Mayflower - Nathaniel Philbrick - ebook + audiobook
Opis

"Żywy i niezwykle świeży ... Philbrick przekształcił Pielgrzymów na wieki" - The New York Times Book Review

 

Finalista Nagrody Pulitzera

 

W roku 1620 purytańscy osadnicy na statku Mayflower pożeglowali ku Nowemu Światu, uciekając przed religijnymi prześladowaniami w rodzimej Anglii. Wylądowali pod Plymouth Rock w Massachusetts. Pomimo głodu i wyczerpania los im sprzyjał - zaprzyjaźnieni Indianie nauczyli ich wysiewu zbóż i pomogli uczcić pierwsze Święto Dziękczynienia. Z tego obiecującego zalążka rozwinęły się Stany Zjednoczone.

Taki mityczny przekaz jest utrwalony w powszechnym odbiorze.

W rzeczywistości Indianie i angielscy koloniści nie żyli w tak idyllicznym stanie wzajemnej pomocy. Pierwsze półwiecze kontaktów wypełniały rywalizacja i kompromisy. W kolejnym pokoleniu  ten kruchy pokój przerodził się w jedną z najkrwawszych wojen stoczonych na amerykańskiej ziemi, dając początek trwającej dwa wieki eksterminacji rdzennej ludności. Marzenia o stworzeniu idealnego świata szybko zderzyły się z brutalną rzeczywistością, a po nieudanej próbie zniewolenia Indian sięgnięto po niewolników z Afryki.

Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki  to wyjątkowa i niezwykle wciągająca książka o odwadze, wspólnocie i walce. Daleko w niej od utartych stereotypów, a poplątane losy głównych bohaterów dramatu: Williama Branforda - pierwszego gubernatora kolonii, Benjamina Churcha – walecznego pogromcy tubylców, Massasoita i Króla Filipa - nieszczęsnych wodzów Indian, są tego najlepszym dowodem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 640

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 40 min

Lektor: Kamil Pruban

Popularność


WSTĘP.DWIE WYPRAWY

Wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, jak to było na początku. Od Wielkiego Wybuchu, przez ogród Eden, po okoliczności naszych własnych narodzin, pragniemy powrócić do tego odległego czasu, gdy wszystko było nowe i możliwe. Jak sobie wmawiamy, być może w ten sposób zdołamy zacząć dostrzegać sens w ogarniającym nas dzisiaj chaosie.

Jednakże początki rzadko kiedy są tak wyraźne, jak byśmy sobie tego życzyli. Weźmy na przykład wydarzenie, które większość Amerykanów wiąże z początkiem Stanów Zjednoczonych: wyprawę żaglowca „Mayflower”.

Każdy z nas kiedyś słyszał którąś z wersji tej historii. Jak w roku 1620 Pielgrzymi pożeglowali do Nowego Świata w poszukiwaniu wolności religijnej, jak po spisaniu Mayflower Compact wylądowali pod Plymouth Rock i zaprzyjaźnili się z miejscowymi Wampanoagami, którzy nauczyli ich uprawy zboża i których wódz (sachem) imieniem Massasoit pomógł im uczcić pierwsze Święto Dziękczynienia. Te inspirujące wydarzenia stały się zalążkiem Stanów Zjednoczonych.

Tak jak wielu Amerykanów, gdy dorosłem, przyjmowałem ten mit o narodzinach kraju pełen wątpliwości. Pielgrzymi, w kapeluszach z wielkim rondem i klamerkach przy trzewikach, pojawiali się na świątecznych paradach i w wiktoriańskich wierszydłach. Uważałem, że próżno by szukać czegoś bardziej odmiennego od wieloznacznej rzeczywistości współczesnych Stanów Zjednoczonych niż Pielgrzymi i „Mayflower”.

Jak jednak później odkryłem, historia Pielgrzymów nie kończy się wraz z pierwszym Świętem Dziękczynienia. Gdy dzisiaj przyglądamy się, jak Pielgrzymi i ich dzieci żyli przez ponad 50 lat w pokoju z Wampanoagami i jak nagle pokój ten przerodził się w jedną z najkrwawszych wojen kiedykolwiek stoczonych na amerykańskiej ziemi, dzieje kolonii Plymouth stają się czymś zupełnie nowym. Są bogate, skomplikowane i niepokojące. Zamiast historii dobrze znanej, stają się historią, którą należałoby poznać.

W roku 1676, 56 lat po wyruszeniu „Mayflowera”, z brzegów Nowej Anglii wypłynął statek o podobnej nazwie, lecz znacznie mniej znany – „Seaflower”. Tak jak jego poprzednik wiózł na pokładzie ludzi. Tym razem jednak nie było to 102 przyszłych kolonistów; „Seaflower” zmierzał na Karaiby z ładunkiem 180 indiańskich niewolników.

Gubernator kolonii Plymouth, Josiah Winslow – syn przybyłych na pokładzie „Mayflower” Edwarda i Susanny Winslowów – wystawił kapitanowi „Seaflowera” niezbędne dokumenty. Na certyfikacie opatrzonym jego oficjalną pieczęcią Winslow poświadczył, że ci tubylcy – mężczyźni, kobiety i dzieci – wzięli udział w powstaniu przeciwko Kolonii, a poza tym byli winni „wielu złowrogich a okrutnych mordów, zabójstw i rozbojów”. Dlatego też ci „pogańscy złoczyńcy” zostali skazani na dożywotnią niewolę.

„Seaflower” był jednym z szeregu statków z Nowej Anglii, które przewoziły miejscowych niewolników do Indii Zachodnich. Jednakże w roku 1676 właściciele plantacji na Barbados i Jamajce nie chcieli u siebie niewolników, którzy już raz dowiedli swej zdolności do buntu. Nie zachowały się źródła, dzięki którym moglibyśmy poznać los Indian uwięzionych na „Seaflower”, jednakże wiemy, że kapitan innego amerykańskiego statku niewolniczego tułał się aż do brzegów Afryki, zanim udało mu się pozbyć ładunku. Tak oto, pół wieku po rejsie „Mayflowera”, statek z Nowej Anglii przebył Atlantyk w zupełnie innym celu.

Bunt, o którym wspomina Winslow w certyfikacie wystawionym dla „Seaflowera”, historycznie określany jest jako „wojna króla Filipa”. Filip był synem Massasoita, wodza Wampanoagów, tego samego, który w roku 1621 witał Pielgrzymów. W roku 1675, 54 lata później, syn Massasoita poszedł na wojnę. Słabe więzy, które w ciągu dziesięcioleci po rejsie „Mayflowera” łączyły Indian i Anglików, zostały nieodwołalnie zerwane.

Wojna króla Filipa trwała jedynie 14 miesięcy, jednakże całkowicie odmieniła oblicze Nowej Anglii. Po ponad pół wieku pokoju drogi życiowe miejscowych i Anglików poplątały się tak bardzo, że Indianie znaleźli się, jak określił to jeden z ówczesnych kronikarzy, „w swego rodzaju labiryncie i nie wiedzieli, co począć”. Niektórzy Indianie postanowili wesprzeć Filipa; inni przyłączyli się do sił kolonialnych; jeszcze inni usiłowali trzymać się z dala od konfliktu. Przemoc rozprzestrzeniała się szybko, aż wreszcie cały kraj został ogarnięty przerażającą wojną. Trzecia część z około setki osiedli w Nowej Anglii została spalona i porzucona. Proponowano nawet wzniesienie barykady wokół centralnych osiedli Massachusetts i przekazanie miejscowości znajdujących się poza nimi w ręce Filipa i jego sprzymierzeńców.

Siły kolonialne ostatecznie odniosły zwycięstwo, jednakże cena była straszliwa. W chwili wybuchu walk w Nowej Anglii znajdowało się około 70 tysięcy ludzi. Do zakończenia wojny zginęło około 5000; trzy czwarte strat stanowili rdzenni Amerykanie. Pod względem odsetka ofiar śmiertelnych, wojna króla Filipa była ponaddwukrotnie bardziej krwawa od wojny secesyjnej i co najmniej siedmiokrotnie od amerykańskiej wojny o niepodległość. Statystyki te nie obejmują setek rdzennych Amerykanów, którzy – jak pasażerowie „Seaflowera” – po zakończeniu wojny stali się niewolnikami. W ciągu 56 lat wolnościowe dążenie jednego ludu zakończyło się podbojem i zniewoleniem innego.

To właśnie Filip doprowadził mnie do Pielgrzymów. Badałem dzieje mojego przybranego domu, wyspy Nantucket, gdy w archiwum miejskim natknąłem się na wzmiankę o wodzu Wampanoagów. Starałem się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Filip, którego siedziba znajdowała się w miejscu obecnego miasta Bristol w stanie Rhode Island, przemierzył ponad 56 mil drogą wodną na Nantucket. Zrozumiałem w końcu, że odpowiedzi muszę szukać w losach ojca Filipa, Massasoita, oraz Pielgrzymów.

Moje pierwsze rozważania na temat dziejów tego okresu skrępowane były dwoma sprzecznymi założeniami: starodawną tradycją, w której Pielgrzymi stanowią symbol wszystkiego, co dobre w Ameryce, oraz równie ugruntowaną legendą, jak źli Europejczycy wyniszczyli niewinnych rdzennych Amerykanów. Wkrótce zrozumiałem, że prawdziwi siedemnastowieczni Indianie i Anglicy byli zbyt sprytni, zbyt szczodrzy, zbyt chciwi, zbyt odważni – czyli zbyt ludzcy – by ich zachowania odpowiadały tym założeniom.

Bez pomocy Massasoita Pielgrzymi nie przetrwaliby pierwszego roku; do samego końca popierali wodza. Sam Massasoit od początku miał świadomość, że jego własny los jest związany z losem Anglików. Pod tym względem wyświechtana opowieść o Pierwszym Święcie Dziękczynienia nadal kryje w sobie zaskakująco wiele prawdy.

Jednakże Indianie i Anglicy z kolonii Plymouth nie żyli wciąż w idyllicznym stanie wzajemnej pomocy. W rzeczywistości te 56 lat wypełniały rywalizacja i kompromisy. Był to dynamiczny, a często bolesny proces dawania i brania. Dopóki obydwie strony rozumiały, że są sobie potrzebne, panował pokój. Jednakże kolejne pokolenia postrzegały tę kwestię już inaczej.

Gdy w czerwcu 1675 r. wojownicy Filipa uderzyli, to stało się tak nie dlatego, że bezosobowe, nieodparte siły historii nie dały Indianom innego wyboru. Siły te istniały od samego początku. Nową Anglię ogarnęła wojna, ponieważ dwaj przywódcy – Filip i Brytyjczyk Josiah Winslow – dopuścili do jej wybuchu. Ani z perspektywy Indian, ani z perspektywy Anglików wojna króla Filipa nie była nieunikniona. Jej wybuch był zaskoczeniem niemal dla wszystkich.

Gdy społeczeństwo ogarnie przemoc i strach, istnieje niemal nieodparta pokusa do demonizowania wroga. Zważywszy na bezmiar cierpienia i śmierci podczas tej wojny, pokusa ta była szczególnie wielka. Nie dziwi zatem, że zarówno Indianie, jak i Anglicy zaczęli postrzegać swoich niegdysiejszych sąsiadów jako podludzi. Zadziwia natomiast fakt, że nawet w samym środku jednej z najbardziej morderczych wojen w dziejach Ameryki po obu stronach wciąż znajdowali się tacy, którzy nie uważali swych przeciwników za zło wcielone. To właśnie coraz silniej dochodząca do głosu wiara w ludzkość doprowadziła wreszcie do zakończenia wojny. To oni są bohaterami tej opowieści.

Kolejne pokolenia mieszkańców Nowej Anglii tworzyły nostalgiczną, podnoszącą na duchu legendę stanowiącą rdzeń dorocznych obchodów Święta Dziękczynienia. Jak dowiemy się dalej, Pielgrzymi mieli ważniejsze rzeczy na głowie niż rozważania, kto jako pierwszy postawił stopę na skale Plymouth.

Jest prawdą, że większość zachowanych przekazów o siedemnastowiecznej Nowej Anglii pochodzi od Anglików. Jednakże w ostatnich dziesięcioleciach dzięki pracy archeologów, antropologów i etnologów nasza wiedza na temat ówczesnej kultury rdzennych Amerykanów znacznie się poszerzyła. Nie zmienia to faktu, że każda narracja dotycząca tego okresu musi w większości opierać się na ówczesnych kronikach, wspomnieniach, listach, dokumentach i wierszach napisanych przez Anglików i Angielki.

Skupiłem się na dwóch postaciach, jednej bardziej znanej, innej mniej: gubernatorze Plymouth Williamie Bradfordzie i Benjaminie Churchu, stolarzu i uczestniku walk z Indianami, którego dziadek po kądzieli przypłynął na pokładzie „Mayflower”. Bradford i Church nie mogliby się bardziej różnić – jeden pobożny i krzepki, drugi zuchwały i dumny – obaj jednak pisali wiele na temat swego życia w Nowym Świecie. Razem stworzyli sagę o 56 latach odkryć, dostosowywania się, wspólnoty i wojny – swego rodzaju schemat, który wielokrotnie powtarzał się wraz z ekspansją Stanów Zjednoczonych na zachód, a następnie na świat.

Jest to opowieść równie fundamentalna, co nieznana, a rozpoczyna się na pokładzie statku zagubionego w środku wielkiego i burzliwego morza.

CZĘŚĆ I

ODKRYCIE

ROZDZIAŁ 1.WIEDZIELI, ŻESĄ PIELGRZYMAMI

Przez 65 dni „Mayflower” żeglował, zmagając się ze sztormami i przeciwnymi wiatrami. Dno statku pokrywała futrzasta skorupa osadów i wodorostów, a przez dziurawe pokłady słona woda skapywała na pobożne głowy pasażerów. Było ich stu dwoje – sto czworo, jeśli doliczyć dwa psy: spaniela i ogromnego, powolnego mastiffa. Większość prowiantu i wyposażenia znajdowała się pod ich stopami w ładowni, głównym magazynie statku. Pasażerowie znajdowali się na międzypokładzie – zatęchłej, dusznej przestrzeni długiej na 22 metry i wysokiej na mniej niż półtora – która rozdzielała ładownię od głównego pokładu. Międzypokład nadawał się bardziej do pełzania niż do mieszkania, a poczucie klaustrofobii zwiększały jeszcze wysiłki pasażerów celem zapewnienia sobie namiastek prywatności. Wzniesiono przepierzenia tworzące ciąg kajut, wypełnionych po brzegi ludźmi i ich dobytkiem: kuframi ubrań, beczkami z prowiantem, krzesłami, poduszkami, kocami i wszechobecnymi nocnikami. Była tam nawet łódź, podzielona na części, która tymczasowo odgrywała rolę łóżka.

Upływał dziesiąty tydzień rejsu, który miał się zakończyć w ciepłych dniach letnich. Wyruszyli jednak zbyt późno, i nastał listopad; zima była za pasem. Zapasy drewna na opał dawno się skończyły, a w beczkach z wodą pitną zaczęło przebłyskiwać oślizłe dno. Jeszcze większą obawę budziły kończące się zapasy piwa. Z powodu chronicznie złej jakości wody pitnej w siedemnastowiecznej Anglii piwo było uznawane za niezbędny składnik zdrowej diety. Wraz z racjonowaniem piwa pojawiły się pierwsze nieomylne oznaki szkorbutu: krwawienie z dziąseł, ruchomość zębów i cuchnący oddech. Dotychczas zmarły tylko dwie osoby – marynarz i młody sługa – jeśli jednak rejs miałby potrwać dłużej, liczba zgonów musiała wkrótce wzrosnąć.

W drogę wyruszyły z nimi trzy ciężarne kobiety: Elizabeth Hopkins, Susanna White i Mary Allerton. Elizabeth urodziła syna, któremu nadano odpowiednie do okoliczności imię Oceanus. Susanna i Mary oczekiwały rozwiązania.

Była to okropna podróż. Na środku oceanu wysoka fala uderzyła w burty starego żaglowca, naruszając drewniane bale, aż jeden z pokładników trzasnął jak zapałka. Szyper „Mayflowera”, Christopher Jones, rozważał powrót do Anglii. Jones musiał jednakże oddać sprawiedliwość pasażerom. Choć nie wiedzieli prawie nic o morzu ani o dzikich brzegach, do których zmierzali, to jednak ich determinacja była niewzruszona. Mimo tylu cierpień – nieznośnych opóźnień, choroby morskiej, chłodu oraz niechęci i drwin marynarzy – ze wszystkich sił pomagali cieśli naprawić pęknięte wręgi. Wieźli ze sobą podnośnik śrubowy – urządzenie mechaniczne przeznaczone do unoszenia dużych ciężarów – który miał im pomóc we wznoszeniu domów w Nowym Świecie. Z jego pomocą podnieśli strzaskaną belkę, a gdy cieśla podbił ją kołkiem, „Mayflower” mógł kontynuować rejs.

Była to niezwykła grupa jak na kolonistów. Zamiast szlachciców, rzemieślników i sług – jak w przypadku założycieli Jamestown w Wirginii – były to w większości rodziny: mężczyźni, kobiety i dzieci, gotowi przecierpieć dosłownie wszystko w imię wolności wyznania. Motywacja do rejsu nadeszła ze zboru około 400 angielskich purytanów, mieszkających w holenderskiej Lejdzie. Jak wszyscy purytanie, ci angielscy wygnańcy wierzyli, że Kościół Anglii musi zostać oczyszczony ze swych licznych ekscesów i nadużyć. Byli to jednak purytanie radykalni. Zamiast działać na rzecz zmiany istniejącego Kościoła, postanowili oddzielić się od Kościoła Anglii – co w czasach Stuartów było wbrew prawu. W roku 1608 zdecydowali się uczynić to samo, co uczyniły przed nimi liczne grupy angielskich dysydentów: wyemigrować do bardziej tolerancyjnej religijnie Holandii.

Osiedlili się ostatecznie w Lejdzie, uniwersyteckim mieście, którego okolice tak bardzo różniły się od pagórkowatych pastwisk rodzinnej Anglii. Lejda była ceglanym labiryntem ciasnych uliczek i kunsztownie zbudowanych kanałów, przepełnionym uchodźcami z całej Europy. Pod wodzą swego charyzmatycznego pastora Johna Robinsona zbór powiększył swą liczebność ponadtrzykrotnie. Ponownie jednak nadszedł czas na odejście.

Jako obcy w Holandii, wielu musiało ciężko pracować w manufakturach tekstylnych, co odbijało się na stanie zdrowia. Mimo że Holandia cieszyła się opinią państwa tolerancyjnego, nie uniknęła religijnego kryzysu. Spory wśród czołowych teologów wywołały niepokoje społeczne, a niekiedy uciekano się do przemocy. Ledwie rok wcześniej członek zboru został niemal ukamienowany przez rozjuszony tłum. Co gorsza, rozejm między Holandią a Hiszpanią miał wkrótce wygasnąć. Obawiano się, że Lejda niebawem może znaleźć się w oblężeniu, podobnym do tego z poprzedniego wieku, w wyniku którego śmierć poniosła połowa mieszkańców miasta.

Jednakże największe obawy dotyczyły dzieci, które stopniowo i nieuchronnie holandyzowały się. Zbór wprawdzie wyrzekł się Kościoła Anglii, ale ogromna większość jego członków nadal czuła się dumnymi Anglikami. Wyruszając do Nowego Świata, mieli nadzieję na odtworzenie angielskiego życia wiejskiego, którego brak im tak bardzo doskwierał, a jednocześnie na uwolnienie się spod władzy króla Jakuba i jego biskupów.

Była to niesłychanie zuchwała idea. Nie licząc Jamestown, dotychczas wszystkie próby założenia angielskich kolonii na kontynencie północnoamerykańskim zawiodły. Samo założone w 1607 r. Jamestown trudno było uznać za sukces. Siedemdziesięciu spośród 108 kolonistów zmarło przed upływem roku. Kolejna zima przyniosła „czas głodu”, gdy w ciągu zaledwie sześciu miesięcy pogrzebano 440 z 500 kolonistów. Jak się okazało, najcięższe lata dla Jamestown miały dopiero nadejść. W latach 1619–1622 Kompania Wirgińska miała wysłać do kolonii prawie 3600 osób, z których w ciągu tych trzech lat zmarły 3000.

Poza głodem i chorobami, istniało niebezpieczeństwo napadu Indian. W Bibliotece Uniwersyteckiej w Lejdzie znajdowały się sensacyjne opowieści wcześniejszych odkrywców i kolonistów o Indianach, „rozkoszujących się torturowaniem mężczyzn w najbardziej krwawy sposób: jednych obdzierano żywcem ze skóry za pomocą muszli, innym obcinano członki i stawy po kawałku i przypiekano na węglach”. Jacy rodzice świadomie narażaliby swoje dzieci na taki los?

Ostatecznie wszelkie spory, czy odpłynąć do Ameryki, czy nie, rozstrzygnęło przekonanie, że tego pragnie Bóg. Wierzyli, że świat znajdował się u progu nowego millenium – tysiącletnich rządów świętych przepowiadanych w Apokalipsie. W roku 1618 nad Europą zabłysła kometa, zapowiadając zdaniem wielu ostateczne starcie między dobrem a złem. Rzeczywiście, to, co miało zostać nazwane wojną trzydziestoletnią, ogarnęło wówczas kontynent. Walczące ze sobą ugrupowania katolickie i protestanckie zmieniły znaczną jego część w wypalone, usiane trupami pobojowisko. Anglia dotychczas unikała zaangażowania w ten konflikt, a wszyscy bogobojni angielscy purytanie wierzyli, że ich kraj został wybrany przez Boga, by poprowadzić Jego zastępy do zwycięstwa. Może zatem nie w Europie, ale w Ameryce, kontynencie wcześniej zdominowanym przez katolickie mocarstwa Hiszpanii i Francji, Bóg przewidział dla zreformowanych protestantów miejsce osiągnięcia doskonałości. Wszyscy Anglicy słyszeli o zbrodniach, jakie żądni złota Hiszpanie popełnili na amerykańskich Indianach. Anglia, jak przewidywał Richard Hakluyt, kronikarz brytyjskiej eksploracji Ameryki, miała postępować inaczej. Patriotycznym i duchowym obowiązkiem wygnańców z Lejdy było zasianie bogobojnego, angielskiego ziarna na glebie Nowego Świata. „Szczerze wierzymy i ufamy, że Pan jest z nami – pisali – i że łaskawie pozwoli rozkwitnąć naszym dziełom dzięki skromności naszych serc”.

Ich życie w Lejdzie, zrozumieli, było jedynie próbą przed prawdziwym wyzwaniem. „Wszyscy jesteśmy wykarmieni słodkim mlekiem naszej matki Anglii – pisali – i uodpornieni na trudy obcego kraju, które w wielkiej mierze przezwyciężyliśmy, będąc cierpliwymi”. Co jednak ważniejsze, połączyła ich „w jedno ciało najściślejsza i najświętsza więź”.

Byli tkaczami, gręplarzami, krawcami, szewcami i drukarzami. Niemal nikt nie posiadał umiejętności niezbędnych dla wyrąbania sobie miejsca w amerykańskiej głuszy. Mimo to jednak, z powodu niezwykłego związku duchowego wykształconego na wygnaniu w Lejdzie, a nawet wcześniej, byli gotowi na wszystko, co mogło ich czekać.„[M]y nie jesteśmy jak inni – twierdzili – których drobne rzeczy zniechęcić mogą, czy błahe niewygody skłonić do powrotu”. Jak napisał później jeden z nich, trzydziestoletni barchaniarz William Bradford, „wiedzieli, iż są Pielgrzymami”.

Wzorem Bradforda, dzisiaj nazywamy ich Pielgrzymami, które to określenie przystaje do ludzi, którzy niemal nieustannie są w ruchu – nawet wówczas, gdy udało im się rzekomo znaleźć nowy dom w Ameryce. Gdyby nie stabilne, często autorytarne przywództwo Bradforda, wątpliwe, by kiedykolwiek udało im się założyć kolonię. Bez jego Of Plymouth plantation (O plantacji Plymouth), z pewnością najwspanialszej książki napisanej w Ameryce połowy XVII w., nie mielibyśmy niemal żadnych informacji na temat wyprawy, od której wszystko się zaczęło. Dla Williama Bradforda jednakże prawdziwa podróż rozpoczęła się niemal dwadzieścia lat wcześniej.

Bradford urodził się w maleńkim rolniczym miasteczku Austerfield w Yorkshire, głęboko na północy Anglii, gdzie rzeczą najbliższą głuszy był leżący na południu Las Sherwood. Nieopodal biegła Wielka Droga Północna, wiodąca z Londynu do Edynburga (przypominająca bardziej błotnistą wstęgę niż prawdziwy trakt). Jednakże niewielu mieszkańców Austerfield kiedykolwiek zapuszczało się dalej od domów.

Choć pochodził z rodziny zamożnych, zakorzenionych od pokoleń farmerów, Bradford doświadczył aż nazbyt wielu przesiedleń i strat. Zanim skończył dwanaście lat, stracił nie tylko ojca, matkę i siostrę, ale także dziadka, który go wychowywał. Wkrótce po przeprowadzeniu się do swych dwóch stryjów dotknęła go tajemnicza choroba, która uniemożliwiła mu pracę w polu. Bradford twierdził później, że „długa choroba” uchroniła go przed „pokusami młodości, i uczyniła go silniejszym wobec tego, co czekało go później”. Co jednak najważniejsze, choroba dała mu czas na czytanie.

Samotny i inteligentny, szukał pocieszenia i rady w Biblii. Dla chłopca poszukującego swej drogi Biblia genewska, przetłumaczona w poprzednim wieku przez niewielką grupę angielskich pastorów i zaopatrzona w pomocne komentarze i objaśnienia, nadawała się idealnie. Była też Book of Martyrs (Księga Męczenników) Johna Foxe’a, poruszająca i niezwykle popularna opowieść o męczeństwie protestantów z ręki „Krwawej Marii”, czyli katolickiej poprzedniczki królowej Elżbiety. Twierdzenie Foxe’a, iż Anglia, jak przed nią Izrael, była narodem wybranym przez Boga, wywarło głęboki i trwały wpływ na Bradforda. Jak to ujął z okrutną szczerością Foxe, bycie bogobojnym Anglikiem niekiedy wymagało zgody na najwyższą ofiarę.

U progu XVII w. i na długo wcześniej kwestią sporną było odkrycie właściwej drogi chrześcijanina do Boga. Katolicy i konserwatywni protestanci uważali, że kościelne tradycje to ważne i powszechnie uznawane dopełnienie treści zawartych w Biblii. Zważywszy na upadłą naturę człowieka, nikt nie mógł ważyć się na kwestionowanie starodawnych, uświęconych prawd, których powiernikiem były Kościoły instytucjonalne.

Jednakże purytanom chodziło właśnie o grzeszną naturę człowieka. Trzeba było jedynie przyjrzeć się typowej niedzielnej mszy w Anglii – w której parafianie patrzyli się tępo na kapłana mamroczącego pod nosem niezrozumiałe wersy z Book of Common Prayer (Powszechnego Modlitewnika) – by zrozumieć, jak odległa i obca była większości ludzi prawdziwa więź ze słowem Bożym.

Purytanin wierzył, że by odkryć Bożą prawdę, należało wrócić do absolutnych początków chrześcijaństwa, zanim Kościół uległ zepsuciu na skutek stuleci nadużyć i słabości. Tę podróż w czasie umożliwić miała Biblia; Nowy Testament był jedynym wiarygodnym świadectwem życia Chrystusa na Ziemi, podczas gdy Stary Testament stanowił obfity rezerwuar podstawowych prawd. Jeśli czegoś nie było w Piśmie, a było elementem życia chrześcijan, to znaczyło, iż człowiek sprzeniewierzył się Bożym zamiarom. Purytanie, jako jednocześnie radykałowie i skrajni konserwatyści, postanowili porzucić tysiące lat tradycji na rzecz tekstu, który dawał im bezpośrednią i osobistą więź z Bogiem.

Dla purytanina bezużyteczna okazała się Book of Common Prayer Kościoła Anglii, jako że zmieniała ona pierwotne znaczenie Biblii i powstrzymywała spontaniczność, niezbędną ich zdaniem dla uzyskania prawdziwego spojrzenia na opatrzność. Także pieśni uznawano za zniekształcenie słowa Bożego. Purytanin czytał Biblię i śpiewał psalmy przetłumaczone słowo w słowo, w których treść miała znaczenie większe niż rymy i metrum. Jako zdeklarowani „prymitywiści”, purytanie nie klękali podczas przyjmowania komunii, jako że nie było żadnych dowodów na to, by apostołowie klękali podczas ostatniej wieczerzy. Nie znaleziono też żadnej biblijnej wzmianki o czynieniu znaku krzyża przy wymawianiu imienia Chrystusa. Co jeszcze ważniejsze, w Piśmie nie było mowy o hierarchii biskupów, która kierowała Kościołem Anglii. Jedyną usankcjonowaną biblijnie jednostką organizacyjną było zgromadzenie wiernych.

Purytanie wierzyli, że zgromadzenie rozpoczęło się od przymierza (określenie zaczerpnęli z Biblii) pomiędzy grupą wiernych a Bogiem. Jako stworzony oddolnie i niezależny byt, zgromadzenie wybierało wykształconego na uniwersytecie pastora, a także odwoływało go w głosowaniu, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Purytanie używali też koncepcji „przymierza” na opisanie relacji między pojedynczym człowiekiem i Bogiem. Od Upadku, gdy Adam złamał swe przymierze z Bogiem, człowiek zasługiwał na wieczne potępienie. Od tego czasu Bóg zawarł przymierze z Chrystusem. Po jego wypełnieniu Bóg ukazał przymierze łaski tylko niewielkiej mniejszości ludzi, którychnazywano Świętymi.

Purytanie wierzyli, że Święci zostali już dawno wybrani przez Boga. Oznaczało to, że żaden ludzki czyn nie mógł przynieść człowiekowi zbawienia. Ta wiara jednak, zwana wiarą w predestynację, zamiast pognębiać, stanowiła silną motywację do działania. Nikt nie mógł być pewien, czy jest jednym z wybranych, jednak tak na wszelki wypadek każdy z natury żył bogobojnie. Purytanie nieustannie porównywali swe czyny do innych, wierząc, że dzięki godnemu życiu dostąpią zbawienia. Za tym dążeniem do doskonałości kryło się indywidualne sumienie, które jeden z wiernych nazwał „głosem Boga w człowieku”.

Purytanów nauczano rozpoznawania ważnych etapów wiary, a doświadczanie każdego z nich dawało im poczucie pewności zbawienia. Pierwszym była silna reakcja na „głoszenie słowa”, przez które Bóg objawiał, do czego człowiek powinien aspirować, jeśli pragnie łaski. Potem następowała głęboka świadomość bycia niegodnym i stan rozpaczy, które stanowiły wstęp do „zbawczej łaski”, jeśli wierny był predestynowany do bycia wybranym. Dla Williama Bradforda, który utracił niemal wszystkich, których kochał, to głęboko emocjonalne poszukiwanie zbawienia miało przynieść pewność co do odkupienia nie tylko własnego, ale także rodziny, której nigdy nie poznał.

Bradford miał ledwie dwanaście lat, gdy przestała mu odpowiadać forma kultu uprawianego w Austerfield. Tak jak niemal w każdej angielskiej wiosce, w Austerfield znajdował się mały kamienny kościółek, wzniesiony tuż po podboju Anglii przez Normanów w XI w. Jednakże kościół w Austerfield, zwany kościołem św. Heleny, był – i jest nadal – niezwykły. Nad wejściem znajduje się prymitywna kamienna rzeźba, znacznie starsza od kościoła, przedstawiająca węża z otwartym pyskiem. Można się zastanawiać, czy to właśnie ta dziwaczna, nieomal runiczna podobizna przekonała Bradforda co do słuszności twierdzeń purytanów, iż Kościół Anglii został zatruty „przez Szatana, tego starodawnego węża”. Musiał więc szukać zgromadzenia podobnie myślących wiernych i czcić Boga zgodnie z naukami płynącymi z Biblii.

Znalazł to, czego szukał, w Scrooby, jeszcze mniejszej wiosce leżącej o kilka mil od Austerfield. W starym dworze, który od wyburzenia dzieliło tylko kilkadziesiąt lat, żył miejscowy poczmistrz William Brewster. To właśnie tam co niedziela gromadziła się grupa dysydentów, by w tajemnicy czcić Boga pod kierunkiem dwóch pastorów. Jednym z nich był młody John Robinson.

