Medalion na pancerzu - Tomasz Łysiak - ebook
Opis

Najnowsza książka Tomasza Łysiaka, znanego publicysty historycznego, Medalion na pancerzu to doskonała lekcja historii Polski i patriotyzmu w jednym. W kilkudziesięciu esejach autor prowadzi czytelnika szlakiem swoich, a właściwie naszych bohaterów.
Te wspaniałe wizje polskiej przeszłości, nie tylko bronią naszej pamięci przed „naprostowaniem”. Są tutaj wpisane w najważniejsze pytania dotyczące nie tylko historycznych, ale naszych, dzisiejszych wyborów.

 

* * * * *

Tomasz Łysiak prowadzi nas przeciw zniechęceniu. Szlakiem swoich, naszych bohaterów. Do nadziei. Do nowego świtu. Prowadzi nas z szacunkiem i pasją jednocześnie, prowadzi z miłością dla prawdy o Polsce. Możemy poznać ją, ale nigdy całą, i dlatego możemy i powinniśmy poznawać ją coraz więcej. (...) Tu, między okładkami tej książki, mamy okazję zbliżyć się do Polski.

Prof. Andrzej Nowak

* * * * *

Historia bez namiętności jest jak zimna zupa bez smaku. Ale opowiedziana przez kogoś, kto kocha i nienawidzi, kto wierzy i cierpi, staje się żywym bytem. Talent Tomasza Łysiaka polega na tym, że zestawem erudycyjnych szpargałów potrafi rozemocjonować współczesnego człowieka, skłonić go do refleksji, i na pewno nie pozostawia obojętnym.
Miłość do Ojczyzny jest zaraźliwa, a Łysiak niczym anty-Almanzor przynosi ją jak zbawienną szczepionkę, po której każdy staje się odporny na cynizm, relatywizm, kosmopolityzm i zaczyna rozumieć jedno – polskość to normalność.
Lektura obowiązkowa!
Marcin Wolski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


…A nas, nas wszyst­ko do boju po­ry­wa:

Każ­da piędź zie­mi mo­gi­ła­mi żywa,

To ja­sne nie­bo, co nie­sie w ob­ło­ku

Cie­nie po­le­głych, wid­ne du­szy oku

I cała prze­szłość, ta prze­szłość wie­ko­wa,

Co w swo­im ło­nie tyle sła­wy cho­wa!

Bo­go­wie z nami! Jed­no na­sze ra­mię

Ty­siąc na­jem­ców zgru­cho­ce i zła­mie.

Bo­go­wie z nami! Oni nas pro­wa­dzą!

Oni nam siłę Ty­ta­nów nada­dzą!

Niech­że nas wspie­ra ich bło­go­sła­wień­stwo!

A lud wy­krzyk­nął: „Śmierć albo zwy­cię­stwo!”

KOR­NEL UJEJ­SKI, MA­RA­TON

Me­da­lion na pan­ce­rzu

 

Na książ­kę skła­da­ją się ar­ty­ku­ły pra­so­we, któ­re uka­zy­wa­ły się w cią­gu ostat­nich lat w ty­go­dni­kach: „Ga­ze­ta Pol­ska” oraz „wSie­ci”.

 

au­tor:

To­masz Ły­siak

re­dak­cja:

Mag­da­le­na Ły­siak

 

pro­jekt okład­ki, opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i ła­ma­nie:

Szy­mon Pi­pień

 

Gra­fi­ki i zdję­cia – ze zbio­rów au­to­ra

Zdję­cia gen. A. Bła­si­ka – ar­chi­wum Ewy Bła­sik

 

isbn: 978–83–61344–89–6

 

Wy­daw­nic­two Pro­hi­bi­ta Pa­weł To­bo­ła–Per­t­kie­wicz

www.pro­hi­bi­ta.pl

wy­daw­nic­[email protected]­hi­bi­ta.pl

Tel. 22 424 37 36

fa­ce­bo­ok.com/Wy­daw­nic­two­Pro­hi­bi­ta

 

 

Wszyst­kie książ­ki na­sze­go Wy­daw­nic­twa po­le­ca­my na­by­wać w In­ter­ne­cie:

 

lub w na­szej księ­gar­ni sta­cjo­nar­nej:

Księ­gar­nia Mul­ti­bo­ok.pl Dy­miń­ska 4,

01–519 War­sza­wa

fa­ce­bo­ok.com/Mul­ti­bo­okpl

 

 

Pol­sko, żad­ne­go nie prze­kli­naj z sy­nów,

Ani za­po­mnij z dzie­ci swych ni­ko­go!

Dla ka­ino­wych miej po­gar­dę czy­nów,

Ale każ­de­mu po­zwól iść swą dro­gą,

Choć z róż­nych ście­żek, zej­dą się na koń­cu,

By od­dać po­kłon wscho­dzą­ce­mu słoń­cu,

Gdy się na błę­kit wy­to­czy!

ar­tur op­p­man, głos Ma­ła­chow­skie­go

 

 

CO jest te­ma­tem tej książ­ki? Pol­ska. Ale nie byle jaka. Tu cho­dzi o Pol­skę, któ­rą two­rzą naj­trud­niej­sze, naj­wię­cej kosz­tu­ją­ce wy­bo­ry: he­ro­izm i mar­ty­ro­lo­gia. Te wy­bo­ry, któ­re były naj­bar­dziej ośmie­sza­ne, wy­szy­dza­ne w ostat­nim 25–le­ciu, a może na­wet 60–le­ciu – od ka­ba­re­ci­ków PRL–u, wcze­sne­go, głup­ko­wa­te­go Mroż­ka i prze­wrot­nych dzieł fil­mo­wej szko­ły pol­skiej po­czy­na­jąc. Jesz­cze wcze­śniej po­ję­cia, po­sta­wy i po­sta­ci, któ­re tu To­masz Ły­siak przy­wo­łu­je, ma­ni­pu­lo­wa­ne i zo­hy­dza­ne były pro­pa­gan­dą sta­li­now­ską. Jesz­cze wcze­śniej przez an­ty­brą­zow­ni­ków z „No­wych Wid­no­krę­gów” i „Czer­wo­ne­go Sztan­da­ru”. Jesz­cze wcze­śniej przez pu­bli­cy­stycz­ne nad­uży­cia kra­kow­skich „stań­czy­ków”. A jesz­cze wcze­śniej?

Po­zwo­lę so­bie ge­ne­alo­gię tego zja­wi­ska – oplu­wa­nia pol­skie­go pan­ce­rza i wy­śmie­wa­nia me­da­lio­nu na nim – przed­sta­wić na przy­kła­dzie się­ga­ją­ce­go dwóch epok cy­ta­tu. Pi­sał te sło­wa Jó­zef Igna­cy Kra­szew­ski kil­ka lat po Po­wsta­niu Stycz­nio­wym, a na­wią­zy­wał do cza­sów „kró­la Sta­sia”. Pi­sał o swo­jej do­bie – po klę­sko­we­go zwąt­pie­nia – i na­wią­zy­wał do po­cząt­ków wiel­kie­go kom­plek­su ma­łej, nic nie war­tej Pol­ski, do epo­ki Oświe­ce­nia i rzą­dów są­siedz­kich am­ba­sa­do­rów w (for­mal­nie) nie­pod­le­głej Rzecz­po­spo­li­tej.

Pi­sał tak: „Wów­czas może wię­cej jesz­cze niż dzi­siaj ary­sto­kra­cja pol­ska, pra­gnąc zrzu­cić z sie­bie wszel­ki po­zór bar­ba­rzyń­stwa, zrzu­ca­ła ra­zem na­mięt­nie wszyst­kie pol­sko­ści ce­chy. Wów­czas jak dzi­siaj ha­słem jej była re­zy­gna­cja i szy­der­stwo z go­rą­ce­go pa­trio­ty­zmu. […] Wiel­ki świat z cza­sów Sej­mu Czte­ro­let­nie­go […] bo­lał tyl­ko, że mu­siał po tro­sze być pol­skim. Pol­ska dla nie­go była tak smut­ną, iż z niej cią­gle się ucie­kać chcia­ło, ona przed­sta­wia­ła obo­wią­zek, trud, twar­de za­pa­sy z lo­sa­mi, a wszy­scy tak pra­gnę­li ży­cia i uży­cia! Po ci­chu ileż to ser­ce biło do tego, aby raz so­bie kto Pol­skę za­brał. byle w niej było spo­koj­nie, byle pa­trio­ci prze­sta­li ha­ła­so­wać, byle re­wo­lu­cje prze­sta­ły wy­bu­chać, byle wziąw­szy pie­nią­dze z domu moż­na było uciec nad brze­gi Arnu lub Se­kwa­ny. To uspo­so­bie­nie wiel­kie­go świa­ta ubie­ra­ło się chęt­nie jak dziś w po­zo­ry kon­ser­wa­ty­zmu, or­to­dok­sji, le­gi­ty­mi­zmu i byle ja­kiej dok­try­ny, któ­ra by do­zwa­la­ła sie­dzieć z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi wy­god­nie, nic nie ro­biąc, a na­pa­wa­jąc się ży­ciem […]. Nie­for­tun­ne wy­bu­chy re­wo­lu­cyj­ne i woj­ny o nie­pod­le­głość nie­szczę­śli­we, uspra­wie­dli­wia­jąc nie­ja­ko świat wiel­ki, dały mu tyl­ko moż­ność nie­do­łę­stwo swe zmie­nić w teo­rię nie­wzru­szo­ną. Mi­łość oj­czy­zny w tym sfran­cu­zia­łym świe­cie scho­dzi­ła do tak drob­nych roz­mia­rów, iż się w koń­cu sta­wa­ła nie­do­strze­żo­ną. Pa­trio­tów zwa­no po ci­chu don­ki­szo­ta­mi jak dzi­siaj, a sa­lon nie­na­wi­dził uli­cy, co też prze­trwa­ło do dni na­szych. Wiel­kie pa­nie zmu­szo­ne były po­kla­ski­wać fe­tom pa­trio­tycz­nym i da­wać rącz­ki do po­ca­ło­wa­nia bo­ha­te­rom uli­cy, ale po ci­chu jak­że się z nich wy­śmie­wa­no. Ni­g­dy u nas ze­wnętrz­ne­go po­lo­ru nie umia­no odłą­czyć od we­wnętrz­nej czło­wie­ka war­to­ści. Kto był choć tro­chę śmiesz­nym, wy­da­wał się głu­pim.” (J.I. Kra­szew­ski, Sto dia­błów. Mo­zai­ka z cza­sów Sej­mu Czte­ro­let­nie­go, War­sza­wa 1956, pier­wo­druk w kra­kow­skim „Kra­ju” w 1869–1870, książ­ko­wy: Kra­ków 1870).

To­masz Ły­siak sta­je tu po stro­nie don­ki­szo­tów: hu­sa­rzy spod Wied­nia, ar­cy­bi­sku­pa Ja­ku­ba Świn­ki, rot­mi­strza Pi­lec­kie­go, ge­ne­ra­ła Bła­si­ka – prze­ciw­ko war­szaw­sko–kra­kow­skie­mu sa­lo­ni­ko­wi, któ­ry boi się tyl­ko jed­ne­go: śmie­chu za­chod­nie­go „nad­sa­lo­nu”. No i tej wiel­kiej nie­wy­go­dy, jaką może nieść ze sobą dum­ne sło­wo: Pol­ska. Sta­je ta książ­ka po stro­nie wier­nej pa­mię­ci – prze­ciw­ko na­ka­zo­wi za­po­mnie­nia. Sfor­mu­ło­wał do­bit­nie ów na­kaz na pro­gu na­szej epo­ki pro­fe­sor Mar­cin Król: „Pol­ska w swej naj­now­szej hi­sto­rii li­czą­cej 200 lat kra­jem nor­mal­nym nie była, a więc po to, żeby stać się kra­jem nor­mal­nym – Pol­ska musi za­po­mnieć samą sie­bie” („Res Pu­bli­ka Nowa”, nr 3/1991). Dziś po­wta­rza go pi­sar­ka dwu­krot­nie wy­róż­nio­na Na­gro­dą Nike (cóż za szy­der­cza, zwróć­my uwa­gę, na­zwa). W paź­dzier­ni­ku 2015 roku pi­sar­ka sa­lo­nu do­ra­dzi­ła nam, by­śmy „na­uczy­li się od Niem­ców na­pro­sto­wać swo­ją hi­sto­rię”, by­śmy „spró­bo­wa­li na­pi­sać ją tro­chę od nowa, nie ukry­wa­jąc tych wszyst­kich strasz­nych rze­czy, któ­re ro­bi­li­śmy jako ko­lo­ni­za­to­rzy, […] jako wła­ści­cie­le nie­wol­ni­ków czy mor­der­cy Ży­dów”.

Moż­na tak pa­trzeć na hi­sto­rię, żeby uspra­wie­dli­wić swo­je ko­lej­ne na­gro­dy i zdo­by­wać po­klask sa­lo­nów – tak­że tych „znad Arnu czy Se­kwa­ny”. Moż­na tak pa­trzeć na hi­sto­rię – przez pry­zmat nik­czem­ne­go uogól­nie­nia, fał­szy­we­go zrów­na­nia win ko­lo­ni­za­tor­skich Po­la­ków z wi­na­mi dzie­wię­ciu rze­czy­wi­stych, za­chod­nio­eu­ro­pej­skich ko­lo­nial­nych im­pe­riów. Moż­na za­po­mnieć o roli, jaką część z tych im­pe­riów, choć­by nie­miec­kie, ale tak­że inne, wschod­nio­eu­ro­pej­skie: ro­syj­skie czy osmań­skie – od­gry­wa­ły wo­bec na­ro­dów tej tak po­gar­dza­nej i wciąż po­ucza­nej w owym ste­reo­ty­pie ca­łej Eu­ro­py Środ­ko­wej. Moż­na za­po­mnieć o tej przy­wo­ły­wa­nej tu­taj hi­sto­rii im­pe­rial­nej opre­sji, któ­rej Pol­ska, jej bo­ha­te­ro­wie prze­ciw­sta­wia­li się nie w mi­cie, tyl­ko w rze­czy­wi­stej ofie­rze i po­świę­ce­niu. Moż­na jed­nym zda­niem po­sta­wić na tej sa­mej płasz­czyź­nie rolę pol­skie­go i nie­miec­kie­go na­ro­du w II woj­nie świa­to­wej.

Moż­na tak mó­wić o hi­sto­rii, moż­na tak kła­mać. To się opła­ca. Ale trze­ba spoj­rzeć w twarz rze­czy­wi­stym bo­ha­te­rom – tej książ­ki, czy­li pol­skiej hi­sto­rii. Trze­ba tak­że spoj­rzeć w twarz cał­ko­wi­cie za­po­mnia­nym, ale nie mniej przez to rze­czy­wi­stym ofia­rom – na przy­kład: 111. 091 roz­strze­la­nym na pod­sta­wie jed­ne­go roz­ka­zu Sta­li­na i Je­żo­wa, z sierp­nia 1937 roku, za­mor­do­wa­nym na pod­sta­wie jed­ne­go tyl­ko po­dej­rze­nia – że byli Po­la­ka­mi. Trze­ba spoj­rzeć i za­sta­no­wić się: czy oni nie za­słu­gu­ją na pa­mięć? Co czy­ni ich „gor­szy­mi” od ofiar Ho­lo­cau­stu? Na­ro­do­wość? Kry­te­rium ra­so­we? Trze­ba spoj­rzeć w twarz 1932 księ­żom, 580 za­kon­ni­kom, 289 za­kon­ni­com – za­mor­do­wa­nym w cza­sie II woj­ny świa­to­wej za to wy­łącz­nie, że byli obroń­ca­mi POL­SKIE­GO du­cha. A może, za­bi­ja­jąc ich, Niem­cy i So­wie­ci, po­mo­gli po pro­stu „na­pro­sto­wać na­szą hi­sto­rię”?

