Wydawca: Burda Książki (dawniej G+J Gruner +Jahr) Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 289 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Medium z Long Island - Theresa Caputo

Przykuwająca uwagę i darzona powszechnym uznaniem Theresa Caputo, medium występujące w cieszącym się ogromną popularnością programie telewizyjnym Medium z Long Island, uchyla drzwi do swojego świata i zachęca do poznania jej wyjątkowej umiejętności kontaktowania się z duszami tych, którzy przeszli na Tamtą Stronę. Theresa jest dowcipna, szczera i rzeczowa, bez względu na to, czy rozmawia z bliskimi, miejscowym rzeźnikiem czy też duszami zmarłych. Książka Theresy Caputo pozwala się przekonać, na czym polega działalność medium, co dzieje się z duszą po śmierci i jak zdaniem dusz wygląda Niebo, co zmarli chcą nam przekazać, jak ważne jest pozytywne myślenie.. Przytaczając historie z własnego życia, zajmujące anegdoty i fascynujące relacje z seansów Theresa uczy, jak rozumieć ważne życiowe lekcje i wzruszające przekazy, które do nas docierają z Tamtej Strony.

Opinie o ebooku Medium z Long Island - Theresa Caputo

Fragment ebooka Medium z Long Island - Theresa Caputo

THERESA CAPUTO
Medium z Long Island
Tytuł oryginału: THERE’S MORE TO LIFE THAN THIS
Redakcja: BARBARA SYCZEWSKA-OLSZEWSKA
Korekta: MARIANNA CHAŁUPCZAK
Fotografia na okładce: Sherwood Triart Photography
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: KATKA, Warszawa
Copyright © 2013 by Theresa Caputo Originally published by Atria Books, a division of Simon & Schuster, Inc. Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-837-0
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Witajcie w moim życiu!

Zdradzę wam, że mam dwie niezwykłe umiejętności: potrafię rozmawiać ze zmarłymi i na naprawdę wysokich szpilkach wejść na ostatnie, dziesiąte piętro domu towarowego Macy’s przy Herald Square. Domyślam się, że kupiliście książkę, ciekawi, jak kontaktuję się z tymi, którzy odeszli, i czego się dowiaduję. Z tego powodu w następnych rozdziałach skupię się właśnie na tym temacie, jednak najpierw należą się wam istotne wyjaśnienia.

Zapewniam, że niemal wszystko, co wiem o tym, kim jesteśmy i skąd pochodzimy, zawdzięczam duszom zmarłych, łącznie z problemami, w które nie wnikałam przed napisaniem tej książki. Zdając sobie sprawę z ich wagi, zapytałam o nie dusze i uzyskałam odpowiedź. W pewnym momencie, gdy napotkałam określone trudności i nie mogłam sama sobie z nimi poradzić, zwróciłam się o pomoc do zaprzyjaźnionej osoby, która pomogła mi udoskonalić mój dar.

Pewnych kwestii nie mogłam albo nie chciałam poruszać (choćby takich jak negatywna energia), potraktowałam je więc powierzchownie. Czuję również, że mnóstwo spraw związanych ze śmiercią i życiem po śmierci pozostaje nieznane oraz otwarte na interpretację. Są tacy, którzy uważają, że jedynie ich opinia czy ocena jest słuszna, ja jednak do nich nie należę. Zamierzam tylko dzielić się przemyśleniami i odczuciami, opartymi na tym, co przekazały mi dusze zmarłych i co nie budzi moich wątpliwości.

