Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Mąż Leonory - Waleria Marrene-Morzkowska

Romans z 1883 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Mąż Leonory - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Mąż Leonory - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Mąż Leonory

Warszawa 2012

[Mąż Leonory]

Miałem lat dwadzieścia jeden. Wchodziłem w życie, a życie to otwierało się dla mnie wszystkimi ponętami strojne, nęciło barwami wymarzonymi w rozgorzałej głowie, w rozkołysanym sercu. Ojca straciłem w dzieciństwie, byłem jedynakiem, chowała mnie matka tylko, z całą miłością wdowiego serca, z całą troskliwością i pieczą około jedynej drogiej istoty. I charakter mój wyrobił się pod jej wpływem wrażliwy, głęboki, kochający, z odcieniem kobiecej czułości, kobiecego nieprzewidywania, chwiejny, bo nieoparty na rozumie i woli, skłonny do cierpienia, bo oddany drugim i w zamian wymagający wiele.

Nie byłem zarozumiałym w zwykłym tego słowa znaczeniu, a jednak zarozumiałość moja była wielka; tylko na dnie ducha ukryta nie wybijała niczym na zewnątrz. Sądziłem, żem bardzo dobry, szlachetny, rozumny; ale wierzyłem także, że i drudzy są tacy. Chowano mnie w systematycznej niewiadomości złego, bez pojęcia realnych warunków życia; a to, com mógł sam dostrzec w szczupłym otaczającym mnie kole, naginało się, przechodząc przez pryzmat mego wzroku, do tego w com wierzył.

Zresztą położenie, w jakim los mnie postawił, sprzyjało wszelkim złudzeniom. Byłem młody, wykształcony, bogaty, świat uśmiechał się do mnie jak ja do niego i zdawał się usuwać przede mną trudności i zapory. Do owej chwili przynajmniej nie spotkałem się z żadnym zawodem; usposobienie samo strzegło mnie od niego. Wychowany w ciszy rodzinnego domu, lubiłem samotność i ciszę; gwar i tłum odstręczał mój umysł marzący, skłonny więcej do łagodnych uczuć, niż gwałtownych namiętności, przenoszący naukę i pracę nad rozrywki świata. A przecież...

Od czegóż mogłem być wówczas dalszy jak od przewidzenia przyszłych kolei życia? Gdyby, jaki czarnoksiężnik ukazał mi je znienacka, byłbym rozśmiał się tylko z wróżb jego. Zresztą nie myślę się usprawiedliwiać; postanowiłem skreślić minione dalekie dzieje życia, z bezstronnością człowieka, któremu nie pozostaje już nic na świecie. Okoliczności były silniejsze od usposobienia mego, to jednak nie zmniejsza mej winy: wola ludzka powinna być silniejszą od okoliczności i usposobienia. Oskarżam się bezstronnie, roztrząsam i sądzę, jakimi drogami, z umysłem szlachetnym i z sercem poczciwym doszedłem... gdziem doszedł.

Miałem lat dwadzieścia jeden w chwili, gdy zawiązał się węzeł mego losu; przybyłem właśnie do Warszawy, znaglony niespodzianym interesem. Dom handlowy, w którym matka moja umieściła znaczne kapitały, zbankrutował. Przyjechałem ocalić, co się dało, ale bez owej palącej troski, jaka zwykle wzbudzają podobnego rodzaju katastrofy. Strata dotykała nas tylko w nadmiarze mienia; przyjąłem ją obojętnie bardzo. W pewnych indywidualnościach poszanowanie pieniądza jest zawsze sztuczne niejako i wyrobić się tylko może potrzebą i brakiem; przez te próby nie przechodziłem dotąd. Nie wiedziałem jeszcze, że od tego marnego pieniądza zawisła miłość, przyjaźń, cześć i wiara ludzka, nie ceniłem go jak należy, a raczej ceniłem względnie jako sposób tylko, nie zaś jako cel i potęgę.

Byłem więc w Warszawie, nie po raz pierwszy, ale w porze, w której nie bywałem w niej nigdy: wczesną jesienią. Miasto wyludnione było ze wszystkich znajomych, zaledwie przyjechałem, już pilno mi było je opuścić i chcąc zbyć interes jak najspieszniej, skierowałem kroki ku kantorowi domu bankowego na Nowym Świecie.

Było to jednego z owych chłodnych dni wrześniowych, zapowiadających zimę ostrym wiatrem, przesłonionych chmurami. Przed domem bankiera tłum był wielki, pospólstwo zaległo pół ulicy; zrazu nie wiedziałem dlaczego, aż zbliżywszy się, ujrzałem karawan, stojący przed bramą i kilku żałobników.

– Kto umarł w tym domu? – zapytałem, stojącej obok kobiety; bo pogrzeb był tak skromny, biedny nieledwie, że dziwnie mi się zdawał sprzecznym z wykwintną powierzchownością eleganckiego pałacu.

