Mąż przez zasiedzenie - Marta Obuch - ebook

33 osoby właśnie czytają

Opis

Patrycja zostaje zaskoczona propozycją pracy u profesora Zygmunta Tofla jako… dama do towarzystwa. Łamane przez opiekunka i asystentka. Ma się zajmować starszym panem, ale też poszukiwać rozmaitych dokumentów, które doprowadzą ją do niespodziewanego odkrycia. Pomaga jej syn profesora, Mateusz, który potrafi grać w szachy, ale równie chętnie tropi przestępców. Bo profesor – miły, starszy pan – zaczyna się nagle dziwnie zachowywać. A w starej, zabytkowej wilii z ogrodem dochodzi do niewyjaśnionych zdarzeń. Zupełnie jakby ktoś czyhał na życie profesora, choć ten konsekwentnie wszystkiemu zaprzecza. Żeby chronić swojego pracodawcę, Patrycja przeprowadza się do willi, ale razem ze swoją ciotką, która porusza się na wózku i ma dość paskudny charakter. Wybucha potworne zamieszanie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 468

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kochanemu Łukaszowi,

który opija moje powieści herbatą

i który podczas herbacianego rytuału

wyczarowuje ludzkie ciepło i serdeczność.

Łukasz, pamiętasz, miałam Cię zaskoczyć…

Czy ktoś słyszał, żeby kobieta, która splajtowała, popełniła samobójstwo?

Patrycja jakoś nie słyszała.

Za to o facetach, którzy w podobnych okolicznościach targali się na własne życie, nie zważając na drobny fakt, że oto zostawiają żonę i dzieci, które muszą potem spłacać długi sztywnych delikwentów, owszem. O takich przypadkach słyszało się non stop. Bo dla mężczyzny miarą męskości jest jego praca. Walka o przetrwanie, znaczy się. Choć kiedy panowie polowali na mamuty, wywijali maczugą i takie tam, to jakoś się nie zabijali, kiedy zwiał im jeleń. Dziwnie się porobiło.

Natomiast dla kobiet zawsze najważniejsze były uczucia: bliskość, związek, rodzina. Co do działań zawodowych – kiedyś specjalizowałyśmy się w zbieraniu korzonków, fascynujące zajęcie, doprawdy. Jaskinia i kilka wyrwanych z ziemi badyli, które można było sobie sysać. Tak na tej ewolucji wyszłyśmy. Bo dziś, choć niby tyle się zmieniło, wcale nie jest dużo lepiej. Kobieta może ganiać za jeleniem, jak ma chęć, proszę bardzo, tyle że ponosi tak zwane koszty osobiste. Ani jaskinia dobrze oporządzona, ani ten jeleń wcale nie aż taki dorodny.

Patrycja nie zaliczała się w tym względzie do wyjątków.

Potrzebowała bliskości i związku, tylko nad tą rodziną musiałaby pomyśleć.

Ale samej wcale nie jest dobrze.

A czasami bywa wręcz fatalnie.

Zwłaszcza kiedy przez szarawą, zimową skorupę, która do tej pory ściskała świat, przebijają się zawiązki wiosny, kiedy młode krzewy zaczynają bezczelnie twardnieć, a ich napięta skórka pęka i tryskają soki – ta gromadzona długimi miesiącami energia w ciągu zaledwie kilku dni budzi się, uwalnia i eksploduje, i to z taką siłą, że człowiekowi, a nawet kobiecie, coś pada na mózg. I nie tylko na mózg. To COŚ, nie wiadomo co, ale namolne cholerstwo jest diabelnie, zaczyna jej również wiercić dziurę w brzuchu.

Wierci i wierci, i nie chce przestać, oszaleć można.

Tymczasem kwanty i atomy tworzą w marcowym powietrzu niewidoczną, lecz pełną niepokoju kompozycję. Słońce też nie odpuszcza – wybrało jakiś dziwny kąt i penetruje wścibskimi promieniami ulice Katowic: każdy budynek, każdą bramę i każdy uchyłek murów, a powstała w tym miejskim zamieszaniu pustka aż krzyczy, żeby ją czym prędzej wypełnić. A skoro wypełnić, to może pod ręką powinien znaleźć się jakiś niebanalny mężczyzna?

Oni nieźle wypełniają.

Pustkę.

Właśnie. Bo ileż można się samej włóczyć po galeriach, ileż można w samotności pić kawę? W tych okolicznościach nawet najpyszniejsze tiramisu, a w Synergii na Andrzeja serwowano niezgorsze tiramisu, zaczyna smakować jak białkowa papka.

Patrycja siedziała w kącie lokalu odurzona aromatem parzonej arabiki i gmerając w deserze łyżeczką, popatrywała to na siedzącego przy oknie bruneta o modnie przyciętych włosach (typ „mój krem do rąk jest lepszy od twojego”, ohyda!), to na ludzi spacerujących ulicą. A wiosną na ulicy roiło się od zakochanych par, jakby wszechświat chciał właśnie zakomunikować, że niektórzy mają się fajnie, a niektórzy niektórzy, choćby i niebrzydcy, mają się podle.

I jak one to robią?

Te niektóre – że mają się z kim przechadzać.

Przecież mijająca przed chwilą lokal dziewczyna, nikogo nie obrażając, nie wyglądała na miss, w dodatku miała poważną nadwagę, a szła roześmiana, wymachując ręką wciśniętą w rękę wątłego, ale promieniejącego szczęściem blondyna. Nie żeby prawo do uczucia mieli tylko piękni i bogaci, ale czy to sprawiedliwe, żeby ona, Patrycja – wiotka, gibka i szczupła, której, choć nie była pięknością, raczej niczego nie brakowało – siedziała tu samotna i zasnuta pajęczyną jak jakiś muzealny eksponat? Odpowiedź nasuwała się sama.

To było rażąco niesprawiedliwe.

I nielogiczne.

Ale czy światem rządzą prawa logiki…?

Patrycja przejrzała się w wyświetlaczu telefonu (przed chwilą zakończyła wyczerpującą rozmowę z ciotką, u której zmuszona była niedawno zamieszkać), poprawiła w rezygnacji włosy i wyprodukowała z otchłani swego zmiażdżonego jestestwa westchnienie tak głębokie, że brunet spod okna musiał poczuć kawowy bukiet dobywający się z jej trzewi, bo zdegustowany drgnął i skarcił ją zza laptopa wymownym spojrzeniem.

Delikatesik…

Patrycja nie odwróciła wzroku, wręcz przeciwnie – uniosła brodę (a także łyżeczkę!) i spojrzała w zielone, cętkowane jak u węża ślepia, w których, oprócz niechęci, wyczytała ździebko bystrości umysłu, nie można powiedzieć. Węże to niegłupie gadziny. I nie wie, co ją podkusiło, przecież do tej pory uważała się za osobę kulturalną, ale może to wiosna i ta nieznośna pustka, ale z jej zdradzieckich ust padło zaczepne:

– Coś nie tak…?

Ledwie padło, a w środku poczuła jakby piknięcie wstydu.

Niech sobie koleś puszy swój modny fryz, niech poprawia szpanerską kurtkę ze skóry i mizia swojego jabłczanego laptopa, ale czy ona musi przy tej okazji wychodzić na nieokrzesaną wieśniaczkę? Refleksja nie zdołała jednakże całkiem przyćmić w niej dumy. Może i siedziała w kącie, gdzie nikt jej nie zauważał, ale w tym kącie mogła siedzieć jak trusia albo mogła siedzieć z godnością, ot co.

Brunecik zamarł na krótką chwilę, na widok wycelowanej w niego groźnie łyżeczki zamrugał w zdziwieniu oczętami i bez słowa wrócił do swojego Apple-świata, ale w ułożeniu tej nastroszonej głowy można było odczytać… współczucie.

Tak, z pewnością było to współczucie.

I cała jej demonstracja smakowała teraz paloną kawą, stanowczo zbyt gorzką w finiszu. Ale Patrycja nie zdążyła jej przełknąć, ponieważ do wnętrza kawiarni wtargnął nagle jakiś podchmielony typ, a zapachowe nuty wanilii i spienionego mleka, które do tej pory spowijały lokal, zostały brutalnie stłamszone – w pomieszczeniu zakrólował odorek ulicy.

I bezdomności.

Mężczyzna był wyraźnie pod wpływem procentów i, jakby wszedł tu dokładnie po to, by napastować niewinne dziewczęta, bezceremonialnie zajął miejsce dokładnie po drugiej stronie stołu.

– …na …jedzenie – wybełkotał, nie spuszczając z niej zmętniałego spojrzenia.

Zadrapania i rany widoczne na nosie bezdomnego ułożyły się w ażurowy wzór, zdecydowanie mało estetyczny.

I co teraz?

Patrycję odruchowo przeszył wstręt, głównie za sprawą przymusowych doznań węchowych, ale czy śmierdzący człowiek przestaje być człowiekiem? Niektórzy zalatują Diorem, a straszne z nich gadziny.

– Już, tylko znajdę drobne…

Może powinna pójść z mężczyzną do sklepu i coś mu kupić, zamiast utwierdzać go w przekonaniu, że żebranie to najlepszy sposób na życie, ale, szczerze mówiąc, zupełnie nie chciało się jej ruszać. Ten biedak, bez względu na to, czy zamierzał wydać pięć złotych, które mu właśnie wręczyła, na bułkę czy wino, był sam w sobie i tak wystarczająco smutnym widokiem, by go w tym momencie z czegokolwiek rozliczać.

Brunet spod okna znowu łypnął w ich kierunku i rozeźlony poruszył się na krześle. Nastroszył włosy i odtąd nie przestawał zerkać na kontuar, do którego pijaczkowi, wśród piruetów, udało się w końcu dotrzeć.

W lokalu zapanowała konsternacja.

Z głośników sączył się nienachalny jazz, bezdomny usiłował wyartykułować z siebie kilka sensownych zdań i porozumieć się z miłą okularnicą za ladą, z tym że akt komunikacji z jakichś przyczyn zakończył się fiaskiem – szczegółów Patrycja nie dosłyszała, ale mężczyzna wcisnął swoje posiniałe ręce do kieszeni usmarowanej marynarki i, jak po sznurku, znowu zatoczył się w stronę jej stolika.

Dałaby sobie radę, bez przesady, ale męskie ego w brunecie najwyraźniej spęczniało.

– Panie kierownik… – rzucił do pijaczka tubalnym basem i wstał. Jęknęło gwałtownie odsuwane krzesło. – Pan się pójdzie przejść. Na zewnątrz – zaproponował już ciszej, ale za to nad wyraz sugestywnie, a Patrycja w zdumieniu otworzyła oczy.

Delikatesik w moment przeszedł niezwykłą metamorfozę.

