Medyceusze. Kobieta u władzy - Matteo Strukul - ebook

Medyceusze. Kobieta u władzy ebook

Matteo Strukul

4,0

Opis

Porywająca opowieść o Katarzynie Medycejskiej, kontrowersyjnej postaci i jednej z najpotężniejszych kobiet XVI wieku. Miłosne intrygi, ponure knowania i krwawe spiski w III tomie sagi o wpływowym rodzie Medyceuszy Rok 1536. Niespodziewanie umiera Franciszek, następca francuskiego tronu. Ciało znajduje Raymond de Polignac, kapitan czwartej kompanii pikinierów, i natychmiast każe sprowadzić Guillaume’a Mauberta, osobistego medyka delfina. Wstępne oględziny nie wykluczają otrucia… Wkrótce okazuje się, że dzień przed tragicznymi wydarzeniami Franciszek, walcząc z upałem i zmęczeniem, wypił dużą ilość zimnej wody, posłuchawszy rady hrabiego Modeny Sebastiana di Montecuccoliego. Włoch przybył na dwór francuski w orszaku francuskiej księżniczki Katarzyny Medycejskiej, żony drugiego królewskiego syna, Henryka Walezjusza. Czy to możliwe, że chodziło o spisek włoskiej frakcji mający na celu zapewnienie tronu Henrykowi i Katarzynie? Choć wszystko wskazuje, że śmierć Franciszka została ukartowana, skomplikowana sytuacja polityczna nakazuje ostrożność w formułowaniu hipotez. Wojna z Karolem V Habsburgiem toczy się ze zmiennym szczęściem, oddziały Świętego Cesarstwa Rzymskiego zajmują Prowansję, a Franciszek I, przebywający wówczas w Lyonie, poleca niszczyć wszystko, co mogłoby się przydać wojskom nieprzyjaciela. Na rozkaz władcy płoną pola uprawne i zatruwana jest woda w studniach. Poza tym Franciszek I, przywiązany do synowej Katarzyny, nie dopuszcza myśli, że mogła się przyczynić do śmierci jego syna. Chcąc rozwiać wątpliwości, rozkazuje jej pilnie stawić się przed swoim obliczem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (28 ocen)
9
13
2
4
0

Popularność




I MEDICI. Una regina al potere

Copryright © 2017 Newton Compton Editori s.r.l

Casella postale 6214, Roma

All rights reserved.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Aneta Banasik (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcia użyte na okładce: © lisima/Shutterstock, © ASUWAN MASAE/Shutterstock, © FooTToo /Shutterstock

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-66512-90-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

Dla Silvii

CZERWIEC 1525

Wstęp

Katedra pod wezwaniem Santa Maria del Fiore niepodzielnie panowała nad miastem. Zdawała się rzucać wyzwanie niebu. Katarzyna truchtem podbiegła w stronę wspaniałego kościoła. Ciotka obawiała się, że dziewczynka może się przestraszyć imponującej budowli, ale niepokój okazał się bezzasadnych. Dziecko podniosło wielkie oczy ku czerwonej kopule, jakby mierzyło odległość dzielącą je od szczytu katedry.

– Jaka ona jest wysoka, ciociu? – zapytała Katarzyna, nie odrywając zachwyconego wzroku od wspaniałego dzieła Filippa Brunelleschiego.

Klarysa przyglądała się małej.

– Od podstawy do latarni na szczycie kopuły będzie ponad dwieście łokci – odpowiedziała.

Katarzyna jeszcze szerzej otworzyła oczy ze zdumienia.

– Aż tyle?

Ciotka pokiwała głową.

Słońce błyszczało na niebie i wydawało się, że katedra pochłania promienie, by okrywając się chmurą złotego pyłu, podkreślić w ten sposób swą wspaniałość.

Katarzyna jeszcze nie skończyła. Uwielbiała zadawać pytania, bo to nie wymagało żadnego wysiłku. W przeciwieństwie do odpowiedzi – pomyślała. W końcu była tylko małą dziewczynką, więc zgodnie ze zdaniem dorosłych nie mogła przecież znać odpowiedzi. Wykorzystywała to ich przeświadczenie, by pytać o wszystko, co jej przychodziło do głowy.

– Kto ją zbudował?

– Wielki artysta.

– Jak się nazywał?

– Filippo Brunelleschi. Był najznakomitszym i najzdolniejszym architektem, jakiego zna historia. Chociaż tak naprawdę był złotnikiem. To on rozwiązał problem kopuły.

– Co masz na myśli? – dociekała Katarzyna, zadowolona, że udało jej się zadać kolejne pytanie. Uwielbiała tę zabawę.

– Przez ponad sto lat katedra nie miała kopuły, w pewnym sensie pozostawała odkryta…

– I jak się to skończyło? – ponagliła ciotkę dziewczynka, gdyż cała ta opowieść zaczynała ją coraz bardziej zajmować.

– Organ nadzorujący dzieło budowy katedry i oceniający projekty, które umożliwiałyby sfinalizowanie prac, wybrał w końcu dwie propozycje: autorem jednej był Lorenzo Ghiberti, a drugiej Filippo Brunelleschi. Pierwszego wspierał ród Strozzich, a drugiego Medyceusze, rodzina, do której i ja należę.

– I ja też, prawda, ciociu? – zapytała Katarzyna. Dobrze o tym wiedziała, ale lubiła słyszeć słowa potwierdzenia z ust dorosłych.

Kobieta pokiwała głową.

– Tak, ty też.

– Opowiesz mi, jak się skończyła historia z kopułą?

– Oba projekty zostały przyjęte i członkowie Opery del Duomo postanowili powierzyć architektom nadzór nad budową kopuły. Później się jednak okazało, że to Filippo ma bardziej nowatorskie i skuteczne pomysły.

– I co się wtedy stało? – nie dawała za wygraną Katarzyna.

– Obaj pracowali ramię w ramię przez kilka lat, ale to Filippo znalazł rozwiązanie, by przy użyciu konstrukcji o wysokości ponad stu łokci wznieść kopułę wieńczącą kościół. Jednak pewnego dnia, jeszcze w czasie trwania prac, genialny złotnik został w domu z powodu choroby.

– Czy to była prawda?

– Co takiego?

– Czy naprawdę był chory?

Klarysa wybuchnęła śmiechem.

– Jesteś bardzo domyślna!

– Tak sądzisz? – zapytała Katarzyna, unosząc brew z niewinną złośliwością, która jeszcze bardziej rozbawiła ciotkę.

– Właśnie tak.

– No to jak było? Naprawdę zachorował czy nie? – nie dawała za wygraną dziewczynka.

– Oczywiście, że nie. Jak już się sama domyśliłaś, Filippo chciał tylko uświadomić wszystkim, że jego współpracownikowi brakuje kompetencji. I nie pokazywał się na placu budowy do czasu, aż członkowie Opery del Duomo pofatygowali się do niego do domu, ponieważ zauważyli, że prace nie postępują w takim tempie, jak wcześniej ustalono. Przedstawiciele najznamienitszych florenckich rodów zaczęli prosić go o powrót, a wtedy Filippo zażądał przekazania mu kierownictwa nad projektem.

– Udało mu się zrealizować plan?

– A jak myślisz?

Katarzyna odpowiedziała bez zastanowienia:

– Pewnie, że tak. Przecież Medyceusze nie wybrali go bez powodu.

Klarysa stanęła z otwartymi ustami.

– Dobrze zapamiętałaś lekcję – powiedziała oszołomiona.

– To twoja zasługa, ciociu.

– Tak sądzisz?

– Oczywiście!

– W porządku. A teraz, skoro już znasz historię powstania kopuły, co byś powiedziała, gdybyśmy powoli wracały do domu? Jeśli się nie mylę, powinnaś usiąść do łaciny?

– Ufff!

– Nie marudź. Przecież jesteś jedną z Medyceuszy i nie powinnaś stronić od nauki.

– Dobrze już, dobrze – zgodziła się dziewczynka, podnosząc ręce i naśladując minę wuja, kiedy ten rozmawiał z Klarysą i wiedział, że nie ma szans przekonać jej do swoich racji. – Ale możemy jeszcze przez chwilę popatrzeć na kopułę?