Jestem świadoma, że nie każdy uwierzy w to, o czym napisałam w książce, i to akceptuję. Darujcie sobie jednak chamskie e-maile czy wpisy na blogu w rodzaju „To oszustka!”, bo dla mnie to nie pierwszyzna. Ludzie twierdzą, że to, co im mówię o życiu po śmierci i duszach zmarłych, pozostaje w sferze pobożnych życzeń. Uważają, że potrzebnych informacji o nich szukam w Google, że operuję ogólnikami i obserwuję ich reakcje. Dodają, że potrafię odczytywać język ciała i wykorzystuję bezbronność żałobników. Nie zapominajmy o absurdalnym zarzucie – ponoć nękam zmarłych. Czy krytykom i niedowiarkom nie przyszło do głowy, że to nie ja nękam zmarłych, ale oni mnie? Myślicie, że obudziłam się pewnego dnia z myślą, że przez resztę życia będę porozumiewać się z umarłymi, bo to świetne zajęcie? Nic podobnego. Otrzymałam zadziwiającą umiejętność, niezwykły dar, który pozwala mi nawiązać kontakt z duszami zmarłych i pomagać ludziom żyjącym. Nie napisałam książki, aby to udowodnić. Zależało mi na podzieleniu się z wami następującą prawdą: życie istnieje nie tylko w świecie fizycznym.

Zaakceptowanie przeze mnie daru zajęło mi sporo czasu, ale gdy to się stało, okazałam się pojętną uczennicą. Lubię to porównywać do układania puzzle’a. Z początku trudno mi było połapać się i dopasować do siebie poszczególne elementy, ale jak tylko zaczęłam od skompletowania ramy, wypełnienie całości poszło jak z płatka. Okazało się, że wcześniej miałam wszystkie kawałki potrzebne do ułożenia obrazka, musiałam jednak nauczyć się je dopasowywać. Wydaje mi się, że podobnie dzieje się z ludźmi, którzy są urodzonymi artystami czy intelektualistami. Najwyraźniej umiejętność rozmowy z duszami zmarłych mam zapisaną w DNA. Czy wolałabym być sławną pianistką albo wymyślić lekarstwo na raka? Oczywiście, tyle że to nie zależało ode mnie.

Przyswojenie sobie roli medium miało dobre strony. W rezultacie pozbyłam się części uporczywych stanów lękowych, które wiązały się ze świadomością łączności z duszami, ale, co dużo ważniejsze, zdołałam uśmierzyć ból wielu ludzi, pocieszyć ich i sprawić im radość. Pomogłam im uwierzyć w życie po śmierci oraz zrozumieć, że ich bliscy są bezpieczni i spokojni. Uprzytomniłam im, że dusze zmarłych, przebywające po Tamtej Stronie, udzielają żyjącym wskazówek, otaczają ich opieką i miłością. Dostarczyłam ludziom dowodów na to, że niewytłumaczalne zjawiska, których doświadczają po śmierci bliskiej osoby, są normalne i że wcale nie oszaleli. W odpowiedzi usłyszałam, że bogatsi o tę wiedzę, mniej boją się umrzeć. Co wyjątkowo istotne, zaczęli cieszyć się życiem, choć wcześniej znali tylko rozpacz i smutek. Niektórzy odzyskali wiarę w Boga.

W telewizyjnym programie Medium z Long Island tego nie powiedziałam, ale niezwykły dar przyjęłam od Boga, który przekazał mi, że otrzymałam go nie bez powodu. Zakazał mi podawać go w wątpliwość i dodał, że będzie mnie kochał, prowadził i strzegł. Wierzę, że wszyscy jesteśmy związani z Bogiem – bezwarunkową miłością. Właśnie ta miłość po śmierci łączy nas z bliskimi, rodziną i przyjaciółmi, gdyż wszyscy wzięliśmy się z Jego energii. Wychowano mnie w wierze katolickiej, nazywam więc tę energię Bogiem, ale równie dobrze możecie, jeśli wolicie, nazywać Go Siłą Wyższą albo Jahwe. Bóg ma wiele imion, lecz ja czuję, że jest tylko jeden. Postanowiłam wykorzystać dar, aby dostarczać uzdrawiające przekazy od dusz, które kroczą w blasku Boga.

Pozostawanie medium nie zawsze wydaje się błogosławieństwem, mimo że tak właśnie jest. Na przykład ze względu na swoje umiejętności straciłam wielu przyjaciół, poznałam też ludzi, którzy chcieli się do mnie zbliżyć wyłącznie po to, bym im zdradziła, co knują ich zmarli przodkowie. Od czasu gdy zostałam Medium z Long Island, okazało się również, że przybyli mi liczni dalsi krewni.