Jakby urósł, zmężniał, jakby przybyło mu lat i w zasadzie dopiero teraz można było stwierdzić, że to, co z daleka zalatywało młokosem, z bliska jednak porażało dojrzałością!

Facet miał ze czterdzieści lat, a wokół jego zielonych, podstępnie spoglądających oczu układała się miła siateczka zmarszczek. Musiały ładnie tańczyć rozproszone w uśmiechu. W ogóle z takim na przykład George’em Clooneyem, seksownie posrebrzanym, nie mógł się równać, ale kilka migocących srebrem pasemek w tych ciemnych włosach Patrycja by znalazła.

Nieźle.

Na bezdomnym słowa bruneta nie wywarły większego wrażenia, może zresztą w ogóle do niego nie dotarły? Zachwiał się, choć jego wzrok nadal był nieruchomo wbity w Patrycję.

– Nie rozumiesz? Już, wypad! – Brunet przestał udawać uprzejmość i to się Patrycji nie spodobało.

Jaka siateczka zmarszczek, jaki Clooney, facet zaczynał się zachowywać jak jakieś prymitywne chamidło. Ciekawe, czy też by się tak rzucał, gdyby w miejsce pijaczka ktoś wstawił napakowanego mięśniaka?

– Może trochę grzeczniej? – wzięła bezdomnego w obronę.

Brunet w odpowiedzi omiótł ją niewidzącym spojrzeniem, jakby zerkał na muchę na szybie, i już stał przy pijaczku zwarty i gotowy, żeby go stąd wyprowadzić, choćby siłą. Ale wtedy bezdomny postąpił kilka kroków do tyłu, wyjął z kieszeni pięć złotych, rzucił monetę na stół i bez ceregieli wyartykułował:

– Mało!

Mówiąc kolokwialnie, Patrycji opadła szczęka.

Buzująca w niej chęć pomocy bliźniemu również.

Wiosna, w Katowicach czuło się wiosnę…

Czy baby muszą tyle gadać?

Mleć ozorem i zalewać rozmówcę tysiącami zupełnie niepotrzebnych szczegółów, które każdego normalnego i konkretnego człowieka potrafią doprowadzić na skraj rozpaczy?

Mateusz Tofel zadał sobie w duchu kilka pytań retorycznych, ale to tylko zwiększyło jego irytację. Siedział w wypełnionej miękkim światłem kawiarni, usiłując dojść do siebie po kilku koszmarnych godzinach spędzonych za kółkiem. Oddawał się w tym celu ukochanemu zajęciu: popijał wyborną małą czarną i łupał w szachy z kimś po drugiej stronie globu.

Niestety.

Jak na złość w kącie obok trwała arcyważna narada telefoniczna.

Krótko obcięta blondynka rozmawiała ze swoją ciotką. Najpierw opisała jakąś „dosłownie porażającą” torebkę, którą wczoraj oglądała (opis zawierał dokładną szerokość paska oraz rodzaj kieszonek!), później przez całe wieki baba analizowała każdy ciuch w swojej szafie pod kątem tego, czy wspomniany wór do tych szmat pasuje czy niekoniecznie, po czym z wielkim żalem stwierdziła, że torebka, choć śliczna, to jednak jest stanowczo zbyt droga. Oczywiste, nawijać makaron na uszy przez piętnaście minut tylko po to, żeby nic z tego nie wynikło…

Kolejny niemiłosiernie długi kwadrans (Mateusz patrzył na zegarek!) upłynął blondynce na wykładzie o depresji, na którą jakoby cierpiała owa cioteczka. Po tym czasie już wiedział, że aby skutecznie wygrać z wiosenną obniżką nastroju, należy pić soki z warzyw i owoców, wentylować się na świeżym powietrzu i wyjechać do ludzi – tak, wyjechać, zamiast wyjść. O co z tym wyjeżdżaniem chodziło, wolał się nie zastanawiać. Może ciotka po tych złotych radach poczuła się lepiej i planowała wypad do Ciechocinka? W każdym razie on zaczął poważnie rozważać zmianę miejscówki.

Tyle że czuł potworne zmęczenie – za godzinę miał się spotkać z ojcem, który znowu wymyślił, że jest umierający, i umówił na dziesiątą notariusza. O tym fakcie był uprzejmy zawiadomić syna z wybiciem szóstej… RANO. Zważywszy że Mateusz poprzedniego wieczora z całym zaangażowaniem oddawał się wraz ze swoimi pracownikami (a zwłaszcza pracownicami) uciechom integracyjnym, o bladym świcie telefon od ojca odebrały zwłoki.

Ale jak mus, to mus, nie zostawi staruszka w histerii, choćby naciąganej.

A histerie zaczęły ostatnio przybierać na sile.

Ojca chyba wciąż bolało, że Mateusz nie chciał być zawodowym szachistą (fakt, radził sobie niezgorzej, dwa razy został nawet mistrzem kraju) i wyjechał do Warszawy, gdzie najpierw skończył studium fotograficzne, a później założył agencję reklamową i, jak to mówią, zaczął trzepać kasę. Jego ojciec miał kasę w głębokim poważaniu i wszelkimi sposobami starał się sprowadzić syna na łono rodziny, czyli do ukochanych Katowic.

Mateusz nie miał nic przeciwko Katowicom, też je lubił, choć żałował, że brak w nich starówki. Trzeba jednak przyznać, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat miasto zmieniło się tak bardzo, jakby w jego mury wstąpił jakiś nowy duch. Zdecydowanie mniej górniczy i leciwy, a bardziej filuterny i światowy. I z tego ducha był taki gagatek, że myślał przede wszystkim o uciechach mieszkańców. Z myślą o nich zmodernizowano więc centrum, ciągle otwierano nowe sklepy, obiekty i lokale, było coraz więcej zieleni, coraz więcej kształtów i kolorów.

Coraz więcej i więcej.

Co do ducha Warszawy, Mateusz miałby kilka uwag krytycznych, ale faktem jest, że na Śląsku w życiu nie podpisałby takich kontraktów, bo z kim? Z Elektrownią Łagisza? Obsługiwał głównie agencje modelek. A w Warszawie, czego by o niej nie mówić, zleceń nie brakowało.

Ale ojciec przez kilka ostatnich miesięcy żył tylko tym.

Że taki duży dom pójdzie na zmarnowanie, że Mateusz mógłby się w końcu otrząsnąć i z kimś związać. Że stuknęła mu czterdziestka, że on w jego wieku… i tak dalej, i tak dalej.

Związać!

Już chyba bardziej prawdopodobna byłaby ta Łagisza niż spotkanie kobiety, która byłaby nie tylko ładna, ale mądra i normalna. Przede wszystkim normalna. Mateusz próbował szukać, miał przecież swoje potrzeby, ale po ostatnim rozczarowaniu (dwa lata temu jego wieloletnia narzeczona, choć „nie chciała”, wzięła i się zakochała w koledze z pracy) jeszcze nie doszedł do siebie i tak naprawdę nie wiedział, czy kiedykolwiek dojdzie. Czy już zawsze nie będzie miał z tyłu głowy tej paskudnej myśli, że może zostać zrobiony w bambuko. Niecelowo, rzecz jasna, ale czy to cokolwiek zmienia?

I w ogóle, czy można być na tym świecie czegokolwiek pewnym?

Chyba tylko tego, że baby pozostaną babami.

A właśnie, blondynka była ładna, choć zupełnie nie w jego typie. O ile miał jeszcze swój typ. Do niedawna wolał wyzywające i kształtne brunetki, a nie przezroczyste szczapy, w dodatku bez włosów. Znaczy, siedząca w kącie dziewczyna (na oko trzydziestoletnia) nie była łysa, włosie ją porastało, nawet dość obficie, ale wśród gąsienic też zdarzają się włochate okazy, i co? Włosy mają się na kobiecie wić, spływać z ramion i kobietę upiększać, a nie sterczeć wokół głowy jak słoma na ściernisku. W porządku, fryzjerską masakrę wynagradzał kolor. Modyfikowana pszenica, tak by ten odcień złota określił. W dodatku chuchro podczas wygłaszania peanów na cześć torebki aż pojaśniało, a słońce dodatkowo wykonało jakiś oświetleniowy manewr i z kąta bił…

No, bił autentyczny blask.

Mateusz okiem wprawnego fotografa od razu to wychwycił, stwierdził też, że jej skóra à la Peppa (kreskówkę ze świnką pokazał mu dzieciak znajomych) jest dość intrygująca. I gdyby tak blondynkę ubrać w perły, gdyby poskładać barwy w pastelowe tło, mógłby wyniknąć z tego niezły portret. Nawet taki z pazurem – blondynka, pomimo zewnętrznej łagodności, miała w spojrzeniu coś przekornego, a nawet wrednego…

I kiedy nieświadoma tych artystycznych projektów muza skończyła wreszcie paplaninę, a następnie, dla odmiany, zaczęła tęsknie wzdychać, przeciwnik, z którym Mateusz toczył właśnie decydującą szachową rozgrywkę, w najmniej oczekiwanym momencie zbił mu konia.

Żeż cholera jasna!

Taki błąd, zabolało jak diabli.

I chyba musiał spojrzeć na blondynkę z pretensją, gdyż chuchro zmarszczyło nos, po czym w wielkim niezadowoleniu rzuciło:

– Coś nie tak…?

Nie, no, bardzo tak.

Przez zaczepność zyskała kilka punktów, kobiety z charakterem to było to, ale stracić konia?! W takiej chwili, w dodatku przez najzwyklejszą nieuwagę? Aż go w środku skręciło. A już miał przygotowaną sympatyczną akcję obliczoną na zdobycie królowej. Co za kretyn z niego, wyrazy współczucia, naprawdę.

Zamierzał posłać Peppie jakiś pojednawczy uśmiech, ale najpierw musiał zmienić strategię i coś szybko wymyślić; stracona figura mogła go drogo kosztować. Kiedy po dłuższym zastanowieniu postanowił odblokować wieżę, w lokalu, jak na gigantycznej szachownicy, też się coś zadziało.

Przede wszystkim łupnęły drzwi, plamy światła zawirowały i zaczęło śmierdzieć.

Moczem.

To nie była preferowana przez Mateusza woń.

Zwłaszcza kiedy kilka miesięcy temu ojcu z dnia na dzień siadły nerki i staruszek zaczął mieć problemy z higieną osobistą. Zażegnali je, zatrudnili opiekunkę, ojciec poszedł na zabieg i jakoś to było, ale woń moczu zagnieździła się w umyśle Mateusza i nasuwała skojarzenie ze śmiercią. Bardzo niemiłe skojarzenie, a on sobie nie życzył niczego kojarzyć i nie życzył sobie wdychać takich zapachów, gdyż zaczynał go od tego boleć żołądek.