Ale nikt mi nie odpowiedział, bo wszystkich oczy w tej chwili zwróciły się na bramę, skąd wynoszono zwyczajną czarną trumnę, a za nią ukazała się młoda kobieta w grubej żałobie, sama jedna. Teraz już nie ciekawość sama, ale litość przykuła mnie na miejscu, bo nigdy dotąd nie widziałem tak wielkiego, a tak cichego cierpienia. A przecież oczy tej kobiety były suche, chód spokojny, wysoka postać nieugięta; tylko twarz jej była biała jak całun umarłego. Rysy jej delikatne, drobne, wypieszczone, teraz miały jakąś sztywność i martwotę dziwną; jak gdyby wyrobione były z wosku, straciły ruch i miękkość życia, nie tracąc nadzwyczajnej piękności. Oczy jej jasno niebieskie, przerażały surowym wyrazem nieszczęścia; usta wąskie były tak ścięte, że nie można ich było nawet wyobrazić sobie otwartych uśmiechem. Jakaś zgroza wiała od niej. Stała w miejscu jak posąg żałobny; skamieniała pod ciosami wewnętrznego gromu; nie było w niej już barwy krwi, ani życia; pozostały tylko kształty cudnie piękne. Jej włosy bladozłotego koloru i klasyczny profil objęty czarną krepą kapelusza, odcinał się martwo na matowym tle jego, a różowe nozdrza, zbyt może wykrojone, dodawały jeszcze ostrego wyrazu tej kameowej twarzy. Ta kobieta była więcej niż smutną, znać w niej było nieubłaganą rozpacz, osłupienie ze zbytku cierpienia; widocznie nie dotknęła jej jedna tylko strata, na raz musiała stracić wszystko, co tylko posiadała i kochała. Teraz automatycznym ruchem szła za trumną. Gdy wkładano trumnę na karawan, zatrzymała się, powiodła wzrokiem wokoło, jakby pytała, czy prócz niej nikt nie odda ostatniej posługi zmartwieniu? I nie spotkała żadnej ręki, na której by się wesprzeć mogła. Więc z wolna, otulając się fałdami czarnego szala przed zimnym, przeraźliwym wiatrem, który niemiłosierny zerwał się gwałtownie, siekąc jej twarz drobnym deszczem, postępowała za karawanem.

W tej chwili z bramy pałacu wynurzyła się postać starca. Ubranie jego było liche i zaniedbane; twarz żółtawa barwą i wyrazem zdradzała człowieka, który wiek cały prześlęczał nad machinalną biurową, pracą; nie było inteligencji w rysach jego zatartych i pospolitych, ale natomiast jaśniały one pierwotną poczciwością. Oczy zapłakane ocierał kraciastą chustką, pod pachą niósł wielki niebieski parasol i szedł z daleka za młodą kobietą. Kilka razy zbliżał się do niej i cofał się, jakby chciał a lękał się przemówić. Tymczasem deszcz padał coraz gęstszy, jak gdyby i niebo nie miało litości nad nędzą ludzką. Wówczas starzec nabierając nagle odwagi, roztoczył parasol nad jej głową. Spostrzegła go, ale twarz jej nie poruszyła się, nie zadrgała żadnym wyrazem; on postąpił krok jeszcze i nieśmiało podał jej ramię; wsparła się na nim i szli we dwoje po błotnistej ulicy, wśród chłodnego wilgotnego dnia, samotni za trumną.

Ja szedłem z dala za nimi; pociągnięty nieopisanym uczuciem litości, zajęcia; zapomniałem wejść do tego domu, zapomniałem, o co bądź zapytać i postępowałem za nimi przez miasto całe, przez rogatki aż na Powązki. Patrzyłem jak ciało spuszczano do grobu, patrzyłem jak zasypywano mogiłę; starzec schylił się i garść ziemi rzucił pobożnie na trumnę; kobieta klęczała bez ruchu i głosu, może bez modlitwy nawet, jakby już wypłakała łzy wszystkie. A ja ogarniony widokiem tej boleści, myślałem jakby ulżyć, jakby okazać przynajmniej współczucie moje.

Przy wrotach cmentarza sprzedawano kwiaty i wieńce z nieśmiertelników, oddaliłem się na chwilę i zakupiłem najpiękniejsze. Gdym powrócił, grób już był zarównany, a starzec stał przy młodej kobiecie i szeptał jej coś nachylony, jakby chciał odciągnąć ją z tego miejsca. Ale ona nie zdawała się go słyszeć i z rodzajem osłupienia spoglądała na mogiłę, nieodznaczającą się niczym, która może pochłonęła całą jej miłość. Nie mogła powstać, siły jej były wyczerpane; może prócz tego grobu nie posiadała już nic na ziemi. Zbliżyłem się do starca i oddałem mu wieńce moje, wskazując na klęczącą kobietę, bo nie śmiałem wręczyć ich jej samej; spojrzał na mnie zdziwiony, ale nie mówiąc słowa, wziął je i włożył w ręce kobiety. Ona machinalnie, nie podnosząc na mnie oczu, wzięła je i ułożyła w kształcie krzyża na żółtym piasku mogiły. Dotąd nie zauważyła obecności mojej, nie spytała skąd pochodził ten smutny dar nieśmiały; alem ja uczuł pewną ulgę, gdy ręce jej dotykały tych kwiatów, gdy choć tę pamiątkę zostawiła na grobie.