Wierzę w to, że przyszliśmy na świat w określonym celu, a misja kontaktowania ludzi z ich zmarłymi bliskimi to ważny etap mojej duchowej podróży. Cieszę się, że to sobie uświadomiłam, bo zaledwie kilka lat wcześniej myślałam, że moim przeznaczeniem jest kupowanie butów.

Rozdział pierwszy

Ja i dusze:Opatrznościowy związek

Nie urodziłam się w cygańskim wozie, a dorastając, nie zajmowałam się wróżeniem na bagnach Luizjany. Jedyne moje kryształy to błyskotki Swarovskiego, ozdabiające buty od Louboutina. Może i nie wyglądam jak typowe medium, ale zmarłych to nie obchodzi. Nalegali, żebym przekazywała od nich wiadomości żywym już wtedy, gdy byłam dzieckiem.

Dorastałam na Long Island w Hicksville w rodzinie, na którą składała się mama, tata i młodszy brat Michael. Mama była księgową, a tata dozorował roboty publiczne w okręgu Nassau. Byliśmy silnie zżyci ze sobą, i to się nie zmieniło. Wychowywałam się głównie w domu, obok którego mieszkam teraz. Furtka na tyłach łączy nasz ogród z ogrodem rodziców i tata często z niej korzysta, żeby kręcić się po grządkach z pomidorami. Ludzie przychodzący do mnie na seanse siadają przy stole w jadalni, której okno wychodzi na ogród. Za każdym razem uprzedzam, że jeśli kogoś tam zobaczą, nie będzie to zmarły, ale mój tata.

Miałam dobre, szczęśliwe i pozornie normalne dzieciństwo. Należałam do młodzieżowej drużyny piłki nożnej i okręgowej ligi kręglarskiej. Uwielbiałam czesać lalki i planowałam, że zostanę fryzjerką. Obracałam się w gronie miłych koleżanek i kolegów, dobrze się uczyłam i lubiłam spędzać wolny czas z liczną rodziną. Nieustannie przebywałam w towarzystwie kuzynów i kuzynek, dziadków, babć, ciotek i wujków. W czwartki jadaliśmy spaghetti i klopsy u babci i dziadka. W soboty malowałam ceramikę z ciocią G, a w niedzielę cała rodzina wędrowała do rodziców taty, aby po mszy spędzić popołudnie na jedzeniu, żartach i opowiadaniu historii.

To było trochę jak longislandzko-włoska wersja serialu komediowego Leave It to Beaver, ale ze zwrotem akcji, który nie dawał nam spać po nocach. Mnie śniły się koszmary. Wówczas nie wiedziałam, co się dzieje. Dopiero później doszłam do wniosku, że były to moje pierwsze próby porozumiewania się z duszami zmarłych. Do pierwszego świadomego kontaktu z nimi doszło, gdy miałam cztery lata. Wówczas mieszkaliśmy w domu, w którym wychował się mój ojciec, tuż obok Hicksville Gregory Museum, gdzie dawniej mieścił się sąd. Budynek wyposażony w cele dla więźniów wzniesiono w 1915 roku. Niektórzy uważają, że stare gmachy, niegdyś pełne bólu i cierpienia, mogą dawać schronienie pewnym duszom. Tak czy owak, wciąż mi się śniło, że z okna na pierwszym piętrze naszego domu obserwowałam zgarbionego mężczyznę, który spacerował po chodniku przed Gregory Museum i mamrotał moje imię i nazwisko: Theresa Brigandi. Nie widziałam jego twarzy, natomiast dostrzegłam, że miał podarte ubranie, a przez plecy przerzucił kij z przyczepionym do niego tobołkiem. Wyglądał jak żebrak. Nietrudno sobie wyobrazić, że czterolatka mogła się przestraszyć.

