Wydawca: Filia Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 618 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mayday - Grzegorz Brudnik

Na wyjaśnieniu tej katastrofy stracić mogą wszyscy. Prócz niego. Bo on nie ma już nic do stracenia.

Gdy u wybrzeży Japonii dochodzi do powietrznej kolizji dwóch największych samolotów pasażerskich świata, amerykańska Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu wysyła na miejsce swój najlepszy zespół śledczych. Jednak od samego początku natrafiają oni na przeszkody, a tajemniczy sabotażysta nie cofnie się przed niczym, by uniemożliwić im odkrycie prawdy. W odruchu desperacji chief investigator Scottie Jordan ściąga na miejsce zdarzenia polskiego inżyniera, który przed kilku laty stracił w katastrofie lotniczej żonę i córkę. Gdy dzięki jego pomocy zespół zbliża się do prawdy, rozpoczyna się gra, której stawką jest życie wielu osób. Ale Aleksander Gall nie ma zamiaru uciekać. I wkrótce nie wiadomo już, kto jest myśliwym, a kto ofiarą.

Ta książka jest jak film. Największa w historii katastrofa lotnicza, międzynarodowy spisek i szaleńczy wyścig o prawdę. Głuche ostępy Appalachów, podejrzane dzielnice Waszyngtonu i Atlanty, zagubione na Pacyfiku, targane tajfunem japońskie wysepki. Wszystkie te miejsca łączy wspólna tajemnica, którą rozwikłać może tylko jeden człowiek. Jeśli myśleliście, że Dirk Pitt i Jack Reacher są zuchwali, to poczekajcie, aż poznacie Aleksandra Galla. Takiego bohatera jeszcze w Polsce nie było.

W 1994 roku, mając zaledwie 13 lat, Brudnik był świadkiem najtragiczniejszego wypadku drogowego w historii Polski. Od tego czasu gromadzi bazę wiedzy i materiałów na temat katastrof drogowych, kolejowych, morskich i lotniczych, a także sposobów ich wyjaśniania. Po 24 latach uznał, że jest gotów, by stworzyć własną katastrofę. Duża wiedza, tytaniczny research i pierwiastek pozytywnego szaleństwa autora sprawiają, że Mayday to page turner, którego nie sposób odłożyć przed zakończeniem czytania.

Opinie o ebooku Mayday - Grzegorz Brudnik

Fragment ebooka Mayday - Grzegorz Brudnik

Mamie. ‌Bo ‌pierwszą ‌książkę ‌

dedykuje się mamie. ‌

(Tak twierdzi moja mama).

PROLOG

Świetlisty ‌neon Holiday Inn ‌rzucał jaskrawozielone ‌światło na ‌pusty ‌podjazd ‌przed hotelem.

– Szesnaście ‌dolarów, ‌panie Coleman. – Taksówkarz ‌sprawiał wrażenie znudzonego. ‌Zapewne nie ‌chciał ‌dać po ‌sobie poznać, że ‌cały ‌wieczór spędzi ‌na opowiadaniu każdemu, ‌kogo ‌dzisiaj ‌wiózł. Tom Coleman ‌zdążył ‌się już ‌przyzwyczaić, że od ‌jakiegoś czasu ‌wszyscy wiedzą, ‌kim jest. ‌Podał szoferowi cztery banknoty ‌pięciodolarowe.

– Proszę ‌zatrzymać resztę.

Wysiadłz taksówki. Postawił ‌kołnierz, żeby choć ‌trochę ochronić się ‌przed ‌deszczem,i leniwym krokiem ruszyłw kierunku obrotowych ‌drzwi.

W recepcji zastał ‌Sophie. Jak zwykle eleganckąi ze ‌starannym, choć delikatnym ‌makijażem.

– Dobry wieczór, ‌panie Coleman. Pana ulubiony ‌pokój jest ‌wolny.

Była śliczna. ‌Miała czarne, ‌lekko falujące włosy ‌sięgające łopateki przyjemny ‌dziewczęcy głos. Spoglądała na ‌niego ‌spod nieco przymrużonych powiek, ‌jakby chciała sobie ‌dodać uroku. Tom wiedział, ‌że ‌jej ‌się podoba. Od ‌lat. Ale doskonale zdawał ‌sobie ‌sprawę, ‌że ona nigdy ‌nie uczyni ‌pierwszego kroku.Z kolei ‌on po prostu nie ‌miał ‌na nią ‌ochoty. Od lat. Właściwie ‌nie wiedział dlaczego. ‌Była tak bardzow jego ‌typie jak ‌chyba ‌żadna,z którą się spotykał ‌przez ostatnie lata. Może ‌po prostu Sophie ‌znała ‌zbyt ‌wiele jego tajemnic. ‌Bywał tu ‌bardzo często. Przede wszystkim kiedy zdradzał żonęz którąś ze swoich kochanek.A miał ich wiele. Chodziły plotki, że przespał sięz każdą stewardesą lądującą kiedykolwiek na LAX. Irytowało go to, choć faktycznie do świętoszków nie należał.

– Panie Coleman?

– Dziękuję. Dziś mam ochotę na inny. Podobno numer tysiąc jest bardzo wygodny. Chciałbym spróbować.

Recepcjonistka zerknęła do komputera.

– Niestety jest zajęty.A może tysiąc jeden? To tuż obok. Bliźniaczy.

Tysiąc jeden. Jakw arabskiej baśni erotycznej. Czy ona zrobiła to specjalnie? Nie, szybko odrzucił tę myśl. Uspokój się, Tom, bo wszystko popsujesz.

– Wezmę – odparł tylko.

Dziewczyna westchnęła cicho, postukała czerwonymi paznokciamiw klawiaturę, po czym położyła na ladzie klucz elektroniczny.

– Dziesiąte piętro. Należność jak zwykle pobierzemyz karty. Życzę miłego pobytu.

Gdy drzwi windy się zasunęły, zegarek Colemana cichym pyknięciem oznajmił zmianę daty. Minęła północ.

Pokój okazał się iście królewskim apartamentem. Alei noc nie była byle jaka.

Tom podszedł do przeszklonych drzwi prowadzących na balkon. Otworzył je. Poczuł na twarzy lekką, przyjemną mżawkę. Ponad głową usłyszał szybko narastający huk. Odruchowo zadarł głowę, ale podstawa chmur była niskoi niczego nie mógł dojrzeć.

Nie musiał.

– American Airlines 454.Z Dallas. Airbus A321. Dwie minuty za wcześnie – powiedział, zupełnie jakby nie skończył zmiany godziny temu. – Wiatrz kierunku sto czterdzieści stopni, jedenaście węzłów, widzialność trzy mile, pas dwadzieścia pięć prawy, zezwalam lądować. Po przyziemieniu skontaktuj sięz ground na częstotliwości 121,400. Do zobaczenia.

Uśmiechnął się. Uwielbiał tę robotę.

Nie zamknął za sobą drzwi, gdy szedł do łazienki. Niech się trochę przewietrzy. Ktoś taki jak on, człowiekz wyostrzonymi zmysłami, potrafił wyczuć zaduch nawetw królewskich apartamentach Holliday Inn. Po drodze wziął tylko swoją niewielką kosmetyczkę.

Kabina prysznicowa była ogromnai wyposażono jąw deszczownicę. Coleman uwielbiał ten wynalazek. Na dotykowym panelu wybrał temperaturę wodyi uruchomił natrysk. Jednak najpierw golenie. Odruchowo potarł podbródeki skrzywił sięz niezadowoleniem. Nie należał do facetówz gęstymi szybko rosnącym zarostem, ale trzy dni bez żyletki zrobiło swoje.A tej nocy chciał wyglądać zjawiskowo.

Wyjął przyboryz kosmetyczkii zabrał się do pracy. Wykonywał ją starannie. Nawet nieco zbyt starannie.

Uspokój się, Tom.

Gdy skończył, wszedł pod prysznic. Woda była ciepłai przyjemna. Chwilę stałw bezruchu, pozwalając, by spłukałaz niego ślady minionego dnia. Odkorkował buteleczkęz hotelowym szamponem, jednymz tych, które choć taniei kiepskiej jakości, to pachną tak, że ludzie zabierają je do domu. Wylał na siebie połowę zawartości opakowania, które natychmiast zmieniło sięw lekko różowawą pianę. Chwilę się pomoczył,a potem wyłączył natrysk. Nie wytarł się dokładniei gdy wrócił do pokoju, woda wciąż kapała muz posrebrzanej szczeciny.

Siwe włosyw wieku trzydziestu pięciu lat. Katastrofa.

Znów otworzył walizkę, schował kosmetyczkę, nie zważając na to, że jest jeszcze mokra,a wyjął swój ulubiony czarny garnitur od Gucciego,w foliowym pokrowcu. Właśnie miał sprawdzić, czy się nadto nie wymiął, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

Zastygł, jakby się bał, że najmniejszy ruch zdradzi jego obecność. Taki odruch ostrożnego człowieka.U każdego faceta zbyt często zdradzającego żonę można się go doszukać.

– Panie Coleman, jest pan tam? Muszęz panem porozmawiać. Natychmiast – odezwał się męski głos.

Tom ochłonąłw końcui cichutko, na paluszkach podkradł się do drzwi. Przyłożył oko do wizjera, ale natychmiast je cofnął. Kolejny irracjonalny strach. Jeśli ja widzę jego, to czy on przypadkiem nie widzimnie?

– Halo!

Wziął sięw garść.

– Kto tam? – zapytał, starając się, by jego głos brzmiał swobodnie.

– Wszystko panu wyjaśnię, proszę otworzyć.

– Jest pan dziennikarzem?

– Nie.

– Więc kim? Jak się pan nazywa?

– Aleksander Gall.

Aleksander Gall? Gall? Znał to nazwisko. Tylko skąd, do cholery? Tymczasem intruz nie odpuszczał:

– To naprawdę bardzo ważne. Przede wszystkim dla pana. Musimy natychmiast porozmawiać.

– Tylko się ubiorę. Za dziesięć minut będę na dole.

– Świetnie. Dziękuję. Poczekamw restauracji.

Przez chwilę Coleman wsłuchiwał sięw odgłosy oddalających się kroków. Gall? Gall? Brzmiało znajomo, alew ciągu ostatnich sześciu miesięcy miał do zapamiętania tak wiele nowych nazwisk. Facet twierdzi, że nie jest dziennikarzem. Czyżby ktośz komisji? Nie, chyba nie. Te nazwiska znał bardzo dobrze.A może to mąż jakiejś stewardesy, którą przeleciał? Albo zwykły fan, bo –o popierdolony świecie! –i tych mu nie brakowało.