Biorąc za przykład napomnienie św. Pawła: „wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich”[1], separatyści wśród purytanów uznali, że Kościół Anglii nie jest prawdziwym Kościołem Chrystusowym. Jeśli zatem mieli pozostać wierni swojej wierze, musieli utworzyć Kościół tzw. widzialnych świętych: Kościół, którego członkowie wspierali się wzajemnie we właściwej formie oddawania czci Bogu. Gdy ktoś z jego członków schodził z właściwej drogi, był upominany. Jeśli nie zmienił swego postępowania, wykluczano go z grona wiernych. Usunąwszy spomiędzy siebie bezbożników, separatyści nabrali ogromnego przeświadczenia o swojej racji, które przenikało każdy aspekt życia.

Separatyści wierzyli w dyscyplinę duchową, wierzyli też jednak w spontaniczność. Gdy duchowny kończył kazanie, członków zgromadzenia zachęcano do „prorokowania”. Zamiast jednak spoglądać w przyszłość, prorokowanie wiązało się z improwizowaniem. Bardziej wykształceni członkowie zgromadzenia mieli przemawiać – niekiedy krótko, niekiedy długo – o prawdach wiary. W ciągu trwającego szereg godzin nabożeństwa całe zgromadzenie brało udział w gorączkowym poszukiwaniu prawdy objawionej.

Duchową więź spajającą separatystów ze Scrooby pogłębiał fakt, że ich działalność była nielegalna. W poprzednim wieku wielu separatystów zostało uwięzionych, a nawet straconych za wiarę. Od czasu koronacji króla Jakuba w roku 1603 rosła presja na podporządkowanie się Kościołowi Anglii. Z perspektywy władcy wszyscy purytanie byli wichrzycielami, którzy zagrażali duchowej jedności królestwa. Na zgromadzeniu czołowych duchownych w pałacu Hampton Court król gniewnie oznajmił: „Wygnam ich z kraju!”. W kolejnych latach, po deklaracjach króla w Hampton Court, coraz większą liczbę mężczyzn i kobiet przeciwnych Kościołowi Anglii poddawano sankcjom prawnym. Separatyści w Scrooby naruszali zarówno prawo kościelne, jak i cywilne. Wszyscy bez wątpienia zdawali sobie sprawę, że zainteresowanie władzy ich działalnością było jedynie kwestią czasu.

Któregoś miesiąca roku 1607 biskup Yorku dowiedział się o spotkaniach w domu Brewstera. Niektórzy członkowie zgromadzenia znaleźli się w więzieniu. Inni zorientowali się, że ich domy są obserwowane. Nadszedł czas, by opuścić Scrooby. Mimo iż król Jakub poprzysiągł „wygnać” purytanów z Anglii, nie zezwalał im uczynić tego legalnie. By udać się na kontynent europejski, każdy potrzebował oficjalnej zgody. Władze niekiedy odmawiały udzielenia takiej zgody religijnym dysydentom, takim jak separatyści ze Scrooby. Jeśli więc planowali udać się do Holandii, musieli to uczynić w tajemnicy.

Dla grupy rolników i rzemieślników, którzy rzadko, jeśli w ogóle, zapuszczali się poza granice Yorkshire i Nottinghamshire, perspektywa takiej podróży była przytłaczająca. Jednakże siedemnastoletni Bradford nie miał większego wyboru, gdyż wszyscy jego duchowi opiekunowie udawali się do Holandii. Mimo głośnych protestów przyjaciół i bliskich, którzy podnosili fakt, że po ukończeniu 21. roku życia otrzyma znaczny spadek, Bradford postanowił popłynąć wraz z Johnem Robinsonem i Williamem Brewsterem do nowego kraju.

Ucieczka z Anglii nie przebiegła pomyślnie. Pierwszy wynajęty kapitan okazał się złodziejem i zdrajcą – wydał ich władzom miasta Boston w Lincolnshire. Separatyści, gdy ich przywódcy zostali po kilku miesiącach uwolnieni, spróbowali ponownie. Tym razem najęli godnego zaufania holenderskiego szypra, który miał spotkać się z nimi na południowym brzegu rzeki Humber, nieco powyżej miasteczka Grimsby. Zanim jednak na pokładzie znaleźli się wszyscy mężczyźni oraz kobiety i dzieci, pojawiła się miejscowa milicja. Kapitan, obawiając się konsekwencji, natychmiast odpłynął do Amsterdamu, pozostawiając szlochające kobiety i dzieci, przyglądające się swym mężom i ojcom, bezsilnym, na pokładzie oddalającego się statku. Rodziny miały połączyć się w Holandii dopiero po kilku miesiącach.

Przybywszy do Amsterdamu, separatyści ze Scrooby znaleźli się w samym środku konfliktów. Byli dysydentami, którzy określali się poprzez sprzeciw wobec istniejącej władzy, toteż nie umieli się odnaleźć w holenderskiej wolności wyznania. Pozbawieni ograniczeń doktrynalnych duchowni kilku zborów angielskich separatystów zaczęli głosić prawdy sprzeczne z oczekiwaniami ich własnych trzódek. Pastor angielskiego zboru z Gainsborough (odległego o parę mil od Scrooby) postanowił odrzucić chrzest niemowląt. Inny próbował wyciszyć szereg skandali, twierdząc, że on oraz starszyzna zboru dzierżą pełnię władzy w kongregacji. Separatyści ze Scrooby, będąc Anglikami, nie mogli uniknąć wmieszania się w te spory, pozostając w Amsterdamie. John Robinson, dowodząc swego zdecydowania, wrażliwości i trzeźwości sądów, które miały charakteryzować jego działalność w kolejnych latach, wyprowadził większość wiernych do pobliskiego miasta Lejda, gdzie mieli zorganizować swoje życie na własnych warunkach.

W Lejdzie Robinson zamieszkał niedaleko od Pieterskerk, jednego z największych kościołów w mieście. W ogrodzie za domem Robinsona wzniesiono miniaturową wioskę liczącą niemal tuzin domów. Mimo że około połowy zboru mieszkało w innych częściach miasta, osiedle Robinsona nazywane De Groene Poort, czyli „zielona droga” lub „aleja”, miało stać się wzorem idealnej społeczności chrześcijańskiej, ku której mieli dążyć do końca życia.

William Bradford wkrótce stał się jednym z przywódców zgromadzenia. W roku 1611, ukończywszy 21 lat, sprzedał odziedziczoną posiadłość w Austerfield, wykorzystując uzyskane środki do nabycia niewielkiego domu. Zdobył zawód barchaniarza, w roku 1612 otrzymał obywatelstwo Lejdy w uznaniu jego pozycji w społeczności miejskiej. W roku 1613 poślubił Dorothy May, i po czterech latach urodził im się syn John. Jednakże życie Bradforda w Lejdzie nie było usłane różami. W którymś momencie w wyniku błędów utracił znaczną część swego spadku. Przyjął to po purytańsku, uznając za „pokutę zesłaną przez Boga (…) za pewne ubytki w wewnętrznej pobożności”.

Od początku Pielgrzymów cechowały wszelkie zalety i słabości grupy spajanej „najściślejszą i świętą więzią”. Gdy okoliczności zwracały się przeciwko nim, wykazywali się niezwykłą odwagą i wytrzymałością. Przeciwności losu zdawały się wręcz wzmacniać ich przypominający klan związek. Gdy osiedlili się w Lejdzie, zyskali poczucie celu – pomimo, a może właśnie z powodu trudów wygnania.

Lejda była wówczas kwitnącym, czterdziestotysięcznym miastem, ale też ośrodkiem przemysłowym, którego mieszkańcy musieli pracować w tempie stanowiącym szok dla rolników z Nottinghamshire i Yorkshire. Życie rolnicze wiązało się niekiedy z intensywną pracą, jednakże rytm pór roku narzucał także długie okresy względnej bezczynności. W Lejdzie tymczasem od mężczyzn, kobiet i dzieci oczekiwano pracy od zmierzchu do świtu przez sześć dni w tygodniu; rozpoczęcie i zakończenie pracy ogłaszał dzwon ze wznoszącej się nad targiem nicianym dzwonnicy. Mijały lata wypełnione nieprzerwaną pracą. Dzieci Pielgrzymów zaczęły tracić łączność ze swym angielskim dziedzictwem. Pielgrzymi postanowili więc, że nadszedł czas, by rozpocząć gdzieś nowe życie.

Członkowie zgromadzenia Robinsona doskonale znali się nawzajem, natomiast jeśli chodziło o świat zewnętrzny, niekiedy wpadali w kłopoty. Byli nazbyt skupieni na własnym życiu wewnętrznym, by móc zauważyć subtelności charakteru, co pomogłoby im zrozumieć rzeczywiste motywy kierujące tymi, którzy nie podzielali ich przekonań religijnych. Podczas przygotowań do wyprawy do Ameryki Pielgrzymi wykazali się niebywałym wręcz talentem do przyciągania oszustów.

Zaczęło się źle, gdy William Brewster wzbudził gniew brytyjskiego rządu. W Lejdzie założył drukarnię, którą prowadził z pomocą dwudziestotrzyletniego Edwarda Winslowa. W roku 1618 obaj opublikowali traktat religijny krytykujący angielskiego króla i jego biskupów. Król Jakub rozkazał uwięzić Brewstera; gdy w Holandii pojawili się ludzie królewscy z rozkazem ujęcia starszego z Pielgrzymów, Brewster musiał zacząć się ukrywać. Stało się to akurat wtedy, gdy przygotowania do wyprawy wkroczyły w decydującą fazę.

Brewster był jedynym spośród Pielgrzymów, który posiadał doświadczenie polityczne i dyplomatyczne. W młodości służył jako asystent sekretarza stanu królowej Elżbiety, Williama Davisona. Rodząca się kariera dyplomatyczna Brewstera upadła, gdy królowa wykorzystała Davisona jako kozła ofiarnego, obwiniając go o stracenie Marii Stuart. Gdy jego mentor znalazł się w więzieniu, Brewster musiał powrócić do rodzinnego Scrooby, gdzie objął odziedziczone po ojcu stanowisko poczmistrza.

Poza dobrym rozeznaniem na najwyższych szczeblach władzy politycznej, Brewster charakteryzował się też niezwykłą empatią. „Był miękkiego serca i miłosierny dla każdego w potrzebie – pisał Bradford – szczególnie zaś dla tych, którzy, niegdyś zamożni i poważani, popadli w nędzę”. Starszy Brewster bardziej niż ktokolwiek inny – może poza pastorem Robinsonem – pełnił w zgromadzeniu rolę przewodnika i opoki. Teraz, gdy musieli pokonywać niezliczone trudności związane z planowaniem wyprawy do Ameryki, Brewster przynajmniej chwilowo nie mógł udzielić im żadnego wsparcia.

Na początku XVII w. stało się jasne, że kolonizacja Ameryki Północnej stanowi niezbędny warunek przyszłego dobrobytu Anglii. Francja, Holandia, a zwłaszcza Hiszpania korzystały już ze zdawałoby się niewyczerpanych zasobów Nowego Świata. Jednakże koronie brytyjskiej brakowało środków na samodzielne sfinansowanie masowej kolonizacji. Znalazła się jednak grupa brytyjskich arystokratów – z Londynu i z Plymouth – gotowa wyłożyć środki na budowę brytyjskich osiedli za oceanem, widząc w tym szansę na powiększenie swych i tak już wielkich majątków. W roku 1606 król Jakub powołał Kompanię Wirgińską. Gdy jednak wysiłki grupy z Plymouth, zmierzające do założenia kolonii na terenie dzisiejszego stanu Maine, zakończyły się całkowitym fiaskiem, a Jamestown nie okazało się finansowym sukcesem, obie gałęzie Kompanii Wirgińskiej uznały, że także i im brakuje środków na skolonizowanie Ameryki. Arystokraci postanowili zatem firmować powstanie kolejnych osiedli poprzez wydawanie patentów „szczególnych” dla tych, którzy pragnęli założyć plantację. Te warunkowe patenty dawały osadnikom prawo do podjęcia próby założenia kolonii w czasie pięciu–siedmiu lat, po którym to czasie mogli ubiegać się o kolejny patent, który nadawał im prawo własności do zasiedlonej ziemi.

Jako że Brewster się ukrywał, w imieniu Pielgrzymów z urzędnikami w Londynie negocjował diakon John Carver, który miał około trzydziestu kilku lat, oraz czterdziestojednoletni Robert Cushman. Do czerwca 1619 r. Carverowi i Cushmanowi udało się uzyskać patent od Kompanii Wirgińskiej. Jednakże przygotowania wciąż jeszcze były dalekie od ukończenia. Patent już mieli, ale jak dotąd nie udało im się pozyskać źródeł finansowania całego przedsięwzięcia. Jednakże wiara Williama Bradforda w powodzenie wyprawy była tak wielka, że wiosną 1619 r. sprzedał swój dom.

Wkrótce potem z Londynu nadeszły niepokojące wieści. Robert Cushman pisał, że niedługo wcześniej podobną do nich grupę 180 separatystów spotkała katastrofa. Wyruszyli z Emden w Holandii pod wodzą niejakiego pana Blackwella do Wirginii. Zanim ich statek osiągnął brzegi Ameryki, zmarło 130 pasażerów, w tym sam Blackwell. „Byli ściśnięci jak śledzie – pisał Cushman. „Zapanowała wśród nich biegunka, a także brakowało im słodkiej wody, toteż należy się dziwić, że aż tylu zdołało przeżyć, a nie, że aż tylu zmarło”. Mimo to wieści te były na tyle niepokojące dla separatystów z Lejdy, że wielu z nich zaczęło się wahać, czy udawać się do Ameryki. Nawet Cushman musiał przyznać, że sam – będąc kupcem warzywnym i zgrzeblarzem – czuł się przytłoczony trudnościami i odpowiedzialnością związaną z organizacją podróży. „Trapi mnie to często – pisał – gdy myślę, że w potrzebie tej wszyscy jesteśmy uczniami, nikt zaś nauczycielem”.

Mniej więcej w tym czasie przedstawiciele Holandii, usłyszawszy o zamiarze Pielgrzymów udania się do Ameryki, „złożyli im szczodre propozycje” dotyczące możliwego osiedlenia się. Pielgrzymi jednak odmówili. Niemożliwe byłoby utrzymanie angielskiej tożsamości na terenie holenderskiej kolonii. Jak się zdaje, nie wzięli pod uwagę niebezpieczeństwa wiążącego się z odrzuceniem tej akurat propozycji. Holendrzy, którzy dopiero za kilka lat mieli założyć swą kolonię na Manhattanie, prawdopodobnie zakulisowo blokowali późniejsze próby Pielgrzymów osiedlenia się na tej strategicznie położonej wyspie.

Zamiast korzystać z pomocy holenderskiej, Pielgrzymi zdecydowali się powierzyć swe losy złotoustemu londyńskiemu kupcowi nazwiskiem Thomas Weston. Reprezentował on grupę inwestorów zwanych „Kupcami Awanturnikami” – około 80 kupców z Londynu, którzy postrzegali kolonizację Ameryki zarówno jako okazję do inwestycji, jak i sposób na „zaszczepianie religii”. Większość z nich zdawała się podzielać duchowe przekonania purytanów, choć niektórzy wyraźnie dystansowali się od radykalizmu separatystów. Mimo że Pielgrzymom udało się już rok wcześniej zdobyć patent, Kupcy Awanturnicy zyskali też własny, dający prawo osiedlenia się w północnej części Wirginii u ujścia rzeki Hudson.

Początkowo Weston wydawał się darem niebios – człowiekiem podzielającym religijne cele Pielgrzymów, który dysponował środkami umożliwiającymi spełnienie ich życiowych marzeń. Kupiec proponował wspólne utworzenie spółki akcyjnej. Większość kapitału wyłożyć mieli Awanturnicy. Oczekiwano, że wkrótce po osiedleniu się Pielgrzymi osiągną spore zyski, głównie z połowu dorszy i handlu futrami. Każdy z przybyłych miał otrzymać udział w spółce wyceniony na dziesięć funtów. Przez kolejne siedem lat Pielgrzymi mieli pracować cztery dni w tygodniu na rzecz spółki, dwa dni zaś na własny rachunek; niedzielę należało poświęcić religii. Po siedmiu latach kapitał i zyski miały zostać podzielone pomiędzy udziałowców; Pielgrzymi staliby się właścicielami swoich domów i ziemi, bez żadnych obciążeńczy zobowiązań.

Gdy zbliżała się wiosna 1620 r., wielu postanowiło poczekać, aż drogę przetrą im członkowie „pierwszej fali”. Jeszcze inni, jak Bradford, sprzedali już swoje domy i od dawna byli gotowi wyruszyć. Spis członków zgromadzenia ujawnił, że do Nowego Świata wyruszy jedynie około 125 osób (jedna trzecia). Pozostali mieli popłynąć wkrótce. Postanowiono zatem, że pastor Robinson pozostanie na razie w Lejdzie z większością swoich wiernych; potrzebami religijnymi osadników amerykańskich zająć miał się starszy Brewster.

Gdy wiosną 1620 r. Pielgrzymi przygotowywali się do podróży, zaczęła się ujawniać prawdziwa natura Westona. Kupiec stwierdził, że zmienione okoliczności zmuszają do skorygowania pierwotnej umowy. Miał nadzieję uzyskać dla osiedla monopol rybacki, stało się jednak jasnym, że będzie to niemożliwe. Twierdził, że wielu z jego wspólników kupców zamierza się wycofać. Warunkiem uzyskania kredytu od londyńczyków było zobowiązanie się Pielgrzymów do poświęcenia całego czasu na pracę dla kompanii. Zamiast dwóch dni na własne potrzeby mieli oto cały czas pracować dla Awanturników. Robinson i Pielgrzymi zdecydowanie odmówili, mówiąc, że nowe warunki są „zdatniejsze dla rabusiów i niewolników za długi, nie zaś dla uczciwych ludzi”. Co gorsza, Robert Cushman zgodził się na zmiany zaproponowane przez Westona, nie konsultując tego z pozostałymi separatystami w Lejdzie.

W czerwcu odkryli, że Weston nie zorganizował jeszcze statku na podróż do Ameryki. Jeśli mieli nadzieję dotrzeć do ujścia rzeki Hudson przed zimą, musieli wyruszyć tak szybko, jak to możliwe. Podczas gdy Weston poszukiwał statku w Londynie, Pielgrzymi postanowili zakupić samodzielnie niewielki żaglowiec w Holandii. Miał on posłużyć przewiezieniu części z nich przez Atlantyk, po czym być wykorzystywany do połowu ryb oraz do badania wybrzeży. Gdyby zaś sprawy przybrały zły obrót, ocalali mogliby powrócić nim do Anglii.

Rosnący niepokój Pielgrzymów potęgowany był faktem, że Awanturnicy nalegali, by na pokładzie znalazło się też kilka wyznaczonych przez nich osób spoza grona separatystów. Niektórzy mieli silne związki z grupą w Lejdzie, innych jednakże nie znano zupełnie. Kwestia przyszłych stosunków z tymi „Obcymi” budziła głębokie obawy, zwłaszcza że jeden z nich, imieniem Christopher Martin, już dowiódł, że ma skrajnie trudny charakter. Awanturnicy uczynili Martina agentem; wraz z Cushmanem i Carverem zaczął zatem gromadzić zapasy: piwo, wino, suchary, soloną wołowinę i wieprzowinę, suszony groch, sprzęt rybacki, muszkiety, pancerze, ubrania, narzędzia, towary przeznaczone na handel z Indianami, oraz podnośnik śrubowy, który przydał się jeszcze przed przybyciem do Ameryki.

Martin, zarozumiały i uparty, nie chciał uzgadniać swoich planów z Carverem i Cushmanem. Podczas gdy przedstawiciele Pielgrzymów robili zapasy w Londynie i Canterbury, Martin działał według własnego uznania w Southampton, dużym portowym mieście na południu Anglii. Wkrótce nikt już nie wiedział, jaki jest stan zapasów żywności. „Jesteśmy skłonniejsi do swarów niż do wyruszenia w drogę” – żalił się Cushman 10 czerwca.

Mimo chaosu i konfliktów towarzyszących przygotowaniom w Anglii Pielgrzymi w Lejdzie działali konsekwentnie. Nabyli sześćdziesięciotonowy statek, który nazwali „Speedwell”. Długi na niecałe 50 stóp, uznany został za dostatecznie duży, by przebyć Atlantyk. Wcześniejsze wyprawy pokonywały tę trasę statkami mniejszymi o połowę od „Speedwella”. Pielgrzymi zatrudnili szypra i załogę, która zgodziła się pozostać w Ameryce co najmniej rok i która bez wątpienia nadzorowała wyposażenie statku w dwa nowe, wyższe maszty. Przebudowa „Speedwella” mogła wydawać się wówczas mało znaczącą sprawą. Jak się jednak okazało, ten niefortunnie nazwany statek i jego kapitan, znany jako „Pan Reynolds”, mogli stać się katastrofalnym zagrożeniem dla planowanej podróży.

W końcu lipca Pielgrzymi wraz z licznymi krewnymi i przyjaciółmi udali się do Delfshaven, niewielkiego holenderskiego portu, w którym stał „Speedwell”. Plan zakładał rejs do Southampton, na spotkanie ze statkiem zakupionym przez Westona w Londynie. „Weszli na pokład, z nimi zaś ich przyjaciele – pisał Bradford. – Prawdziwie smutne i łamiące serce było ich pożegnanie. Ileż szlochów, jęków i modlitw zabrzmiało między nimi, ileż łez popłynęło ze wszystkich oczu, jak wzruszające mowy przeszyły wszystkie serca”.

Dla Bradforda i jego żony Dorothy pożegnanie w Delfshaven było szczególnie bolesne. Postanowili pozostawić w Holandii swego trzyletniego syna, Johna – zapewne z rodzicami Dorothy w Amsterdamie. Tak było z pewnością bezpieczniej dla chłopca, jednakże emocjonalne przeżycia, zwłaszcza dla matki, miały stać się niezwykle trudne do zniesienia. Świadomie czy nie, Bradford skazywał syna na swój własny los w dzieciństwie: przez jakiś czas przynajmniej John miał być, ogólnie rzecz biorąc, sierotą.

Wraz ze sprzyjającym pływem nadszedł czas na wyjście w morze. Pastor Robinson padł na kolana na pokładzie „Speedwella”, za jego przykładem uczynili to samo pozostali. „Ze łzami na policzkach polecił ich w żarliwej modlitwie Bogu i Jego błogosławieństwu”. Była to niezwykle poruszająca demonstracja „miłości, której próżno by szukać na ziemi”. Wiele lat później mieszkańcy Delfshaven nadal wspominali wypłynięcie Pielgrzymów w lipcu 1620 r.

* * *

Gdy separatyści z Lejdy wypłynęli z Delfshaven, Weston wynajął wysłużony, ale sprawdzony statek „Mayflower”, zabrał pasażerów w Londynie i pożeglował do Southampton na spotkanie z „Speedwellem”. Southampton było starym angielskim portem, otoczonym średniowiecznymi murami. Koło Bramy Zachodniej grupa z Lejdy po raz pierwszy ujrzała statek, którym miała popłynąć do Ameryki.

„Mayflower” był typowym ówczesnym statkiem handlowym – rejowym żaglowcem z wygiętym dziobem, z wysokimi kasztelami na dziobie i rufie, które chroniły załogę i ładunek przed złą pogodą, lecz utrudniały znacznie żeglowanie pod wiatr. Jego pojemność wynosiła 180 ton (co oznaczało, że w ładowni mieściło się 180 beczek (tuns) wina). Był więc około trzykrotnie większy od „Speedwella”, jego długość zaś przekraczała 30 metrów.

Kapitanem „Mayflowera”, zwanym też szyprem, był Christopher Jones. Miał około 50 lat i był też współwłaścicielem statku. W archiwach odnotowano, że Jones dowodził „Mayflowerem” od jedenastu lat, wożąc angielskie wyroby wełniane przez kanał La Manche do Francji, w drodze powrotnej zaś zabierając francuskie wino. Transportowce wina, takie jak „Mayflower”, nazywano „słodkimi statkami”, gdyż nieuniknione wycieki kwaśnego wina pomagały złagodzić odór zęzy. Poza winem i wełną, Jones przewoził też kapelusze, konopie, hiszpańską sól, chmiel i ocet do Norwegii, a może też udał się „Mayflowerem” na wieloryby pod brzegi Grenlandii. Miał żonę imieniem Josian i pięcioro dzieci. Nie wiedział wówczas, że Josian jest ponownie w ciąży i w marcu następnego roku urodzi syna w ich domu w Rotherhithe, nad Tamizą poniżej Londynu.

Zastępcą i pilotem Jonesa był Robert Coppin, który w odróżnieniu od szypra był już w Ameryce. Funkcję pilota pełnił też czterdziestopięcioletni John Clark, który w poprzednim roku dostarczył do Jamestown ładunek bydła. Okrętowym cyrulikiem był Giles Heale. W nadchodzącym rejsie miał stać się jednym z najważniejszych oficerów, walcząc z chorobami dręczącymi pasażerów i załogę „Mayflowera”. Innym ważnym członkiem załogi był bednarz, który dbał o stan wszystkich zapasów zmagazynowanych w beczkach. W Southampton Jones najął na to stanowisko dwudziestojednoletniego Johna Aldena, który ze względu na swój młody wiek i cenny fach już w Anglii był namawiany przez Pielgrzymów, by pozostał z nimi po rejsie. Ponadto było około 20–30 marynarzy, których nazwiska nie zostały zapisane.

W Southampton grupa z Lejdy spotkała się z krewnymi i przyjaciółmi, którzy zaokrętowali się na „Mayflowerze” w Londynie i mieli wraz z nimi popłynąć do Ameryki. Większość podzielała ich przekonania religijne, a niektórzy nawet należeli do zgromadzenia z Lejdy. Najbardziej znanym członkiem tej grupy był starszy William Brewster, który przez ostatni rok ukrywał się w Holandii, a może nawet w Anglii. Powrót Brewstera, najważniejszej osoby świeckiej w zgromadzeniu, namaszczonego na duchowego przywódcę grupy w Nowym Świecie, musiał wywoływać równie silne emocje, co wyjazd z Lejdy.

W Southampton dołączyli także Robert Cushman i John Carver, który podróżował z żoną Katherine i pięcioma sługami. Kapitana Milesa Standisha, choć nie był członkiem zgromadzenia, dobrze znali lejdejczycy. Standish podróżował wraz z żoną Rose, i być może przybył na pokładzie „Speedwella”. Był angielskim najemnikiem w Holandii i miał za zadanie zajmować się w przyszłej kolonii sprawami wojskowymi.

To w Southampton spotkali się z tak zwanymi Obcymi, czyli pasażerami wynajętymi przez Awanturników na miejsce tych, którzy postanowili pozostać w Holandii. Był pośród nich lubiący rozkazywać Christopher Martin, który został przez Awanturników mianowany „zarządcą” „Mayflowera”; podróżował z żoną i dwoma sługami. Do Obcych zaliczały się jeszcze cztery inne rodziny. Stephen Hopkins płynął do Ameryki drugi raz. Jedenaście lat wcześniej, w 1609 r., udał się na pokładzie „Sea Venture” do Wirginii, statek jednak rozbił się u brzegów Bermudów, który to wypadek zainspirował Szekspira do napisania Burzy. Podczas pobytu na Bermudach Hopkins wziął udział w próbie buntu i został skazany na powieszenie, jednakże tuż przed egzekucją zdołał wybłagać ze łzami łaskę. Spędził dwa lata w Jamestown, po czym powrócił do Anglii. W nowej wyprawie towarzyszyła mu ciężarna żona Elizabeth, syn Giles oraz córki Constance i Damaris, a także dwaj słudzy: Edward Doty i Edward Leister.

Poza Mullinsami, Eatonami i Billingtonami (których Bradford później nazwał „najwulgarniejszymi rodzinami pośród nich”), było też czworo dzieci z Shipton w Shropshire. Ellen, Jasper, Richard i Mary More pochodzili z pozamałżeńskiego związku ich matki, Catherine More, i jej długoletniego kochanka Jacoba Blakewaya. Gdy mąż Caroline, Samuel More, szlachcic spędzający większość czasu w Londynie, poniewczasie zorientował się, że nie jest ojcem dzieci (jak zeznał w sądzie, są łudząco podobne do Blakewaya), rozwiódł się z żoną i przejął opiekę nad dziećmi. Postanowił, że najlepiej będzie dla dzieci, jeśli rozpoczną nowe życie w Ameryce, i posłał je do Londynu pod opiekę Westona, Cushmana i Carvera. Ci przydzielili ośmioletnią Ellen Edwardowi i Elizabeth Winslowom, siedmioletniego Jaspera Carverom, zaś pięcioletniego Richarda i czteroletnią Mary Williamowi i Mary Brewsterom, gdzie dołączyli do ich synów o sugestywnych imionach Love i Wrestling („Miłość” i „Zapasy” – przyp. tłum.).

Tymczasem spór pomiędzy lejdejczykami a Thomasem Westonem osiągnął szczyt. Cushman podpisał zmienioną umowę z kupcami z Londynu, jednakże lejdejczycy odmówili jej uznania. Weston wyjechał oburzony, mówiąc na odchodnym, że „muszą sobie zatem radzić własnym sumptem”. Cushman lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, że nie było to w ich interesie. Nie mieli dość żywności, by przeżyć cały rok, byli też zadłużeni u wielu dostawców. Bez Westona i uzyskanego przezeń kredytu musieli przed wypłynięciem z Southampton sprzedać część bezcennych zapasów, w tym ponad dwie tony masła.

Zamęt i niepokój powiększało zachowanie Christophera Martina. Zarządca „Mayflowera” zdaniem Cushmana był potworem. „Znieważał naszych biednych ludzi, traktując ich ze złością i pogardą – pisał Cushman – jakby nie byli godni czyścić mu butów. (…) Rozmawiałem z nim, rzucił mi w twarz oskarżenie o bunt, i rzekł, że nie wysłucha żadnej skargi”. W pospiesznie napisanym do przyjaciela w Londynie liście Cushman przewidywał katastrofę. „Drogi mój, jeśli kiedykolwiek założymy plantację, będzie to cud boski, zwłaszcza z racji naszych skąpych zapasów żywności, dzielących nas rozłamów i braku dobrych nauczycieli. Przemoc zburzy wszystko. Gdzież podział się skromny i pokorny duch mojżeszowy?”

Gdy wreszcie nadszedł czas, by wyruszyć z Southampton, Cushman zadbał, by wraz z najbliższymi przyjaciółmi znaleźć się na pokładzie „Speedwella”. Tam nie miał już do czynienia z Martinem, wkrótce jednak odkrył, że „Speedwell” nie był bynajmniej jednostką szybką. „Jest otwarty i dziurawy jak sito” – pisał. Gdy spoglądał z bliskimi na wodę przeciekającą przez dziury między klepkami kadłuba, przypominały im się wały przeciwpowodziowe w Holandii. Jak pisali, „woda wpadała niczym przez krecią dziurę”. Kilka dni po minięciu wyspy Wight, na południowym wybrzeżu Anglii, postanowiono, że należy zawinąć do portu celem dokonania niezbędnych napraw. Oba statki weszły więc do Dartmouth, ledwie 75 mil na zachód od Southampton.

Było to 17 sierpnia. Naprawy szybko wykonano, jednak tym razem współpracy odmówił wiatr. Wyprawa utknęła w Dartmouth, oczekując na sprzyjający wiatr w otoczonym skałami porcie wśród wysokich wzgórz. Pasażerowie zaczęli wpadać w panikę, i mieli po temu powód. „Spożyjemy połowę zapasów, zanim opuścimy brzegi Anglii” – pisał Cushman. Wielu pasażerów postanowiło zatem zejść na ląd. Mimo że równało się to utracie wszystkich zainwestowanych środków, co w przypadku niektórych oznaczało cały majątek, decydowali się na to. Martin jednak odmówił wypuszczenia ich z „Mayflowera”. „Nie chciał ich wysłuchać ani zezwolić im zejść na ląd, gdyż uciekliby” – pisał Cushman z Dartmouth.