Później przewodnicy duchowi wyjaśnili mi, że były to odwiedziny z zaświatów. Z czasem uznałam, że w tamtym okresie mojego życia ów nieznajomy pełnił rolę właśnie przewodnika duchowego. Przybrał taką, a nie inną postać, żebym przypomniała sobie lekcje ze szkółki niedzielnej, w tym biblijną opowieść o biedaku, i nie bała się, gdy zawoła mnie po imieniu. Wychowałam się w wierze katolickiej, należałam do Kościoła rzymsko-katolickiego i do dzisiaj praktykuję. Podczas seansu dusze pokazują mi znaki i symbole, które mają dla mnie sens, żebym bez trudu mogła zinterpretować przesłanie.

Jako czterolatka, uważałam, że biedak to łagodny i pobożny człowiek. Przynajmniej tak sądziłam za dnia, bo w nocy, gdy go widziałam i słyszałam, krzyczałam z przerażenia, jakby ktoś mnie zaatakował, choć nic takiego nie miało miejsca. Nie sądzę, bym doświadczała negatywnej energii; sny nie były złe. Ogarniał mnie strach, ponieważ czułam energię dusz zmarłych, widziałam i słyszałam, jak do mnie mówią w przejmująco realistyczny i poufały sposób.

Niekontrolowane nocne krzyki irytowały rodzinę i zwracały jej uwagę bardziej niż ich przyczyna. Nie mogłam uczestniczyć w imprezach piżamowych ani nocować u dziadków w obawie, że znowu nawiedzi mnie koszmarny sen. Najbezpieczniej czułam się w domu, a i tak nie zawsze. Poza biedakiem ukazywała mi się także prababka ze strony mamy. Zmarła cztery lata przed moimi narodzinami i dopiero dużo później, gdy zobaczyłam jej zdjęcie, dowiedziałam się, kim była. Nigdy nie zapomnę, jak ta niska brunetka w podomce stawała w nogach mojego łóżka. Na jej widok wrzeszczałem wniebogłosy, a przecież biedaczka nie była trzygłowym potworem, choć tak właśnie na nią reagowałam.

Rankami w mojej pamięci niewiele zostawało z nocnych koszmarów. Mówiono mi, że mijały, kiedy mama lub tata, wbiegając do pokoju, zapalali światło. Po pewnym czasie mama wymyśliła modlitwę, która pomagała mi trzymać na dystans dusze domagające się kontaktu ze mną. „Dobry Boże, proszę, pozwól mi bezpiecznie przetrwać noc. Pobłogosław…” – w tym miejscu wymieniałam wszystkich ważnych dla nas ludzi, zarówno żyjących, jak i zmarłych. O dziwo, za każdym razem po zmówieniu modlitwy spałam spokojnie i głęboko, podobnie jak mama i tata. Po przeprowadzce do nowego domu, tego, w którym nadal mieszkają rodzice, także modliłam się, chociaż światło na korytarzu pozostawało zapalone.

Dusze zmarłych nie dawały mi spokoju nawet podczas wyjazdów z bliskimi. Wiele wakacji spędziliśmy w rodzinnym gronie, łącznie z dziadkami, z którymi w lecie jeździliśmy na kemping. Większość wczasowiczów mogła mówić o szczęściu, jeśli mieszkała w namiocie i miała do dyspozycji kuchenkę z palnikiem Bunsena. Natomiast my pławiliśmy się w luksusie, korzystając z campera wyposażonego w prysznic, kuchnię i osłoniętą werandę, żeby robactwo nie wpadało nam do jedzenia. Każdego ranka babcia przyrządzała jajecznicę i tosty, a popołudniami ścigaliśmy się na rowerach i chodziliśmy się huśtać nad jezioro. Wieczorami grywaliśmy na automatach bilardowych w kempingowym pawilonie, piekliśmy piankowe ciasteczka i śpiewali przy ognisku.