Skąd, do diabła, wiedział, że tu będę?

Garnitur leżał doskonale. Coleman potrafił je dobierać. Mechanicznie zawiązał krawat. Ostatnie spojrzeniew lustro upewniło go, że wszystko wygląda tak, jak trzeba. Popatrzył na zegarek.

Zostało siedem minut. Czas na trochę przyjemności. Nalał do kieliszka odrobinę martini. Wyciągnąłz kieszeni paczkę marlboroi wyszedł na balkon. Chwilę mocował sięz zapalniczką. Dopiero za trzecim razem udało mu się utrzymać płomień wystarczająco długo, by przypalić papierosa. Zaciągnął się głęboko. Stary poczciwy marlboras. Smakował jak nigdy dotąd. Martini też było niczego sobie, choć zwykle gustowałw innych trunkach.

Odczuł namiastkę relaksu. Zamknął oczyi przez chwilę stałw bezruchu. Uwielbiał, gdy krople deszczu moczyły mu twarz. Teraz porządnie się rozpadało. Gdzieśw oddali usłyszał grzmot. Każdy na jego miejscu pomyślałby, że to burza. On jednak wiedział, że to Alaska Airlines 436z Seattle. Boeing 737.

Spojrzał na zegarek. Czas się skończył. Martini również. Gall zapewne już się niepokoi, że Coleman go wystawił. Ale on nie należał do ludzi, którzy wystawiają kogokolwiek. Zgasił papierosao barierkę.

– Za dziesięć minut na dole. Tom, ty jajcarzu.

Zaśmiał się.

I skoczył.

ROZDZIAŁ 1

Motocyklista był zły. Głównie na siebie, bo choć stanowczo nie miał tego dnia szczęścia, zdawał sobie sprawę, że to wszystko jego wina. Właśnie zakończył sukcesem zadanie, któremu bez reszty poświęcał się przez ostatni miesiąc. Niewielki bagaż wysłał kurieremi w południe opuścił Charlotte. Jego czarna honda CBR 1100XX powinna go dowieźć do stolicyw pięć godzin, ale uznał, że ma ochotę na przejażdżkę. Zasłużył na odrobinę przyjemności. Lubił jeździć tym motocyklem, choć na każdym forum świata wypisują, że pokonywanie na ścigaczu dystansów większych niż sto kilometrów to objaw masochizmu.

Uznał więc, że zamiast przelecieć osiemdziesiątkąpiątką, ruszy na północ,a potem przez góry. Tylko nie przewidział, że dopadnie go taka ulewa.W Hot Springs musiał zrobić dziesięciogodzinną przerwę, bo nie dało się jechać. Pieprzony George Washington and Jefferson National Forest przywitał go oberwaniem chmury, ale przynajmniej zażył kąpieliw tamtejszych gorących źródłach,a to już coś. Koniec końców stwierdził, że ma przecież cośw rodzaju urlopu, więc nie musi się spieszyć.

Zdrzemnął się kilka godzinw motelu.O czwartej nad ranem ruszył dalej. Akurat zaczynało świtać. Wprawdzie słońce miało pozostać za horyzontem jeszcze przez półtorej godziny, ale tak bardzo paliło się do roboty, że już teraz przegnałoz drogi nieprzeniknioną czerńi jazda stała się nieco bardziej komfortowa.

Pojechał na północ drogą numer dwieście dwadzieścia, po ośmiu kilometrach skręciłw Mountain Valley Road, która miała go doprowadzić do drogi numer sześćset dwadzieścia dziewięć,a potem dwieście pięćdziesiąt. Na koniec wystarczyło przejechać jeszcze kawałek czterdziestkądwójką aż do Harrisonburga, gdzie miał zjechać na międzystanówkę. Wówczas zostaną mu do Waszyngtonu zaledwie dwie godziny szybkiej, bezstresowej jazdy.

W praktyce wyglądało to nieźle.

W teorii rumakowanie skończyło się zaledwie pół godziny później.W mokrym asfalcie na drugim wirażu, licząc od Łaźni Jeffersona, ujrzał odbicia niebieskich kogutów. Zwolnił,a gdy wyjechał na prostą, ujrzał czerwone światła kilku zaparkowanych na drodze aut. Kawałek dalej,w poprzek jezdni, stał czarny radiowóz policji hrabstwa Bath.

Motocyklista wyminął zatori zatrzymał hondę na początku kolejki, wzbudzając wyraźne niezadowolenie pozostałych kierowców. Wyłączył silnik, zsiadłz maszynyi oparł ją na nóżce. Przeszedł kawałekw bok, by zobaczyć, co przysłania masywny radiowóz.

W bladym świetle rozstawianej właśnie lampy ujrzał rozbitąo drzewo białą luminę, najpewniejz początku lat dziewięćdziesiątych. Przy aucie jedenz policjantów opatrywał kierowcę, który wprawdzie twarz miał zakrwawioną, ale poza tym chyba nic się mu nie stało.

Niezły farciarz – pomyślał motocyklista. – Jak na taki dzwon, to cud, że żyje.

Kilka metrów dalejw rowie wylądował żółty ford crown victoria. Taksówka. Auto miało zarysowany bok, ale poza tym przesadnie nie ucierpiało.W przeciwieństwie do jego kierowcy. Wielki grubas leżał na jezdni twarzą do dołu. Nikt się nim zbytnio nie interesował, więc motocyklista uznał, że tłuścioch nie żyje. Co było naprawdę dziwne.

Kawałek dalej, na przeciwległym pasie ruchu, stał bordowy chrysler town & country. Nieuszkodzony. Jego kierowca musiał być świadkiem zdarzenia, bo wspomagając się bogatą gestykulacją, wyjaśniał coś zafrasowanemu gliniarzowi.

Motocyklista zdjął kask. Miał długą czarną brodęi gdyby nie honda za dziesięć tysięcy dolarów, ktoś mógłby go wziąć za jednegoz okolicznych drwali. Podszedł do traktora stojącego tuż przy radiowozie. Jego kierowca, stary farmer, był pierwszyw kolejce oczekujących. Musiał się tam zjawić kilka chwil po zdarzeniu,a teraz spokojnie kimałw kabinie. Motocyklista zapukałw szybę. Farmer otworzył jedno oko, potem drugie.W końcu dźwignął sięz fotelai pchnął drzwi.

– Długo to jeszcze potrwa? – zapytał motocyklista,a w jego głosie zabrzmiał delikatny, ledwo wyczuwalny wschodnioeuropejski akcent.

– A ja tam wiem? Potrwa, aż skończą. Ale szybko to nie skończą, nie ma szans.

– Dlaczego?

– No widzisz pan. Grubas pijany. Póki szeryf nie przyjedzie, to nas nie puszczą.

Dopiero teraz motocyklista spostrzegł, że leżący na ziemi grubas lekko dygocze,a ręce ma nienaturalnie złożone na plecach. Kajdanki.

– Widział pan, co się stało?

– Nie. Ale słyszałem.

– Co pan słyszał?

– No, jak tamten tam gadał. Świadek, no nie? Grubas pijanyw sztok. Taryfą na zakręcie wyprzedzał tegoz luminy.A z naprzeciwka jechał ten świadekw chryslerze. To grubas pewnie zrobił wielkie oczy, odbiłw prawoi zepchnął luminę na drzewo.

– A pan go nie zna?

– Kogo?

– Kogokolwiek. Pan przecież tutejszy.

– No, ja to tak. Ale oni nie. Grubas to chybaz Mallow, bo tak ma na taryfie napisane. Ale innych to ja nie znam.

Farmer zakończył konwersacjęi powrócił do przerwanej drzemki. Motocyklista skinął dłoniąw podziękowaniu. Ruszyłw kierunku rozbitej luminy,a gdy mijał radiowóz,z wnętrza wyskoczył młody policjant.

– Hej, co ty wyprawiasz? Myślisz, że bez powodu tu stoję? Droga zamknięta.

Motocyklista zignorował młodzikai skierował się wprost do wraku.

– Trudy, Trudy! – krzyczał młodzik.

Trudym był ten, co przesłuchiwał świadka. Starszy od młodzika najwyżejo dwa lata, ale już nieco wyrobiony,o bardziej wyprostowanej postawiei czujniejszym spojrzeniu. Biła od niego jakaś hardość. Gdy zobaczył, co się dzieje, położył dłoń na kaburzei ruszył powoliw kierunku motocyklisty. Ten, co opatrywał rannego, również nieco się ożywił. Widać perspektywa awantury bardziej go ekscytowała niż babranie sięw ludzkiej krwi.

Lumina wbiła sięw drzewo tak głęboko, że silnik wpadł do kabiny. Wszędzie walały się plastikowei metalowe szczątki. Pod butami chrobotało szkło. Motocyklista wyjął smartfoni włączył latarkę. Drzwi od strony kierowcy wygięły się na zewnątrz. Wystarczyło je lekko popchnąć, by otworzyły się na oścież. Wnętrze pojazdu było całkowicie zniszczone. Pomiędzy porozrywanymii zakrwawionymi blachami bujała się wisząca na kablu stacyjka. Kierownica złamała sięw trzech miejscach. Część wciąż przymocowana była do kolumny, część motocyklista zauważył na tylnym siedzeniu,a reszta zalegała wśród walających się wszędzie połamanych plastikowych elementów. Prędkościomierz zatrzymał się na trzydziestu milach na godzinę.Z pewnością nie działał poprawnie.

– Czego pan tam szuka? – Usłyszał za plecami.

Bardzo powoli wysunął sięz poszarpanej kabiny. Prawym rękawem kurtki skórzanej zahaczyło przecięty na dwoje boczny słupek.

– Spokojnie – ostrzegł policjant. Dłoń wciąż trzymał nad kaburą, ale doskonale panował nad nerwami. Motocyklista przyjrzał mu się uważnie. Gliniarz mógł mieć dwadzieścia pięć lat. Był wysokii dobrze zbudowany. Typ gościa, za którym uganiały się dziewczynyz całego hrabstwa. Dwóch pozostałych funkcjonariuszy wyglądało na smarkaczy,i to skorych do awantury, ale na szczęście żadenz nich tu nie dowodził.

– Pan jest zastępcą szeryfa? – zapytał motocyklista.

– Zgadza się. Zastępca szeryfa Tom Trudy.A pan?

– A ja chcę się rozejrzeć.

– Dlaczego miałbym się zgodzić?

– A dlaczego miałby się pan nie zgodzić?

– To miejsce wypadku. Zatrze pan ślady.

– Nie sądzę.

– Że zatrze pan ślady?

– Że to miejsce wypadku.

