Medyceusze. Mężczyzna u władzy - Matteo Strukul - ebook

Medyceusze. Mężczyzna u władzy ebook

Matteo Strukul

3,5

Opis

Zdrady, intrygi i mroczne tajemnice – oto historia Medyceuszy, najpotężniejszej rodziny epoki renesansu, której losy stały się kanwą serialu! Florencja, rok 1469. Wnuk wielkiego Cosimo de’Medici, Lorenzo, wygrywa turniej i składa hołd narzeczonej, Clarice Orsini. Decyzja o ślubie nie jest dla niego łatwym krokiem. Jego serce należy do Lukrecji Donati. W obliczu śmierci ojca ulega i decyduje się na małżeństwo, umacniając sojusz z wpływowym rodem Rzymu. Nie wie jednak, że rządy nad miastem nigdy nie mogą toczyć się spokojnie. Możni znów spiskują przeciwko Medyceuszom, dążąc do obalenia Lorenza. Krwawy spisek, jaki zawiążą Girolamo Riario, siostrzeniec papieża Sykstusa IV, oraz Francesco Salviati, arcybiskup Pizy, okaże się szczególnie zgubny w skutkach. Nad Florencją znów zbiorą się czarne chmury. Nastanie czas przemocy i zemsty, z którego ocaleje niewielu… Pełna pasji i emocji historia il Magnifico, mecenasa Michała Anioła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (14 ocen)
2
7
3
0
2

Popularność




I MEDICI. Un uomo al potere Copyright © 2017 Newton Compton Editori s.r.l. Casella postale 6214, Roma All rights reserved.
Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2020 for the Polish translation by Aneta Banasik (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl
Zdjęcia użyte na okładce: © n_defender (Shutterstock), © t0m15 (Fotolia), © fottoo (Fotolia), © Stillfx (Adobe), © Johannes Plenio (pexels.com)
Redakcja: Bogusława Wójcikowska
Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Joanna Rodkiewicz
ISBN: 978-83-66460-98-0
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:[email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2020
Konwersja:eLitera s.c.
.

Tego autora:

Casanova. Sonata złamanych serc

Medyceusze. Rodzina u władzy

Dla Silvii

Dla Leonarda

LUTY 1469

1Turniej

DZIEŃ BYŁ CHŁODNY. Wawrzyniec głęboko wciągnął powietrze. Siedząc na grzbiecie Pioruna, odczuwał rosnące napięcie. Jego ukochany rumak, o czarnej jak węgiel, lśniącej sierści, zdradzał nerwowość, uderzając kopytami w bruk. Kręcił się niespokojnie w kółko i Wawrzyniec z trudem nad nim panował.

Głośny pomruk przypominający wspólną modlitwę rozległ się z głównej trybuny i z drewnianych ław. Westchnienia dobiegały z galerii i balkonów, z okien i portyków. Wawrzyniec szukał wzrokiem Lukrecji. Tego dnia wielmożna pani Donati miała na sobie wspaniały strój. Peleryna w kolorze indygo lśniła obsydianowym odcieniem. Szara suknia o perłowej tonacji, bogato zdobiona szlachetnymi kamieniami, podkreślała jej obfity biust. Jasne ramiona okryła futrzaną narzutą z białych lisów. Umiejętnie upięła czarną burzę włosów, które przypominały fale nocnego morza.

Wawrzyniec się zastanawiał, czy uda mu się uczcić odpowiednio damę swego serca. Dotknął dłonią materiału, który owijał jego szyję. Lukrecja własnoręcznie ozdobiła go haftem. Poczuł zapach chabrów i odniósł wrażenie, że znalazł się w raju.

Wrócił myślą do swego triumfalnego wjazdu na plac turniejowy, ujrzał w wyobraźni wspaniały zielony dublet swojego brata Juliana oraz dwustuosobową eskortę odzianą w jaskrawe ubrania, jakby na przekór wojowniczemu nastrojowi panującemu w mieście, które jeszcze poprzedniego dnia nurzało się we krwi i zasadzało na przekupstwie. Jego ojciec, Piotr Medyceusz, pomimo słabego zdrowia i zaawansowanej podagry zdołał zachować władzę dzięki ciężkiej pracy i niesamowitemu oddaniu wspólnej sprawie. Ocalił Florencję przed spiskiem możnych rodów, które po kryjomu knuły przeciwko Medyceuszom, niejednokrotnie przygotowując zasadzki. Piotr przekazał synowi zniszczoną, wyczerpaną, na skraju upadku Republikę, która z trudem rozpoznawała samą siebie z czasów świetności.

Dzień dzisiejszy stanowił chwilę wytchnienia od walk i cierpień, ponieważ nadszedł czas turnieju przygotowanego na cześć zaślubin Braccia Martellego, bliskiego przyjaciela Wawrzyńca. Wydano nań sporą fortunę – dziesięć tysięcy florenów – która miała chociaż na parę dni pozbawić ulice miasta strachu i uraz.

Wawrzyniec popatrzył przed siebie. Widział drewnianą barierę biegnącą aż do drugiego końca placu. Tam, zamknięty w swojej płytowej zbroi, czekał Pier Soderini. Groźną, wąską przyłbicę opuścił na twarz. W zgiętej ręce trzymał długą jesionową włócznię.

Zgromadzony na placu Santa Croce tłum szalał. Wszędzie słychać było ogłuszające krzyki.

Wawrzyniec po raz ostatni sprawdził tarczę. W kałuży odbijały się barwy Medyceuszy lśniące na czapraku jego wierzchowca: pięć czerwonych kul i lilia w miejsce szóstej. Był to symbol szlachectwa nadanego rodzinie przez króla Francji. Kule mieniły się wyraźnie i zarazem groźnie, przywołując na myśl piekielny sztandar.

Spoczywająca na nim odpowiedzialność, a także przeciągające się oczekiwanie tylko potęgowały niepokój.

Opuścił przyłbicę i świat wokół niego ograniczył się do lodowatej smugi. Przygotował włócznię i uderzył konia ostrogami. Wierzchowiec ruszył galopem na przeciwnika niczym żywa, pulsująca skała.

Wawrzyniec czuł, jak drgają stalowe mięśnie zwierzęcia, jak opryskany błotem czaprak świszczy na wietrze. Uniósł włócznię. Soderini ruszył naprzód, kiedy on znajdował się już w połowie drogi. Zasłonił się tarczą najlepiej jak umiał i skierował włócznię w stronę przeciwnika.

Tłum zamarł.

Z wysokości drewnianej trybuny Lukrecja obserwowała uważnie plac, nie odrywając wzroku od Wawrzyńca. Patrzyła bez strachu, chcąc na zawsze zapamiętać ten obraz. Wiedziała, że jej ukochany od dawna przygotowywał się do turnieju, i znała jego bezprzykładne męstwo. Już nieraz je udowodnił. I chociaż niedługo miał poślubić Klarysę Orsini, rzymską arystokratkę, którą wybrała dla niego matka, tego dnia Lukrecja nie chciała o tym myśleć. Nawet nie próbowała ukrywać namiętności, która ich łączyła.

Zarówno Florencja, jak i mieszkańcy miasta z wyrozumiałością, a nawet z radością patrzyli na parę kochanków, ponieważ nie podobało im się, że władca ich Republiki za namową matki poprosił o rękę rzymianki, mimo że narzeczona pochodziła z jednego z najzacniejszych rodów.

Tego dnia nikt nie miał jednak ochoty, by rozwodzić się nad tego typu kwestiami. Z rozgrzanych nozdrzy wierzchowców buchała niebieska para i unosiła się w zimnym powietrzu, zbroje z hartowanej stali błyszczały w słońcu, sztandary i proporce mieniły się kalejdoskopem barw.

Wreszcie się starli.

Na placu rozległ się huk, szczęk żelaza i odgłos łamanego drewna. Włócznia Wawrzyńca utorowała sobie drogę i uderzyła w pokrytą zbroją pierś Piera Soderiniego, łamiąc się na kawałki. Siła uderzenia była tak duża, że ugodzony rycerz odchylił się do tyłu i wyleciał z siodła.