– Niech tak będzie – powiedziała ciotka, głaszcząc małą po głowie. Potem podniosła wzrok i stanęła oczarowana wielkością i majestatem kopuły katedry Santa Maria del Fiore.

Widok był naprawdę wspaniały.

SIERPIEŃ 1536

1Delfin

Krzyczał ile sił w piersiach, aż poczuł płomienie w gardle.

Przycisnął dłonie do piersi, chcąc uśmierzyć rozrywający ból, który odczuwał niczym płynny ogień palący mu duszę. Kielich ze źródlaną wodą upadł na posadzkę, rozbijając się w drobny mak.

Oczy Franciszka zaszły mgłą. Głowa opadła na ramię. Opuszczone ręce zwisały z poręczy fotela, białe, zimne palce znieruchomiały. Twarz przypominała maskę: ciągle jeszcze nosiła ślady urody, ale zastygła w surowym, śmiertelnym wyrazie.

Nie mógł już odpowiedzieć na rozpaczliwe wołania.

Był martwy.

Ktoś uderzał w drzwi do jego komnaty. Na korytarzu stał oddział żołnierzy, którzy próbowali je wyważyć. Uderzenia odbijały się głuchym echem wśród ścian. Kilka mocnych pchnięć i droga do wejścia stała otworem.

Monsieur Raymond de Polignac, kapitan czwartej kompanii francuskich pikinierów, wpadł do komnaty delfina, a za nim podążyli jego ludzie i kilku służących. Kiedy dowódca zobaczył skulonego na fotelu martwego Franciszka, rzucił na podłogę kapelusz o szerokim rondzie ozdobiony białym pióropuszem.

– Wasza Wysokość – szepnął łamiącym się ze wzruszenia głosem.

Jedna ze służących krzyknęła. Raymond dał znak żołnierzowi i ten natychmiast wyprowadził kobiety z komnaty delfina.

Raymond popatrzył na skromny fotel obity granatowym aksamitem i pomyślał o swoim władcy, który właśnie stracił ukochanego syna. Potrząsnął głową. Podszedł do Franciszka i delikatnie zamknął mu oczy, po czym się schylił i podniósłszy swój kapelusz, przycisnął go do piersi.

Westchnął głęboko.

Złote promienie słońca wpadały przez uchylone brokatowe kotary, rozświetlając pokój blaskiem. Powietrze zaczęło się już wypełniać oddechem śmierci.

Wojna dotarła aż tutaj. Karol V Habsburg najechał ze swoim wojskiem Prowansję i dotarł aż do Tournon-sur-Rhône. Teraz jednak wilgotne, pełne komarów lato sprawiło, że żołnierze pocili się obficie i słabli z dnia na dzień. Wielu chorowało i nie było zdolnych do dalszej walki, a Karol zaczął rozważać nawet możliwość powrotu do Sabaudii. To nie było jednak jedyne zmartwienie okolicznych mieszkańców. Franciszek I, król Francji, niszczył własne ziemie, rozkazując palić pola i zatruwać studnie. Wiejskie okolice wyludniły się do cna, jałowe rżyska nie rodziły żadnych plonów. Władca pustoszył własne włości, by pokonać głodem oddziały cesarza Austrii i króla Hiszpanii.

– Dajcie mi chwilę. Muszę napisać do króla. Przekażecie list do rąk własnych Jego Królewskiej Mości w Lyonie – rozkazał towarzyszącym mu żołnierzom. – Powiadomię Jego Wysokość o tym, co się wydarzyło. Wy tymczasem poślijcie po medyków i chirurgów. Sam ich wybadam, by poznać przyczynę śmierci. Zanim nie wydam nowych rozkazów, nikt nie może się dowiedzieć, co się stało. Ciemne chmury zbierają się nad Francją.

Nie tracąc czasu, monsieur de Polignac usiadł przy sekretarzyku delfina i starannym pismem nakreślił kilka linijek. Potem włożył kartkę do koperty. Rozpuścił wosk nad płomieniem świecy i odcisnął w nim własną pieczęć.

Pikinierzy opuścili komnatę, a jeden z nich od razu skierował się ku stajniom, by bez zwłoki pchnąć posłańca do Lyonu. Monsieur de Polignac został sam na sam ze śmiercią.

Położył dłoń na twarzy delfina i upewnił się, że powieki następcy tronu pozostają zamknięte, bacząc, by niczego nie zmieniać, zanim nie nadejdą medycy. Komnata powinna pozostać nietknięta – w takim stanie, w jakim ją zastał po wyważeniu drzwi.

Nie miał pojęcia, co było przyczyną tragedii, ale nie zamierzał zwlekać z poznaniem prawdy.

Stał bez ruchu na środku pokoju, a po głowie krążyły mu liczne pytania, na które nie znał odpowiedzi. Czy delfin zmarł śmiercią naturalną? A jeśli nie, to kto chciałby go zabić? I w jakim celu? Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to znalazłoby się więcej niż kilka powodów.

Westchnął, poprawiając aksamitny dublet, podczas gdy promienie wschodzącego słońca odbijały się w ostrzu szpady, którą nosił za pasem. Zrobił kilka kroków, a stukot obcasów na posadzce zdawał się odliczać sekundy oczekiwania. Zdjął rękawicę z lewej ręki i zaczął uderzać nią o wnętrze dłoni. Opanował się dopiero wtedy, gdy do komnaty wszedł osobisty medyk delfina, monsieur Guillaume Maubert.

Polignac obrzucił go wzrokiem, a w jego spojrzeniu dało się zauważyć szczery smutek – niebieskie jasne oczy wyrażały żal z powodu niespodziewanego nieszczęścia.

Palcem wskazującym prawej ręki wygładził cienkie wąsy, z ciekawością przyglądając się niskiemu mężczyźnie o filuternym wejrzeniu. Dostrzegł, że gość natychmiast spoważniał, gdy tylko się zorientował, po co został wezwany. Czerstwe policzki, rozczochrane włosy i małe żywe oczka mogły wprowadzić w błąd nawet bystrego obserwatora, utwierdzając go w przekonaniu, iż medyk nie ma odpowiednich kompetencji, ale Polignac nie zwracał uwagi na szczegóły i miał pewność, że za niewyszukaną powierzchownością kryje się błyskotliwy umysł.

– Monsieur Maubert – zaczął – nie mam zamiaru tracić czasu na pogaduszki. Dziękuję wam za pośpiech i przykro mi, że spotykamy się w tak smutnych okolicznościach. Proszę was jedynie o to, abyście jak najstaranniej ustalili przyczynę śmierci delfina. Macie tyle czasu, ile będziecie potrzebować, nie spieszcie się!

– Czy król został powiadomiony? – zapytał cicho medyk.

– Już posłałem gońca do Lyonu.

– Doskonale. A zatem możemy zaczynać.

– Oczywiście nie muszę wam przypominać, że trzeba zachować całkowitą dyskrecję, przynajmniej do chwili, gdy poznamy powód zgonu Franciszka, eliminując wszelkie wątpliwości.

– Zgadzam się w pełni.

Katarzyna czuła na twarzy powiew świeżej bryzy. Upalny i wilgotny sierpień wszystkim dawał się we znaki, więc poranna konna przejażdżka była jedną z niewielu przyjemności, której nie zamierzała sobie odmawiać. David, jej ulubiony deresz, mknął galopem po lśniących zielenią łąkach.

Nazwała go tak, by upamiętnić posąg Donatella. Chciała w ten sposób podkreślić swoją przynależność do rodu Medyceuszy oraz florenckie pochodzenie. Była z nich dumna, mimo że na dworze wielu nazywało ją z tego powodu włoską handlarką.

Czyniono to z pełną świadomości pogardą, nie zważając na jej status żony Henryka Walezjusza, a co za tym idzie – księżnej Orleanu i francuskiej księżniczki.

Katarzyna wcale się tym nie przejmowała. Dobrze wiedziała, że dworzanie męża nienawidzą jej, a jednocześnie się jej boją. Nawet te konne przejażdżki przyjmowane były z podejrzliwością przez damy dworu, z madame d’Étampes, kochanką króla, na czele. Piękna księżna nie ukrywała pogardy dla młodej Włoszki, a zachowywała się powściągliwie jedynie dlatego, że monarcha przyjął Katarzynę z entuzjazmem, a nawet nutką podziwu. Powodem tego był właśnie jej hardy charakter.