W lokalu w pełnej krasie stanął jakiś bezdomny.

Umorusany, pokiereszowany i niniejszym właśnie zdiagnozowany przez Mateusza urologicznie.

Pijaczek, nie zważając na słane mu przez wszystkich niechętne spojrzenia, namierzył najsłabsze ogniwo i pomaszerował prościutko do blondynki, od której zażądał datku na jedzenie. Akurat wyglądał na zgłodniałego! Chyba procentów. Ale chuchro dało się wziąć z zaskoczenia i wręczyło mu jakieś drobne.

Ciekawa rzecz z tymi żebrakami.

Człowieka w prawdziwej potrzebie łatwo poznać – pali go wstyd.

Natomiast ten tutaj jechał na szantażu emocjonalnym i zachowywał się wręcz bezczelnie, a bezczelność to również nie było to, za czym Mateusz przepadał. Nie spuszczał więc z kolesia wzroku, ale sam wzrok nie wystarczył.

Konieczna okazała się interwencja.

Tyle że ledwie Mateusz zainterweniował, blondynka zmieniła front. Przed chwilą z trudem tłumiła odrazę, a teraz zaczęła pijaczka bronić.

– Może trochę grzeczniej? – spytała ostro, kiedy zasugerował kolesiowi spacer.

A co on jej będzie wyjaśniał!

Teraz w Polsce nikt nie musi głodować, wszędzie powstają odpowiednie organizacje i jeśli ktoś tylko chce, z pewnością znajdzie pomoc. Po ulicach krążą przede wszystkim cwaniaki, a także ci, którzy nie są w stanie wytrzymać bez picia. Warto też dodać, że niektórzy sponsorzy nieźle by się zdziwili, gdyby wiedzieli, ile takie nawalone pershingi wyciągają na godzinę. Od ludzi.

Blondynka już wyglądała na zdziwioną.

Pijaczek zatańczył nad stołem, a później rzucił zdobyczny pieniądz, bez krępacji wyrażając swoje niezadowolenie:

– Mało!

No nie!

Przecież koleś aż się prosił, żeby go pacnąć w tę głupią michę…

I nie wiadomo, jak by się to zajście skończyło, Mateusz z największym trudem zdołał sobie w duchu wyperswadować, że gościem nie należy jednak wstrząsać w miejscu publicznym, kiedy z kieszeni pijaka dał się nagle słyszeć…

Dzwonek komórki!

– Oczywiście, telefon do pana prezesa. – Mateusz dał za wygraną i wrócił na miejsce, a pijaczyna w końcu dotarł do drzwi i, chwiejąc się na nogach, już na zewnątrz usiłował odebrać połączenie.

Błysk oszołomienia w srebrzystoszarych oczach Peppy, a później eksplodujące w nich iskierki śmiechu naprawdę go zdziwiły. Poczucie humoru? U takiej pleciugi?

A to niespodzianka.

Nieustraszony wzrok dziewczyny i niespodziewane porozumienie, które, nie wiedzieć dlaczego, ale zrodziło się między nimi gdzieś pomiędzy skoczną melodyjką dzwonka a miarowym terkotaniem ekspresu, to wszystko było dość przyjemne. Na tyle przyjemne, że kiedy blondynka spojrzała w popłochu na zegarek, a w chwilę później pospiesznie opuściła lokal (trzeba przyznać, że bardzo ładnie się poruszała, czysty wdzięk!), Mateusz Tofel poczuł w środku dziwne coś.

To COŚ, nie wiadomo co, ale namolne cholerstwo było diabelnie, zaczęło mu wiercić dziurę w brzuchu.

Wierciło i wierciło, i nie chciało przestać, oszaleć można.

Zamówił więc kolejną kawę, ale tym razem nie czarną.

Białą, z odrobiną mleka.

Zaraz, zaraz, czy kawa może być koloru blond?

Na liźniętych wątłą zielenią rabatach wybuchły forsycje – drobne, żółte światełka, które co roku włączały się nie wiadomo kiedy i nagle, w samym środku miasta, raziły w oczy przechodniów wiosenną iluminacją, przypominając w ten sposób, że już niedługo rozpęta się wielkanocne szaleństwo. Świat zaleje morze kurczaków, przy czym prawa rynku są bezlitosne i ptactwo wystąpi nawet w kolorze różowym, na wystawach będą strzyc uszami różnej maści zające, tu i ówdzie zazieleni się rzeżucha, a w sklepach zrobi się nad wyraz nerwowo.

Słowem, zaczną się niezłe jaja.

Dla Patrycji w sumie już się zaczęły. Bo jak by nie patrzeć, tą nową fryzurą załatwiła się na złoto i przedwojenne trzy grosze. Oczywiście u fryzjera wszystko było w porządku, ale prawda w takich przypadkach wychodzi na jaw dopiero po pierwszym myciu. I wyszła. Dzisiaj rano. Włosy, umyte i potraktowane jak zwykle suszarką, nijak nie chciały się układać, a konkretnie: każdy układał się w swoją stronę. Nie pomogły pianki, lakiery i szczotki. Z wiechciem na głowie nie dało się nic zrobić i basta.

Do tej pory Patrycja nosiła włosy do ramion, ale wiosna, cholerny czas transformacji, przeobrażeń i tak dalej, więc dała się namówić. Albo raczej nabrać. Mała zmiana, tylko pięć centymetrów, tak twierdził przesympatyczny, młody fryzjer. I znowu okazało się, że jak człowiek chce sobie polepszyć, to zazwyczaj spieprzy.

No i stało się.

Patrycja na własnej skórze odczuła, że fryzjer to nie geodeta, i nie zamierzała już o tym fakcie nigdy zapomnieć. Kilka uronionych w łazience łez jednak nie zmieniło sytuacji. Nie pozostawało jej więc nic innego, jak zmierzyć się z rzeczywistością i poczekać, aż nowy look stanie się starym lookiem i włosy odrosną. Przecież ich nie wyrwie ani nie przedłuży, pocierpi najwyżej dwa, trzy miesiące, a do tego czasu musi sobie jakoś poradzić. Tak ze sobą uzgodniła. W pierwszym odruchu rozpaczy chciała omotać głowę bandażem, ale kiedy wyobraziła sobie te wszystkie pytania… Czapka, pomyśli o jakiejś niegłupiej czapce albo o kapeluszu, ale to dopiero wieczorem. Teraz musiała gnać na osiedle Zajączka, a potem na uczelnię, gdzie o godzinie trzynastej miała zajęcia ze studentami.

Sytuacja zawodowa pani doktor językoznawstwa Patrycji Bukowskiej wyglądała tak, że pani doktor od roku pracowała jako adiunkt w Instytucie Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego i ledwo znajdowała czas na coś więcej. Po prostu zbytnio się angażowała, ale to chyba nie grzech kochać swoją pracę.

Natomiast sytuacja osobista pani doktor…

Tu już było gorzej.

Okazało się, że zaangażowanie można w prosty sposób przeliczyć na franki.

Albo przełożyć na kredyt. Zaciągnięty z mężczyzną, z którym było się od liceum i z którym zamierzało się spędzić całe życie, ale po dwunastu latach zostały z tego tylko złudzenia.

Cóż dodać, serce nie działa według kursu walut.

Już na studiach doktoranckich przestało się między nią a Dominikiem układać, choć nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Mężczyzna jej życia, nie wiedzieć dlaczego, zaczął ją nagle irytować. W tym samym czasie zmarł wuj Andrzej, mąż ciotki Jagody, za którym Dominik nie przepadał, tak samo zresztą jak za samą ciotką, a Patrycja znalazła się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Nie miała w Katowicach innej rodziny, musiała ciotce pomagać, bo po śmierci męża ciotka zaniemogła i poruszała się już tylko na wózku. I od tego się zaczęło. Że spędza na Sienkiewicza za dużo czasu, że ciotka Jagoda to gangrena i nastawia Patrycję przeciwko niemu…

Co do tego ostatniego trudno się było z Dominikiem nie zgodzić, ciotka potrafiła zaleźć za skórę każdemu, a charakter miała, delikatnie mówiąc, dość specyficzny. Była kłótliwa, gderliwa i despotyczna i nikogo nie lubiła. W dodatku usta jej się nie zamykały, co dla osoby znajdującej się w jej bezpośrednim pobliżu mogło być dość wyczerpujące.

Ale czy rodzinę się wybiera?

Ciotka Jagoda była jedyną siostrą jej mamy i naprawdę nie można było kobieciny zostawić samej. Samej i na wózku. Dominik oczywiście nie wierzył nawet i w tę chorobę. Jego zdaniem ciotka mogła chodzić o kulach, ale była na to zbyt wygodna. I poruszając się na wózku, mogła Patrycję szantażować i wbijać w poczucie winy. I tak dalej, i tak dalej. Zaczęło się od ciotki, a potem, nie wiadomo kiedy i jak, okazało się, że ona i Dominik mają zupełnie odmienne zdanie prawie w każdej kwestii. Albo któreś z nich się zmieniło, albo…

Czy miłość może się tak po prostu skończyć?

Na pewno jednak skończyła się chęć wspólnego mieszkania – w dwóch pokojach na osiedlu Nowe Tysiąclecie, na które wspólnie wzięli kredyt. We frankach. A ciotka, zajmująca się od wielu lat zawodowo astrologią, przed podpisaniem umowy zamknęła się na pół dnia w pokoju, dokonała obliczeń i stanowczo Patrycji tę wspólną inwestycję odradziła.

– Uran, Patuniu – stwierdziła, kiwając z respektem głową. – Uran wejdzie do Byka w marcu dwa tysiące dziewiętnastego. I nie chcę nic mówić, ale macie przechlapane, Dominik to przecież uparty i zatwardziały Byk. Ja ci to mówię, twoja rodzona ciotka. A Uran to rewolucja. Czasem nawet krwawa, a już na pewno wielka. I gwałtowna. Czekają was zmiany. Na wielu płaszczyznach. Wielkie, powiadam, wielkie zmiany! – Uniosła palec. – A ty dodatkowo będziesz mieć w swoim horoskopie Plutona. I Saturna. Moim zdaniem nic z tego nie będzie. Tylko wielkie rozczarowanie. Wspomnisz moje słowa. Niczego nie podpisuj.

I ciotka wykrakała.

Bo Patrycja miała w nosie planety, tak bardzo chciała mieć swój własny kąt.

I co jej z tego przyszło?

Z dnia na dzień, po wielkiej awanturze, oczywiście poszło o ciotkę, a skończyło się na wzajemnych oskarżeniach, Patrycja została na bruku, za to z obietnicą, że Dominik będzie ją spłacał. W to akurat wierzyła, w styczniu, tak jak obiecał, wpłacił na konto umówione środki. I tak miał jeszcze przelewać przez kolejnych dziesięć lat. W efekcie to Patrycji się nie przelewało. W dodatku, gdyby miała zakupić nowe mieszkanie, po zapłaceniu raty nowego kredytu, po uregulowaniu czynszu i innych opłat zostałyby jej marne grosze. W tej sytuacji jedynym wyjściem było zamieszkać tymczasowo z ciotką, brać dodatkowe zlecenia i odkładać. A w wakacje, w zależności od kondycji zdrowotnej, jechać na truskawki do Włoch albo na staruszki do Niemiec.

Na szczęście Patrycja nie została z tym wszystkim sama – znajomi wspierali ją nie tylko psychicznie, ich pomoc przybierała również bardziej realne kształty. Na przykład Bożenka z sekretariatu nieśmiało zaproponowała jej kandydaturę na… damę do towarzystwa dla zaprzyjaźnionego profesora historii sztuki, Zygmunta Tofla.

Pan profesor cieszył się od kilku lat emeryturą, ale nadal sentymentalnie był związany z uniwersytetem. Nie przestał także pracować naukowo, jako autor wielu opracowań i monografii był w środowisku naukowców postacią wręcz legendarną, nawet na polonistyce. Niestety, kiedy człowiek ma siedemdziesiąt jeden lat, czasem może potrzebować pomocy.

– Ale jak „damą do towarzystwa”? – Zaintrygowana Patrycja usiłowała pociągnąć Bożenkę za język, choć posada, już z samej nazwy, szalenie przypadła jej do gustu.

Dama do towarzystwa, no, no…

– Wiesz, on to chyba ujął tak bardziej metaforycznie – tłumaczyła Bożenka. – Pan profesor wysławia się w wyszukany sposób, zresztą sama się przekonasz. Gentleman starej daty. W każdym razie gejszy na pewno nie potrzebuje.

– Trudno się mówi, żyje się dalej.

– Pewnie chodzi o zakupy, on się wolno porusza. Mówił o dwóch dniach w tygodniu. Dasz radę?

– Dwa dni to spoko. Ale nie trzeba mu robić zastrzyków? – Patrycja nagle się przestraszyła.

– Nie, coś ty. On poza tym chodzeniem nieźle się trzyma, chociaż słyszałam, że kilka miesięcy temu przeszedł poważną operację. Ale wszystko się udało. To jest normalny, starszy pan. Nie leży w łóżku, jest samodzielny.

– Ale co, ja mam mu czytać?

– Pati, nie mam pojęcia. – Bożenka zaczynała się niecierpliwość, miała mnóstwo papierkowej roboty. – Idź tam, wszystkiego się dowiesz. Będzie na ciebie czekał w poniedziałek o dziesiątej. Kilińskiego dwadzieścia osiem. Osiedle Zajączka, przy Kościuszki. Wiesz gdzie?

– Wiem, pewnie, że wiem. A… jak mu się nie spodobam?

Bożenka spojrzała zza zsuniętych na czubek nosa okularów, za którymi błyszczała niezachwiana pewność.

– Kochana, ja z ciebie zrobiłam brylant. Mało brakowało, a zaczęłabym przysięgać, że grasz na harfie. Jakie „nie spodobasz”? Nie ma takiej możliwości, żeby była taka możliwość… Poza tym jego aktualna opiekunka to jest podobno tragedia, ale on nie mówi źle o ludziach. Wydedukowałam.

Patrycja kupiła więc Bożence za tę harfę paczkę dobrej kawy w Synergii i tak oto trafiła na uroczy zaułek u zbiegu ulic PCK i Kilińskiego, który, stojąc na rozdrożu, właśnie sobie ze smakiem kontemplowała.

Pewnie, że na świecie są cudniejsze widoki niż jakaś tam ulica, ale po co gonić za szczęściem, piętrzyć warunki i oczekiwania, skoro niektóre przyjemności są na wyciągnięcie ręki? Można gnać do Włoch, żeby podziwiać katedry, a można sobie kwitnąć na chodniku w Katowicach i obserwować, jak… kwitnie natura. Teraz. Jak obsypane bielą drzewa nasuwają porównanie z watą cukrową i jak ta wata drży przy delikatnym powiewie wiatru. Tutaj. W miejskim zgiełku, który nie daje o sobie zapomnieć i w trele oszołomionego słońcem ptactwa wplata dźwięk klaksonów, pomrukiwania coraz nowocześniejszych aut i szum, już nie klekotanie, tramwajów.

Trudno.

Można słyszeć tylko oddech miasta, a można samemu wstrzymać oddech i cieszyć się drobiazgami. Tym bardziej że niektórych drobiazgów przez całą zimę się nie dostrzegało. Albo człowiek naciągał ze złością czapkę na nos i dostrzegać nie chciał.

Dlatego Patrycja z premedytacją wystawiła twarz na działanie promieni słonecznych, uśmiechnęła się z lubością, kiedy połaskotały ją po policzkach, a potem zamrugała, żeby pozbyć się wirujących pod powiekami świetlnych kręgów, i dokładnie sobie swoje przyszłe miejsce pracy obejrzała.

Osiedle Zajączka, zbudowane przed wojną i zamieszkałe przez ówczesną elitę, wciąż należało do najładniejszych zakątków miasta i wciąż stanowiło swojego rodzaju enklawę architektonicznego szyku i niegdysiejszej elegancji. Neobarokowe wille, ogrody, stare mury, ciasne uliczki i wiekowe drzewa – sceneria wręcz wymarzona do długich spacerów. Albo do umieszczenia w niej akcji kryminału. Takiego mrocznego, może angielskiego, w którym trupy kolejnych dam do towarzystwa są zakopywane przez profesora pod grządkami róż…

Kamienica pod numerem dwadzieścia osiem dokładnie na takie domiszcze wyglądała.

Tajemnicze, osadzone na dość wysokiej skarpie niczym twierdza i zarośnięte krzewami skrywającymi długie schody prowadzące do obdrapanej furtki. Nie, ten dom nie zapraszał. A nawet ostrzegał, żeby nieproszeni goście trzymali się z daleka. Ale Patrycja nie czuła strachu, wręcz przeciwnie, coś ją do tego budynku ciągnęło.

Był inny.

Nie tak dopieszczony jak sąsiednie wille, może nawet odrobinę zaniedbany, smętne szczątki winorośli okrywały okalający posesję murek, krzewy ledwie się zieleniły. Widać było, że dom dopiero co otrząsnął się ze snu, że z niechęcią przeciera oczy. I nie życzy sobie żadnego towarzystwa.

Patrycja z przedziwną ekscytacją weszła na kamienne schody i już miała piąć się w górę, kiedy najpierw gdzieś w głębi budynku dał się słyszeć jakiś stłumiony trzask, jakieś krzyki, a potem z drzwi zwieńczonych niewielkim balkonem wypadała rozwścieczona baba.

I słońce zgasło.

Ile mogła mieć lat, Patrycja nie potrafiła dokładnie określić, ale pięćdziesiątkę przekroczyła na pewno. Z tą pięćdziesiątką niezbyt korespondowały obcisłe, błyszczące legginsy, z których wiele się wylewało, oj, wiele. Być może założenie było takie, by ukazać właścicielkę jako ponętną syrenę unoszącą się na spienionej fali oceanu, ale w praktyce wyszedł z tego raczej wyrzucony na brzeg Bałtyku mors. Jakim cudem w głowach niektórych kobiet dochodzi do tak absurdalnych projektów artystycznych, Patrycja nie pojmowała.

Ale helikopter teoretycznie też nie powinien latać.

– Stary, głupi dziad! – wykrzyczała z pasją kobieta i zarzuciła na ramię torebkę, a w tym zarzuceniu było tyle agresji, że Patrycja aż się wzdrygnęła.

Czyste zło.

Takie nieco łysiejące na czubku głowy, bez pasa przejściowego między piersiami a talią. Nabzdyczone i najwyraźniej nieżyczące nikomu najlepiej.

– Dzień dobry – powiedziała Patrycja.

Wypadało się jednak przywitać, bo jak się dzieli wąskie schody, wszechświat zaczyna działać zdecydowanie inaczej.

– A pani… co? – Kobieta z bliska przypominała gnoma.

Te świdrujące, nisko osadzone oczy, ten zaczepny pod przepaloną trwałą wzrok.

Kim była, do licha?!

– A ja nic – odpowiedziała Patrycja niezbyt miło, ale szybko stwierdziła, że jednak zmieni taktykę. Zamiast się tu słownie przepychać, lepiej zrobić z kobiety źródło, ewentualnie źródełko (chyba zatrute) czy kryniczkę informacji. – Chociaż w sumie ja do pana profesora. Domyślam się, że jest, wspominała pani coś o starym dziadzie…

Ostatnie słowo okrasiła współczującym uśmiechem.

– A może nie? – Kobieta podparła się pod boki i natarła na Patrycję, choć nie wiadomo było, do kogo lub do czego należało odnieść wcześniejszy znak zapytania.

– Starsi ludzie bywają trudni – zagaiła więc Patrycja dyplomatycznie.

– Trudny?! To jest stary wariat, proszę pani. I oszust! Jest mi winien pieniądze! – Zacisnęła rękę w małą, tłustą piąstkę i pomachała nią pod balkonem, ale półokrągły balkon nadal trwał, daszek nad willą również.

Patrycja poczuła jednak lekki niepokój.

Wszystko ładnie, pięknie, profesor, naukowy autorytet, te sprawy, ale jeśli pracodawca nie płaci…

– Pani się nim opiekowała?

Kobieta znowu poprawiła torebkę, tym razem z urażoną godnością.

– Proszę pani, ja skończyłam kurs. W Żaku. Dla opiekunek osób starszych – objaśniła. – Mam papier. Ale to, co ten stary dziad wyprawiał… Ja się szanuję, proszę pani, ja sobie na takie coś nie pozwolę… To się w głowie nie mieści!

Patrycja to i owo by jednak zmieściła, ale baba skąpiła konkretów!

– Ale co on takiego pani zrobił? – spytała z troską.

Troska była nieudawana – jeśli pan profesor jest tak naprawdę złośliwym i nieuczciwym panem profesorem, a tego nie da się wykluczyć, ludzie przecież inaczej zachowują się we własnym domu niż w miejscu pracy, to troska była tu jak najbardziej uzasadniona.

Może Patrycja powinna zacząć się troszczyć o siebie?

– Ganiał mnie jak jakąś młodą. A to do biblioteki, a to do księgarni… – Kobieta aż poczerwieniała z oburzenia. – Miałam czytać książki! Wyobraża sobie pani?

No coś takiego.

Z tym to powinno się iść do sądu…

– Na głos? – upewniła się Patrycja.