Mimo pełnych atrakcji i zabaw dni w nocy gnębiły mnie koszmary tak samo jak w domu, tyle że na kempingu słyszała mnie cała okolica. Dziadkowie uprzedzali innych biwakowiczów, mówiąc: „Jeśli usłyszycie, że ktoś wrzeszczy wniebogłosy, to nie obawiajcie się, że w pobliżu grasuje niedźwiedź albo wariat. To tylko naszej Theresie śnią się koszmary”. Pewnego razu rodzice chcieli, żebym zanocowała w ich namiocie, ale sprzeciwiłam się tak stanowczo, że mało brakowało, a przewróciłabym lampę i podpaliła namiot. W camperze czułam się znacznie bardziej bezpieczniejsza, zwłaszcza że w namiocie widziałam cienie na płótnie.

W ciągu dnia o wiele lepiej dawałam sobie radę z ukazywaniem się zmarłych, ale i tak mnie zaskakiwali. Pewnego razu siedziałam na naszej obitej zielonym materiałem sofie i oglądałam Romper Room, kiedy mignęła mi przed oczami jakaś osoba, a następnie rozpłynęła się w powietrzu. Spytałam opiekunki, która wówczas się mną zajmowała, czy zauważyła przechodzącą przez pokój osobę. Zaprzeczyła i obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem, udałam więc, że żartowałam. Poza wszystkim nie potrafiłam zdecydować, czy rzeczywiście widziałam tę osobę, czy wykreowała ją moja nadpobudliwa wyobraźnia. Przecież gdy kątem oka widzi się jakiś cień albo zbyt długo wpatruje się w światło, a następnie dostrzega kształt płynący po pokoju, uznaje się to za przywidzenie i nie przywiązuje do tego wagi.

Pamiętam, jak w dzieciństwie dostałam na Wielkanoc zestaw kuchenny i po zabawie w dom przykładnie ustawiłam rondle. Następnego dnia rano zastałam je stojące w innym porządku. Jestem stuprocentowo przekonana, że mój brat Michael nie tknął ich palcem. Musiał to zrobić jakiś ukazujący się zmarły.

Komu oceniać, co jest normalne?

Gdy dorastałam, zaczęłam czuć się niepewnie i dziwnie we własnym ciele, nie potrafiłam jednak odkryć przyczyny tego stanu. Zwierzyłam się mamie, że nie miewam się dobrze, nie pasuję do otoczenia, jestem jakaś inna. Towarzyszyło mi wrażenie, że dzieje się coś, co należy wyjaśnić. Jedynym miejscem poza rodzinnym domem, w którym czułam się bezpiecznie i pewnie, był kościół. To tam odnajdywałam spokój i tam mogłam zaakceptować samą siebie. Przypuszczam, że dlatego należałam do kościelnego zespołu ludowego, grając na gitarze.

Gdybym nie była medium, to prawdopodobnie zostałabym zakonnicą albo zachorowałabym na schizofrenię. Poważnie. Możecie to sobie wyobrazić? Rodzice otoczyli mnie miłością, a ja i tak wyczuwałam, że ze mną nie wszystko jest w porządku.

Zdarzało mi się pytać Boga, dlaczego nachodzą mnie lęki i czego się boję, ale czyniłam to bez złości i wciąż niezmiennie w niego wierząc. Pochodzę z głęboko wierzącej rodziny. W naszym domu wieczorami odmawiano modlitwy, podobnie czyniono przed każdym posiłkiem. Rodzice byli religijni, ale interesowali się także spirytyzmem, co nie jest typowe dla katolików. Dla nas zarówno wiara, jak i możliwość porozumiewania się ze zmarłymi, pochodzi od Boga.

Poza murami kościoła i na zewnątrz domu ogarniał mnie coraz większy niepokój i stawałam się coraz mniej pewna siebie. Uświadomiłam sobie, że każde miejsce, w którym się znajdę, wiąże się z innym doznaniem. W dowolnym momencie dnia mogłam wyczuwać czyjąś obecność. Czasem wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Gdy opowiedziałam o tym mamie, oznajmiła z przekonaniem: „Ty jesteś dla siebie bezpiecznym schronieniem”. Wówczas pojęłam, że bez obaw mogę się udać wszędzie, ponieważ sama siebie chronię.