Uśmiechnęła się. Jasny poranek urzekał czarem niewinności. Świeży wiaterek potęgował intensywność tysięcy słodkich i orzeźwiających zapachów wypełniających powietrze. Najsilniej pachniały eukaliptus i dzika lawenda. Katarzyna przez dłuższą chwilę upajała się ich wonią, z wdzięcznością rozkoszując się samotnością i możliwością obcowania z nieskażonym pięknem natury.

Przed sobą miała winnice – drzewka prężyły się w prostych szeregach na łagodnych zboczach wzgórza – a dalej wody Rodanu, który błyszczał wstęgą płynnego srebra w bladym świetle poranka. Słabe promienie słońca drgały i wibrowały na niebie w kolorze jasnego błękitu.

Jakże piękna była ta wiejska okolica, upstrzona domostwami o czerwonych dachach, otoczonych majestatycznymi drzewkami oliwnymi, które sprawiały, że ziemia w regionie Midi przywoływała na myśl iście śródziemnomorski krajobraz.

Niedługo słońce zacznie mocniej przygrzewać i trzeba będzie się chować w przestronnych salonach zamku lub szukać ochłody w cieniu drzew.

Już teraz Katarzyna marzyła o kielichu zimnej wody.

2Hrabia Montecuccoli

Po przeprowadzeniu rutynowych badań monsieur Guillaume Maubert oświadczył, że śmierć delfina nastąpiła prawdopodobnie z przyczyn naturalnych. Jednocześnie nie mógł wykluczyć a priori innych hipotez i wtedy pojawiło się złowieszcze słowo „trucizna”.

Kiedy ustalenia medyka dotarły do uszu kapitana Raymonda de Polignaca, ten zadbał o całkowitą dyskrecję i nie tracąc czasu, osobiście zajął się przeprowadzeniem szybkiego i rzetelnego śledztwa. Miał co prawda nadzieję, że chodzi o fałszywy alarm, ale wolał niczego nie zaniedbać.

Nie nadszedł jeszcze czas na rozpowszechnianie tragicznej wiadomości przede wszystkim dlatego, że osobisty medyk delfina potrzebował czasu, by dokładnie sprawdzić swoje podejrzenia.

Kapitan był przekonany, że posłańcy dotarli już do króla i teraz Jego Wysokość znajduje się w drodze do Tournon-sur-Rhône.

Raymond odkrył też, że poprzedniego popołudnia Franciszek zdecydowanie przesadził ze spożyciem lodowatej wody. Panował nieznośny upał i następca tronu chciał zapewnić sobie nieco ochłody.

Tak przynajmniej utrzymywał jeden z paziów, niejaki Gasquet. Naciskany przez kapitana, dodał, że autorem tej niezbyt trafnej rady był giermek delfina, Sebastiano di Montecuccoli, hrabia Modeny.

Gasquet opowiedział o wydarzeniach, jakie zaszły na polach w okolicy Tournon-sur-Rhône, gdzie delfin oczekiwał na przyjazd króla, jego ojca, z wojskiem, gdyż razem mieli wyruszyć przeciwko armii Karola V. Chcąc skrócić oczekiwanie, następca tronu zażyczył sobie partii tenisa.

Przeciwnikiem delfina był właśnie Sebastiano di Montecuccoli. Po meczu zmęczeni i rozgrzani zawodnicy w pełnym słońcu pili lodowatą wodę, podczas gdy żołnierze i służba kryli się w namiotach przed nieznośnym upałem. Gasquet twierdził, że giermek poprosił o napełnienie zimną wodą dwóch sporych dzbanów, co więcej, sam towarzyszył mu w drodze do studni.

Kapitan Raymond de Polignac zdecydował się więc na prywatną rozmowę z hrabią Montecuccolim, by wyrobić sobie opinię na jego temat.

Nie znał tego mężczyzny, ale gdy tylko go zobaczył, od razu odniósł niekorzystne wrażenie. Hrabia wydał mu się perfidny, a jego tłumaczenie tak pokrętne, że szybko wzbudził niechęć kapitana. Miał ostre rysy i zimne oczy, a zakres jego obowiązków przy delfinie okazał się, mówiąc delikatnie, mało precyzyjny.

– A więc, jeśli dobrze zrozumiałem, przybyliście na dwór w orszaku Katarzyny Medycejskiej, żony księcia Orleanu?

– Nie inaczej – odpowiedział Montecuccoli. Irytujący uśmieszek przyklejony do jego ust sprawiał wrażenie, jakby młodzieniec doskonale znał zamiary Polignaca. Bawił się kosmykiem swoich kasztanowych włosów, nawijając je na palec wskazujący prawej ręki. Nie było wątpliwości, że mężczyzna z przesadą dba o wygląd. Świadczyły o tym miękka, jasna skóra i wypoczęte spojrzenie oraz elegancki, aksamitny dublet. Jego styl i maniery były ze wszech miar wyszukane, nie można się było w nich doszukać niczego zwykłego ani naturalnego.

– I później zostaliście giermkiem następcy tronu? – W słowach kapitana można było wyczuć niedowierzanie.

– Tak, można to tak ująć.

Polignac uniósł brwi, ponieważ lakoniczny i wymijający sposób odpowiedzi potęgował tylko jego podejrzenia.

– Czy to wy podaliście wczoraj delfinowi zimną wodę?

– Kapitanie, Franciszek nudził się w obozie i zaproponował mi grę w tenisa. Próbowałem odwieść go od tego zamiaru, bo słońce prażyło niemiłosiernie, ale nie chciał mnie słuchać. Po meczu było nam tak gorąco, że delfin kazał przywołać pazia i podać sobie do picia wodę ze studni.

– I to wy towarzyszyliście służącemu, jak on się nazywa…? Gas­quet, prawda…? w drodze po tę wodę.

– Tak właśnie było.

Polignac westchnął.

– W porządku – powiedział. – Przyjmuję do wiadomości wasze wyjaśnienia. Proszę was, byście od tej chwili pod żadnym pozorem nie opuszczali obozu w Tournon-sur-Rhône.

– Czy coś się stało następcy tronu?

– Nic poważnego. Zwykła niedyspozycja. Chciałem po prostu upewnić się co do przebiegu wypadków.

– Ach tak, rozumiem – zgodził się Montecuccoli, chociaż ton jego głosu jasno wskazywał, że nie wierzy w ani jedno słowo kapitana pikinierów.

Raymond de Polignac wstał i uścisnąwszy dłoń hrabiego, bez słowa skierował się ku wyjściu.

Na widok śmiertelnie bladego oblicza swojego pierworodnego syna Franciszek I zaczął płakać.

Nie mógł powstrzymać łez nie tylko dlatego, że stracił ukochane dziecko, lecz również z powodu bolesnych wydarzeń z przeszłości, w wyniku których dziesięć lat wcześniej wydał synów w ręce wroga.

Król nigdy nie otrząsnął się ze wstydu i cierpienia, nie udało mu się pokonać wyrzutów sumienia zwłaszcza wobec starszego syna, a teraz w obliczu nieoczekiwanej, niesprawiedliwej śmierci pierworodnego nie było już na to nadziei.

Doskonale pamiętał, kiedy po podpisaniu w Madrycie haniebnego traktatu zgodził się na niegodne warunki pokojowe, na mocy których mógł powrócić do Francji, zostawiając jako zakładników swoich synów. Franciszek i Henryk zostali oddani na łaskę cesarza Habsburga, który pozwolił, by przez ponad trzy lata gnili w lochach madryckiego zamku.

Przykre doświadczenia na zawsze wyryły się w duszy Franciszka i na nic się zdały wysiłki ojca mające na celu uleczenie głębokiej rany. Nowa wojna przeciwko Karolowi V, która powoli obracała się na korzyść Francji, miała dać władcy możliwość walki u boku syna i odzyskania jego szacunku. Niestety, los bezlitośnie po raz drugi przekreślił królewskie plany.

Przeczytawszy zdania nakreślone przez Polignaca, Franciszek I bez namysłu wsiadł na konia i ruszył galopem w kierunku Tournon-sur-Rhône.