– Jakie na głos. Ja! – Dziabnęła w oponę pod piersiami, a może w samą pierś, trudno było przy tej wielowarstwowości stwierdzić. – Ja miałam czytać. U siebie w domu. Jak jakaś uczennica, a on mnie z tego chciał odpytywać! Ma pani pojęcie? Co to jest, szkoła jakaś?! No powalony facet…

– Dość oryginalne, przyznaję – powiedziała Patrycja, z całych sił pracując nad twarzą.

Dama do towarzystwa raz, model oporny na intelektualną współpracę.

Trochę jej jednak ulżyło.

– Ory… – zacukała się kobieta, ale szybko wróciła do równowagi, czy raczej do ustawień domyślnych. Znowu weszła na wysokie C. – Ile ja mam lat, żeby mnie tak traktować?! A jeść nic nie chciał, co mu robiłam. Takie dobre zupki… Tylko wydziwiał, kręcił nosem… Tabletki to samo. Nic nie chciał brać, a ma przepisane!

– Jak to nie chciał brać? Tabletek?

– A tabletek. Nie chciał brać i już. Uparty jak osioł. Mówił, że go chcę otruć. Ja, otruć! No szok, mówię pani… W życiu mnie coś takiego nie spotkało. A potem wrócił ten…

Choć Patrycja nie zrozumiała ostatniego zdania, usłyszała już dość i miała mniej więcej jasny obraz sytuacji. Kobieta była skłonna zeznawać dalej, jednak drzwi wejściowe nagle zaskrzypiały, a na progu stanął szczupły i krzepki brodacz. Nieco starszy od byłej damy do towarzystwa, lecz wyglądający w porównaniu z nią jak Bóg, może nie młody, ale na pewno dobrze zakonserwowany. Odziany w dżinsową kurteczkę i trampki.

W jego bystrych oczach Patrycja dostrzegła uśmiech.

Swój człowiek, to się czuło od razu.

– Pani Maciejewska, naprawdę… – zagadał do kobieciny z łagodną naganą. – Proszę już nie robić scen, pan profesor się z panią rozliczy, tak jak obiecał. Tylko przyjedzie syn. Proszę przyjść jutro.

– Syn! Stary chłop, a płaci za niego syn? – Baba próbowała odeprzeć argument, jednak dziwnie szybko spuściła z tonu.

Chyba czuła przed brodaczem respekt. Niechętnie, ale w końcu zaczęła się zbierać.

– Tylko niech się pani nie da zrobić w balona, mówię pani – rzuciła na odchodnym. Skąd wiedziała, że rozmawia ze swoją następczynią? – Oni tu są po jednych pieniądzach. Co jeden, to lepszy. Ogrodnik wielki się znalazł…

Ogrodnik?

Mężczyzna faktycznie wyglądał na osobę, która spędza dużo czasu na świeżym powietrzu. Był wysoki, energiczny, twarz miał wesołą, rysy regularne – w młodości musiał podbijać serca kobiet, ale nawet teraz niczego mu nie brakowało, choć nie był typowym przystojniakiem.

– Edward Betz. – Wyciągnął na powitanie dłoń i Patrycja omal nie syknęła z bólu. Ten uścisk – oj, facet dałby radę nawet ciocinym przetworom. – Jestem tu ogrodnikiem, mechanikiem, konserwatorem. Do wyboru, do koloru – dokonał prezentacji, miło się uśmiechając i pokazując na sadzonki bratków, które leżały pod oknem, puszczając do Patrycji to fioletowe, to żółte oko.

Z bliska było widać, że czaszkę pana Edwarda pokrywają rzadkie, brązowawe włosy, mięciutkie jak na kurczątku. Broda była takiego samego koloru i porastała regularną szczękę. Ale ta szczęka raczej nie nasuwała skojarzenia z męską dominacją, od ogrodnika biło zwyczajne, ludzkie ciepło.

– Proszę się nie przejmować. – Pokazał na znikającą w świetle ulicy kobietę. – Pani poprzedniczka. Nie było chemii, co robić. A pani w sprawie pracy? – zreflektował się, że może wtajemnicza w sprawy domu osobę postronną.

– Tak, Patrycja Bukowska. Jestem umówiona z panem profesorem.

– W takim razie zapraszam! – Otworzył na oścież furtkę. – Tylko proszę uważać, tu wszędzie bałagan, jestem w trakcie generalnych porządków. Nie było mnie miesiąc i teraz nie wiem, w co włożyć ręce. A pan profesor jest dzisiaj trochę niedysponowany. Ta Maciejewska to jest osobna historia, zrobiła tu niezłe spustoszenie.

Patrycja nie miała porównania ze stanem poprzednim, ale dom faktycznie przykrywała jakby warstwa pyłu, co dało się stwierdzić już za drzwiami. Niedużą klatkę schodową zastawiały jakieś krzesła, na nich piętrzyły się sterty książek, a pod ścianą stały nierozpakowane zakupy.

Za to to, co Patrycja zobaczyła dalej…

Przerosło jej najśmielsze oczekiwania.

Zygmunt Tofel był wykończony.

Znowu nie zmrużył w nocy oka.

Bolał go każdy mięsień, każda kostka, bolały go nawet paznokcie u stóp; coś okropnego.

Może i poczytywałby to za starość, nie był już przecież młodzieniaszkiem, wiadomo, ale nic go nigdy długotrwale nie bolało. Kłopoty ze zdrowiem zaczęły się wraz z pojawieniem się w jego domu Maciejewskiej i ten dzień profesor w swojej bezradności przeklął.

Sam nie wpadłby na to, żeby tę osobę zatrudnić, ale przed miesiącem poleciła ją opiekująca się nim studentka, która musiała nagle wyjechać do Francji, gdzie trafił się jej grant. Profesor nie podejrzewał, żeby dziewczyna źle mu życzyła, czasem przecież człowiek kogoś przeceni albo poleci osobę, której jednak dobrze nie zna.

Jedno było pewne – odkąd Maciejewska pojawiła się na Kilińskiego, profesor przestał normalnie sypiać. Przewracał się w łóżku do trzeciej, czwartej, usiłował przeglądać czasopisma naukowe i dopiero nad ranem, umęczony i nieszczęśliwy, zapadał w coś, co można by nazwać drzemką. Trudno się więc dziwić, że w ciągu dnia nic go nie cieszyło, był apatyczny, w dodatku pojawiło się to uporczywe rwanie w kościach.

I albo cierpiał na paranoję, albo jego tabletki zaczęły wyglądać inaczej.

Owszem, opakowanie się zgadzało, sprawdził, ale pastylki jakimś cudem, a może z tym cudem miała związek Maciejewska, były mniejsze. Z pewnością mniejsze, dzięki Bogu nie miał jeszcze problemu z galopującą demencją. Czasem zdarzało mu się zapomnieć, po co szedł do pokoju, albo miał problem ze znalezieniem odpowiedniego słowa, ale czy coś jest małe, czy duże, na szczęście jeszcze potrafił określić. Bardzo się tym przejął, bo niby czemu Maciejewska miałaby go truć?!

Gdyby to był kto inny…

Ale nie ma co wywoływać wilka z lasu.

Profesor czuł, że nie może się nad pewnymi sprawami zbyt długo zastanawiać, inaczej ucierpi na tym jego kondycja psychiczna, ostatnimi czasy już i tak mocno nadwątlona, ale na wszelki wypadek jednak odmówił przyjmowania leków. I proszę, przez kilka dni czuł się lepiej, a potem znowu się zaczęło.

W dodatku Maciejewska gotowała wręcz koszmarnie.

A przewód pokarmowy profesora na takie atrakcje również nie był przygotowany. Zawsze traktowany z szacunkiem, musiał się zmierzyć z potrawami, które z dobrym jedzeniem nie miały nic wspólnego. Nic a nic. Ogłosił więc strajk, wybierając na strategię permanentną biegunkę (profesor zlecał w sekrecie zakupy taksówkarzom, ale okazjonalne podjadanie kanapek za wiele nie pomogło). Odtąd było tylko gorzej. Na tyle gorzej, że profesor nie miał się już siły bronić. Jak na złość, rządy Maciejewskiej na Kilińskiego zbiegły się fatalnie w czasie z pobytem Edka w sanatorium.

Kiedy profesorowi zmarła żona, a Mateusz się wyprowadził, ogrodnik był na Kilińskiego mile widzianym gościem. Na początku przyjeżdżał do pracy w ogrodzie dwa razy w tygodniu, ale przed dziesięciu laty przytrafił mu się rozwód i nie wiedział, co dalej ze sobą począć. A że profesor przeszedł na emeryturę, perspektywa kilku dodatkowych groszy za wynajem bardzo go ucieszyła, nie mówiąc już o pomocy przy tak dużym domu. I tak dwóch życiowych rozbitków zamieszkało pod jednym dachem.

Zgodnie i bezkonfliktowo.

Jednak pół roku temu dach zaczął przeciekać, trzeba go było wymienić, na co poszły wszystkie oszczędności (została też zaciągnięta pożyczka!), ale Edek i na to znalazł sposób: odświeżył na strychu drugą służbówkę i poszukał lokatora. Młody człowiek o imieniu Przemek był dość sympatyczny, płacił czynsz bez żadnych poślizgów, co gwarantowało spłatę raty w banku, a od czasu do czasu pomagał Edkowi w cięższych pracach. Często też wyjeżdżał, nie hałasował i nawet zdarzało im się zapomnieć, że ktoś dodatkowy w ogóle z nimi mieszka.

Tyle że w styczniu Edek spadł z drabiny i zaniemógł. Radzili sobie, kiepsko, ale sobie radzili, jednak najgorzej było przez ostatni miesiąc. Rehabilitacja Edka w sanatorium. Profesor został sam, w wyrwę wbiła się harpia Maciejewska i tak to się wszystko skończyło.

Zdrowotną ruiną.

Pan Przemek był w tym trudnym okresie niewielkim wsparciem, miał swoje życie i profesor nawet nie ośmieliłby się go w nic angażować. Poza tym było mu trochę wstyd. Opowiadać obcemu człowiekowi, że na jego zdrowie czyha opiekunka…

Ale w końcu się doczekał.

Dwa dni temu Edek wrócił do domu, popatrzył na profesora, popatrzył na Maciejewską i, po krótkiej naradzie, jeszcze tego samego dnia babę odprawił. A ile było przy tym krzyku! Trudno to pandemonium opisać, profesor nawet nie znał pewnych przekleństw, ale może to i dobrze. Najważniejsze, że Maciejewska przeszła już do historii, że pani Bożenka znalazła mu nową dziewczynę, podobno bardzo miłą panią doktor.