Z hukiem spadł na ziemię, gdy tymczasem Wawrzyniec z impetem gnał przed siebie. Nieposkromiony Piorun galopował jeszcze przez chwilę, by w końcu zatrzymać się przy ogrodzeniu. Koń stanął dęba i przebierał w powietrzu przednimi nogami, rżąc głośno.

Kiedy Wawrzyniec wreszcie osadził wierzchowca, w tłumie z opóźnieniem rozległy się pierwsze zdziwione okrzyki radości, jakby zwierzę dzięki znanej wszystkim szybkości wyprzedziło reakcje publiczności. W chwilę później tłum ryknął pełną piersią, wyrażając entuzjazm z powodu odniesionego zwycięstwa. Zwolennicy Medyceuszy wrzeszczeli na całe gardło, mężczyźni klaskali głośno, a kobiety uśmiechały się i wzdychały z nadzieją.

Wawrzyniec sprawiał wrażenie oszołomionego, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co zaszło. Wszystko odbyło się tak szybko, że ciągle jeszcze nie wierzył w odniesione zwycięstwo.

Giermkowie i ordynansi rzucili się na pomoc Soderiniemu, który nie odniósł poważniejszych obrażeń i już zdążył się podnieść. Zdjął przyłbicę i czerwony na twarzy, potrząsał głową ze złości i z niedowierzania.

Jak to się mogło stać, że przeciwnik trafił go prosto w pierś!

Lukrecja przycisnęła dłonie do serca, a na jej pięknym obliczu pojawił się olśniewający uśmiech.

Wawrzyniec zdjął przyłbicę i żelazne rękawice. Instynktownie dotknął materiału i poczuł lekki, oszałamiający zapach kochanki, który wydał mu się pełen obietnic. Kochał ją żarliwie i próbował wyrazić głębię tego uczucia w niezdarnych sonetach. Wielu uznawało je za wybitne, ale on wiedział, że żadne słowa nie zdołają przekazać tego, co gorzało w jego sercu.

Czuł się taki szczęśliwy! Kiedy ich oczy się spotkały, jej spojrzenie wydało mu się błogosławieństwem. Długie czarne rzęsy i źrenice, których kolor przywodził na myśl schwytany cień. Nie istniało dla niego nic piękniejszego na świecie.

Publiczność chyba dostrzegła tę zmysłową grę spojrzeń i gestów, ponieważ ponownie się rozległy okrzyki, i to bardziej gromkie niż poprzednio.

Florencja go kocha. Podobnie jak Lukrecja. Co prawda kobieta podarowała mu jedynie króciutką chwilkę, ale w tym westchnieniu nieskończoności, jakim było jej spojrzenie, Wawrzyniec pogrążył się całkowicie i zrozumiał, jaki los go czeka. Nabrał pewności, że zawsze będzie ją kochał, i niezależnie od decyzji matki, która przeznaczyła mu na żonę rzymską arystokratkę, aby poprzez to małżeństwo zapewnić rodzinie korzystne sojusze, w jego sercu nigdy nie będzie miejsca dla innej kobiety oprócz Lukrecji.

Z rozmyślań wyrwał go głos herolda ogłaszającego wynik starcia.

Niebudzące wątpliwości zwycięstwo czyniło zeń bohatera turnieju. Przyjaciele i możni zerwali się ze swoich miejsc. Braccio Martelli jako pierwszy przeskoczył przez ogrodzenie, aby mu pogratulować. Podbiegł na skraj placu, gdzie giermkowie pomagali Wawrzyńcowi zsiąść z konia i pozbyć się półpancerza oraz nagolenników, aby mógł spokojnie przyjąć zasłużone hołdy.

Braccio był do tego stopnia rozochocony, że zaczął głośno skandować imię przyjaciela.

Tłum podjął okrzyk.

Julian, młodszy z Medyceuszy, uśmiechał się z wysokości trybuny, na której zasiadali co znakomitsi goście. Był wysoki, odznaczał się wyrafinowanymi, delikatnymi rysami, które znacznie różniły go od starszego brata. Twarz Wawrzyńca była bowiem zdecydowanie bardziej męska i wyrazista.

Lukrecja wydała okrzyk podziwu i nie bacząc na niestosowność swojego zachowania, posłała ukochanemu całusa, za którym poleciała chusteczka z cienkiego lnu.

Wawrzyniec ujął ją w dłonie. Owionął go intensywny zapach chabrów. Całe miasto skupiło się wokół swego faworyta.

Wśród świętującego tłumu jakaś dziwna postać kołysała się i trzepotała jak wielki owad z czułkami.

Postura i rysy twarzy wskazywały na młodzieńca o miłej powierzchowności, ale w szyderczym grymasie, który wykrzywiał jego wąskie krwistoczerwone usta, było coś przerażającego.

Już niedługo – pomyślał milczący obserwator – wasza radość rozwieje się jak pył na wietrze.

2Riario

WUJ, JAK ZWYKLE, miał rację.

W końcu nie bez powodu niedługo zostanie papieżem. Nie było co do tego wątpliwości, to tylko kwestia czasu.

Girolamo Riario przyglądał się chłopcu o błękitnych oczach i włosach o mahoniowym odcieniu. Na jego cienkich wargach błąkał się bestialski uśmieszek.

Wyczuwał w nim perfidne okrucieństwo, skrywające się niezdarnie pod regularnymi rysami twarzy, których ostrość nadawała jej sadystyczny wyraz.

Westchnął.

W jego głowie kołatał się niecierpliwie cień nowego projektu. Nie nabrał jeszcze zdecydowanych kształtów, przypominając raczej niewyraźny zamysł, ledwie co zrodzony i według wszelkiego prawdopodobieństwa niezwykle trudny do wykonania. Mimo to nie tracił ducha.

Kierujące nim pobudki miały wyjątkową wagę. Podobnie jak te, których ciągle dostarczał mu rudy młodzieniec, udowadniając powagę swoich zamiarów.

Girolamo odgarnął niesforny kosmyk długich włosów. W jego szarych oczach pojawił się błysk. Domyślał się, że ten mały padalec posiada diaboliczną inteligencję, i musiał uważać, aby własna pochopna natura nie popchnęła go w pułapkę.

– Masz pewność, że to prawda?

– Nie ma wątpliwości, panie – odpowiedział chłopak.

– Widziałeś ich?

– Na własne oczy. Cała Florencja mogła obserwować te namiętne spojrzenia.

No właśnie! Uczucie łączące Wawrzyńca Medyceusza i Lukrecję Donati nie było przecież żadną tajemnicą. Mogło wydawać się nieobyczajne, to prawda, ale nie zasługiwało na potępienie. Przynajmniej nie oficjalnie. Oczywiście wujowi by się to nie spodobało. Papieżowi zresztą też nie, ale cóż w tym dziwnego? Niestety, jedno spojrzenie to za mało, żeby żądać ekskomuniki. Poza tym małżeństwa dla interesu były na porządku dziennym i miłość Wawrzyńca do Lukrecji, obojętnie, czy tylko dworska, czy również cielesna, nie stanowiła żadnej przeszkody. Co więcej, mieszkańcy jego rodzinnego miasta otwarcie popierali tę wyidealizowaną niewierność.

Wstrętni Florentyńczycy – pomyślał.

– Co jeszcze zauważyłeś?

– Widziałem Florencję, panie.

Girolamo uniósł brew.

– Florencję?

– Miasto go uwielbia.

– Czyżby?

– Przykro mi, ale tak właśnie jest.

Riario ponownie głęboko westchnął. Musi coś zrobić. Żeby tylko wiedział co! Czy pomysł, który niedawno pojawił się w jego głowie, jest naprawdę dobry?

– Porozmawiaj z Giovannim de’ Diotisalvim Neronim.

– Z arcybiskupem Florencji?

– A niby z kim?

– No tak, oczywiście. Ale w jakim celu, jeśli mogę zapytać? – drążył z szyderczym grymasem na twarzy.

Pytanie było jak najbardziej uzasadnione, chociaż urażony Girolamo miał ochotę pożreć rudzielca żywcem. Jak on śmie? Jednocześnie nie opuszczała go ciekawość. Co powinien mu odpowiedzieć? Głowił się nadaremnie. To jego nieokiełznane gadulstwo! Po kiego diabła wspomniał o Giovannim de’ Diotisalvim Neronim? Rzucił nazwisko z nadzieją na jakieś skojarzenie, podpowiedź, błysk geniuszu.

Tymczasem nic.

Czuł, że rozpiera go chęć działania, ale był na tyle inteligentny i świadomy własnych ułomności, że wiedział, iż genialne rozwiązania nie są jego mocną stroną. Bardzo nad tym bolał, niemniej musiał przyznać, że najlepsze pomysły lęgną się zawsze na czas w diabolicznym umyśle jego pomocnika. Przekonał się o tym nie raz w przeszłości.

W końcu jednak Neroni na miejscu kontrolował sytuację, podczas gdy on kisił się tu, między Savoną a Treviso, czekając, aż wuj wstąpi na tron Piotrowy.

– Arcybiskup z pewnością lepiej orientuje się w nastrojach panujących wśród florenckiej arystokracji i wie, co najbardziej doskwiera wrogom Medyceuszy.

Doskonały, precyzyjny argument, ostry jak brzytwa.

– Czy mogę pozwolić sobie na skromną radę? – nie ustępował chłopak z piekła rodem.

Riario pokiwał głową.

Nie miał pojęcia, dokąd zaprowadzi go ta rozmowa, ale jeśli w rezultacie uda mu się stworzyć doskonały, skuteczny plan, za pomocą którego pozbędzie się Medyceuszy, to nigdy nie zapomni tej chwili. Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu jego myśli krążyły właśnie wokół tego tematu.

– Słucham – zachęcił swojego rozmówcę.

Młodzieniec sprawiał wrażenie, jakby skupiał się na tym, co ma powiedzieć.

– No cóż... pomysł sprawdzenia nastrojów w terenie jest fascynujący, rzekłbym nawet błyskotliwy...

– Do rzeczy! – uciął krótko Riario.

– Zgoda. Jeśli, jak słusznie uważacie, Giovanni de’ Diotisalvi Neroni, arcybiskup Florencji, będzie w stanie wskazać najbardziej wpływową florencką rodzinę, której interesy stoją w sprzeczności z dążeniami Medyceuszy, to chciałbym poradzić, aby podjął próbę jej podburzenia. Byłoby dla nas o wiele korzystniej, gdyby sami zawiązali spisek, tajne sprzysiężenie skierowane przeciwko Medyceuszom, którego celem będzie wygnanie z miasta Wawrzyńca i jego brata. Rozlew krwi nigdy nie przynosi zysków na dłuższą metę, za to banicja, zakaz wstępu do miasta, jak to było w przypadku Kosmy, mogłaby się okazać idealnym wyjściem z sytuacji.

– Jesteś pewien? – drążył Girolamo.

– Całkowicie. Zważcie, mój panie, że Wawrzyniec tworzy jedność ze swoim miastem. Jeśli mu je odbierzemy, straci całą władzę. Zresztą powiedzmy sobie prawdę: jego ojciec, Piotr, z uwagi na swój bojaźliwy charakter doprowadził do osłabienia stronnictwa. Wawrzyniec w przyszłości mógłby przysporzyć nam problemów, dlatego lepiej pozbyć się go już teraz, kiedy jest młody i niedoświadczony. W ten sposób możemy umocnić wpływy jednego z rodów, który będzie sprzyjał polityce waszej i waszego stronnictwa.

– Sprytny plan, mój młody przyjacielu, sprytny, lecz niezbyt konkretny. Zastanawiam się, jakie oskarżenia musiałyby paść pod adresem Medyceuszy, by doprowadzić do wygnania ich z miasta.

– Prawdę mówiąc, znalazłoby się wiele powodów, ale tylko jeden zarzut skompromitowałby Wawrzyńca do tego stopnia, by uprawomocnić tak srogi wyrok.

Chłopak mówił jak doświadczony polityk i Girolamo nie mógł pozbyć się przykrego wrażenia, że lędźwie, które wydały go na świat, należały do jakiejś demonicznej istoty.

– Co masz na myśli? – W jego głosie zabrzmiała wyraźna nuta zniecierpliwienia.

– Zdradę stanu – odpowiedział chłopak bez wahania.

Girolamo Riario uniósł brew.

– Powinniście wiedzieć, mój panie, że we Florencji działa pewien artysta o nieugruntowanej jeszcze sławie, który jest obdarzony niepoślednim talentem. Jest również inżynierem i wynalazcą. Nie ma na świecie człowieka, który mógłby się z nim równać inteligencją i bystrością. Co prawda jest jeszcze bardzo młody, ale już niedługo będzie o nim głośno. Gdyby udało nam się udowodnić albo gdyby zrobiła to za nas sprzymierzona florencka rodzina, że Wawrzyniec i wspomniany przeze mnie uczony pracują nad wynalezieniem strasznej broni o śmiertelnej sile rażenia, zdolnej zniszczyć każde państwo... Wystarczyłoby ogłosić, że działania te stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa sąsiadów Florencji, a to postawiłoby miasto w bardzo złym świetle, przysparzając mu wrogów wyhodowanych na strachu... Sądzę, że w takiej sytuacji nie napotkamy najmniejszego oporu, by pozbawić władzy stronnictwo Medyceuszy i przy pomocy przyjaznego nam rodu opanować miasto. Wtedy będziemy mogli oskarżyć Wawrzyńca o zdradę stanu, a nawet o herezję, wykorzystując argument ślepego zaufania do siły fizycznej oraz nauki, co narusza reguły narzucone przez Kościół.

W tym momencie chłopak przerwał swoją przemowę, a Girolamo wpatrywał się w niego wzrokiem pełnym podziwu. Wreszcie rzekł:

– Wspaniały pomysł, mój drogi chłopcze! Twój plan jest co prawda niezwykle złożony i pełen niewiadomych, ale również dlatego należy wziąć go pod uwagę. Idź więc i działaj. Spróbuj wcielić w życie nasz plan! Nie spiesz się zbytnio. Mamy sporo czasu, zważywszy, że moje stronnictwo musi się dopiero ugruntować. Znajdź tymczasem we Florencji rodzinę, która pomoże nam w realizacji naszych zamiarów. Kiedy nadejdzie sprzyjający moment, złożymy razem poszczególne ogniwa, które pozwolą nam zniszczyć Medyceuszy. Uderzymy jednak dopiero wówczas, gdy umocnimy naszą pozycję. Atak musi być na tyle silny i precyzyjny, że Medyceusze już się po nim nie podniosą. Powiedz matce, że bardzo cenię sobie twoje rady. Na potwierdzenie tych słów proszę cię o przyjęcie znaku mojego bezgranicznego poważania.

Girolamo Riario wyjął z szuflady mahoniowego biurka błękitny aksamitny mieszek i rzucił go chłopcu.

Ludovico Ricci złapał go w locie i się uśmiechnął, słysząc charakterystyczny, srebrzysty dźwięk.

– Jesteście niezwykle hojni, mój panie – powiedział, po czym się odwrócił i ruszył w stronę drzwi.

– Ostatnie pytanie, Ludovico...

Chłopak się zatrzymał i spojrzał na swego chlebodawcę.

– Jak się nazywa ten genialny artysta, o którym wspominałeś?

– Leonardo da Vinci – odpowiedział Ricci.

3Lukrecja i Wawrzyniec

– MA GŁĘBOKIE OCZY i silny charakter. Wierzę, że ci się spodoba i będzie w stanie zaspokoić wszystkie twoje oczekiwania, mój synu. I co znacznie ważniejsze, zagwarantuje ci przyjaźnie i sojusze, na które do tej pory nie mogliśmy liczyć, a Bóg jeden wie, jak bardzo nasza rodzina ich potrzebuje.

Lukrecja, nie szczędząc słów, wychwalała Klarysę, jakby chodziło o zwiastunkę nowych, lepszych czasów dla Florencji.

Wawrzyniec jednak wcale nie był do tego małżeństwa przekonany. W najmniejszym stopniu. Rozumiał oczywiście rację stanu, nie był przecież pierwszym lepszym lekkoduchem, lecz jednocześnie pogłoski na temat charakteru jego przyszłej małżonki wcale nie napawały go optymizmem. Opisywano ją jako pobożną, skrupulatną i uważną niewiastę, które to cechy nie były z pewnością wadami, niemniej dla niego nie miały żadnego znaczenia. Jak uda im się dojść do porozumienia?