Starzec jednak nie spuszczał mnie z oka. Ja się nie kryłem, bo nic nie miałem do ukrycia; ale on snadź nie zrozumiał tego, bo czym prędzej uprowadził swoją towarzyszkę. Dorożka stała koło rogatek; zawołał jej i usadowił w niej kobietę, drżącą od zimna, w przemokłych sukniach; sam zawahał się czy ma usiąść koło niej, ale snadź jakaś myśl nowa przyszła mu do głowy, to otworzył znowu drzwiczki przymknięte, wsiadł, starając się zająć jak najmniej miejsca, cichym głosem dał adres woźnicy i dorożka szybkim kłusem potoczyła się ku miastu.

Ja pozostałem na miejscu i dopiero po chwili potrafiłem zdać sobie sprawę z tego, co się działo we mnie, dopiero po chwili podniosłem głowę i oglądając się wkoło na pusty plac przed cmentarzem wzruszyłem ramionami nad własnym szaleństwem, i przemokły, zziębły, zmęczony, szukając oczyma dorożki jak zbawczej przystani, skierowałem się na powrót ku miastu.

Ale mimo to, obraz nieznajomej utkwił głębiej niż sądziłem w myśli mojej i mimo woli przed oczyma snuła mi się jej wysoka, żałobna postać, jej cudne wpół zmartwiałe rysy, gdy z wolna powracałem tą samą drogą, którą tak niebacznie przebiegłem jej śladem, a która teraz wydała mi się nieskończenie długą i nużącą. Warszawa jak zwykle w dni słotne, przybrała szary, brudny, posępny koloryt; przechodnie spieszyli, nie oglądając się za siebie, obryzgani błotem; powozy mijały się szybko, a jak zwykle w podobnej chwili, żadnego wolnego spotkać nie mogłem. Rad nierad więc szedłem dalej, gdy nagle z maleńkiego dworku na Nalewkach spostrzegłem wychodzącego starca, który towarzyszył na cmentarz młodej kobiecie. Tym razem szedł on samotny, z tymże samym rozłożonym niebieskim parasolem, z tą chustką kraciastą w ręku, tymże krokiem powolnym, zgarbiony, z wyrazem uległego smutku i ograniczenia na poczciwej twarzy.

Ta dziwna para intrygowała mnie coraz więcej. Co wspólnego być mogło pomiędzy tą wykwintną kobietą, a tym pospolitym starcem? Jaki mógł łączyć ich stosunek? I po raz pierwszy myśl moja pobudzona, pracowała nad podobnym problematem. Sądząc z wieku, ona mogła być jego córką lub wnuczką, ale nie wiem, czemu nie mogłem przyjąć tej myśli: ona była zbyt dumna, a on zbyt pokornym, żaden rys przelotny nie jednoczył ich bądź to w wyrazie twarzy, bądź to w przywyknieniu lub ruchu. Rozmyślałem nad tym zwalniając kroku i miarkując go do chodu starca, który ze spuszczoną głową szedł przede mną. Ten człowiek jednym słowem mógł zaspokoić palącą ciekawość moją; ale jakże go było o to słowo zapytać? Szedłem za nim, by przynajmniej powziąć wiadomość o jego mieszkaniu i tym sposobem zupełnie nie zgubić śladu nieznajomej, gdy spostrzegłem, że stanęliśmy znowu na Nowym Świecie przed domem bankiera.

Widocznie nić tej powieści plątała się w moje życie, przyszłość winna mi była rozwiązanie obecnych zagadek, bo nieznajomy starzec wszedł do tego domu. Ja także teraz śmiało już wszedłem za nim. Obejrzał się w bramie i teraz dopiero spostrzegł obecność moją, a twarz jego przybrała wyraz nieufny, przelękły niejako. Stał w bramie i czekał gdzie pójdę, wyraźnie śledził mnie ze swej strony; ciągle towarzystwo moje budziło w nim podejrzenia, trwogi, domysły zwykłe u ludzi, którzy doznali w życiu więcej złego niż dobrego i przy każdym zbliżeniu z nowym człowiekiem przeczuwają nieledwie wroga. W tej chwili byłem niejako jasnowidzącym i czytałem wyraźnie te myśli w zblakłych źrenicach starca, bacznie zwróconych na mnie.

Postąpiłem krok ku głównym schodom; wówczas on drgnął i jakby nagle zbudzony z zadumy, podniósł głowę.

– Kogo pan szukasz tutaj? – zapytał zbliżając się do mnie.

Głos jego był ochrypły, stłumiony, nieśmiały; snadź nie bez trudności przyszło mu uczynić to proste zapytanie.