Miesiące nieustającego napięcia odbiły się na zdrowiu Cushmana. Od dwóch tygodni odczuwał przeszywający ból w piersi – „jakby bryła ołowiu gniotła mi serce”. Był przekonany, iż będzie to jego ostatnie pożegnanie. „Chociaż ruszam się jak żywy, jestem prawie martwy. (…) Przygotuj się na złe wieści o nas. (…) Nie widzę, jak moglibyśmy uniknąć śmierci głodowej. Bóg jednak może wiele, i niech się dzieje Jego wola”.

Wreszcie wyruszyli z Dartmouth. Gdy znaleźli się ponad 200 mil na zachód od przylądka Land’s End, najdalej wysuniętego na południowy zachód krańca Anglii, „Speedwell” doznał kolejnego przecieku. Był początek września, nie było więc wyboru, poza porzuceniem statku. Była to katastrofa. Statek był nie tylko kosztowny, ale w planach miał mieć decydujące znaczenie dla przetrwania kolonii.

Zawinęli do Plymouth, około 50 mil na zachód od Dartmouth. W dalszą drogę musieli upchnąć jak najwięcej osób na pokładzie „Mayflowera”, który miał płynąć samotnie. Jak się spodziewano, Cushman postanowił oddać swoje miejsce komu innemu. Choć uważał, że stoi jedną nogą w grobie, żył jeszcze przez pięć lat.

Dowiedziano się potem, że kapitan „Speedwella”, Reynolds, w sekrecie spiskował przeciwko nim. W Holandii na statku ustawiono nowe, wyższe maszty, co było fatalnym posunięciem ; dokonano tego za zgodą, a może nawet z inicjatywy Reynoldsa. Każdy żeglarz wiedział, że maszt z żaglami nie tylko wprawiał statek w ruch, ale też działał jak wielka dźwignia, zwiększając naprężenia kadłuba. Gdy maszty były zbyt wysokie, nadmierne naprężenia powodowały rozchodzenie się desek poszycia i powstawanie przecieków. Przeciążając „Speedwella” masztami, Reynolds znalazł łatwy sposób na oszukanie grupy fanatycznych szczurów lądowych. Mógł wzruszać ramionami i drapać się po głowie, gdy statek nabierał wody, lecz wystarczyło zrzucić kilka żagli, by kadłub przestał przeciekać. Wkrótce po wyruszeniu „Mayflowera” na Atlantyk „Speedwell” został sprzedany, przebudowany i, zdaniem Bradforda, „odbył wiele rejsów (…) z wielkim zyskiem dla właścicieli”.

Bradford później przypuszczał, że „przebiegłość i oszustwo” Reynoldsa wynikały ze strachu przed śmiercią głodową podczas rejsu przez Atlantyk. Jednakże Pielgrzymi najpewniej nieświadomi byli tego, że padli ofiarą znacznie bardziej skomplikowanego i złowrogiego spisku. Kilkadziesiąt lat później pasierb Bradforda, Nathaniel Morton, dowiedział się z Manhattanu, że osiedleniu się Pielgrzymów w ujściu rzeki Hudson przeciwdziałać mieli Holendrzy, „wywołując opóźnienia podczas ich pobytu w Anglii”. Morton twierdził, że uczestnikiem spisku był kapitan „Mayflowera”, Christopher Jones. Źródła jednak dowodzą, że Jones był lojalnym i niezłomnym przyjacielem Pielgrzymów. To Reynolds, nie Jones, usiłował sabotować rejs.

W początkach września na północnym Atlantyku zaczynają szaleć zachodnie sztormy. Zapasy, których było mało już w chwili wyjścia z Southampton, w wyniku miesiąca opóźnienia zmalały jeszcze bardziej. Pasażerowie po prostu upchani na statku nie wydawali się zdolni do długotrwałego rejsu. Jones miał pełne prawo oświadczyć, że na wyruszenie przez Atlantyk było już za późno.

Mimo to 6 września 1620 r. „Mayflower” wyruszył z Plymouth, niesiony, jak pisał Bradford, „pomyślnym wiatrem”.

Robert Cushman nie był jedynym lejdejczykiem, który zrezygnował z rejsu. W Anglii postanowił pozostać też jego przyjaciel William Ring, jak i Thomas Blossom. Gdy „Mayflower” opuścił Plymouth, liczebność grupy z Lejdy spadła o ponad jedną czwartą. Pierwotny plan zakładał przeniesienie całego zgromadzenia do Nowego Świata. Teraz było ich już tylko około pięćdziesięcioro – mniej niż szósta część całej grupy, i tylko połowa ze 102 pasażerów „Mayflowera”.

John Robinson nie mógł przewidzieć, że ich liczba tak znacznie zmniejszy się do chwili ostatecznego opuszczenia Anglii. Jednakże pastor Pielgrzymów przepowiedział wiele spośród czekających ich przeciwności. Bardzo miało brakować jego uporczywego trwania przy cnocie osobistej uczciwości. Na razie mogli korzystać z mądrości zawartej w jego słowach.

W liście napisanym w przeddzień wyruszenia z Holandii wzywał swoich zwolenników, by za wszelką cenę unikali konfliktu z nowymi towarzyszami. Nawet jeśli osoby takie jak Christopher Martin wystawiały ich cierpliwość na ogromną próbę, musieli tłumić wszelką pokusę osądzania i potępiania innych. Robinson wzywał ich, by „gromadzili (…) w złych czasach cierpliwość, bez której czynimy zniewagę Panu Wszechmogącemu i Jego świętym i sprawiedliwym dziełom”. Dla przyszłego dobrobytu osiedla było niezwykle ważne, by wszyscy koloniści – lejdejczycy i Obcy – nauczyli się żyć ze sobą najlepiej jak potrafią.

To bezkrytyczne podejście nie przychodziło lejdejczykom w sposób naturalny. Jako separatyści, uważali się za świątobliwych wybrańców wśród skazanej na potępienie ludzkości. Poczucie elitarności było podstawą ich postrzegania swego miejsca w świecie. A jednak są dowody na to, że postrzeganie przez Robinsona swego zgromadzenia jako autonomicznej enklawy świętości uległo znacznemu złagodzeniu w ciągu dwunastu lat spędzonych w Holandii. Gdy Pielgrzymi wyruszali do Ameryki, zaczął nawet pozwalać członkom swego zgromadzenia uczęszczać na msze w innych kościołach. Zapamiętałe dążenie Robinsona do duchowej czystości osłabło wraz ze zrozumieniem, że arogancja i gniew nie przynoszą większych korzyści. „Mało czego nienawidził tak bardzo, jak schizm i podziałów” – napisał o nim później Edward Winslow. Złagodzenie niegdyś bezkompromisowego separatyzmu było niezbędnym warunkiem późniejszego powodzenia kolonii Plymouth.

Pod tym względem utrata „Speedwella” przyniosła dobre skutki. Przed wyruszeniem z Plymouth lejdejczycy w sposób naturalny skupiali się na własnym statku. Teraz, chcąc nie chcąc, wszyscy „jechali na tym samym wózku”.

Gdy Bradford opisywał rejs „Mayflowera”, podróży trwającej ponad dwa miesiące poświęcił tylko parę akapitów. Fizyczne i psychiczne obciążenie pasażerów stłoczonych na ciemnych i wilgotnych międzypokładach potęgował całkowity brak informacji o ich miejscu przeznaczenia. Wiedzieli na pewno tylko tyle, że jeśli uda im się jakoś pokonać 3000 mil oceanu, nie będzie tam nikt na nich czekał, poza może wrogo nastawionymi Indianami.

Wkrótce po opuszczeniu Plymouth pasażerowie zaczęli cierpieć na chorobę morską. Jak to się często zdarza na morzu, marynarze z lubością szydzili z cierpień pasażerów. Szczególnie jeden z marynarzy, „butny i bardzo wulgarny młodzieniec (…) nieustannie drwił z chorych nieszczęśników i co dzień przeklinał ich najobelżywszymi słowy” – wspominał Bradford. Marynarz poważył się nawet powiedzieć, że „miał nadzieję wyrzucić połowę z nich za burtę przed końcem rejsu”. Jak się jednak okazało, to ten silny i pewny siebie żeglarz umarł jako pierwszy. Jak pisał Bradford: „Zanim pokonaliśmy połowę drogi, Bóg raczył porazić tego młodzieńca śmiertelną chorobą, po której zmarł w cierpieniach, i sam został wyrzucony za burtę”. Bradford twierdził, że „wywołało to zadziwienie innych marynarzy, którzy uznali, że ręka Boga słusznie ich dotknęła”.

Powtarzający się sztormowy wiatr z zachodu zmuszał kapitana Jonesa do wytężenia wszystkich swych talentów w rejsie pod wiatr i falę. Kilkukrotnie podczas rejsu warunki stawały się tak niekorzystne, że kapitan musiał pogodzić się z utratą wielu tak ciężko zdobytych mil, nakazując ustawienie statku w dryf – zwinięcie wszystkich żagli, wyłożenie steru na zawietrzną i poddanie 180-tonowej jednostki igraszkom żywiołów.

W roku 1957 członkowie załogi „Mayflowera II” – repliki oryginalnej jednostki zbudowanej w angielskim Brixton – stali się pierwszymi współczesnymi żeglarzami, którzy doświadczyli sztormowania na żaglowcu z początku XVII w. W ciągu pierwszych kilku tygodni rejsu odkryli, że sterowanie pękatym kadłubem „Mayflowera II” wymagało nabrania wprawy. Czasami chybotanie wysokiego kasztelu rufowego stawało się tak niebezpieczne, że kapitan Alan Villiers, jeden z najbardziej doświadczonych żeglarzy pełnomorskich na świecie, obawiał się, że zostanie wyrzucony z koi. Zachowanie się statku w razie walki o utrzymanie pływalności budziło wielkie obawy Villiersa i jego załogi.

Pod koniec rejsu nadszedł sztorm, zmuszając Villiersa do tego samego, co musiał uczynić Jones 337 lat wcześniej. Jako że ruchy statku na olbrzymich falach stały się niebezpieczne, uznał, że nie ma wyjścia, i położył jednostkę w dryf. Zwinięto żagle, przymocowano wszystkie przedmioty na pokładach. Następnie Villiers pełen niepokoju rozkazał wyłożyć i zablokować ster na zawietrzną. „Była to decydująca próba – pisał Villiers. – Czy statek utrzyma się w tym położeniu mniej więcej statecznie, dzięki naporowi wiatru na wysoką rufę? Czy będzie bezwładnie chybotać się wśród fal, grożąc przewróceniem się do góry dnem? Nie mieliśmy pojęcia. Nikt nie sztormował takim statkiem pewnie od dwóch wieków”.

Gdy tylko dziób „Mayflowera II” skierował się do wiatru, zaszła zaskakująca zmiana. Mimo braku żagli i wyjącego wiatru jego masywne nadbudówki stanowiły rodzaj drewnianego żagla sztormowego, magicznie stabilizując kurs jednostki. „Mayflower II” trzymał się na wodzie niemal tak pewnie jak kaczka. Po bezlitosnych ciosach fal nastał względny spokój. „Pomyślałem sobie, że Ojcowie Pielgrzymi, którzy spędzili wiele nocy w atlantyckich sztormach, mieli przynajmniej trochę spokoju” – pisał Villiers.