Kiedy zobaczył siną twarz i zielonkawą skórę syna naznaczoną już palcem śmierci, przypomniał sobie dawne czasy pełne niepokoju i bezradności, które doprowadziły go do tego, że zdradził własne dzieci.

I teraz to wspomnienie było dlań najgorszą karą.

Jedynym pocieszeniem zdawał się sposób, w jaki kapitan Raymond de Polignac prowadził śledztwo w sprawie śmierci delfina. Ponieważ był to odważny i wierny żołnierz, król nie miał wątpliwości, że odkrycie tajemnicy zgonu następcy tronu jest tylko kwestią czasu.

– Zróbcie wszystko, co w waszej mocy – powiedział Franciszek I. – Daję wam wolną rękę i proszę, żebyście jak najszybciej aresztowali tego giermka. Jego zachowanie wydaje mi się co najmniej podejrzane i podczas gdy będziecie gromadzić dodatkowe dowody, hrabia Montecuccoli może poczekać na nie w jakiejś wygodnej celi. Kilka dni w więzieniu na pewno mu nie zaszkodzi. Jeśli zaś chodzi o ogłoszenie wiadomości o śmierci mojego syna… nie widzę powodów, żeby trzymać to w tajemnicy.

– Czy mnie uszy nie mylą, Wasza Wysokość?

– Wiem, co macie na myśli, kapitanie, i zasadniczo nie mogę odmówić wam racji. Po co siać panikę i podsycać nienawiść…? I to właśnie teraz, kiedy armia Karola znalazła się w trudnej sytuacji również z uwagi na nieznośny upał, który nas tego lata nie opuszcza? Doskonale rozumiem. Ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jakie poruszenie może wywołać narodowa żałoba. Ludzie kochali Franciszka i biorąc pod uwagę, że nikt i nic mi go już nie wróci, nie trzeba utrzymywać jego śmierci w tajemnicy. Niech wszyscy się dowiedzą. Oczywiście proszę was o kilka dni zwłoki, by matka mogła pożegnać jego doczesne szczątki, które zamierzam przewieźć do Lyonu. Jeszcze dzisiaj wydam odpowiednie rozkazy.

– Jak sobie Wasza Wysokość życzy – zgodził się kapitan.

– Jeszcze jedno…

– Słucham uważnie.

– Niech wasi żołnierze rozpuszczą wiadomość, że Montecuccoli jest głównym podejrzanym. Mam przeczucie, że w ten sposób ludzie sami zaczną nam dostarczać informacji na jego temat.

– Doskonale. Pozwolę sobie zauważyć, że mamy do czynienia z człowiekiem pozbawionym skrupułów, który z pewnością ma co nieco do ukrycia. Nie sprawia wrażenia zbyt przebiegłego i zachowuje się tak, jakby nie miał się czego obawiać.

– Czy waszym zdaniem jest niewinny, czy też bezgranicznie ufa swoim zdolnościom kamuflażu?

– Właśnie tego muszę się dowiedzieć. Mam jeszcze jedno pytanie, Wasza Wysokość…

– Mówcie śmiało.

– Montecuccoli przyznał, że przybył na dwór francuski w orszaku Katarzyny Medycejskiej.

Franciszek I spojrzał z niedowierzaniem na swojego kapitana i przez chwilę milczał, jakby szukał odpowiednich słów.

– Rozumiem – rzekł w końcu z powagą. – Nie obawiajcie się, jestem gotów sprawdzić każdą hipotezę. Jutro zamierzam wrócić do Lyonu, gdzie spotkam się z Katarzyną i poproszę ją o rozmowę. Postaram się czegoś od niej dowiedzieć.

– Świetnie. Wasza Wysokość… nie chcę niczego insynuować, ale po śmierci Franciszka… – Polignac się zawahał, nie mając pewności, czy powinien dokończyć swoją myśl.

– Henryk będzie teraz francuskim następcą tronu, a ona wraz z nim? To chcieliście mi powiedzieć?

– Tak.

Król westchnął ciężko.

– W takim razie miejmy nadzieję, że Katarzyna nie ma nic do ukrycia.

3Zmartwienia króla

To był trudny okres dla króla i dla kraju.

Wiadomość o śmierci delfina wraz z pogłoską, że istnieje podejrzenie zabójstwa, wstrząsnęły Francją. Franciszek cieszył się sympatią poddanych, Katarzyna również go uwielbiała. Królowa matka od wielu dni nie opuszczała swoich apartamentów, natomiast król próbował ukoić ból po stracie syna, spędzając czas na długich konnych przejażdżkach.

Wojna trwała nadal, chociaż najbardziej zdradliwym i okrutnym wrogiem cesarskiej armii dowodzonej przez Antonia de Leyvę i Ferrantego Gonzagę było niezwykle upalne lato. Żołnierze padali jak muchy, a brak zwycięstw obniżał morale, więc Francuzi coraz mocniej wierzyli w rychłe wycofanie się wojsk nieprzyjaciela.

Pogrążona w smutku i zaniepokojona ostatnimi wydarzeniami Katarzyna została wezwana przed oblicze władcy.

I tego ranka zgodnie z francuskim zwyczajem na znak żałoby przywdziała białą suknię. Jasna karnacja skóry i jasnobrązowe włosy czyniły z niej personifikację melancholii i rozpaczy.

Przyjęła najskromniejszą, pełną pokory postawę, ponieważ doskonale zdawała sobie sprawę, że śmierć Franciszka z jednej strony wzmocniła jej pozycję na dworze, z drugiej zaś mogła rzucić na nią niebezpieczne podejrzenia. W końcu to ona najwięcej skorzystała na odejściu delfina, stając się z dnia na dzień żoną następcy francuskiego tronu.

Franciszek I miał na sobie wspaniały aksamitny kaftan czarnego koloru ozdobiony złotymi guzikami. O natłoku myśli, które kłębiły się w jego głowie, świadczyło to, że bez przerwy skubał nerwowo swoją ciemnobrązową kędzierzawą brodę. Dostrzegłszy niepokój władcy, Katarzyna złożyła przed nim tak głęboki ukłon, że aż zabrakło jej tchu.

– Nie trzeba, nie trzeba, ma fille1, cóż to za formalności? – odezwał się serdecznie Franciszek. – Obejmijcie mnie w żałobie, przecież wiem, że mój syn był wam bardzo drogi – powiedział, podchodząc do Katarzyny, by przycisnąć ją mocno do piersi.

Młoda kobieta nie potrafiła powstrzymać łez, bo w czasie pobytu na dworze naprawdę szczerze przywiązała się do zmarłego szwagra. Zgodnie z życzeniem rodziny poślubiła Henryka, który bardzo szybko przestał ukrywać słabości swego charakteru. Był nieśmiały i ponurego usposobienia, ale to jeszcze nic wobec tego, że pozwalał się wodzić za nos swojej kurtyzanie, która dyrygowała nim bez żadnych zahamowań. Diana de Poitiers, najpiękniejsza kobieta we Francji, a może i na świecie, była kochanką i panią królewskiego syna, a Katarzyna wkrótce po przyjeździe do Francji z bólem odkryła, że jej życie na tutejszym dworze wcale nie będzie przyjemne. Mimo tych przeszkód pokochała swojego pięknego, młodego i silnego męża, mając świadomość, że jego brat jest zupełnie inny. Franciszek był człowiekiem honoru i pilnował przestrzegania zasad.

Dlaczego musiał dokonać żywota w tak młodym wieku?

Jej szczere łzy były wynikiem cierpienia graniczącego z rozpaczą. Teraz król był jej jedynym sojusznikiem na wrogo nastawionym dworze.

– Wasza Wysokość, nie mogę opisać słowami, jak bardzo będzie mi go brakowało – rzekła z prostotą.

Franciszek I westchnął głęboko. Kiedy odsunęli się od siebie i król spojrzał Katarzynie prosto w oczy, z jego spojrzenia można było wyczytać bezdenny smutek. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z nią o podejrzeniach wobec hrabiego Montecuccolego, chociaż wiedział, że nie może zaniechać tego przykrego zadania.

Katarzyna od razu się domyśliła, że coś zaprząta królewskie myśli, i nie czekając dłużej, sama postanowiła zachęcić władcę do zwierzeń.

