coś w Maturzyście, co złościło Inteligenta, no i coś w Inteligencie, co złościło Maturzystę. W końcu przyszedł. Z pretensjami do nas, że nic nie rozumiemy, żeśmy emigracja zarobkowa, a Polska nas nie obchodzi. Ja się wściekłem i mówię mu, że jak ten oskarżyciel w okularach to ma być Polska, to ja mam to w dupie, głęboko, i żeby nam tu z Polską nie wyjeżdżał, bo młody jeszcze i głupi i nie rozumie tej szopki na emigracji, nie odróżnia oszołomów od takich… no prawdziwych, bo ci prawdziwi nie piszą raz na rok tych deklaracji tylko dlatego, żeby było widać, że oni działają, nie idą z dumą jak pawie na początku tych pochodów niby, co to wyglądają jak capstrzyki albo topienie Marzanny, do zdjęć się nie ustawiają, nie pieprzą ciągle w kółko, że tam biedny, zniewolony naród, bo to go tylko obraża, ten naród, oni robią… no, ja nie wiem co, wysyłają, pomagają, skąd ja mam wiedzieć, ja nie jestem działacz, Inteligent też nie, kradniemy, nasza sprawa, kiedyś może bekniemy za to, ale jakby co do czego, to nawet Patriotka, chociaż niby, nie obraź się, mówię do niej, ale tak jest, chociaż niby dziwka, to też pójdzie z transparentem, a tamta może spieprzyć. I tak się rozgadałem jak nigdy. Samemu mi się to spodobało, Inteligentowi też, bo go znam, i Patriotce też. No, tym bardziej, że tak naprawdę to w to „jakby co do czego” mało kto wierzył. Maturzysta nic nie powiedział, tylko spytał, gdzie teraz idziemy, no i lepiej żeśmy się wszyscy poczuli. Inteligent mówi, że ani w prawo, ani w lewo, tylko do góry, i poszliśmy na te schody, w ostatniej chwili, bo już na górę nie chcieli puszczać. Jeszcze jak zaczęliśmy wychodzić na górę, to Inteligent tłumaczył Maturzyście, że ci internowani, których tam poznał, to na takich oskarżycieli mówili „nawiedzeni”, ale Patriotka powiedziała, żeby już skończyli nudzić, bo jakby wiedziała, że będzie cały czas o polityce, toby została w domu i więcej by miała pożytku. Tośmy się wszyscy zamknęli i zaczęło się to wchodzenie.

Ile tam jest schodów na samą górę? Mogłem policzyć…

Wchodzisz i wchodzisz.

Kręte, wąsko, jak z góry schodzą, to musisz stawać bokiem, tak wąsko.

Maturzysta był już w przodzie, za mną dyszała Patriotka, za nią Inteligent. Co chwilę wpychał jej rękę pod spódnicę, tak dla kawału niby, że w takim świętym miejscu. Patriotka odganiała go, jak mogła, i naraz zatrzymała się i zaczęła płakać. Pierwszy raz widziałem, jak Patriotka płacze. Powiedziała mu, że jest bydlę, cham, cep i nigdy nie znajdzie sobie kobiety, bo nic nie rozumie, że nie dał jej raz chociaż o wszystkim zapomnieć i tego mu nie przebaczy. Wcisnąłem mu torbę z flaszkami, żeby niósł i zostawił Patriotkę w spokoju. Wziął i pognał do góry i wtedy też pierwszy raz widziałem, że jest wściekły. Wziąłem ją pod ramię i wchodzimy dalej. Ja nigdy nie rozumiałem dobrze kobiet. Beczy, niby rozpacza, a jak zobaczyła, że już jesteśmy prawie na górze, to jej od razu przeszło, no i inny człowiek. Oczy wytarła, poprawiła ten swój makijaż i klepie mnie po plecach z uciechy, że już nareszcie koniec. Weszliśmy na tę kopułę, to zaraz Maturzysta podleciał. Zaciągnął nas do bariery i patrzcie, patrzcie, krzyczy. Oczy mu błyszczą, rozpalony, no, mówi do Patriotki, byłaś kiedyś tak wysoko? Inteligent stał całkiem z boku, udawał, że nas nie widzi, aż Patriotka zawołała go, że przecież ma flaszkę, to niech otworzy.