Ta książ­ka, te wspa­nia­łe, pió­rem Au­to­ra uskrzy­dlo­ne wi­zje pol­skiej prze­szło­ści nie tyl­ko bro­nią na­szej pa­mię­ci przed ta­kim „na­pro­sto­wa­niem”. Są tu­taj wpi­sa­ne naj­waż­niej­sze py­ta­nia do­ty­czą­ce nie hi­sto­rycz­nych, ale na­szych, dzi­siej­szych wy­bo­rów. Czy sami je­ste­śmy inni niż inne wspól­no­ty? Czy jest w na­szej in­no­ści coś war­to­ścio­we­go? Czy chce­my (je­ste­śmy zde­ter­mi­no­wa­ni), by po­zo­stać inni, by utrzy­mać na­szą od­ręb­ność, a przy­naj­mniej to, co uzna­je­my w niej za war­to­ścio­we? Czy chce­my ra­czej – pod ha­słem mo­der­ni­za­cji – upodob­nić się do in­nych wspól­not, któ­re uzna­je­my za lep­sze, wyż­sze? Czy chce­my in­nych „na­wra­cać” „eks­por­to­wać” na­szą in­ność – jako war­tość? A może tę „in­ność” po­trak­tu­je­my po pro­stu jako część za­po­mnia­ne­go dzie­dzic­twa daw­nej, wspa­nial­szej Eu­ro­py i swój w niej obo­wią­zek – jako przy­po­mnie­nie. Jak dłu­go trwa­my przy swej wie­rze i war­to­ściach – nie wy­jąt­ko­wych ab­so­lut­nie, lecz wła­śnie łą­czą­cych nas z ko­rze­nia­mi tra­dy­cji eu­ro­pej­skiej i chrze­ści­jań­skiej – tak dłu­go kwe­stio­nu­je­my ide­olo­gię i pro­gra­my po­li­tycz­ne, cza­sem tak­że swo­istą wia­rę i kul­tu­rę po­tęż­niej­szych od nas sił, któ­re dziś mają twarz Mar­ti­na Schul­za, Jean–Clau­de Junc­ke­ra z jed­nej stro­ny, czy Wła­di­mi­ra Wła­di­mi­ro­wi­cza Pu­ti­na – z dru­giej. Bę­dzie­my więc tak dłu­go, jak dłu­go upie­ra­my się stać przy bo­ha­te­rach tej książ­ki, przez te po­tę­gi po­ucza­ni, pięt­no­wa­ni, od­rzu­ca­ni. Czy je­ste­śmy go­to­wi to zno­sić?

Wspól­no­ta dąży do trwa­nia i prze­trwa­nia: trosz­czy się o wy­cho­wa­nie swej mło­dzie­ży – w swo­im du­chu i tra­dy­cji. Albo bę­dzie to taka wspól­no­ta, jaką przy­po­mi­na, przy­wo­łu­je tu­taj To­masz Ły­siak, albo taka, jaką moż­na zbu­do­wać po znisz­cze­niu tej pierw­szej, bar­dzo swo­ista wspól­no­ta lu­dzi bez wła­ści­wo­ści, któ­rych gło­wy wy­peł­nia ak­tu­al­ny ko­mu­ni­kat dnia – z te­le­wi­zji, ga­ze­ty, por­ta­lu, re­kla­my, pia­ru. Nie moż­na na­le­żeć do dwóch wspól­not jed­no­cze­śnie: oka­zu­je to mo­ment pró­by, gdy dwie wspól­no­ty ze­trą się mię­dzy sobą. Wo­bec wła­snej wspól­no­ty nie ma neu­tral­no­ści. W star­ciu wspól­not nie ma po­zy­cji bez­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Trze­ba do­ko­ny­wać wy­bo­ru.

Cza­sem, jak po roz­bio­rach, jak po prze­gra­nym po­wsta­niu, jak po la­tach przy­zwy­cza­je­nia do rzą­dów ob­cych am­ba­sa­do­rów, po­ja­wia się po­ku­sa, by się scho­wać w pry­wat­nym ogród­ku, żeby zre­zy­gno­wać z wal­ki z prze­ciw­ni­kiem zbyt już po­tęż­nym, z wła­snym znie­chę­ce­niem. Wte­dy przy­cho­dzi ta myśl, któ­rą sfor­mu­ło­wał pierw­szy od­no­wi­ciel po­ję­cia nie­pod­le­gło­ści, mą­dry ksiądz Sta­ni­sław Ko­nar­ski (1700–1773). W swo­jej Mo­wie, jak od wcze­snej mło­do­ści wy­cho­wy­wać uczci­we­go czło­wie­ka i do­bre­go oby­wa­te­la pi­sał tak: „Przy­po­mnę wam sło­wa ojca, […] któ­ry po wie­lu roz­mo­wach z sy­nem tak mu na ko­niec po­wie­dział: ży­cie two­je bę­dzie upły­wa­ło albo wśród pry­wat­nych spraw do­mo­wych, albo w krę­gu spraw pań­stwo­wych. Ja, któ­ry ze­sta­rza­łem się wśród za­jęć pu­blicz­nych, je­śli będę żył, nie po­zwo­lę ci sie­dzieć w domu; nie dla sie­bie bo­wiem chcia­łem dzie­ci, lecz dla oj­czy­zny. Ty zaś – pa­mię­tam – po­wie­dzia­łeś, że nie wi­dzisz, co ta­kie­go dali Rze­czy­po­spo­li­tej w tych ze­psu­tych i nie­szczę­śli­wych cza­sach ci, któ­rzy jak ja po­świę­ci­li cały swój wy­si­łek na to, aby ją wspo­ma­gać i wspie­rać. Wszyst­ko sta­cza się w prze­paść i zo­sta­wi­my na­szym po­tom­kom Rzecz­po­spo­li­tą w gor­szym sta­nie, niż ją sami otrzy­ma­li­śmy. Stąd – zda­je się – two­ja nie­chęć i od­ra­za do spraw pu­blicz­nych […]. Gdy­by wszy­scy do­brzy oby­wa­te­le tak my­śle­li, tak mó­wi­li, tak czy­ni­li, wte­dy na­sza Rzecz­po­spo­li­ta wpa­dła­by nie­wąt­pli­wie w ręce złych i prze­nie­wier­nych lu­dzi; ci zaś, za­gar­nąw­szy wła­dzę, ja­kież miej­sce, ileż zie­mi, ja­kąż prze­strzeń zo­sta­wią w ca­łym pań­stwie dla do­brych? […] Ni­g­dy nie na­le­ży tra­cić na­dziei, je­śli cho­dzi o Rzecz­po­spo­li­tą”.

To­masz Ły­siak na­le­ży do tych sy­nów pol­skiej Oj­czy­zny, któ­rzy rady mą­dre­go pi­ja­ra po­słu­cha­li. I nas, swo­ich czy­tel­ni­ków, pro­wa­dzi prze­ciw znie­chę­ce­niu. Szla­kiem swo­ich, na­szych bo­ha­te­rów. Do na­dziei. Do no­we­go świ­tu. Pro­wa­dzi nas z sza­cun­kiem i pa­sją jed­no­cze­śnie, pro­wa­dzi z mi­ło­ścią dla praw­dy o Pol­sce. Mo­że­my po­znać ją, ale ni­g­dy całą, i dla­te­go mo­że­my i po­win­ni­śmy po­zna­wać ją co­raz wię­cej. Ta praw­da jest bo­wiem więk­sza od nas i nie da się jej zdo­być na wła­sność – to ra­czej ona, w mia­rę jak ją po­zna­je­my, bie­rze nas w po­sia­da­nie – jak to kie­dyś o in­nej, naj­więk­szej Praw­dzie, po­wie­dział oj­ciec Ja­cek Sa­lij OP.

Tu, mię­dzy okład­ka­mi tej książ­ki, mamy oka­zję zbli­żyć się do Pol­ski. War­to do niej wejść. War­to za­pro­sić do niej jak naj­wię­cej „tu­tej­szych”– lu­dzi, któ­rzy za­tra­ci­li swo­ją pięk­ną toż­sa­mość, albo ni­g­dy jej nie po­sie­dli. I war­to za­pro­sić no­wych przy­by­szów, któ­rzy – jak kie­dyś Ma­tej­ko, Op­p­man, Bru­eck­ner, Asz­ke­na­zy, Cho­pin, Pohl (Pol), Le­śmian – będą mo­gli za­chwy­cić się tą pięk­ną Pol­ską. I dać się JEJ wziąć w po­sia­da­nie. Przed tymi, któ­rzy chcie­li­by Pol­skę pod­bić, nie po­ko­chać – mu­si­my się bro­nić. Tak jak bo­ha­te­ro­wie tych opo­wie­ści.

prof. an­drzej no­wak

 

 

CZTE­RY ta­tar­skie tu­me­ny sta­nę­ły nad brze­giem Dnie­pru. Rze­ka była sku­ta lo­dem. Wła­śnie z tego po­wo­du Mon­go­ło­wie wy­ru­sza­li na woj­nę zimą. Cała Eu­ro­pa grza­ła się wte­dy przy ogniu i ani my­śla­ła o wo­jacz­ce. Wo­jow­ni­cy z da­le­kich ste­pów, po­tom­ko­wie Czyn­gis–cha­na, po­grom­cy azja­tyc­kich po­tęg, je­cha­li w stro­nę chrze­ści­jań­skie­go świa­ta, by rzu­cić go do swych stóp i zdo­być wiel­kie bo­gac­twa. Za­mar­z­nię­te rze­ki sta­wa­ły się dla nich szla­ka­mi ko­mu­ni­ka­cyj­ny­mi, po któ­rych bez prze­szkód po­ru­sza­ły się ko­nie ze spe­cjal­nie ob­wią­za­ny­mi ko­py­ta­mi, aby nie śli­zgać się po lo­dzie. W ten wła­śnie spo­sób woj­ska mon­gol­skie do­tar­ły do po­ło­żo­nej na kil­ku wzgó­rzach sto­li­cy Rusi – Ki­jo­wa, jed­ne­go z naj­więk­szych ów­cze­snych miast świa­ta. Te­raz pa­trzy­li ła­ko­mym wzro­kiem na ko­pu­ły kil­ku­dzie­się­ciu ki­jow­skich cer­kwi. Tam był ich łup. Się­gnę­li do koł­cza­nów po spe­cjal­ne strza­ły z wy­żło­bio­ny­mi row­ka­mi, wy­da­ją­ce cha­rak­te­ry­stycz­ne wy­cie w trak­cie lotu. Na ko­men­dę na­ło­ży­li je na cię­ci­wy da­le­ko­dy­stan­so­wych łu­ków (każ­dy wo­jow­nik miał dwa łuki – je­den do strza­łów na dużą od­le­głość, dru­gi na krót­ką, gdy trze­ba było prze­bić pan­cerz wro­ga). W stro­nę gro­du Kija po­le­cia­ła chmu­ra wy­ją­cych strzał. Pę­dzi­ły pod si­ny­mi ob­ło­ka­mi jak czter­dzie­ści ty­się­cy chi­cho­czą­cych dia­błów, by spaść na gło­wy ki­jo­wian. Ta pierw­sza sal­wa mia­ła za­da­nie czy­sto psy­cho­lo­gicz­ne – ode­bra­nie obroń­com chę­ci do sta­wia­nia opo­ru i wla­nie w ich ser­ca prze­raź­li­we­go stra­chu. Ki­jow­skie kro­ni­ki mó­wią, że od tej ogrom­nej licz­by strzał w jed­nej chwi­li nie­bo sta­ło się wręcz czar­ne. Był 6 grud­nia 1240 roku. To, co na­stą­pi­ło po­tem, było ab­so­lut­ną he­ka­tom­bą. Ki­jów już ni­g­dy nie od­zy­skał daw­nej świet­no­ści – znisz­czo­no i ob­ró­co­no w proch jego wiel­kie cer­kwie, bi­blio­te­ki, wi­tra­że, kwa­dry­gi z brą­zu, klasz­to­ry i ko­ścio­ły ka­to­lic­kie. Mia­sto spły­nę­ło krwią, a Mon­go­ło­wie po­zo­sta­wi­li przy ży­ciu za­le­d­wie kil­ka osób, i to tyl­ko po to, aby ucie­ki­nie­rzy owi opo­wia­da­li wszem i wo­bec, jak strasz­ne woj­sko nad­cią­ga ze Wscho­du i by ko­lej­ne gro­dy pod­da­wa­ły się wro­gom same.

Ów­cze­sna, roz­bi­ta na dziel­ni­ce Pol­ska, nie prze­czu­wa­ła na­wet, że ta­tar­ski na­jazd już zimą i wio­sną na­stęp­ne­go roku spu­sto­szy ją cał­ko­wi­cie. I że przyj­dzie Po­la­kom sto­czyć jed­ną z naj­waż­niej­szych bi­tew w swo­jej hi­sto­rii – bi­twę na Do­brym Polu pod Le­gni­cą. Oraz że zgi­nie w niej, po­no­sząc mę­czeń­ską śmierć, wspa­nia­ły ślą­ski wład­ca, ksią­żę Hen­ryk II zwa­ny przez lud Po­boż­nym; ten, o któ­rym pa­pież Grze­gorz w 1239 roku pi­sał w li­ście do le­ga­ta Al­ber­ta Be­he­ima „Ille H. chri­sta­nis­si­mus prin­ceps Po­lo­niae”, czy­li „naj­bar­dziej chrze­ści­jań­ski wład­ca Pol­ski”.

9 kwiet­nia, w bi­twie pod Le­gni­cą, ten wspa­nia­ły obroń­ca chrze­ści­jań­stwa, oto­czo­ny mo­rzem wro­gich głów, bił się do koń­ca. Bił się, wzo­rem Le­oni­da­sa, da­jąc w ofie­rze swo­je ży­cie. Cięż­ko ran­ny zo­stał za­wle­czo­ny przed ob­li­cze ta­tar­skie­go wo­dza Ordu i tam ścię­ty.

7 paź­dzier­ni­ka 2015 roku Kon­fe­ren­cja Epi­sko­pa­tu Pol­ski jed­no­gło­śnie za­twier­dzi­ła wnio­sek o tzw. ni­hil ob­stat („nic nie stoi na prze­szko­dzie”) dla przy­go­to­wań do pro­ce­su be­aty­fi­ka­cyj­ne­go Hen­ry­ka Po­boż­ne­go. Dla śro­do­wi­ska zwią­za­ne­go z Le­gni­cą to wspa­nia­ły dzień – uko­ro­no­wa­nie dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nich sta­rań o wy­nie­sie­nie księ­cia na oł­ta­rze. Dusz­pa­ster­stwo Lu­dzi Pra­cy’90 już od po­cząt­ku swe­go po­wsta­nia, któ­re mia­ło miej­sce w rocz­ni­cę bi­twy, za­bie­ga­ło o to, by bo­ha­ter z Do­bre­go Pola wszedł do pan­te­onu pol­skich bło­go­sła­wio­nych.

Tak­że i dla mnie po­stać Hen­ry­ka Po­boż­ne­go sta­ła się szcze­gól­ną. Po­dą­ża­łem jego śla­da­mi pi­sząc „Psy Tar­ta­ru” (wyd. 2010), po­wieść o jego ostat­niej wal­ce i tam­tych, nie­spo­koj­nych cza­sach. Do­tar­łem do re­la­cji z bi­twy, któ­rą prze­ka­zał w ma­nu­skryp­cie „Hi­sto­ria Tar­ta­ro­rum” mnich C. de Bri­dia, praw­do­po­dob­nie współ­uczest­nik wy­pra­wy – z Be­ne­dyk­tem Po­la­kiem i Wło­chem Gio­van­nim da Pian del Car­pi­ne – do mon­gol­skie­go cha­na, jaka zo­sta­ła przed­się­wzię­ta kil­ka lat po bi­twie. Te za­pi­ski, od­na­le­zio­ne w No­wym Jor­ku w la­tach 50. XX wie­ku, rzu­ci­ły nowe świa­tło na to, co sta­ło się na Le­gnic­kim Polu. Tym są one cen­niej­sze, że po­cho­dzą z ust wro­ga, po­ka­zu­ją jego wer­sję hi­sto­rii, w tym oko­licz­no­ści śmier­ci Po­boż­ne­go. Do tej pory hi­sto­ry­cy opie­ra­li się na prze­ka­zie Dłu­go­szo­wym, w któ­rym czy­ta­my: „Kie­dy pod­nió­sł­szy pra­wą rękę chciał ugo­dzić Ta­ta­ra, któ­ry mu za­gro­dził dro­gę, dru­gi Ta­tar prze­bił go dzi­dą pod ra­mię. (Ksią­żę) zwie­siw­szy ra­mię, zsu­nął się z ko­nia ugo­dzo­ny śmier­tel­nie. Ta­ta­rzy wśród gło­śnych okrzy­ków i cha­otycz­nej, nie­praw­do­po­dob­nej wrza­wy uj­mu­ją go i wy­cią­gnąw­szy poza te­ren wal­ki na od­le­głość dwóch mio­tów z ku­szy, mie­czem ob­ci­na­ją gło­wę, ze­rwaw­szy od­zna­ki, po­zo­sta­wia­ją na­gie cia­ło”. Tym­cza­sem de Bri­dia pi­sze: „Wte­dy księ­cia Hen­ry­ka wzię­li Ta­ta­rzy do nie­wo­li i cał­ko­wi­cie ob­ra­bo­wa­li, a ka­za­li mu klęk­nąć przed mar­twym wo­dzem, któ­ry po­legł w San­do­mie­rzu. Gło­wę jego jak­by ba­ra­na za­wieź­li przez Mo­ra­wy na Wę­gry do Batu i wkrót­ce po­tem po­rzu­ci­li ją mię­dzy gło­wy in­nych po­le­głych”. Z tej la­ko­nicz­nej re­la­cji wi­dać ja­sno, że ksią­żę nie zgi­nął w trak­cie bi­twy, lecz zo­stał za­mę­czo­ny już po niej…

Wy­obra­że­nie Po­la­ków o Ta­ta­rach wy­ra­sta czę­sto z Sien­kie­wi­czow­skich opi­sów zma­gań z nimi na Dzi­kich Po­lach. Snu­je się więc nam taki oto ob­raz mon­gol­skich wo­jow­ni­ków – dzi­ka chma­ra jeźdź­ców na ko­niach, wy­jąc na po­tę­gę i strze­la­jąc z łuku rzu­ca się w bez­ła­dzie na wro­ga, by po­tem po­zo­ro­wać uciecz­kę i wcią­gać w pu­łap­kę. Tym­cza­sem, je­śli cho­dzi o ar­mię ta­tar­ską ata­ku­ją­cą Eu­ro­pę w po­ło­wie XIII wie­ku, wy­obra­że­nia te nie mają nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Pół­noc­ny, skie­ro­wa­ny na pol­skie zie­mie na­jazd, ma­ją­cy cha­rak­ter wła­ści­wie osło­no­wy dla głów­ne­go ude­rze­nia, ja­kie kie­ro­wał na Wę­gry sam Batu, był dla na­szych przod­ków praw­dzi­wą apo­ka­lip­są. Nie tyl­ko z tego po­wo­du, iż przy­da­rzył się na­gle, a żoł­nie­rze ta­tar­scy – któ­rzy ni­g­dy się nie myli, ży­wi­li krwią z na­cię­tych kar­ków koń­skich i zna­czy­li twa­rze licz­ny­mi bli­zna­mi – wy­glą­da­li jak be­stie z pie­kła ro­dem. Ale też dla­te­go, że mon­gol­ska myśl woj­sko­wo–tech­nicz­na wy­prze­dza­ła całą za­chod­nią Eu­ro­pę o wie­le… wie­ków.