– Wasza Wysokość, widzę, że coś was trapi, i nie jest to tylko śmierć waszego syna. Świadczy o tym niepokój, który gości w waszych oczach. Powiedzcie mi, proszę, o co chodzi, a postaram się rozwiać wasze wątpliwości.

Franciszek I pokręcił głową.

– Katarzyno, moje dziecko, jesteś tak inteligentna, że czytasz we mnie jak w otwartej księdze. Nie ma sensu zaprzeczać, lepiej od razu powiem ci, jak się sprawy mają. Ale przedtem usiądźmy sobie tutaj – powiedział, wskazując na dwa wygodne fotele wyściełane błękitnym aksamitem, na którym widniały złote lilie, herb francuskich królów.

Gdy tylko zajęli miejsca, król zaczął opowiadać.

– Kilka dni temu, kiedy otrzymałem wiadomość o śmierci mojego ukochanego Franciszka, dotarły do mnie pogłoski, które odebrałem jak ciosy sztyletem prosto w serce.

– Macie na myśli plotki o rzekomym zabójstwie delfina?

– Tak, Katarzyno. Problem w tym, że wcale nie chodzi o plotki. Pozwólcie, że wyjaśnię wam, co mam na myśli. Otóż sam nadworny medyk następcy tronu, monsieur Guillaume Maubert, twierdzi, że ten na pozór naturalny zgon może być w rzeczywistości dobrze upozorowanym morderstwem.

Słysząc te słowa, Katarzyna zakryła dłonią usta, by powstrzymać krzyk. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Powoli zaczęło do niej docierać, jak zakończy się rozmowa z królem.

Zadrżała ze strachu.

Franciszek pokiwał głową wyrozumiale, jakby znał jej myśli.

– Właśnie tak – powtórzył – a przecież wiecie, że Guillaume Maubert nigdy nie wypowiada się pochopnie. Niestety, nie koniec na tym. Na moje szczęście wierny żołnierz, kapitan Czwartej Kompanii Pikinierów, Raymond de Polignac, z własnej inicjatywy zaczął prowadzić śledztwo w sprawie śmierci Franciszka i kiedy dotarłem do Tour­non-sur-Rhône, aby po raz ostatni uściskać syna, ten dzielny wojak powiadomił mnie o swoich wątpliwościach.

– Kto jest głównym podejrzanym? – zapytała Katarzyna ze łzami w oczach.

Król westchnął.

– Wszystko wskazuje na to, że niejaki Sebastian di Montecuccoli, hrabia Modeny, skłonił delfina do wypicia dużej ilości lodowatej wody po żywiołowej i wyczerpującej grze w tenisa. Kiedy o tym pomyślę, aż się trzęsę ze złości… – Głos mu rzeczywiście zadrżał ze smutku i oburzenia. – Nikt nie wie, czy korzystając z okazji, Montecuccoli nie dodał do kielicha Franciszka jakiejś trucizny. Muszę was jednak uprzedzić, Katarzyno, że kiedy kapitan Polignac zaczął wypytywać hrabiego o jego rolę na dworze, ten bez wahania oświadczył, że należy do waszego orszaku. Potwierdza to jego niebudzące wątpliwości włoskie pochodzenie.

Katarzyna zamarła, wstrząśnięta grozą usłyszanych wiadomości. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć na te fałszywe zarzuty. Pobladła na twarzy, po czym poczuła, jak ją ogarniają niewypowiedziana złość i oburzenie.

– Ten człowiek nigdy nie był w moim orszaku ani na mojej służbie. Dopóki nie podaliście mi jego nazwiska, nigdy o kimś takim nie słyszałam. Nie mam pojęcia, kim jest ten rzekomy hrabia Montecuccoli. A właściwie powinnam ująć to inaczej: dla mnie będzie odtąd kojarzył się jedynie ze śmiercią mojego ukochanego Franciszka. Wasza Wysokość doskonale wie, jak bardzo szanowałam delfina za jego przyjaźń i uprzejmość, których nie zaznałam od swojego małżonka. Przecież Henryk od dnia ślubu praktycznie nie zwraca na mnie uwagi. Nie zamierzam się jednak skarżyć, po prostu pominę te sprawy milczeniem.

Franciszek I rozważył jej słowa w swym sercu, po czym chcąc pozbyć się raz na zawsze wszelkich wątpliwości, przezwyciężył poczucie winy i jeszcze raz zapytał:

– Jesteście pewni, że niczego przede mną mnie ukrywacie? Przepraszam, że nalegam, ma fille, ale nie mam innego wyjścia.

– Wasza Wysokość, moje słowo to zarazem mój honor. Jeśli nie macie do mnie zaufania, jeśli dzisiejsze podejrzenia przesłaniają wierność i szczerość, które wam zawsze okazywałam, to nie wahajcie się ani chwili i od razu każcie mi ściąć głowę.

Katarzyna pewnie wytrzymała królewskie spojrzenie, a szczery blask oczu potwierdzał prawdę zawartą w jej słowach.

Franciszek I mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. Kiedy zauważył błysk w jej tęczówkach, uznał, że mówi prawdę, ponieważ nie miał powodów, by posądzać ją o tak wyrafinowaną obłudę i dwulicowość. Z drugiej strony nie chciał ukrywać przed nią dręczących go w głębi duszy podejrzeń. Darzył ją szacunkiem i sympatią, a znając jej charakter, wiedział, że wyjawienie wątpliwości będzie najlepszym sposobem na umocnienie pozycji tej odważnej i rozsądnej młodej kobiety na dworze.

– Katarzyno, wasze słowa są balsamem dla mojej skołatanej duszy. Wiem, że mój syn Henryk nie grzeszy stałością, ale nie czuję się w prawie, by go krytykować. Zbyt dobrze znam moje własne słabości i w związku z tym muszę wyznać, że jestem najmniej odpowiednią osobą, by przypominać mu o jego powinnościach. Poza tym Henryk mnie nienawidzi…

– To nieprawda, Wasza Wysokość.

– Niestety, tak właśnie jest od czasu, gdy zostawiłem go jako zakładnika w Madrycie. I nie mogę, choć robię to z ciężkim sercem, odmówić mu racji. Ale teraz najważniejszą kwestią jest przedłużenie dynastii. Nie chciałbym się wam wydać starym cynikiem, Katarzyno, niemniej doskonale sobie wyobrażam, co się będzie mówiło na dworze. Że największe korzyści z tragicznej śmierci Franciszka staną się udziałem Henryka i jego małżonki. Teraz to wy jesteście następcami francuskiego tronu. Nie chcę pytać, jak często mój syn odwiedza waszą alkowę, lecz dla waszego bezpieczeństwa i waszej nietykalności szczerze wam radzę, byście jak najszybciej dali mi wnuka. Ja postaram się was zawsze ochraniać, Katarzyno, choćby dlatego, że widzę w waszych oczach inteligencję i wrażliwość, dwie cechy, które najbardziej cenię u kobiet, ale ostrzegam was, że teraz, kiedy jesteście o krok od tronu, nie możecie pozwolić sobie na brak potomka…

– Wasza Wysokość… – zaczęła Katarzyna z zamiarem wyjaśnienia swojej sytuacji.

– Nie przerywajcie mi, ma fille. Jeszcze raz powtarzam, postarajcie się o dziecko. I to jak najszybciej. Tylko w ten sposób możecie się zabezpieczyć przed knowaniami Diany de Poitiers. Musicie wzmóc czujność, Katarzyno. Klemens VII nie żyje już od dwóch lat, a teraz odszedł też Franciszek, na którego pomoc mogliście liczyć. Ja jestem ostatnim przyjacielem, który wam pozostał. Chyba się ze mną zgodzicie? Widzicie, że rozmawiam z wami zupełnie szczerze i proszę was o wybaczenie, ale czynię tak dlatego, że wasze dobro leży mi na sercu. Jesteście dla mnie jak córka, której nigdy nie miałem. Nie mogę się nadziwić waszej biegłości w filozofii i astrologii, pozostaję również pod wrażeniem waszej odwagi i zręczności, które demonstrujecie i podczas konnej jazdy, i w trakcie polowań. Przypominacie mi Artemidę! Doceniam również wasze wyczucie piękna oraz skromną elegancję, widoczną w postawie i zachowaniu. A niech tam! Mówię, co myślę. Jeśli jednak wierzycie, że to wystarczy, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, to jesteście naiwni. Ja nie mam co do tego złudzeń i dlatego radzę wam, byście znaleźli sposób na zaciągnięcie Henryka do waszego łoża. Możecie użyć argumentu, że syn umocni jego pozycję następcy tronu. Mam nadzieję, że jeszcze przez kilka lat będę zasiadał na tronie, ale nie marnujcie czasu. Czy wyrażam się dostatecznie jasno?