Odważył się podzielić swoimi wątpliwościami z matką, używając bardzo stonowanych argumentów. Włożył w swoją przemowę ogromny wysiłek, wykorzystując zdolności dyplomatyczne i zasady dobrego wychowania, jakie mu wpojono.

– Najdroższa matko, wasze słowa bardzo mnie cieszą i jestem wam niezmiernie wdzięczny za wszystko, co dla mnie robicie. Zastanawiam się jednak, czy Klarysa może się poszczycić błyskotliwym umysłem i urodą, które to cechy charakteryzują kobiety w jej wieku...

Na dźwięk tych słów Lukrecja zmroziła syna wzrokiem. Była elegancką, lecz bardzo oziębłą kobietą. Jej twarde z natury rysy twarzy nabierały bezlitosnego wyrazu, kiedy tylko coś nie szło po jej myśli.

– Mój drogi synu, posłuchaj mnie uważnie, bo nie chciałabym ponownie wracać do tego tematu. Wiem o twoim dziwnym zauroczeniu Lukrecją Donati. Nie zaprzeczam, że dziewczyna jest warta grzechu, ale ostrzegam cię: to się musi skończyć. I to szybko. Znam twój temperament i, co gorsza, wiem, czego można się spodziewać po twojej wybrance. Jest w niej wewnętrzny ogień, a to nie prowadzi do niczego dobrego, uwierz mi. Poza tym, począwszy od dzisiaj, nie możesz sobie pozwalać na niehonorowe zachowanie, bo to będzie uwłaczające dla narzeczonej. Klarysa wkrótce przyjedzie do Florencji i musisz pamiętać, że chodzi o kobietę z rodu Orsinich. Mówimy o jednej z najstarszych i najbardziej szacownych rodzin, co wystarczy za wszystkie rekomendacje. Mieszkańcy naszego miasta pewnie będą potrzebowali trochę czasu, aby przyzwyczaić się do twojej żony, i dlatego wiele zależy od ciebie. Jeśli ty sam dasz im przykład, wszystko się ułoży. Nie życzę sobie sprzeciwu w tej kwestii. Z biegiem czasu będziesz mógł się cieszyć większą swobodą, sama mam w tej sprawie pewne doświadczenia, zważywszy, że przyjęłam do rodziny córkę innej kobiety i wybaczyłam twojemu ojcu niegodne zachowanie. Musisz przyjąć do wiadomości, że kruchy stan zdrowia twojego ojca, a zwłaszcza męcząca go od dawna choroba, ogranicza jego możliwości rządzenia miastem. Nadchodzi twój czas i nie możesz uchylać się od odpowiedzialności związanej z przejęciem władzy w Republice. A do tego potrzebne jest małżeństwo z Klarysą Orsini. Im szybciej przyjmiesz to do wiadomości, tym większą przysługę oddasz sobie i całej rodzinie.

Wawrzyniec doskonale rozumiał bezsporne racje matki, w końcu nie były mu obce liczne problemy i przeszkody, które napotkała najpierw w Rzymie, a potem we Florencji, aby doprowadzić do porozumienia pomiędzy Medyceuszami i Orsinimi. Sporo czasu zajęło jej przezwyciężenie rodowych uprzedzeń arystokracji i wejście w łaski rzymskiego parnasu. Ale żywiołowa zmysłowość Lukrecji Donati, jej spojrzenie, pociągające kształty, kreacje i postawa – wszystko wzbudzało pożądanie. Była dla niego symbolem uroku, uwodzicielskiej siły, tajemnicy i miłosnej przygody. A Wawrzyniec właśnie tego oczekiwał od kobiety, by mógł czuć, że w pełni żyje, że jest kochany i niezwyciężony. Dobrze jednak wiedział, że matka nie zechce nawet tego słuchać.

– Postaram się ustatkować, abyście mogli być ze mnie dumni, matko – zaczął. – Będę uważał na działania naszych wrogów i zastosuję się do nauk ojca i dziada opierających się na zasadzie umiaru, który stanowi podstawę formowania charakteru miłującego zgodę i dobre obyczaje. Ale nikt nie zmusi mnie do wyrzucenia z serca Lukrecji Donati.

Matka westchnęła głęboko i ponownie spojrzała synowi w oczy.

– Mój najdroższy, nie myśl, że cię nie rozumiem, i uwierz mi, że bardzo zależy mi na twoim szczęściu. Twoje słowa ogromnie mnie radują i chcę cię zapewnić, że nikt nie żąda, abyś wyrzekł się twojej Lukrecji. Przygotuj się jednak na przyjęcie jako żony Klarysy Orsini, ponieważ od niej zależy przyszłość Florencji. A w związku z tym mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Zadbaj, by miasto przywitało ją tak, jak na to zasługuje. Nie mam wątpliwości, że nieufna i zimna atmosfera, jaka otacza jej osobę, jest wynikiem twojej obojętności i lekkomyślności. Spróbuj okiełznać swój temperament i przekonać nasz lud, że powinien przyjąć ją jak królową. Po ślubie będzie twoją panią i tak masz ją traktować. Zrozum, że sojusz z Rzymem jest nam teraz niezbędny, ponieważ nie jest powiedziane, że następca papieża Pawła II będzie sprzyjał naszemu stronnictwu tak samo jak obecny Ojciec Święty. Musimy się zabezpieczyć. Mając po swojej stronie ród Orsinich, być może, bo nie ma tu żadnej pewności, będziemy mogli liczyć na powodzenie nawet w przypadku, gdy nowy następca Świętego Piotra nie zostanie wybrany po naszej myśli. Czy to jasne?

– Oczywiście – potwierdził Wawrzyniec z nutą rozdrażnienia w głosie. – Pamiętam przecież, że za nominacją Filippa Medyceusza na stanowisko arcybiskupa Pizy stał papież Pius II, a było to możliwe jedynie dzięki naciskom ze strony dziadka Kosmy. Zdaję sobie również sprawę, że obecny arcybiskup Florencji nie pała do nas sympatią... Mamy na to dowody. Chyba zresztą pamiętacie, że to właśnie mnie udało się spowodować, aby zasadzka na drodze do Careggi się nie udała.

Lukrecja skinęła głową.

– Za tym niegodziwym postępkiem kryje się nie kto inny, jak właśnie arcybiskup Florencji. Nietrudno się domyślić, że tylko czeka na jakiś nierozważny ruch z mojej strony, aby mnie ukamienować... – Wawrzyniec przerwał na chwilę, po czym ciągnął dalej: – Posłuchajcie, matko, chcę was zapewnić, że nie musicie się trapić tym, jak się prowadzę. Będę wzorowym mężem i postaram się zaspokajać potrzeby małżonki, ale nie żądajcie ode mnie, bym ją kochał. Przynajmniej na razie nie wydaje mi się to możliwe. Znam swoje obowiązki i nie mam wątpliwości, że nasi nieprzyjaciele potrafią być bezlitośni. Niemniej śmiem twierdzić, że mój charakter pozwala mi wpływać na ludzi i ich decyzje. Podczas turnieju na cześć Braccia Martellego wydawało mi się, że lud, mieszczaństwo, a nawet część wielmożów była po mojej stronie. Nie chcę i nie potrafię wyrzec się samego siebie. Jest we mnie wewnętrzny ogień, który mogę wykorzystać dla dobra naszej rodziny, pod warunkiem że uda mi się go ujarzmić. Chyba przynajmniej w tej sprawie możecie się ze mną zgodzić.

– Obejmij mnie – powiedziała Lukrecja, słysząc słowa syna – i nie waż się myśleć, że jestem tobą rozczarowana. Rozmawiam z tobą szczerze, ponieważ leży mi na sercu twoje dobro i szanuję cię tak bardzo, że uważam, iż tylko ty możesz zapewnić Medyceuszom pozycję i uznanie, na jakie zasługują, kontynuując dzieło twojego ojca oraz dziadka Kosmy, który za życia bardzo cię miłował.