– Kogo? – odparłem. – Bankiera X., właściciela tego domu.

Ale te proste słowa zrobiły na nim niepojęte wrażenie. Otworzył usta, jakby chciał coś wyrzec lub krzyknąć z podziwu; oczy szeroko rozwarte wlepił we mnie i powtarzał:

– Pana bankiera X.! Pan szuka pana bankiera?

– Tak jest – odparłem zniecierpliwiony – alboż on tu nie mieszka?

– Panie – wyrzekł starzec po chwili milczenia, w której zdawał się ważyć moje i swoje wyrazy – jesteś pan zbyt młody, by szydzić z siwych włosów i z nieszczęścia.

A gdy to mówił, twarz jego pospolita nabrała dziwnej godności, blade usta mu drżały, spoglądał na mnie z oburzeniem i litością razem.

Ale sumienie moje było czyste, więc wytrzymałem wzrok jego spokojnie.

– Ze zbyt smutnego powracamy obrzędu – wyrzekłem – by w głowie mojej postała myśl szyderstwa; wytłumacz mi pan słowa swoje, bo ich nie pojmuję.

Te wyrazy, sposób, w jaki je wymówiłem, zrobiły pewne wrażenie na starcu; jednak nie odpowiedział wprost na pytanie moje.

– Więc dokąd pan idziesz? – powtórzył tylko.

– Do bankiera X., powiedziałem to już raz.

– A wszakże wracasz pan z jego pogrzebu! – wybuchnął nieznajomy.

– Z jego pogrzebu! – zawołałem zdumiony, jak to? On umarł? Więc ten biedny pogrzeb był jego? Więc...

Nie skończyłem zaczętej myśli.

Stary spoglądał na mnie smutnie przez chwilę, przytwierdzając słowem, aż w końcu zakrył twarz rękami i rzekł głucho:

– Tak jest, umarł – nie mógł znieść ruiny i hańby.

W głosie jego była tak wielka boleść, że spojrzałem na niego z poszanowaniem, wymawiając sobie prawie, żem ją zbudził z uśpienia.

– Wybacz mi pan – wyrzekłem, zbliżając się do niego – nie znałem wszystkich nieszczęść spadłych na ten dom, nie wiedziałem, kto jesteś.

– Jestem – odparł nieznajomy, biorąc te słowa za zapytanie i odpowiadając na nie za spokojną pokorą – jestem Onufry B., ostatni z komisantów pana bankiera; ale posadę tę zajmowałem od lat czterdziestu, jeszcze u ojca jego; znałem go dzieckiem, nosiłem nieledwie na ręku.

I tu grube łzy pociekły z jego oczu; otarł je w milczeniu i spoglądał na mnie, jakby w zamian badając, kto jestem? Co mnie tu przywiodło? Jednak żadnego pytania uczynić nie śmiał; snadź przywykł do podrzędnego stanowiska, jakie zajmował przez życie całe, przywykł sam siebie nie rachować za nic. Ja byłem zdumiony tym, com usłyszał; ale jakaś sympatia wiązała mnie z tym człowiekiem, który jeden nieszczęściu wierny pozostał. Spojrzałem na niego innymi oczami i ta postać zgrzybiała, cicha, pokorna, nabrała dla mnie dziwnego uroku.

– Jak to? – spytałem – i nie oddał mu ostatniej posługi ani jeden z tych, co otaczali go świetnym gronem za życia, co schylali się po okruchy spadłe ze stołu jego? Znałem go, był wspaniały i miłosierny.

– Panie – zawołał starzec drżącym od wzruszenia głosem z widoczną wdzięcznością na twarzy – pan jeden oddajesz mu sprawiedliwość. Ci, co żyli z łaski jego, odstąpili go pierwsi; przyjaciele, którzy zazdrościli mu skrycie, popchnęli go w przepaść, obrzucili potwarzami. Nie zabił go zły los, ale ludzie – wszakże to zdarza się co dzień.

– I z ogromnego majątku nie pozostało mu nic? Miał dzieci?

– Jedyną, córkę; nie mógł znieść myśli o jej nędzy.

– Nędzy! – zawołałem.

– Tak jest, nędzy – powtórzył starzec z pewną dumą – córka jego oddała wszystko, do ostatniego klejnotu, na zaspokojenie wierzycieli i wyszła z tego domu, gdzie lat dwadzieścia przeżyła wśród zbytku i szczęścia, sama uboga, w jednej sukni żałobnej, jak ją pan widziałeś.

Te słowa wytłumaczyły mi wszystko; słuchałem ich dźwięku, choć stary mówić przestał i w oczach moich ta piękna bolejąca postać, za którą szedłem przed chwilą, oblekła się aureolą, szlachetności i męstwa. Stałem posmutniały i milczący naprzeciw Onufrego, który pocieszony współczuciem moim, nie myślał przerywać rozmowy. Ja nie znajdowałem wyrazów w myśli, na uczucia budzące się z niepohamowaną gwałtownością; składały się na nie najszlachetniejsze pierwiastki. W tej chwili byłbym dał życie, by móc otrzeć jej łzy, skończyć sieroctwo i stworzyć jej życie zbytku, wykwintu, do którego zrodzoną była.