Katarzyna skinęła głową. Miała na końcu języka odpowiedź, ale rozumiała, że dyskusja nie ma żadnego sensu. Szczerość królewskich słów, choć bolesna, miała jednak ogromne znaczenie, bo zawierała jasne wskazówki, jak należało postępować, by umocnić pozycję we wrogim i zdradliwym otoczeniu.

– Zrobię, jak każecie, Wasza Wysokość… – zgodziła się pokornie.

– Tylko na tym skorzystacie, wierzcie mi. I spróbujcie przekonać do mojego pomysłu również tego łajdaka, Henryka – dodał król bez owijania w bawełnę – bez potomstwa bowiem nie macie szans na długie panowanie.

– Wasza Wysokość… a co zrobimy z drugą sprawą?

– Macie na myśli hrabiego Montecuccolego?

Katarzyna pokiwała głową.

– Ma fille… czy naprawdę uważacie, że rozmawiałbym z wami tak szczerze, gdybym nie wierzył, że nie macie nic wspólnego ze śmiercią Franciszka? Bądźcie spokojni, powiem kapitanowi, co widziałem w waszych oczach, i powtórzę mu wasze słowa. Nie musicie się niczego obawiać. Jestem przekonany, że już wkrótce sprawiedliwość zatriumfuje. A teraz proszę was o wybaczenie, chciałbym zostać sam. Muszę natychmiast pchnąć gońca, by przekazał moje rozkazy dowódcy pikinierów.

Na znak zakończonej audiencji król wstał i podał Katarzynie dłoń.

– Teraz jesteście żoną następcy francuskiego tronu, chociaż przyznaję, że wolałbym, abyście dostąpili tego zaszczytu w mniej tragicznych okolicznościach. – Głos Franciszka załamał się na chwilę. – Przyrzeknijcie mi, że waszą postawą przyniesiecie honor tak zaszczytnemu tytułowi.

– Przyrzekam.

– A teraz odejdźcie, proszę. Czas jest nieubłaganym tyranem – zakończył król.

4Listy z wiadomościami

Po powrocie z nocnego wypadu Raymond de Polignac znalazł na swoim sekretarzyku nie jeden, ale dwa listy. Kapitan był zlany potem. Długie brązowe włosy związał na karku w kucyk, ale wilgotne i gorące powietrze, które doskwierało mu w ciągu dnia, również w nocy dawało się ostro we znaki. Powinien po prostu obciąć włosy, nie zważając na panującą modę, lecz z upływem lat stanowiły jedyny powód do dumy, który mu pozostał, jeśli chodzi o ślady dawnej urody, i dlatego nie zamierzał z nich rezygnować. Na całe szczęście sierżant Bouillon był na tyle gorliwy, że zostawił mu w pokoju karafkę zimnej wody i galaretkę owocową.

Zdjął kaftan i pozostał tylko w koronkowej koszuli. Poluzował kołnierzyk z nadzieją, że łatwiej mu będzie oddychać. Nalał sobie wody do kielicha i opróżnił go łapczywie, po czym otarł usta wierzchem dłoni. Wziął z tacy, na której stał pucharek z galaretką, małą srebrną łyżeczkę i spróbował deseru. Był świeży i przepyszny. Maliny rozpływały się w ustach. Ponownie przysunął karafkę i napił się wody.

Nie zwlekając, sięgnął po list z królewską pieczęcią i złamał ją zdecydowanym ruchem.

Przebiegł oczami po linijkach. Przeczytał w nagłówku:

Do rąk własnych Pana Raymonda de Polignaca, kapitana Czwartej Kompanii Królewskich Pikinierów.

Mój drogi Polignac,

idąc za Waszą radą, rozmawiałem ostatnio z Katarzyną Medycejską, księżną Urbino, żoną mego syna Henryka II, księcia Orleanu i nowego delfina Francji. Przekazałem jej słowa Sebastiana di Montecuccolego, hrabiego Modeny, a ona w sposób całkowicie zdecydowany i szczery zapewniła mnie, że nie zna tego człowieka i co za tym idzie, nikt taki nigdy nie należał do grona osób wchodzących w skład jej orszaku.

Mogę zagwarantować, że sposób, w jaki zaprzeczyła, oraz pogarda wobec oświadczenia domniemanego hrabiego świadczą o jej niewinności. Nie sądzę, by Katarzyna była zamieszana w jakikolwiek spisek wymierzony przeciwko mnie czy przeciwko Francji. Przyjmijcie to do wiadomości. Zacznijcie przesłuchania więźnia, którego jak mniemam, zgodnie z moim rozkazem zakuto już w kajdany. Dodam jeszcze tylko, byście nie skąpili mu batów.

Czekam na wiadomości.

Jego Wysokość Król Francji

Franciszek I Walezjusz Orleański

Polignac bezzwłocznie złamał pieczęć drugiego pisma, noszącą znak królewskiego wojska. Taki sam nagłówek jak w poprzednim liście głosił:

Do rąk własnych Pana Raymonda de Polignaca, kapitana Czwartej Kompanii Królewskich Pikinierów.

Drogi kapitanie,

nazywam się Bernard Sorel i jestem porucznikiem w Drugiej Kompanii Pikinierów Jego Królewskiej Mości.

Pozwalam sobie do Was napisać, by przekazać Wam informacje na temat dzisiejszych wydarzeń, które miały miejsce w mojej obecności, a które mogą okazać się użyteczne w poznaniu przebiegu ostatnich dramatycznych wydarzeń. Nawiązuję tutaj do krążących pogłosek dotyczących prawdopodobnego zamordowania delfina przez człowieka przedstawiającego się jako Sebastian di Montecuccoli.

Nie zamierzam nadużywać Waszej cierpliwości i od razu przystąpię do opisu tego, co mi się przydarzyło. Otóż jakiś czas temu kula z arkebuza zraniła mnie w nogę. Zajęli się mną medycy, którzy po operacji zalecili mi dłuższy okres rekonwalescencji. Wynająłem więc pokój w Lyonie w gospodzie „Pod Sokołem”, prowadzonej przez madame de Lille, kobietę jowialną i pełną życia, która rozpieszcza swoich gości bezgranicznie. Możecie sobie wyobrazić, że dramatyczne wypadki związane z zamordowaniem delfina Francji są teraz na ustach wszystkich wraz z imieniem podejrzanego o zbrodnię Sebastiana di Montecuccolego.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy właśnie wczoraj madame de Lille zawołała mnie na stronę i wyznała, że człowiek przedstawiający się tym nazwiskiem jakiś czas temu zatrzymał się w jej gospodzie przed podróżą do obozu wojskowego w Tournon-sur-Rhône. Wyjeżdżając, zostawił kufer z zastrzeżeniem, że gdy tylko znajdzie nową kwaterę, natychmiast przyśle służącego po swoje rzeczy.

Jeszcze bardziej nieprawdopodobny okazał się zbieg okoliczności, o którym chciałbym teraz wspomnieć. Otóż właśnie wtedy pod drzwiami gospody stanął posłaniec, prosząc o przekazanie wspomnianego bagażu, a madame Lille przed wydaniem depozytu zwróciła się do mnie z prośbą o przysługę.

Nie chcąc, by w przyszłości komuś przyszło do głowy podważać jej uczciwość, postanowiła otworzyć kufer w obecności dwóch świadków na dowód, że w czasie nieobecności pana Montecuccolego jego rzeczy pozostały nietknięte.