– I którego bardzo mi brakuje – zakończył Wawrzyniec. Podszedł do matki, która już podniosła się z fotela, i objął ją z taką żarliwością, jakby miał przed sobą tę drugą Lukrecję.

4Leonardo

LEONARDO ODETCHNĄŁ CZYSTYM, rześkim powietrzem lutowego poranka.

Jego długie jasne włosy powiewały na wietrze, kiedy spoglądał na brązowe skiby ziemi pokryte płatkami lśniącego szronu.

Widok cudów natury i niesamowita siła z niej emanująca za każdym razem zapierały mu dech w piersiach.

Czuł się przy tym tak mały i nieistotny, że wdzięczność i ogromna radość wypełniały mu serce w zetknięciu z tym, co świat ofiarował mu każdego kolejnego dnia.

Tymczasem ludzie zdawali się wcale nie zwracać na to uwagi. Nawet on sam pracował nam projektami machin wojennych, chociaż uważał konflikty zbrojne za okrutną, bezsensowną rzeź, stanowiącą ostateczny etap podżegania do wzajemnej nienawiści w imię haniebnego celu, jakim jest zdobycie władzy i terytoriów.

Odmawianie wolności obywatelom innych państw Leonardo uznawał za hańbę rodzaju ludzkiego. Z tego powodu zgodził się na pracę dla Wawrzyńca Medyceusza, dostrzegając w jego spojrzeniu inteligencję i nieugiętość. Nie widział w nim zadatków na tyrana czy dowódcę oddziałów najemników. Już na początku znajomości Wawrzyniec poprosił go o przejście pod patronat Medyceuszy i wykorzystanie wiedzy oraz umiejętności do budowy machin wojennych przeznaczonych na cele obronne. Nigdy nie wspominał, że zamierza użyć ich do ataku na inne miasto. Kierując się naukami ojca i dziada, Wawrzyniec chciał oprzeć przyszłość Florencji na pokoju i dobrobycie, na sztuce i literaturze. W żadnym zaś razie na wojennych wyprawach.

Przystając na takie warunki, Leonardo zgodził się zatrzymać na dworze Medyceuszy. Większość czasu spędzał w pracowni Andrei del Verrocchia, ponieważ uważał, że musi się jeszcze wiele nauczyć, zwłaszcza w dziedzinie malarstwa, jego największej pasji. Niemniej to właśnie projekty z zakresu inżynierii wojskowej zapewniały mu sto florenów miesięcznie, dzięki którym mógł spokojnie żyć, a nawet odłożyć co nieco na przyszłość, bo pewnego dnia zamierzał otworzyć własną pracownię.

Zatopiony w myślach artysta zobaczył w oddali nadjeżdżającego Wawrzyńca w eskorcie zbrojnych. Konie galopowały po ubitej drodze i po chwili jeźdźcy stanęli na szczycie wzgórza, wśród cyprysów, tam, skąd Leonardo kontemplował widok zaoranych pól i delektował się niewidocznymi podmuchami ostrego, zimnego wiatru.

Wawrzyniec zeskoczył z konia. Miał na sobie wspaniały ciemnozielony dublet oraz pelerynę w tym samym kolorze. Zdecydowane rysy twarzy nadawały jego spojrzeniu wyraz niepospolitej stanowczości, którą podsycał jeszcze niezwykle intensywny blask oczu. Wyglądało na to, że każde jego działanie charakteryzują wyjątkowa żywiołowość i niespotykana energia.

Uścisnął rękę mistrza z zaraźliwą siłą i wdzięcznością. Leonardo poczuł, jak przenika go pozytywna aura przyjaźni oraz rozbrajającej szczerości. Nie mogę rozczarować takiego człowieka jak on – pomyślał. To spostrzeżenie dodało mu otuchy, zważywszy, że właśnie tego dnia miał dla niego wspaniałą wiadomość.

– Drogi przyjacielu – odezwał się Wawrzyniec – wasz widok zawsze sprawia mi ogromną radość. W waszej obecności czuję się, jakbym uczestniczył w spełniającym się cudzie.

– Czy aby nie przesadzacie, messere? Jesteście dla mnie zbyt łaskawi, chociaż dzisiaj mam dla was niespodziankę, która powinna was naprawdę zadziwić.

– Nie mam najmniejszej wątpliwości.

– Dostojny panie – rozpoczął, pochylając głowę przed Wawrzyńcem – jak możecie się przekonać na własne oczy, w ciągu ostatnich dni kazałem rozmieścić w okolicy kukły, aby pomogły nam prawidłowo ocenić wyniki eksperymentu. – Wskazał dłonią na kilka strachów na wróble sterczących w odległości dwóch, może trzech setek kroków od miejsca, w którym się znajdowali.

– Przyznacie mi chyba rację, że jednymi z najskuteczniejszych żołnierzy w każdej armii są kusznicy i łucznicy. Wszyscy pamiętamy, w jaki sposób odniesiono zwycięstwo pod Anghiari. Gdyby nie świetnie wyszkoleni kusznicy z Genui, którzy szyjąc ze zboczy, zapędzili w klin oddziały Astorra Manfrediego i wybili jego ludzi do nogi, być może dzisiaj wcale by nas tutaj nie było.

W tym momencie Leonardo zamilkł, pozwalając, by słowa odniosły oczekiwany efekt. W końcu był zręcznym oratorem i zdawał sobie sprawę z wagi takich przerw. Potrafił wykorzystywać teatralne gesty, by podnieść znaczenie nowego wynalazku bądź projektu, którego odpowiednia prezentacja miała nie mniejsze znaczenie niż samo dzieło. Podsycał ciekawość i uwagę słuchaczy, wykorzystując właściwą rytmikę w opowiadaniu. Po chwili ciągnął dalej.

– Jak wiemy, kusza jest antyczną bronią, mającą większy zasięg i siłę rażenia od łuku, którego jest zresztą ulepszoną wersją. Jej główne zalety stanowią skuteczność połączona z siłą i dokładnością.

Po tych słowach zbliżył się do ustawionego na polanie stołu i z przesadnym afektem uniósł płachtę z szarego płótna, ukazując kilka kusz wykonanych ze świeżego drewna.

– Mamy tu do czynienia z wyrafinowaną bronią strategiczną, chociaż jej skuteczność powoli się zmniejsza z uwagi na powstawanie coraz bardziej skomplikowanych modeli. Procedura naciągania kuszy stała się bardzo złożona, co miało niekorzystny wpływ na jej wydolność. Wprowadzenie żelaznych łuków z pewnością zwiększyło zasięg i siłę rażenia, ale pociągnęło za sobą problemy związane z obsługą. Naciągnięcie cięciwy wymaga od kusznika niezwykłej siły, obecnie nie jest to możliwe nawet przy użyciu obu rąk. Trzeba więc korzystać z pomocy dźwigni, wciągarek i zapadni. Oczywiście całe to zamieszanie wiąże się ze stratą czasu, narażając ponadto kusznika na ciągłe niebezpieczeństwo utraty życia.

– Poza tym – wtrącił się Wawrzyniec – wszystkie te dodatkowe urządzenia, które kusznik musi mieć przy sobie, utrudniają mu poruszanie się na polu bitwy.

– Słusznie. Nie można tracić zbyt wiele czasu na ładowanie broni.

Leonardo przerwał ponownie, pozwalając, aby słuchacze przygotowali się na wyjaśnienia, i dopiero wtedy przeszedł do sedna.

– Dzisiaj chcę wam zaproponować ulepszoną wersję, którą nazwałem „szybką kuszą”. W skrócie można powiedzieć, że chodzi o broń, w której ulepszony został mechanizm ładowania. Obudowa składa się z dwóch części. Tylna, zabezpieczona mocnym zawiasem, otwiera się z łatwością... – Chwycił jedną z kusz leżących na stole i zręcznym ruchem otworzył obudowę. – Za pomocą wewnętrznego układu dźwigni można zbliżyć orzech do cięciwy w pozycji spoczynku, by potem przesunąć go i przewijając, ustawić we właściwej pozycji, koniecznej do oddania strzału.

W tym momencie rozległ się trzask, a Wawrzyniec i jego ludzie ze zdziwieniem zobaczyli, że cięciwa jest napięta i gotowa na przyjęcie bełtu.

Nie tracąc czasu, Leonardo umieścił strzałę w łożu i wycelował w stronę kukły przymocowanej do gałęzi drzewa.

Nacisnął spust i bełt poszybował w niebo, świszcząc złowieszczo, następnie wbił się w głowę chochoła, przeszywając ją na wylot.

Podekscytowany Wawrzyniec nie ukrywał radości. Towarzyszący mu żołnierze obserwowali sytuację z otwartym ustami. Cała operacja naciągania cięciwy nie zajęła więcej niż kilka chwil i podczas gdy mężczyźni gapili się na przebitą kukłę, Leonardo zdążył ponownie załadować kuszę i wypuścić bełt.

Przeciągły świst i kolejna słomiana głowa przeszyta została żelaznym grotem strzały.

– Niesamowite! – krzyknął zachwycony Wawrzyniec i nie mogąc opanować podziwu, sięgnął po tę niezwykłą broń.

Otworzył i zamknął obudowę, po czym załadował kuszę, nie dotykając cięciwy i nie korzystając z zewnętrznych narzędzi. To było wprost niesłychane!

– Przyznacie chyba, szlachetny panie, że proces ładowania wymaga teraz znacznie mniej czasu i wysiłku? – zapytał Leonardo.

Zamiast odpowiedzi strzała wypuszczona przez Wawrzyńca zatrzepotała na wysokości piersi trzeciej kukły.

– Celny strzał! – pochwalił dowódca oddziału, który eskortował swego chlebodawcę podczas rannego wypadu za miasto.

– Świetna robota, Leonardo! – zawołał młody władca. – Jesteście geniuszem i dumą naszego miasta! Wasz projekt czyni z kuszy nie tylko szybką broń o znacznej sile rażenia, lecz również zwiększa jej skuteczność i sprawia, że staje się bardzo niebezpieczna.

– Doskonała jako narzędzie obrony w razie ataku obcych wojsk – podkreślił uczony i ponury cień przesłonił jego jasne spojrzenie. Trwało to zaledwie chwilę, ale nie umknęło bystrym oczom Wawrzyńca.

– Oczywiście, przyjacielu, zawsze dotrzymuję danych obietnic. Skorzystamy z tej broni jedynie w przypadku ataku nieprzyjaciela.

Leonardo skinął głową i zrobiło mu się lżej na duszy. Potrzebował tego zapewnienia.

Chociaż wiedział, że słowa są ulotne i często znikają unoszone wiatrem, to czuł, że zapewnienia takiego męża jak Wawrzyniec mogą ruszyć z posad bryłę świata. Leonardo miał co do tego pewność i był wdzięczny przyjacielowi, który mimo młodego wieku panował nad swoim żywym usposobieniem i charakterystyczną dla młodzieńców impulsywnością, by nie dać się zdominować porywom żądz, przemocy i nienawiści.

Uśmiechnął się na myśl, że przecież i on nie jest starcem, miał nawet kilka lat mniej niż Wawrzyniec. Tylko że nigdy nie interesowały go wojny, konflikty zbrojne czy pola bitewne. Władał bronią w stopniu, który zapewniał mu konieczną obronę, i na tym koniec. Uważał wojny za skończoną głupotę oraz niepotrzebną stratę czasu i trudno mu było pojąć powody, dla których władcy ościennych państw nie podzielali jego opinii.

A tak właśnie było. Florencja, Imola, Forlì, Ferrara, Mediolan, Modena, Rzym, Neapol, Wenecja – wszystkie te miasta w wojnie i rywalizacji upatrywały nieodzownego sposobu na przetrwanie. Zdawało się, że konflikty nadają sens istnieniu organizmów państwowych.

Potrząsnął głową.

Po raz kolejny zdarzyło mu się zapomnieć o świecie pod wpływem trapiących go myśli.

Wrócił do rzeczywistości, kiedy Wawrzyniec objął go, dziękując serdecznie za niezwykły pokaz.

– Leonardzie – mówił – jestem dumny z waszej przyjaźni i pracy, która z każdym dniem umacnia sławę Florencji. Zostaniecie wynagrodzeni za wasze zasługi. Chciałbym, abyście teraz wrócili ze mną do miasta. Moi ludzie zajmą się kuszami i jeśli zgodzicie się porozumieć z moimi inżynierami, chciałbym zamówić u was przynajmniej dwieście tych niesamowitych egzemplarzy.

– Przyjmijcie ode mnie jeden w prezencie – odpowiedział Leonardo, podając mu kuszę. – Ta jest najdokładniejsza i najlepiej wykonana.

– To prawdziwie królewski dar! – zawołał Wawrzyniec, a w jego głosie dźwięczały duma i radość. – Teraz jednak wracajmy do miasta, chciałbym z wami porozmawiać o pewnej ważnej dla mnie sprawie, która mam nadzieję, wzbudzi wasze zainteresowanie.

– W czym rzecz?

– Dowiecie się w swoim czasie. Póki co musicie mi zaufać.

5Lukrecja Donati

WAWRZYNIEC UTONĄŁ W CIEMNEJ, onyksowej rzece pachnącej miętą i pokrzywą. Uwodzicielski czar Lukrecji sprawiał, że cały świat przestawał istnieć.

Polana trzaskały w kominku, a rozżarzone iskry unosiły się niczym czerwone płonące świetliki.

Lukrecja wpatrywała się w niego namiętnym wzrokiem. Głębokie czarne tęczówki przeszywały go na wylot, chwytając za serce. Nie potrafił oderwać od niej oczu. Była nie tylko piękna, ale otaczała ją specyficzna magia, podobna do tej, która charakteryzuje naturę. Ten pierwotny, tajemniczy i niegasnący urok opętał go całkowicie.

Lukrecja odrzuciła do tyłu głowę, wygięła się uwodzicielsko, ukazując w pełnej krasie obfite, jędrne piersi, lśniące w rdzawym świetle świec. Jej biodra kołysały się w wyrafinowany sposób. Wawrzyniec zapadał się coraz głębiej w wir przyjemności, aż do utraty poczucia czasu i rzeczywistości, aż wszystko inne straciło znaczenie.

W tej dzikiej namiętności była siła zdolna strawić w jednej chwili każdą potrzebę i każde pragnienie, które nie należało do istoty przyjemności cielesnej.

Utonął w niej, pozwolił się omamić i zaślepić nieokiełznanej żądzy.

Lukrecja jęczała z rozkoszy. Dosiadła go i ujeżdżała gwałtownie. Nabrzmiały członek był gotowy do wypełnienia jej nasieniem.

Wreszcie kobieta krzyknęła przejmująco i opadła na jego pierś, wbijając paznokcie w skórę. Razem z kochankiem osiągnęła gwałtowny orgazm, który zdawał się łamać ją na pół.

Wawrzyniec opadł na łoże, a Lukrecja powoli osunęła się na niego, dotykając jego torsu piersiami i obejmując kochanka ramionami. Przez moment zdawało im się, że komnata wiruje, podczas gdy fala namiętnych uczuć zalewała ich umysły.

W milczeniu rozkoszowali się tą chwilą bliskości, marząc, aby miłość połączyła ich nierozerwalnym węzłem i chroniła na zawsze przed złym światem, w którym nie było miejsca dla tej namiętności.

To dlatego Lukrecja zaczęła płakać. Łzy spływały jej po policzkach i spadały na twarz Wawrzyńca, który nie musiał nawet pytać o powód jej smutku. W miarę jak kontury przedmiotów, ściany i sufit wracały na swoje miejsca, przypominając im o codziennych obowiązkach, odczuwali, jak niesprawiedliwe było to, co zgotował im los.

Lukrecja nie potrafiła dłużej milczeć, nie chciała czekać, potrzeba podzielenia się dręczącymi obawami była zbyt silna. Może chciała usłyszeć własny głos, a może szukała namacalnego dowodu na potwierdzenie tego, co się przed chwilą zdarzyło. Jakby jedno słowo mogło zastąpić glejt gwarantujący, że łączące ich uczucie przetrwa w zderzeniu z prawdziwym życiem.

Domagała się potwierdzenia.

– Przysięgnij mi, że zawsze będziesz kochał tylko mnie – powiedziała.