Zastępca szeryfa zbyt późno zdał sobie sprawę, że powinien przynajmniej udać niezainteresowanego. Motocyklista dostrzegł to natychmiast, uśmiechnął sięi bez słowa ruszyłw kierunku leżącejw rowie taksówki. Policjanci podążyli za nim.

– Zna się pan na tym? – zapytał Trudy.

– Trochę.A to coś zmienia?

– Nie jestem jednymz tych, co uważają się za wszechwiedzących. Fachową pomocą nigdy nie pogardzę.

Żółty ford crown victoria leżał na prawym boku, ale nie zdołał się całkowicie przewrócić, bo rów był za płytki. Motocyklista przyświecił sobie smartfonem.

– Proszę – powiedział Trudy, wręczając mu porządną LED-ową latarkę.

– Dzięki.

Natychmiast dostrzegł na podłodze butelkę. Sięgnął po nią, ale była za daleko. Odsunął do tyłu fotel kierowcy,a potem wczołgał się do środka.

– Old Virginia. Dobry bourbon. Czterdzieści procent. Zero siedem litra – rzekł, podając zastępcy szeryfa zupełnie pustą flaszkę.

– Prawie czterdzieści dolarów za butelkę. Rzekłbym, że piłz radości,a niez żalu.

– Wątpię – odparł motocyklista, zaglądając do schowka. Był pusty.

– Jeśli szuka pan dokumentów, to już je zabraliśmy.

– Co mi pan powieo kierowcy?

– Tyle, ile mogę. Czterdzieści jeden lat. Długi staż za kierownicą. Licencja wydanaw Mallow. Nie budzi podejrzeń.

– Jest cały?

– Tak. Gdy przyjechaliśmy, drzwi były otwarte,a on leżał nieprzytomny obok auta. Ale nie jest ranny,a jedynie kompletnie zalany. Zapewne trafi do szpitala, gdy wreszcie pojawi się karetka.

Motocyklista wysunął sięz taksówkii stanął naprzeciw policjantów. Deszcz się nasilił. Robiło się coraz jaśniej, ale nic nie wskazywało na to, że słońcu uda się dziś przebić przez ciężkie, nasiąknięte wodą chmury.

Trudy taksował wzrokiem brodatego mężczyznę. Dopiero teraz mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Metr osiemdziesiąt wzrostu. Pewniez dziewięćdziesiąt kilo wagi.

– I co mi pan powie ciekawego? – zapytałw końcu.

– Widzę, że coś pana męczy – odparł motocyklista. – Coś panu nie daje spokoju. Niech mi pan powie co,a ja powiem panu, co nie daje spokoju mnie.

Policjant przygryzł dolną wargę,a motocyklista uśmiechnął się lekko. Też zawsze tak robił, gdy się nad czymś zastanawiał.

– Dobra – powiedział Trudy. – Nie mam nic konkretnego. Po prostu to wszystko jest dziwne. Earl… to znaczy taksówkarz… jest porządnie pijany. Nie mogę uwierzyć, że dał radę tu przyjechać. To dość trudna droga. Kilometr stąd znajdują się dwa ostre wiraże. Nawet trzeźwi kierowcy, jadący za dniai po suchej jezdni, miewają tam problemy. Inna sprawa, że nie rozumiem, po co właściwie tu przyjechał.Z Mallow jestz pięćdziesiąt kilometrów.W taką pogodęi o takiej porze?I w takim stanie? Jechał sam, więc nie realizował kursu, zresztą gdyby próbował, zaraz ktoś by nam to zgłosił.

– I jakiez tego płyną wnioski?

– Dla mnie żadne – odparł policjant,a motocyklista uszanował tę szczerość. Policjant bez syndromu bohatera. To zbyt często się nie zdarzało. –A pan coś zauważył?

– Tak. Przynajmniej cztery rzeczy.

– Cztery? – zdumiał się Trudy. – Jest pan tu od pięciu minut.

– Po pierwsze: płyny. Blok silnika jest cały połamany. Pod autem powinno być sporo oleju, ale nie licząc deszczu, jest zupełnie sucho. Po drugie,w stacyjce nie ma kluczyka.

– Mógł go wyjąć. Nawet powinien, żeby odłączyć źródło prądu.

– Nie. Stacyjka jest wyrwana. Wisi na kablu. Nie dałoby sięw niej przekręcić kluczyka jedną ręką.A żeby wsadzić drugą, po prostu brak miejsca. Po trzecie, drzwi nie mogły się tak wygiąć. Wyglądają, jakby zostały potraktowane rozpierakiem pneumatycznym. Środkowy słupek jest przecięty,a nie rozerwany.A przecież straży pożarnej jeszcze tu nie mieliście.

Trudy milczał, tylko wpatrywał sięw motocyklistę. Wtrącił się za to młodszy policjant:

– Co to wszystko oznacza?

– To oznacza, że macie tutaj kiepską próbę wyłudzenia odszkodowania.

– Pan żartuje – jęknął Trudy.

– Nie. Nie żartuję. Niech zgadnę, ofiara zapewnia, że nie potrzebuje pomocy medycznej.

– Skąd pan wie?

– Bo gdyby zajął się nim lekarz, to szybko by odkrył, że krew na jego twarzy nie jest prawdziwa.

Policjanci spojrzeli po sobie,a potem jak na komendę odwrócili sięw stronę zakrwawionego mężczyzny. To był błąd. Dostrzegł ich spojrzeniai natychmiast zrozumiał, że przegrał.

– Zatrzymaj go, Jenkins – rozkazał Trudy. Ale tamten zdążył już się podnieść, wskoczył do chryslera, którego kierowca natychmiast dodał gazu, zawrócił, ocierając sięo przydrożne drzewo,i rzucił się do ucieczki.

– Skurwysyn. Byłw zmowie ze świadkiem! – wrzasnął Jenkins. – Łby im poukręcam!

– Uspokój sięi wezwij posiłki – polecił Trudy,a potem zwrócił się do motocyklisty: –A po czwarte?

– Po czwarte?

– Wspomniał pan, że zauważył cztery rzeczy.

– Ach, prawda. Żeby wleźć do taksówki, musiałem odsunąć fotel. Nie ma szans, żeby taki tłuścioch jak Earl zmieścił się za kierownicą.

– Czyli?

– Czyli spili goi przywieźli tutaj nieprzytomnego. Jest niewinny.

– A wrak?

– Przywieźli go na lawecie. Sprawdźcie wszystkich laweciarzyw okolicy,a na pewno coś znajdziecie. Porozrzucali plastiki szkło. Potem wjechali samochodem Earlaw narożnik luminy, żeby pozostał ślad po zderzeniu. Wpakowali taksówkę do rowu, położyli Earla oboki wystarczyło odegrać teatrzyk. Podejrzewam, że wezwał was rzekomy świadek.

– Dokładnie.

– No to sam pan widzi, zastępco szeryfa Trudy.

– Czy pan pracujew ubezpieczeniach?

Motocyklista zaśmiał się, machnął Trudy’emu na pożegnaniei wrócił do hondy. Chwilę później jechał jużw kierunku drogi sześćset dwadzieścia dziewięć.

A zastępca szeryfa zastanawiał się, jak, do jasnej cholery, ma to wszystko opisaćw raporcie. Nawet nie zapisałem nazwiska tego człowieka – pomyślał. –I co? Mam napisać: brodaty facet mówiącyz leciutkim wschodnioeuropejskim akcentem?

ROZDZIAŁ 2

Kapitan Akira Hikoshi rozsiadł się wygodniew fotelu. Pilotował naprawdę komfortowy samolot,a teraz, kiedy znajdowali sięw powietrzu od pół godzinyi wyszli już ze strefy wzmożonego ruchu, poczuł się naprawdę zrelaksowany.

Spojrzał uważnie na swojego pierwszego oficera Kenjiego Fuku. Dwudziestopięciolatek bardzo sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Kapitan Hikoshi był zupełnie spokojny. Mówiąc szczerze, chętnie poszedłby do swojej kabiny, żeby się zdrzemnąć, jednak zdawał sobie sprawę, że nikt tak jak on nie zna GB91 – zupełnie nowego, największego samolotu pasażerskiego świata. Zatem na wszelki wypadek, pomimo pełnego zaufania do swojego zastępcy, postanowił pozostać na stanowisku. Przynajmniej jeszcze przez godzinę. No, może pół.

Hikoshi był chyba najbardziej znanym pilotemw Japonii. Trochę go to śmieszyło,a trochę złościło. Podczas drugiej wojny światowej zestrzelił dwadzieścia sześć amerykańskich myśliwców, mimo że miał wtedy zaledwie szesnaście lat. Kiedy sytuacja geopolityczna nieco się zmieniła, latałz sukcesami nad Koreąi Wietnamem. Jednak dopiero teraz stał się naprawdę sławny,w wieku osiemdziesięciu czterech lat, jako pierwszy na świecie pilot Kolosa.

Mimo że Hikoshi był stary, to jego kondycja psychofizyczna zawstydzała młodszych pilotów. Kiedy przekroczył wiek emerytalny, błagali go, by został. Zgodził się bez wahania, gdyż kochał latać.

Japonia nie miała wiele wspólnegoz tym projektem – raptem kilka systemów elektronicznych wykonanych dla amerykańskiego producenta – ale on uczestniczyłw nim od samego początku. Hikoshi większość swojej komercyjnej kariery spędziłw American Airlines, latając na wszystkich modelach Great Bird. Poza tym był najstarszym latającym na świecie pilotem, trudno więc było znaleźć kogoś bardziej doświadczonego. Prawie siedemdziesiąt latw przestworzach. Był starszy niż najstarszy odrzutowiec świata.

Propozycję przyjął bez chwili zastanowienia. Nie chodziło naweto te ogromne pieniądze. Praca nad stworzeniem największego samolotu świata zabierającego na pokłado trzystu pasażerów więcej niż airbus A380 miała być ukoronowaniem jego kariery.I teraz, zaledwie sześć lat po rozpoczęciu prac, Hikoshi siedział za sterami GB91.

Znał maszynę doskonale. Był jej oblatywaczem. Następnie przyprowadził pierwsze zakupione przez Nippon Wings egzemplarze do Tokio.W wyniku kolejnej bardzo intratnej propozycji rozstał się ostateczniez American Airlinesi zajął szkoleniem pilotów dla japońskiego przewoźnika. Wyszkolił przeszło stu, choć na raziew Nippon Wings latało zaledwie trzydzieści dziewięć GB91.

Teraz, jako nestor japońskiego lotnictwa, uznał, że możew końcu przejść na emeryturę. Za rok albo dwa. Najpierw chce jeszcze trochę polatać.