Pięknie było tam na górze, jak to inaczej powiedzieć? Staliśmy wysoko, pod chmurami prawie, i śmiać się nam chciało z wszystkich ludzi na dole i z samochodów, bo się kręcili w kółko jak wariaci, a my tu, ja, Inteligent, Patriotka i Maturzysta, patrzyliśmy na nich jak król z balkonu i piliśmy prosto z butelki nasze zdrowie. Maturzysta na pewno ładnie to opisał, bo przyznał się później, że pisze. Nosił często taki zeszyt i skrobał tam co chwilę, a Inteligent stukał mnie w ramię i mówił, nasz poeta tworzy. On umiał pisać, ja tak nie potrafię. Zresztą po co? Mi wystarczy, jak coś sam przeżyję, tak jak wtedy, na górze, po co jeszcze o tym pisać. I tak już nie będzie to samo, choćby nie wiem co. Byliśmy wtedy we trójkę tylko, na dole Ren. Maturzysta zachwycony trzymał mnie za rękę i ciągle mówił, patrz, patrz, Patriotka dziękować zaczęła, żeśmy ją wzięli, a Inteligent otwierał znowu flaszkę i pytał każdego z nas po kolei, tak jak ja w samochodzie Maturzystę, co, można żyć, nie? I nagle, sam nie wiem czemu, moja Halina mi się przypomniała i bajtle. Myślałem, jak to się przeważnie myśli, co oni tam teraz w tej Polsce robią, ja tu, na tej katedrze, tyle kilometrów. Jakiś smutek mnie napadł, ale to był taki smutek… piękny też. Jest w ogóle piękny smutek?

Zdjęcia tu mam. Tutaj ja, Patriotka z tym misiem w ręce, co jej Maturzysta na urodziny dał, i z boku on, to są te ciuchy, cośmy mu kupili. Tu znowu ja, staro już wyglądam, a mam dopiero trzydzieści sześć, Maturzysta i Inteligent. Objęci. Patriotka śmiała się, że wyglądamy jak ci trzej muszkieterowie. Tutaj ona sama, chciała sama. Jak modelka jakaś, kto by pomyślał, że ona tego. Ja nie lubię zdjęć, bo też wtedy jakiś smutek czuję, ale te trzymam. O tym smutku to ładnie napisał Maturzysta, ale to później, teraz jesteśmy jeszcze na katedrze. Maturzysta wyciągnął z kieszeni ulotki o Polsce, musiał je dostać na tej całej manifestacji, i rzucił na dół. Inteligent zaczął go opieprzać, a ten taki zmieszany tłumaczy się, że to przecież symbolicznie. Zaczęliśmy szybko schodzić, żeby nie było żadnej afery, zresztą i tak już zamykali. Schodzić też nie było lekko, aż nogi się trzęsły. Śmialiśmy się trochę, bo Inteligent powiedział, ciekawe, czy zdążymy przed tymi ulotkami. Nie słyszałem, żeby Maturzysta klął, ale wtedy powiedział do Inteligenta, ty zawsze wszystko zepsujesz swoim pierdoleniem. No ale już zeszliśmy na dół. Pod katedrą są takie budki, kioski jakby. Tam sprzedają medaliki, obrazki święte, różańce, jak w Polsce. Idziemy, a Patriotka krzyczy nagle, on się rusza! Kto? Chrystus! Pijana już czy co, ale patrzymy szybko za szybę, a Chrystus rusza się, rzeczywiście. Przechylisz się w jedną stronę, on podnosi głowę i otwiera oczy, przechylisz się w drugą, schyla i zamyka. Chrystusa na krzyżu trójwymiarowego zrobili. I nie rzuca się ludziom na mózg? Człowiek się dziwi przed tą szybą, złości i śmieje. Jeszcze go niedługo na długopisy dadzą albo w autach z tyłu na sznurkach będzie się kiwał. Patriotka mówi, że mało co nie klękła, taki ją strach wziął. Maturzysta stał przy tej szybie najdłużej, a potem zaraz coś w zeszycie napisał.

Na stacji benzynowej zrobiliśmy zakupy i do domu. Ja znowu prowadziłem, Patriotka zaczęła swoje: „Bo czas jak rzeka, jak rzeka płynie”, trochę popijali i tak wracaliśmy. Inteligent namawiał Maturzystę, żeby zdradził, co tam pisze. Maturzysta miał już trochę wypite i zgodził się. Powiedział wtedy parę zdań o tym Chrystusie, ja tu mam jego zeszyt, zaraz. O, tu: „W Kolonii, pod katedrą, w sklepiku z dewocjonaliami Chrystus na krzyżu, na widokówce trójwymiarowej. Musi być nieśmiertelny, skoro Go dziś jeszcze krzyżują”. Nikt nie wiedział za bardzo, co powiedzieć. Inteligent zaraz zasnął, a Patriotka dobrała się do Maturzysty. Odsuwał się, krygował, ale jak zniknęła mi w lusterku, to pojękiwał tylko. Dałem głośniej radio, żeby go nie peszyć, i tak wracaliśmy.