Spotkanie z nią ustalił na dziesiątą, tuż przed przyjściem notariusza, ale na ten ostatni termin nie miał zbytniego wpływu. Notariusz był ważniejszy od ministra, umówienie się z nim graniczyło z cudem. W dodatku znowu wypłynęła Maciejewska, która przyszła się awanturować, choć przecież tłumaczył jej, że to syn reguluje wydatki związane z opieką, a robi to z końcem miesiąca.

Sam by Maciejewskiej zapłacił, nie znosił długów, ale wciąż walczył z pożyczką za dach, a dodatkowe pieniądze, które zarabiał, przestały napływać. Niestety, było w tym trochę jego winy, choć może to nie do końca tak.

Przed kilku laty profesor podjął się pewnej współpracy, co było związane z niemałym wysiłkiem, ale też z dość znacznymi wpływami, jednak najpierw doszło między nim a zleceniodawcą do nieporozumienia, później profesor przeszedł operację, a teraz to jego fatalne samopoczucie i rehabilitacja Edka – wszystkie te okoliczności razem sprawiły, że odwlekał w czasie realizację bardzo ważnego zadania…

Koniecznie musiał je dokończyć.

Trudno, żeby mieszkanie w centrum przypominało dom Baby-Jagi na kurzej nóżce; Patrycja i ciotka mieszkały w dwóch pokojach na poddaszu w kamienicy.

Willa na Kilińskiego również nie nasuwała takich skojarzeń.

Ale odkąd Patrycja się w niej znalazła, nie umiała pozbyć się wrażenia, że wszystko tutaj – płaskorzeźby na ścianach, obrazy, meble, drewniana podłoga, kamienne i wytarte na brzegach schody – składa się na życiodajną, pradawną sieć, która wrasta w ceglany budulec, która niestrudzenie go żłobi i od dziesiątek lat napełnia energią. A ta energia tętni tutaj w każdym kącie, w każdym pęknięciu ścian. Może dlatego parkiet pod stopami Patrycji uginał się i chrzęścił, jakby stąpała po pancerzykach owadów, może dlatego elegancka komoda z ciemnego drewna w korytarzu była ciepła w dotyku jak skorupa żółwia, a drzwi, którymi Patrycja weszła do olbrzymiego i wysokiego na kilka metrów pomieszczenia – te drzwi zaskrzypiały jak stary przyjaciel, zachęcając, żeby się nie bała, żeby przez nie przeszła jak przez bramę, która przybliży ją do czegoś ważnego i wzniosłego.

I Patrycja naprawdę poczuła wzniosłość.

Bo jak inaczej nazwać to ulotne uczucie szczęścia, kiedy się wie, że patrzy się na coś pięknego, na coś, co szepcze, że jest wyjątkowe i tylko dla ciebie…?

Biblioteka.

Patrycja znalazła się w olbrzymiej bibliotece.

Oczywiście nikt nie stworzył tego pomieszczenia z myślą o niej, ale skoro miała tu pracować, będzie mogła chłonąć panującą w bibliotece atmosferę niespiesznego naukowego nieładu, skupienia i szacunku do tego, co zapisane, choć tylko we fragmentach odkryte. Poczuła w związku z tym rozkoszny dreszcz podniecenia. Wychowana w blokowisku, w ciasnych betonowych pudełkach, wciąż nie przestawała się dziwić, że można mieć coś TAKIEGO we własnym domu!

Trudno było oszacować wielkość sali, ale Patrycja uznała, że można by z niej zrobić trzy albo nawet cztery mniejsze pokoje. W dodatku biblioteka rozrastała się nie tylko na szerokość, ale i na wysokość – jej ściany tworzyły zdobione drewniane regały, które liczyły kilka metrów, a w rogu pokoju zakręcały ślimakiem metalowe schody prowadzące na piętro, również całe w regałach. Ozdobna balustrada okalała salę jak haftowana wstęga, spowijając poustawiane wszędzie książki i księgi – o grzbietach smukłych, to spuchniętych, popękanych, obitych w skórę, to nieco młodszych, pyszniących się kolorami, zamkniętych w lakierowanych okładkach, cieszących oczy różnorodnością tytułów.

Na półkach ktoś poustawiał również drogie sercu przedmioty, zazwyczaj były to ramki ze zdjęciami uśmiechniętego i szczerbatego chłopca oraz młodej kobiety o delikatnym uśmiechu, pewnie jego matki, ale pomiędzy książkami stały też metalowe, zdobione wzorami puszki po ciasteczkach i herbacie, rzeźbione fajki, figurki, szkatułki, a w witrynie, gdzie zajmowali miejsce Tatarkiewicz, Reale, Marek Aureliusz i niejaki Adam Wodnicki – pyszniło się marmurowe popiersie Sokratesa. To musiał być on, gdyż brzydota filozofa była wręcz legendarna, a uwieczniony w marmurze jegomość wyglądał jak zalatujący rumem brodacz, który wytoczył się właśnie z portowej knajpy.

Co zrobić, ciało nie zawsze jest wypadkową duszy i umysłu.

Regały były podświetlane, w kątach sali i przy czarnej, skórzanej kanapie pod krótszą ze ścian stały gustowne metalowe lampy podłogowe o smukłych abażurach w kształcie tulipanów. Wieczorem – kiedy z ich kielichów sączyło się miękkie światło, kiedy każda literka na grzbietach książek, każda wykwintna rama obrazu i każdy rowek w zdobieniach ścian były zaproszeniem dla blasku – z pewnością musiało być tu przytulnie i nastrojowo.

Serce biblioteki stanowiło natomiast największe i najmasywniejsze biurko, jakie Patrycja kiedykolwiek widziała: kawał ciężkiego drewna z motywem winorośli oplatającym grubaśne jak u słonia nogi przypominał rozmiarem wyspę. Albo jakieś małe, oceaniczne państwo. Biurko stało niewzruszone, solidne, a na nim piętrzyły się stosy notatek, czasopism, gazet, papierów – za to z brzegu, przy zabytkowej maszynie do pisania, niczym przybyły z dalekiego lądu ptak, przycupnął srebrzysty laptop. W jego tafli odbijał się duży, okrągły stół nakryty lnianym obrusem oraz szerokie na kilka metrów okno, a właściwie drzwi balkonowe, bo można było przez nie wyjść na taras; zakrzewiony, porośnięty buzującą zielenią.

I Patrycja, niczym Alicja w Krainie Czarów, zwabiona drgającymi na wietrze zielonymi gałązkami, zeszła ze schodów i pomaszerowała w te ogrodowe zapachy, w to światło tańczące na trawniku plątaniną ruchomych plam.

I sobie z tego zachwytu dogłębnie westchnęła.

A potem stwierdziła, że na tarasie, na którym znajdował się komplet mebli ogrodowych i kilka donic z roślinami, mruga do niej czernią i bielą…

Najprawdziwszy stolik do gry w szachy!

Fiu, fiu, ileż to lat minęło, kiedy ostatni raz grała z wujem?

Wiele.

Ponieważ pan Edward taktownie został na korytarzu i zamknął drzwi, a w bibliotece Patrycja nikogo nie zastała, zbliżyła się do stolika i próbowała zrozumieć dynamikę toczonego tu przez kogoś pojedynku. Pojedynek był w toku, przy linii białych leżał jajowaty kamień, oznaczający zapewne, że ktoś wykonał ruch, odszedł, a teraz czeka na odpowiedź.

Nie, nie, nie była żadną mistrzynią tej gry, skądże znowu, po prostu znała figury i ich sposób poruszania się po polach, czasem wygrywała, jednak dość rzadko, a najbardziej cieszyła się, jeśli nie straciła na samym początku damy, gdyż wuj to był szatan, a nie przeciwnik. W każdym razie szachy ewidentnie kojarzyły się jej z intelektualnym wyzwaniem oraz z… przyjemnością, a że Patrycja uwielbiała zagadki, zaczęła odruchowo analizować sytuację.

– Teraz kolej białych. – Zza wysokiego fotela na skraju tarasu niespodziewanie wyjrzała szopa mlecznych włosów i Patrycja natknęła się na wzrok…

Profesora Zygmunta Tofla.

Który patrzył bursztynowymi oczami przenikliwie i wesoło, choć było widać, że jest zmęczony.

– Dzień dobry, mam na imię Patrycja, byliśmy umówieni. – Stanęła na baczność i niemal dygnęła w ukłonie, po czym obdarzyła profesora uśmiechem.

To znaczy ten uśmiech wypłynął jej na twarz sam. W profesorze, tak jak w ogrodniku, było coś miłego, choć trudno było w tej chwili to „miłe” zmierzyć, zważyć czy nazwać.

Profesor uniósł przyjaźnie wiotką dłoń i nie pozwolił jej dokończyć.

– Za mata… – rzucił z humorem i Patrycja założyłaby się, że zachichotał. – Niech stracę, mogę pani wypłacić trzy banknoty z podobizną króla Polski. Powiedzmy, że to będzie… szacowny Władysław Jagiełło.

Trzy stówki?!

Trzysta złotych oznaczało dla Patrycji ni mniej, ni więcej, że torebka, którą wczoraj oglądała, przestałaby leżeć w sklepie taka bezpańska i przez nikogo niechciana, a przecież ona chciała ją całym sercem i dlaczego tego nie zmienić? Poza tym, czy kobieta zdruzgotana po wizycie w salonie fryzjerskim nie potrzebuje jednak rzetelnego pocieszenia?

– Władysław Jagiełło…? – podchwyciła więc i aż się oblizała. – A mogę chwilkę pomyśleć?

– Moja droga, rozmyślaniom warto poświęcić nie tylko chwilkę, ale i całe życie – oznajmił filozoficznie profesor. Z lubością przymknął oczy i opadł na fotel. Chwilę potem znowu się wychylił i trzeźwym głosem sprostował: – Tym niemniej przykro mi zawiadomić, że za pół godziny będzie tu notariusz i mój marnotrawny syn, tak że materia czasu na tę chwilę się jednak kurczy. Poza tym my też to i owo musimy przedyskutować, jak mniemam…

– Tak, oczywiście – przytaknęła Patrycja, z rozbawieniem odnotowując, że Bożenka miała rację. Profesor wysławiał się w dość wyszukany sposób. Jednocześnie w jej umyśle zaczęły się obracać maleńkie śrubki. – Proszę mi dać pięć minut. Mam się ruszyć białymi? – zapytała, chcąc zyskać pewność.

– W rzeczy samej. Pięć minut? A to ci heca… – Profesor wyraźnie się ożywił.

Wstał i przez chwilę siłował się z meblem, próbując go obrócić, a Patrycja znalazła się w rozterce: udzielić pomocy i być może sprawić starszemu panu przykrość, gdyż pomoc bywa czasem potwierdzeniem niedołężności, czy stać jak słup soli i wyjść na niewychowaną gangrenę.