Nippon Wings dzięki nowym maszynom urosłow siłęi w cuglach wygrało rywalizacjęz Japan Airlines. Nowe maszyny były szokująco oszczędne. Spalały dużo mniej paliwa niż zwykłe boeingi 747, mogły zabrać na pokład nawet tysiąc pasażeróww zależności od zastosowanej konfiguracji. Nic dziwnego, że pierwszą setkę wyprodukowanych kolosów wyprzedano na pniu. Narodowy przewoźnik się nie załapałi szansę na nawiązanie walkiz lokalnym konkurentem będzie miał dopiero przy okazji przekazywania do użytku drugiej transzy. Niemal za rok. Do tego czasu Nippon Wings zostanie już hegemonem.

Hikoshi się uśmiechnął. Doskonale pamiętał, że dziesięć lat temu, kiedy zmęczył go amerykański tryb życiai chciał wrócić do Japonii, przedstawiciele Japan Airlines uznali, że jest za stary, byu nich latać. Za stary, dobre sobie.A pół roku temu błagali, żeby rzucił robotęw Nippon Wingsi zechciał do nich dołączyć. Przyczłapaliz kontraktemw zębach. Gigantycznym kontraktem.Z przyjemnością im odmówił.

Z rozmyślań wyrwał go odgłos pukania do kokpitu. Pierwszy oficer odruchowo spojrzałw monitor pokazujący obrazz kamery na zewnątrz,a potem wcisnął guziki drzwi zabzyczały.

– Herbaty, kapitanie? – zapytała miss świata, chwilowo występującaw roli stewardesy.

– Może kawy. Kenji?

– Ja również poproszę. – Pierwszy oficer skłonił się lekko.

Dziewczyna opuściła kokpit, zostawiając za sobą resztki zapachu owocowych perfum. Kapitan nieco teatralnie wciągnął gow nozdrza. Pierwszy oficer odwrócił twarz do przyrządów. Nie chciał, by Hikoshi usłyszał jego cichy śmiech. To nie wypadało. Jednak kapitan usłyszał.I miał to gdzieś. Złościł go ten japoński patriarchat. Przeciętnemu Japończykowi trudno byłoby to zrozumieć. Ale on, żyjąc tak długow Stanach, przyzwyczaił się do partnerskich relacjiw kokpicie. Jego styl życia daleko odbiegał od standardów obowiązującychw Kraju Kwitnącej Wiśni. Inne było podejście do pracy, do kobieti w końcu do młodszych kolegów. Gdy latał dla American Airlines, każdy chciał być jego drugim pilotem. Tworzono nawet specjalne listy kolejkowe. Na zaszczyt odbycia lotu ze starym kapitanem trzeba było czasami czekać kilka miesięcy. Każdyz nich doskonale się orientował, jak wiele można się nauczyć od Hikoshiego,a on chętnie dzielił się swoją wiedzą. Młodzi Amerykanie czuli się tak, jakby lataliz ojcem.A tutaj? Tutaj był bogiem,a w prawym fotelu siedział przydupas, który bez pytania nie ważył się nawet wyjść do kibla.

– Sprawdź, proszę, pogodę – polecił Hikoshi.

– Już sprawdziłem, proszę pana. Na całej trasie do Sydney piękne niebo.

– Nippon 1212 – odezwał się głosz radia. – Obszar Tokio. Za chwilę wychodziciez naszego zasięgu. Za minutę mijacie sięz Nippon 1111 na poziomie dwieście pięćdziesiąt, kurs trzysta dwadzieścia. Separacja tysiąc stóp, więc zachowajcie czujność. Przejdźcie na Guam jeden dwa zero kropka pięć. Do miłego.

– Nippon 1212, utrzymujemy poziom dwieście czterdzieści, będzie wesoło. Przechodzimy na jeden dwa zero kropka pięć. Do widzenia.

– Będziemy się mijaćz naszymi? – zapytał pierwszy oficer, choć doskonale wiedział, że tak właśnie będzie.

– Owszem.Z naszym GB91 – odparł Hikoshi, zmieniając ustawienie częstotliwości pasma radiowego. Następnie odezwał się do mikrofonu: – Guam, Nippon 1212 na poziomie dwieście czterdzieści, kurs sto, powiadomienio trafficu. Prosimyo zgodę na trzysta pięćdziesiąt.

– Nippon 1212, kłania się Guam. Utrzymujcie dwieście czterdzieści, po minięciuz Nippon 1111 macie zgodę na trzysta pięćdziesiąt. Zameldujcie przecięcie trzystu. Kurs jeden-sześć-dziewięć. Zameldujcie NIMITZ.

– Dwieście czterdzieści, po minięciu trzysta pięćdziesiąt meldujemy trzysta. Jeden-sześć-dziewięć. Meldujemy NIMITZ.

Przerwał. Ale po krótkiej pauzie dodał po japońsku:

– Nippon 1111, tu Nippon 1212. Uważajcie na podejściu. Mocno podwiewa od prawej burty.

– 1212, wiatr od sterburty, dziękuję, 1111 – odezwał się spokojny głos.

– Proszę bez prywaty na otwartym! – krzyknął kontroler.

– Guam. Nippon 1212. Przepraszam – rzucił do głośnika Hikoshii rozłączył nadawanie. – Co za dupek.

– Proszę? – Kenji zręcznie udał, że nie usłyszał ostatniej uwagi pod adresem kontrolera.

– Nic nie mówiłem. – Hikoshi uśmiechnął się paskudnie.

– O rany. Zobaczymy go? – zapytał Kenji.

– Być może. Są gdzieś nad nami. Za to oniz pewnością widzą nas doskonale od dłuższego czasu.

– Szczęściarze. Kapitanie, mogę wyjść do łazienki?

Hikoshi westchnął.

– Idź. Dowiedz się przy okazji, coz tą kawą.I sprawdź, czy…

ROZDZIAŁ 3

Posadzka była mokrai Pauline się poślizgnęła. Przykucnęła, jednak nie dlatego, że straciła równowagę, ale po to, by uniknąć skręcenia kostki. Czerwone szpilki możei wyglądały obłędnie, ale nieprzyzwyczajonym stopom groziły nieprzyjemną kontuzją.

Wyglądam, jakbym tu sikała – pomyślałai wybuchnęła śmiechem. Jednak na wszelki wypadek podniosła się szybkoi rozejrzała po holu. Nad drzwiami dostrzegła kamerę, ale wątpiła, byo tej porze ktokolwiek siedział przed monitorem. Pewnie gdyby ktoś ukradł rower sąsiadowiz dziesiątego piętra, ten wyczynowy za grubą kasę, to ochrona przejrzałaby taśmy.A tak?

Szybkim ruchem zrzuciła buty, podniosłai w dalszą drogę udała się na bosaka. Nie miała daleko. Chwilę potem była już przy windzie, ale nim zdążyła nacisnąć guzik wzywający kabinę, drzwi się rozsunęłyi z wnętrza wysiadła starsza paniz yorkiem uwiązanym na cieniutkiej czerwonej smyczy.

– Och, ależ mnie przestraszyłaś, Pauline! – powiedziała staruszka, śmiejąc się.

– Dobry wieczór, pani Green.W środku nocy na spacer? Milo znów ma biegunkę?

– Bezustannie, moje dziecko. Skaranie boskiez tym psem. No ale widzę, że przynajmniej ty się dziś zabawiłaś. – Wskazała palcem na bose stopy Paulinei zrobiła rozbawioną minę.

Cały blok nienawidził tej starej babyi jej przeklętego psa.A Pauline ją uwielbiała.I jego też.

– Ale teraz już grzecznie do łóżeczka – zapewniła dziewczyna.

– Właśnie widzę. Nawet zbyt grzecznie. Taka młoda,a sama wraca.

Obie chwilę pochichotały,a potem pani Green poszław swoją stronę,a Pauline wsiadła do windy.

Z głośnika umieszczonego gdzieś pod sufitem dobiegały trzaskiw zamyśle administracji mające być podobno muzyką. Przydałoby się wymienić głośnik, choć przecież ten był zupełnie nowy. Alborosie narzekał właśnie, że Babilon ukradł mu całe zielsko. Pauline pogibała się chwilęw rytm muzyki, po czym uzmysłowiła sobie, że nigdzie nie pojedzie, jeśli nie wdusi przyciskuz numerem piętra.

– Jedenaście, jedenaście – zaśpiewała wesoło, po czym jej się czknęłoi znów wybuchnęła śmiechem. Winda ruszyła.

Na jedenastym piętrze nie mieszkał nikt prócz niej. To był nowy blok. Sama sprowadziła się tu zaledwie dwa tygodnie temu. Tanecznym krokiem opuściła windę, podfrunęła do drzwi oznaczonych numerem tysiąc sto osiemi otworzyła je, co zważywszy na jej stani fakt, że musiała użyć trzech kluczy, przyszło jej nadspodziewanie łatwo.

Nie wypiła dużo. Zaledwie pół butelki wina. Ale po prostu nie była przyzwyczajona. Na studiach piła raczej niewiele,a wcześniej…

Nie. Nie będziemy myślećo tym, co było wcześniej! – postanowiła, upadając na wielkie, zasłane czarną pościelą łóżko. – Dziś się bawiiiiimy.

No bo ostatecznie nie codziennie młoda dziewczyna zaraz po studiach dostaje pracęw Narodowej Radzie Bezpieczeństwa Transportu.A ona zaczyna za dwa dni.

Leżała przez chwilę, rozpamiętując wydarzenia kończącego się właśnie wieczoru. To, jak powiedziała Bettyo swoim sukcesie,a ta uznała, że obowiązkowo muszą to opić; to, jak potem przetańczyła cały wieczórz Jeffem, starszym bratem Betty;i to, jaki był zawiedziony, gdy nie zaprosiła go na „drinka”.

O, kochany. Na „drinka” to sobie trzeba zasłużyć.

Znów się roześmiała. Jeff był naprawdę przystojny. Może kiedyś się razem „napiją”. Ale na pewno nie dziś.

Gdy wstawała, zdawało jej się, że waży tonę. Mimo to poszła do łazienki, po drodze zrzucającz siebie czerwoną, skandalicznie seksowną sukienkęi czerwoną, skandalicznie aseksualną bieliznę. Przez kilka minut zmywała makijaż, potem weszła pod prysznic.

Gdy wyszłaz łazienki, czuła się już znacznie lepiej.A przynajmniej do chwili, gdy dostrzegła niewielkiego pryszcza na pośladku.

Niech to szlag.

Spojrzała na swoje odbiciew lustrze. Oto kobieta sukcesu. Dwadzieścia trzy lata, MIT ukończonyz wyróżnieniem. Nowa asystentka głównego śledczego NTSB,a to przecież zaledwie fucha na początek.

I w dodatku niebrzydka. Metr sześćdziesiąt, szczupła,o biuściei pupiew akceptowalnych rozmiarachi co najważniejsze,z włosamiw kolorze blond. Ale naturalnymi, niez tubki. Tylko trochę cienkimi. Noi te rozdwajające się końcówki…

Przez tę krótką chwilę czuła się naprawdę szczęśliwa. Dorastaław małym teksańskim miasteczku, położonym na brzegu rzeki Sabine, tuż przy granicyz Luizjaną. Całe zmieściłoby się na terenie kampusu jej uczelni. Kobiety nie nosiły tam spodni,a spódnice obowiązkowo musiały zakrywać kolana. Dekolt? Co to jest dekolt? Ojciec Pauline był tradycjonalistą. Czyli bił matkę zawsze, kiedy nie miała ochoty na seks,i wysyłał ją do spowiedzi zaraz po tym, gdy już sobie użył. Kawał sukinsyna. Na szczęście szybko umarłi nikt go nie żałował. Jedno zawdzięczała staremu: pilnował, żeby się uczyła. Dzięki temu bez problemu dostała się do MITi wyjechała do Bostonu.A tam wiadomo: świati ludzie. Trochę kelnerowała, dzięki czemu nie była zależna finansowo od matki. Kupiła nieco fajnych ciuchów, zapisała się do klubu pływackiegoi w zeszłym roku została wicemistrzynią Massachusettsw pływaniu stylem klasycznym na dystansie dwustu metrów. Do złota zabrakło jej piętnastu setnych sekundy.A potem przeprowadzka do stolicyi pracaw NTSB. Jeszcze na studiach postanowiła, że chce pracowaćw Radzie.I udało jej się. Dostała tę robotę ledwie dwa tygodnie po złożeniu CV.

Kobieta sukcesu.

Której telefon właśnie zadzwonił.O trzeciej nad ranem.

Przez chwilę nie wiedziała, co robić. Spojrzała na wyświetlacz. Ciąg cyfr. Dzwoniący nie znajdował sięw jej książce telefonicznej.W końcu odebrała.

– Halo?

– Halfield, kurwa, dlaczego nie odbierasz? – odezwał się głosw słuchawce.

– Przecież odebrałam.

– Po piątym sygnale. Myślisz, że mam czas czekać?

– Ale kto mówi?

– Jak to kto, do kurwy nędzy? Jordan. Twój pani władca.A w każdym razie ktoś, od kogo zależy twoja pieprzona kariera.

– A… ale ja zaczynam dopiero pojutrze – wyjąkała.

– Zaczynasz natychmiast, Halfield. Za godzinę masz być na lotnisku Dullesa.

– Ale…

– Halfield, na Boga, czy ja mówięw suahili?

– Nie, szefie.

– Więc włącz telewizor.I za godzinę na lotnisku. Lecimy do Japonii.

– Przyśle pan kogoś po mnie?

– Nie ma czasu. Łap taksówkę.I nie spóźnij się, bo urwę ci jaja.

– Jaja?

Rozłączył się.

Scottie Jordan. Główny śledczy. Gdyby nie to, że miał sześćdziesiąt sześć lat, można by pomyśleć, że jego starzy uwielbiali Bullsów. Jordan, fanatyczny fan waszyngtońskich Bullets,a potem Wizards, nienawidził tego. Dlatego nikt nigdy nie używałjego imienia. Po prostu Jordan. Tyle. Człowiek legenda.I to jeszcze za życia. Przede wszystkim dlatego, że był bardzo dobryw tym, co robił. Badał wiele ważnych wypadków. Między innymi katastrofę American Airlines 191w Chicagoi United 232w Sioux City.Z ramienia producenta pomagał wyjaśniać wypadek boeinga 747 Japan Airlines, osławiony lot 123,w którym zginęło ponad pięćset osób.

Przez kilka sekund siedziaław bezruchu na łóżku. Rozpaczliwie usiłowała ułożyć plan na kilka najbliższych minut. Do lotniska Dullesa jechało się od niej pół godziny. Tyle że przecież, do jasnej cholery, zmyła już makijaż. Trzeba też wybrać jakieś ciuchy.I spakować się. Ale na ile dni?I jaka właściwie jest pogodaw Japonii?I o co właściwie chodzi? Aha, zaraz, Jordan kazał włączyć telewizor.

Tylko przecież ja nie mam telewizora!

Wiadomości!

Chwyciła komórkęi kliknęła ikonkę Chrome. Ale zaraz odrzuciła telefon na łóżko. Potem sprawdzi. Teraz nie ma czasu.

Popędziła do łazienki.

Wróciłaz łazienki.

Chwyciła komórkęi zamówiła taksówkę.

Wróciła do łazienki. Przygotowanie makijażuw wersji mini zajęło jej sześć minut. Musi wystarczyć.

Wybiegła do przedpokojui otworzyła szafę,z której natychmiast wypadła byle jaka walizka na kółkach.Nie zdążyła kupić nic lepszego. No trudno. Otworzyła szafęi wrzuciła do walizki wszystkiego po pięć par. Majtki, staniki, koszulkii skarpetki latały na wszystkie strony. Potem jakieś spodnie.I buty… Nie, po chwili namysłu zrezygnowałaz butów. Pojedziew adidasach. Szpilki zostanąw domu. Ostatecznie nie jedzie tam na pokaz mody.

Cholerny pierwszy dzieńw nowej pracy.

Dorzuciła do zestawu ręcznik, szamponi elektryczną szczoteczkę do zębów,a potem zapięła zamek. Spojrzała na zegarek. Od telefonu Jordana minął kwadrans. Nieźle.

Wyjęłaz szafy swoje ulubione dżinsy. Chwała niebiosom – czyste. Wskoczyław nie,a potem przypomniała sobie, że przecież mają niewielką dziurę na kolanie.

Szlag by to…

Sześć minut później była gotowa. Siedziała na łóżkuw beżowym trenczu, dysząc ciężko.

„Włącz telewizor”.

Chwyciła komórkę. Weszła na stronę „Washington Post”i natychmiast wszystko zrozumiała.

– Jezu…

Wpatrywała sięw ekran, usiłując poskładać ciąg literekw sensowną całość. Alkohol dawnoz niej wyparował,a jednak nadal nie potrafiła sprostać temu zadaniu. Rozpraszał ją wielki, wytłuszczony nagłówek.

621 OFIAR

Nagle komórka zawibrowała. Pauline przestraszyła sięi wypuściła telefonz ręki. Upadł na pościel. Podniosła go szybkoi odebrała połączenie.

– Pani Pauline Halfield? – zapytał przyjemnie chropowaty kobiecy głos.

– Tak.

– Taksówka czeka na dole.

ROZDZIAŁ 4

Taksówkarz był Amerykaninem. To stanowiło pewną odmianę. Mężczyzna, który przed minutą wsiadł do rozklekotanego forda crown victoria, przysiągłby, że od kiedy mieszkaw Waszyngtonie, jeszcze nigdy nie spotkał szofera bez turbanu. Zwłaszczaw nocy.

Kierowcaw milczeniu przyjął zleceniei ruszyłw kierunku mostu na Czternastej Ulicy.W radiu leciały wiadomości.

– Najprawdopodobniej sześćset dwadzieścia jeden osób zginęłow katastrofie lotniczej, do której doszło dziśw nocy nad Pacyfikiem.Z naszych informacji wynika, żew powietrzu zderzyły się dwa samoloty GB91. Byłaby to pierwsza katastrofa tego typu maszyn.

Pasażer się poruszył.

– Czy może pan zrobić głośniej? – zapytał.

Kierowcy nie spodobał się jego leciutki wschodnioeuropejski akcent.I jeszcze ta broda. Na wszelki wypadek spełnił życzenie pasażera.

– Przez trzydzieści sześć lat wypadek na hiszpańskiej Teneryfie był najgorszą katastrofąw historii lotnictwa. Dziś wszystko się zmieniło. Agenci NTSB są jużw drodze. Poprowadzą śledztwo, ponieważ lokalnym specjalistom brak odpowiedniej wiedzyo GB91. Mówi się jednak, że prawdopodobnie wypadek spowodował japoński kontroler, który przydzielił dwóm maszynom tę samą wysokość. Mężczyzna został już zatrzymany przez policję. Według wstępnychi niepotwierdzonych jeszcze informacji na pokładach obu samolotów znajdowało się kilkunastu obywateli Stanów Zjednoczonych.O szczegółach będziemy państwa informować na bieżąco.Z Tokio mówiła Alicia Brown.

Brodaty mężczyzna coraz bardziej nie podobał się kierowcy.

Do diabła, mógłbym przysiąc, że facet się uśmiechał. Ludzie giną,a ten się śmieje. Al-Kaida. Jak nic.

ROZDZIAŁ 5

Droga do Międzynarodowego Portu Lotniczego Waszyngton-Dulles zajęła Pauline nieco więcej niż pół godziny. Dojazd utrudniał deszcz, mgłai cała masa innych powodów, które Jordan uznał za zwykłe pierdoły. Gdy tylko postawiła nogęw specjalnym rządowym boeingu 747, szef strasznie ją opieprzył,a jej sytuacji nie poprawił nawet fakt, że odloti tak opóźnił sięo pół godziny. Przez deszcz, mgłęi inne zwykłe pierdoły. Ochrzanił również pilotów, personel naziemny,a nawet szefa zmiany kontrolerów lotów.

Pauline spodziewała się wybuchu złości szefa. Jego paskudny charakter stał się już legendarny. Nawet w MITo tym plotkowali. Stary choleryk, ot co. Ale za to kompletnie zaskoczył ją jego wygląd. Jordan był potężnym mężczyzną. Miał prawie dwa metry wzrostui dobre sto kilo wagi, łysą jak kolano głowęi siwy, niemal zupełnie biały zarost à la Hulk Hogan. Spodziewała się zobaczyć gow starej, wyświechtanej marynarce, zamiast tego włożył zwykły czarny podkoszulek eksponujący jego muskulaturę. Jak na facetaw tym wieku naprawdę imponującą.

Po odebraniu obowiązkowego opieprzu Pauline miała odrobinę czasu dla siebie. Jordan zarządził, że pierwsze spotkanie robocze odbędzie się godzinę po starcie, kiedy maszyna przebije już wiszące nad okolicą chmury, wyjdzie ze strefy złej pogodyi będzie można spokojnie postawić kubekz kawą na stole. Pauline zauważyła, że Jordan wszędzie nosi ze sobą papierowy kubekz kawą, która dawno musiała wystygnąć.

Poszła na tył boeinga 747i usiadła cichutkow ostatnim rzędzie. Chciała złapać jeszcze odrobinę snu przed wylotem. Przytuliła głowę do zagłówkai zamknęła oczy. Poczuła, jak robi się jej niedobrze. Dopiero teraz stres trochę odpuścił,a organizm przypomniał sobie, że przecież wciąż jeszcze maw sobie alkohol.W takich warunkach na pewno nie pośpi.W dodatku ten przyciszony, ale przecież wciąż wwiercający sięw uszy szum ludzkich rozmów.

Wrazz nią na pokładzie znajdowała się cała armia ludzi. Pauline nie miała pojęcia, że to będzie tak liczna wycieczka. Kilkunastu mechanikówi metalurgów, piloci, kadłubowcy, systemowcy, silnikowcy, elektrycy, elektronicy, specjaliści od meteorologii, kontroli lotów, prawa lotniczegoi kto tam żyw jeszcze.

Pewnie zabieramy nawet swojego kucharza – pomyślała Paulinei znów odczuła mdłości.A jednocześnie nieprzyjemny, skręcający wnętrzności głód. Ostatnio jadła… Co to było? Tortillai guacamole. Dobre sześć godzin temu.

Kwadrans później Jordan miał już zupełnie zdarte gardło, ale najwyraźniej ta ofiara się opłaciła, bo samolot odepchnięto od bramki, chwilę się pobujał po drogach dojazdowych,a potem cztery silniki ryknęły potężniei maszyna wystartowaław czternastogodzinny lot. Pauline udało się jednak zdrzemnąć. Nie pamiętała startu ani wznoszenia.Z przyjemnego półsnu wyrwało ją delikatne masowanie ramienia. Otworzyła oczy.

– Pan Jordan prosi panią do sali konferencyjnej na piętrze – powiedziałaz uśmiechem stewardesa. – Czy podać najpierw coś do jedzenia?

Pauline zastanowiła się chwilę. Mdłości chyba ustąpiły. Głód też. Pytanie, co wróci pierwsze.

– Czy mogę zjeśćw sali konferencyjnej?

Stewardesa skinęła głową, znów się uśmiechnęłai odeszław kierunku części kuchennej. Pauline wgramoliła się po schodach na galeryjkę, gdzie znajdowała się niewielka sala konferencyjna. Wewnątrz siedziało kilku mężczyzn.

– Wreszcie, Halfield! – ryknął Jordan. – Ile to mamy jeszcze czekać na śpiącą królewnę?

Weszła do środkai zajęła jedyne wolne miejsce.

– Panowie, to jest Pauline Halfield.W przyszłości być może najlepszy specjalista od elektroniki, jakiego kiedykolwiek zatrudniała Rada. Takw każdym razie zapewnia jej promotor. Ale na razie moja asystentka.

– Coraz młodsze asystentki przyjmujesz. – Wysoki facetz dziwacznymi wąsami, siedzący dokładnie vis-à-vis Pauline, zaśmiał się nerwowo. – Twoja żonao tym wie?

– Nie do wiary – odpowiedział mu niewysoki czarnoskóry mężczyzna. –A myślałem, że tu pracują dojrzali ludzie. No wiecie, tacy po studiach.

– Co chcesz powiedzieć? – odciął się tamten. – Że ludzie po studiach nie mają poczucia humoru? Czy że nie uprawiają już seksu?

– U ciebie zapewne sprawdza się jednoi drugie.

– Cisza! – wrzasnął Jordani klimaty rodemz festynu barbecue rozwiały się, nim jeszcze na dobre zaczęło śmierdzieć starym, odsmażanymi wyjątkowo niesmacznym żartem. – Nie przejmuj się nimi, Halfield, zwykle to dojrzali, kulturalni faceci. Ale dziś ze strachu mają pełne gaciei tą durną gadką usiłują to zamaskować. Dobra. Szybka prezentacja, bo nie ma czasu na pierdoły. Jak już wspomniałem, Halfield jest moją asystentką. Halfield, ten, co słusznie zauważył, że masz nikły staż, to Rusty Logan, szef specjalistów od ATC.

– Czyli kontroli ruchu lotniczego, gdyby nasza nowa koleżanka nie wiedziała. – Logan ziewnął. Najwyraźniej nie tylko Pauline przeżywała ciężki poranek po lekkim wieczorze. Nie spodobał jej się protekcjonalny ton tego dupka. Chciała nawet coś powiedzieć, ale uznała, że to jeszcze nie ten moment. Później skopie mu tyłek.

– Obok siedzi Greg Dirt – ciągnął Jordan. – Jest szefem elektromechaników. Czasami, podkreślam, czasami da się lubić.

Dirt intensywnie wpatrywał sięw ekran laptopai nawet na nią nie podniósł wzroku. Ale machnąłw jej stronę ręką,a gest ten miał raczej wyrażać „cześć, jestem Dirt” niż „mam cięw dupie”. Jordan zrozumiał, że na bardziej wylewne przywitanie Pauline liczyć nie może, więc kontynuował:

– Obok niego, tamten dziwakz dredami, to Hans Gross. Jest operatorem podwodnego robota.

– Sam jesteś „robot”, Jordan. Deepy to…

– Jezu, znów to samo. Halfield, nigdy nie podejmujz Grossem rozmowyo tej jego Deepy. Jest wtedy śmiertelnie niebezpieczny. Zaraża nudą, która zabija szybciej niż ebola. Dobra, dalej. Ten Afroamerykanin to Antwone Depree, metalurg kadłubowy. Jego problem polega na tym, że nie znosi czarnych.

– O rany, naprawdę to powiedziałeś? – rzucił Depree, ale Jordan kompletnie go zignorował.

– Sama się zresztą przekonasz – ciągnął szef. – Cokolwiek powiesz, dowiesz się, że Murzyn jest gorszy od białego.

– Nie, że jest gorszy – syknął metalurg – tylko że jest gorzej traktowany. Sześćdziesiąt dziewięć procent czarnoskórych zarabia mniej niż biali na tych samych stanowiskach.A awansujemy nawet osiemdziesiąt procent rzadziej.

– Powiedział facet, który jest szefem moich metalurgówi jeździ challengerem srt hellpackz dwa tysiące dwunastego roku, wartym sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów.

– Moja komfortowa sytuacja życiowa nie zwalnia mniez obowiązku piętnowania niesprawiedliwości społecznej, która…

– Dość! – krzyknął Jordan, łapiąc się za głowę. – Sam jestem sobie winien. Pamiętaj, Halfield, nigdy nie wdawaj sięz nimw takie gadki. Ale jednocześnie pamiętaj, że choć Depree pochodziz Harlemu, gdzie jakoby ludzie nie mają żadnych perspektyw, to skończył MITz wyróżnieniemi najlepszym od pięćdziesięciu lat wynikiem. Jeśli chodzio metalurgię, jest prawdziwym geniuszem.

Depree nerwowym ruchem poprawił bejsbolówkę. Nie lubił, kiedy Jordan chwalił gow taki sposób. Trudno było orzec,w jakim jest wieku. Na pierwszy rzut oka około czterdziestki, ale miał na sobie szerokie dżinsowe spodniei czerwoną bluzęz kapturem, które – przynajmniejw jego własnym mniemaniu – odejmowały mu trochęz metryki.

Niezły dziwak – pomyślała Pauline – trochę bandziorz Bronxu, trochę społecznikz wyższych sfer.

Na szczęście Depree wiedział, kiedy zbastować. Inaczej chyba nigdy nie skończyliby tej prezentacji. Tymczasem Jordan przeszedł płynnie do kolejnego uczestnika spotkania:

– Ten obok Depree to Ira Bolton, nasz nowy szef zespołu specjalistów zajmujących się rejestratorami parametrów lotu. Uważaj na niego. Ma opinię nadętego dupka.

– I vice versacze – rzucił Bolton.

– Obok Boltona siedzi mój stary kumpel Josh Berry, który jest szefem meteorologów.Z Joshem znamy się mniej więcej od paleozoiku. Nic więcejo nim nie powiem, bo to straszny nudziarzi mógłbym zasnąć, przytaczając jego niewątpliwe sukcesy. – Jordan puścił oko do Berry’ego, który pokazał mu środkowy palec. – Tam,w rogu, siedzi Michael Manson, szef zespołu silnikowców,a obok pan Daimler van den Crooigh, główny inżynier Great Birda. Bardzo na niego liczymy.

Lekko tęgawy, siwiejący mężczyznaz fryzurą à la Trump ukłonił się. Na jego dostojnej twarzy próżno było szukać zniesmaczenia panującą atmosferą. Przeciwnie. Stary Holender wydawał się rozbawiony.

Ktoś zapukał. Jordan otworzył drzwi. Stewardesa przyniosła tackęz posiłkiem dla Pauline, ale Jordan nie wpuścił jej do sali.

– Po odprawie – warknąłi zamknął dziewczynie drzwi przed nosem,a potem zwrócił się do swojego zespołu: – Dobra. Teraz proszęo odrobinę powagi.

Zgasił światłoi uruchomił projektor.

– To jest GB91. – Jordan wdusił przycisk na pilociei pojawiło się zdjęcie maszyny. – Dziśo godzinie czwartej po południu czasu lokalnego, to jesto drugiej nad ranemw Waszyngtonie, nad Pacyfikiemw japońskiej strefie kontroli, około tysiąca dwustu kilometrów od Honsiu, doszło do zderzenia dwóch tego typu maszyn. Lot Nippon 1111z Sydney do Tokioi lot Nippon 1212z Tokio do Sydney. Będziecie ustalać, jak to się mogło stać. Za kilka godzin rozpęta się piekłoi każdyz nas dobitnie to odczuje. Mamy do czynieniaz największą katastrofą lotnicząw historii ludzkości. Sześćset dwadzieścia jeden ofiar. Prawdopodobnie, bo tyle osób było na pokładzie,a akcja ratunkowa leżyi kwiczy, ponieważ skośni nie potrafią nawet zlokalizować wraków.W każdym razie jest gorzej niż na Teneryfie, więc cały świat będzie od nas żądać odpowiedzi.A my je światu damy. Będziemy pracować non stop, dopóki nie ustalimy, co się wydarzyło. Może się okazać, że nie wrócicie do domu przez kilka miesięcy. Czy to jasne? Za jakieś dziesięć godzin lądujemyw bazie lotniczej Yokota, niedaleko Tokio. Czeka już tam na nas szef Japońskiego Panelu Transportu, który oficjalnie prowadzi dochodzenie. To znaczy uśmiecha się do kamer, bo całą robotę odwalamy my. Musicie być świadomi, że to jest wielka sprawa.I przy okazji wielka sława.

– Niewiarygodne! Jordan chce sięz nami podzielić fejmem! – krzyknął Depree.

– Śnij dalej. Śmietankę jak zwykle spijam ja. Być może wymienię wasze nazwiskaw autobiografii, jak już się ukaże. Dobra. Jakieś pytania?

– Coz kontrolerem obszaru? Zatrzymano go? Przesłuchano? – zapytał Logan.

– Z tego, co wiem, kontroler został zatrzymany. Podobno zarzeka się, że separacja była właściwa. Mówi, że informował załogio bliskim minięciui obie potwierdziły swoje wysokości. Transpondery też miały wskazywać, że maszyny dzieliło tysiąc stóp. Ale to tylko słowa kontrolera.I właśnie dlatego tyz nami lecisz, Logan. Sprawdzisz systemyi zapisy,a potem przesłuchasz kontrolera.

– Dawno nie mieliśmy kolizjiw powietrzu – rzucił Logan bardziejw przestrzeń niż do kolegów.

– Zgadza się – odparł Jordan. – Halfield, wymień największe kolizjew powietrzu.

Pauline się zawahała, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała, był praktyczny testz wiedzyo historii wypadków lotniczych. Szybko przejrzała katalog danych, jakie zgromadziław głowie przez ostatnie lata.

– Ty tak na serio, Jordan? – zapytał Dirt.

– Nie wpierdalaj mi sięw proces dydaktyczny! – ryknął stary śledczy.

– Oczywiście Teneryfa… – zaczęła Pauline, ale Jordan przerwał jej uderzeniem pięściąw stół.

– Na Teneryfie do kolizji doszło na ziemi. Siadaj, pała.

– Zderzenie nad Überlingen – dodała szybko Pauline, ignorując szefa. – Potem Saudi Arabian Airlinesi Kazakhstan Airlines niedaleko Dehli, dwa samoloty Aerofłotu nad Dnieprodzierżyńskiem, zderzenie niedaleko Lwowa, nad Nowym Jorkiem, nad Amazoniąw dwa tysiące szóstym rokui nad San Diego.I do tego jeszcze jakieś pomniejsze.

– O kurwa – szepnął Logan. – Jordan zatrudnił Wikipedię.

– Nieźle – przyznał Jordan. – Ale coś ominęłaś.

– Rany, człowieku, zapomniałao Wielkim Kanionie – nie odpuszczał wąsacz. – To byłow pięćdziesiątym, jebanym, szóstym. Daj jej spokój.

– Jordan już wtedy pracowałw zawodzie – rzucił jakiś żartowniś.

– A w dziób chcesz? – odparował Jordan, choć nie wiedział za bardzo do kogo. – Sto dwadzieścia osiem osób nad Wielkim Kanionem, Halfield. Sto trzydzieści cztery nad Nowym Jorkiem,w dwóch wypadkach.I sto siedemdziesiąt sześć nad Zagrzebiem. Twoje pierwsze zadanie po wylądowaniu: skrótowy raporto każdymz tych wypadków. Może znajdziemy jakieś ciekawe analogie. Dobra. Ktoś jeszcze ma pytania?

– Incydent nad zatoką Suruga – przerwała mu Pauline. –W Japonii.

– Co?

– Incydent nad zatoką Suruga. Być może dla nas najważniejszy. Dwa tysiące pierwszy rok. 747i DC-10 minęły sięo niecałe sto metrów na wysokości przelotowej.

– Ciekawe. Nie słyszałemo tym.

– No bo nic się nie stało.

– Przyczyna?

– Identyczna jak ta nad Überlingen. Błąd kontrolerai sprzeczne komunikaty kontrolerai TCAS.

– Jak to? To jakim cudem to się powtórzyło?

– Bo przyczynę ustalono, ale regulacji nie wprowadzono – wtrącił się Logan. Jako specjalista od kontroli lotów czuł sięw obowiązku coś powiedzieć. Cokolwiek. – Dopiero po Überlingen.W każdym razie przyjrzę się raportowi na temat tego zdarzenia. Może Japończycy mają jakiś problemw swoim systemie zarządzania lotami.

– Dobra. Ktoś jeszcze ma pytania?

– A pogoda? – zapytał Berry. – Dysponujemy jakimiś mapami?

– Właśnie je dla nas sporządzają. Na podstawie danych Japońskiego Instytutu Meteorologicznego. Do dwudziestu czterech godzin wstecz.

– Brzmiw porządku. Ale chciałbym też wiedzieć, jakimi mapamii jakim sprzętem dysponowała załoga.I potrzebuję zapisów komunikatówz najbliższego ATIS.

– Załatwione. Jeszcze jakieś pytania?

– Kontroler poinformował, że transpondery wskazywały różne wysokości – odezwała się Pauline. – To oznacza, że cały czas były włączone. Czy zatem mogły dokonywać błędnych wskazań?

W sali zapanowała chwila ciszy, którą przerwał Logan.

– Teoretycznie to możliwe, gdyby urządzenia były źle skalibrowane. Ale szczerze mówiąc, bardzow to wątpię. GB91 to nowei przełomowe maszyny. Atestowanie trwało kilka lat. Poddawano je setkom testów jeszcze przed oblotem. Potem były odbiory. Później przeglądy przed pierwszą rejestracjąw liniach lotniczych. Swoje sprawdzali też ludziez IATAi ICAO. Nie sądzę, by przegapili wadliwe wysokościomierze czy transpondery. Przypuszczam, że to pomyłka kontrolera. Ewentualnie nawalił naziemny odbiorniki kontroler otrzymał błędny odczytw swoim komputerze. Co jednak nie powinno spowodować wypadku, bo przecież wciąż są jeszcze paski postępu lotui kontrolerzy szybko powinni odkryć swój błąd.

– Gdzieś mam odczyty – powiedziała Pauline. – Bardziej zastanawia mnie, dlaczego nie zadziałało urządzenie przeciwdziałające kolizji, mimo że transpondery były włączone.

– Ma pani na myśli TCAS? – odezwał się van den Crooigh. Mówił wolno, silnie akcentując każde słowo. – To bardzo dobre pytanie.W naszym samolocie zainstalowaliśmy bardzo nowoczesną wersję tego urządzenia. Pan Logan wspomniało kalibracji transpondera.W GB91 takiej kalibracji się nie przeprowadza, ponieważ transponder nie pobiera informacjiz rurek Pitotai innych urządzeń nawigacyjnych. Każda maszyna ma wbudowane urządzenia, dzięki którym jest stale namierzana za pomocą systemów satelitarnych. Komputer ustala położenie maszynyw przestrzeniz dokładnością do jednego metraw dowolnym punkcie lotu. Samolot nie określa swojej pozycji, tylko pobiera danez satelity.A transponder wysyła pakiet informacji na ziemię. Tu nie ma miejsca na błędy, bo nie ma żadnego liczenia.

– I rozumiem, że TCAS również korzystaz tego algorytmu, co czyni go absolutnie niezawodnym? – zapytała Pauline.

– Niezupełnie, drogie dziecko – odparł Holender,a Pauline poczuła lekkie ukłucie złości. – TCAS nadajei odbiera komunikaty. Zatem podczas wysyłania informacji, owszem, korzystaz naszego systemu lokacji przestrzennej. Ale TCAS musi się łączyćz innymi samolotami. Tymczasem nasz system jest opatentowanyi inni producenciz niego nie korzystają. Dlatego może się zdarzyć tak, że nasza maszyna przyjmie błędne informacje ze źle skalibrowanego urządzenia innego samolotu. Wtedy nic już nie możemy poradzić. Nasz TCAS nie zdoła zweryfikować wiarygodności odbieranych danych. Tyle że takie sytuacje zdarzają się raczej rzadko.

– A poza tym – wtrącił się Gross –w omawianym wypadku taki błąd nie może się pojawić, bo przecież mamy do czynieniaz dwiema identycznymi maszynami, wyposażonymiw ten sam system lokacji przestrzenneji ten sam model TCAS.

– Właśnie – potwierdził van den Crooigh. – Nasze samoloty to prawdziwe dzieła sztuki. Wykonujemy jez najnowocześniejszych materiałówi instalujemy im absolutnie rewolucyjny software. Wykupiliśmy połowę Doliny Krzemowej, żeby sprostać oczekiwaniom, jakie stawiają przed nami kontrahenci. Ten samolot jest bezpieczny.I ponad wszelką wątpliwość bezawaryjny. Po prostu komputer nie pozwoliłby mu się zepsuć.A jeśli zawiedzie komputer, to jest jeszcze inny komputer, który pilnuje, czy ten pierwszy pracuje prawidłowo. Proszę państwa, GB91 to prawdziwy przełomw lotnictwie. Jest taniw eksploatacjii przynosi ogromne zyski swoim liniom.W dodatku zaimplementowaliśmyw nim rozwiązania, na jakie świat czekał od dawna.

– Na przykład? – zapytał Jordan.

– Na przykład system Controled Flight Into Terrain Avoidance, zapobiegający kontrolowanemu lotowi ku ziemi. Nawet dwadzieścia pięć procent katastrof nie wiąże sięw żaden sposóbz awarią samolotu. Piloci popełniają błądi rozbijają zupełnie sprawną maszynę.W dodatku pamiętacie zapewne wypadki SilkAir lot 185i EgyptAir 990. Do dziś nie ma pewności, ale spekuluje się, że piloci tych maszyn doprowadzili do katastrof umyślnie, popełniając rozszerzone samobójstwo czy jak to się tam fachowo nazywa. System CFITAuniemożliwi tego typu praktyki. Mówię zarównoo samobójstwach, jaki błędach pilotów. Po prostu nie dopuści do lądowania poza lotniskiem.

– To dość niebezpieczne – zauważył Manson. – Wiem, że to raczej rzadkość, ale czasami zachodzi konieczność posadzenia maszyny poza lotniskiem. Na przykład Sully musiał lądować na rzece Hudson.A pamiętacie ten wypadek… Nie wiemw sumie, co to był za lot, ale piloci wylądowali na wale przeciwpowodziowymw Nowym Orleanie.

– TACA Airlines lot 110 – uzupełniła szybko Pauline.

– No właśnie.

– Panie Manson – Holender uśmiechnął się wprawdzie, ale był to wyjątkowo mało przyjazny uśmiech –w obu wymienionych przez pana przypadkach przyczyną lądowania były awarie silników.W takiej sytuacji system CFITAi tak nie mógłby zadziałać, bo jego działanie polega na tym, że na wysokości poniżej trzystu metrów nad ziemią, jeśli pokładowy GPS uzna, że samolot jest za daleko od lotniska, pozbawia pilotów autonomiii włącza automatyczną przepustnicęi autopilota. Ale przyznam, że samo pytanie jest skądinąd słuszne.W trakcie lotu mogą wystąpić okoliczności zmuszające pilotów do podjęcia próby natychmiastowego lądowania. Na przykład poważne uszkodzenia strukturalne płatowca lub jego urządzeń, krytyczna awaria komputera czy choćby pożar. Dlategoz systemem CFITA współpracuje ponad dziesięć tysięcy czujnikóww samolocie. Komputer na bieżąco analizuje stan maszyny. Jeśli uzna, że należy natychmiast lądować, system ulega dezaktywacji. Ale decydujeo tym komputer. Nie pilot.

– O kurwa, powinien pan być przedstawicielem handlowym – rzucił Logan. – Tak pan pięknieo tym opowiada, że chyba sobie kupię taki samolot.

– Musiałby pan pracować na to jakieś dziewięć tysięcy lat.

– Mam całkiem wydolną linię kredytową.

– Tak czy inaczej – przerwał Jordan, patrząc Holendrowi prostow oczy – to nie te cudowne zabawki sprawią, że historia będzieo was pamiętać. Jeśli rozumie pan, co mam na myśli.

Van den Crooigh rozumiał, więc już więcej się nie odzywał.

ROZDZIAŁ 6

Jordan szalał. Ale nie tak, jak zwykle. Przez ostatnich kilkanaście godzin Pauline zrozumiała, że większość jego wybuchów to zwykła poza. Element image’u. Taka gra, którą codziennie przez całe swoje życie podejmował ze współpracownikami, podwładnymi,a zapewne również przełożonymi. Tym razem jednak nawet Berry bał się do niego podejść.A Berry byłw ekipie od trzech dekadi miału Jordana szczególne względy.

Zaczęło się, gdy lecieli nad Alaską. Pauline akurat przysypiała,a w półśnie odwiedził ją Buck. Ktoś, kogo uważała za swojego pierwszego chłopaka. Mieli wtedy po czternaście lat. Ojciec Pauline go nie znosił. Młody wieśniak – mawiało nim. Ale ten młody wieśniak miał ojca pilota,z którym latał opryskiwać pola,i sam marzyło tym, by zostać pilotem. Najlepiejw American Airlines. To właśnie Buck opowiedział jejo ortodromach. Nie mieściło jej sięw głowie, że ze wschodniego wybrzeża do Japonii można latać nad Alaską. Teraz, kilka chwil po tym, jak pilot poinformował, że właśnie przelatują nad deltą Jukonu, wspomnienia powróciły do niejz pełną mocą. Przypomniała sobie pierwszy, niewinny pocałunek, spacery za rękę po parku stanowym North Toledo Bend, do którego jeździli na rowerach,i jak po raz pierwszy, przepełnieni dziecięcym wstydem, kąpali się tam razem nago, bardziej siebie nawzajem ciekawi niż spragnieni.I jak pewnego dnia nad miastem pojawiła się łuna,a nazajutrzw szkole wszyscy razem modlili się do Boga, by przyjął pod opiekę starego Bubbę Joego Duganai jego syna Bucka. Potem wspólnie odśpiewali Old time religion, jakby nie wierząc do końca, że Bubba Joe zasłużył sobie na łaskęu Najwyższego.

Obudził ją głośny, nieprzyjemnie wysoki ton interkomu,a chwilę potem kapitan nakazał Jordanowi przyjść do kokpitu. Śledczy był tam dobre piętnaście minut,a gdy wrócił, sprawiał wrażenie, jakby miał się rzucićz pięściami na pierwszą istotę, która mu stanie na drodze. Gwałtownym ruchem zerwał ze ściany słuchawkę interkomui ryknął:

– Drodzy państwo, mówi wasz wkurwiony szef. Dowiedziałem się właśnie, że skośni są jeszcze głupsi, niż nam się zdawało. Mają jakąś dużą awarięi przestrzeń powietrzna nad Japonią jest zamknięta. Lecimy do Pusan.A żeby dolecieć do Pusan, musimy dotankować we Władywostoku. Czyliu Ruskich, jakby któryś tuman nie znał geografii.W sumie stracimy przez to przynajmniej pięć godzin.

Siedzieliw niewielkiej salce konferencyjnej lotniska Pusan-Kimchae, czekając na kogoś, kto powie im cokolwiek. Taki ktoś zjawił się dziesięć minut późnieji przyjął postać dwudziestoparoletniego kurduplaz nażelowanymi włosami. Identyfikator zwisającyz szyi informował, że to szef protokołu. Chłopak otworzył sobie drzwi biodrem, bow rękach niósł komputeri mnóstwo zwisających na boki kabli.

– Dzień dobry, dzień dobry – odezwał się śmieszną, ale zrozumiałą angielszczyzną. – Jestem Park Hae-wook będę się państwem zajmować. Witamyw Pusan. Chwileczkę, tylko sięz tym podłączę.

– Słuchaj no He-wook czy jak ci tam – warknął Jordan, ale Koreańczyk natychmiast mu przerwał.

– Nie, nie, nie, panie Jordan. Nazywam się Park.U nas jest odwrotnie. Najpierw nazwiska.

– Świetnie. Bez urazy, ale kiedyw końcu spotkamy sięz kimś ważnym?

– Za momencik. Jak tylko podłączę.

– Co pan podłączy?

– Komputer. Major Hosuto skontaktuje sięz państwem przez Skype’a.

Jordana jakby ktoś walnął pięściąw twarz. Zerwał sięz miejscai wrzasnął:

– Czy pan sobie żartuje, Park?!

– Ani trochę, ani trochę. – Koreańczyk nie dał się sprowokować. Wyglądał na kogoś, kogo nawet wybuch wulkanu nie zdołałby wyprowadzićz równowagi. – Przecież pan wie, że oni mają awarię. Nie latają. Zresztą ja tu jestem tylko po to, by państwu pomóc.O resztę pytajcie majora Hosuto.

Wcisnął przycisk, który na pierwszy rzut oka wydawał się włącznikiem światła,a w rzeczywistości rozsunął zasłaniającą jedną ze ścian roletę. Oczom ekipy ukazał się wielki telewizor.

– O jebaniutki. – Bolton westchnął. – Plazma, sto pięćdziesiąt dwa cale.

Park podłączył do telewizora komputer, po czym spojrzał na zegarek.

– No,w ostatniej chwili. – Zaśmiał się, uruchamiając Skype’a. – Gotowi? Łączę.

Po drugiej stronie odebrano niemal natychmiast. Zobaczyli mężczyznęo marsowej twarzy, siwych, krótko przyciętych włosachi krótkiej, ale oplatającej całą twarz brodzie, jaką nosili japońscy wojownicyw czasach feudalnych.A w każdym razie według Hollywood. Hosuto mógł mieć sześćdziesiąt lat, ale bardziej sześćdziesiąt jak George Clooney niż Mickey Rourke.

– Dzień dobry państwu – rzekł mężczyzna. – Nazywam się Hosuto, jestem majorem Japońskich Morskich Sił Samoobronyi prowadzę sprawę zderzenia Nippon 1111i Nippon 1212.

– Jak to? – zdziwił się Jordan. – Wojsko? Dlaczego nie Japońska Rada Bezpieczeństwa Transportu?

– Dojdziemy do tego – odparł rozmówca. –A pan to…?

Jordanw krótkich słowach przedstawił siebiei swój zespół, po czym zapytał:

– Co tam sięu was, do cholery, dzieje?

– Jeszcze nie wiemy, panie Jordan. Badamy sprawę. Ale wygląda na to, że do naszego systemu zarządzania lotem wgrano wirusa.

– I co to oznacza?

– To, że nie mamy dostępu do żadnych urządzeń sterowania ruchem. Nie mamy również żadnych zapisów. Lotów, rozmów, echa radarowego. Nic.

Jordan jęknął.

– Ale chyba łatwo sprawdzić, kto miał sposobność, żeby zainfekować sieć? – odezwał się Gross.

– Nie tak łatwo, jak się panu zdaje. Zainfekowany został serwer główny oraz serwer zapasowy. Nasi specjaliści od IT rozkładają ręce.W życiu nie widzieli takiego robaka. Przypuszczalnie przez najbliższe dwie lub trzy doby nad Japonią nie przeleci ani jeden samolot. Co może oznaczać straty liczonew miliardach jenów.

– Kiedy odzyskacie dostęp? – zapytał Jordan.

– Nie wiem. Ale chyba powinien pan się pogodzićz myślą, że danych już nie odzyskamy.

– Świetnie. Po prostu doskonale.

– Obecnie skupiamy się na tym, by schwytać sprawców – ciągnął Hosuto. – Nasz system został stworzony specjalnie dla nas. Nie można do niego wpuścić standardowego wirusa.A to oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze, że robaka stworzył ktoś, kto pracował przy systemie. Niestety, są to tysiące osób, podlegające bezpośrednio Ministerstwu Obrony…

– A nie Ministerstwu Ziemi, Infrastruktury, Transportu oraz Turystyki? – przerwała mu Pauline. – Zdawało mi się, że…

– Milcz, Halfield – syknął Jordan.

– Akurat panna Halfield dobrze kombinuje – powiedział Hosuto. – Ministerstwo Ziemi, Infrastruktury, Transportu oraz Turystyki zajmuje się kontrolą przestrzeni powietrznej. Jednak gdy rozpisywaliśmy przetarg, zgłosiła się tylko jedna firma, kontrolowana przez wojsko. Rząd uznał, żew takim wypadku powinna podlegać swojemu ministrowi.W każdym razie, jak mówiłem, to tysiące osóbi znalezienie tego, kto stworzył wirusa, zajmie prawdopodobnie wiele czasu.

– Łatwiej będzie znaleźć kogoś, kto wirusa wprowadził do systemu – zwróciła uwagę Pauline. Jordan spiorunował ją wzrokiem, ale nie zdążył wygłosić kolejnej tyrady.

– Zgadza się – potwierdził Hosuto. – Japońskie Biuro Lotnictwa Cywilnego również zatrudnia wiele osób, ale dostęp do systemu miała najwyżej setka. Właśnie je prześwietlamy. Mówimyo obsadzie kontroli lotów, ale równieżo testerach, operatorach systemu, konserwatorach, inżynierach baz danych, specjalistach od bezpieczeństwa, analitykach ruchu powietrznego, statystykach, logistykach linii lotniczychi tak dalej.

– No, to też wam chwilę zajmie – powiedział Jordan. Patrzyłw stronę telewizora, ale Pauline była pewna, że go nie widział. Myślał tak intensywnie, że nabrzmiały mu żyły na potężnym karku.

– Zgadza się. – Hosuto zdjął okularyi