– I cóż ona pocznie teraz? – spytałem nieśmiało, bo wkroczyć w dziedzinę jej myśli, zdawało mi się prawie świętokradztwem.

– Chce pracować – odparł stary, wzruszając ramionami – wola jej jest hardą, ale słowo „praca” nie ma dotąd dla niej wyraźnego znaczenia. Nie zna jej, nie zna warunków realnego życia. Ojciec ubóstwiał ją i chował jak rajskiego ptaka wśród kwiatów i woni.

Stary nie powiedział wszystkiego. Dowiedziałem się potem, że on jeden w tych strasznych chwilach zajął się jej losem: on był jej opiekunem i dobroczyńcą.

– Biedne dziecię – mówił dalej niby sam do siebie – czyż mogłem pomyśleć kiedy, że jej na to przyjdzie!

– Tak młoda! Tak piękna! – zawołałem, nie mogąc pohamować się dłużej – a tak nieszczęśliwa!

– Nieszczęśliwa! O tak! bardzo nieszczęśliwa! Czy uwierzysz pan, że narzeczony opuścił ją bezwstydnie, dowiedziawszy się o katastrofie majątkowej?

Te słowa przejęły mnie zimnym dreszczem. Więc był na świecie człowiek, co posiadał jej serce, jej słowo i człowiek ten był nikczemnym. Nie umiałem zdać sobie dokładnej sprawy z wrażeń moich, ale wrażenia te miotały moim niedoświadczonym sercem i rozmarzoną głową jak rozbitym okrętem. Po raz pierwszy widziałem z bliska podłość ludzką i dotknięty nią byłem w istocie, którą postawiłem na ołtarzu uczuć moich dotąd nieskalanych. Trzeba mieć lat dwadzieścia, trzeba być wychowanym z dala od ludzi i świata pod wpływem nerwów czułej kobiety, trzeba nie mieć najlżejszego pojęcia praktycznych warunków życia, patrzeć na wszystko przez pryzmat własnych marzeń i do tego jeszcze być obdarzonym pewnym donkiszotyzmem uczuć, by pojąć myśl, jak w tej chwili wylęgła się nagle w głowie mojej. Bez rozwagi i namysłu, nie bacząc na nic, o nic nie pytając postanowiłem ofiarować córce bankiera rękę moją, majątek, życie całe i drżałem jeszcze, by nie odrzuciła tej ofiary. Moralna zarozumiałość moja była bez granic; nie spotkawszy się dotąd nigdy z rzeczywistością, urabiałem ją fantastycznie wedle pojęć moich, odrzucając z góry logikę faktów, o której nie miałem zdrowego wyobrażania. Wierzyłem tylko w bezmyślne porywy serca, które u mnie dotąd były czyste i szlachetne; nie wiedziałem, że czyn szlachetny nawet potrzebuje poparcia rozumu, by wyjść komu bądź na dobre. Miałem niekonsekwentność umysłu dziecka, a wiek i wolę człowieka. Jednak gdy postanowienie to miałem objawić słowem, zawahałem się chwilę, dobierając wyrazów, czułem, że krok podobny ludzie nazwą szaleństwem, że sam Onufry spojrzy na mnie jak na szaleńca. Ale ja szaleństwo to spełnić chciałem, pragnąłem go i tę niebaczną miłość, zrodzoną przed chwilą dopiero, stroiłem we wszystkie wysokie marzenia. Nie przyszło mi nawet na myśl zbliżyć się do córki bankiera, poznać jej usposobienie, umysł, serce. Nie wiedziałem, że była szlachetną, skoro zrzekła się wszystkiego, by ocalić pamięć ojca, odważną, skoro nie zlękła się ubóstwa, że była samotną, opuszczoną, zranioną we wszystkich uczuciach i z niecierpliwością dziecka chciałem jak różdżką czarnoksięską zmienić warunki jej istnienia, powrócić jej wiarę w ludzi, w życie i szczęście, wiarę, którą utracić musiała. Nie wiedziałem jeszcze wtenczas, że są rzeczy niepowrotne.

Stałem obok starego komisanta w czasie, gdy te wszystkie myśli snuły się w mojej głowie; on z pewnością odgadnąć ich nie mógł, i wnosząc z milczenia mego, że znudził mnie swą rozmową, wyrzekł ze zwykłą pokorą:

– Ale ja zatrzymuję pana tutaj, mówiąc o rzeczach, które pewno nie zajmują go wcale; przepraszam.

I skłonił mi się nieśmiało.

Ten człowiek nie znał serca ludzkiego, nie miał najmniejszego pojęcia wyrazu twarzy, lub nie patrzył na mnie, inaczej, byłby odgadł burzę szaleństwa wrzącą w duszy mojej. Podniosłem na niego wzrok zmącony i rzekłem drżącym głosem:

– Chciałbym widzieć się z panną X.