Mając na uwadze pogłoski krążące wokół osoby hrabiego oraz chcąc pomóc madame Lille, która zawsze traktowała mnie bardzo uprzejmie, postanowiłem zgodzić się na jej prośbę. Zeszliśmy więc do piwnicy i w obecności drugiego gościa, szlachetnego monsieur Henry’ego de Rocheforte’a, otworzyliśmy kufer.

Służący potwierdził integralność bagażu, lecz podczas gdy karczmarka prezentowała całą zawartość, monsieur de Rocheforte, który z zawodu jest aptekarzem, zauważył we wnętrzu kufra dwie dziwne przezroczyste buteleczki zawierające podejrzane substancje.

Przyglądając się im uważnie, aptekarz nabrał przekonania, że chodzi o truciznę, i kiedy służący na żądanie obecnych otworzył pierwszą buteleczkę, de Rocheforte, powąchawszy proszek, stwierdził stanowczo, że mamy do czynienia z arszenikiem.

Wyglądająca początkowo na zwykłą formalność sytuacja po dokonaniu opisanego powyżej odkrycia stała się dość krępująca i musiałem ogłosić, że jako oficer Drugiej Kompanii Pikinierów Jego Wysokości Króla Francji mam obowiązek zarekwirować kufer i przekazać go niezwłocznie moim przełożonym. Ponieważ mój oddział walczy obecnie na froncie w Prowansji, pomyślałem, że bezpieczniejszym i szybszym rozwiązaniem będzie oddanie bagażu w Wasze ręce, skoro stacjonujecie znacznie bliżej niż pułkownik François de Chatillon. Nie zwlekając, wysłałem więc kufer do Tour­non-sur-Rhône, co uznałem za uzasadnione również z tego powodu, że przebywa tam jego właściciel, Sebastian di Montecuccoli.

Mam nadzieję, że moja decyzja wyda się Wam słuszna i przysłuży się śledztwu.

Kończąc, łączę serdeczne pozdrowienia oraz życzenia szybkiego zwycięstwa nad cesarskimi psami Karola V.

Z wyrazami szacunku

Wasz Bernard Sorel

porucznik Drugiej Kompanii Pikinierów

Jego Wysokości Króla Francji Franciszka I

Co za szczęście – pomyślał Raymond de Polignac. Wraz z listem podpisanym przez porucznika Sorela dostarczono mu bowiem skórzany kufer Sebastiana di Montecuccolego.

Kapitan z niecierpliwością otworzył bagaż, by sprawdzić jego zawartość. Poza kilkoma osobistymi przedmiotami, dwoma parami rękawic, trzema batystowymi koszulami oraz aksamitnymi spodniami w jaskrawoczerwonym kolorze od razu rzuciły mu się w oczy dwie szklane buteleczki, o których wspominał w liście porucznik Sorel.

Przez chwilę przyglądał się substancji wypełniającej pojemniki. Były to niewielkie bezbarwne kryształki. Przywołał ordynansa i rozkazał mu udać się do komnat pana Guillaume’a Mauberta z wiadomością, by medyk jak najszybciej raczył się doń pofatygować. Miał mu do przekazania niecierpiącą zwłoki nowinę.

5Srebrny dzwonek

Król miał rację. Jak mogła wcześniej o tym nie pomyśleć? Niepokoił ją wpływ faworyty męża Diany de Poitiers na jego decyzje, a tymczasem sprawa była o wiele mniej skomplikowana, za to bardzo konkretna.

Jeśli małżonek nie zechce opuścić łóżka rywalki, jej nadzieje na poczęcie dziecka spełzną na niczym. A wtedy nie pomoże nawet życzliwość monarchy, który nieraz okazał jej swoje przywiązanie i szacunek. I zamiast o honor będzie musiała się martwić o swoje bezpieczeństwo. Potomstwo było jej niezbędne do umocnienia własnej pozycji na dworze, a ta od samego początku nie była zbyt mocna, zważywszy na jej dziwactwa i włoskie pochodzenie. Teraz zaś stała się bardzo trudna, by nie rzec rozpaczliwa, z powodu podejrzeń związanych z jednej strony z fałszywymi zeznaniami Sebastiana di Montecuccolego, a z drugiej – z aspiracjami Henryka do tronu.

Katarzyna nie była specjalnie zainteresowana tą drugą kwestią, niestety, dworzanie, arystokracja i urzędnicy królewscy mieli na ten temat odmienne zdanie. Wszystko wydawało się jasne! Kto skorzystałby bardziej na śmierci Franciszka, jeśli nie ona i Henryk? Przecież to właśnie on w wyniku tragicznego wydarzenia został delfinem Francji i pewnego dnia zasiądzie na tronie.

Takie myśli dręczyły teraz Katarzynę, bo wiedziała, że jak najszybciej musi znaleźć jakieś skuteczne rozwiązanie. Z całą pewnością nie uda jej się jednak począć dziecka, szantażując męża.

O nie! Musi użyć bardziej wyrafinowanego i podstępnego sposobu, aby osiągnąć oczekiwany rezultat i utrzymać się na przeżartym zazdrością i korupcją francuskim dworze.

Spoglądając w lustro, z przyjemnością patrzyła na swoje pełne usta i piękne kasztanowe włosy. Oczy o niezbyt intensywnym kolorze pozostawiały nieco do życzenia, no i ten daleki od doskonałości nos, którym obdarzyła ją natura. Obserwując swoje odbicie w lustrze, Katarzyna przygotowywała plan. Prawdę mówiąc, był dość prosty, ale aby go zrealizować, musiała dopuścić do tajemnicy swoją zaufaną i obdarzoną błyskotliwym intelektem dwórkę, madame Antinori.

Na eleganckim dębowym stoliku spoczywał mały srebrny dzwonek. Katarzyna podniosła go i zadzwoniła. Po kilku sekundach pojawiła się przy niej madame Gondi.

– Chcę rozmawiać z madame Antinori – oświadczyła Katarzyna. – Powiedzcie jej, aby natychmiast przyszła do moich apartamentów.

Raymond de Polignac stanął wreszcie twarzą w twarz z Sebastianem di Montecuccolim.

Znajdowali się w śmierdzącej potem i moczem celi.

Wystarczyło kilka dni, by ten przystojny i wymuskany elegancik zmienił się we wrak człowieka: brudne włosy, podkrążone oczy, poplamiona batystowa koszula, która jeszcze niedawno oślepiała śnieżną bielą. Montecuccoli miał na rękach ciężkie kajdany, a skóra na nadgarstkach był zaczerwieniona i zdarta w miejscach, gdzie żelazo dotykało dłoni.

Mimo to samozwańczy hrabia ciągle jeszcze patrzył na kapitana z drwiącą, perfidną miną i szyderczym błyskiem w oku.

Raymond de Polignac pomyślał, że najwyższy czas zgasić ten podły uśmieszek.

– Monsieur Montecuccoli – odezwał się – nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z powagi waszej sytuacji.

Hrabia Modeny uniósł brwi.

– A niby dlaczego, kapitanie Polignac? Czyżbyście poczynili postępy w waszej prywatnej krucjacie skierowanej przeciwko mojej osobie? Ponieważ jak do tej pory przetrzymujecie mnie w więzieniu z powodu własnego widzimisię i bez… – Nagle słowa uwięzły mu w gardle.

– Poznajecie? – zapytał Polignac, pokazując mu kuferek, który przyniósł do celi. – Pamiętacie być może, gdzie go zostawiliście? Szlachetny panie, wy nie macie jeszcze pojęcia, co się wydarzyło w czasie waszego pobytu w więzieniu, ale zapewniam was, że ja się nie poddam, dopóki nie wyjaśnię sprawy śmierci delfina. A teraz odpowiedzcie na moje pytanie: poznajecie ten przedmiot?

Montecuccoli w osłupieniu przeniósł wzrok z kufra na kapitana. Nawet mu przez myśl nie przeszło, że Polignac może dotrzeć do jego bagażu. Jak to się, do diabła, stało, że kufer wpadł w jego łapy?

– Nie rozumiem – zdołał w końcu wydusić. Teraz jego spojrzenie nie było już takie aroganckie jak na początku spotkania.

– W to akurat wierzę – zgodził się lakonicznie kapitan. – Niemniej po raz kolejny żądam odpowiedzi na moje pytanie.