– Przyrzekam.

Wawrzyniec nie musiał się zastanawiać nad odpowiedzią. Kiedy był z nią, wszystko wydawało mu się proste i zarazem cudowne. Ona jedna potrafiła zaspokoić wszystkie jego pragnienia. Nie było na świecie drugiej takiej kobiety. Nie dopuszczał takiej możliwości. W jej obecności odczuwał tę samą wdzięczność i uległość, które ściskały mu serce, gdy w nocy oślepiał go blask błyszczących na niebie gwiazd. Odczuwał niepokój, zdając sobie sprawę z siły i zuchwałości tego uczucia. Ale postanowił, że może i chce pozwolić sobie na taki luksus. Kiedy nadejdzie czas próby, musi stanąć na wysokości zadania. Będzie chronił Lukrecję, co do tego nie miał wątpliwości.

Była to jedyna sprawa, na której mu naprawdę zależało.

– Także wtedy, gdy przybędzie Klarysa? – zapytała.

– Obiecuję – zapewnił Wawrzyniec.

– I będziesz mnie kochał nawet wtedy, gdy już będę stara, siwa i pomarszczona jak pergamin?

– Wtedy będę cię kochał jeszcze bardziej.

– I obronisz mnie, jeśli zajdzie taka potrzeba?

– Bez wątpienia.

– O nic więcej nie proszę, Wawrzyńcu. Chociaż mam przeczucie, że to nie będzie takie proste. Teraz obiecujesz i przysięgasz, ale kto wie, co przyniesie przyszłość i jak ty się zmienisz. Dzisiaj nasza sypialnia wydaje ci się rajem, ale już wkrótce może się okazać zbyt ciasna i skromna, a ja będę tylko jedną z wielu kobiet, które miałeś. To nieunikniona kolej rzeczy.

Ujął jej twarz w swoje dłonie.

– Nawet sobie w ten sposób nie żartuj.

Na ustach Lukrecji pojawił się gorzki uśmiech.

– Już niedługo będziesz władcą Florencji, Wawrzyńcu, i całe miasto będzie na twoje rozkazy. Wciągnie cię wir prawdziwej, brudnej władzy, która niesie ze sobą cierpienie i śmierć. Będziesz musiał stawiać czoła bezlitosnym wrogom i zawierać kompromisy dla dobra swoich poddanych. Czy wspomnisz o mnie, kiedy stwardnieje twoje serce, a ręce pokryją się krwią? Kiedy wojna stanie się twoim chlebem powszednim, bo tylko w taki sposób będziesz mógł bronić tego, w co wierzysz, przed zachłannością tchórzliwych i małodusznych ludzi kierujących się chciwością i żądzą grabieży.

– Pozostanie mi jeszcze twoja miłość – odpowiedział bez chwili wahania, ponieważ naprawdę wierzył w siłę łączącego ich uczucia i miał pewność, że nigdy się nie skończy. – Czekające nas obowiązki tak bardzo pochłaniają naszą uwagę, że łatwo zapominamy o tym, czego doświadczyliśmy w przeszłości. Zbyt często pozwalamy, by obecna chwila przesłoniła nam wczorajszy dzień, i lekceważymy powody, które skłoniły nas kiedyś do stania się lepszymi ludźmi. Zachowam łączące nas uczucie na dnie mojej duszy i nie pozwolę, aby ktoś je odkrył. Będę o nie dbał jak o najcenniejszy skarb zarówno w chwilach radości, jak i w smutku. Nasza miłość da mi siłę i pewnie przyniesie też niepokój, przysporzy mi i szczęścia, i zapewne też goryczy, ale na zawsze pozostanie żywa w mej pamięci.

Lukrecja uniosła głowę, łzy przestały płynąć jej z oczu.

– Jakie piękne są twoje słowa, mój kochany. Byłoby cudownie, gdyby wszystko to mogło się ziścić.

– To zależy tylko od nas i od nikogo więcej. Niezależnie od tego, co przyniesie los, musimy być silni i dbać o nasze uczucie. Wtedy przetrwa. Jeśli zaś je utracimy, będzie to tylko i wyłącznie nasza wina, ale przynajmniej będziemy mogli powiedzieć, że dane nam było przeżyć prawdziwą miłość. Jestem wdzięczny za taki niesamowity dar losu.

Lukrecja spojrzała mu w oczy. Były ciemne, ale błyszczały niesamowitym światłem.

Rozpłakała się ponownie, ponieważ wiedziała, że to, co zbyt piękne, nie może trwać wiecznie.

KWIECIEŃ 1469

6Koncert

W SALONIE STAŁY SUTO zastawione stoły. Służba dbała o to, aby niczego nie brakowało i by poszczególne dania zostały odpowiednio podane. Stolnicy, podczaszowie, krajczowie, cześnicy zajmowali się krojeniem czerwonych i białych mięs, napełnianiem kielichów winem, nakładaniem na talerze wielkich kawałków pasztetów i zapiekanek. W wirze zapachów i smaków rozkładali też misy z owocami, które miały sprawiać rozkosz podniebieniom zaproszonych gości. Nie brakowało również słodyczy, nadziewanych ciast i kolorowych kandyzowanych owoców, które Wawrzyniec kazał zamówić specjalnie dla swojej matki u najlepszych florenckich cukierników.

W przyjęciu – jednym z wielu, jakie Wawrzyniec zorganizował w pałacu Medyceuszy przy via Larga – brali udział najświatlejsi uczeni i najbogatsi mieszkańcy Florencji.

Do pierwszej grupy należał bez wątpienia Marsilio Ficino, który również tego dnia ubrany był, jak miał to zresztą w zwyczaju, w czerwony strój. Niewysoki i szczupły, a mimo to nieźle umięśniony, całą swoją postawą reprezentował świetność intelektu oraz rozwagę człowieka całkowicie oddanego wiedzy. Szczycił się wieloma dokonaniami w dziedzinie nauk humanistycznych, wśród których były ważne dla całego zachodniego świata tłumaczenia tekstów Hermesa Trismegistosa i Platona.

W drugiej grupie nie mogło zabraknąć Francesca de’ Pazziego, którego ród piął się bez ustanku na najwyższe szczyty hierarchii społecznej w mieście i zdawało się, że nikt i nic nie będzie w stanie ograniczyć jego potęgi. Odziany był w swój ulubiony czarny aksamit i demonstrował zebranym przesadną wyższość, odpowiadając nawet na takie prowokacje, które były jedynie wytworem jego wyobraźni. Na jego specyficzny charakter składała się wynikająca z bogactwa arogancja połączona z ognistym temperamentem. Hardy, obcesowy, czasami nawet grubiański sposób zachowania, przywodzący na myśl uderzenia piorunów, zapowiadał lepiej niż tysiące słów zbierającą się nad Florencją burzę.

Wawrzyniec i Julian nie obawiali się wzrostu znaczenia Pazzich. W końcu należeli do bogatej rodziny szlacheckiej, byli inteligentni i mieli szczęście. Ich przeznaczeniem były złote pałace i właśnie wkraczali na główną scenę w roli bohaterów.

Tymczasem Francesco nie żywił specjalnej sympatii do gospodarzy, pomimo że starał się panować nad swoimi wybuchami i krewkim temperamentem. Strzelał wokoło groźnymi, czarnymi jak atrament oczami, jakby chciał w ten sposób zebrać potrzebne informacje, które mógłby wykorzystać na szkodę Wawrzyńca i Juliana.

Damy i kawalerowie przechadzający się po salonach pałacu starali się w miarę możliwości eksponować należycie swoją urodę bądź posiadaną władzę. Jednak w pewnym momencie twarze obecnych, ich stroje i klejnoty jakby straciły swój blask.

Wawrzyniec usłyszał pierwsze dźwięki słodkiej muzyki wypełniającej powoli pomieszczenie, szept miodowego wodospadu, który wabił go do siebie, pozbawiając woli i żądając całkowitej uwagi. Wstrzymał na chwilę oddech, oszołomiony powodzią nut.