Ale profesor zdawał się czytać jej w myślach.

– Już, już, martwe przedmioty zawsze stawiają opór… A czas płynie.

Fotel w końcu się poddał, profesor zasiadł w nim z widoczną ulgą, jak na królewskim tronie, po czym, podpierając dłonią falujący policzek, z życzliwym zaciekawieniem oddał się obserwacji.

A śrubki w głowie Patrycji zaczęły się obracać coraz szybciej i szybciej, może nawet zaczęły drgać tak, jak drgał uśmiech pod wąsem wuja Andrzeja, męża ciotki Jagody – ten irytujący mężczyzna zwykle zapędzał ją na szachownicy w kozi róg i przestrzegał, żeby nie szła w grze w banał.

Powtarzał również, że kiedy się atakuje, trzeba mieć plan, a nie drażnić przeciwnika pojedynczym wystrzałem. Potem szły morały o stylu gry i tak dalej, ale uwaga o banale była jednak cenną wskazówką. Patrycja uczepiła się jej w myślach i próbując się skoncentrować, w napięciu analizowała po kolei każdą figurę czarnych. To samo zrobiła ze swoimi bierkami, przewidując kolejne ruchy, swoje i profesora.

Musiała wymyślić takie rozwiązanie, żeby profesor nie miał wyjścia, żeby jej ruch był dla jego figur rozkazem. Przecież to nie takie trudne, niejednokrotnie rozwiązywała z wujem zadania w różnych szachowych podręcznikach.

Nie idź w banał, nie idź w banał…

Banał w tym przypadku oznaczałby desperacki atak królową, która jednak, przy takim ustawieniu figur, niewiele by zdziałała; mogła co najwyżej kąsać profesora po piętach. Nie, Patrycja zamierzała coś o wiele bardziej perfidnego. A gdyby tak wypuścić zatrutą strzałę, a dopiero potem przeciwnika dobić?

Wstrzymując powietrze, ujęła połyskującego czernią drewnianego konika i tu się zdziwiła:

– Obciążane?

Konik rozkosznie ciążył w dłoni, a kiedy Patrycja przeniosła go na pole f7, dając tym samym profesorowi szacha, postawieniu skoczka towarzyszył miły dla ucha dźwięk. Coś wspaniałego! W takie szachy grałaby non stop, wuj miał szachownicę tekturową, a o dotykaniu figurek z plastiku, cóż, o takim dotyku nie można pisać poematów. Chyba że kogoś inspiruje funkcjonowanie w kulturze masowej motywu made in China…

Profesor w odpowiedzi na szacha tylko skinął głową, ale nic nie powiedział. Musiał przesunąć króla z rogu na pole g8 i to spowodowało, że zmierzył swoją przeciwniczkę wzrokiem, w którym zdumienie mieszało się właśnie z przeczuciem porażki.

Już chyba zrozumiał.

Bo Patrycja uciekła skoczkiem na h6 i król profesora znów był w tarapatach, teraz szachowała go dama. Nic już nie mógł zdziałać, schował się do rogu, a wtedy Patrycja, z biciem serca, które nagle się rozszalało, najzwyczajniej w świecie poświęciła swoją damę. Postawiła ją na polu g8 i profesor, chcąc nie chcąc, zbił ją wieżą.

Dokładnie o to chodziło.

Król zagoniony do rogu, wieża tuż przy nim, dwa pionki z przodu, a żaden nie mógł dosięgnąć jej konia, który teraz radośnie zarżał i ponownie przeskoczył na f7. Żadnej możliwości ucieczki, żadnej możliwości zasłonienia się.

– Szach i mat… – Nie musiała tego mówić, powiedział to za nią profesor.

Z dość nietęgim wyrazem twarzy, ale należy mu też oddać sprawiedliwość, przegraną przyjął z pogratulowania godną klasą. Usta mu nieco przy tym zafalowały, białe brwi powędrowały do góry, ale wstał z fotela i wyciągnął dłoń.

Miękką jak chusteczka higieniczna.

– Moja droga pani Patrycjo, muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem – oznajmił, z zakłopotaniem pochrząkując. – Udało się pani mnie zaskoczyć. Ale widzę, że będę miał partnerkę do gry. Niezmiernie się cieszę!

– To brzmi jak podpisanie umowy o pracę – zażartowała Patrycja.

– Formalnościami zajmie się Edward, jeśli pani pozwoli. A właśnie, wypłata wygranej… – Spojrzał na bibliotekę i już zamierzał tam pójść, ale Patrycja go powstrzymała.

Torebka z wystawy, tak, już prawie dyndała na jej ramieniu, ale przyjęcie pieniędzy od tego czarującego człowieka wydało się nagle Patrycji czymś niestosownym. Chyba nie potrafiłaby wyciągnąć ręki, nawet po Władysława Jagiełłę.

I w ogóle są chwile, kiedy wygrana cieszy o wiele mniej, niż powinna.

– Panie profesorze, może jednak zapomnijmy o tym zakładzie – rzuciła pojednawczo.

– Zapomnieć? W sprawę jest wplątany król Polski, nawet potrójnie, a pani każe mi zapomnieć? Nie ma mowy – zaprotestował i już, już wstawał, ale od strony biblioteki dało się słyszeć pukanie.

Do środka wszedł pan Edward z tacą wypełnioną filiżankami i talerzykami. Wśród zastawy, pod szklaną paterą, złociły się ciasteczka.

– Państwo zamawiali kawę? – Puścił do Patrycji oko i, pobrzękując porcelaną, zawitał na taras.

Jedno bystre spojrzenie na szachownicę mu wystarczyło.

– Pani gra w szachy? No, no… – Pokręcił z uznaniem głową. – Widzę, że profesor już się nad panią znęca?

– A otóż i się zdziwisz, kochany! – Profesor triumfował. – Jest dokładnie na odwrót. To pani znęca się nade mną. Dostałem mata. Dasz wiarę?! Zupełny nokaut. I to jaki!

Pan Edward zamarł z filiżanką w powietrzu, a Patrycja z niejaką satysfakcją odnotowała, że jej akcje gwałtownie wzrosły. Ogrodnik w zdumieniu ruszył do stolika, chciał jak najszybciej zrozumieć, co zaszło.

– Ale jak…?

– Rączy koń i samobójstwo damy. Cztery ruchy i padłem trupem.

Ogrodnik posłał profesorowi niby rozbawiony uśmiech, ale Patrycja wyczuła, że jego głos jest pełen napięcia.

– Zygmunt, ty trupem…? Kilka dni i będziesz jak nowy, zobaczysz. Częstujcie się. Kawa, herbata… Ja tu sobie popatrzę – zastrzegł, nachylając się nad szachami.

– A właśnie! – podchwycił profesor, odsuwając tacę od Patrycji. – Pani doktor, ciastka stanowczo odradzam. Są piekielnie twarde i nie zdziwiłbym się, gdyby zawierały choćby i metale ciężkie. Moja poprzednia opiekunka, niejaka Leokadia Maciejewska, kupowała produkty najtańsze i pozbawione elementarnych wartości odżywczych. Szczerze mówiąc – profesor ściszył głos, a w jego oczach zabłyszczały szelmowskie iskry – najchętniej wyrzuciłbym wszystko, co ta kobieta nabyła… A już najmniej zaufania mam do chińskich zupek.

W temacie zdrowej żywności Patrycja była akurat mocno wyczulona. Podobnie rzecz się miała z chińszczyzną. Chińskie szachy, chińskie zupki, niedługo chińskie będą nawet oscypki…

– Że co proszę? Karmiła pana chińskimi zupkami?! – Nie chciała wierzyć, naprawdę trzeba mieć coś z głową, żeby starszą osobę karmić takim badziewiem.

– Usiłowała. I kanapkami z margaryną! – Profesor się uniósł. – Od czasów komunizmu w tym domu nigdy, przenigdy, powiadam, nie było margaryny. Nastała dopiero z Maciejewską. Jakaś część mnie przy tym wtedy umarła – wyznał na koniec teatralnie, ale z humorem, a pan Edward znowu poruszył uszami.

A uszy miał spore i mięsiste.

– Zacny finał, nie powiem. – Posłał Patrycji znad stolika uśmiech pełen aprobaty. – Ja się nad tym głowiłem całe popołudnie.

– Pani poprosiła o pięć minut – zauważył lekko profesor, udając, że tłumi rechocik.

– Mówiłeś coś o margarynie czy mi się zdawało? – spytał zaczepnym tonem pan Edward i zrobiło się naprawdę wesoło.

– Margaryna… Ten szach mat mnie jednak, o dziwo, natchnął – zdecydował profesor, zbierając się z fotela. – Nie żartuję. Zróbmy po pani Maciejewskiej porządki!

Myśl, żeby wyrzucać jedzenie, choćby to i nie były frykasy, jakoś Patrycję uwierała, mina pana Edwarda również zdradzała, że ogrodnik podziela jej pogląd, ale przecież było inne rozwiązanie niż wyrzucenie wszystkiego do kosza.

– Jedzenie można spakować i zanieść do MOPS-u. Jest obok uczelni, będę tamtędy dzisiaj przechodzić – podsunęła uprzejmie, a propozycja spotkała się z nadzwyczajną aprobatą.

– Bardzo dobry pomysł – poparł ją ucieszony profesor. – W takim razie pokażę pani kuchnię. Do dzieła!

Pan Edward spojrzał z odrazą na ciasteczka i ruszył za nimi w stronę drzwi.

– Czy to będzie kłopot, gdyby pani coś czasem dla profesora ugotowała? – zagadał nieśmiało, korzystając z okazji, że temat zszedł na kulinaria. – Generalnie sobie radzimy, ale raz na jakiś czas…

Dla Patrycji gotowanie to nie był żaden problem, wręcz przeciwnie.

– Oczywiście – potwierdziła i zarejestrowała przy tym, że oblicza obu panów zajaśniały. Biedaki. – Mogę gotować nie tylko dla pana profesora – dodała z serdecznością.

– Bardzo dobrze, bardzo dobrze… Będę prosił, żeby przychodziła pani dwa razy w tygodniu – podjął profesor i przepuścił Patrycję w drzwiach tak uroczyście, jak gdyby była co najmniej królową angielską. – Ale oprócz drobnych prac kuchennych, które oczywiście są ważne, gdyż jak mawia stare przysłowie, jak w brzuchu pusto, to w głowie próżno, będę jednak pani potrzebował przede wszystkim do pomocy naukowej. Opieka medyczna to wymysł mojego syna, nie potrzebuję żadnej pielęgniarki.

– Z tym że ja jestem językoznawcą – uściśliła Patrycja przepraszająco. – Sztukę lubię, niektórych artystów nawet cenię, tylko że raczej się na tym nie znam.