Po pierw­sze cała ar­mia ta­tar­ska była z za­ło­że­nia kon­na. W da­le­kich ste­pach Mon­go­lii każ­da ro­dzi­na prze­zna­cza­ła jed­ne­go chłop­ca do służ­by woj­sko­wej. Chło­piec taki, wy­cho­wy­wa­ny od ma­łe­go w sio­dle i z łu­kiem w ręku, tra­fiał do spe­cjal­nej Aka­de­mii Wo­jen­nej. Tam po­świę­cał się ćwi­cze­niom – wo­jacz­ka sta­wa­ła się jego za­wo­dem. Na po­li­go­nach uczył się tak­tycz­ne­go usta­wia­nia, spo­so­bów wal­ki, róż­nych for­ma­cji, strze­la­nia z róż­nych łu­ków, wal­ki wręcz. Każ­dy wo­jow­nik miał co naj­mniej dwa ko­nie, by móc je zmie­niać i utrzy­mać tem­po mar­szu, dwa łuki i dwa koł­cza­ny. Łuk mon­gol­ski da­wał ta­kie moż­li­wo­ści strza­łu, ja­kich nie miał wte­dy nikt w Eu­ro­pie, za­rów­no je­śli cho­dzi o siłę, jak i za­sięg ude­rze­nia. Prze­bi­jał na­wet pan­ce­rze. Po­da­nia mó­wią, że do­bry strze­lec po­tra­fił tra­fić do celu od­da­lo­ne­go o 500 me­trów. Gdy współ­cze­śnie sta­ra­no się po­bić mon­gol­skie re­kor­dy, nie uda­ło się to na­wet przy uży­ciu su­per­no­wo­cze­sne­go łuku kom­po­zy­to­we­go.

Woj­sko ta­tar­skie było tak­że – po­dob­nie ar­mia rzym­ska – po­dzie­lo­ne sys­te­mem dzie­sięt­nym na od­dzia­ły. Każ­da dzie­siąt­ka zwa­na har­ba­nem mia­ła swo­je­go do­wód­cę, pod­ofi­ce­ra. Har­ban łą­czył się w dżau­ny, czy­li set­ki, do­wo­dzo­ne przez set­ni­ków. Naj­więk­szą jed­nost­kę sta­no­wił tu­men, któ­ry mógł li­czyć, we­dług róż­nych sza­cun­ków, na­wet kil­ka ty­się­cy żoł­nie­rzy. Obóz wo­jen­ny był za­wsze roz­sta­wia­ny we­dług ta­kie­go sa­me­go pla­nu, żeby za­wsze tra­fić np. do na­mio­tu me­dy­ka. Ofi­ce­ro­wie no­si­li dys­tynk­cje tzw. paj­dze, któ­re wzo­rem i ma­te­ria­łem od­róż­nia­ły po­wiedz­my ta­tar­skie­go „ka­pi­ta­na” od „puł­kow­ni­ka”. Atak na Eu­ro­pę był bar­dzo pre­cy­zyj­nie przy­go­to­wa­ny – po­prze­dzi­ły go wy­pra­wy szpie­gow­skie, na pod­sta­wie któ­rych wy­ry­so­wa­no mapy z ozna­czo­ny­mi bro­da­mi na rze­kach, li­czeb­no­ścią ry­ce­rzy na straż­ni­cach czy zam­kach. Ta trzy­na­sto­wiecz­na „ko­nar­mia” osią­ga­ła rów­nież nie­by­wa­łe jak na tam­te cza­sy tem­po mar­szo­we, się­ga­ją­ce kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów dzien­nie. W cią­gu ty­go­dnia mo­gła więc prze­rzu­cić się z oko­lic San­do­mie­rza na Dol­ny Śląsk. Jak na ów­cze­sne stan­dar­dy były to pręd­ko­ści nie­wia­ry­god­ne. Bi­twy to­czy­ły się prze­cież przy ma­so­wym wy­ko­rzy­sta­niu pie­cho­ty, i tyl­ko głów­ne, prze­ła­mu­ją­ce ude­rze­nie wy­ko­ny­wa­ła cięż­ko­zbroj­na kon­ni­ca. To po­wo­do­wa­ło, że ar­mia za­chod­nia wlo­kła się ca­ły­mi ty­go­dnia­mi, w tem­pie pie­chu­rów i ta­bo­rów, by do­trzeć do celu. Ta­ta­rzy sto­so­wa­li nie­zna­ną wów­czas w Eu­ro­pie myśl stra­te­gicz­ną – woj­nę bły­ska­wicz­ną. Blitz­krieg. Do­kład­nie taką, jak Niem­cy na po­cząt­ku II woj­ny świa­to­wej. Waż­ne były szyb­kość i ele­ment za­sko­cze­nia, do­bry pan­cerz, siła ognia, oraz wcho­dze­nie głę­bo­ki­mi za­go­na­mi w te­ry­to­rium wro­ga, tak by obejść jego siły, oskrzy­dlić i schwy­tać w pu­łap­kę. Mon­go­ło­wie, dzię­ki for­ma­cji zwa­nej ka­ra­ga­na (krzew) roz­pusz­cza­li w wie­lu kie­run­kach kor­pu­sy, od­dzia­ły i małe gru­py zwia­dow­ców. Wni­ka­li w te­ren prze­ciw­ni­ka, tak że od­cho­dzą­ce na bok „ga­łę­zie”, a z nich jesz­cze mniej­sze „ga­łąz­ki” for­mo­wa­ły kształt krze­wu. Dzię­ki temu po­tra­fi­li szyb­ko zna­leźć wro­gą ar­mię, po czym bły­ska­wicz­nie się ze­środ­ko­wać i ude­rzyć. W trak­cie bi­twy Ta­ta­rzy trzy­ma­li się że­la­znych za­sad tak­ty­ki. Nic nie było tu przy­pad­ko­we. Na przy­kład – gdy trze­ba było „wy­łą­czyć” z wal­ki nie­bez­piecz­ny od­dział wro­ga, sto­so­wa­li for­ma­cję „śli­ma­ka”, w trak­cie cią­głej jaz­dy tam i z po­wro­tem strze­la­li ogniem cią­głym, nie­prze­rwa­nym przez kil­ka­dzie­siąt mi­nut. Prze­ciw­nik mógł je­dy­nie za­sło­nić się tar­cza­mi i spró­bo­wać prze­trwać pod tym dia­bel­skim ostrza­łem. Funk­cjo­no­wał też bar­dzo spraw­ny sys­tem ko­mu­ni­ka­cji – z fla­ga­mi czy strza­ła­mi sy­gna­ło­wy­mi pusz­cza­ny­mi wzdłuż sze­re­gów kon­ni­cy. W do­dat­ku do­wód­ca ni­g­dy nie rzu­cał się w wir wal­ki, jak to było eu­ro­pej­skim zwy­cza­jem, lecz wraz ze swym szta­bem ob­ser­wo­wał prze­bieg bi­twy i wy­da­wał roz­ka­zy. Taką opo­wieść o po­tę­dze wo­jen­nej Ta­ta­rów moż­na snuć jesz­cze dłu­go. Wnio­sek jest je­den – ksią­żę ślą­ski Hen­ryk Po­boż­ny zmie­rzył się więc z prze­ciw­ni­kiem, któ­ry prze­wyż­szał go mi­li­tar­nie pod każ­dym wzglę­dem, nie tyl­ko ilo­ścio­wym. Tym­cza­sem sam miał do dys­po­zy­cji nie­wie­le re­gu­lar­ne­go ry­cer­stwa – huf­ce wiel­ko­pol­ski i ma­ło­pol­ski, tro­chę krzy­żow­ców, tem­pla­riu­szy i Krzy­ża­ków. Mu­siał po­sił­ko­wać się „po­spo­li­tym ru­sze­niem” – w bi­twie le­gnic­kiej bra­li więc udział gór­ni­cy ze Zło­to­ryi. Nie do­cze­kaw­szy się po­mo­cy cze­skiej, ru­szył z Le­gni­cy na spo­tka­nie prze­zna­cze­niu. Ma­tej­ko na­ma­lo­wał go, jak wy­jeż­dża z ko­ścio­ła z bla­dą twa­rzą. Po­noć spa­dła wte­dy da­chów­ka, a ktoś po­wie­dział, że to „zły znak”. Ksią­żę był jed­nak wier­ny wy­cho­wa­niu. Mat­ka, św. Ja­dwi­ga, ukształ­to­wa­ła go du­cho­wo na czło­wie­ka peł­ne­go wia­ry, po­ko­ry i od­wa­gi. A jego oj­ciec, Hen­ryk Bro­da­ty – wi­zjo­ner, czło­wiek bu­du­ją­cy myśl zjed­no­cze­nio­wą, ma­rzą­cy o od­zy­ska­niu ko­ro­ny i wi­dzą­cy ko­niecz­ność eko­no­micz­ne­go bu­do­wa­nia pod­wa­lin pod przy­szłą Pol­skę – na­uczył go od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec przyj­mo­wa­nych na sie­bie za­dań. Tak tę od­po­wie­dzial­ność ro­zu­miał Hen­ryk Po­boż­ny, że gdy przy­szło mu bić się z ar­mią bar­ba­rzyń­ców ze Wscho­du, trwał w boju aż do koń­ca. Był ry­ce­rzem chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­py – bo­ha­te­rem pol­skim. Wy­spiań­ski w rap­so­dzie ko­ro­no­wał go na kró­la. Może cza­sem trze­ba po­słu­chać po­ety, by z jego in­stynk­tow­nej wi­zji czer­pać wie­dzę du­cho­wą, gdy pi­sał: „Ty nas od­ro­dzisz! Wzią­łeś na­sze cia­ło. Od­ro­dzisz du­cha Pol­skę zmar­twych­wsta­łą”. W pro­jek­cie wa­wel­skie­go wi­tra­ża uka­zał go spo­wi­te­go płasz­czem szkar­łat­nym, w pło­mie­niach, gi­ną­ce­go na ofiar­nym sto­sie. Chciał wy­nieść Po­boż­ne­go na Wa­wel, mię­dzy kró­lów, mię­dzy naj­więk­szych.

Po bi­twie mat­ka i żona szu­ka­ły bez­gło­we­go cia­ła księ­cia, i zna­la­zły je, roz­po­zna­jąc po jego cha­rak­te­ry­stycz­nym szó­stym pal­cu u nogi. Za­sta­nów­my się przez chwi­lę nad tym ob­ra­zem. Ozna­cza on, że le­ża­ło tam wie­le bez­gło­wych ciał ry­ce­rzy, któ­rzy zgi­nę­li w taki sam spo­sób, w jaki obec­nie giną chrze­ści­ja­nie mor­do­wa­ni przez wy­znaw­ców Al­la­ha. To jest most. Most mię­dzy nami i tam­ty­mi ludź­mi. Wzno­si się po­nad rze­ką, któ­rą pły­ną le­tej­skie wody za­po­mnie­nia. Sza­ra mgła od­gra­dza nas od tych, co kie­dyś szli na śmierć, by­śmy my mo­gli dziś śpie­wać, że „ona jesz­cze nie zgi­nę­ła”. Po tym mo­ście szla­kiem Po­boż­ne­go po­dą­ża­ją ko­lej­ne po­sta­ci: ksiądz Sko­rup­ko, Rej­tan, mil­czą­cy po­sło­wie sej­mu roz­bio­ro­we­go z Grod­na, Ja­siń­ski z Pra­gi, Or­don, ksiądz Brzó­ska, Trau­gutt, Lis–Kula, Pi­lec­ki i wresz­cie Inka, któ­ra gdy już do niej mie­rzy­li z pi­sto­le­tu po­wie­dzia­ła: „Po­wiedz­cie bab­ci, że za­cho­wa­łam się jak trze­ba”. Oni wszy­scy, je­den za dru­gim i całe sze­re­gi, całe ar­mie, za­cho­wa­ły się jak trze­ba.

Niech mają w nie­bie ta­kich orę­dow­ni­ków jak – daj Boże – przy­szły bło­go­sła­wio­ny Hen­ryk Po­boż­ny.

[wSie­ci, nr 42/2015]

 

 

SIE­DEM­SET trzy­dzie­ści lat to szmat cza­su, prze­szłość tak daw­na, że wy­da­je się nie mieć dla ży­ją­cych obec­nie zbyt wiel­kie­go zna­cze­nia. War­to jed­nak prze­mie­rzyć tę ot­chłań wie­ków i za­trzy­mać się w stycz­niu 1285 roku, a na­stęp­nie sku­pić uwa­gę na wy­da­rze­niu, któ­re mia­ło nie­ba­ga­tel­ny wpływ na to, kim je­ste­śmy te­raz, a być może było jed­nym z fun­da­men­tal­nych kro­ków w bu­do­wa­niu cze­goś, co obec­nie de­fi­niu­je­my, jako „pol­ska toż­sa­mość” – na sy­no­dzie w Łę­czy­cy.

Na­sza per­spek­ty­wa każe czę­sto my­śleć o wie­ku XIX, kie­dy nasz kraj znik­nął z map, ale po­zo­stał w my­ślach i ser­cach Po­la­ków. Czar­ny okres dzie­jów prze­trwa­li­śmy dzię­ki temu, że – jak w sło­wach pie­śni le­gio­no­wej – Pol­ska wte­dy nie zgi­nę­ła, kie­dy my chro­ni­li­śmy jej byt w na­szych du­szach. Tę myśl, to uczu­cie, to ro­zu­mie­nie Oj­czy­zny za­bor­cy usi­ło­wa­li znisz­czyć na róż­ne spo­so­by i po­nie­śli klę­skę. Na­sza siła du­cho­wa na­ro­dzi­ła się już u za­ra­nia pań­stwa pol­skie­go. Ale co spo­wo­do­wa­ło, że sło­wiań­skie ple­mio­na sta­ły się Rze­czą­po­spo­li­tą?

Jed­nym z ta­kich ka­mie­ni mi­lo­wych ro­dze­nia się toż­sa­mo­ści był sy­nod łę­czyc­ki, zwo­ła­ny pod świa­tłym prze­wo­dem ar­cy­bi­sku­pa Ja­ku­ba Świn­ki.