Tak mi się teraz wydaje, jakby to bardzo dawno było, ale to tutaj tak się czas wlecze. Różne słówka sobie na ścianach powypisywałem, trochę z gramatyki, ale jakoś mi nic nie wchodzi. Ciągle myślę, wspominam, a jak mi się już coś przyśni, to nie wstaję pół dnia, żeby z tym snem być. Wczoraj śnił mi się ten szrot, gdzie pracował taki jeden Michał z Warszawy. Przyjął go Niemiec na czarno i Michał topił u niego złom. Przez cały dzień siedział przy ognisku i topił. Zawsze mówił nam, kiedy Niemiec wychodzi, to przychodziliśmy i brali, cośmy chcieli, za darmo. Raz byliśmy tam z Maturzystą. Dogadali się, bo obaj z Warszawy. Michał był przewodniczącym komisji zakładowej, ale jakiej, to już nie pamiętam. No i śniło mi się, że byliśmy na tym szrocie, ja, Inteligent i Maturzysta, i paliliśmy złom. Michał też. Potem był tam ten Rychu i pokazywał, w którym miejscu postawi winogrona, a potem przyjechała z tym Niemcem Patriotka, mercedesem. Maturzysta cały czas coś pisał i co chwilę krzyczał do mnie, patrz, patrz, Inteligent grał na harmonii, bo kiedyś opowiadał, że się uczył grać, a Patriotka… co ona robiła? Coś robiła, nie mogę sobie przypomnieć… Chyba śpiewała! Ale co, to już nie wiem. Niemiec od Patriotki kłócił się z Michałem, po polsku. Machali rękami, już nie wiem, o co im chodziło, a ja siedziałem, paliłem ten złom i kurzyłem sporty.

Skąd to się biorą te sny? Jak byłem mały, to tak się wyćwiczyłem, że zanim zasnąłem, powtarzałem sobie, pamiętaj, teraz będzie sen i możesz robić, co chcesz. Pierwszy raz, tego nie zapomnę, wlazłem do ogrodu sąsiada i żarłem jego gruszki, najlepsze miał. Jadłem je, duże i żółte jak dynie, i śmiałem się, że nikt nie może mi nic zrobić, bo to tylko sen. Później latałem. Właziłem na dachy i rzucałem się z nich. Leciałem w powietrzu i krzyczałem, to sen, to sen, żeby się upewnić, bo miałem stracha. Ale nie spadałem. Fruwałem między domami i śmiałem się, że to takie proste. No, a jeszcze później obmacywałem dziewczyny, kobiety, znaczy się, bo co mnie wtedy obchodziły dziewczyny. Wszystkie, jakie były pod ręką, na ulicy, wszędzie. Podnosiłem im spódnice, wpychałem ręce za bluzki, a one nic mi nie mogły zrobić, bo to we śnie. Potem gwałciłem, to znaczy, nie gwałciłem, bo one same się poddawały. Szybko, szybko, żeby się sen nie skończył. Jeszcze dzisiaj czasami mi się we śnie przypomni, że to sen, ale żebym coś specjalnego robił, to nie. Niedawno znowu Monte Cassino mi się przyśniło. Byliśmy tam kiedyś z Inteligentem i Maturzystą na wycieczce, z całą grupą innych Polaków. Pieniądze były, Maturzysta pogodził się z tą czujką. Wystarczyły dwa, trzy skoki, potem rozprowadzić i na jakiś czas spokój. Maturzysta pogodził się, ale oklapł jakoś. Jak piliśmy, nie śpiewał „ziemia dla nas za płytka”, kłócili się z Inteligentem o byle co, nawet nie opowiadał, o czym mu tam piszą z domu. Jak dostał mieszkanie, to się trochę ożywił. Przytargaliśmy meble z lagru, trochę pokupowali i cieszył się. Przyszła Patriotka i piliśmy dwa dni. Wtedy jeszcze było wesoło, chociaż Inteligent drzwi chciał wywalać, tam gdzie oboje spali. Po co ci ten szczeniak, wrzeszczał, jesteś prawdziwą kurwą i takie tam, a potem jęczał pod drzwiami, że ją kocha, a ona robi mu na złość. A tak to włóczyliśmy się po mieście i nie bardzo było co robić, chociaż na brak forsy nie narzekaliśmy. I wtedy nas Maturzysta na to Monte Cassino namówił, i na papieża. Pojechaliśmy w trójkę, bo do Patriotki matka w odwiedziny przyjechała, staruszka już. W tym Rzymie to jak w muzeum, a papież taki sam jak w telewizji, dosłownie. Staliśmy w tej sali, zdjęcia nam porobili i każdy od razu miał. Swoje wysłałem do domu. Coraz więcej wtedy myślałem o nich. Zaproszenie jej wysłałem, uparła się i nie przyjedzie, że niby tam jest jej miejsce. Musi tam kogoś mieć. Kiedyś mi mój starszy syn list napisał, dziewiąty rok mu idzie. Że wujek raz jak był, to zbił mamę. Na pociąg chciałem wtedy lecieć i do Polski, ale przeszło, minęło. Czas swoje robi, ale żeby tu przyjechała, to nie powiem, chciałbym. No i dzieci też.