– A to, na co? – zapytał starzec, surowo prawie spoglądając na mnie.

– Sam widok jej wzruszył mnie do głębi ducha; to, coś mi pan powiedział, dokonało reszty.

– Nie żebrałem dla niej litości – wyrzekł z rumieńcem oburzenia; bo ten człowiek tak pokorny, co do samego siebie, dumniał skoro szło o nią.

Byłbym chciał uściskać go za te słowa, ale on hardy i gniewny mierzył mnie przygasłymi oczami, z których się jeszcze iskry dobywały.

– Matka moja – wyrzekłem – byłaby matką dla niej.

– Czy chcesz pan ofiarować jej jałmużnę? Dopóki ja żyję, potrzebować jej nie będzie.

– Nie, panie – zawołałem, zdobywając się na zupełną szczerość – słowa moje mogą wydać ci się dziwne i niespodziane, a jednak przysięgam ci, mówię prawdę. Jestem wolny i bogaty; chciałbym zaślubić pannę X. Naprzód wiem, że to jedyny sposób przywrócenia jej znaczenia i dostatku, do jakiego przywykła; to jedno dać mi może prawo opiekowania się jej losem, bo wreszcie od chwili gdym ją ujrzał, kocham ją, a to pierwsza miłość moja. Pan nie wiesz, kto jestem, oto moje nazwisko (i oddałem mu bilet wizytowy). Nie żądam, byś mi pan wierzył na słowo; zbierz potrzebne ci informacje. Przybyłem tutaj, jako wierzyciel bankiera. Nie trudno ci będzie przekonać się o prawdzie wszystkiego, co mówię. Jutro o tej samej godzinie będę tu czekał na pana; chcę, byś mnie przedstawił pannie X.; chcę ujrzeć ją i z ust jej własnych usłyszeć mój wyrok, a jaki bądź on będzie, nie zmieni uczuć moich dla niej.

Wszystko to wypowiedziałem jednym tchem, gorączkowo i mógłbym mówić dużo dłużej, bo zdumiony starzec nie myślał mi przerywać i stał jak człowiek nagle pogrążony w sen czarodziejski, jak ten, który chciałby, a nie może uwierzyć w rzeczywistość widzeń swoich. I długo patrzył mi w oczy, szukając w nich fałszu lub obłąkania; aż w końcu pokonany nieprzepartą wymową prawdziwego uczucia, wyrzekł z wolna:

– Ja sądzę, że to wszystko prawda; ale pozwól mi pan być ostrożnym: tu chodzi o nią.

– Masz pan słuszność – odparłem – ja sam tego żądam.

Skłoniłem mu się i odejść chciałem; ale ze wszystkich ludzi, ten starzec z gorącym, nieświadomym siebie sercem, o słabej inteligencji, z przywiązaniem i wiernością psa do pana swojego, najprędzej mnie mógł zrozumieć. To też po chwili namysłu zaszedł mi drogę; łzy migotały w jego oczach, twarz drżała od gwałtownego wzruszenia; wyciągnął do mnie rękę wyschłą.

– Panie – wyrzekł – albo jesteś najszlachetniejszym z ludzi...

Nie dokończył, ale w słowach jego znać było obowiązkową niewiarę.

W istocie myśli te musiały nasunąć się jemu i każdemu innemu, co by usłyszał podobne wyznanie; ale on miał naiwną prostoduszność, skłaniającą go do ufności. W życiu musiał być nieraz oszukanym, bo ostrożność nawet widocznie pochodziła u niego więcej z wyrozumowania niż z instynktu, sam zdolny do szlachetnych uczuć, drugich sądził według siebie. Czułem, żem go pozyskał dla sprawy mojej i odurzony tą całą sceną, upojony własnymi słowy, wyszedłem z tego domu, w którym tak nagle rozegrały się przyszłe losy moje, w stanie trudnym do opisania.

Postawiłem, więc krok pierwszy w realnym życiu, pierwszy raz postanowiłem coś i zdziałałem sam przez się. A to, com uczynił, zdawało mi się wyjątkiem z jakiejś czarodziejskiej powieści; rzeczywistość była podobna do snów i marzeń, a ja niebaczny sadziłem, żem świat podbił sobie, żem przeinaczył pierwotne warunki bytu. I nie zastanowiłem się ani chwilę nad zobowiązaniami przyszłości, nad odpowiedzialnością, jaką brałem na siebie za swoje i cudze życie; kochać, zdawało mi się rzeczą tak łatwą jak oddychać.