Miał wrażenie, że znajduje się w jakiejś nieznanej przestrzeni, jakby otaczające go dekoracje, salony oraz goście zniknęli nagle niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Wawrzyniec przymknął oczy i zastygł zasłuchany. Nie zastanawiał się, kim jest autor tej cudownej kompozycji. Rzadko miał okazję słuchać dobrze wykonanej muzyki i tym razem postanowił nie odmawiać sobie tej przyjemności.

Sam dość często starał się wyrażać za pomocą słów i głosu targające nim uczucia, jednocześnie próbując je ujarzmić, ale nigdy nie był zadowolony z końcowego rezultatu.

Wydawało mu się, że próbuje ukształtować bryłki lodu, ale ich ostateczna forma okazywała się kanciasta i niepewna, co w jakiś sposób odzwierciedlało stan jego duszy. Dlatego sonety, które tworzył, uznawał za nieudolne, były dla niego zniekształconym i fałszywym obrazem tego, co skrywał w sercu.

Podobnie czuł teraz: żadne słowa nie mogły oddać piękna tego niesamowitego utworu.

Poczuł zapach chabrów. Doskonale znał ich słodką woń.

Po jego policzkach popłynęły łzy.

Wzruszenie było silniejsze od niego i nawet nie szukał jego wyjaśnienia. Nie miało to większego znaczenia. Czuł się tak wspaniale, że nie musiał niczego tłumaczyć, niczego rozumieć.

Melodia wznosiła się i opadała jak huśtawka, która poruszając się miarowo, wprowadza zmysły na nieznane szczyty.

Rytm, najpierw żywy i radosny, po chwili stał się delikatny i harmonijny. Wawrzyniec wyczuł w tej kompozycji fatalną, impulsywną zmysłowość.

Lutnista pociągał za struny w tak wyrafinowany sposób, iż zdawało się, że instrument grał bez udziału człowieka.

Muzyka na chwilę ucichła i nastąpiła krótka przerwa. Zaraz potem uderzyła w ton smutny, gorzki, przepełniony szeptem melancholii grającej artystki. Bo teraz Wawrzyniec miał już pewność, że jest to dzieło kobiety.

Powoli sączył chwile, rozkoszując się nimi niczym słodkim likierem o wyjątkowym smaku, odkładając w czasie radość z odkrycia.

Otworzył szeroko oczy ze zdumienia, chociaż właściwie już wiedział, kogo zobaczy, bo serce pojmuje wcześniej to, co później dostrzega wzrok.

W pełnym blasku swej nieprzeciętnej urody siedziała przed nim Lukrecja.

Smukłe śniade palce ledwie muskały struny lutni, którą trzymała na podołku, wsparłszy ją na lewym ramieniu.

Pochyliła głowę nad instrumentem nie po to, by spoglądać na struny, lecz dlatego, że podobnie jak Wawrzyńca całkowicie pochłonęła ją wykonywana melodia.

Pod wpływem tego wręcz nieziemskiego zespolenia z muzyką jej skóra zdawała się płonąć czystą zmysłowością, a purpurowy odcień nakładał się na naturalny, cynamonowy kolor karnacji. Czarne, rozmarzone oczy błyszczały intensywnym światłem, które załamywało się w ciemnych źrenicach.

Wawrzyniec nie był przygotowany na tę wizję, a raczej nie wiedział i nawet nie podejrzewał, jaki talent skrywa przed nim Lukrecja.

Niemalże całkowicie zauroczyła go jej zmysłowa uroda, podkreślona jeszcze aksamitną peleryną ognistej barwy, podczas gdy w oczach jego matki złość mieszała się z obawą przed afrontem, którego właśnie doświadczała we własnym domu.

Pomimo zapewnień i obietnic Wawrzyniec nie był w stanie zapanować nad uczuciami i ukryć podziwu wobec tego, co właśnie działo się na jego oczach. Podobnie zresztą jak obecni na przyjęciu goście, którzy gdy tylko ucichła muzyka, nagrodzili artystkę szczerymi, rzęsistymi brawami.

Wyjątkowy talent Lukrecji był zarówno niepodważalny, jak i krępujący. Mimo że zbliżał się dzień ślubu, Wawrzyniec wiedział, iż kompozycja, którą właśnie usłyszał, już na zawsze pozostawi ślad w jego sercu.

Początkowo nie był w stanie przyłączyć się do oklaskującego Lukrecję tłumu. Wydawało mu się, że to uwłaczające dla talentu artystki. Stał więc i patrzył w milczeniu. Przez chwilę miał wrażenie, że ich dusze łączą się ze sobą w nierozerwalnym pakcie zawartym na wieki.

Nadal nie czuł potrzeby, aby potwierdzać uczucia słowami. Dzielił z kochanką ciszę, nie zważając na entuzjazm obecnych w salonie ludzi.

Stał i patrzył.

Nagle poczuł, jak coś niszczy tę harmonię dusz. Niewidzialne pęknięcie na szklanej powierzchni powiększa się, staje coraz głębsze, a w końcu sprawia, że gładka tafla rozsypuje się w drobny mak.

Rozglądając się po salonie, zauważył, że Francesco de’ Pazzi bacznie mu się przygląda.

W tym momencie pojął, że występ Lukrecji był niebezpieczną pułapką zastawioną na jego ukochaną.

Obiecał sobie, że zrobi wszystko, by ją ochronić, nawet jeśli będzie musiał zrezygnować ze swojej wielkiej miłości.

Jednak w głębi serca czuł, że jest już za późno.

CZERWIEC 1469

7Klarysa

OSTRE SŁOŃCE stało wysoko na niebie. Złotym światłem oblewało dachy domów i kamienne frontony pałaców i kościołów. Odbijało się od brukowanej kostki pokrywającej ulice i place Florencji i rozpalało płomiennym blaskiem Drzwi Raju, wykonane przez Lorenza Ghibertiego, oraz czerwoną kopułę katedry Santa Maria del Fiore.

Klarysa przybyła do miasta w eskorcie pięćdziesięciu rycerzy. Jechała wierzchem, jak przystało na bohaterską dziewicę ze szlachetnego rzymskiego rodu, by na obcej ziemi rzucić wyzwanie kobiecie, o której tak wiele się mówiło: Lukrecji Donati. Swoim triumfalnym pochodem dawała do zrozumienia, że zamierza odebrać jej Wawrzyńca, a nie tylko zadowolić się szczodrym zrządzeniem losu, który przeznaczył jej go na męża.

Szepty zgromadzonego tłumu krążyły wśród posągów i prezbiteriów, wśród sklepień i epigrafów, a lud zastygł w oczekiwaniu na wynik zbliżającego się starcia.

Przy boku przyszłej bratowej jechał Julian. Przemierzali ulicę wiodącą od Santa Maria del Fiore do pałacu Medyceuszy, który mieścił się przy via Larga. Po obu stronach stały kolorowe wozy i zastawione stoły, powiewały chorągwie i sztandary z herbem rodu zdobytym we Francji: czerwonymi kulami na złotym tle.

Ten niebywały karnawał barw i kształtów był demonstracją siły i potęgi, które Wawrzyniec przejmował w spadku po epoce świetności swego dziada, Kosmy, z rąk zmęczonego i schorowanego ojca, przekazującego mu władzę nad miastem.

Ujrzawszy Klarysę, nie mógł pozostać obojętnym na jej wdzięki. Długie włosy połyskiwały w słońcu miedzianym odcieniem, głębokie zielone oczy zapowiadały wyrafinowaną, a zarazem pewną siebie kobiecość, usta przypominały korale wyłaniające się z odmętów morskiej wody. Przewiewna suknia odkrywała kształtne ramiona, przywołując na myśl Dianę na polowaniu.

Wawrzyniec pomyślał, że matka dokonała słusznego wyboru.

Niemniej pomimo wdzięku ruchów i dumy bijącej ze spojrzenia narzeczona wydała mu się zimna i odległa. Jakby uwięziona w nowej, niechcianej roli. Tak samo jak on. Wyczuł w niej głęboki, nieukojony smutek. Najbardziej trapiła go konieczność odgrywania narzuconej roli, co z każdym dniem będzie potęgowało wewnętrzny konflikt, wynikający z nieustającego starcia pomiędzy rozumem a instynktem, potrzebą przestrzegania konwenansów a pragnieniem wolności.