Tu zno­wu trze­ba się za­trzy­mać. Oto po raz ko­lej­ny je­ste­śmy w Eu­ro­pie świad­ka­mi wy­da­rze­nia, któ­re wy­trą­ca spo­łe­czeń­stwa Za­cho­du z le­tar­gu i bło­gie­go snu wo­bec za­gro­żeń skie­ro­wa­nych w samo ją­dro na­sze­go cy­wi­li­za­cyj­ne­go bytu – chrze­ści­jań­ską toż­sa­mość. Co praw­da na­paść mu­zuł­ma­nów na re­dak­cję „Char­lie Heb­do” był wy­mie­rzo­ny w śro­do­wi­sko le­wac­kie, lecz ma to tym smut­niej­szą wy­mo­wę, gdyż ci, któ­rzy w swo­ich ry­sun­kach ata­ko­wa­li nie tyl­ko is­lam, ale i naj­święt­sze war­to­ści ka­to­lic­kie, mi­mo­wol­nie ko­rzy­sta­li z do­bro­dziejstw chrze­ści­jań­skie­go sys­te­mu war­to­ści – tego, któ­ry uno­si byt ludz­ki do ran­gi Bo­że­go Cudu, a czło­wie­ka ob­da­rza wol­ną wolą oraz wol­no­ścią.

Pol­ska we współ­cze­śnie zmie­nia­ją­cym się eu­ro­pej­skim świe­cie może być jed­ną z ostat­nich wysp daw­nej kul­tu­ry. Mo­że­my się stać po raz ko­lej­ny „przed­mu­rzem chrze­ści­jań­stwa”, jak to było wie­lo­krot­nie w prze­szło­ści. Mo­że­my być du­cho­wym Cho­ci­miem, du­cho­wą Trem­bow­lą, du­cho­wym Wied­niem. Pod wa­run­kiem jed­nak­że, iż sami nie za­prze­my się tego, co nas kształ­to­wa­ło od wie­ków; pod wa­run­kiem, że za­cznie­my czer­pać ze skarb­ni­cy prze­szło­ści, a nie ją od­rzu­cać; pod wa­run­kiem, że przyj­mie­my dzie­dzic­two na­szych an­te­na­tów jako mą­dre, słusz­ne i po­trzeb­ne.

W tym świe­tle trze­ba spoj­rzeć na dzie­ją­cy się – wy­da­wa­ło­by się tak daw­no – sy­nod w Łę­czy­cy.

Przed XIX–wiecz­nym okre­sem mro­ku mie­li­śmy wszak­że je­den, jesz­cze dłu­żej trwa­ją­cy okres, w któ­rym pań­stwo­wość pol­ska za­ni­kła – czas roz­bi­cia dziel­ni­co­we­go. Sta­tut Krzy­wo­uste­go, wca­le nie tak głu­pi w swo­im wy­mia­rze, jak się go cza­sem zbyt szyb­ko osą­dza, nie speł­nił nie­ste­ty po­kła­da­nych w nim, przez Bo­le­sła­wa, na­dziei. Pra­gnie­nie wła­dzy jest zbyt sil­nym afro­dy­zja­kiem ludz­ko­ści. Za­wiść, woj­ny, dba­łość o wła­sne in­te­re­sy – spo­wo­do­wa­ły, że de fac­to prze­sta­ły funk­cjo­no­wać in­sty­tu­cje se­nio­ra­tu i pryn­cy­pa­tu. Jed­nym z wi­do­mych zna­ków tego, że Pol­ska jako pań­stwo jed­nak ist­nie­je, była or­ga­ni­za­cja ko­ściel­na. Sto­ją­cy na jej cze­le w dru­giej po­ło­wie XIII wie­ku ar­cy­bi­skup Ja­kub Świn­ka był nie­ja­ko głów­nym zjed­no­czy­cie­lem Pol­ski – do­ko­ny­wał licz­nych za­bie­gów po­li­tycz­nych, by re­sty­tu­ować kró­le­stwo, po­pie­ra­jąc w sta­ra­niach o ko­ro­na­cję czy to Hen­ry­ka Pro­bu­sa ze Ślą­ska, czy Prze­my­sła II z Wiel­ko­pol­ski.

W do­bie tej po­trze­by od­ro­dze­nia na­szej pań­stwo­wo­ści mu­siał Ja­kub Świn­ka po­sta­wić so­bie klu­czo­we py­ta­nia, któ­re do­ty­czą toż­sa­mo­ści pol­skiej. Co tak na­praw­dę nas łą­czy, spa­ja, co po­wo­du­je, że czu­je­my się jed­nym na­ro­dem, jed­ną wspól­no­tą?

Pa­mięć prze­szło­ści? Pa­mięć o świet­no­ści kró­le­stwa i do­ko­na­niach kró­lów? Re­li­gia? Ro­dzin­ne wię­zy? Pa­mięć o wy­jąt­ko­wo­ści oby­cza­ju po­li­tycz­ne­go, wy­ra­ża­na w wie­cach? Czy wresz­cie – ję­zyk pol­ski, ję­zyk jako za­sad­ni­cza część pol­skiej kul­tu­ry?

Od­po­wie­dzią na te fun­da­men­tal­ne py­ta­nia me­tro­po­li­ty gnieź­nień­skie­go były uchwa­ły sy­no­du w Łę­czy­cy. Sens tych sta­tu­tów trze­ba od­czy­ty­wać jako ści­śle zwią­za­ny z po­trze­bą od­bu­do­wy pol­skie­go pań­stwa i umoc­nie­nia jego toż­sa­mo­ści.

W „Ko­dek­sie dy­plo­ma­tycz­nym Wiel­ko­pol­ski” mo­że­my zo­ba­czyć, ja­kie­go wy­mia­ru na­bie­ra­ły owe uchwa­ły:

„Sta­no­wi­my (…), by wszy­scy księ­ża w nie­dzie­lę w cza­sie mszy św. po od­śpie­wa­niu Cre­do zgro­ma­dzo­nym wier­nym wy­kła­da­li po pol­sku: Wie­rzę w Boga, Oj­cze Nasz i Zdro­waś Mar­ja – oraz świę­ta w na­stęp­nym ty­go­dniu za­po­wia­da­li. A gdy się znaj­dą do­sta­tecz­nie bie­gli, niech wy­kła­da­ją ewan­ge­lię, za­chę­ca­ją wier­nych do wy­ko­ny­wa­nia do­brych uczyn­ków, do uni­ka­nia grze­chów, do peł­nie­nia służ­by Bo­żej, lub przy­naj­mniej do od­wie­dze­nia Cia­ła Pań­skie­go. Niech przed pod­nie­sie­niem ude­rzą w dzwon, aby się lu­dzie scho­dzi­li, i niech się po­tem mo­dlą za Ojca Świę­te­go i wszyst­kie stop­nie ko­ścio­ła, za kró­lów i ksią­żąt. Za po­kój i szczę­ście zie­mi – a w szcze­gól­no­ści zaś za do­bro­dzie­jów i pa­tro­nów i w ogó­le za ży­wych i za umar­łych, tam po­grze­ba­nych”.

Oto wy­kład tego, jak Ko­ściół ma wy­cho­wać Po­la­ka – na fun­da­men­cie wia­ry i mi­ło­ści. Mo­dli­twa jest tak­że na­rzę­dziem wy­cho­waw­czym. Sku­pia wo­kół ję­zy­ka pol­skie­go, bu­du­je od­nie­sie­nia emo­cjo­nal­ne do kró­la i wła­dzy za­rów­no du­cho­wej, jak i świec­kiej, za­szcze­pia po­czu­cie wdzięcz­no­ści i uczy po­ko­ry, wska­zu­je po­trze­bę po­ko­ju. Wią­że Po­la­ka z ko­ścio­łem, zie­mią, miej­scem. Uczy sku­pie­nia na tym, co waż­ne.

A tak­że sta­no­wi wska­zów­kę dla ka­pła­nów – praw­dzi­wych pa­ste­rzy pol­skie­go na­ro­du. Ta wska­zów­ka, jak wie­my, zo­sta­ła przez pol­ski stan ka­płań­ski wy­słu­cha­na i wpro­wa­dzo­na w ży­cie.

Stąd wy­ni­ka­ły tak­że za­le­ce­nia do­ty­czą­ce przyj­mo­wa­nia do za­ko­nów je­dy­nie Po­la­ków: „Gdy jest na­pi­sa­ne «pil­nie po­zna­waj trzo­dę swo­ją», sta­no­wi­my i usil­nie na­ka­zu­je­my za­cho­wać, aby nikt nie do­stał be­ne­fi­cjum, po­łą­czo­ne­go z pa­ster­stwem dusz, któ­ry­by nie był uro­dzo­ny w kra­ju oraz bie­gły w mo­wie tej­że zie­mi”.

Jed­ną z naj­waż­niej­szych uchwał była ta do­ty­czą­ca na­ucza­nia w ję­zy­ku pol­skim: „Na­ka­zu­je­my dla za­cho­wa­nia i roz­wo­ju ję­zy­ka pol­skie­go przy każ­dym ko­ście­le ka­te­dral­nym i za­kon­nym, jako też i in­nych miej­scach, aby tacy tyl­ko sta­no­wie­ni byli kie­row­ni­ka­mi szkół, któ­rzy do­brze mó­wią po pol­sku i mo­gli­by chłop­com ob­ja­śniać au­to­rów po pol­sku”.

Trze­ba wy­raź­nie zwró­cić uwa­gę na fakt, że ta usta­wa jest już de­dy­ko­wa­na spra­wom toż­sa­mo­ścio­wym i nie do­ty­czy bez­po­śred­nio ob­sza­ru wia­ry czy li­tur­gii. Śle­dząc gło­sy współ­cze­snych kry­ty­ków Ko­ścio­ła, któ­rzy su­ge­ru­ją, by ten nie „mie­szał się do po­li­ty­ki”, trze­ba im wska­zać na tam­ten akt z py­ta­niem, czy są pew­ni, że fakt w ogó­le ope­ro­wa­nia ję­zy­kiem pol­skim, na­wet w trak­cie wy­pi­sy­wa­nia ka­lum­nii i ata­ków na Ko­ściół, nie jest wy­ni­kiem za­bie­gów te­goż wła­śnie Ko­ścio­ła o to, by Po­la­cy byli Po­la­ka­mi?

Wpro­wa­dze­nie ję­zy­ka pol­skie­go bez­po­śred­nio do li­tur­gii to prze­cież po­su­nię­cie wy­prze­dza­ją­ce o wie­le se­tek lat po­sta­no­wie­nia So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że ar­cy­bi­skup Świn­ka, je­den z naj­więk­szych twór­ców pań­stwa pol­skie­go, zda­wał so­bie spra­wę z licz­nych za­gro­żeń, wi­dział za­lew niem­czy­zny, za­gro­że­nie dla bytu kul­tu­ro­we­go. Dla­te­go jego wal­ka o Pol­skę była pro­wa­dzo­na dwu­to­ro­wo: przez za­bie­gi dy­plo­ma­tycz­ne i po­li­tycz­ne oraz przez kształ­to­wa­nie pol­skiej toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej. Wie­dział, że Po­la­cy mu­szą umieć od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie – co to zna­czy two­rzyć pol­ską wspól­no­tę i co to zna­czy, gdy po­wie­my o so­bie w licz­bie mno­giej: „PO­LA­CY”?

Do tych po­jęć póź­niej mo­gli się od­wo­ły­wać na­stęp­ni wład­cy, po­cząw­szy od pierw­sze­go pol­skie­go kró­la od cza­sów Bo­le­sła­wa Śmia­łe­go, czy Prze­my­sła II, a do­cho­dząc do ta­kich po­sta­ci, jak Jan III So­bie­ski. Wi­ze­run­ki Mat­ki Bo­żej na pier­siach pan­ce­rzy hu­sar­skich pod Cho­ci­miem i Wied­niem – to bez­po­śred­ni sku­tek mą­drych po­su­nięć Ja­ku­ba Świn­ki.

Ar­cy­bi­skup wie­dział, że spo­iwem ma­łych spo­łecz­no­ści jest ko­ściół. Ko­ściół jako miej­sce. Świą­ty­nia sta­no­wią­ca cen­trum świa­ta wspól­no­ty. W uchwa­łach sy­no­du czy­ta­my: „Nad­to, aże­by wier­ni nie omi­ja­li ko­ścio­łów swo­ich, zwłasz­cza gdy cho­dzi o wy­bór miej­sca, gdzie będą po­cho­wa­ni, lecz aby wła­śnie przy­wią­zy­wać do tych ko­ścio­łów, po­sta­na­wia­my i ści­śle prze­strze­gać po­le­ca­my za­pi­sy­wać do­bro­dziej­stwa i imio­na do­bro­dzie­jów każ­de­go ko­ścio­ła i po na­uce pu­blicz­nie od­czy­ty­wać, tak aby za nich osob­ną od­mó­wio­no mo­dli­twę. Dzień śmier­ci ich za­zna­czać w księ­gach i na ścia­nach obok gro­bów. Rocz­ni­cę śmier­ci przy­po­mi­nać obec­nym i na ob­rzę­dy ża­łob­ne za nich wzy­wać”.

Kie­dyś, gdy Pol­ska wy­ku­wa­ła się spo­śród dzie­jo­wej za­wie­ru­chy, wspa­nia­ły pa­sterz na­ro­du wiódł nas ku szczę­śli­we­mu prze­zna­cze­niu. I wska­zy­wał pro­ste roz­wią­za­nia. Te­raz Eu­ro­pa stoi wo­bec no­wych za­gro­żeń. Mu­zuł­mań­skie hor­dy dy­szą nie­na­wi­ścią. Jak się bro­nić? Może le­piej, za­miast wie­szać bez­re­flek­syj­nie na szyi ta­blicz­kę z na­pi­sem „Je suis Char­lie”, spró­bo­wać od­po­wie­dzieć so­bie na za­sad­ni­cze py­ta­nie – co dla mnie zna­czy, że je­stem Po­la­kiem? Wte­dy wy­star­czy­ło­by wznieść w górę na­pis „Je suis po­lo­na­is”. I to był­by naj­lep­szy pro­test.

Nie trze­ba wiel­kich twierdz. Nie trze­ba Trem­bow­li i he­ro­icz­nych po­staw mał­żeń­stwa Chrza­now­skich, któ­rzy bro­ni­li zam­ku przed wiel­ką ar­mią tu­rec­ką w 1675 r. Choć być może przyj­dzie czas, że trze­ba bę­dzie się wy­ka­zać wiel­ką od­wa­gą. Na ra­zie wróć­my do kil­ku sta­rych prawd. Tych z wie­ku XIII. I nie psiocz­my na księ­ży, że na ko­niec mszy św. czy­ta­ją na­zwi­ska tych, któ­rzy we wsi dali ofia­rę na nową dzwon­ni­cę. Tak czy­nio­no w Pol­sce od wie­ków. Dzię­ki temu, m.in. je­ste­śmy ra­zem, je­ste­śmy jed­nym na­ro­dem. A tam­te dzwon­ni­ce, ko­ścio­ły, ka­pli­ce sto­ją prze­cież do dzi­siaj i słu­żą ko­lej­nym po­ko­le­niom. Mimo że wo­kół wy­ro­sły no­wo­cze­sne blo­ki, to sta­re bu­dow­le wznie­sio­ne przez na­szych przod­ków są nie­zwy­kłym sym­bo­lem cią­gło­ści na­ro­du, dzie­dzic­twem hi­sto­rii Rze­czy­po­spo­li­tej.

Dla­te­go z przy­jem­no­ścią idę na mszę do mo­je­go pa­ra­fial­ne­go ko­ścio­ła przy pla­cu Szem­be­ka na war­szaw­skim Gro­cho­wie. Wiem, że po­wstał w miej­scu, w któ­rym Po­la­cy bili się z Ro­sja­na­mi. Wiem, że naj­pierw był tu tyl­ko skrom­ny drew­nia­ny krzyż, pod któ­rym gro­ma­dzi­li się miesz­kań­cy War­sza­wy, by od­dać hołd bo­ha­te­rom li­sto­pa­do­wej in­su­rek­cji. Dla­te­go wzru­szam się, gdy ksiądz pro­boszcz dzię­ku­je wier­nym za wspar­cie w re­mon­cie, gdy cie­szy się, że te­raz bę­dzie ład­ny ko­lor ścian, gdy wska­zu­je, ile już ra­zem zro­bi­li­śmy, a ile jesz­cze nas cze­ka. Nas. Je­stem czę­ścią tego ko­ścio­ła i Ko­ścio­ła. Sto­ję w ław­ce i ści­skam dło­nie tym, co za mną, obok mnie, przede mną. Po­kój z Tobą – mó­wię. Po­kój z Tobą Po­la­ku, Po­kój z Tobą, cho­ciaż wi­dzę Cię tyl­ko te­raz. Może je­dy­ny raz w ży­ciu. Ale ści­skam Two­ją rękę i uśmie­cham się do Cie­bie. Przy­pro­wa­dzi­ła nas tu­taj wia­ra w je­den cel. By żyć mi­ło­ścią, jak nam wska­zał Je­zus Chry­stus.

Sto­ję więc na mszy w wiel­kiej gru­pie Po­la­ków. Mo­dli­my się, jak mo­dli­li się nasi daw­no zmar­li przod­ko­wie. Mó­wi­my – „Oj­cze nasz…”. Oj­cze nas wszyst­kich, Oj­cze Pol­skie­go Na­ro­du. Ma­jąc jed­ne­go Ojca i po­słusz­ni jego sło­wom sta­je­my się sil­ni.

Mamy świa­do­mość zie­mi, na któ­rej sto­imy. Wie­my, co zna­czą ścia­ny świą­ty­ni. A gdy na­stę­pu­je pod­nie­sie­nie, sły­szy­my dzwo­nek. Klę­ka­my. Tak, jak klę­ka­li wszy­scy lu­dzie pod­czas sy­no­du w Łę­czy­cy roku Pań­skie­go 1285. Tak samo, jak oni, wpa­tru­ję się we wznie­sio­ne ręce ka­pła­na. I w Praw­dę, któ­rą de­li­kat­nie trzy­ma w dło­niach.

[Ga­ze­ta Pol­ska, nr 3/2015]

 

 

MI­NĘ­ŁO rów­no sześć­set lat od wy­da­rze­nia, któ­re sta­ło się sym­bo­lem, jed­nym z ka­mie­ni wę­giel­nych po­ło­żo­nych pod po­tę­gę Rze­czy­po­spo­li­tej i jed­no­cze­śnie wi­do­mym zna­kiem nie­zwy­kłej my­śli po­li­tycz­nej Ja­giel­lo­nów wy­prze­dza­ją­cej swo­ją epo­kę. W nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści nad Bu­giem, w Ho­ro­dle, dnia 2 paź­dzier­ni­ka roku Pań­skie­go 1413 pod­pi­sa­no unię. Ten pań­stwo­wo­twór­czy do­ku­ment opa­trzo­ny dzie­siąt­ka­mi pie­czę­ci ce­men­to­wał Pol­skę i Li­twę. Pol­ska szlach­ta przy­ję­ła pod swo­je zna­ki her­bo­we li­tew­skich bo­ja­rów ka­to­lic­kich. Dzię­ki temu po­li­tycz­ne­mu „mał­żeń­stwu” Li­twa uzy­ska­ła m.in. gwa­ran­cję dość nie­za­leż­ne­go bytu. Już zresz­tą sama treść po­ro­zu­mie­nia za­war­te­go w Ho­ro­dle była czymś wy­jąt­ko­wym – zo­sta­ła na­pi­sa­na pięk­nym, li­te­rac­kim ję­zy­kiem i co naj­waż­niej­sze, od­no­si­ła się tak­że do war­to­ści du­cho­wych. Jako pod­sta­wę przy­szłe­go bytu pań­stwo­we­go uzna­ła bo­wiem naj­głęb­sze ewan­ge­licz­ne praw­dy. Fun­da­men­tem no­we­go bytu pań­stwo­we­go mia­ła stać się… Mi­łość.

Pi­sał o unii Ka­rol Szaj­no­cha – „Szczę­śli­we spół­dzia­ła­nie róż­nych po­bu­dek za­mie­ni­ło tę bez­przy­kład­ną unię na­ro­dów w tym bliż­szą unię ro­dzin i lu­dzi”.

Poza oczy­wi­stym sen­sem po­li­tycz­nym mia­ła ona rów­nież zna­cze­nie kul­tu­ro­we i re­li­gij­ne. Zwy­cię­stwo grun­waldz­kie nie przy­nio­sło efek­tów, ja­kich moż­na było po ta­kiej wik­to­rii ocze­ki­wać. Za­kon krzy­żac­ki na­dal wi­dział w Li­twie i Żmu­dzi swój te­ren wpły­wów – pole do pro­wa­dze­nia cią­głej kru­cja­ty i sze­rze­nia chrze­ści­jań­stwa za po­mo­cą mie­cza, knu­ta i po­chod­ni. Ho­ro­dło sta­wa­ło Krzy­ża­kom trud­ną do prze­łknię­cia ko­ścią w gar­dle. Pol­ska wy­ra­sta­ła bo­wiem na ośro­dek krze­wie­nia kul­tu­ry cy­wi­li­za­cji za­chod­niej, więc za­kon, któ­ry le­gi­ty­mi­zo­wał się tym sa­mym czuł, że tra­ci w tej czę­ści Eu­ro­py ra­cję bytu.

„Kie­ro­wa­ła się Pol­ska w tej mie­rze po­wszech­nym na­tchnie­niem ka­to­lic­kie­go Za­cho­du, któ­re­mu wła­ści­wa ów­cze­sne­mu sta­no­wi ry­cer­skie­mu ocho­ta do upo­wszech­nia­nia swo­ich oby­cza­jów i try­bu ży­cia po­słu­ży­ła za na­der sil­ną dźwi­gnię oświa­ty, uoby­czaj­nie­nia i uszla­chet­nie­nia ludz­ko­ści” – tak pió­ro dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go hi­sto­ry­ka opi­sy­wa­ło na­sze ów­cze­sne dą­że­nia.

Rzecz­po­spo­li­ta sta­ła się po Ho­ro­dle świa­do­mym gra­czem w świe­cie idei i war­to­ści. Ja­gieł­ło wie­dział, że li­czy się nie tyl­ko miecz, ale i siła mo­ral­na. Wła­śnie owa siła spo­wo­do­wa­ła fu­rię Krzy­ża­ków. I do­pro­wa­dzi­ła do ko­lej­ne­go, tym ra­zem czy­sto pro­pa­gan­do­we­go, kon­flik­tu. Ro­ze­grał się on w naj­bar­dziej „me­dial­nym” miej­scu owych cza­sów – na so­bo­rze po­wszech­nym w Kon­stan­cji, któ­ry roz­po­czął się w roku 1414.

W trak­cie wal­ki in­te­lek­tu­al­nej w „Kost­ni­cy” (jak daw­niej zwa­li Kon­stan­cję nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy), dzia­ły się rze­czy, któ­re z naj­więk­szą ra­do­ścią po­ka­za­ła­by każ­da te­le­wi­zja, gdy­by tyl­ko wte­dy ist­nia­ła.

Stro­na pol­ska star­ła się z Krzy­ża­ka­mi w po­ka­zo­wym pro­ce­sie ma­ją­cym roz­strzy­gnąć, kto ma ra­cję, je­śli cho­dzi o spo­sób ewan­ge­li­zo­wa­nia po­gan. Wy­na­ję­ci przez za­kon „mi­strzo­wie sło­wa” roz­pę­ta­li strasz­li­wą, oszczer­czą kam­pa­nię wo­bec Po­la­ków. Kam­pa­nię, któ­ra mia­ła zdys­kre­dy­to­wać pol­skie­go kró­la i du­cho­wień­stwo. Na wi­dow­nię wkro­czył bły­sko­tli­wy do­mi­ni­ka­nin Jan Fal­ken­berg. I na­tych­miast roz­po­czął atak. Po dru­giej stro­nie sali słu­cha­li go z za­cię­ty­mi mi­na­mi pol­scy bi­sku­pi.

W związ­ku z afe­ra­mi pe­do­fil­ski­mi trwa obec­nie zma­so­wa­ny atak na pol­ski Ko­ściół. To praw­da, że za­cna in­sty­tu­cja nie wy­ka­za­ła się od­po­wied­nio wcze­śnie zde­cy­do­wa­nym dzia­ła­niem. Jest tak­że czymś nie­pod­wa­żal­nie fun­da­men­tal­nym, że krzyw­dze­nia dzie­ci nie moż­na pró­bo­wać re­la­ty­wi­zo­wać czy uspra­wie­dli­wiać. Jed­nak w imię na­tych­mia­sto­we­go zna­le­zie­nia win­ne­go, roz­sza­la­ła na­gon­ka rzu­ci­ła się na cały pol­ski Ko­ściół, a w szcze­gól­no­ści, po nie­for­tun­nej wy­po­wie­dzi, na ar­cy­bi­sku­pa Mi­cha­li­ka. Jego wro­cław­skie ka­za­nie zo­sta­ło przed­sta­wio­ne jako pró­ba zrzu­ca­nia winy na dzie­ci. Tym­cza­sem trze­ba na­praw­dę dużo złej woli, żeby taki sens owej ho­mi­lii przy­pi­sać. Ar­cy­bi­skup wy­raź­nie po­tę­pił pe­do­fi­lów. I jed­no­cze­śnie we­zwał do tego, by przyj­rzeć się, jaki jest kli­mat cza­sów, w któ­rych ży­je­my. Cza­sów, któ­re sprzy­ja­ją roz­wią­zło­ści i lek­ko­ści oby­cza­jów – za­lew por­no­gra­fii, upa­dek au­to­ry­te­tów, sła­ba po­zy­cja na­uczy­cie­li, fa­tal­na kon­dy­cja pol­skiej ro­dzi­ny i wresz­cie tzw. fi­lo­zo­fia gen­der. Od wie­lu lat ten niby no­wo­cze­sny mo­del ży­cia, pły­ną­cy ze stro­ny zla­icy­zo­wa­nych, wy­ho­do­wa­nych na so­cja­li­stycz­nym grun­cie spo­łe­czeństw ba­zu­je na po­dob­nych ha­słach: „wszyst­ko ci wol­no”, „nie ma norm”, „nie ist­nie­ją oby­cza­je i daw­ne war­to­ści”, „nie ma za­sad”. Wol­ność sta­ła się Sa­mo­wo­lą. W ta­kim świe­cie, w sen­sie mo­ral­nym, żyje co­raz wię­cej lu­dzi. I ten świat sta­no­wi ide­al­ną po­żyw­kę dla zła. Je­śli więc chce­my na­praw­dę wal­czyć z pe­do­fi­lią – to poza ka­ra­niem spraw­ców po­win­ni­śmy za­jąć się mo­ral­ną od­bu­do­wą świa­ta. Win­ni­śmy za­cząć na po­wrót chry­stia­ni­zo­wać Pol­skę.

Czy nie tak na­le­ży zro­zu­mieć sens słów księ­dza ar­cy­bi­sku­pa?

Jed­nak więk­szość me­diów tzw. ma­in­stre­amu chó­ral­nie za­czę­ła ata­ko­wać abp. Mi­cha­li­ka, two­rząc oskar­ży­ciel­ską an­ty­ko­ściel­ną sym­fo­nię. Ka­za­nie – o zgro­zo – ko­men­tu­ją m.in. ta­kie po­sta­ci jak pan Anna Grodz­ka, czło­wiek któ­ry ma na­uczać mło­dzież sek­su­al­no­ści na spe­cjal­nych za­ję­ciach. Stwo­rzo­no je­den wiel­ki pasz­kwil.

Pasz­kwil – zja­dli­wy atak na prze­ciw­ni­ka, w któ­rym nie prze­strze­ga się żad­nych re­guł – za­wsze prze­cież przy­no­si dużo po­li­tycz­nych zy­sków. Na­wet je­że­li jest zbu­do­wa­ny na kłam­stwie.

Na so­bór w Kon­stan­cji po­je­chał ar­cy­bi­skup Mi­ko­łaj Trą­ba, były pod­kanc­le­rzy kró­la, któ­re­mu wład­ca ufał i któ­ry zaj­mo­wał się tak­że po­li­ty­ką wa­wel­skie­go dwo­ru. Ar­cy­bi­skup stał na cze­le nie­zwy­kłe­go or­sza­ku zło­żo­ne­go z ośmiu­set koni, wie­lu wo­zów, stroj­ne­go i oka­za­łe­go na tyle, by po­ka­zać splen­dor nowo po­wsta­łe­go pol­sko–li­tew­skie­go pań­stwa. W or­sza­ku je­cha­li rów­nież bi­skup po­znań­ski Ja­kub Ła­skarz, słyn­ny ry­cerz Za­wi­sza Czar­ny oraz rek­tor kra­kow­skie­go uni­wer­sy­te­tu Pa­weł z Bru­dze­wa, zwa­ny Paw­łem Włod­ko­wi­cem. Ten ostat­ni miał się stać głów­nym obroń­cą pol­skiej spra­wy i oskar­ży­cie­lem krzy­żac­kich po­czy­nań. Po bi­twie grun­waldz­kiej przy­szedł czas na ba­ta­lię in­te­lek­tu­al­ną.

Na­le­ży zdać so­bie spra­wę z ran­gi so­bo­ru – było to bez wąt­pie­nia wy­da­rze­nie ogni­sku­ją­ce na so­bie uwa­gę ca­łe­go ów­cze­sne­go świa­ta chrze­ści­jań­skie­go. Eu­ro­pa za­mar­ła przy­glą­da­jąc się wy­da­rze­niom so­bo­ro­wym, na jego czas usta­ły woj­ny, a do­nie­sie­nia z ob­rad roz­pa­la­ły umy­sły na wszyst­kich dwo­rach.

Naj­bar­dziej istot­nym pro­ble­mem była kwe­stia za­koń­cze­nia schi­zmy pa­pie­skiej. W owym cza­sie było jed­no­cze­śnie aż trzech pa­pie­ży, o róż­nej pro­we­nien­cji: rzym­ski, awi­nioń­ski i pi­zań­ski. Aby za­koń­czyć spo­ry, wy­bra­no w Kon­stan­cji no­we­go bi­sku­pa Rzy­mu – Mar­ci­na V Po dru­gie usta­lo­no wyż­szość so­bo­ru nad pa­pie­żem. Poza tym zaj­mo­wa­no się wie­lo­ma in­ny­mi spra­wa­mi, z któ­rych każ­da sta­no­wi­ła od­ręb­ny wą­tek, cią­gną­cy się czę­sto przez kil­ka lat – jak choć­by pro­ces Jana Husa, spa­lo­ne­go w koń­cu na sto­sie. Na mar­gi­ne­sie – Ko­ściół je­dy­nie ob­ło­żył Husa ana­te­mą i wy­klu­czył ze swo­je­go „cia­ła”. Wy­rok ska­zu­ją­cy na spa­le­nie zo­stał wy­da­ny przez urząd cy­wil­ny.

Do Kon­stan­cji przy­by­ły bar­dzo licz­ne de­le­ga­cje. Set­ki bi­sku­pów, pa­triar­chów, ty­sią­ce du­chow­nych. Byli mo­nar­cho­wie i ksią­żę­ta. Zje­cha­ły na­wet po­sel­stwa z Azji i Afry­ki. Wszyst­kie ów­cze­sne uni­wer­sy­te­ty wy­sła­ły swo­ich de­le­ga­tów, a za­tem, jak pi­sał Fe­liks Ko­necz­ny, był so­bór „wiel­kim kon­gre­sem po­li­tycz­nym i naj­więk­szym zjaz­dem na­uko­wym, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­no”.

Wła­śnie tam, przed ocza­mi ca­łe­go świa­ta, ro­ze­grał się po­je­dy­nek – z jed­nej stro­ny sta­nął kra­kow­ski rek­tor Pa­weł Włod­ko­wic. Z dru­giej do­mi­ni­ka­nin Jan Fal­ken­berg. Za­kon Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny chciał zde­za­wu­ować pań­stwo pol­sko–li­tew­skie, a Po­la­cy sta­ra­li się do­wieść, że Krzy­ża­cy w imię Zna­ku Zmar­twych­wsta­łe­go do­ko­nu­ją zbrod­ni.

Włod­ko­wic wy­stą­pił z przy­go­to­wa­nym uprzed­nio dzie­łem „O pa­pie­skiej i ce­sar­skiej wła­dzy wzglę­dem nie­wier­nych”. W ge­nial­nie na­pi­sa­nym trak­ta­cie twier­dził że „Przy­ję­li Po­la­cy do sie­bie Krzy­ża­ków, żeby im tar­czą byli, a oni dra­pież­cy w bicz się za­mie­ni­li”. Jego sło­wa były świa­dec­twem nie tyl­ko wiel­kiej umy­sło­wo­ści, prze­ni­kli­wo­ści, ale tak­że ta­len­tu pi­sar­skie­go i re­to­rycz­ne­go: „Nowe i nie­sły­cha­ne jest owe ka­zno­dziej­stwo, któ­re ró­zga­mi wy­mu­sza wia­rę. Nie uwa­ża się za po­sia­da­cza wia­ry Chry­stu­so­wej tego, któ­ry do chrztu chrze­ści­jań­skie­go nie do­bro­wol­nie lecz siłą zo­stał zmu­szo­ny przy­stą­pić… ni­ko­go do wia­ry nie wol­no przy­mu­szać… Przy­mu­so­wa służ­ba nie po­do­ba się Bogu, po­nie­waż do­bre­go sło­wa, a nie sro­go­ści win­ni uży­wać ci, któ­rzy dru­gich mają na­wra­cać.”. Aka­pit da­lej czy­ta­my: „Pod po­zo­rem po­boż­no­ści nie wol­no czy­nić rze­czy nie­boż­nych. Ci wszy­scy, któ­rzy do­bro­wol­nie oka­zu­ją po­moc za­ko­no­wi krzy­żac­kie­mu w zwal­cza­niu spo­koj­nych po­gan, nie są wol­ni od grze­chu śmier­tel­ne­go; nie oka­zu­je bo­wiem po­mo­cy, kto po­ma­ga do grze­chu”.

Pod­kre­ślał tak­że, że cho­ciaż przy­był na so­bór wraz z pol­ską de­le­ga­cją i jest Po­la­kiem, to dzia­łał „nie jako am­ba­sa­dor kró­la Pol­ski, ale jakouczo­ny”.

Wy­wód Włod­ko­wi­ca był ge­nial­ny. Fal­ken­berg i Krzy­ża­cy zo­sta­li roz­nie­sie­ni w proch świet­ną ar­gu­men­ta­cją, po­wo­ły­wa­niem się na od­po­wied­nie cy­ta­ty z Ewan­ge­lii, na pra­wa ce­sar­skie i pa­pie­skie. A gdy pró­bo­wa­li jesz­cze wszyst­ko pod­wa­żyć, oskar­ża­jąc o kłam­stwa, wte­dy Po­la­cy spro­wa­dzi­li ze Żmu­dzi. do­wód. Przed­sta­wi­li so­bo­ro­wi kil­ku­dzie­się­ciu Żmu­dzi­nów, któ­rzy opo­wie­dzie­li, jakto byli „ewan­ge­li­zo­wa­ni” przez Za­kon.

Zda­wa­ło się, że Krzy­ża­cy po­nie­śli po­raż­kę. Jed­nak pa­pież uni­kał wy­da­nia jed­no­znacz­ne­go wer­dyk­tu, po­wią­za­nia po­li­tycz­ne mia­ły swo­ją moc. Jan Fal­ken­berg wy­je­chał na ja­kiś czas do Pa­ry­ża. Tam uru­cho­mił inną broń. Pasz­kwil. Za­miast ob­sma­ro­wy­wać pol­ski Ko­ściół i pol­skie­gokró­la bez­po­śred­nio wo­bec so­bo­ru, na­pi­sał nie­wiel­kie dzieł­ko, któ­re na­zwał „Sa­ty­ra”. I pu­ścił je, by krą­ży­ło po Eu­ro­pie.

Był to je­den wiel­ki i pe­łen jadu atak na Pol­skę. Po­zba­wio­ny ja­kich­kol­wiek pod­staw. Stek kłamstw. Fal­ken­berg na­ma­wiał Eu­ro­pej­czy­ków, by na­tych­miast po­rzu­ci­li swo­je za­ję­cia i uda­li się na kru­cja­tę prze­ciw­ko Po­la­kom. Pi­sał, że są po­ga­na­mi, któ­rzy czczą boż­ka, zwa­ne­go Ja­gieł­ło, i że są to „psy bez­wstyd­ne, któ­rzy wró­ci­li do od­mę­tu nie­wia­ry”.

Fal­ken­berg twier­dził też, że „nie­wąt­pli­wie gro­zi Ko­ścio­ło­wi ze stro­ny Po­la­ków i ich kró­la nie­bez­pie­czeń­stwo, bar­dziej więc god­ne za­słu­gi jest za­bi­jać Po­la­ków niż po­gan”. Da­lej zaś na­ma­wiał do tego, by Po­la­ków za­bi­jać, do­stoj­ni­ków czy ksią­żę­ta wie­szać na szu­bie­ni­cach, a za to wszyst­ko cze­kać bę­dzie zba­wie­nie wie­ku­iste.

Nie­na­wiść i wście­kłość Fal­ken­ber­ga oraz Krzy­ża­ków była kie­ro­wa­na przede wszyst­kim w stro­nę dwóch śro­do­wisk – pol­skich hie­rar­chów ko­ściel­nych, po­nie­waż byli osto­ją my­śli pol­skiej, oraz pol­skich uczo­nych, któ­rzy swo­im au­to­ry­te­tem na­uko­wym wspie­ra­li ideę wiel­ko­ści pol­skie­go pań­stwa. I jed­ni, i dru­dzy wie­rzy­li, że zro­dzi­ła się nowa ja­kość. Nowa myśl pań­stwo­wa. Bu­do­wa­na na fun­da­men­cie, ja­kie­go nie zna­ła jesz­cze ów­cze­sna Eu­ro­pa. Wol­no­ści. Ro­zu­mia­nej bar­dzo no­wo­cze­śnie i bar­dzo pięk­nie. Ta­kiej wol­no­ści, któ­ra opie­ra się na Praw­dzie, Mi­ło­ści i Bo­żych Pra­wach.

Na szczę­ście z pasz­kwi­lem roz­pra­wił się bez tru­du Włod­ko­wic udo­wad­nia­jąc pa­pie­żo­wi, że „Sa­ty­ra” Fal­ken­ber­ga to ko­lej­ny do­wód na brud­ne me­to­dy pań­stwa za­kon­ne­go.

Krzy­ża­cy prze­stra­szy­li się kon­se­kwen­cji i za­czę­li się ze wszyst­kie­go wy­co­fy­wać. Oświad­czy­li na­wet, że nie mają z tym pi­smem nic wspól­ne­go i zrzu­ci­li całą winę na… Fal­ken­ber­ga. Do­mi­ni­ka­nin był wście­kły – po czar­nej ro­bo­cie czuł się wy­sta­wio­ny do wia­tru. Wy­ro­kiem pa­pie­skim spę­dził wie­le lat w od­osob­nie­niu.

Pol­ska Ja­giel­lo­nów try­um­fo­wa­ła. A Pa­weł Włod­ko­wic stał się wzo­rem dla tych uczo­nych, któ­rzy swo­je umie­jęt­no­ści wy­ko­rzy­stu­ją dla do­bra Na­ro­du. Bi­skup i rek­tor wra­ca­li z Kon­stan­cji jako zwy­cięz­cy.

Mi­nę­ło lat sześć­set. Daw­no już Hi­sto­ria zmio­tła Krzy­ża­ków. Na are­nę dzie­jów wkra­cza­li po­tem Pru­sa­cy, Ro­sja­nie, bol­sze­wi­cy, Niem­cy ze swa­sty­ka­mi na heł­mach. I oni tak­że oplu­wa­li i nisz­czy­li pol­skich na­ukow­ców oraz pol­skich hie­rar­chów. Kar­dy­nał Wy­szyń­ski mo­dlił się zza krat o Wol­ną Pol­skę. Po­pie­łusz­ko od­dał swo­je ży­cie za mó­wie­nie Praw­dy. Dzię­ki nim ta Wiel­ka Pol­ska, ta Rzecz­po­spo­li­ta Na­ro­dów, ale też Rzecz­po­spo­li­ta Serc, Rzecz­po­spo­li­ta Umy­słów cią­gle ist­nie­je.

I cią­gle musi się zma­gać. Bić. Gdy usi­łu­je do­cho­dzić do Praw­dy. Jak ci na­ukow­cy, któ­rzy cią­gle trwa­ją przy An­to­nim Ma­cie­re­wi­czu – wy­śmie­wa­ni i igno­ro­wa­ni. Jak hie­rar­cho­wie Ko­ścio­ła, któ­rzy od­waż­nie mó­wią o tym, że świat na­le­ży zmie­niać. Że trze­ba go chry­stia­ni­zo­wać.

Oni wszy­scy są po­tom­ka­mi Włod­ko­wi­ca i ar­cy­bi­sku­pa Mi­ko­ła­ja Trą­by. No­szą w so­bie ten ja­giel­loń­ski pier­wia­stek du­cha, zro­dzo­ny nie­gdyś w Ho­ro­dle.

W 1903 roku Fe­liks Ko­necz­ny tak pi­sał po­in­tu­jąc zma­ga­nia Włod­ko­wi­ca i Trą­by z Fal­ken­ber­giem: „Nie bra­kło ochot­nych do usłu­cha­nia rad Fal­ken­ber­ga, ale Po­lak wte­dy bro­nić się umiał, a mo­ral­ność w Eu­ro­pie sta­ła jesz­cze na tyle wy­so­ko, że pu­blicz­nie przy­naj­mniej nikt Fal­ken­ber­go­wi nie śmiał przy­kla­snąć, pod­czas gdy dzi­siaj… sie­dzą tacy Fal­ken­ber­go­wie na pro­fe­sor­skich ka­te­drach!”.

[Ga­ze­ta Pol­ska, nr 43/2013]

 

 

JE­ŚLI przyj­rzeć się hu­sar­skim zbro­jom wy­sta­wio­nym na Wa­we­lu czy w zbio­rach Mu­zeum Woj­ska Pol­skie­go w War­sza­wie, to naj­pierw rzu­ca się w oczy to, co pol­ski ry­cerz miał na na­pier­śni­ku. Po pra­wej stro­nie wi­dać krzyż mal­tań­ski wpi­sa­ny w koło, po le­wej zaś, tam gdzie pod bla­chą spa­ło ser­ce wo­jow­ni­ka, me­da­lion z Mat­ką Bo­ską. „Bo­ga­ro­dzi­ca, dzie­wi­ca, Bo­giem sła­wie­na Ma­ry­ja” śpie­wa­li ry­ce­rze na po­lach Grun­wal­du, ma­jąc Ją nie tyl­ko na ustach, ale też w ser­cach, gło­wach, my­ślach i uczyn­kach. Dla hu­sa­rii ów me­da­lion był sym­bo­lem nie tyl­ko ochro­ny, ale i kie­run­ku wszel­kich dzia­łań. Ma­ry­ja ma na nim dło­nie zło­żo­ne do mo­dli­twy, sto­py opie­ra na pół­księ­ży­cu. Tym­cza­sem zu­peł­nie inny pół­księ­życ ty­le­kroć wi­dzie­li chrze­ści­ja­nie mor­do­wa­ni przez wy­znaw­ców Al­la­ha. Pol­ska była na­zna­czo­na wschod­nim, azja­tyc­kim okru­cień­stwem, po­czy­na­jąc od na­jaz­dów ta­tar­skich wie­ku trzy­na­ste­go. Wte­dy po raz pierw­szy sta­li­śmy się przed­mu­rzem chrze­ści­jań­stwa za spra­wą bo­ha­ter­skiej po­sta­wy księ­cia Hen­ry­ka Po­boż­ne­go, mę­czen­ni­ka za wia­rę. Po­boż­ny zo­stał ścię­ty w obo­zie wo­dza mon­gol­skie­go, po­nie­waż nie zgo­dził się od­dać hoł­du mar­twe­mu cia­łu jed­ne­go z ta­tar­skich przy­wód­ców. Kie­dy jego gło­wę za­tknię­tą na pice po­ka­zy­wa­no miesz­kań­com Le­gni­cy, by osła­bić ich bo­jo­we­go du­cha, ci od­krzyk­nę­li, że ta­kich ry­ce­rzy, jak Hen­ryk, jest w Pol­sce dużo wię­cej. Okru­cień­stwo i po­gar­da wo­bec ży­cia ludz­kie­go, po­twor­ne tor­tu­ry, ob­ci­na­nie głów i ja­syr li­czo­ny w set­kach ty­się­cy – były przez dłu­gie wie­ki sym­bo­lem is­la­mu za­gra­ża­ją­ce­go ca­łej Eu­ro­pie. Te­raz znów je­ste­śmy tego świad­ka­mi, zaś dzi­siej­sze me­to­dy dzia­ła­nia wy­znaw­ców Ma­ho­me­ta są ta­kie same jak set­ki lat temu: ob­ci­na­nie głów, mor­do­wa­nie po­przez wy­myśl­ne tech­ni­ki, a wresz­cie ma­so­we za­bój­stwa, któ­re co­raz czę­ściej wstrzą­sa­ją tzw. cy­wi­li­zo­wa­nym świa­tem. W Tu­ne­zji mło­dy dzie­dzic osmań­skich tra­dy­cji szedł brze­giem mo­rza trzy­ma­jąc w ręku ka­ra­bin Ka­łasz­ni­ko­wa i bez emo­cji strze­lał do bez­bron­nych lu­dzi. Był jak jan­czar wy­cho­wa­ny i wy­uczo­ny tyl­ko w jed­nym celu – aby na­pi­nać cię­ci­wę łuku i po­sy­łać strza­ły, jed­na za dru­gą, w stro­nę nie­wier­nych. Opi­sy rze­zi do­ko­ny­wa­nych w wie­ku XVII przez mu­zuł­ma­nów z osmań­skiej Por­ty mo­gły­by kar­mić i oży­wiać wy­obraź­nię dzi­siej­szych wo­jow­ni­ków is­la­mu. I pew­nie to ro­bią, gdyż ich me­to­dy w ni­czym nie od­bie­ga­ją od tam­tych. Tym­cza­sem Eu­ro­pa i Sta­ny Zjed­no­czo­ne po­grą­ża­ją się w au­to­de­struk­cji kul­tu­ro­wej, ru­gu­jąc to, co za­wsze było na­szą siłą: opar­cie w ła­ciń­skich, chrze­ści­jań­skich ko­rze­niach cy­wi­li­za­cyj­nych. Gdy­by te wszyst­kie war­to­ści pró­bo­wać ja­koś ze­brać, opi­sać, wło­żyć w jed­ną de­fi­ni­cję – wy­star­czy­ło­by na­pi­sać jed­no sło­wo… BÓG. Ale prze­cież i suł­tan osmań­ski wy­sy­ła­ją­cy ar­mię pod Wie­deń w roku 1683 wy­krzy­ki­wał w swo­ich pysz­nych eks­kla­ma­cjach o Bogu. Tyle że nasz, chrze­ści­jań­ski Bóg prze­ka­zał lu­dziom na­ukę opar­tą na przy­ka­za­niach sta­ro­te­sta­men­tal­nych oraz tych sta­no­wią­cych naj­wyż­sze do­peł­nie­nie i wy­peł­nie­nie – przy­ka­za­niach Chry­stu­so­wych, któ­re stre­ścić moż­na zno­wu jed­nym sło­wem – Mi­łość. Na­to­miast Boga mu­zuł­ma­nów spro­wa­dzić moż­na tak­że do jed­ne­go sło­wa – Woj­na.

Kie­dy w pa­mięt­nym roku od­sie­czy wie­deń­skiej do­szło pod au­striac­ką sto­li­cą do wal­ki mię­dzy woj­ska­mi sprzy­mie­rzo­nych Au­stria­ków, Niem­ców i Po­la­ków pod wo­dzą Jana III So­bie­skie­go a tu­rec­ką hor­dą wspie­ra­ną ta­tar­ski­mi po­sił­ka­mi, to głów­ną osią spo­ru była kwe­stia wia­ry. My­śmy wie­rzy­li w na­sze­go Boga, Tur­cy w swo­je­go. My­śmy szli pod sztan­da­rem Boga Mi­ło­ści. Oni pod sztan­da­rem Boga Woj­ny. Zna­leź­li Go. Prze­gra­li.

Co jed­nak sta­no­wi­ło naj­więk­szą siłę pol­skich wojsk, któ­re pod Wied­niem roz­nio­sły w puch po­tom­ków Osma­na?