– Na bagażu są moje inicjały – powiedział Włoch, doszedłszy do wniosku, że nie ma sensu zaprzeczać.

– To macie na myśli? – zapytał kapitan, otwierając kuferek. Na materiale wewnętrznej kieszeni ozdobnym haftem wyszyto złotą nicią litery S i M.

Montecuccoli skinął niechętnie głową. Cóż innego mu pozostało?

– Co się z wami dzieje? – zakpił Polignac. – Czyżbyście nagle zapomnieli języka w gębie?

– W żadnym razie – wybuchnął hrabia, szczerząc zęby. – Tak, to mój bagaż, mój! Poznaję kufer – krzyknął z wściekłością.

Polignac rozłożył ramiona w teatralnym geście.

– No wreszcie! Po co była ta gra na zwłokę? A teraz muszę zadać wam kolejne pytanie. Czy wiecie, co znaleźliśmy w waszym bagażu? Mam wam przypomnieć? – I nie chcąc niepotrzebnie przedłużać przesłuchania, kapitan pikinierów dodał na pozór zachęcająco: – Bez obaw, pokonajcie waszą nieśmiałość i weźcie jedną ze szklanych buteleczek, które połyskują na dnie kuferka.

Hrabia Modeny mechanicznie wykonał polecenie.

– Świetnie, monsieur! A teraz przyszedł czas na ostatnie pytanie: co zawiera buteleczka, którą trzymacie w dłoni? Zechcecie mi odpowiedzieć czy nie?

6Nostradamus

Katarzynie nie zamykały się usta.

Madame Antinori przyglądała się swej pani z coraz większym niepokojem.

– Droga Francesco, poprosiłam was o tę rozmowę, bo znam waszą skrywaną pasję, którą, tak się składa, podzielam…

Madame Antinori przełknęła nerwowo ślinę, czując, jak trwoga ściska jej gardło niczym żelazne imadło.

– Mam oczywiście na myśli astrologię i czarną magię.

Dama dworu już chciała zaprzeczyć, ale Katarzyna znowu okazała się szybsza.

– Nawet nie próbujcie szukać wymówek! Po pierwsze, dysponuję niepodważalnymi dowodami, które mogą potwierdzić moje słowa, a po drugie, z mojej strony nie macie się czego obawiać. Zwracam się do was, bo jesteście najodpowiedniejszą osobą do wypełnienia niezwykle ważnej misji, którą chcę wam powierzyć. Mniemam, że doskonale znacie miasto Montpellier, prawda?

– Tak, Wasza Dostojność.

Katarzyna skinęła głową.

– Świetnie. To bardzo ułatwia sprawę. – Podeszła do stojącej w salonie biblioteczki i sięgnęła po gruby, bogato zdobiony tom oprawiony w skórę. Na okładce złotymi literami wytłoczono tytuł. – Podejdźcie bliżej – zwróciła się do dwórki, kładąc księgę na sekretarzyku. – Poznajecie to dzieło?

– Tetrabiblos! – zawołała zdziwiona madame Antinori.

– No właśnie, to słynny Czworoksiąg Ptolemeusza. Mieliście kiedyś okazję do niego zajrzeć? To dzieło, które chyba jako pierwsze w historii opisuje naukowe podstawy astrologii, definiuje terminy i zasady, dzięki którym magiczne, nadprzyrodzone aspekty ustępują miejsca porządkowi i dyscyplinie naukowej, a takie podejście jest niezwykle ważne dla miłośników tej dziedziny, do których i my obie się zaliczamy. Wiem, że we Francji żyje człowiek, wierzcie mi lub nie, który badając teksty starożytnych uczonych, tworzy własną teorię wyjaśniającą, w jaki sposób planety i prawa rządzące naturą wpływają na życie ludzkie.

– Nie sądzę, bym kiedykolwiek o nim słyszała – szepnęła madame Antinori.

– Nic w tym dziwnego, ponieważ ten geniusz robi wszystko, by ukryć się przed światem. Tylko moje zainteresowanie tą tematyką sprawiło, że nie mogłam pozostać obojętną na zalety intelektu tego człowieka. Dlatego też proszę was, byście go odnaleźli i sprowadzili na mój dwór. Nieważne, ile czasu wam to zajmie, znajdźcie go, nawet gdybyście musieli go szukać na końcu świata. Dam wam list, który mu przekażecie, a w którym zaproszę go na dwór, zapewniając mu jednocześnie moją opiekę, ale pod warunkiem, że wykorzystując swą wiedzę, zgodzi się służyć mi radą i pomocą. Czy jasno się wyraziłam?

Madame Antinori pokiwała głową.

– A więc wszystko ustalone – stwierdziła Katarzyna.

– Powinnam jeszcze poznać jego imię – odezwała się Francesca pewniejszym głosem, bo wreszcie zrozumiała, że nic jej nie grozi.

– Oczywiście, nasz uczony nazywa się Michel de Nostredame. Sądzę, że ojciec wybrał dla niego to miano, aby ukryć przed światem jego żydowskie pochodzenie. Szczerze mówiąc, dla mnie nie ma to znaczenia i niewiele mnie interesuje. Najważniejsze, by prawdą okazały się krążące o nim pogłoski. A ludzie mówią, że potrafi kształtować i modyfikować zapisany w gwiazdach bieg ludzkiego życia. Dlatego też, madame Antinori, proszę was o wypełnienie zadania i odnalezienie tego wyjątkowego, by nie rzec: jedynego w swym rodzaju człowieka. Nie wracajcie na dwór, dopóki się z nim nie spotkacie. Znam was dobrze i wiem, że nie brak wam umiejętności perswazji i znajdziecie sposób, by przekonać mężczyznę do wypełnienia waszej woli nawet bez pomocy listu podpisanego przez kogoś o mojej randze.

Madame Antinori skłoniła się nisko i odpowiedziała:

– Zrobię wszystko, by wypełnić waszą wolę, pani. I dziękuję za powierzenie mi tak delikatnej misji. Mam nadzieję, że was nie rozczaruję.

– Ja również.

– W podróży przyda mi się glejt.

– Dostaniecie wszystko, co trzeba. A teraz, skoro już poznaliście powody, dla których was wezwałam, możecie przygotować się do opuszczenia dworu. Sporządzenie listu do Nostradamusa oraz glejtu dla was nie zajmie mi zbyt wiele czasu, więc rychło będziecie mogli wyruszyć na poszukiwania. Każę przygotować dla was karocę i dam wam kilku zaufanych ludzi. Raz w miesiącu będziecie mi przesyłać wiadomości o postępach waszej misji, chociaż mam nadzieję, że nie potrwa ona zbyt długo.

– Gdy rozkażecie mi wyruszyć, będę gotowa do podróży.

Katarzyna pokiwała głową i pożegnała dwórkę skinieniem dłoni, a ta skłoniła się ponownie i ruszyła w stronę drzwi.

– Madame – zatrzymała ją księżna.

Francesca Antinori przystanęła i się odwróciła w stronę swej pani.

– Wybaczcie, że zapomniałam o najważniejszej rzeczy. – Wypowiadając te słowa, Katarzyna zdjęła z szyi srebrny łańcuszek, na którym wisiał malutki kluczyk. Podeszła do sekretarzyka i otworzyła szufladę. Wyjęła z niej szkatułkę i wraz z kluczem wręczyła ją Francesce. – W środku znajdziecie wystarczającą sumę pieniędzy, które zapewnią wam utrzymanie godne damy przez cały rok. Oczywiście wierzę, że nie będziecie potrzebowali aż tyle czasu na wypełnienie zadania. Jeśli zaś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności w ciągu roku nie uda wam się odnaleźć Nostradamusa i skłonić go do przybycia na dwór, wystarczy, że powiadomicie mnie o waszych potrzebach, a ja się postaram, by niczego wam nie zabrakło. A teraz możecie odejść. Niedługo otrzymacie szczegółowe rozkazy.

Plecy Sebastiana di Montecuccolego pokryte były krwią, której krople kapały na zimną podłogę celi za każdym razem, gdy stojący za skazańcem żołnierz z batem w dłoni uderzał znienacka. Słychać było głośne cmoknięcia, kiedy bicz przecinał powietrze, lądując na nagiej skórze.