Potem pojechaliśmy na Monte Cassino. Transparenty, przemówienia, tak jak zawsze przy takich imprezach. Ten cmentarz dosyć ładny, maki, ta góra, ale gorąco było nie do wytrzymania. Inteligentowi się saturatory przypomniały, wszystkie swoje pieniądze by oddał za wodę z saturatora, tak mówił. Przez cały czas jęczał o tym saturatorze, to znowu się z Maturzystą pokłócili. Kiedyś, już po powrocie, pod kościołem kupiliśmy taką gazetkę, bo było w niej o tej wycieczce. Ja tam wierzący za bardzo nie jestem, tutaj na mszę polską chodziłem czasami, o tak, żeby się spotkać, pogadać. Tutaj ci księża to o wszystkim mówią, tylko nie o Polsce. Raz ci z Solidarności chcieli, żeby mszę za ojczyznę zamówić, to nie wyszło. Niedziela, pogoda piękna, kupiliśmy piwa w kiosku i poszliśmy nad rzekę. To było wtedy, jak Maturzysta dostawał jeszcze listy od dziewczyny z Polski. Siedzieliśmy i Inteligent zaczął czytać, też tę gazetkę tu mam na pamiątkę: Echa uroczystości obchodu jubileuszu takiego i takiego, widzianego oczami członków grupy takiej a takiej. To „oczami członków” już nas ubawiło, tylko Maturzysta był jakiś ponury. Co tu jeszcze można poważnie traktować, jak już z tego można się śmiać, mówi, ale jak Inteligent powiedział mu, że on był jednym z tych spadkobierców tradycji, jak tam dalej pisało, to humor mu się od razu poprawił i mówi, no to wal, Inteligent. Inteligent czytał i rżeliśmy jak konie. Co tam nie było napisane! Że: spontaniczny chór znów wyrażał wierność Bogu i Ojczyźnie, że staliśmy tam i śpiewali, cicho, choć zdecydowanie, a nasze serca ściskało ogromne wzruszenie i ból, i tak dalej w takim stylu. Leżeliśmy na plecach, pociągali za zdrowie spadkobierców, trawka w zębach, nogawki do kolan, buty i skarpety obok, rzeczka szumiała, obłoki płynęły, a Inteligent czytał: Tu z otuchą wlaną nam w serca przez papieża Polaka podczas wczorajszej audiencji zastanawiamy się, gdzie jest nasze miejsce, gdzie jest miejsce tego ogromnego tłumu zebranego tu dzisiaj i mówiącego jedną, najpiękniejszą mową, krecha, krecha to znaczy myślnik, tak Inteligent czytał, krecha, mową Mikołaja Reja, Mickiewicza, Żeromskiego czy Miłosza, znowu krecha, mową nas wszystkich, krecha znowu, mową polską?! Teraz mi się zdaje, że to nad tą rzeką jakby mi się śniło i tak poważnie to tam mogłoby być moje miejsce. Maturzysta powiedział kiedyś, że nigdy się nie wraca do tej samej rzeki, czy jakoś tak. Piliśmy to piwo i piliśmy, Inteligent czytał i wołał co chwilę, o, a teraz słuchajcie, tu słuchajcie, a ja zasypiałem, to znaczy nie zasypiałem, ale tak jakbym odfruwał, odlatywał czy jakoś. Zawsze, jak leżę na plecach, gdzieś na plaży albo nad rzeką, no, obojętne gdzie, i przymknę oczy, to mi się wszystko takie wydaje, jakby to był sen. Słuchaj, Gościu, słuchaj, szarpał mnie Inteligent: Was, leżących w mogiłach od lat już czterdziestu, zapewniamy, a jego głos ucieka mi i ucieka, zapewniamy, że spoczywać możecie w spokoju. Wasza wierność ojczyźnie przetrwała w naszych sercach do dziś, a ja już nie wiem, czy mi się Inteligent śni, czy jest naprawdę, i przetrwa do dnia uzyskania ojczyzny wolnej, a wtedy wrócimy wszyscy „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, i was zabierzemy z sobą, tam przecież chcieliście dojść! Ten klepał się z uciechy po udach, a ja odlatywałem, odlatywałem i słyszałem jeszcze: cmentarz ten, jedno z najbardziej urzekających miejsc spoczynku w ogóle, marzymy, chcąc przyczynić się, otoczony pagórkami, rozjeżdżamy się, zakątki świata, wzmocnieni jednością, serc chyba, w nadziei, w nadziei, w nadziei, i już byłem znowu na katedrze, w Kolonii. Śniło mi się przez parę sekund chyba, że stoimy tam znowu wszyscy, jeszcze raz, a z nami papież. Patriotka klęczy przed nim, a on ją błogosławi, ale zaraz obudził mnie Inteligent. Chmury przyszły i poszliśmy.

Niedługo po tej niedzieli przyleciał do nas Maturzysta, bo mieszkaliśmy razem z Inteligentem. Blady, trzęsie się, ręce mu latają. Patriotka w szpitalu, mówi, truła się. On musiał często do niej zachodzić, zresztą raz, jak przyszliśmy rano, tośmy ich razem zastali. Do niej nas nie puścili, ale siostra powiedziała nam, że już jest w porządku. Poszliśmy na drugi dzień. Co cię kopnęło, Patriotka? A ona uśmiecha się tylko i dziękuje, żeśmy przyszli. Chciała z tym wszystkim skończyć, raz na zawsze, ale teraz już jest w porządku, mówi, teraz już będzie inaczej i że po co tyle kwiatów. Patriotka, Patriotka, co ty za numery wywijałaś. Trzeba żyć, nie dać się, a nie tabletki łykać. Komu jest lekko tutaj i w ogóle wszędzie, komu? Jak gnić, to już lepiej tu, nie w ziemi, Patriotka. Teraz cię widzę na zdjęciu, z tym misiem, w Kolonii, i co? Nie warto było? Zawsze jest warto, to wiesz dopiero wtedy, jak siedzisz albo jak już jest za późno. Jeszcze będziesz miała dzieci, Patriotka, z tym twoim księciem, dwoje albo troje. On je będzie podrzucał do góry, a ty, w strachu, prosić będziesz, żeby przestał, bo może się coś stać. Gdzie ci wtedy przyjdą do głowy tabletki, Patriotka, żyć będziesz pełnym cycem, to znaczy, piersią, he, he.

Stoimy przy tym łóżku, Maturzysta milczy jak kamień, nie umie słowa wypowiedzieć, a mi się przypomniało, co mówił zawsze taki mój kumpel z Polski, pisali, że siedzi. No dobra, mówił, zabiję się, a co potem? Trochę my się pośmiali i lżej się zrobiło, ale do domu wracało nam się głupio, to znaczy mnie i Maturzyście, bo Inteligent został. Spytał Patriotkę, czy może zostać, ona mu pozwoliła i został.

Jak Patriotka wyszła, poszliśmy kiedyś wszyscy na mecz rugby. Juniorki, Polska-Niemcy. Trochę padało, nie było prawie nikogo; tylko my darliśmy się jak dzicy po każdym punkcie dla naszych. I wygrali. Patriotka była pierwszy raz na meczu, aż rumieńców dostała, Maturzysta skakał jak dziecko, Inteligent był dumny, jakby to on tych młodzików wytrenował, a ja patrzyłem na nich i myślałem sobie, co by każdy z nas robił, jakbyśmy się nie spotkali. Do końca mojego życia będę pamiętał, jak potem tańczyliśmy na pustym boisku, deszcz lał, pociągaliśmy trunek, a Maturzysta, wtedy chyba ostatni raz, śpiewał, „Nie zdechniemy tak szybko, jak sobie roi śmierć”, i uczył Patriotkę, „ziemia dla nas za płytka, fruniemy w górę gdzieś”.

Są takie, takie momenty, takie chwile, że człowiek wie od razu, że będzie je pamiętał. Katedrę to wiadomo, wysokość i w ogóle, ale czemu to boisko? Jak to sobie wszystko wspominam, to widzę nas jak na filmie jakimś, nie tylko tak, że było i już. Widzę, jak Maturzysta podskakuje, Inteligent wali mnie po plecach, i słyszę dokładnie, jak Patriotka się śmieje. No naprawdę, tak jakbym oglądał film. Jakie to jest dziwne wszystko w życiu. To boisko tam, teraz jest takie samo, może też tam leje, tak jak tutaj, tylko nas już tam nigdy nie będzie. No chyba że kiedyś, ale to już dziady będziemy. Jak ja będę wyglądał, jak będę stary, jak będę dziadkiem? A Maturzysta? Jego to sobie nie wyobrażam. Jakbym miał coś teraz chcieć, żeby się spełniło, to żebyśmy jeszcze raz byli tam, na tym boisku. Każdy by chciał, żeby coś było jeszcze raz, to wiadomo. On miał rację, Maturzysta, z tą rzeką. Skąd on wiedział, taki młody…

Chociaż czy on był młody? Sam mówił, poszedł rok później do szkoły, bo chorował, potem znowu miał jakąś przerwę…

Zmęczony już jestem. Teraz i w ogóle.

Mówią, że człowiek się przyzwyczaja do bycia samemu. Może to prawda…

Jakbym tak teraz, to znaczy, nie teraz, później, jak wyjdę, jakbym tak miał żyć z jakąś kobietą, tak codziennie, to nie wiem. A sam?