Jesienią 1620 r. poczynania morskie „Mayflowera” podczas sztormu powodowały zwodnicze poczucie bezpieczeństwa u przyjętego do nauki młodzieńca imieniem John Howland. Gdy „Mayflower” sztormował, znajdujący się pod pokładem Howland zaczął być niespokojny. Nie widział powodu, dla którego nie pozwalano mu wyjść z cuchnącego międzypokładu choćby na chwilę. Po niemal miesiącu przebywania pasażerów „Mayflower” nie był już „słodkim statkiem”; Howland pragnął świeżego powietrza. Wspiął się więc po trapie do jednego z włazów i wyszedł na pokład.

Howland pochodził z leżącego z dala od morza miasteczka Fenstanton w Huntingdonshire. Szybko odkrył, że pokład miotanego żywiołem statku nie był miejscem dla lądowego szczura. Mimo że statek utrzymywał się w równowadze, wokół szalał potężny sztorm. Wycie wiatru wśród takielunku przerażało, tak jak widok ogromnych, upstrzonych pianą fal. „Mayflowerem” gwałtownie rzuciło ku zawietrznej. Howland zatoczył się, przeleciał przez reling i wpadł do morza.

Powinien był zginąć. Jednakże z kadłuba statku zwisał fał, używany do podnoszenia i zwijania marsla. Howland miał dwadzieścia kilka lat i był silny, i gdy jego dłoń natrafiła na fał, uchwycił kurczowo linę. Mimo że niekiedy wciągany był na dwa metry pod wodę, zdesperowany nie puszczał zbawczego fału. Kilku marynarzy pociągnęło za fał, wciągając wreszcie nieszczęśnika bosakiem na pokład.

Gdy ponad dziesięć lat później Bradford opisywał ten wypadek, John Howland nie tylko nadal żył w zdrowiu, ale wraz z żoną Elizabeth zajmowali się płodzeniem dzieci, których w końcu doczekali się dziesięcioro. Te z kolei miały dać im w przyszłości ogromną liczbę osiemdziesięciorga ośmiorga wnucząt. Purytanin wierzył, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Czy chodziło o ocalenie Johna Howlanda, czy nagły zgon młodego marynarza, wszystko to było wynikiem woli Boga. Jeśli coś dobrego przydarzało się Świętym, było natychmiast interpretowane jako świadectwo Bożej łaski. Jeśli zaś wydarzało się coś złego, nie oznaczało to koniecznie, że Bogu nie podobały się czyny wiernych. Mógł też wystawiać ich na próbę. Jak wszyscy się jednak spodziewali, prawdziwa próba miała dopiero nadejść.

Ani Jones, ani żaden z ówczesnych żeglarzy nie zdawał sobie sprawy z istnienia Golfsztromu – wielkiego strumienia ciepłej wody płynącej od Karaibów wzdłuż wybrzeża Ameryki Północnej i dalej przez Atlantyk, aż po Norwegię. Walcząc z Golfsztromem i zachodnim wiatrem, „Mayflower” od wyruszenia we wrześniu z Anglii osiągał średnią prędkość zaledwie dwóch węzłów.

Jones dysponował laską św. Jakuba – długą na trzy stopy listwą z ruchomą poprzeczką, która pozwalała mu obliczyć szerokość geograficzną, czyli położenie w linii północ–południe, z dokładnością do kilku mil, nie miał jednak żadnego przyrządu pozwalającego mu ustalić długość geograficzną, czyli położenie w linii wschód–zachód. Oznaczało to, że po wielodniowym sztormie miał tylko mgliste pojęcie o tym, w jakiej odległości był ląd.

Kapitan wiedział, że „Mayflower” znalazł się daleko na północ od swego celu, czyli ujścia rzeki Hudson. Jednakże na tym etapie rejsu, gdy wśród pasażerów i załogi pojawiły się pierwsze przypadki chorób, musiał możliwie szybko dotrzeć do lądu. Skierował więc statek prosto na zachód, co miało wyprowadzić go wprost na piaszczysty półwysep znany większości żeglarzy jako Cape Cod. Na mapie Nowej Anglii kapitana Johna Smitha nazwano go „Cape James”, jednakże nazwa półwyspu była Jonesowi zupełnie obojętna. Wychodzący w morze niczym wyciągnięte ramię, był równie dobrym celem co każde inne miejsce.

„Mayflower” płynął naprzód, aż nagle na pokładzie zaczęła unosić się woń lądu. Na niebie pojawiły się mewy, a kolor wody zmienił się z granatowego na jasnozielony. Wreszcie, we wtorek 9 listopada 1620 r. o świcie, po 65 dniach rejsu, z pokładu dostrzeżono ląd.

[1] Przekład za Biblią Tysiąclecia, 2 Kor 6, 17. Wszystkie cytaty z Biblii z wydania: Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. 3 popr., Poznań–Warszawa 1980 (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ2.GROŹNEMIELIZNYIHUKPRZYBOJU

Był to piękny, jesienny poranek. Bezchmurne niebo i lekka, północno-zachodnia bryza. Na niebie widniał cienki sierp księżyca, stopniowo znikając i ustępując miejsca wznoszącemu się za rufą statku słońcu. Wprost na zachodzie widniał ląd; zdaniem Jonesa, było to północne ramię Cape Cod. Ten znany późniejszym żeglarzom jako „plecy” trzydziestomilowy piaszczysty pas tworzył barierę biegnącą z północy na południe. Jego krawędź tworzą trzydziestometrowe urwiska, które natychmiast musieli rozpoznać piloci Jonesa, jeśli żeglowali wcześniej w tym rejonie. Za klifami rozciągały się porośnięte lasami wzgórza.

Pasażerów „Mayflowera” ogarnęła, zdaniem Bradforda, „niemała radość”. W przejrzystym powietrzu rześkiego jesiennego poranka wszystko wydawało się bliższe i bardziej kolorowe. Pielgrzymi byli „bardzo uspokojeni (…) widokiem tak pięknego lądu, zalesionego aż po brzeg morza”. Aby mieć pewność, Jones ustawił „Mayflowera” pod wiatr, by zejść na ląd. Po około godzinie wszyscy zgodzili się, że rzeczywiście to Cape Cod.

Stanęli teraz przed decyzją: dokąd płynąć dalej? Znajdowali się daleko na północ od planowanego miejsca przeznaczenia, w pobliżu ujścia rzeki Hudson. Istniały jednak powody, dla których można było rozważyć założenie osiedla w rejonie przylądka. W ciągu ostatnich burzliwych miesięcy przed wyruszeniem z Anglii Weston i inni zaczęli naciskać na wybór miejsca położonego bardziej na północ w Nowej Anglii – jak nazywano wówczas od niedawna tereny stanowiące obecnie stany Massachusetts, Connecticut, Rhode Island, Maine, New Hampshire i Vermont. Jak sugeruje nazwa Cape Cod, region słynął z nawiedzających go wielkich ławic dorszy. Wiosną na wodach Nowej Anglii, zwłaszcza na północny wschód od współczesnego wybrzeża Maine, pojawiały się setki statków rybaków wyprawiających się na dorsza z Anglii, Francji, Holandii i innych krajów europejskich. Utworzona na Cape Cod kolonia mogłaby skorzystać z tych bogatych łowisk. Jednakże przed wyruszeniem „Mayflowera” z Anglii nie udało się zdobyć patentu na ten region, jako że król nie utworzył jeszcze wówczas ciała nazwanego Radą dla Nowej Anglii. Jeśli zatem mieli osiedlić się tam, gdzie przyznano im do tego prawo, musieli skierować się na południe ku odległemu o 220 mil ujściu rzeki Hudson.

Kapitan Jones miał niemałe problemy. Ze względu na zły stan zdrowia załogi i pasażerów musiał możliwie szybko wysadzić ludzi na ląd – niezależnie od tego, co było wypisane na ich patentach. Gdyby wiatr wiał prosto z południa, mógł łatwo popłynąć na północ aż po kraniec Cape Cod, do miejsca znanego dzisiaj jako Provincetown Harbor. Dobry, południowy wiatr i prądy morskie sprawiały, że mógł tam dotrzeć w ciągu godzin. Wiał jednak wiatr północny. Mogli zatem jedynie żeglować z nim ku ujściu Hudson. Gdyby wiatr się utrzymał, dotarliby tam w około dwa dni. Jones skierował więc statek na południe.

Niestety, brakowało dobrej angielskiej mapy wód pomiędzy Cape Cod a ujściem Hudson. Niewiele zmieniło się od roku 1614, gdy John Smith żeglujący po tych wodach nazwał wszystkie istniejące mapy „bezużytecznymi, choć kosztowały mnie słono”. Sporządzona przez samego Smitha mapa Nowej Anglii sięgała na południe, jedynie do podstawy przylądka – gdzie „Mayflower” dostrzegł ląd – i nie była pomocna w żegludze dalej na południe. Jones mógł polegać jedynie na wiedzy posiadanej przez jego pilotów – która, jak się zdaje, była minimalna. Żeglował więc na ślepo.

Szyper „Mayflowera” nie mógł wiedzieć o czających się przed nim niebezpieczeństwach, jednakże doświadczenie kazało mu nieustannie sondować dno. Miał do tego dwie ołowianki – głębokowodną zwaną „dipsy”, z ważącym od 20 do 50 kilogramów ciężarkiem na 180-metrowej linie, oraz mniejszą „ręczną”, czyli 3,5–7 kilogramów na 60-metrowej linie. Gdy „Mayflower” posuwał się na południe, sondujący marynarz pracował niemal nieustannie: rzucał sondę, wypuszczał linę, podawał głośno głębokość, po czym ściągał linę, by ponownie wyrzucić sondę. Dno u wybrzeży Cape Cod znajduje się na głębokości około 35 metrów, czyli na samej granicy możliwości ręcznej sondy. W odległości około trzech mil od brzegu dno gwałtownie opada do głębokości ponad 90 metrów. Uskok ten biegnie mniej więcej równolegle do brzegu i znany jest jako „Krawędź”. Gdy Jones kierował się wzdłuż ramienia przylądka, najprawdopodobniej trzymał się „Krawędzi” niczym niewidzialnej, wiodącej na południe arterii.

Przez kolejne pięć godzin „Mayflower” szedł na południe. Po 65 dniach rejsu pod wiatr i w sztormach musiała być to cudowna odmiana dla pasażerów, którzy tłumnie wylegli na chłodny, zalany słońcem pokład, chłonąc pierwsze widoki Nowego Świata. Jednakże dla kapitana Jonesa był to początek najbardziej nerwowej fazy podróży. Każdy kapitan wybrałby najsilniejszy północnoatlantycki orkan nad żeglowanie bez mapy przy nieznanych brzegach. Dlatego póki „Mayflower” nie rzucił kotwicy, Jones nie miał zaznać wiele snu.