Moż­na by wy­mie­niać wie­le czyn­ni­ków, któ­re two­rzy­ły do­bre­go hu­sa­rza. Moż­na by pi­sać o tym, ile pie­nię­dzy trze­ba było, aby je­den to­wa­rzysz hu­sar­ski wy­sta­wił swój po­czet, sfi­nan­so­wał zbro­je, ko­pie, ko­nie, ki­ry­sy, sza­ble, kon­ce­rze, pro­por­ce i cze­ladź. To zresz­tą do­sko­na­le ro­bią hi­sto­ry­cy spe­cja­li­zu­ją­cy się w te­ma­cie hu­sa­rii, z ich nie­kwe­stio­no­wa­nym „het­ma­nem”, dr. Ra­do­sła­wem Si­ko­rą na cze­le. Moż­na by roz­wo­dzić się nad ta­len­ta­mi czy­sto woj­sko­wy­mi, wy­szko­le­niem, dys­cy­pli­ną czy spo­so­bem po­dej­mo­wa­nia wal­ki. To tak­że świad­czy o pięk­nie pol­skie­go du­cha wo­jen­ne­go. Same ko­men­dy i spo­sób pod­cho­dze­nia hu­sa­rii do szar­ży bu­dzą prze­cież za­chwyt. Oto rot­mistrz krzy­czy, by to­wa­rzy­sze i pocz­to­wi się „uci­szy­li”, a po­tem na­ka­zu­je brać sza­ble „na tem­bla­ki”, czy­li przy­wią­zać broń bia­łą do nad­garst­ków. A gdy hu­sa­ria zbli­ża się do wro­ga, to je­dzie „ma­łym kłu­skiem”, czy­li po­wo­li, nad­cią­ga­jąc na wro­ga z wol­na, jak zbli­ża­ją­ca się, ciem­na chmu­ra gra­do­wa z po­wie­wa­ją­cy­mi nad la­sem ko­pii pro­por­ca­mi. A na­stęp­nie idzie ko­men­da, by opu­ścić ko­pie. Te zwi­sa­ją na „pół koń­skie­go ucha” i wspar­te w spe­cjal­nym „toku”, trzy­ma­ne przez jeźdź­ca, dłu­gie cza­sem na po­nad pięć me­trów mie­rzą ostrzem w stro­nę wro­giej li­nii. Ale i wte­dy jesz­cze hu­sa­ria nie pę­dzi, nie gna w stro­nę prze­ciw­ni­ka. Cze­ka na jego sal­wę. Do­pie­ro, gdy ta na­stą­pi, ry­ce­rze ru­szą ławą w bój. Czy jed­nak zro­bią to jak bez­wład­na chma­ra, co po­wie­la tak chęt­nie pol­ski film? Nie, pój­dą rów­no obok sie­bie, sto­pa sto­pę, noga w nogę, koń koło ko­nia, jak ława, jak rów­ny, ga­lo­pu­ją­cy, opan­ce­rzo­ny mur na­je­żo­ny ko­pia­mi, fur­ko­czą­cy pro­por­ca­mi, świsz­czą­cy pió­ra­mi do­cze­pio­ny­mi do ple­ców pocz­to­wej cze­la­dzi, szem­rzą­cy fu­trem wil­ków czy niedź­wie­dzi u „pocz­to­wych” oraz lam­par­tów lub ty­gry­sów po­śród „kom­pa­ni­ji” czy­li to­wa­rzy­szy. Jed­na z ko­mend wy­da­wa­nych przed szar­żą na­ka­zy­wa­ła, by rota sta­nę­ła „ko­la­no w ko­la­no”. Ten zwar­ty szyk po­rów­nać moż­na do spar­tań­skiej fa­lan­gi, w któ­rej je­den wo­jow­nik osła­niał dru­gie­go swo­ją tar­czą i po­przez za­ufa­nie do sie­bie na­wza­jem two­rzy­li łań­cuch siły mi­li­tar­nej, nie­zwy­kle trud­ny do prze­rwa­nia. Tak więc owo za­ufa­nie było jed­ną z cech pol­skie­go hu­sa­rza – za­ufa­nie bu­du­ją­ce od­wa­gę. Ufaj Bogu, ufaj swe­mu do­wód­cy, ufaj swym to­wa­rzy­szom po le­wej i po pra­wej stro­nie. Ra­zem sta­no­wi­cie siłę. Każ­dy ele­ment jest po­trzeb­ny. Moż­na by więc dłu­go roz­pa­try­wać to wszyst­ko, co two­rzy­ło hu­sar­skie­go wo­jow­ni­ka. Ale po­nad tym, po­nad zbro­ją, rynsz­tun­kiem czy wy­szko­le­niem gó­ro­wa­ła jed­na rzecz. Ta, któ­rą uosa­bia­ły sym­bo­le za­klę­te w mo­sięż­nych me­da­lio­nach na na­pier­śni­kach hu­sar­skich – Krzyż i Mat­ka Boża. Była to wia­ra w Boga.

Dla wie­lu po­ko­leń Po­la­ków oczy­wi­sty był fakt, iż Jan III So­bie­ski zwy­cię­stwo wie­deń­skie w spo­sób jak naj­bar­dziej do­sad­ny za­wdzię­czał bo­skiej opie­ce, że po pro­stu je wraz z na­ro­dem wy­mo­dlił. Dzi­siaj na­dal jest dla wszyst­kim ja­sne, że król wraz z so­jusz­ni­ka­mi z Au­strii i Nie­miec uchro­nił chrze­ści­jań­ski świat przed tu­rec­kim za­gro­że­niem. Pa­mię­ta się wciąż sło­wa, ja­kie prze­ka­zał pa­pie­żo­wi In­no­cen­te­mu XI, pa­ra­fra­zu­jąc ce­za­riań­skie po­wie­dzon­ko i pi­sząc – „Ve­ni­mus, vi­di­mus, Deus vi­cit” („Przy­by­li­śmy, zo­ba­czy­li­śmy, Bóg zwy­cię­żył”). Jed­nak już rza­dziej wspo­mi­na się to, że So­bie­ski mo­dlił się przed, w trak­cie i po wy­pra­wie. Du­cho­wy, re­li­gij­ny kon­tekst jest czę­sto spy­cha­ny na plan dal­szy. Zresz­tą, cóż się dzi­wić – ko­lej­ne okrą­głe rocz­ni­ce bi­twy wie­deń­skiej były ob­cho­dzo­ne w wa­run­kach bra­ku nie­pod­le­gło­ści, zaś my mu­sie­li­śmy się zma­gać z pro­pa­gan­dą ob­cych państw, któ­re usi­ło­wa­ły w ogó­le po­mi­nąć udział Po­la­ków w tej bi­twie, zmi­ni­ma­li­zo­wać go, albo ośmie­szyć (łącz­nie z wer­sją mó­wią­cą, że Tur­cy ucie­kli na sam wi­dok ar­mii chrze­ści­jań­skiej). Gdy mi­ja­ła na przy­kład rocz­ni­ca set­na, w Au­strii od­by­ły się wiel­kie uro­czy­sto­ści, pro­ce­sje, na­bo­żeń­stwa… W ich trak­cie o na­szym kró­lu i hu­sa­rii nie wspo­mnia­no w ogó­le! Tak jak­by Po­la­ków pod Wied­niem nie było! Rzecz była pro­sta – dwór wie­deń­ski wła­śnie kon­su­mo­wał ukra­dzio­ną nam w I roz­bio­rze część pań­stwa. W wie­ku XIX było tym trud­niej, a od­po­wied­nią ran­gę mia­ły do­pie­ro ob­cho­dy 250. rocz­ni­cy, w od­ro­dzo­nej Pol­sce. Za PRL–u świę­to­wa­no trzech­set­le­cie wik­to­rii, or­ga­ni­zu­jąc uro­czy­sto­ści w Kra­ko­wie, ale w tym wszyst­kim, z po­wo­dów oczy­wi­stych za­gi­nął gdzieś Bóg i ka­to­lic­ka wia­ra. W fil­mie fa­bu­lar­nym, jaki wów­czas na­krę­co­no, po­sła­niec kró­lew­ski Du­pont zmie­rza z li­stem o zwy­cię­stwie i strze­mie­niem we­zy­ra do Ma­ry­sień­ki. W pa­mięt­ni­ku swo­im Du­pont opi­sał to tak: „Choć była do­pie­ro siód­ma rano, kró­lo­wa już klę­cza­ła przed oł­ta­rzem. Gdy tyl­ko mnie spo­strze­gła, nie­pew­na jaką wieść jej przy­no­szę, krzyk­nę­ła gło­śno, aż się echo roz­le­gło w ko­ście­le. Gdy prze­ka­za­łem jej no­wi­ny, rzu­ci­ła się na zie­mię przed oł­ta­rzem i po­zo­sta­ła tak przez kil­ka chwil. Na­stęp­nie wy­słu­cha­ła mszy, któ­rą ksiądz aku­rat roz­po­czy­nał w chwi­li, gdy wcho­dzi­łem do ko­ścio­ła. (…) Od­da­łem jej też strze­mię we­zy­ra, któ­re od razu ka­za­ła przy­wie­sić u stóp kru­cy­fik­su, gdzie też wisi po dziś dzień”. W fil­mie ta sce­na roz­gry­wa się w zam­ko­wej kom­na­cie, zaś Anna Dym­na w chwi­li wej­ścia pana Du­pont nie mo­dli się, tyl­ko spo­glą­da w okno. Po­tem z wiel­kim ta­len­tem – ow­szem – od­gry­wa wzru­sze­nie czy­ta­jąc kar­tecz­kę od kró­la z tek­stem: „Ten, któ­re­go noga była w tym strze­mie­niu, za ła­ską Boga zo­stał zwy­cię­żo­ny”. Jed­nak zmia­na ko­ścio­ła na kom­na­tę jest sym­bo­licz­na – zaś zla­icy­zo­wa­nie prze­strze­ni pa­mię­ci hi­sto­rycz­nej, do­ko­ny­wa­ne przez pro­pa­gan­dę PRL trwa do dzi­siaj. Pro­por­cje nie zo­sta­ły przy­wró­co­ne.

Trze­ba więc przy­po­mi­nać, jaki był po­czą­tek i fun­da­ment zwy­cię­stwa w od­sie­czy wie­deń­skiej roku 1683. Otóż od chwi­li, gdy w lip­cu za­czę­ło się ob­lę­że­nie au­striac­kiej sto­li­cy i od cza­su, gdy przy­był po­sła­niec do kró­la z proś­bą o po­moc, Jan III So­bie­ski za­czął szy­ko­wać się do woj­ny. Ro­bił to w dwóch wy­mia­rach. Pierw­szym było gro­ma­dze­nie woj­ska i uzbro­je­nia. Dru­gim – rów­nie waż­nym – przy­go­to­wa­nie du­cho­we, któ­re osią­gnę­ło wy­mia­ry ogól­no­na­ro­do­wej mo­dli­twy. Już w dro­dze z War­sza­wy do Kra­ko­wa król za­trzy­mał się w Czę­sto­cho­wie, by w klasz­to­rze na Ja­snej Gó­rze upra­szać u Mat­ki Bo­żej po­trzeb­nych łask. Otrzy­mał też spe­cjal­ne bło­go­sła­wień­stwo od oj­ców pau­li­nów. Po­tem, gdy tyl­ko sta­nął w daw­nej sie­dzi­bie wład­ców pol­skich, roz­po­czął praw­dzi­wą piel­grzym­kę po ko­ścio­łach kra­kow­skich. Ta du­cho­wa wę­drów­ka była sku­pio­na wo­kół re­li­kwii świę­tych oraz wi­ze­run­ków ma­ryj­nych. I tak 10 sierp­nia król wziął udział w spe­cjal­nej, pod­nio­słej mszy świę­tej ce­le­bro­wa­nej przez nun­cju­sza pa­pie­skie­go Pal­la­vi­ci­nie­go, któ­re­mu asy­sto­wa­ło kil­ku bi­sku­pów. Pod­czas na­bo­żeń­stwa mo­dlił się przed gro­bem św. Sta­ni­sła­wa i przy tru­mien­ce z re­li­kwia­mi św. Szy­mo­na z Lip­ni­cy. Na­stęp­nie, wraz z Ma­ry­sień­ką, od­by­li ro­dzaj pie­szej piel­grzym­ki kra­kow­skiej, idąc od świą­ty­ni do świą­ty­ni. Za­czę­li od ko­ścio­ła św. Pio­tra i Paw­ła, gdzie upra­sza­li łask przed re­li­kwia­mi św. Sta­ni­sła­wa Kost­ki, po­tem mo­dli­li się u Do­mi­ni­ka­nów przed gro­bem św. Jac­ka, na­stęp­nie u Fran­cisz­ka­nów pro­sząc o wsta­wien­nic­two bło­go­sła­wio­ną Sa­lo­meę i u gro­bu św. Jana Kan­te­go w ko­le­gia­cie św. Anny. Na ko­niec obo­je pa­dli na ko­la­na w ko­ście­le Ma­riac­kim. Śpie­wa­ły dwa, spe­cjal­nie opła­co­ne chó­ry, a kró­lew­ska para zmó­wi­ła przed ob­ra­zem Mat­ki Bo­żej li­ta­nię. Wrę­czo­no tak­że So­bie­skie­mu tar­czę ochron­ną, wie­rząc, że spe­cjal­ny Boży Pu­klerz jest nam po­trzeb­ny, by obro­nić świat przed is­lam­skim za­gro­że­niem. Ta „wró­żeb­na tar­cza” wy­obra­ża­ła zwy­cię­stwo Kon­stan­ty­na nad Mak­sen­cju­szem w roku 312. Pi­sał o niej Jan Ga­wiń­ski w dzieł­ku z 1680 roku za­ty­tu­ło­wa­nym „Ci­po­eus Chr­stia­ni­ta­tis to jest tarcz Chrze­ści­jań­stwa z cu­dow­nem na niej pa­nów chrze­ści­jań­skich na woj­nę prze­ciw­ko nie­przy­ja­cio­łom Krzy­ża św.”. A po­tem był dzień 15 sierp­nia. Świę­to Wnie­bo­wzię­cia Ma­ryi. Tego dnia mo­dlił się król w ko­ście­le Kar­me­li­tów na Pia­sku pod cu­dow­nym ob­ra­zem Mat­ki Bo­żej Pia­sko­wej. Stąd wy­ru­szył na Wie­deń, zo­sta­wia­jąc za sobą roz­mo­dlo­ny Kra­ków, roz­mo­dlo­ną Pol­skę. Nie da się nie za­uwa­żyć ko­in­cy­den­cji dat i wy­da­rzeń. Tak jak War­sza­wa w 1920 roku, tak Kra­ków w roku 1683 był mia­stem go­rą­cej mo­dli­twy – od­pra­wia­no mszę za mszą, mo­dlo­no się bez wy­tchnie­nia w każ­dej świą­ty­ni, cho­dzo­no w uro­czy­stych pro­ce­sjach, klę­cza­no z ró­żań­ca­mi w dło­niach pod cu­dow­ny­mi ob­ra­za­mi. Gdy król je­chał pod Wie­deń, tak jak skrzy­dła hu­sar­skie na pół­zbro­jach, tak du­cha mu do­da­wa­ła ta wiel­ka, wzmo­żo­na mo­dli­twa.

Po­dob­nie było i na polu bi­twy. Tuż przed tym, gdy 12 wrze­śnia pol­skie pra­we skrzy­dło mia­ło się prze­drzeć na swo­je po­zy­cje, a po­tem szy­ko­wać do ata­ku, Jan III wziął udział w od­pra­wio­nej jesz­cze przed świ­ta­niem mszy świę­tej. Od­by­ła się ona w spa­lo­nej do­pie­ro co przez po­hań­ców świą­ty­ni. Nie­ja­ko na gru­zach, w zglisz­czach i po­pio­łach, So­bie­ski ukląkł, by przy­jąć Cia­ło Chry­stu­sa. Wy­cią­gnął tak­że re­li­kwię Krzy­ża Św. i z jej siły czer­pał moc dla swo­jej ar­mii… Wie­dział o tym pa­pież In­no­cen­ty, któ­ry już po bi­twie po­wie­dział: „Po­znaj­my i chciej­my uznać dzie­ło pra­wi­cy Naj­wyż­sze­go, któ­ry do­ko­nał wiel­kie­go czy­nu w Izra­elu i wy­słu­chał próśb, za­no­szo­nych do Nie­go. Al­bo­wiem naj­droż­sze­go syna w Chry­stu­sie, ce­sa­rza Le­opol­da, całe rzym­skie im­pe­rium i mia­sto Wie­deń gi­ną­ce, ura­to­wał naj­droż­szy rów­nież syn nasz w Chry­stu­sie Jan król Pol­ski, któ­re­go słyn­ne­go z dziel­no­ści w woj­nach oraz in­nych prze­sław­nych ksią­żąt, uczest­ni­ków w tym tak wiel­kim zwy­cię­stwie, nie prze­sta­nie­my ni­g­dy ob­sy­py­wać naj­zu­peł­niej za­słu­żo­ny­mi po­chwa­ła­mi. Je­den jest bo­wiem tyl­ko Jan król Pol­ski, od­zna­cza­ją­cy się po­dzi­wie­nia god­ną po­boż­no­ścią i tro­skli­wo­ścią o do­bro re­li­gii ka­to­lic­kiej i ca­łe­go świa­ta chrze­ści­jań­skie­go, przy­był z od­sie­czą, i z chwa­łą imie­nia swe­go, głów­ną cho­rą­giew, któ­rą ze­rwał ze szczy­tu na­mio­tu wiel­kie­go we­zy­ra, nam przy­słał”.

Jak pi­sze Ra­do­sław Si­ko­ra, pol­ska hu­sa­ria przed bi­twą zwy­cza­jo­wo śpie­wa­ła pie­śni re­li­gij­ne, w tym ma­ryj­ne, ta­kie jak „Glo­rio­sa”. Wy­znaw­cy Al­la­ha pę­dzi­li do boju, krzy­cząc swo­je „ał­ła­aa, ał­ła­aa”. Na­to­miast nasi ry­ce­rze z or­li­mi pió­ry na ple­cach wzno­si­li okrzyk bo­jo­wy, któ­rym było jed­no sło­wo… „Je­zus!”. Ma­jąc w ser­cach i w my­ślach „Je­zus” opusz­cza­li ko­pie. Szep­cząc do sie­bie „Je­zus” przy­śpie­sza­li ko­nie, wpa­da­li w cwał. Huk ko­pyt na­ra­stał, w górę le­cia­ły gru­dy zie­mi. Ło­po­ta­ły bia­ło–czer­wo­ne pro­por­ce. Gło­wy po­chy­la­ły się w pę­dzie. Na ki­ry­sach błysz­cza­ły Krzyż i Mat­ka Bo­ska. „Per Cru­cem et Ma­riam ad Vic­to­riam”! Je­zus w ser­cach! I tym wszyst­kim – po­tę­gą du­cha i sta­li, po­tę­gą Bożą ude­rza­li w wy­znaw­ców Al­la­ha.

Gdzież ta siła obec­nie? Co z nią robi Eu­ro­pa? Oto we Fran­cji ko­ścio­ły ka­to­lic­kie mają być wy­ku­pio­ne przez mu­zuł­ma­nów. Na ich szczy­tach, na wie­żach, za­wi­sną sym­bo­le is­la­mu. To jest już do­ko­nu­ją­ce się zwy­cię­stwo. Po­przez eu­ro­pej­ską sła­bość. Przez nisz­cze­nie głów­nej na­szej siły – siły mo­ral­nej pły­ną­cej z opar­cia w Bogu. Bez Boga nie ma pan­ce­rzy, nie ma ki­ry­sów, nie ma kon­ce­rzy. Jest pust­ka du­cho­wa. Pust­ką nie moż­na prze­ciw­sta­wiać się złu.

[wSie­ci, nr 27/2015]

 

 

KRÓL uciekł nocą z 18 na 19 czerw­ca 1574 roku. W swo­jej kom­na­cie zo­sta­wił kil­ka li­stów „po­że­gnal­nych”. To­wa­rzy­szy­ło mu czte­rech naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi ze świ­ty: ofi­cer gwar­dii Mi­ko­łaj de Lar­chant, na­dwor­ny le­karz Marc Mi­ron, oraz pa­no­wie de So­uvre i du Hal­de. Wy­mknę­li się wszy­scy przez bocz­ną fur­tę nad brzeg Wi­sły, a stam­tąd po­gna­li w stro­nę Zwie­rzyń­ca. Przy opusz­czo­nej ka­pli­cy cze­ka­ły na nich ko­nie. Po­tem jed­nak błą­ka­li się dłu­go po ciem­nym le­sie. W koń­cu na­tknę­li się na od­da­lo­ną od ludz­kich sie­dzib chat­kę, w któ­rej miesz­kał ubo­gi drwal. Nie­bo­rak nie mógł uwie­rzyć, że wi­dzi przed sobą pol­skie­go kró­la, no­ta­be­ne mógł tego pro­ste­go czło­wie­ka zmy­lić wy­gląd Naj­ja­śniej­sze­go Ma­je­sta­tu, je­śli uwzględ­nić kol­czy­ki w uszach, oraz to że król naj­wy­raź­niej przed kimś umy­ka. Ale gdy wrę­czo­no drwa­lo­wi do ręki zło­to, prze­stał się dzi­wo­wać i zgo­dził być im za prze­wod­ni­ka.

Tym­cza­sem za wład­cą ru­szy­ła po­goń, Po­la­cy sta­ra­li się schwy­tać ucie­ka­ją­ce­go mo­nar­chę. Gdy pod­ko­mo­rzy kra­kow­ski Jan Tę­czyń­ski wje­chał do Oświę­ci­mia, Fran­cu­zi wy­mknę­li się wła­śnie z dru­giej stro­ny mia­stecz­ka, a po prze­je­cha­niu przez most na Wi­śle zna­leź­li się na zie­mi ślą­skiej. Na­tych­miast po­rą­ba­li prze­pra­wę sie­kie­ra­mi. Frag­men­ty mo­stu ru­nę­ły do wody. W tej­że chwi­li na pol­skim brze­gu po­ja­wił się sta­ro­sta oświę­cim­ski. Wi­dząc, co się sta­ło, zrzu­cił ubra­nie, wsko­czył w nurt rze­ki i pły­nąc na­gu­sień­ki wo­łał: „Se­re­nis­si­ma Ma­je­stas, cur fu­gis?”. Do dziś nie wia­do­mo zresz­tą, w ja­kim ję­zy­ku krzy­czał za wład­cą. Nie­któ­rzy po­da­ją pol­ską wer­sję „Naj­ja­śniej­szy pa­nie, cze­mu ucie­kasz?”. Wła­ści­wie to wszyst­ko jed­no – Hen­ryk Wa­le­zy sła­bo znał ła­ci­nę, tro­chę mó­wił po wło­sku, a pol­sz­czy­zny nie ro­zu­miał ni w ząb. Pew­nie dla­te­go sta­ro­ście nie od­po­wie­dział.

Nie wiem, cze­mu przy­po­mniał mi się ów za­baw­ny, nad­wi­ślań­ski epi­zod w chwi­li „wiel­kie­go try­um­fu” pol­skiej dy­plo­ma­cji, kie­dy w Pol­sce wy­buchł en­tu­zjazm zwią­za­ny z wy­bo­rem Do­nal­da Tu­ska na Naj­ja­śniej­sze­go Pana Eu­ro­py. „Naj­ja­śniej­szy pa­nie, cze­mu ucie­kasz?” – za­pi­sa­ło się w hi­sto­rii Pol­ski i oka­zu­je się, że po­dob­nie jak wie­le in­nych bon­mo­tów, może oka­zać się nie­zwy­kle ak­tu­al­ne tak­że dzi­siaj.

Z oso­bą Wa­le­ze­go zwią­za­ne jest rów­nież inne zda­nie, któ­re po­wie­dział do nie­go Po­lak w pa­ry­skiej ka­te­drze No­tre–Dame. Było to wte­dy, gdy od­by­ła się elek­cja i wy­bra­no Fran­cu­za na kró­la, od­rzu­ca­jąc zresz­tą tak „za­cne­go” kan­dy­da­ta do na­szej ko­ro­ny, jak car Iwan Groź­ny. Do Pa­ry­ża zje­cha­ło więc pol­skie po­sel­stwo, ro­biąc w mie­ście pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie. Or­szak za­chwy­cił ża­bo­ja­dów eg­zo­tycz­ny­mi i bo­ga­ty­mi stro­ja­mi, dwor­ny­mi oby­cza­ja­mi, dum­ną po­sta­wą, a wresz­cie nie­na­gan­ną zna­jo­mo­ścią ła­ci­ny. Kró­lo­wi i jego oto­cze­niu przed­sta­wio­no pol­skie wa­run­ki, czy­li kwe­stię za­ak­cep­to­wa­nia ar­ty­ku­łów hen­ry­kow­skich (de­fi­niu­ją­cych za­sa­dy ustro­jo­we, w tym przy­wi­le­je szla­chec­kie, a tak­że moż­li­wość wy­po­wia­da­nia po­słu­szeń­stwa kró­lo­wi), oraz po­stu­la­ta po­lo­ni­ca (do­ty­czą­ce to­le­ran­cji re­li­gij­nej i sta­wia­ją­ce ul­ty­ma­tyw­ne żą­da­nia zwią­za­ne z woj­ną ka­to­li­ków z hu­ge­no­ta­mi), a w koń­cu pac­ta co­nven­ta (bę­dą­ce swo­istą umo­wą zwią­za­ną z róż­ny­mi zo­bo­wią­za­nia­mi no­we­go kró­la wo­bec pod­da­nych i kró­le­stwa). Hen­ryk krę­cił no­sem i nie­któ­re punk­ty nie­zbyt mu się po­do­ba­ły. Wów­czas Jan Zbo­row­ski miał rzec do fran­cu­skie­go kró­le­wi­cza: „Si non ju­ra­bis, non re­ga­bis”, czy­li „Je­śli nie przy­się­gniesz, nie bę­dziesz pa­no­wał”.

Tak­że i to zda­nie zwią­za­ne z pa­no­wa­niem Wa­le­zju­sza na pol­skiej zie­mi przy­szło mi, zu­peł­nie przy­pad­kiem, do gło­wy, kie­dy usły­sza­łem, ja­ko­by Naj­ja­śniej­szy Elekt, pak­tu­jąc o swym sta­no­wi­sku prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Eu­ro­pej­skiej, zgo­dził się na żą­da­nia an­giel­skie, by spu­ścić z tonu, je­śli cho­dzi o ochro­nę emi­gran­tów pol­skich na Wy­spach. Ale wia­do­mo „si non ju­ra­bis”…

Hi­sto­ry­cy tak wy­ja­śnia­li kwe­stię uciecz­ki Hen­ry­ka znad Wi­sły. Zmarł jego brat, król fran­cu­ski Ka­rol IX, więc mat­ka Ka­ta­rzy­na Me­dy­cej­ska, spra­wu­ją­ca fak­tycz­ną wła­dzę we Fran­cji, sła­ła hi­ste­rycz­ne li­sty do młod­sze­go syna, świe­żo upie­czo­ne­go pol­skie­go mo­nar­chy, bła­ga­jąc go, by wra­cał i po­mógł ra­to­wać ko­ro­nę lil­jo­wą. Po tym, jak zna­le­zio­no mar­twe­go Ka­ro­la w prze­ście­ra­dłach za­krwa­wio­nych su­chot­ni­czą krwią, Fran­cja mo­gła wy­mknąć się Ka­ta­rzy­nie z rąk. Jed­nak wszyst­ko wska­zu­je też na to, że kró­lo­wi fran­cu­skie­mu na pol­skim tro­nie trud­no było wejść w rolę wład­cy pań­stwa, któ­re­go po­trzeb i du­cha nie ro­zu­miał. Am­ba­sa­dor we­nec­ki tak go cha­rak­te­ry­zo­wał: „spo­sób ubie­ra­nia się i wy­szu­ka­ne stro­je spra­wia­ją, ze zda­je się on de­li­kat­nym i znie­wie­ścia­łym; gdyż poza bo­ga­ty­mi suk­nia­mi, któ­re nosi, po­kry­ty­mi cał­ko­wi­cie zło­tym ha­ftem, dro­gi­mi ka­mie­nia­mi i per­ła­mi naj­wyż­szej ceny, oka­zu­je jesz­cze nad­zwy­czaj­ną dba­łość o swą bie­li­znę i uło­że­nie wło­sów. Ma zwy­kle na szyi po­dwój­ną ko­lię z opra­wio­nej w zło­to am­bry; chwie­je się ona na pier­si i wy­da­je słod­ki za­pach. Lecz to, co naj­wię­cej, moim zda­niem od­bie­ra mu do­sto­jeń­stwa, to fakt, iż uszy ma prze­kłu­te jak ko­bie­ta (zwy­czaj dość po­wszech­ny u Fran­cu­zów), i to jesz­cze nie za­do­wa­la się jed­nym kol­czy­kiem w każ­dym uchu, lecz nosi po dwa ozdo­bio­ne zwi­sa­ją­cy­mi z nich dro­gi­mi ka­mie­nia­mi, per­ła­mi”. Wy­gląd wład­cy mu­siał być dla Sar­ma­tów szo­ku­ją­cy, po­dob­nie jak oby­cza­je sek­su­al­ne, któ­re przy­wiózł ze sobą ni­czym no­win­kę kul­tu­ral­ną – roz­wią­złość, jako za­sad­ni­czy mo­del kró­lew­skie­go pro­wa­dze­nia się. Zda­wa­ło się, że wraz z fran­cu­skim mo­nar­chą za­wi­ta w Rze­czy­po­spo­li­tej re­wo­lu­cja oby­cza­jo­wa. In­ny­mi sło­wy Hen­ryk Wa­le­zy pre­zen­to­wał się jak Eu­ro­pej­czyk w każ­dym calu.

Król „od­gry­wał” wład­cę naj­le­piej jak umiał. A zdol­no­ści ak­tor­skie miał nie­prze­cięt­ne. Już jako dzie­ciak, fi­glu­jąc z brać­mi, po­tra­fił do­sko­na­le uda­wać księ­ży, prze­drzeź­niać li­tur­gicz­ne za­cho­wa­nia, i ro­bić żar­ci­ki ze wszyst­kie­go. Tak na przy­kład ho­stię zwał dla ka­wa­łu „Bia­łym Ja­siem”. Gdy był star­szy, prze­drzeź­niał z ko­lei pro­te­stan­tów, mał­pu­jąc ich za­cho­wa­nia i ge­sty, czym raz do­pro­wa­dził do spię­cia na dwo­rze, gdy re­gent­ka Ka­ta­rzy­na przyj­mo­wa­ła hu­ge­noc­kich ofi­cje­li. Ale wszyst­ko ucho­dzi­ło mu pła­zem, był w koń­cu jed­nym z kró­lew­skich sy­nów. O jego kło­po­tach na noc­nicz­ku pi­sa­li do sie­bie za­gra­nicz­ni am­ba­sa­do­rzy. A gdy wy­ra­sta się w po­czu­ciu, że spra­wą na­sze­go noc­ni­ka in­te­re­su­je się cały świat, tedy tym bar­dziej tak się dzie­je, gdy sia­da się na praw­dzi­wym tro­nie. Jed­nak jego ta­len­ty ko­me­dianc­kie były rze­czy­wi­ście szcze­gól­ne, uczył się ich, jak po­li­tycz­ne­go warsz­ta­tu, wie­dząc, że może je wy­ko­rzy­stać jako na­rzę­dzie spra­wo­wa­nia wła­dzy. Za­uwa­żył na przy­kład, że jego po­tęż­na mat­ka ma sła­by punkt – naj­wy­raź­niej boi się lo­ta­ryń­skie­go kar­dy­na­ła. Na­uczył się więc na­śla­do­wać jego spo­sób mó­wie­nia, ge­sty­ku­lo­wa­nia, tembr gło­su, po­sta­wę i czy­nił to wte­dy, gdy chciał coś od ro­dzi­ciel­ki uzy­skać. So­cjo­tech­ni­ka na mia­rę zu­peł­nie no­wo­cze­sną. Taka, jaką moż­na było nie­jed­no­krot­nie zo­ba­czyć na kon­fe­ren­cjach pra­so­wych na­sze­go, jesz­cze obec­ne­go pre­mie­ra, Naj­ja­śniej­sze­go Elek­ta. Do­nald Tusk do per­fek­cji do­pro­wa­dził umie­jęt­ność „cza­ro­wa­nia” dzien­ni­ka­rzy uśmie­chem, ski­nie­niem gło­wy, roz­bra­ja­ją­cą miną, czy nie­win­nym żar­ci­kiem. To samo ro­bił, gra­jąc spek­takl przed spo­łe­czeń­stwem, za każ­dym ra­zem, gdy włą­czo­no ka­me­ry.

Mło­dy Hen­ryk Wa­le­zy na­uczył się od swej mat­ki jesz­cze jed­ne­go – tego mia­no­wi­cie, że wład­ca nie może ota­czać się ludź­mi zbyt uta­len­to­wa­ny­mi. Gro­no współ­pra­cow­ni­ków po­win­no być bie­głe w swej sztu­ce, spraw­ne, ale ni­g­dy nie ta­kie, by mo­gło w ja­kiś spo­sób przy­ćmić naj­waż­niej­szą oso­bę – jego sa­me­go.

Szam­be­lan René de Vil­le­qu­ier zo­ba­czył w chłop­cu do­brze zna­ne mu ce­chy wład­ców – chęć po­pi­sy­wa­nia się, błysz­cze­nia, prze­wo­dze­nia i by­cia na szczy­cie. Jak pi­sał bio­graf kró­la Sta­ni­sław Grzy­bow­ski – „oto­czył go więc or­sza­kiem ró­wie­śni­ków moc­nych, wy­ro­śnię­tych i wy­gim­na­sty­ko­wa­nych, lecz niż­szych odeń in­te­lek­tem”. Na­zy­wa­no ich wszyst­kich „mi­gnons”.

Gdy więc kto­kol­wiek obec­nie za­sta­na­wia się, kto bę­dzie na­stęp­cą pre­mie­ra na pol­skim stol­cu po odej­ściu Tu­ska do Bruk­se­li, to nie ma wąt­pli­wo­ści, że bę­dzie to wła­śnie ktoś z gru­py „mi­gnons”.