Kiedyś Patriotka puściła nam taką jedną kasetę. Jakiś klient u niej zapomniał, starszy gość, Polak. On się nagrał, jak przez półtorej godziny do siebie gada. Wtedy to się z tego śmiałem. Pije i gada. Gadam do siebie, bo nie mam z kim, mówi, potem se to puszczę i posłucham, co tam naplotłem. Cały swój życiorys opowiadał, a co chwilę: no, to teraz wypijemy. Co ja mam, mówi, co ja zrobiłem w życiu, co te ręce zrobiły? Ten telewizor kolorowy, jebany, mam, klął strasznie, garnitur i pięć śrubokrętów zegarmistrzowskich, co mi jeszcze z Polski zostały.Ausweismam, ale to już mówiłem na tamtej stronie, ale jaki tam ze mnie Niemiec, tych Niemców to ja mam w dupie, wszystkich was mam w dupie! Słyszycie? Wszystkich, wrzeszczy. A na koniec bełkocze: no, nagadałeś się, napiermandoliłeś i idź spać, idź już, idź. I chrapie przy stole aż do końca taśmy.

Z jakiś tydzień temu list dostałem, od swojej…

Od swojej, gdzie ona tam teraz moja…

Wiedziałam, że tak skończysz, bo jej napisałem, gdzie jestem, dobrze przynajmniej, że siedzisz tu, to znaczy tam, bo dzieci nie widzą, takie tam.

Dziś w nocy liczyłem, ile ja w życiu miałem kobiet. Mało mi wyszło, cztery, pięć może, ale takie, z którymi na poważnie, nie kurwy. Nigdy mi tak nie wychodziło, jakbym chciał. Maturzysta, on niby taki nieśmiały, ale jego to one lubią. Patriotka przecież i inne też. Jedna to go do Stanów ciągnęła, bo wyjeżdżała.Jakaś pisarka albo dziennikarka. Do takiej gazety, co wychodzi w Berlinie, pisała. Ciągnęła go i ciągnęła, ładna dziewczyna, mądra, zarozumiała trochę, z nami nie chciała nawet gadać. Raz namówiła go, żeby wysłał taki swój wiersz. Maturzysta wysłał i potem oblewaliśmy, że prawdziwy poeta.

Ten wiersz tu jest, w tym zeszycie. Niedługi.

Tak leci: „małe żony wielkich poetów nie obejmują wszechświata / nie przeszywa ich metafizyczny prąd / piorą brudne łachy / ścielą rano łóżka / i robią tysiąc innych rzeczy / o których nie wypada tu nawet mówić / rozbierają na przykład wielkich poetów gdy ci / w pijackim amoku bełkocą o bycie i nie / potakują / nakręcają na rano budzik i jest im głupio / że tak szybko zasypiają / małe żony wielkich poetów patrzą na nich wyrozumiale / i dobrodusznie / one widzą wiersz od początku”.

Patriotka prosiła go, żeby kiedyś napisał coś dla niej i jej zrobił dedykację.

Poezja… nie wiem, ja tam nie z takich, co to tylko o samochodach sportowych i ekstraklasie. Lubię se czasami poczytać, ale poezji to tak za bardzo nie rozumiem.

Kiedyś, dawno już, jechałem z taką jedną moją w autobusie. Romantyczna ona była, chciała, żebym ją na rękach nosił, kwiaty jej zbierał, Bóg wie co jeszcze.

Jak to dawno było…

Wtedy to się dałem nabrać. Jedziemy w tym autobusie, tak akurat po zimie było. Powietrze ostre, słońce, akurat w oczy mi świeciło. Ona siedzi naprzeciwko, oczy do niej mrużę, bo to ze słońca tego, no i mówi mi, żebym za okno popatrzył. Rzeczywiście, jakoś fajnie tam było. Pola, potem las, zielono już powoli, a tu śmierdzi w tym autobusie, jakaś baba się na mnie pcha… Do teraz nie wiem, co się ze mną wtedy stało. Wyjść chciałem z nią, w ten las, ale wtedy nie myślałem o tym lesie tak, jak to się myślało. Chciałem, żebyśmy sami byli, to słońce i w ogóle. Ona chciała też, nie musiała mi mówić. Wstałem i pcham się do kierowcy, między ludźmi, żeby autobus zatrzymał, bo chcemy wysiąść. Popatrzył, jakbym mu Bóg wie co zrobił, no i już połowę popsuł, bo dopiero na przystanku, tu nie idzie. Wysiedliśmy, autobus pojechał dalej i tak się cicho zrobiło, pusto. Ona nic nie mówi, ja też nie wiem, co by tu powiedzieć, iść nie wiadomo gdzie, pola same. Za tą szybą to jakoś inaczej wyglądało. Stoimy tak i stoimy, ona gapi się raz na mnie, raz w ziemię, ja tak samo, zimno się zaczęło robić, no i co? No i jakbyśmy nie wysiedli, to moglibyśmy sobie wyobrażać, jak by było, jakbyśmy wysiedli, a tak to wysiedliśmy i co? I nic, jedno szczęście, że drugi autobus wtedy szybko nadjechał. Co byśmy tam robili?