– Ależ to żaden kłopot – zapewnił profesor, pokazując drzwi w głębi korytarza. – Czasem będę panią prosił, żeby znalazła pani coś w czytelni, bibliotece albo w archiwum. Obiecuję jednak pani zbytnio nie obciążać.

Jak na razie obowiązki damy do towarzystwa łamane przez pomoc naukową wydały się Patrycji łatwe do wypełnienia, a dom i jego gospodarze przemili. Pracę tutaj uznała za przyjemną odmianę.

Kuchnia również przypadła jej do gustu, choć nie porażała tak jak biblioteka. Było tu mniej światła, pomieszczenie było dość ciasne, ale za to przytulne. Meble w stylu rustykalnym, nowoczesne sprzęty AGD, parapet pełen ziół, na podłodze czarno-białe kafle, wszędzie dodatki z kutego żelaza. Ten, kto urządzał dom, musiał się na tym znać.

Profesor zakręcił się w kuchni dość nieporadnie.

– Zatem co, pozbywamy się jedzenia Maciejewskiej? Znajdzie pani wszystko w szafkach i w lodówce. Ale do kompletu dołączyłbym jeszcze to… – Podreptał do stołu i pokazał na wiklinowy koszyk, w którym leżało kilka opakowań leków.

A właśnie, Maciejewska wspominała, że profesor się zbuntował i odmówił przyjmowania tabletek.

Tylko czy to nie przesada?

Profesor nie wyglądał za dobrze, co było widoczne zwłaszcza w tym oświetleniu. Pod oczami staruszka Patrycja zobaczyła fioletowe kręgi. Poza tym w kolorze jego cery było coś naprawdę niezdrowego.

Zaniepokoiła się.

– Panie profesorze, nie chcę się wtrącać, ale jeśli przepisał to panu lekarz…

Profesor żachnął się i w popłochu spojrzał na Edwarda, który najpierw ruszył do szafek i zaczął wydobywać z nich produkty, a teraz wyglądał na zainteresowanego rozmową. Ogrodnik już chciał się włączyć, kiedy na korytarzu zabrzmiał piskliwy brzęk dzwonka.

– Aha, ciekawe, kogo to niesie. – Profesor przyjął dźwięk z widoczną ulgą. Drgnął i usiłował zasłonić stół ciałem, co Patrycja od razu odnotowała. – Może to mój marnotrawny syn…

Pan Edward położył na blacie złożony karton, który przed chwilą wydobył zza szafki, i wybiegł na korytarz, jakby mu ktoś doprawił skrzydła.

– Biegnę, pędzę… – mruczał uradowany pod nosem.

Marnotrawny syn, ciekawe.

Tymczasem profesor drążył temat pozbycia się leków, co stawiało Patrycję w dość kłopotliwej sytuacji.

– Droga pani, tabletki, oczywiście, zapisał mi lekarz, jakżeby inaczej, ale czuję się po nich źle, powiedziałbym nawet, że czuję się po nich fatalnie…

Patrycji coś nie pasowało. Skoro Maciejewska twierdziła, że jej podopieczny nie przyjmował leków, jak mógł się po nich czuć źle? Chyba że postanowił ich nie brać właśnie z powodu samopoczucia.

Zakręcone to jakieś.

Ale w sumie Patrycja uznała, że nie powinna tego tak zostawić.

– A może po prostu warto odwiedzić lekarza jeszcze raz? – zaproponowała uprzejmym tonem, żeby nie było, że coś starszemu panu narzuca, ale profesor i tak przyjął sugestię z widoczną niechęcią.

– Wyznam, że wolę się trzymać z daleka od szpitali i lekarzy. Im rzadziej mnie widzą, tym lepiej. Ale co tam! – Podjął nagle decyzję, sięgając do koszyka i popatrując niepewnie na swoją nową pomoc naukową. – Wizyta u lekarza. W sumie to całkiem logiczne. Ale z tym paskudztwem należy się jednak stanowczo pożegnać…

Dlaczego jednak Patrycja miała dziwne uczucie, że coś tu się przed nią ukrywa?

– Obiecuje pan?

Profesor podszedł do kartonu i usiłował nieporadnie go rozłożyć.

– Tak, w rzeczy samej. Obiecuję – przytaknął, choć bez większego zapału.

Potem jednak na nią spojrzał i w tych bursztynowych oczach była tak szczera prośba i tak porażająca bezradność, że Patrycja zbeształa się w duchu za swoje dziwaczne podejrzenia.

– Proszę zostawić, ja to zrobię. Leki wyrzucimy – powiedziała cicho, a wtedy profesor dotknął jej ramienia.

Wyraził w ten sposób serdeczność i całe mnóstwo… wdzięczności.

– Proszę mi przypomnieć, jak ma pani na imię? – spytał przepraszającym głosem.

– Patrycja.

– Patrycja?

Profesor nagle znieruchomiał.

– Patrycja… – powtórzył jeszcze raz, jakby do siebie, uśmiechając się przy tym w zamyśleniu. Uśmiech był łagodny, ale oczy… Te oczy patrzyły teraz dla odmiany nad podziw bystro, jakby ich właściciel coś planował. – Bardzo ładnie. PAT…rycja – wypowiedział, przedłużając sylaby, i stało się jasne, że w imieniu zauważył grę słów. Patem nazywano w szachach sytuację bez wyjścia, kiedy król nie mógł ruszyć się na żadne wolne pole, nie mógł też zbić bierki. Że też sama na to nie wpadła. – A wie pani, że mój syn ma na imię Mateusz?

Nie musiała długo myśleć, w końcu skojarzenia językowe to była jej specjalność.

– MAT…eusz? – podchwyciła, odwzajemniając uśmiech, a cienie pod oczami profesora jakby zbladły.

– PAT i MAT. A to ci historia! – zawołał z tak szczerą radością, że Patrycja aż się zdziwiła.

Co go tak cieszyło?

W tej samej chwili do kuchni wszedł pan Edward i…

Teraz to Patrycja chciała zawołać „A to ci historia!”.

Do kuchni zawitał właśnie z miną ważniaka facet z Synergii.

Pan „Mało!”…

Gdyby ktoś zapytał Tadka Widerę, jak się żyje na ulicy, może nawet nie zrozumiałby pytania, a może tylko wzruszyłby ramionami i odburknął, że normalnie.

Idzie się w miasto i tyle.

Ludzie chodzą, żyją, rozmawiają, a z takich jak on żaden padlinożerca nie zdziera na ulicy podatków; człowiek jest wolny. Ulica, a raczej miasto, było dla Widery takim samym miejscem jak dla sztywniaków w garniturach biuro albo korporacja. A za bezdomnego się nie uważał, miał przecież swój kąt – rezydował w opuszczonej altanie na ogródkach działkowych. Tutaj, niedaleko, przy parku Kościuszki. W dodatku nie mieszkał sam, ale z kolegą i koleżanką. Zawsze to raźniej.

Baśka prosiła ludzi o pieniądze i była w tym naprawdę dobra: z pomarszczoną i okrągłą twarzą przypominającą dojrzałe w słońcu jabłko łapała za serce prawie każdego, co zapewniało im jaką taką płynność finansową i sprawiało, że mogli z Józkiem w spokoju kręcić swoje biznesy. Nie żeby jakaś tam drobnica, choć kiedy byli w potrzebie, też im się zdarzało zbierać złom albo wyciągać rękę.

Ich żywiołem były jednak parkingi.

Józek był kiedyś mechanikiem, Tadka też zawsze ciągnęło do samochodów, pasja taka, więc pracowało się przyjemnie. A ostatnio, sukces, udało im się wywalczyć miejsce na placu Sejmu Śląskiego. Oj, tam to dopiero szedł szmal! No i od czasu do czasu trafiały się też inne zlecenia, głównie od Ciosa, to jego się zwykle trzymali.

Baśka mówiła o ich chlebodawcy „zwykły bandzior”, strasznie się o tę znajomość ciskała. Marudziła i straszyła, że trafią do kryminału, ale kto by ich chciał wsadzać – chyba że policja akurat nabijała statystyki. Ale wtedy kilka dni się garowało i sprawa była umarzana, normalna rzecz. Coś się tam niby później w sądach toczyło, jakieś papiery gdzieś fruwały, działy się różne cuda, ale kto by za tym trafił. I przede wszystkim, kto by się tym przejmował. Najpierw musieliby ich znaleźć.

Zawracanie głowy.

A dzisiaj rano Cios namierzył Tadka na mieście i zaprosił na plac Andrzeja, na rozmowę. Widera wsiadł do zaparkowanego przy dworcu czarnego samochodu i od razu kichnął. Przeziębił się, jak to wiosną. Poza tym w aucie było zamontowane jakieś zapachowe gówno, chyba kokos, co za smród.

– Nie zaślimacz mi tu siedzeń, Widera – padło na dzień dobry z ust łysego kolosa na przednim siedzeniu.

Cios wyglądał jak buldog, wrażenia nie mogły zmienić nawet nowiutkie BMW, nieskazitelnie biała koszula ani wiszący na szyi złoty łańcuch, za który jakaś ukraińska rodzina mogłaby przeżyć nawet rok.

– Co jest? – warknął, widząc, że Tadek błądzi wzrokiem po jego fizjonomii. Nie znosił, kiedy ktoś mu się przyglądał. – Ty się, Widera, lepiej patrz w dal. W przyszłość – ostrzegł głosem drapieżnika. – Jest sprawa – dodał po chwili beznamiętnie, zerkając we wsteczne lusterko, a wykałaczka, którą grzebał w dużych i ostrych jak u psa zębach, nagle złamała się wpół. – Tylko trzeba ją załatwić… z głową.

Siedzący za kółkiem kierowca o nieprawdopodobnie szerokim karku poprawił w uszach słuchawki i zaczął wystukiwać na kierownicy rytm.

– Sprawa. Jasne, a o co chodzi konkretnie? – chciał wiedzieć Widera.

– Będziesz robił za Pocztę Polską – usłyszał i nie zostawiono mu zbyt wiele czasu na decyzję. – Zainteresowany?

– Co mam być niezainteresowany. Ale jak za pocztę…?

– Trzeba komuś zaraz coś zanieść, żeby skumał, że żarty się skończyły.

– A, zanieść. Zanieść można, czemu nie. A co mam zanieść?

Cios potarł w zniecierpliwieniu czoło, czemu towarzyszył suchy trzask. Paskudnie strzelały mu kości, a cichy klik rozlegał się w powietrzu niemal przy każdym jego ruchu. Wyjątkiem była głowa.

Kiedy kręcił głową, było cicho jak makiem zasiał.

– Ty, Widera, nie