Pomyślałem wprawdzie o matce, ale z góry pewny byłem jej przyzwolenia: wierzyłem, że ona kochać musi, co ja kocham; że otworzy szeroko ramiona, by przygarnąć sierotę i da jej całą miłość matki. Mój sposób myślenia był jej dziełem; ona to nauczyła mnie pogardzać tym, co świat zwykle ceni, prawa uczucia stawiać ponad wszystko, nie spierać się z żadnym szlachetnym popędem serca, ale słuchać uderzeń jego bez wahania i zamiast ubitych gościńców ludzkich, szukać dróg własnych, samotnych. Biedna matka, miała słuszność w wielu rzeczach; zapomniała tylko w drogę życia uzbroić mnie puklerzem rozumu i zdrowej wiedzy; zapomniała wpoić we mnie te gruntowne przekonania i hart woli opartej na wyrobionej myśli, które rządzić powinny całym ustrojem naszym i puściła na manowce świata ślepe dziecko nie zaś człowieka.

Reszta dnia tego zeszła mi sam nie wiem jak; godziny zdawały mi się wiekami, a jednak mijały szybko. Noc przyszła, nie mogłem znaleźć snu i spoczynku; przed wyobraźnią moją snuło się tysiące obrazów; teraźniejszość i przyszłość mieszała się w dziwnych kształtach, a zawsze i wszędzie widziałem przed sobą córkę bankiera, to tak jak wczoraj skamieniałą, prawie pod naciskiem bólu, to z wolna wracający do życia i szczęścia, z uśmiechem na bladych ustach, z rumieńcem na marmurowej twarzy, ze słowem: kocham w spojrzeniu.

Nazajutrz długo przed umówioną godziną czekałem na Onufrego. Ujrzałem go w końcu; szedł szybkim krokiem rozradowany, promienny; zdawał się młodszym o lat kilka. Zbliżył się do mnie z wyciągniętymi rękami, jak gdyby chciał mnie uścisnąć. Nie potrzebował mówić, dość było spojrzeć na niego, by zrozumieć, że sprawa moja wygrana była w myśli jego, a może już wygrana zupełnie.

– Więc – spytałem z bijącym sercem – przedstawisz mnie pan pannie X. ?

– Panna Leonora czeka na pana.

– Czeka na mnie? – powtórzyłem blednąc, bo wzruszenie zwyciężało siły moje – czeka na mnie, więc wie wszystko?

– Wie, że jeśli są tutaj podli i nikczemnicy, są też ludzie tacy jak pan. Chodźmy.

– Chodźmy – powtórzyłem.

W tej chwili byłem tak szczęśliwy, że potrzebowałem paść na kolana i podziękować Bogu i ludziom. Szliśmy w milczeniu, bo choć tysiące pytań cisnęły się na usta moje, jednak nie byłem w stanie sformułować ich słowem, w duszy mojej było w tej chwili uroczysta jak w kościele, w rzeczywistości stąpałem wśrod marzeń, a każde tchnienie było mi tchnieniem rozkoszy. Na rozkosz tę składało się wiele uczuć. Nie była to miłość jeszcze – ta więcej daleko tkwiła w wyobraźni mojej niż sercu, ale jakieś dumne upojenie, żem wystąpił z powszednich szlaków, jak błędny rycerz znalazłem pole działalności, życie moje przemieniałem w poemat i stałem się dla samego siebie bohaterem romansu.

Weszliśmy w końcu do dworku na Nalewkach. Onufry zastukał, drzwi się otworzyły i ujrzałem się wobec Leonory. Czarna suknia ciężkimi fałdami obejmowała jej kibić pełną, wysmukłą i rysowała lekko jej posągowe kształty, korona blado złocistych włosów zwieszała się nad jej czołem i ciążyła na karku w bogatych zwojach skręconych niedbale; ale twarz jej była biała jak wczoraj, bez śladu rumieńca i uśmiechu. Czoło było surowe, nieubłagane, a jasny wzrok spoczywał na mnie z nieujętym wyrazem litosnego badania. Spojrzenie to przeszyło mnie na wskroś i zmusiło spuścić oczy; jednak nie odwróciłem ich od niej, ale z rodzajem zachwytu utkwiłem je w jej ręce, w jej sukni, śledziłem jej powolne a wdzięczne ruchy, gdy w milczeniu wprowadziła nas do pokoju i wskazała mi krzesło, siadając sama.

Pokój ten był bardzo skromny, ubogi; a jednak ona rozjaśniała go swą pięknością i nadawała mu niepospolite piętno; wchodziłem tu jak do świątyni, z cichą trwogą i skupieniem ducha. Kobieta nie zdawała się zwracać uwagi na liche otoczenie swoje; czy wiedziała, że nosiła z sobą wszędzie atmosferę sobie właściwą, czy pogrążona w ponurej rozpaczy nie raczyła zwrócić nawet uwagi na niskie bielone ściany, na biedne sprzęty swego mieszkania. Widocznie jednak zastosować się chciała do nowego położenia: na stole leżała robota zaczęta, a jej alabastrowe palce nie przywykłe do igły, nosiły siady drobnych ukłuć. Wzrok mój zatrzymał się na tej ręce wytwornej, pieszczonej, skazanej na powszednią pracę. I wzruszenie moje silniejsze było od woli, nie mogłem przemówić słowa.

Leonora milczała chwilę, jakby zostawiając mi czas do namysłu; w końcu gdy cisza przedłużała się zbytnio, przemówiła pierwsza.

– Stary mój przyjaciel Onufry mówił mi, że pan jesteś wierzycielem mego ojca i że pragniesz mnie widzieć.

Te słowa przejęły mnie zimnym dreszczem; spodziewałem się, co innego usłyszeć. Wymówione były głosem chłodnym. Podniosłem oczy: twarz jej była nieporuszona.

– Pani – zawołałem rozżalony – czyż powiedziano ci to tylko?

– Onufry mówił mi rzeczy tak dziwne, iż rzeczywiście upoważniłam go do przyprowadzenia tu pana; resztą nie zapomnę nigdy, że pan jeden szedłeś za trumną ojca mojego i wspominasz go bez przekleństwa.

Słowa te były smutne i łagodne, ale twarz nie poruszyła się większym wyrazem; oczy badawczo wlepiła we mnie. Jam nie wiedział, co odpowiedzieć. Utworzyłem sobie w wyobraźni obraz tej kobiety inny zupełnie; na tych rysach, w tej postaci spodziewałem się innego wyrazu, innych słów z tych ust. A jednak choć różna od marzeń moich, córka bankiera była cudownie piękna, olśniewająca w dumie swojej.

– Pani – wyrzekłem z cicha znowu, spuszczając oczy przed jej dojmującym wzrokiem – cokolwiek powiedziano ci, jest prawdą i dojść nie może miary uczuć, jakie wzbudziłaś we mnie; ale jeśli mnie nie odrzucisz, życia całego nie starczy na ich stwierdzenie.

W głosie moim musiała dźwięczeć prawda, bo Leonora zamyśliła się chwilę, a ja mówiłem dalej niepewny i trwożny.

– Powiedz pani, że mi wierzysz przynajmniej.

– Wierzyć muszę – odparła – bo cóżby dzisiaj powodować mogło panem? ale to bardzo dziwne.

I znów nastało milczenie. Rzeczywiście obecna scena była dziwną i mało podobną do sceny miłosnej. Ta kobieta w grubej żałobie, nieporuszona jak posąg, z którą mówiłem po raz pierwszy i musiałem od razu mówić o małżeństwie; ten starzec słuchający w kącie rozmowy naszej: wszystko razem miało coś mrożącego. Czułem, że w tej chwili nie miałem prawa żądać słowa przyzwolenia od tej znękanej istoty; a jednak okoliczności zmuszały mnie żądać go koniecznie. Ona nie miała nad sobą opieki żadnej, brakło jej schronienia i codziennego chleba, a opiekę i wsparcie mogła przyjąć od męża tylko. Patrzyła ciągle na mnie zamyślona z czołem wspartym na ręce.

– To dziwna – powtarzała – zdaje mi się, że to wszystko, co słyszę jest snem.

– Pani, są uczucia piorunujące, których istnienia nie domyślamy się dokąd ich nie doświadczymy. Wczoraj nie wiedziałem jeszcze, co to miłość, dziś kocham.

– Kochasz mnie pan? – wyrzekła z dziwnym wyrazem; ależ pan mnie nie znasz!

– Znam cię dość pani, by ukochać; wiem, że jesteś szlachetną i że cierpisz.

– To nie dość jeszcze – odparła – by związać niepowrotne dwa życia. Co wiesz pan o przeszłości mojej, o moralnej istocie?

– Wiem, żeś spotkała pani na drodze swojej podłość, że masz prawo pogardzać ludźmi, ja chcę ich odkupić w oczach twoich.

Cień jeszcze głębszy przesunął się po jej czole; wzrok przeszył mnie zimnym blaskiem.

– Jesteś pan szlachetny – odparła z nieujętym wyrazem – szlachetny jak dziecko, ja nie powinnam przyjąć ofiary twojej. Nie potrafię odpłacić niczym za nią.

– Pani! – zawołałem przerażony – mam tylko jedno słowo odpowiedzi i jedno błagalne słowo: ja cię kocham.

Ten wyraz nie wywołał na jej twarz rumieńca; słuchała mnie spokojnie, uważnie ale wrażenia, jakie czyniłem na niej, odgadnąć nie byłem w stanie.

– I chcesz pan, bym wzajem odpowiedziała: kocham? spytała.

– Nie, nie mam prawa żądać tyle; pozwól mi pani tylko kochać siebie, zawierz mi życie, a ja wiem, że wzajem pokochać mnie będziesz musiała.

Wstrząsnęła głową.

– I na tej nadziei chcesz pan budować przyszłość? A jeśli ona pana zawiedzie? Jeśli ja nie potrafię pokochać cię nigdy?

– To – zawołałem – nie będę cierpiał więcej niż cierpię teraz.

– I nie masz pan – mówiła dalej – nikogo zapytać o radę? I tak sam w jednej niebacznej chwili stanowisz o całej przyszłości?