Wtedy, ten ostatni raz, wcale nie potrzebowaliśmy iść. Inteligent się uparł, złapał dobry namiar. Pieniądze jeszcze były, planowaliśmy gdzieś razem wyjechać, do Monte Carlo może.

Inteligent się uparł. Chodźcie i chodźcie, to porządzimy jak pany. No i poszliśmy.

Maturzyście było wszystko obojętne, przyzwyczaił się, stawał na czujce i potem z nami nawet rozprowadzał.

Nawet nie chciał uczyć się niemieckiego, żeby skończyć tę maturę. Mi to już wszystko obojętne, powtarzał tylko, no i nie odzywał się.

Ja tak myślę, że on chciał wracać. Jak dostawał listy z domu, to siedział jak zaklęty przez cały czas. No i poszliśmy.

Po co ci ten twój zeszyt złotych myśli, mówi mu Inteligent, do pracy idziesz, a nie tworzyć. To nie zeszyt, książkę dostałem z Polski. I to w ogóle był cud, że Inteligentowi odpowiedział. Rozbieramy, co się da, cyk, cyk, cyk, bo to już rutyna. Sprzęt dobry, drogi i dużo, nawet kamera. Wychodzę pierwszy, z pierwszą partią, Inteligent czyści jeszcze szafy, bo mu nos mówił, że mareczki gdzieś śpią, wychodzę, jestem już przy bramie, no i wszystko teraz w parę sekund: światło, stać,Polizei, bez szans, ani w prawo, ani w lewo, co z Maturzystą, myślę, gdzie Inteligent? Obmacują mnie z góry na dół, jak w filmie, trzech od nich wybiega z domu, sami, to musiał zdążyć im prysnąć, ale co z Maturzystą? Prowadzą mnie, no i co chwila, czy sam, czy sam, to myślę, że Maturzysta też prysł.Allein, allein, mówię.

Suka już stoi, radiowozy, musiał nas widzieć jakiś sąsiad, a ten gówniarz tak się zagapił… Ręce mi skuli, pchają do środka, a on tam już siedzi. Galareta, nic nie rozumie, trzęsawka zupełna. Rozmawiać nie możemy, ale o czym tu gadać? Koniec, złapali za rękę. Pudło. Znowu. Tylko żeby nie dłużej niż tam, w Polsce. Zaczy-tać się musiał i go zaskoczyli. Siedzi i ściska tylko tę swoją książkę, jakby się bał, że mu zginie…

Co teraz, Maturzysta, nie zdechniemy tak szybko? Tobie ten rok minie, ja mam trzy razy więcej.

Wszystko się posypało na sprawie. Musieli go omotać, że jak się przyzna do wszystkiego, to dostanie mniej. Patriotka na widzeniu mówiła, że Inteligent to jakby go dorwał za tę wpadkę i w ogóle, a ja? Nie wiem.

Głowa mnie boli…

Nie wiem, jakbyśmy się tak teraz spotkali…

Nie, no! Cieszyłbym się, na pewno. Co ja już gadam?

Co się stało, to się nie odstanie. Ja go od razu, jak przyjechał, to tak jakby syna, nie wiem, czy można tak powiedzieć, że go kochałem.

No bo co? Lubiłem? Niekiedy to nie ma słów, brakuje niektórych. Albo ja nie znam…

On do mnie nigdy nie mówił Gościu, tylko po imieniu, a do Inteligenta zawsze Inteligent.

Czytam ten jego zeszyt, bo on dał Patriotce, żeby przechowała, a Patriotka mi, żebym się nie nudził. Żeby mi się tak wszystko podobało, to nie. Ja nie rozumiem tego, tak jakoś nie trafia. Może taki jeden wiersz. To jakby kobieta napisała. Przeczytam: „smutku bezdomny włóczęgo / wszędobylski przybłędo / gotowy na każde wezwanie porzucanych kolejno zabawek / i miejsc / tropicielu cierpliwy naszych śladów / cierpliwy strażniku wszystkich wspomnień / smutku bezpański / tulący łzami szyby / wierny mój towarzyszu / zostań / kołysz mnie niewidzialnymi ramionami / i nie opuszczaj / chociaż ty”.

Jeszcze pół roku i go wypuszczą. Patriotka mówiła, że powiedział, że do mnie przyjdzie. Tu widzeń jest więcej i w ogóle całkiem inaczej niż w Polsce, ale co będę o więzieniu opowiadał, po co?

Klawisz mnie pytał, gdzie bym wolał siedzieć, niby czy w Polsce, czy tu. Chyba w Polsce bym wolał, ale czy to możliwe, żeby mnie przenieśli?

A może tak mówię, bo wiem, że by mnie i tak nie przenieśli?

Uczę się tych słówek i gramatyki, ale jakoś mi nie idzie. Głowa za ciężka. Czy to się w ogóle można innego języka nauczyć tak jak swojego?

Maturzysta młody, to się jeszcze nauczy.