Takie nastawienie sprawdzało się przez długi czas, ale nadal dostrzegałam i wyczuwałam to, czego inni nie byli w stanie zauważyć. Gdy w koleżeńskim gronie kręciłam się po centrum handlowym albo grałam w kręgle, pytałam, czy ktoś w pobliżu widział mężczyznę albo słyszał, jak ktoś woła ich po imieniu. Odpowiadali zdziwieni: „Nie. O czym ty gadasz?”. Tymczasem mnie się to przytrafiało. Czasami docierało do mnie przesłanie, którego nie potrafiłam rozpoznać, uznając za przypadkową myśl. Nie byłam świadoma, że ma jakiekolwiek znaczenie ani nawet, że w ogóle je otrzymałam. Odkrywałam to dopiero wtedy, gdy się potwierdziło. Na przykład w drodze na jarmark mogłam usłyszeć ostrzeżenie „Nie jedz waty cukrowej”. Ignorowałam je, a potem słyszałam od koleżanki, że pochorowała się właśnie po wacie. Wtedy przychodziło mi do głowy, że mam lepszą intuicję niż inni, i tyle.

Przyjęłam do wiadomości, że sama dla siebie jestem bezpiecznym schronieniem. Zatem fakt, że widziałam, słyszałam i wyczuwałam coś w pobliżu, przestał wprawiać mnie w stan niepokoju i niepewności. Lekarze twierdzą, że nasze ciała stosunkowo łatwo adaptują się do rozmaitych warunków i okoliczności. Wiem, że widzenie i wyczuwanie obecności zmarłych nie jest typowe dla większości ludzi, ale dla mnie stało się oczywiste przez swoją powtarzalność. Raczej nie miałam z kim o tym porozmawiać. Krewni i znajomi wybuchali śmiechem, gdy w dzieciństwie co jakiś czas mówiłam dziwne rzeczy, ale nie zgłębiali tematu. (Mama niedawno zażartowała, że obecnie należy inaczej potraktować moje dziecięce opowieści o potworze znajdującym się pod łóżkiem albo o wizycie wyobrażonego sobie przyjaciela).

Muszę wyjaśnić, że w mojej rodzinie nie tylko ja wykazywałam się umiejętnościami medium. Kuzyn Mały Johnny żartobliwie nazywał mnie i moją cioteczną siostrę Lisę „wariatkami” i nadał nam przezwiska Para i Noja, ponieważ zwierzyłyśmy się mu ze swoich niezwykłych doświadczeń. Zdarzało się nam z Lisą iść osobno po zakupy i wrócić z takimi samymi strojami. A co do przemądrzałego Johnny’ego, to dziesięć lat później mieszkał w domu babci i ukazała mu się w korytarzu, gdy wychodził spod prysznica. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Gdy moi przyjaciele stali się wyszczekanymi nastolatkami, nasze relacje zaczęły się zmieniać. Między dwunastym a czternastym rokiem życia czułam się coraz mniej swobodnie głównie z powodu reakcji ludzi na moje uwagi. Rodzina nadmiernie nie przejmowała się moją gadaniną, ale kiedy od niechcenia pytałam znajomych, czy coś ujrzeli lub odczuli, odpowiadali, że przecież nikogo takiego tu nie ma, nikt nie dostrzega tego, co ty. W tej sytuacji postanowiłam całkowicie odciąć się od tych doświadczeń. Przestałam odmawiać specjalną modlitwę, nie przyjmowałam do wiadomości podejmowanych przez zmarłych prób porozumienia się ze mną. Musicie pamiętać, że to miało miejsce w czasach, gdy żaden kanał telewizyjny nie emitował programów o tropicielach duchów i nikt nie znał słynnego medium, Johna Edwarda. Nikt, łącznie ze mną, nie mógł się domyślić, co naprawdę się dzieje. Życie po śmierci, kontaktowanie się ze zmarłymi – to nie były popularne tematy rozmów.

