Opis

Jesień 1982, podczas transmisji z pucharowego meczu Widzewa z Rapidem Wiedeń ginie kobieta. Śledztwo prowadzone przez łódzkich milicjantów zostaje umorzone. Jednak parę miesięcy później, w czasie następnego meczu Widzewa, w rozgrywkach Pucharu Mistrzów, zostaje zamordowana kolejna kobieta. Gdy w dzień po półfinałowym spotkaniu Widzewa z Juventusem znaleziono zmasakrowane zwłoki kolejnych ofiar, milicjanci zaczynają domniemywać, że w Łodzi grasuje psychopatyczny morderca.

 

Mecz o życie to kryminał, w którym autor nakreślił obraz Łodzi w okresie stanu wojennego. Obok przedstawicieli lumpenproletariatu widzimy intelektualistów oraz zwykłych łodzian. Obok mniej lub bardziej lojalnych wobec władzy obywateli PRL występują ludzie związani z opozycją oraz z jej duchowym przywódcą – charyzmatycznym jezuitą z ulicy Sienkiewicza…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja:

Monika Ulatowska

Projekt okładki:

Wojciech Miatkowski

Skład:

Paweł Szewczyk

Opracowanie e-wydania:

© Copyright by Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2018

Drogi Czytelniku

Książka, którą trzymasz w dłoni, jest efektem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego, grafików i wydawcy. Prosimy, abyś uszanował ich pracę.

Nie kopiuj większych fragmentów, nie publikuj ich w internecie. Cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści i podawaj źródło ich pochodzenia.

Dziękujemy.

ISBN 978-83-7729-470-3

KSIĘŻY MŁYN Dom Wydawniczy Michał Koliński

90-345 Łódź, ul. Księży Młyn 14

tel./faks 42 632 78 61, 42 630 71 17, 602 34 98 02

infolinia: 604 600 800 (codziennie 8-22, także sms), gg 414 79 54

www.km.com.pl; e-mail: [email protected]

Łódź 2018. Wydanie 1

Rozdział 1

Jesień 1982

– Dwie flaszki chyba starczą? – pan Mietek z miejsca dał do zrozumienia, że nie przewiduje karnych.

Henryk Kapustka patrzył na pogrążającą się w listopadowej pomroce Dąbrowę. Zresztą z dziewiątego piętra jego wieżowca widać było dobrze nie tylko Dąbrowę, ale i pobliskie Chojny oraz Widzew. Na horyzoncie majaczyły bloki Retkini. Na samym końcu widnokręgu rysowały się we mgle blokowiska Teofilowa. Wszystko otulała listopadowa ślągwa, łaskawie skrywając nieznośną szarość miasta Tuwima. Chyba złośliwa Klio spowodowała, że autor Kwiatów polskich urodził się nie gdzie indziej, tylko właśnie w tym betonowo-ceglastym molochu. Moloch ów przytłaczał brzydotą, przygniatał beznadzieją podłej egzystencji i zniewalał monotonnością szarych dni nawet wtedy, gdy teoretycznie świeciło słońce. Z nozdrzy Molocha buchały kłęby fabrycznych wyziewów, przesycone smrodem palonych śmieci. Z ust Molocha dobywał się chrapliwy odgłos tysięcy tanich butów, które dzień w dzień uderzały o stary bruk, względnie – o zawsze krzywo położone płyty chodnikowe. Stukot obcasów mieszał się z lamentem przekleństw, litaniami wściekłości, bełkotem próśb o lepsze jutro, okrzykami radości z powodu zakupionej kaszanki.

Henryk drgnął. Jego wzrok padł na wybijające się z morza szarugi cztery maszty. Na masztach iskrzyły się diamentowe głowice, za chwilę miał rozpocząć się mecz.

– Chyba starczą, zresztą przy reglamentacji wódki to i tak nieźle – zaśmiał się.

– Ano, nieźle. Dwa jeden na wyjeździe. Wystarczy huknąć im bramusię i niech spadają do Wiednia. Ale my im walniemy dwie. Dlatego i dwie flaszunie przyniosłem. – Pan Miecio wyraźnie się nakręcał.

– Ja bym się tak nie napalał – z inżynierskim spokojem rzekł Henryk. – Bez Smolarka, bez Tłokińskiego wcale nie musi być łatwo.

– Byleby tylko Andrzejkowi nic się nie stało. – Do rozmowy włączyła się Irenka. – Tak się boję, tyle ostatnio się mówi o tych ekscesach kibiców.

– Duży już jest, ma trzynaście lat. Musi sobie radzić – uspokoił żonę Henryk.

Tymczasem do pokoju przybyli inni sąsiedzi Kapustków. Pani Wiesława przyniosła salceson nazywany „cwaniaczkiem”, pan Cezary błysnął puszeczką mielonki z pewexu. Na tle tych rarytasów wkład pani Genowefy wyglądał nader skromnie. Piernik z marchwi – za to z prawdziwym cukrem.

Rozpoczynał się mecz. Andrzej Zydorowicz pewnie by się ucieszył, gdyby usłyszał radość, która nastała w łódzkich domach na wieść, że mecz relacjonuje właśnie on, a nie żaden komentator z Warszawy. Pan Miecio nalał do kieliszków. Na stole oczkami tłuszczu wesoło świecił „cwaniaczek”. Jednak jego zaloty były daremne. Wyjęta z kolorowej puszki dewizowa mielonka pana Cezarego zbywała nachalnego absztyfikanta. Piernik z marchwi nawet nie śmiał stawać w szranki. Jego marzeniem było, by ktokolwiek go przegryzł. Zresztą jego zmartwychwstanie było cudem na miarę zmartwychwstania Pańskiego. Przecież od czasów, kiedy Łódź nazywała się Lizmannstadt, nikt go nie jadł. Jednak teraz – w wigilię czterdziestolecia władzy ludowej w Polsce – następował jego wielki powrót.

– No żesz kurwa mać – skomentował pierwszą połowę porucznik Kostecki.

Do przerwy Widzew prowadził z Rapidem Wiedeń trzy do jednego. Niby nie było źle. Taki wynik dawał awans. Jednak Kostecki miał złe przeczucia. Przez pierwsze pół godziny Widzew miażdżył rywala. Na bramkę wiedeńczyków przypuszczała ataki widzewska husaria. Dwa razy Paweł Woźniak, a potem Rozborski trafili do siatki. I kiedy czwarta bramka wisiała w powietrzu, sędzia Soerensen podyktował karnego dla spadkobierców sławy Rudolfa Hidena. Stadion zawył, gdyż wszyscy widzieli, że Grębosz trafił w piłkę, a nie w nogę rywala. Jednak sędzia widział lepiej i Antonin Panenka w swoim stylu pokonał Młynarczyka. Od tej pory Widzew przygasł. A Rapid coraz śmielej przymierzał się do zadania kolejnego ciosu.

Zirytowany Kostecki sięgnął po kolejnego sporta. Przez chwilę mocował się z zapalniczką. Wreszcie zapalił. Zaciągnąwszy się z animuszem, poczuł przyjemne odprężenie. Przez chwilę obserwował czerwone ogniki na zwieńczeniu papierosa. „Chyba tylko w tym żałosnym państwie ktoś mógł nadać fajkom nazwę »Sport«” – pomyślał z rozbawieniem. „Ciekawe, kiedy wódce dadzą nazwę »Czuły kochanek« albo jabolowi – »Zemsta teściowej«. Na salceson, zamiast »cwaniaczek«, można by mówić: »W Oświęcimiu tego nie mieli«. Na pomarańcze zaś – »Towarzysz Che«”. Zaśmiał się sam do siebie. Przecież pomarańczy nawet na Kubie pewnie już nie ma. Ale ten „Czuły kochanek”? Na tylnej etykiecie mógłby być napis: „Wzmacnia pożądanie, osłabia wykonanie”. Zaciągnął się ponownie. Z nabożną czcią wymacał w kieszeni małą piersiówkę, którą dostał od majora Błochina z Kijowa. „Ciekawe, czy to jakiś krewny Olega?” – pomyślał. Piersiówkę miał na wypadek porażki. Tak w razie czego.

Gdy papieros dogasł, na murawę stadionu przy alei Unii wybiegli piłkarze obu drużyn. Kiedy dziesięć minut potem Austriacy strzelili drugiego gola, Tadeusz po raz kolejny wymacał prezent od majora Błochina. Zacisnął na srebrzystym metalu palce i wraz z tysiącem kibiców ryknął z całej siły.

Gromkie „ertees!” przetoczyło się przez stadion. Tłum zawirował. Włóczkowe szaliki stworzyły czerwono-biało-czerwony kobierzec. Stadion przypominał kocioł czarownic, w którym raz po raz wybuchały czarcie mikstury. Niesiony dopingiem Widzew powoli podnosił się z kolan. Widzewska maszyneria na powrót wchodziła na najwyższe obroty. Poszczególne elementy zaczęły się zazębiać. Turbiny napędzały ustrojstwo, pompy tłoczyły powietrze. Młot dźwigał się do uderzenia. Polski Manchester ruszył z impetem. W sześćdziesiątej trzeciej minucie młot uderzył. Surlit po raz kolejny wypróbował wytrzymałość siatki. Osiem minut później dziewiętnastoletni Wraga przyjął piłkę na środku boiska i pognał jak szalony w stronę Feurera. Niczym profesor wepchnął piłkę do pustej bramki. Stadionem wstrząsnął szał radości. Pięć dwa!!! Tadeusz rzucił się w objęcia przypadkowych widzów. Stadionowi chorążowie dźwignęli klubowe sztandary. Czerwień i biel przykryły betonową konstrukcję. Czerwono-biało-czerwony dywan przetoczył się przez trybunę. Fiesty nie zmącił nawet samobójczy gol Grębosza. Widzew wygrał pięć do trzech i w marcu miał zagrać w ćwierćfinale Pucharu Europy.

Uradowany Tadeusz zapomniał o piersiówce. Zamiast wypić haust wódki, poszedł na trening judo. Z alei Unii do Hali Gwardii miał blisko. Rozpierała go energia. Wskoczywszy do swojego poloneza, uruchomił silnik i ruszył, mijając po drodze wysłużone syreny, sponiewierane warszawy oraz ryczące niczym rakiety SS-20 zaporożce. Jadąc, przegryzł kanapkę z serkiem Widzewskim. Po piętnastu minutach jazdy zatrzymał wóz przed klubem Gwardia.

Przed wejściem stało dwóch przedstawicieli łódzkiego lumpenproletariatu.

– Dobry wieczór, panie poruczniku – zagaił jeden z nich.

– Kłaniam się władzy ludowej – uniżenie wycedził drugi.

Kafel i Posejdon byli stałymi rezydentami rewiru między Mickiewicza, Piotrkowską, Kościuszki a Zieloną. Byli w wieku porucznika, jednak ich twarze wyglądały niczym zeschnięte pieczywo. Głębokie bruzdy wyryte na facjatach przypominały o hektolitrach wódy i jaboli, które dzień po dniu spłukiwały spleen z gardeł obu dżentelmenów. Za dnia koczowali przed pewexem. Niepisana umowa z cinkciarzami gwarantowała im dostęp do resztek wódki i piwa w zamian za amnezję podczas rutynowych pytań milicjantów. Zresztą przeszło pół roku temu milicja cinkciarzami przestała się interesować. Zawsze o godzinie dwunastej zajmowali się rezerwowaniem kolejki po wódkę. Sami oczywiście nie kupowali, ale wdzięczni szczęśliwcy za każdym razem odwzajemniali się tak zwanym dziabem. Czyli solidnym łykiem pociągniętym z butelek skrywających przeźroczysty sposób na przetrwanie epoki realnego socjalizmu. Wieczory spędzali na różne sposoby. Czasem ktoś oddawał im portfel z biletami Narodowego Banku Polskiego. Czasami wystawali w rozmaitych miejscach, licząc na uśmiech fortuny.

– Czołem, panowie – wesoło zawołał Kostecki.

– Oj tam, od razu „panowie” – żachnął się Kafel. – Panowie to za sanacji byli, tera to my są obywatele.

– Marceli Nowotko wystarczy? – Tadeusz zadał pytanie retoryczne.

– O, królu złoty – zapiszczał Posejdon. – Od razu widać, że pan porucznik z krwi i kości dziecko proletariatu. Wystarczy, wystarczy.

Uśmiechnięty Kostecki rzucił im monetę dwudziestozłotową. Obaj koryfeusze wiodącej klasy społecznej rzucili się na zdobycz. W drzwiach do klubu dobiegł go zduszony okrzyk dziękczynny. Sam nie wiedział, czy brzmiał: „Bóg zapłać”, czy też „Chuj ci na imię, cwelu”.

– Galancie, galancie – skwitował wynik meczu pan Miecio. – Pięć bramek! A my tylko litra mieli.

– Heniu! A może napijemy się tego piwa z Niemiec? – zawołała Irenka.

Heniowi pociemniało w oczach. Prawdziwe piwo z RFN. Złocisty napój prosto z Hanoweru. Prezent od córki Marty i zięcia Karla. Miało być na szczególną okazję. Na spotkanie z kolegami z politechniki. Już słyszał te ciamkania, siorbania, mlaskania. W imaginacji widział dziekana, jak zanurza usta w prawdziwym piwie, a potem ociera wąsy z puszystej piany. Oczami wyobraźni widział, jak rektor z namaszczeniem otwiera puszkę. Po czym wlewa złoty płyn do potężnego kufla z herbem Hanoweru 96. Rozkoszował się tymi obrazami. Upajał odgłosami zachwytu nad jego życiową zaradnością. Wszak te wszystkie odgłosy i obrazy miały odsunąć w cień gęganie gęsi, muczenie krów, chrumkanie prosiąt taplających się na rubieżach Srocka. Miały sankcjonować jego życiowy sukces. Potwierdzać awans ze srockich pól i pastwisk do M3 na Dąbrowie. A teraz? Piwo z Zachodu dla Miecia i Czarka? Z bólem serca przyniósł z balkonu karton z dziesięcioma puszkami.

Po dziewięćdziesięciu minutach treningu Tadeusz czuł wszystkie mięśnie. Endorfiny wydzielone podczas meczu zostały wzmocnione kolejną transzą. Pod prysznicem namaścił ciało mydłem marki Studenckie. Co prawda mydło to nie mydliło się wcale, ale przez to na dłużej starczało. Zresztą Tadeusz wcale o tym nie myślał. Pijąc piwo Łódzkie, też nie oczekiwał, że się będzie pienić. Cieszył się, że jest. Lekki jak piórko wsiadł do poldka i ruszył z werwą. Na retkińskiej ulicy, której patronował Salvador Allende, był za piętnaście dziesiąta wieczorem.

Retkińskie blokowisko sprawiało wrażenie wymarłej pustyni. Listopadowy wiatr przeciskał się przez przerwy między blokami i wył przeraźliwie. Z rzadka działające latarnie dawały słaby blask. Te, na których kibice ŁKS wyładowywali frustrację z powodów sukcesów Widzewa, wyglądały jak umarłe kikuty drzew w Górach Izerskich. Pozbawione żarówek dobrze komponowały się z krajobrazem miasta i cmentarną ciszą blokowisk. Było coś makabrycznego w tej ciszy, jak gdyby mieszkańcy osiedla mieli wstać z rana z przekonaniem o życiowej niemocy. Upaćkani w tłamszącej karmie niemożności zmiany przeznaczenia. Owinięte pledami kobiety będą rano cierpliwie ustawiać się w kolejce po porcję kaszanki lub salcesonu. Godzinami będą jęczeć nad swoim losem. Pomstować na swoich mężów, braci, ojców. Pogodzone z losem niewolnic będą błagać o kawał chabaniny, by zadośćuczynić potrzebom podstawowej komórki społecznej. Następnie przez osiem godzin będą siedzieć lub stać przy maszynach. W ich głowach hałas maszynerii będzie wybijał rytm niewolniczego losu. W dusznych, zapylonych halach fabrycznych będą wdychać brud. Popędzane przez majstrów będą wyrabiać normy, wypełniać założenia planu, budować socjalizm, umacniać Polskę nad Odrą i Nysą Łużycką, stać na straży sojuszu ze Związkiem Radzieckim, torować drogę siłom postępu. Wichrzycielom i bumelantom będą mówić stanowcze „nie”. Tamując krew spływającą między nogami kawałkiem bawełny, będą dawać odpór rewanżystom i rewizjonistom. W połowie drogi między skrobanką a poronieniem będą przekuwać na czyn ideały marksizmu i leninizmu. Potem, stojąc na straży pokoju, będą gotować zalewajkę, by synowie byli gotowi oddać życie za ideały wielkiego października. By ich córki szły w ich ślady, nosząc z pokorą brzemię tradycji. Wieczorem będą rozkładać nogi przed swoimi mężami, rzadziej kochankami. Będą wdychać pot z niemytych ciał i z rzadka pranych skarpetek. Czuć sapanie z ust nieskażonych pastą do zębów. Udawać, by jak najszybciej móc namoczyć pranie, wyprasować ubrania dla dziecka, podgotować obiad, zrobić kanapki, zacerować dziury, podpisać uwagi w dzienniczku, przyszyć tarczę do szkolnego stroju, modlić się, by choroba nie zwaliła z nóg, sprawdzić, czy ekspedientki nie oszukały przy wycinaniu kuponów w kartkach na mięso i inne produkty. Może zdążą zerknąć w lustro i zobaczą w nim twarze swych matek i babek. A rano spojrzą z wyrzutem na swoich mężów.

Mężowie pierwsze, co zrobią, to założą na rękę zegarki z siedmioma melodyjkami i czterema guziczkami. Zegarki kupione za równowartość jednej trzeciej pensji. Kupione na bazarze, na targowisku. Kupione, by z pogardą patrzeć na tych, którzy takich zegarków jeszcze nie mają albo noszą zegarki z trzema tylko guziczkami, bez melodyjek. Dla tych, którzy mają zegarki bez żadnego guziczka, nie warto nawet wysilać się, by nimi gardzić. Są pariasami. Te ich doxy są równie gówniane, co ruskie czasometry. Oni po prostu nie istnieją. Po założeniu zegarków mężowie ruszą do pracy, do roboty, do tyrki, do szwalń, budów, zakładów przemysłu takiego i siakiego, do spółdzielni, magazynów, ośrodków napraw. W pracy będą jeść kanapki z salcesonem, kaszanką, pasztetową. Ci biedniejsi zamiast pasztetowej będą jeść kanapki z plackami ziemniaczanymi, ale twierdzić, że to schabowe. W pracy będą myśleć, jak wynieść młotek, transformator, piłę do metalu, wiertarkę. Wynieść i sprzedać. A potem kupić zegarek z siedmioma melodyjkami albo pornosa z Reichu. Przed południem będą gorączkowo myśleć, kto kupi wódkę. Jak wykupią przydział z kartek, będą ustalać, gdzie jest meta. Na mecie wódkę można kupić od ósmej albo i siódmej. Można już rano poczuć się panem swojego życia. Potem po fajrancie pędem biegną do kiosku po „Express Ilustrowany”. Po „Express” stoi się w kolejkach, bywa, że i stuosobowych. Po „Głos Robotniczy” nikt nie stoi, rano kolejek nie ma. Dlaczego tak się dzieje? Czym „Express” różni się od „Głosu”? A któż to wie? Pewnie niczym, ale stoją. Raz w tygodniu stoją po „Razem”. Na końcowej stronie „Razem” jest zdjęcie gołej panienki. Raz gołej panny zabrakło. Wtedy, gdy zdechł Breżniew. Kacap pierdolony. Jakiś aparatczyk chciał uczcić pamięć wodza światowego proletariatu i odebrał proletariatowi znad Wisły, Odry, Sanu i Bugu gołą niewiastę. Jak pan feudalny zadecydował, przy jakiej okazji jego pańszczyźniani chłopi będą oglądać gołe cycki. Przed wojną fabrykanci zmuszali synów pańszczyźnianych chłopów, by ci płakali na pogrzebach swoich pryncypałów. Za Kongresówki carscy siepacze ustawiali wielkie szubienice, by byli pańszczyźniani chłopi drżeli przed majestatem dwugłowego orła. Lata płyną, czasy się zmieniają, pańszczyźnianym chłopom wymyśla się nowe nazwy, a oni trwają. Po dawnemu wymigują się od pracy. Nienawidzą karbowych, ekonomów. Nienawidzą swoich panów, ale widzą, że to dzięki nim mają na chleb z salcesonem. W niedzielę idą odwiedzić plebana. Nie wierzą, ale idą. Nie rozumieją, ale czują. Palą Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Rzucają na tacę swoje niedojedzone salcesony. Stoją w przedsionkach i spoglądają na swoje zegarki z melodyjkami. Podczas podniesienia dziwnie kucają. Gdy dzień jest ładny, w trakcie kazania idą na fajkę. Ich kobiety chwalą łąki umajone, a oni kucają. Po co przychodzą? A któż to wie? Ich dziadowie spod Zduńskiej Woli też kucali. A w dni ładne siedzieli na murku wokół kościoła. I też rzucali na tacę niedojedzone salcesony. Podczas pasterki wchodzili do środka. W żyłach pulsowała okowita. Ich wnukowie okowity nie piją. Tylko żytnią i wyborową, ale podczas pasterki też wchodzą do środka. Niepewnie, ale wchodzą. Podczas majowych komunii wchodzą rzadko. Z reguły jest już ciepło. Toteż stoją w miejscu, gdzie w ich rodzinnych wioskach znajduje się murek wokół kościoła. Wiosna, panie sierżancie.

Nagle Tadeusz usłyszał jakieś zdławione okrzyki. Dochodziły z kępy krzaków rosnących blisko przystanku. Instynktownie ruszył naprzód. Gdy wpadł w zarośla, zobaczył kobietę przyciskaną do ziemi przez dwóch drabów. Walka trwała krótko. Pierwszy – ze złamaną ręką – czmychnął w popłochu, drugi dał drapaka zaraz po spektakularnym wykręceniu ręki pierwszego. Na mokrej ziemi leżała niedoszła ofiara. Tadeusz podszedł bliżej i podał rękę kobiecie. Ta cała dygotała z zimna i strachu. Porucznik z uwagą przyjrzał się jej smukłej, dwudziestoparoletniej figurze. Mokre, ubłocone kędziory opadały na ładną, bladą z trwogi twarz. W robionym na drutach swetrze tkwił opornik. Tadeusz zdjął kurtkę i okrył nią kobietę. Podziękowała ruchem gałek ocznych.

– Odwiozę panią do domu – powiedział.

W odpowiedzi wybuchnęła płaczem.

Piwo z Niemiec rozpłynęło się w ustach biesiadników w mgnieniu oka. Pan Miecio i pan Czarek skonstatowali, że wypite piwo zmotywowało ich co najwyżej do częstszego odwiedzania toalety. Na stan odurzenia alkoholowego nijak nie wpłynęło. Zrozpaczony pan Miecio zaproponował salomonowe rozwiązanie.

– Heniu, a może skoczyć do Gryglaszewskiej? Ona ma różne nalewki. Co to jej ojciec nieboszczyk robił jeszcze za Gierka. No, to znaczy przed kartkami.

Henio nie zdążył odpowiedzieć, bo do mikroskopijnego przedpokoju wszedł Andrzej. Trzynastoletni syn Henryka i Ireny.

– Jezus Maria! Tak się martwiłam! – zawołała Irenka.

W odpowiedzi Andrzej z dumą rozpostarł szalik Widzewa i ochrypłym głosem zawołał:

– Zwycięstwo!

Nie padł jednak martwy – jak posłaniec spod Maratonu – tylko łakomie spojrzał na resztki mielonki.

– Już ci, synku, robię kanapki – powiedziała Irenka.

– Wreszcie jesteś – odezwał się Henio. – Zanim zjesz, to skocz do Gryglaszewskiej po butelkę nalewki. Powiedz, że ja proszę.

Andrzej ruszył raźno ku drzwiom sąsiadki.

– No, to tera godnie uczcimy awans do ćwierćfinału! – z radością zawołał pan Miecio.

Nie zdążył jednak zapalić, gdy do pokoju wpadł jak bomba Andrzej.

– Gryglaszewska chyba nie żyje! – krzyknął.

Wieczorem Kafel i Posejdon zasiedli w swej dusznej izdebce. Oprócz starego wyra pamiętającego czasy cara Mikołaja, w pomieszczeniu właściwie nic nie było.

– Ile to się człowiek musiał psiarni nakurwić, by te parę groszy zdobyć! – z abominacją do własnej słabości powiedział Kafel.

Posejdon nie był w nastroju do filozoficznych uniesień. Z kieszeni wyjął za to flakonik z aknosanem. Z zakamarków barłogu wyciągnął kawałek waty. Dobrze, że ją miał, bo tego dnia w aptece waty nie było. Nie było jej także wczoraj i nie będzie jutro. Z namaszczeniem rozdzielił watkę na dwie części i nasączył tamponik aknosanem.

– Chuj w dupę milicji – zachrypiał Posejdon.

– Byle nie mój – odpowiedział Kafel z godnością.

Obaj synowie robotniczego miasta zanurzyli tampony w odbytach. Po chwili świat stał się kolorowy.

Rozdział 2

Do mieszkania Gryglaszewskiej porucznik Kostecki przybył chwilę po północy. Na miejscu trwały prace milicyjnych techników. Denatka była już po pobieżnych badaniach lekarskich.

– Zgon nastąpił najprawdopodobniej na skutek urazu głowy – wycedził na powitanie doktor Andrzejewski.

– Narzędzie o tępych krawędziach? – zapytał Kostecki.

Obaj panowie podali sobie prawice.

– Nie. Raczej nie. Na ten moment nie mogę powiedzieć dokładnie.

– To co w takim razie?

Kostecki rozglądał się po niewielkim mieszkaniu. Gryglaszewska leżała tyłem do drzwi wejściowych.

– Nie wiem jeszcze. Wygląda to na śmierć w wyniku uderzenia lub kopnięcia. Więcej powiem po sekcji zwłok.

– Kopnięcia?

W mieszkaniu panował pewien rozgardiasz. Na tle bałaganów będących wynikiem rabunków ten jawił się jako umiarkowany. O bajzlach w melinach, gdzie Kostecki bywał z reguły jako oficer zajmujący się zabójstwami, nawet nie było co myśleć. Tam nieporządek był stanem normalnym. Rozbryzgany mózg na ścianie konkubiny lub konkubenta stanowił nieraz ciekawy dodatek artystyczny. Siekiera w takich wypadkach bywała z kolei przypadkowym, acz nieszablonowym instrumentem ekspresji co bardziej krewkich łodzian. Takie sprawy Kostecki lubił najbardziej, bo wykrycie sprawcy zajmowało niewiele czasu. Szybkie zidentyfikowanie winnego miało też ten plus, że kontakty z prokuratorem Jasiną były krótkotrwałe i nader formalne. Damiana Jasinę Kostecki darzył nieskrywaną niechęcią. Ten przybysz z Białostocczyzny, z pochodzenia Białorusin, z miejsca wzbudził jego odrazę. Ambitny parweniusz po trupach wychodził ze swojego matecznika. W podstawówce był dyżurnym aktorem podczas obchodów rocznicy Rewolucji Październikowej. Dzień Ludowego Wojska Polskiego czcił tworzeniem okolicznościowych gazetek. Pierwszego maja szedł w szpicy pochodu w Krynkach. Dziewiątego maja składał kwiaty pod pomnikiem Armii Czerwonej. Jako prymus dostał się do liceum w Białymstoku. Tam wzbudził zdziwienie, organizując obchody rocznicy powołania do życia Polskiego Rewolucyjnego Komitetu, który miał instalować struktury władzy radzieckiej w Republice Polskiej. Wydarzenie to skonfundowało nawet czynniki decyzyjne władz wojewódzkich i miejskich. Nic dziwnego, że Jasina skończył liceum z rocznym opóźnieniem, gdyż przez kilka miesięcy kurował się z lekcji polskości, której udzieliło mu paru kolegów ze szkoły. Tajemnicą poliszynela było, że koledzy mieli ojców służących pod rozkazami Wilka, a nawet Łupaszki. Śledztwo jednak umorzono. Jasina dokończył edukację w Warszawie, gdzie podjął życiową decyzję o wyborze prokuratorskiej drogi. Od kilku lat mieszkał w Łodzi, co Kostecki uznawał za dowód na istnienie życiowego pecha. Świadomość, że tym razem współpraca z prokuratorem będzie dłuższa, nie dodawała porucznikowi powodów do zadowolenia.

Przyjrzał się zamordowanej. Na oko miała pięćdziesiąt lat. Była skromnie ubrana. Na palcu widniała cieniutka obrączka. Mieszkanie też wyglądało skromnie, by nie rzec: ubogo. Na jednej ścianie wisiał krucyfiks. Na pozostałych znajdowały się obrazki Matki Boskiej oraz Jana Pawła II. Motyw rabunkowy? Kostecki intuicyjnie czuł, że nie jest to dobry trop. Chociaż nie można tego od razu wykluczyć. Na biurku obok książki Jana Dobraczyńskiego, Listy Nikodema, stała w ramce fotografia młodej dziewczyny. Podobieństwo do matki było wyraźne. Otworzył szufladę, gdzie było więcej zdjęć matki i córki. Porucznik zwrócił uwagę na kopertę ze znaczkiem z Kanady. Obok listu leżało kilka banknotów z wizerunkiem Waryńskiego i dwa ze szlachetnym obliczem naczelnika Kościuszki. W kuchni w garnku leżały resztki ziemniaków. Na kuchennej półce dumnie stały flaszki z jakimiś miksturami. Na każdej butelce była przyklejona kartka z podaną datą i rodzajem wkładu owocowego w  nalewce. Daty kończyły się na 1980 roku. W kuchni znajdował się kolejny obrazek Matki Boskiej. W drewnie wyryta była twarz Czarnej Madonny, a pod nią daty 1382–1982. Na stosie gazet dominowały: „Zorza” oraz „Za i Przeciw”. Denatka sprawiała wrażenie głęboko wierzącej, ale i lojalnej względem socjalistycznej ojczyzny. Inaczej zamiast „Zorzy” leżałyby stare numery „Tygodnika Powszechnego”. Po dziełach Dobraczyńskiego pozostałoby tylko wspomnienie. Zaś Matka Boska widniałaby na tle czerwonego napisu „Solidarność”, „Wujek 81” lub „Lubin pomścimy”.

– Mam coś! – Wąsaty sierżant Jurga zwrócił się w stronę porucznika.

W ręku miał kopertę z dziesięcioma dolarami. „To chyba jedyny majątek Gryglaszewskiej” – pomyślał porucznik. Raczej nie tej koperty szukał sprawca. Jeżeli w ogóle czegoś szukał.

Mimo środka nocy nikt z sąsiadów zmarłej nie spał. Najbardziej zaaferowany był trzynastoletni Andrzej. Kostecki szybko zorientował się, że wizyta u Gryglaszewskiej była spowodowana potrzebą pożyczenia nalewki. Andrzej żywo relacjonował:

– Jak wszedłem, to pani Barbara leżała w przedpokoju. Myślałem, że zemdlała albo osłabła.

Sąsiedzi byli przekonani, że horyzontalna pozycja Gryglaszewskiej była spowodowana kłopotami ze zdrowiem. Dlatego też najpierw wezwano pogotowie. To lekarz pogotowia zawiadomił milicję.

Najbardziej skonfundowany był Henryk. Wstyd mu było, że wysłał nieletniego syna do sąsiadki po alkohol. Miał nadzieję, że ani dziekan, ani rektor o tym przykrym incydencie się nie dowiedzą. Tymczasem Kostecki na gorąco wypytywał o zamordowaną.

– To była dobra kobieta – mówiła Irenka z przejęciem. – Cicha, spokojna. Do rany przyłóż. Sama mieszkała, odkąd jej córka Justyna wyjechała za granicę. Moja córka też mieszka za Zachodzie, w RFN.

– A ten alkohol? – dopytywał sierżant Jurga.

– Że niby na handel? – Irenka się przeraziła. – Nie, skądże. Jej ojciec nieboszczyk lubił robić nalewki. Ale to tylko tak dla rodziny, sąsiadów. To porządna kobieta była.

– Skarżyła się, że ktoś ją nagabuje, zaczepia? – zapytał Kostecki.

– Nie. Nic nie mówiła. To była taka dobra kobieta – odparła Irenka przez łzy.

Powierzchowne pytania nie uchyliły ani rąbka tajemnicy. Cicha, spokojna, niebogata kobieta. Samotna. Pochowała rodziców. Jedyna córka tuż przed stanem wojennym wyjechała na Zachód. Tak Barbarę Gryglaszewską widzieli sąsiedzi.

Nad ranem śmiertelnie zmęczony Kostecki dotarł do swojego mieszkania. Jak zawsze w takich sytuacjach nie mógł zasnąć. Sięgnął po prezent od majora Błochina i wypił duszkiem. Spał niespokojnie.

Następnego dnia, za kwadrans piętnasta, w gabinecie kapitana Zdzisława Banasika zebrał się zespół prowadzący śledztwo. Oprócz Kosteckiego byli tam starszy sierżant Jurga oraz podporucznik Stefan Pająk. Kapitan z uwagą przyjrzał się podwładnym. Zdecydowanie bardziej był społecznikiem niż milicjantem. Gdyby komunistom zależało na poparciu społeczeństwa, tacy ludzie jak Banasik piastowaliby najważniejsze urzędy w państwie. Jednak wcale im nie zależało. Dlatego Banasik był tylko kapitanem mimo wzorowej służby, niezłomnej lojalności i wysokich – dla swoich podwładnych zdecydowanie za wysokich – walorów moralnych. Jego pasją była walka z nałogami, osobliwie z alkoholizmem. Był działaczem społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego. Każdego dnia po pracy meldował się na alei Schillera 4, gdzie mieścił się Odział Wojewódzki. Kilka lat temu dał się poznać jako inicjator masowego oddawania krwi przez pracowników MSW. Akcja ta zakończyła się skandalem, aczkolwiek szybko utajnionym. Ponad trzy czwarte przyszłych honorowych krwiodawców nie było w stanie wypełnić zaszczytnego posłannictwa, gdyż nie spełniało wymogu kilkudniowej abstynencji. Dla Banasika był to z jednej strony cios, ale również bodziec do dalszej walki o trzeźwość obywateli. Tematem żartów ze strony innych funkcjonariuszy były opowieści o tym, jak Banasik publicznie darł kartki na alkohol, nie dając sobie wytłumaczyć, że może wymienić je na inne.

Wobec swoich współpracowników kapitan był wymagający i krytyczny. Osobliwie dla podporucznika Pająka, który nie dość, że za kołnierz nie wylewał, to jeszcze nie ustatkował się rodzinnie i cały czas żył w różnych konkubinatach. Właściwie Pająk dawno miał odejść z zespołu, ale czynniki decyzyjne mocno naciskały Banasika, by został. Podporucznik był bowiem utalentowany literacko i jako jedyny łodzianin pisywał do sztandarowego pisma MSW – „W Służbie Narodu”. Innym problemem Pająka była jego niechęć do sportu, którą Banasik, jako zawzięty biegacz, tolerował z trudem. Nieco lepiej wyglądała sytuacja Jurgi. Co prawda starszy sierżant był równie sceptycznie nastawiony do wysiłku fizycznego, jednak w oczach przełożonego zyskiwał uznanie jako wzorowy ojciec dwóch córek – Heleny i Gabrysi. Jurga gorliwie wypełniał swoje zadania, gdyż panicznie bał się gniewu szefa, gdyby wyszła na jaw jego ściśle antypaństwowa działalność. Otóż Jurga nijak nie potrafił nasycić się przydziałem kartkowym mięsa. Jego marzeniem było prowadzić porządną knajpę z dobrym garmażem. Ogromny żal pomieszany z zazdrością odczuwał zawsze wtedy, gdy widział zagraniczne kryminały, w których policjanci zajadali się hamburgerami i hot dogami. Oczywiście nikt nie zajadał się tymi specjałami w enerdowskim serialu Telefon 110, dlatego Jurga nigdy tych filmów nie oglądał. By spełnić chociaż namiastkę marzeń, sierżant regularnie kursował na wieś i tam, drogą absolutnie uwłaczającą godności milicjanta, kupował różnej maści luksusowe specjały. Nabywanie kiełbas, pasztetowych, boczków i flaków obowiązkowo zespolone było z rytualnym piciem bimbru. Dlatego też Jurga, panicznie bojąc się wpadki, kluczył i zmieniał trasy dojazdu do swoich dostawców. Na szczęście nie brakowało mu benzyny, gdyż część mięsa przekazywał znajomemu milicjantowi, który pracował przy przyjmowaniu transportu paliwa na potrzeby Komendy Wojewódzkiej. Najmniej Banasika obawiał się Kostecki, po prostu ignorował zaczepki szefa, który regularnie wytykał porucznikowi stan kawalerski mimo przekroczonej trzydziestki.

Tym razem kapitan nie tracił czasu na osobiste wycieczki, tylko od razu przeszedł do meritum.

– Jakie mamy wstępne ustalenia? – zaczął odprawę.

– Barbara Gryglaszewska, rozwiedziona, lat czterdzieści siedem, cicha, spokojna, skromnie żyjąca bibliotekarka. Wszystko wskazuje na to, że niespecjalnie bogata. Rok temu jej córka wyemigrowała, to znaczy nielegalnie pozostała na Zachodzie. Obecnie jest w Kanadzie. Rodzice nie żyją. Matka zmarła w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym na raka, ojciec w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym – na wylew. Były mąż to birbant i hulaka. Zostawił rodzinę, jak córka miała rok. Jakiś filmowiec, od zdjęć czy też montażu. Nie utrzymywał relacji z denatką i córką. Brak poszlak odnośnie do wrogów albo ponurych tajemnic. Brak związków z tak zwaną opozycją, czyli elementami antypaństwowymi. Wierząca. Niewielkie grono znajomych. Właściwie po śmierci rodziców swoje kontakty towarzyskie, bynajmniej niezażyłe, ograniczała do najbliższych sąsiadów – nader treściwie zdał relację Kostecki.

– Ten konował coś już ustalił? – Banasik nie lubił doktora Andrzejewskiego.

– Wstępne ustalenie to takie, że zginęła w wyniku kopnięcia – rzekł Kostecki.

– Kopnięcia?

– Na czole i twarzy denatki znaleziono resztki ziemi i pasty do butów. Andrzejewski twierdzi, że zginęła od pierwszego potężnego ciosu. Jutrzejsza sekcja zwłok ma to potwierdzić.

– Dziwne, nawet bardzo. – Banasik był wyraźnie zafrasowany.

– Dziwne jest też to – ciągnął Kostecki – że denatka leżała tyłem do drzwi wejściowych. Morderca dostał się do środka dzięki profesjonalnemu sprzętowi. Nasi specjaliści orzekli, że wytrychy tego rodzaju są u nas bardzo rzadkie. Stosują je zaś powszechnie bandyci z krajów kapitalistycznych. Znaczy to tyle, że Gryglaszewska raczej nie znała przestępcy lub znała go słabo, względnie nie życzyła sobie utrzymywać z nim kontaktów.

– Bardzo dziwne. – Kapitan był zaintrygowany. – Tego byłego męża sprawdziliście?

– Facet ma żelazne alibi, kręci zdjęcia czy też je montuje na północ od Suwałk.

– Hm. – Banasik podrapał się po łysiejącej czaszce. – To znaczy, że nie mamy właściwie żadnego punktu zaczepienia.

Do rozmowy wtrącił się Pająk:

– Sąsiedzi nic nie słyszeli. Oglądali mecz. Pora działania sprawcy pewnie nie była przypadkowa. Duża część ludzi oglądała wtedy to spotkanie. Niektórzy nawet pili alkohol.

Ostatniemu zdaniu Pająk chciał nadać charakter dezawuujący, jednak niespecjalnie mu to się udało.

– Denatka miała w torbie książeczkę do nabożeństwa. Najprawdopodobniej szła do kościoła na wieczorne nabożeństwo. To był jej stały rytuał. Chyba czegoś zapomniała i zawróciła do mieszkania. To zaskoczyło bandytów, którzy najwyraźniej musieli wcześniej zrobić dobre rozpoznanie terenu. Mówię w liczbie mnogiej, bo technicy ustalili, że sprawców było co najmniej dwóch – dopowiedział Jurga.

– Zdumiewające. Profesjonalni przestępcy, którzy na dodatek perfekcyjnie posługują się sztukami walki, włamują się do pobożnej bibliotekarki. – Kapitan nie mógł się nadziwić. – Obawiam się panowie, że czeka nas trudne śledztwo.

Rozdział 3

Niedzielny obiad u wujostwa Kingi był dla Kosteckiego ucztą podwójną. Po pierwsze, jadł makaron Barilla. Nazwa tej firmy widniała na czerwonych trykotach AS Roma. Od mundialu w Hiszpanii Kostecki, jak i połowa świata, zwariował na punkcie piłkarzy z Brazylii. W klubie nad Tybrem grał długonogi Falcao i nic dziwnego, że koszulki klubu grającego na Stadio Olimpico Kostecki kojarzył w najmniejszych drobiazgach. Makaron był w kolorze zielonym, co całkowicie zaskoczyło porucznika. Do owego zielonego makaronu dodany był kotlet z sera popularnie nazywanego „regankiem”. Kiedy na deser podano pomarańcze z prawdziwą czekoladą, Tadeusz zrozumiał, że wbrew zdaniu Jerzego Urbana opozycja ma się dobrze i zbiera siły na zadanie ostatecznego ciosu. Że będzie to cios zwycięski dla sił antysocjalistycznych, nie miał żadnych wątpliwości. Jeżeli by na szali położyć obiad u wujostwa przeciwko wiktowi z milicyjnej stołówki, to wynik byłby przesądzony. Pałaszował aż miło, zastanawiając się, jaką obrać strategię. To, że niewiasta, którą uratował z rąk oprychów w środowy wieczór, niespecjalnie utożsamiała się z wizją PZPR, zauważył od razu. W klapie płaszcza miała zamontowany opornik. Teraz jednak przekonał się, że znalazł się w prawdziwej jaskini solidarnościowej ekstremy. Na słomkowej macie były przyczepione znaczki Solidarności i inne antyrządowe precjoza. Szczególną uwagę zwrócił na kawałek papieru toaletowego, na którym jakiś znakomity rysownik umieścił wierną podobiznę generała Jaruzelskiego. Był to niezbity dowód, że imperialistyczne siły ze wzmożonym zapałem przystępowały do podważania politycznego ładu nad Odrą i Nysą Łużycką. Żaden normalny Polak – partyjny czy bezpartyjny, wierzący czy niewierzący, gruby czy chudy – nie zaryzykowałby utraty tak strategicznego produktu, jakim był papier toaletowy. Był to widomy znak, że poza darami pod postacią czekolady, leków, podpasek, żółtego sera, salami i gumy do żucia sojusz światowego kapitalizmu wytaczał armatę największego kalibru – papier do podcierania dupy. Drugim dowodem na chęć zbrojnego obalenia władzy ludowej był gipsowy odlew twarzy Jerzego Urbana. By nadać rzecznikowi rządu marsowy wygląd, autor pomalował swoje dzieło na kolor różowy.

Kinga była niebywale piękną kobietą. Smukła sylwetka i kasztanowe włosy czyniły ją podobną do Fridy z ABBY. Jej niezwykły wdzięk Tadeusz zauważył już podczas akcji ratunkowej, jednak z uwagi na okoliczności nie mógł nasycić oczu całą gamą odcieni piękna. Kinga lśniła urodą dwudziestokilkuletniej kobiety. Naturalnie, acz delikatnie kręcone kasztanowe włosy ładnie konweniowały z robionym na drutach swetrem. Jeżeli się nie mylił, na kremowym tle widniała podobizna Mozarta. Zgrabne nogi opinały jeansy Wranglera. Kostecki z każdym kęsem makaronu Barilla przekonywał się, że przypływ odwagi w środowy wieczór był ze wszech miar działaniem par excellence pożądanym. Był tylko pewien problem. Kostecki był z MO.

– Gdzie pan pracuje, panie Tadeuszu? – zagadnął w przerwie między makaronem a pomarańczami wuj Kingi, pan Mieczysław.

Kostecki postanowił iść na całość.

– Remontuję silniki w maszynach przędzalnianych.

– A w jakich zakładach? – dyskretnie wypytywał wuj.

– W różnych, bo ja z Gdańska jestem. W Łodzi tylko czasowo.

– Z Gdańska? – Kinga aż podskoczyła na krześle.

– Tak… – Dopiero teraz Tadeusz skonstatował, że bezpieczniej było wskazać na przykład na Koszalin.

– Jak nastroje w kolebce Solidarności? Był pan na mszy u świętej Brygidy?

Tadeusz po chwili konfuzji łapał wiatr w żagle.

– Służyłem księdzu Jankowskiemu jako lektor i ministrant.

– Wielki człowiek. – Pani Jadwiga, ciotka Kingi, wzniosła ręce ku niebu.

– Zaiste, bohater – dorzucił Mieczysław.

– I co? Jaki on jest? – dopytywała Kinga.

– Niezłomny. Tacy jak on nigdy się nie poddadzą.

– Amen – rzekła Jadwiga z najgłębszą powagą.

Po kilku kieliszkach pysznej aroniowej nalewki Tadeusz gotowy był wcielać się nie tylko w ministranta czy lektora, ale wręcz w agenta Bonda, który przybył uwolnić Wałęsę i stanąć wraz nim na czele powstania. Z każdym kieliszkiem czuł się lepiej w nowej roli.

Po kawie, niestety zbożowej, wujostwo z namaszczeniem orzekli, że idą do kościoła. Tadeusz i Kinga zostali we dwoje. Porucznik czuł się jak w raju. Miał wrażenie, że zna ją sto lat. Była mądrą i ciekawą świata osobą. Natychmiast znaleźli wspólny język. Stachura, Cohen, Andrzejewski, Miłosz. Wajda, Pasolini. Tadeusz błogosławił wszystkie chwile spędzone nad książkami. Jakoś żadna z dotychczas poznanych pań nie gustowała w podobnych tematach. Problemy związane z meblościankami albo z talonem na radziecki telewizor Rubin szybko go nudziły. Za to nie nudziły chwile spędzone w Hotelu Centrum, ale te akurat traktował, nomen omen, wybitnie instrumentalnie.

Z chwil rozkoszy wyrwało Tadeusza głośne chrząknięcie Mieczysława. Dopiero teraz porucznik zauważył, że zbliża się dziesiąta. I pora na wyjście jest wielce sposobna, by nie rzec, że ostateczna.

– Może jutro spotkamy się u Jezuitów? – na odchodnym zawołała Kinga.

– A o której?

– Jak to, nie wiesz? No pewnie, przecież ty z Gdańska jesteś. O dziesiątej. Ulica Sienkiewicza.

– To do dziesiątej!

Tadeusz był tak szczęśliwy, że nie dbając o to, że ma już trzydzieści dwa lata, zjechał po poręczy z trzeciego piętra bloku na Żubardziu.

Następnego dnia Tadeusz wraz z tłumem ludzi wlał się do kościoła. Mimo że był urodzonym łodzianinem, nigdy w tym miejscu nie był. Zresztą, jak skonstatował, właściwie chyba nigdy nie był w żadnym kościele. Nerwowo rozglądał się wokół. Bał się, że nie będzie wiedział, kiedy uklęknąć, a kiedy wstać. Na szczęście wczuł się w reakcje tłumu i działał instynktownie. Tylko raz wpadł w popłoch, kiedy przed czytaniem ewangelii wierni wykonywali jakieś dziwne ruchy na wysokości czoła, ust i serca. Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi. Przez pierwszą część mszy Kostecki wyraźnie się nudził. Zastanawiał się, ilu esbeków jest w nawach i czy któryś go przypadkiem nie rozpozna. Zawsze mógł powiedzieć, że do jaskini antypaństwowych ekstremistów przybył w sprawach śledztwa. Po ewangelii wierni ucichli. Wpatrywali się w ołtarz, przy którym stał niewysoki ksiądz. Ojciec Miecznikowski rozpoczął kazanie.

– Bardzo wiele osób zwracało się do mnie z zapytaniem, co się stało w zakładzie karnym w Kwidzynie w dniu czternastym sierpnia z naszymi internowanymi, jakie są fakty. W zakładzie karnym w dniu czternastym sierpnia stała się rzecz straszna: w wyniku akcji ZOMO, wezwanego przez władze więzienne dla uciszenia protestu internowanych, gdy wielu rodzinom internowanych odmówiono widzenia, kilkudziesięciu z nich zostało pobitych pałkami, skopanych. Niektórzy funkcjonariusze zachowywali się wobec bezbronnych w sposób bestialski, żądali od leżących na ziemi całowania butów, lżyli ich i w inny sposób deptali ich godność ludzką.

Przez nawy przeszedł szmer oburzenia.

– Mam obowiązek o tych faktach was powiadomić, zwłaszcza że kilku pobitych i znieważonych to nasi bracia i synowie – internowani z terenu naszej diecezji i ziemi łódzkiej.

Kostecki z uwagą nadsłuchiwał, gdyż o podobnych wydarzeniach nic nie wiedział. Nic mu nie mówił też ojciec, który regularnie, acz nie bezkrytycznie, słuchał Głosu Ameryki. Tymczasem kaznodzieja kontynuował.

– Co może usprawiedliwić te metody – jaki cel? Mówi się o politycznych zakusach pewnych kół społecznych, o zagrożeniu władzy. De facto gra tu rolę paniczny strach, bo oto naprzeciw ideologii, której oblicze się odsłoniło, i naprzeciw doktryny, która nie miała de facto godnej alternatywy, wyrósł ruch autentycznie humanistyczny i społeczny. Wspomniane wydarzenia w Kwidzynie miały miejsce czternastego sierpnia, w dniu męczeństwa błogosławionego Maksymiliana Kolbego. Przedziwna zbieżność! W Oświęcimiu naprzeciwko siebie stanęły umundurowana ideologia i bezbronna rzesza więźniów, którzy zostali wtrąceni do obozu tylko dlatego, że bronili podstawowych wartości ludzkich. Po drugiej stronie był jednak wróg ukształtowany na pogańskich tradycjach. Tutaj zaś – na miłość Boską! – są rodacy, synowie tej samej ziemi i narodu, wychowanego na tradycjach kultury humanistycznej i chrześcijańskiej!”.

Kostecki nie mógł pojąć, jak tacy ludzie jak Miecznikowski mogli w realiach stanu wojennego mówić publicznie takie rzeczy. Wniosek był oczywisty – ekipa rządowa, przynajmniej na razie, bała się podnieść rękę na Kościół.

Porucznik patrzył na księdza wraz z innymi i nie mógł wyjść ze zdziwienia. Niewielki kapłan grzmiał głosem pewnym, silnym i zdecydowanym. Kostecki miał wrażenie, że to wcielenie księdza Brzóski, inkarnacja Piotra Wawrzyniaka, siła księdza Stojałowskiego. Pewnie taką charyzmę mieli Staszic i Kołłątaj 3 maja 1791 roku. Od sklepień starego kościoła odbijały się strzały z kopalni Wujek, wrzaski rannych i konających w Lubinie, odgłosy katowanych w Barczewie. Brzmiał głos ludzi domagających się godności. Zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie podważyć racji niskiego księdza.

Po kazaniu Kostecki pogrążył się w swoich myślach. Na moment się przebudził, gdy Kinga, patrząc mu w oczy, uścisnęła jego rękę na znak pokoju. Rozdanie eucharystii i ogłoszenia duszpasterskie minęły niczym chwila. Gdy padły słowa: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, w kościele rozległ się huk. Spod chóru dochodziły dźwięki. Tysiące rąk formowały z palców znak wiktorii. Z tysięcy gardeł wyrwał się śpiew: „Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki…”. Kostecki poczuł, jak przechodzą mu ciarki. „Otaczał blaskiem potęgi i chwały”. Pieśń uderzała o stropy i z podwójną mocą rozchodziła się po zakamarkach kościoła. Pod ścianą siedzieli żuawi śmierci François de Rochebrune’a. Kostecki słyszał repetowanie belgijskich karabinków, w kruchcie ostrzyli oręż kosynierzy generała Heidenreicha, wokół konfesjonałów stali strzelcy Edmunda Taczanowskiego. Maria Piotrowiczowa w stanie brzemiennym wzywała do boju pod Dobrą. Zawsze miał bujną wyobraźnię, a w szkole oprócz wychowania fizycznego najbardziej lubił historię.

Z historycznych imaginacji wyrwał go powiew rześkiego powietrza. Niedziela siódmego listopada była słoneczna, lecz chłodna. Temperatura spadła poniżej zera. Zaraz po mszy na dziedzińcu kościoła zebrał się tłum. Na początku Kostecki myślał, że filigranowy ksiądz porwał wiernych do zamieszek, jednak rychło się okazało, że tłum samoistnie uformował się w grupki dyskusyjne i towarzyskie. Wiedziony przez Kingę Tadeusz stanął przed taką paroosobową ekipą. W grupie prym wiódł niewysoki czterdziestokilkuletni pan z bródką podobną do tej, którą ongiś uwodził Krupską sam towarzysz Lenin. Obok gestykulującego jegomościa stał około dziesięcioletni syn w kurtce całej pokrytej czerwono-biało-czerwonymi agrafkami.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Epilog