Czytam ten jego zeszyt i tak se wszystko przypominam, on wszędzie stawiał daty, dlatego. Wtedy byliśmy tu, wtedy tam, tak sobie wspominam, i moje życie w Polsce też.

Tutaj, w więzieniu, to jeszcze chciałem powiedzieć, to się widzi, jakie życie w ogóle jest. Iść po lesie, więcej nic, tylko iść po lesie. Albo normalną ulicą nawet, kto na to zwraca uwagę, ile w tym jest? Dopiero jak się siedzi, dopiero wszystko widać. Jak wyjdę i będę szedł po ulicy, to się będę czuł jak w raju, a kto się czuje jak w raju, jak chodzi po normalnej ulicy? Nikt przecież.

No i kobiety.

Teraz znowu będą święta, Boże Narodzenie. A śniegu nie ma. Co to za święta bez śniegu? Ani lata, ani zimy…

Jak byłem mały, to już na Wielkanoc, jak był śmigus-dyngus, to już było tak gorąco, że chodziliśmy się kąpać do stawu, a teraz?

Inteligent pisał, że Patriotka chyba w ciąży. Nie wiem, czy planowali, ale on pisze, że chciałby tego dziecka. Już mi się nie chce być samotniestojącym, tak pisze, to znaczy kawalerem, z niemieckiego.

Już się chyba powinna skończyć, a kręci się i kręci.

Które to święta ja w tych Niemczech siedzę? W Polsce jak byłem, to jeszcze mówić nie umiały, a teraz napisały do mnie list.

Czas tak leci…

Co tu jeszcze…

Kręci się i kręci.

Czy ja wiem… To już chyba wszystko? Hm.

Nie, to już wszystko. To wszystko.

(Koniec taśmy)

Hamburg 1986

Uschi

Mieszkam w Hamburgu, nazywam się Janusz Rudnicki. A Uschi ma na imię Uschi. Mieszkam na piątym piętrze, a ona, Uschi, mieszka nade mną, na szóstym.

W nocy znowu stałem na balkonie i kląłem, że nie mogę spać, że znowu spóźnię się do pracy w porcie. Bo znowu chodziła po mieszkaniu i klekotała tymi swoimi drewniakami. A potem znowu krzyczała:Hilfe! Hilfe!

Nie, Uschi, pomyślałem, koniec z tobą, ja ci dam, kurwa,hilfe, ty żałosna kreaturo kobiety! Poczekaj no tylko do rana.

Rano wyciągnąłem maszynę z piwnicy. Kupiłem papier i nową taśmę. Dobry ma pan dzisiaj humor, powiedział do mnie sprzedawca. Pewnie, że dobry, dzisiaj zabiorę się do Uschi, przyszpilę ją do tego papieru jak owada i wyślę w diabły!

Widok najbardziej dla mnie idiotyczny to pogwizdujący facet. Nie wie nic, zupełnie, z dachu wieżowca ledwo go widać, co dopiero gdzieś stamtąd, a idzie i pogwizduje. Takim pogwizdującym facetem byłem tym razem ja. Pogwizdywałem więc, kiedy wracałem ze sklepu. A kiedy zobaczyłem okno jej kuchni, zawsze otwarte i zawsze bez firanek, przystanąłem i zacząłem cicho się śmiać. No, Uschi, powiedziałem głośno do siebie samego, do dzieła, Uschi, do dzieła.

Jechałem do góry windą i chichotałem jak wiewiórka. W domu, w moim kochanym mieszkaniu, w którym czuję się wyalienowany jak ptak, nie rozebrawszy się jeszcze, podniosłem wieko maszyny i stuknąłem pierwsze zdanie. Ach, i kiedy pisałem to zdanie, to było tak, jakbym zaciął batem jakieś leniwe, ociężałe końskie udo, prrrassskk!

Akurat między „to było tak” a Jakbym” wlazł mi dzwonek u drzwi. Podniosłem, wściekły, domofon, halo?! Dzień dobry, chciałabym z panem porozmawiać o paru myślach z Biblii. Nie mam czasu, niestety, nie mam czasu,ich arbeite, wissen Sie, ich schreibe!Mogę przyjść innym razem?Nein, nie, nie wiem, jestem bardzo zajęty,auf Wiedersehen!

Obleśni są, obleśni, obleśni, obleśni. Fuj, fuj, fuj. Pokryci lepką, kleistą dobrocią. Z wyciągniętymi, drgającymi językami lubieżnie oddają się zamartwianiu. Wpuścić taką do środka i zgwałcić, modlącą się posuwać na tej jej Biblii, na tym jej końcu świata, na oczach tego jej całego Sądu Ostatecznego.

Wyprowadzili mnie z równowagi, zaraz na samym początku wyprowadzili mnie z równowagi. Pójdę się ogolić.

Poszedłem się ogolić.

Dobrze, od początku więc. I spokojnie, całkiem spokojnie.