Do szesnastego roku życia dopisywało mi szczęście, bo nie straciłam zbyt wielu bliskich. Oznaczało to jednak, że nie nawiedzał mnie żaden rozpoznawalny zmarły. Po śmierci ukochanej babci, mamy ojca, wpadłam w rozpacz. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, zresztą, wszystkim członkom rodziny ogromnie jej brakowało. Ciocia, starsza siostra ojca, zaprosiła medium do domu babci. Wtedy nie miałam pojęcia, czemu ma to służyć. Później domyśliłam się, że chciała skontaktować się z matką. Bałam się uczestniczyć w spotkaniu dlatego, że nie wiedziałam, kim jest medium i czym się zajmuje. Uznałam jednak, że w domu babci będę bezpieczna, i wybrałam się tam, po raz pierwszy od dawna na powrót otwierając się na kontakt ze zmarłymi.

W pobliżu okna wyczułam energię babci. Rodzina dopytywała się, dlaczego stoję przy zasłonach, skoro pozostali siedzą przy kuchennym stole. Zapytali również, z kim rozmawiam, chociaż nie pamiętałam, co mówiłam. (Na tej samej zasadzie nie potrafię sobie przypomnieć większości tego, co słyszę od dusz zmarłych, kiedy porozumiewam się z nimi w imieniu innych). Krewni żartowali sobie ze mnie.

– Theresa, z kim rozmawiasz?

– Z babcią.

– Akurat. Nie przeszkadza ci, że ona nie żyje?

– Przecież wiem, że nie żyje, ale i tak z nią rozmawiam. Przypuszczam, że ciocia i inni krewni byli zbici z tropu, ale nie mieli do mnie pretensji, bo zasłynęłam w rodzinie z wygadywania rozmaitych rzeczy. Czy jednak moje zachowanie było dziwniejsze niż zapraszanie medium na kawę? Najwyraźniej byli otwarci na kontakty spirytualistyczne, których wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę.

Kiedy wspominam tamten dzień, czuję zapach domu babci, a przed oczami staje mi to, co się w nim wówczas znajdowało: przykryte plastikowymi płachtami meble, marmurowe stoliczki, błyszczący żyrandol w jadalni, obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę i złociste zasłony. Wszystko w raczej krzykliwym, włoskim stylu. Widzę babcię, jak stoi przy kuchence i pali papierosa, nie strzepując popiołu, który jednak nie wpada do garnka z gotującym się sosem mięsnym do spaghetti. Czekała, aż z papierosa zostanie sam filtr, a jednak popiół nigdy nie wpadł do potrawy. Babcia lubiła nosić biżuterię i w mojej wizji ma ją na sobie. Nawiasem mówiąc, ja też uwielbiam błyskotki.

Po ukazaniu mi się zmarłej babci znów zaczęłam z rozmysłem stronić od wszelkich kontaktów z duszami zmarłych. Gdy byłam w ostatniej klasie liceum, odszedł od nas wujek Julie i stany lękowe znów dały o sobie znać. Dopadły mnie także rozmaite fobie, z których wiele wiązało się z klaustrofobią.

Wprawdzie nocne koszmary nie wróciły, ale wciąż nie sypiałam spokojnie, zamiast jednak budzić się z krzykiem, wyskakiwałam z łóżka i dusiłam się, nie mogąc złapać tchu.

Potem przyszedł Larry

Osiemnasty rok życia nie był całkowitą katastrofą, bo właśnie wtedy spotkałam Larry’ego, przyszłego męża. Wcześniej od medium, sprowadzonego przez ciocię do domu zmarłej babci, usłyszałam, że poznam starszego od siebie mężczyznę z brodą i wąsami, który odegra istotną rolę w moim życiu. Uznałam, że medium się pomyliło, i nie przywiązywałam wagi do tych słów, ponieważ wówczas spotykałam się z chłopakiem, a poza tym nie podobał mi się męski zarost.

Tymczasem dwa lata później rzeczywiście poznałam starszego ode mnie o jedenaście lat mężczyznę, który miał brodę i wąsy. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Larry nosił niesamowitą fryzurę; włosy miał przygładzone po bokach, napuszone u góry, a z tyłu długie. Świetnie się ubierał i miał niezłe ciało. Wyglądał jak schludny harleyowiec. Pracował w rodzinnej spółce naftowej, gdzie zatrudniłam się na pół etatu w dziale obsługi klienta. Nie poszłam do college’u, bo za bardzo bałam się opuścić rodzinę i moją strefę komfortu. Marzyłam o tym, aby zostać fryzjerką albo sekretarką w kancelarii prawnej, jednak znalezienie dobrej pracy wiązało się z dojeżdżaniem na Manhattan, co było dla mnie zbyt przytłaczające. Pociągi, windy, wieżowce, korki… to nie był mój świat.

Larry wspominał, że chętniej przychodził do pracy, ponieważ chciał się przekonać, co tym razem będę miała na sobie. Wtedy byłam na etapie fascynacji Madonną. Nosiłam obcisłe spodnie, szerokie paski, siatkowy top zsuwający się z ramienia i mitenki – całkiem jak Madonna grająca w filmie Rozpaczliwie poszukując Susan.

Pojawienie się w moim życiu miłości nie oddaliło lęków. Próbowałam je tłumić, co tylko pogorszyło sytuację. Zależało mi na tym, by Larry nie wziął mnie za wariatkę. A powinniście wiedzieć, że czasem zastanawiałam się, czy faktycznie nią nie jestem. Zdarzało mi widywać eteryczne postaci i słyszeć stłumione głosy, tyle że usilnie starałam się nie przyjąć tego do wiadomości i w końcu udało mi się przekonać samą siebie, że umysł płata mi figle.

Postanowiłam odwiedzić psychoterapeutę. Podczas każdej sesji powtarzał, że nic złego się ze mną nie dzieje, mimo że mówiłam „Ben, naprawdę źle się czuję”. Spytał mnie o dzieciństwo, a ja zgodnie z prawdą odparłam, że było wręcz idylliczne. Nie miałam również zastrzeżeń do ówczesnego życia, do przyjaciół, rodziny, Larry’ego i pracy. Przyszło mi do głowy, że chroniczny niepokój wziął się z obciążenia genetycznego, jako że pochodzę z rodziny, której członkowie są nerwowi. Reasumując, terapeuta nie potrafił mi podać żadnej medycznej ani psychologicznej przyczyny złego samopoczucia.

Nie mogłam zbyt długo ukrywać przed Larrym napadów lęku ani licznych fobii, zwłaszcza gdy przebywaliśmy w samochodzie lub zamkniętych pomieszczeniach, przy czym najgorzej czułam się wtedy, gdy nie musiałam się na niczym skupiać. Jeśli na autostradzie przecinającej Long Island natrafialiśmy na korek i samochód stał albo posuwał się koło za kołem, coraz bardziej się denerwowałam, świadoma, że zaraz wpadnę w panikę. Nie potrafiłam się opanować i wrzeszczałam jak opętana, a nawet gdy samochód przyspieszał, błagałam Larry’ego, by zjechał na pobocze i pozwolił mi wysiąść. Wariowałam nawet na podwójnych randkach, gdy w aucie była z nami inna para. W końcu uspokajałam się również dzięki temu, że Larry nigdy nie tracił głowy. Podobnie jak ja nie wiedział, co wywołuje we mnie tak silne napięcie, ale na szczęście nie przeraził się i nie uciekł.

Wzięliśmy ślub, gdy skończyłam dwadzieścia dwa lata, i wspólnie zamieszkaliśmy. Od razu w środku nocy zaczęło dochodzić do scen. Budziłam się z krzykiem i biegałam jak oszalała, błagając męża o pomoc. Po chwili odzyskiwałam spokój, wracałam do łóżka i do rana udawało mi się zapomnieć o nocnych przeżyciach. Poza tym gadałam przez sen. Nigdy nie pozwoliłam Larry’emu na przykrycie nas kołdrą razem z głową, nawet żartem. Raz zarzucił na nas koc, kiedy oglądaliśmy telewizję, i natychmiast zaczęłam krzyczeć. Nigdy więcej tego nie zrobił. Larry mnie kochał i zdawał sobie sprawę z tego, że stany lękowe są wliczone w cenę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki