Mauzoleum - Thomas Arnold - ebook
Opis

Ludzie, którzy nie powinni się narodzić...
Historia, która nie powinna się wydarzyć...

Po tragicznej śmierci rodziców oraz żony, milioner Tom McCain musi zmierzyć się nie tylko z żalem po stracie, ale też z samotnym wychowaniem dwóch synów. Gdy i on ginie, a także młodszy z braci, ostatnim dziedzicem zamieszkującym olbrzymią rezydencję pozostaje Derrian McCain. W tym samym czasie w lokalnej gazecie pojawia się artykuł o enigmatycznym tytule: "Klątwa McCainów czy domu Meyerów", jednak ktoś dokłada wszelkich starań, aby nic, co związane z poprzednimi właścicielami rezydencji, nie wyszło na jaw. Osiem lat później w ręce Zacka Seegera przypadkiem trafia błędnie zaadresowany list, w którym Derrian McCain, jak gdyby nigdy nic, zwraca się do swego nieżyjącego brata i wysyła mu klucze do domu, gdyż sam musi się udać na operację poza granice kraju. Zack oraz jego partnerka Nicole nie mają pojęcia o zaszłościach w rodzie McCainów. Z pewnością nie zwróciliby na list większej uwagi, lecz wstępnie trafił on do Adama Athertona - zmarłego przed dwoma tygodniami sąsiada, o którym mieszkańcy osiedla wiedzieli bardzo niewiele.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Thomas Arnold

Mauzoleum

Redakcja

Robert Ratajczak

Współpraca

Natalia Jargieło

Sabina Zarzycka

Korekta

Robert Ratajczak

Projekt okładki

Natalia Jargieło

Thomas Arnold

© by Thomas Arnold

Skład i łamanie

Artur Kaczor

PUK KompART, Czerwionka-Leszczyny

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia Lega, Opole

Przygotowanie wydania elektronicznego

hachi.media

ISBN 978-83-65950-18-5

Wydawca

Agencja Reklamowo-Wydawnicza „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2019

www.arw-vectra.pl

Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny i nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.

Dla Ani – mojej kochanej Żony,która nie znosi pająków. :)

PROLOG

Okolice St. Michael, Wirginia ZachodniaWiosna 1985 r.

– Długo będziesz się z nim bawił? – warknął brodacz ze strzelbą w dłoni i nieco ściszył wrzeszczące, stare radio, z którego głośników wylatywało więcej szumów niż muzyki. Specjalnie go nie wyłączył, aby zagłuszało podejrzane odgłosy.

– Niech się napatrzy. W końcu to ostatnie, co widzi – odparł Bruce Backerly, lider bandy, szczelnie zatykając dłońmi usta dziewięćdziesięciolatka, którego ciałem wstrząsały agonalne spazmy.

Starzec z poderżniętym gardłem leżał na podłodze nieopodal bujanego fotela. Błagalnie wpatrywał się w sufit, jakby właśnie stamtąd miało nadejść wybawienie. Oddychał coraz płycej, a z długiego rozcięcia na szyi rytmicznie wylewała się krew, czerwieniąc marmur. Pochylający się nad nim mężczyzna cofnął nogę – coraz większa plama niebezpiecznie zbliżyła się do jego buta, a nie chciał pozostawić niepotrzebnych śladów. Dopiero zaczynali…

Gdy tylko weszli do domu i unieszkodliwili staruszka, natychmiast pogasili wszystkie światła na parterze. Poruszali się niemalże w całkowitej ciemności, gdyż grube kotary zasłaniały okna, nie pozwalając blaskowi księżyca wedrzeć się do domu.

– Gdzie Louis? – zapytał brodacz.

– Zajął się służbą – odparł Backerly. – Nie interesuj się nim, a tymi na górze. Pamiętaj, nikt nie może się wymknąć.

– Jesteś pewien, że wszyscy są w domu? Drugiej szansy nie będzie.

– Nie siedziałem w krzakach pod bramą przez dwa tygodnie tylko po to, żeby jej pilnować. Jak mówię, że wszyscy są tutaj, to tak właśnie jest.

Starzec wyzionął ducha. Pusto patrzył w to samo miejsce, co wcześniej, a jego klatka piersiowa zastygła w bezruchu.

– Dobra… Sypialnie Meyerów są na piętrze. Idź pierwszy – ponaglił Backerly. – Będę cię osłaniał.

Gdy znaleźli się na zakręcających, szerokich schodach, do ich uszu dobiegł szelest.

– Słyszałeś?

– Co to było?

– Nie wiem…

Zanim zdążyli wypatrzyć kolejnego domownika, poraził ich ogłuszający huk. Idącym na czele brodaczem szarpnęła niewidzialna siła. Pocisk trafił w pierś, a krew obryzgała ścianę. Kolos zwalił się na marmurowe stopnie i zjechał po nich głową w dół, pozostawiając czerwony ślad.

Backerly przykucnął i zatrzymał ześlizgujące się ze schodów zwłoki.

Uzbrojony gospodarz natychmiast to wykorzystał. Celnym strzałem przewiercił ramię kolejnego oprycha.

Mężczyzna wrzasnął i wypuścił z dłoni pistolet oraz zakrzywiony nóż, łapiąc się za rękę. Ostrze metalicznie zabrzęczało, odbijając się od marmuru.

Backerly bokiem wsparł się o balustradę. Niewiele brakowało, a przepadłby przez nią. Szybko zbiegł na parter i schował się za grubą kolumną. Przeżył tylko dlatego, że strzelec musiał przeładować broń.

John Meyer był wyjątkowo gibki, a celności mógłby mu pozazdrościć niejeden snajper. Włączył światło na schodach – stał się przez to widoczny, ale dzięki cieniowi rzucanemu przez przeciwnika ukrytego za kolumną, doskonale wiedział o każdym jego ruchu. Szedł spokojnie z bronią niemalże przyspawaną do ramienia, muskając białym szlafrokiem balustradę na piętrze. Zbliżył się do pierwszego stopnia schodów i zamarł, wstrzymując oddech.

Huknął grzmot wystrzału.

Z kolumny posypał się tynk. Czający się za nią włamywacz spanikował – nawet jego cień drżał.

Wkrótce padł kolejny strzał.

Podczas przeładowania broni John Meyer przykucnął za balustradą. Drugi nabój specjalnie głośniej wsadził w lufę, aby włamywacz mógł to usłyszeć. Bez problemu zdążyłby strzelić, gdyby ten zaczął biec w kierunku wyjścia.

Wychylił się i zerknął na drzwi sypialni ojca, która mieściła się na parterze. Były otwarte. Radio wciąż grało, co oznaczało, że tej nocy staruszek jeszcze się nie położył. Cierpiał na bezsenność – często przesiadywał w fotelu do późnych godzin nocnych.

Wtedy w półmroku John Meyer dostrzegł połyskującą, powiększającą się plamę. Przeklęci mordercy, pomyślał. Natychmiast połączył plamę krwi z upadającym na schody nożem. Wiedział już, co spotkało ojca. Zaczął drżeć z gniewu. Bez zastanowienia dwukrotnie strzelił w kolumnę. Dał znak obserwującej go żonie, ukrytej w korytarzu na piętrze, aby wróciła do sypialni i zamknęła drzwi.

Przeładował i zaczął zbiegać po schodach. Gdy osiągnął podest na półpiętrze, z trwogą spojrzał na uzbrojonego intruza wyłaniającego się z lewego korytarza. Instynktownie przykucnął.

Próbując chronić towarzysza skrytego za kolumną, morderca posłał w kierunku Meyera dwa strzały. Kule wbiły się w balustradę, opryskując drzazgami twarz gospodarza.

Przeprowadzona akcja pozwoliła rannemu liderowi wydostać się zza kolumny. Skoczył w bok. Odprowadzony dwoma strzałami, prześlizgnął się obok plamy krwi. Zatrzymał się nieopodal zwłok starca leżącego na początku korytarza, który łączył kuchnię z salonem.

Meyer ponownie przeładował i kontynuował zejście na parter. Niestety, nie przewidział, że trupy także potrafią zabijać. Poślizgnął się na krwi wyciekającej z piersi brodacza, którego wcześniej zastrzelił, i uderzył bokiem o ostatnie stopnie. Upadając, wypuścił strzelbę. Broń odbiła się od schodów i skończyła u ich podnóża. Zaklął na całe gardło – z bólu, ale też karcąc się za nieostrożność. Nie miał szans dosięgnąć strzelby. Z trudem się podniósł.

Włamywacze bezwzględnie wykorzystali nadarzającą się okazję. Ranny oprych podbiegł i kopnął Johna Meyera w brzuch, a gdy ten się przewrócił, dostał jeszcze w głowę. Drugi oprawca zaczął okładać gospodarza rękojeścią rewolweru. Pierwsze razy były mierzone, ale wkrótce uderzali już, gdzie popadło.

Na piętrze rozległ się rozpaczliwy krzyk żony będącej świadkiem masakry. Nie posłuchała i nie wróciła do sypialni.

Lider został na dole, a jego kompan rzucił się za kobietą.

W tym samym momencie do środka rezydencji niepewnie zerknął czwarty członek bandy – kierowca. Słysząc strzelaninę, postanowił sprawdzić, co się dzieje. Gdy zobaczył Bruce’a Backerly’a stojącego nad umazanym krwią ciałem, odetchnął z ulgą.

– Pomóż mu… – warknął przywódca i skinął głową na towarzysza będącego już na piętrze.

Kierowca pobiegł schodami na górę, a Backerly podszedł do dogorywającej ofiary.

Siwe włosy Meyera były czerwone od krwi, a skóra na głowie rozcięta w kilku miejscach. Ciężko dysząc, trzymał się za połamane żebra.

Oprych przykucnął. Dobiegły go krzyki kobiety i wrzaski rozochoconych mordem kompanów.

John Meyer również je słyszał. Spróbował się podnieść, ale mocny cios w głowę sprowadził go do poprzedniej pozycji. Stracił przytomność.

– Wiem… Dla mnie to też trudne… – Włamywacz wstał i wrzasnął do towarzyszy na piętrze: – Pamiętajcie, jakie były ustalenia! – Wypatrzył nóż i wrócił do półżywego Meyera. Nie był w stanie ranną ręką przytrzymać głowy biedaka leżącego na brzuchu, aby podciąć mu gardło, więc szarpnął za szlafrok i obrócił ciało.

Mężczyzna odzyskał przytomność. Jęknął z bólu, ale nie miał nawet siły, aby się bronić.

Morderca uniósł nóż. Celując w serce, zatopił go w piersi ofiary.

Chwilę później przy balustradzie na piętrze pojawili się pozostali. Kierowca skinął głową, co oznaczało, że żonę Meyera mają z głowy.

– Sprawdźcie każdy kąt! Jeszcze troje, w tym dzieciak! Jeżeli choć jedno się wymknie, mamy przesrane!

Bez zastanowienia zaczęli otwierać lub wyłamywać drzwi kolejnych pomieszczeń.

*

– Nie podchodź tu… – Trzydziestoletniego mężczyznę stojącego niczym zjawa w długiej nocnej koszuli, ukrytego za załomem korytarza na piętrze, sparaliżowało, gdy zobaczył, jak na parterze bandyta szarpie ciałem, unosi nóż i zatapia go w piersi ojca. Cały czas słyszał też mrożące krew w żyłach jęki mordowanej matki.

Ben Meyer obserwował wszystko jak przez mgłę. Miał wrażenie, że to zły sen, z którego nie może się obudzić. Dopiero kobiecy głos dochodzący zza pleców przywrócił mu pełną świadomość.

– Ben… – odezwała się przerażona, niespełna trzydziestoletnia kobieta próbująca zrozumieć, co się dzieje. Stojąc w drzwiach sypialni, drżała ze strachu i niezrozumiale patrzyła na brata. Ten gwałtownie machnął ręką i cicho wycedził przez zęby:

– Schowaj się…

Morderca ojca krzyknął coś do pozostałych członków bandy, którzy zaczęli wyważać drzwi na piętrze.

Ben wiedział już, że nie śni. Wrócił i siłą wepchnął siostrę do jej sypialni.

– Co się…

Natychmiast uciszył kobietę, zatykając jej usta dłonią. Łkając, próbowała się oswobodzić, gdyż trzymał tak mocno, że sprawiał jej tym ból.

– Musimy uciekać – szepnął. – Idź po Corey’a. Spróbuję ich odciągnąć.

– Jak?

– W sypialni mam broń. Spotkamy się w bibliotece.

Kobieta patrzyła na niego załzawionymi oczyma, a strach całkowicie ją obezwładnił. Dopiero mocne szarpnięcie za ramiona wyrwało Matyldę Meyer z odrętwienia.

– Weź się w garść – warknął Ben, próbując zmotywować siostrę do działania. – Mamy najwyżej minutę, zanim tu dotrą.

Roztrzęsiona skinęła głową.

Ostrożnie uchylili drzwi.

Gdy Ben pobiegł do sąsiedniego pokoju po broń, Matylda przecięła korytarz i ostrożnie otworzyła przeciwległe drzwi. Wchodząc do pokoju syna, o mały włos nie dostała ataku serca.

Niczego nieświadomy siedmiolatek stał nieruchomo na środku swej sypialni. Wyglądał jak duch. Z pewnością obudziły go strzały. Przestraszył się, widząc dziwny wyraz twarzy matki.

– Mamo…

Kobieta delikatnie przyłożyła rękę do jego ust, jednocześnie dając znak drugą, aby zamilkł.

– Ja i wujek Ben mamy dla ciebie niespodziankę, ale musisz być cichutko, zgoda? – Z trudem opanowywała emocje. Za wszelką cenę starała się zachować naturalny, przyjazny ton głosu.

– Mamo, dlaczego jesteś zdenerwowana?

Zawahała się.

– Bo nie wiem, czy niespodzianka ci się spodoba. Chodź…

– Co to za niespodzianka?

– To sprawka wujka Bena, a wiesz, jaki on jest. Gdybym ci powiedziała, byłby na mnie bardzo zły.

– A gdzie ta niespodzianka?

– Na dole. Ale nie pójdziemy schodami… Przejdziemy przez bibliotekę dziadka.

– Tajnym przejściem dziadka?! Super!

– Cii… – Ponownie przytknęła palec do jego ust. – Chyba nie chcesz nikogo obudzić?

Pokręcił przecząco głową.

Gdy wyszli na korytarz, usłyszeli strzały z pistoletu, a zaraz po nich głośny trzask gwałtownie zamykanych drzwi. Padła przytłumiona salwa przekleństw i wyzwisk.

– Bierzcie go! – krzyknął ktoś z parteru.

– Mamo, co się dzieje? – zapytał chłopiec, wycofując się do sypialni.

– Później ci wyjaśnię… Teraz musisz mi zaufać.

– Ale ja już nie chcę tam iść! – Spróbował jej się wyrwać.

Matylda Meyer siłą zaczęła ciągnąć syna do biblioteki ulokowanej na końcu korytarza. Do oczu napłynęły jej łzy, gdyż wiedziała, że krzywdzi tym Corey’a, ale nie miała wyjścia.

– Mamo!

Gdy od drzwi dzieliły ich dwa kroki, Matylda wyczuła za plecami ruch. Ktoś chwycił ją za ramię. Nogi się pod nią ugięły i z trwogą obróciła głowę. Odetchnęła, widząc twarz Bena.

– Dzięki Bogu…

– Wujku… Co to za hałas? Co z moją niespodzianką? Mama powiedziała, że…

Usłyszeli przytłumione krzyki i trzask wyłamywanych drzwi.

Mężczyzna wziął chłopca na ręce, osłaniając go własnym ciałem. Gdy skręcili w najbliższe przejście, padł strzał. Na szczęście morderca chybił.

Ben postawił siostrzeńca, przekazując go matce. Wychyliwszy się z wnęki, posłał kilka strzałów w stronę nadbiegających bandziorów, po czym zatrzasnął drzwi biblioteki i przekręcił klucz.

Każda ze ścian była zastawiona regałami, a pod jedną ulokowano potężne, prawie stuletnie biurko. Na blacie leżało kilka książek i stała na nim duża zabytkowa lampa. Za biurkiem znajdował się obity czarną skórą fotel. Jego siedzisko było mocno spękane, a podłokietniki wytarte.

Kobieta podbiegła do półki, na której stały tomy wielkiej encyklopedii. Wszystkie miały identyczne kolory grzbietów, grubość i wysokość. Łapiąc od góry, pociągnęła jednocześnie drugą i siódmą pozycję. Zwolniła w ten sposób blokadę. Rozległ się szczęk i część regału jedną stroną odchyliła się od ściany, uwidaczniając drewniane drzwi.

Ben nacisnął ukryty pod blatem biurka guzik, ostatecznie otwierający zamaskowane przejście. Za nim krył się korytarz ulokowany w grubej na ponad metr ścianie oddzielającej bibliotekę od jednej z sypialni.

Ze środka tunelu buchnął pył wzbity w powietrze nagłym odblokowaniem od dawna zapieczętowanego wejścia. Ostatni raz – przed dwoma laty – otwarł je dziadek chłopca i tylko po to, aby mu je pokazać. W tym miejscu nigdy nie sprzątano. Wiedzieli o nim jedynie właściciele domu. Żadnego z ukrytych przejść nie naniesiono na głównym planie budynku. Widniały jedynie na oddzielnym dokumencie, który nigdy nie opuszczał sejfu.

Ben Meyer włączył skąpe oświetlenie tunelu w postaci regularnie rozmieszczonych żarówek zwisających z kabla podwieszonego pod sklepieniem.

– Idź i nie oglądaj się niepotrzebnie. Będziemy zaraz za tobą.

– Wujku, ale…

– Trafisz na schody. Zejdź nimi, a gdy dojdziesz do końca korytarza, przykucnij i zaczekaj na nas. W żadnym wypadku nie otwieraj drzwi. Rozumiesz?

Chłopiec skinął głową.

– Idź i nie oglądaj się za siebie… – powtórzył Ben.

Siedmiolatek całkowicie zapomniał o niespodziance. Widząc przerażenie w oczach matki i wuja, z każdą sekundą coraz bardziej się bał. Zabroniono mu się oglądać, ale to było silniejsze od niego. W oczach miał łzy. Ostatnie, co usłyszał, to nerwowe nawoływanie:

– Matyldo, pomóż mi!

Zamiast uciekać, patrzył, jak matka i wujek pchają masywne biurko w stronę drzwi.

– Corey, uciekaj!

Nagle biurko zatrzymało się jak na komendę. Zapomnieli o grubym przewodzie biegnącym pod podłogą – łączył on zamontowany w meblu przycisk z ukrytymi drzwiami. Matylda szarpnęła kabel, ale ten uparcie trzymał z obydwu stron.

Usłyszeli potwornie mocne uderzenie w drzwi. Ben Meyer bez zastanowienia strzelił w nie z rewolweru, kupując im w ten sposób kilka cennych sekund.

– Zatrzymam ich… Uciekaj… – rozkazał głosem nieznoszącym sprzeciwu.

– Nie!

Nie dyskutował z siostrą. Zdecydowanym ruchem pociągnął ją za rękę, o mały włos nie wybijając ramienia ze stawu.

– Co robisz?! – krzyknęła.

Nie odpowiedział. Nie musiał… Doskonale wiedziała, co robi. Pomimo wyraźnego sprzeciwu Matyldy, Ben wepchnął ją do tunelu i zatrzasnął za nią drzwi. Z całej siły szarpnął przewód zwalniający blokadę. Wyrwał go z mocowania w ramie. Impet, z jakim tego dokonał, przewrócił go na ziemię. Słyszał, jak siostra wali pięściami w grubą przegrodę. Dolnych drzwi nie dało się otworzyć od zewnątrz, a tych od wewnątrz. Przejście prowadziło tylko w jedną stronę.

Ben uderzył w drewno.

– Przestań, bo się zdradzisz. – Pchnął regał z książkami, który idealnie wpasował się w lukę.

Oprawcy ponownie natarli na drzwi. Najroślejszy uderzył barkiem i wyłamał zamek. Otwierające się skrzydło walnęło o ścianę, a morderca z impetem wpadł do biblioteki.

Ben wycelował w mężczyznę, ale usłyszał jedynie metaliczny szczęk. Skoczył na włamywaczy, ale natychmiast został ugodzony nożem w brzuch.

*

Wyrwany przez Bena kabel musiał zasilać również oświetlenie, gdyż żarówki zgasły, a tunel pogrążył się w egipskich ciemnościach.

Matylda usłyszała wrzask szlachtowanego brata. Ból w przełyku i łzy zalewające oczy całkowicie ją sparaliżowały. Przylgnęła plecami do zablokowanych drzwi, za którymi umierał jej brat. W gardle zamarł krzyk. Nie mogła go z siebie wydobyć. Zatykając usta dłońmi, osunęła się na ziemię.

Nagle jej ciało zostało otulone przez powiew cieplejszego powietrza. Poczuła dym i swąd palącego się drewna oraz plastiku. Śmierć brata dała jej i Corey’emu trochę czasu. Nie mogła tego zaprzepaścić, choć ból wciąż paraliżował jej ruchy.

Przytrzymując się ściany, wolno poszła korytarzem w jedynym możliwym kierunku. Kiedyś ojciec przeprowadził ją tym tunelem. Pamiętając o schodach rozpoczynających się w połowie długości ukrytego przejścia, ostrożnie stawiała kroki. Gdy wreszcie nie wyczuła pod stopą podłoża, zaparła się mocniej o ściany i zaczęła schodzić. Im niżej była, tym powietrze stawało się cięższe. Wyraźnie czuła dym, choć niczego nie widziała. Drażnił jej oczy i dusił, powodując ataki kaszlu.

– Corey…

Zaraz po zejściu ze schodów wyczuła załom – wąski korytarz zakręcał o sto osiemdziesiąt stopni.

Zbliżała się do wyjścia.

Niespodziewanie jej oczom ukazała się mlecznopomarańczowa łuna, która z każdym krokiem przybierała coraz intensywniejszą barwę.

– Corey…

Czując, że za chwilę może stracić przytomność, przyspieszyła. Wyszła otwartym przejściem prosto na korytarz łączący salon z kuchnią. W niej, a także w jadalni, szalał ogień. Płomienie pożerały szafki i sprzęty. W oknach wisiały skrawki dopalającego się materiału, które kiedyś były pięknymi firankami.

– Mój Boże… – dostrzegła zwłoki dziadka.

Korytarz po lewej wyglądał na nietknięty przez żywioł. Najwidoczniej ktoś umyślnie wzniecił pożar w tej części domu, licząc, iż obejmie on całą rezydencję i zatrze ślady makabrycznej zbrodni.

– Corey!

Niespodziewanie usłyszała dobiegający z kuchni płaczliwy głos syna.

– Mamo…

Przerażony chłopiec z twarzą osmaloną od dymu siedział skulony w ściennej wnęce. Nie wiedział, czy bardziej boi się ognia, czy wujka Bena, którego nie posłuchał. Przecież tylko chciał zobaczyć, co się tam dzieje… Dostrzegłszy kuchenne wyjście, wierzył, że uda mu się uciec z płonącego domu. Niestety, nie dość, że klamka okazała się zbyt gorąca i sparzyła mu dłoń, to drzwi zamknięto od zewnątrz. Corey chciał wrócić do ukrytego przejścia, ale ogień odciął mu drogę.

– Zostań tam, już do ciebie idę!

Przeszła kawałek, ale szalejące w kuchni płomienie zagrodziły jej drogę. Szybko dopadła kranu i zdjęła koszulę nocną. Zmoczyła ją, a następnie wsadziła głowę pod strumień zimnej wody.

Pospiesznie założyła mokre odzienie. Spływające po brudnych policzkach krople żłobiły na skórze jasne smugi, upodabniając kobietę do zjawy.

Chłopiec wybałuszył oczy. Przez chwilę przestał myśleć o zagrożeniu ze strony ognia, a skupił wzrok na istocie, która chwilę wcześniej była jego matką. Teraz wyglądała jak potwór z bajek, które niegdyś czytał mu dziadek.

Matylda wzięła głęboki wdech, przygotowując się do przejścia przez płomienie dzielące ją od syna. W tej samej chwili, gdy postanowiła ruszyć, zaczep jednej z wiszących szafek wyrwał się z nadpalonego drewna. Mebel z ciężką porcelaną runął na blat. Dodatkowo na szafce stały butelki ze spirytusem – jedna oryginalnie zamknięta, druga wypełniona do połowy. Rozbiły się o meble i podłogę. Płyn opryskał kobietę, błyskawicznie się zapalając.

– Mamo!

Matylda wrzeszczała z bólu, ale zachowała resztki przytomności.

– Nie podchodź do mnie! – Odsunęła się od syna. W szale bólu, nie potrafiąc zedrzeć z siebie palącej się nocnej koszuli, podeszła do przeciwległej ściany – wisiał na niej uchwyt z pękiem kluczy. Rzuciła nimi w stronę chłopca i upadła na kolana.

– Mamo!

Wdychając powietrze, wdychała również płomienie palące jej przełyk i płuca. Corey nie rozumiał, co do niego mówiła. Jej słowa przypominały niezrozumiałe rzężenie. Skonała z wyciągniętą w stronę syna ręką, który szlochał, patrząc na cierpienie matki. Swoją małą dłonią próbował złapać jej poczerniałą rękę, ale żar był nie do wytrzymania.

Niespodziewanie Corey usłyszał groźne krzyki jakichś mężczyzn:

– Dawajcie ich tutaj, szybko!

Jego wzrok zatrzymał się na uchylonych drzwiach prowadzących do ukrytego korytarza, ale wejście co chwilę przesłaniały płomienie buchające z jadalni. Nie mógł też uciec tylnymi ani głównymi drzwiami – znalazł się w pułapce.

Wtedy przypomniał sobie o kluczach, które leżały metr dalej. Pamiętał, jak kucharka często zabierała je z haka, a później odblokowywała drzwi do piwnicy. Tak… To była jego szansa!

Zebrał w sobie resztki odwagi i przeszedł obok palącego się ciała matki. Gdy sięgnął po klucze, dłoń zapiekła go od rozgrzanego metalu. Naciągnął na nią rękaw koszuli nocnej i spróbował ponownie. Zaciskając zęby, podbiegł ze zdobyczą do drzwi prowadzących do piwnicy. Metal palił dłoń nawet przez materiał. Chłopiec zdołał umieścić pierwszy z kluczy w starym zamku. Nie pasował…

– Szybciej! – odezwał się ktoś schodzący na parter.

– Musisz mi pomóc! Nie dam rady z tą ręką!

– Cholera!

Nerwowe krzyki jeszcze bardziej motywowały chłopca. Drżącą dłonią spróbował drugi z kilku kluczy i szybko przekręcił. Udało się! Sekunda przerwy i drugi obrót… Z całej siły pociągnął w dół masywną klamkę i pchnął drzwi.

Zawiasy zgrzytnęły, a skrzydło mocno uderzyło o boazerię, którą wyłożono zejście.

– Co to było?!

– A skąd mam wiedzieć?! Podobno sprawdziłeś parter!

– I nikogo więcej nie znalazłem!

– Idź tam, do cholery!

Mocne uderzenie drzwi o ścianę wywołało kolejną katastrofę. Gdy Corey myślał, że jest już bezpieczny, usłyszał mrożący krew w żyłach trzask. Pozostałe wiszące szafki odpadły od ściany – były połączone, więc pierwsza pociągnęła za sobą kolejne.

Chłopiec zdążył jedynie spojrzeć za siebie.

Ciężkie, owładnięte płomieniami meble odbiły się od blatu i rozleciały na kawałki. Płonące drewno i zawartość szafek zasypały Corey’a, który wrzasnął z bólu i stracił równowagę. Upadł na schody i sturlał się do piwnicy. Jego ciało zatrzymało się na zimnym betonie, a pierwsze drewniane stopnie szybko zajęły się ogniem.

ROZDZIAŁ 1

Pittsburgh, PensylwaniaMaj 2016 r.

Siedząca na wysokim stołku przy barze Julianne Reflin po raz dwudziesty siódmy w ciągu piętnastu minut zerknęła na wyświetlacz telefonu, czy aby na pewno nie przegapiła jakiejś wiadomości. W ten sposób próbowała uciekać wzrokiem od drzwi wejściowych do pubu – nerwowo taksowała każdego mężczyznę, który w nich stanął, choć o tej porze nie było ich wielu.

Minutowa wskazówka coraz bardziej odchylała się od pionu i oddalała od swej mniejszej siostry. Piętnaście po jedenastej kobieta była już pewna, że została wystawiona do wiatru. Schowała telefon do torebki i zrezygnowana oparła się o blat, próbując zrozumieć, dlaczego…

Podstarzały, siwiejący barman z włosami upiętymi w kucyk stale zerkał na podłamaną klientkę. Jak zawsze strzelał miną typu mam cię gdzieś, widziałem setki takich jak ty, ale w duchu zazdrościł facetowi, na którego czekała ta kobieta. Nagle klientka się ożywiła, gdy jej komórka zabrzęczała w torebce, wydając równocześnie pojedynczy dźwięk.

Czyżby, pomyślała Julianne. Energicznie dotknęła ekranu, wpatrzona w niego jak w otwartą walizkę z milionem dolarów.

/Czekam i czekam…

Co? Rozejrzała się niepewnie, a jej usta wykrzywił delikatny uśmiech. Mimo to była zdziwiona, a nawet zniesmaczona faktem, iż mężczyzna, z którym miała się spotkać, nie podszedł do niej. Najpierw testuje moją cierpliwość, a teraz jeszcze jakaś głupia gra. Jakby był nie wiadomo kim… A może zapłacił barmanowi, aby ten mnie wybadał? Spojrzała podejrzliwie na siwiejącego pięćdziesięciolatka, który odwrócił wzrok w stronę nadchodzącego klienta.

Hmm… Ciekawe, pomyślała. Chwilę się zastanowiła, zanim odpisała.

/Jestem przy barze, a Ty?

/Na pięterku… Wejdziesz na górę?:)

Zerknęła przez ramię, ale zobaczyła jedynie poręcz górnego podestu. Nigdy nie była w tym pubie. Dopiero teraz zauważyła zakamuflowane schody. Domyśliła się, że na górze też muszą być miejsca siedzące. Wcześniej za bardzo przejmowała się spotkaniem, aby zwracać uwagę na takie szczegóły.

/Zabawne…

Krótko skrytykowała grę słów, zastanawiając się, jak ukarać żartownisia. Pomimo swoich trzydziestu dwóch lat znowu poczuła się jak w szkole średniej, gdy flirtowała z kolegami z ławki. Zanim cokolwiek wymyśliła, przyszła kolejna wiadomość.

/Wejdź schodami i wypatruj mnie po prawej.

/Tak lepiej.:)

Wystukawszy na klawiaturze odpowiedź, zostawiła barmanowi dwudziestkę. W tej chwili rozmawiał z innym klientem, który wyglądał, jakby kogoś szukał. Skinieniem głowy podziękowała za obsługę.

Jej obcasy wymownie zastukały o podłogowe płytki stylizowane na drewno. Po spiralnych schodach wspięła się niemalże bezgłośnie – na palcach. Na górze nieco się skrzywiła, gdy dostrzegła wpatrującego się w nią mężczyznę w różowej marynarce. Obawiała się, że to kolejny żart. Wtedy dostała następną wiadomość.

/Nie przeraź się, gdy zobaczysz przystojnego faceta ubranego jak w kiepskim pornosie. Miń go. To gej… Ja czekam w ostatnim boksie.

Mimo najszczerszych chęci opanowania wesołości parsknęła śmiechem. Dostrzegłszy taksujący wzrok mężczyzny w różu, natychmiast spoważniała i przyspieszyła kroku.

Na widok osobnika zabawnie wychylającego się z ostatniego boksu wybuchła śmiechem. Nie dlatego, że wyglądał komicznie. Wręcz przeciwnie… Po prostu nie mogła się powstrzymać. Sama nie wiedziała, dlaczego.

– Wiesz, że to nieładnie naśmiewać się z czyjejś orientacji? – rzucił na dzień dobry szeptem Jarret Dwyer.

– Ja wcale nie… To twoja wina! – Wesoło pogroziła mu palcem.

– Proszę cię… – westchnął nienaturalnie, wykonując zabawny ruch ręką. Przewrócił teatralnie oczyma i dodał śmiesznym głosem: – Kłóciłbym się…

– Przestań! – skarciła go, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu. Odwróciła się z obawą, czy mężczyzna w różowej marynarce przypadkiem ich nie słyszał.

Jarret uśmiechnął się przyjaźnie i nastąpiła niezręczna pauza. Wielokrotnie rozmawiali już przez internet, ale pierwszy raz spotkali się w rzeczywistości.

Julianne należała do kobiet, które wyglądają równie dobrze na żywo, jak i na zdjęciach. Miała długie, ciemne włosy, wyraźne kości policzkowe oraz pełne usta mocno uwydatnione czerwoną szminką. Dopasowany elegancki żakiet podkreślał jej szczupłą sylwetkę, choć nadawał niepotrzebnej powagi. Zdecydowanie chciała dobrze wyglądać – nie na łatwą. Jej zamiarem było zaznaczenie dystansu. Ubiór miał pokazać, że to ona wybiera – wie, czego chce i nie na wszystko się zgadza.

Pomimo poważnego stroju, zbyt poważnego, jak na tę okazję, Julianne zrobiła na Jarrecie pozytywne wrażenie. Już wcześniej wydała mu się ciepłą, otwartą i szczerą osobą. Właśnie kogoś takiego szukał.

Niewymuszoną elegancją Jarret Dwyer dorównywał Julianne, ale nie wyglądał na takiego, który na co dzień nosi marynarkę. Raczej wyobrażała go sobie w sportowych butach, dziurawych dżinsach i T-shircie. Mimo to musiała przyznać, że w grafitowej, sztywnej marynarce z jasnymi przeszyciami wyglądał niesamowicie dobrze. Ciemne, materiałowe spodnie i wypastowane buty świetnie pasowały do reszty.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w dość zabawny sposób. Siłowali się umysłowo, próbując zmusić przeciwnika do zabrania głosu. Przez internet rozmawiali godzinami, jednakże z powodu oficjalnych strojów i niecodziennej otoczki utracili swą naturalność.

– Mam pomysł – zaczęła. – Ty zdejmij marynarkę, a ja zdejmę ten przeklęty żakiet.

– Idealnie! Zabiję brata za to, że pożyczył mi ten ciuch.

Frywolnie rzucili ubrania w kąt.

– Rozumiem, że teraz moja kolej… – rzekł prowokacyjnie.

– Zgadza się…

– W takim razie… lewa skarpetka.

Bez skrępowania podniósł nogę i rozsznurował but. Skarpetka poleciała na marynarkę. Zaskoczona Julianne odprowadziła ją wzrokiem i szczerze się roześmiała.

– Na co czekasz? – zapytał, rozkładając ręce w zapraszającym do zabawy geście.

– Jesteś nienormalny… – Pokręciła głową.

– Umówmy się, że nieszkodliwy.

– To się jeszcze okaże.

– Trafiłaś bez problemu?

– Tak, ale w którymś momencie nawigacja zwariowała. Skąd wytrzasnąłeś to miejsce? I dlaczego bar dla gejów?

– Dla geja… – poprawił ją.

Zabawnie ściągnęła brwi.

– Widzisz ich tutaj więcej?

Uśmiech nie znikał jej z twarzy.

– Najspokojniejsze miejsce w tej części Stanów – kontynuował Jarret. – Szczególnie o tej porze dnia… Im później, tym jest tu tłoczniej, więc wybrałaś idealną porę.

– Przepraszam za nią, ale wiesz, że nie mogłam inaczej.

– Rozumiem… Jak Samantha?

– Dobrze. Zawiozłam ją do szkoły, aczkolwiek nie wiem, czy za chwilę po mnie nie zadzwonią. Nie miała temperatury, lecz była jakaś markotna. Niby czuła się dobrze, ale wiem, jak z nią bywa.

– Chętnie ją poznam. Tak naprawdę, a nie przez internet.

Julianne wręcz przeraziła szczerość tej deklaracji. Dobrze się zastanowiła, zanim zadała kolejne pytanie.

– Powiedz mi… Co cię pociąga w kobiecie gnieżdżącej się w dwupokojowym mieszkaniu ze swoją siedmioletnią córką? – Spoważniała. – Wiesz, że zmierzasz w kierunku samych problemów?

– Powtórzę, bo obawiam się, że mogłaś nie usłyszeć. Chętnie poznam Samanthę. Mam tylko nadzieję, że mnie polubi.

– Już cię lubi! Uwielbia twoje żarty… Ja zresztą też.

– Więc… w czym problem? – zapytał najłagodniej, jak potrafił.

– W tobie… Podobne historie nie przytrafiają się kobietom takim jak ja. Zastanawiam się, gdzie tu jest haczyk i kto to nagrywa… Wyglądasz świetnie, pachniesz świetnie, a ten czarny jaguar przed budynkiem, jeśli nie należy do barmana, który pewnie przechodzi kryzys wieku średniego, też pewnie jest twój. Bo chyba nie od tego gościa… – powiedziała wesoło, kiwając głową za siebie.

Parsknął śmiechem i uniósł brew.

– Mam sprzedać wóz, żebyś potraktowała mnie poważnie?

– Masz mi powiedzieć, co tu jest grane. Nie kupuję tej bajki, Jarrecie Dwyer.

– Całkowicie się z tobą zgadzam… Przepraszam… Idiota ze mnie, że podobają mi się kobiety.

Patrzyła ze zdziwieniem, jak wstaje. Przez moment miała cichą nadzieję, że chce usiąść obok niej, ale nachylił się tylko i szepnął jej do ucha:

– Spróbuję szczęścia gdzieś indziej.

Zaskoczona odwróciła się i zobaczyła, jak towarzysz znika jej z oczu, siadając w boksie samotnego geja.

– Co słychać? – rzucił głośno Jarret, aby mieć pewność, że Julianne go słyszy.

– Mój Boże… – przeraziła się i błyskawicznie przeszła do sąsiedniego, pustego boksu. Ostrożnie weszła na siedzisko i wysunęła głowę ponad oparcie – tuż nad postawionymi na żelu włosami nowego kolegi Jarreta. Pod groźbą śmierci – przesunęła palcem wskazującym po swoim gardle – kazała towarzyszowi natychmiast wracać na poprzednie miejsce.

Zakłopotany mężczyzna w różowej marynarce był zupełnie zdezorientowany. Nie miał pojęcia, co się dzieje – nie widział kobiety, a facet, który przed chwilą się dosiadł, zamiast na niego, patrzył gdzieś wyżej.

– Przepraszam na moment. To matka… – Jarret pomachał komórką. – Kochana kobieta, ale bywa irytująca.

– Pewnie… – bąknął młody mężczyzna.

Udając, że odbiera połączenie, Jarret wstał i wrócił do Julianne.

– Matka? – zapytała cicho, rzucając w niego jego własną skarpetką.

Dopiero teraz przypomniał sobie, że paradował bez niej.

– Aż taka stara nie jestem!

– Nie powiedziałem moja matka, tylko matka. Nie jesteś matką?

Ręce jej opadły.

– Jarrecie Dwyer…

– Obecny… – wypalił bezmyślnie. Poczuł się jak w szkole, wywołany przez nauczycielkę.

Julianne uwielbiała jego poczucie humoru i lubiła się z nim przekomarzać – trudne sprawy często obracał w żart. Właśnie to ich tak bardzo do siebie zbliżyło, że internetową znajomość postanowili przenieść do rzeczywistego świata. Zbita z tropu ponownie zaniemówiła. Jarret chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu, unosząc dłoń.

– Poczekaj… Teraz ja… – Opanowała zdenerwowanie i westchnęła. – Na tylnym siedzeniu mojego rdzewiejącego buicka – podparła sobie głowę ręką – mam dziecięcy fotelik, a w bagażniku torbę z zakupami, w której znajdują się trzy pudełka płatków śniadaniowych. Wybierając je, porównywałam wagę, żeby w każdej paczce była inna zabawka.

– Nie wpadłbym na to… – przyznał szczerze, choć z dużą dozą wesołości.

– W tej samej papierowej torbie mam farbę do włosów i krem przeciwzmarszczkowy. Kupuję te rzeczy nie dlatego, że chcę, a dlatego, że muszę. Po tym, jak dziś kopniesz mi w zadek, mam w planie zahaczyć o jakiś sklep z materiałami budowlanymi. Muszę kupić uszczelkę, bo kran mi się rozciekł, a nawet nie mam pojęcia jaką. Zamiast wezwać kogoś, bo na to mnie nie stać, będę musiała przez pięć minut wdzięczyć się do zboczonego sąsiada, żeby mi pomógł. Wieczorne pogadanki przez internet to jedno, ale prawdziwe życie to już co innego. Rozumiesz, do czego zmierzam?

– Doskonale rozumiem… Chcesz, żebym pomógł ci wymienić uszczelkę.

– Boże… – Położyła głowę na rękach. – Dlaczego mi tego nie ułatwisz?

Za plecami usłyszała szmery rozmów. Najwyraźniej facet w różowej marynarce doczekał się towarzystwa.

– Myślisz, że oni czymś się przejmują? – Jarret skinął głową.

– Na pewno nie takimi sprawami, jakimi ja muszę.

– To dlaczego chciałaś się spotkać?

– To był twój pomysł. Nie wiem… Miałam nadzieję, że na żywo okażesz się beznadziejny…

Roześmiał się.

– …dasz sobie spokój z samotną matką i przestaniesz mi robić nadzieję.

– Pozwól sobie na odrobinę szczęścia, Julianne.

– O nie, nie, nie… – Ponownie pogroziła mu palcem. – Żadnych tanich chwytów i beznadziejnych cytatów z marnych seriali.

– Ten był z książki… – uśmiechnął się zawadiacko. Zaraz potem nachylił się i powiedział cicho: – Facet, który teraz przyszedł, ma czteroletniego syna. Gościa zostawiła żona. Przyłapała go na zdradzie w ich własnej sypialni.

– Skądś to znam… – wtrąciła.

– Domyślasz się pewnie, jak mocno kobieta się zdziwiła, gdy zobaczyła w ich łóżku dwóch facetów. Powiedziała mężowi, że nie chce mieć z nim, ani z dzieckiem nic wspólnego. Nawymyślała mu znacznie gorzej niż w kiepskim serialu. – Uniósł brwi, mocniej akcentując ostatnie zdanie. – Jeżeli syn ma wyrosnąć na kogoś takiego jak ty, to bierz go sobie. Tak powiedziała… Przysięgam. Spakowała się i tyle widziała męża z synem. Facet bez problemu uzyskał pełne prawo do opieki. Matka podpisała je, zanim adwokat zapytał, czy są tego pewni. Obecnie trwa rozprawa o alimenty. Nie chciałabyś słyszeć argumentów, jakich ta kobieta użyła w sądzie, próbując wyłgać się od płacenia na własne dziecko.

Julianne zamurowało.

– Skąd to wszystko wiesz?

– O tej porze barmani zazwyczaj się nudzą. Facet z kucykiem poznał tych dwóch ze sobą.

– Dalej nie rozumiem… Zaczynam się martwić, bo jeśli tak dobrze znasz się z barmanem, że mówi ci o takich sprawach, to jak często sprowadzasz tu swoje nowe ofiary?

– Jestem właścicielem tego miejsca…

Julianne osunęła się na oparcie, a ręce opadły jej wzdłuż ciała.

– Ale nie musisz się martwić…

– Czym tym razem? – wymamrotała skołowana.

– Nie pójdę do szkoły twojej córki, gdy zaproszą rodziców, żeby poopowiadali o swoich zawodach.

Uśmiech wykrzywił jej usta, ale nadal miała wątpliwości i to coraz większe.

– Dajmy temu jeszcze trochę czasu… Proszę…

– Nie rozumiem, dlaczego.

Rozmowę przerwał im dzwonek komórki Julianne.

– A niech to… Wychowawczyni Samanthy… Zaczyna się… Przepraszam cię najmocniej…

– Jasne. – Machnął ręką, nie widząc problemu.

– Tak, panno Perkins… – Z każdym usłyszanym zdaniem wyglądała na coraz bardziej zatroskaną. – Dobrze, zaraz przyjadę… To znaczy za jakieś dwadzieścia minut. – Nie czekając na koniec rozmowy, zaczęła zakładać żakiet. – Rozumiem i dziękuję za telefon. Do zobaczenia.

– Coś się stało? – zapytał Jarret, zakładając skarpetkę.

– Samantha źle się czuje. Pewnie to nic poważnego, ale… Właśnie o tym mówię. Obiecuję, że kiedyś to powtórzymy, a w tej chwili nie pozostaje mi nic innego, jak cię przeprosić.

– Nie ma problemu… – uśmiechnął się przyjaźnie, zabierając marynarkę. Dopiero teraz sobie uświadomił, że nawet nie zdążyli niczego zamówić. Towarzyszył Julianne aż do samochodu. Na odchodne zabawnie jej pomachał i nieco zawiedziony poszedł w stronę jaguara.

– Cholera… – warknęła i włożyła kluczyk do stacyjki. Nie wiedziała, czy bardziej była zła na los, czy na siebie, że zachowała się jak kretynka, świadomie torpedując jedyną okazję na poznanie kogoś normalnego, jaka się jej nadarzyła w ciągu ostatniego roku.

Siedząc w samochodzie, Jarret ukradkiem patrzył, jak Julianne zmazuje makijaż. Chwilę później kilka groźnie brzmiących zgrzytów starego silnika przywróciło w nim nadzieję. Założył ręce na piersiach i spokojnie obserwował, jak biedaczka zmaga się z gruchotem, wykonując prześmieszne ruchy i miny za kierownicą. Na jego szczęście buick nie zapalił.

Zrezygnowana kobieta walnęła dłonią w kierownicę.

Jarret spokojnie podjechał jaguarem i opuścił szybę.

Zapłakana Julianne otworzyła drzwi, gdyż mechanizm opuszczania szyby już dawno się zepsuł, a nie miała pieniędzy, aby oddać samochód do mechanika.

– I tak miałem jechać do centrum…

– Szkoła nie znajduje się w centrum.

– To dobrze, bo o tej porze bywa zakorkowane.

Jak w kiepskim serialu, który ogląda połowa ludzkości, pomyślała. Czy to możliwe? Roześmiała się przez łzy, bo co innego jej pozostało…

*

Mała Samantha bardzo się zdziwiła, gdy mama zaprowadziła ją do ekskluzywnej limuzyny, otworzyła drzwi niczym szofer i kazała usiąść na tylnej kanapie. Dziewczynka natychmiast ozdrowiała.

– Hejka… – przywitał się Jarret.

– Dzień dobry – rzuciła lekko speszona, ale już po chwili odwaga jej wróciła. – Powinien pan mieć fotelik, żebym mogła z panem jeździć – oznajmiła stanowczo. – Prawda mamo?

Jarret i Julianne uśmiechnęli się mimowolnie.

Dopiero w połowie drogi z pubu do szkoły przypomniała sobie o przeklętym foteliku. Nawet było jej wstyd prosić Jarreta, aby zawrócił. Jak tandetny fotelik wyglądałby w tej limuzynie? Poza tym Julianne domyślała się, że lista systemów bezpieczeństwa jaguara była dłuższa od jej tygodniowej listy zakupów.

– Dokąd, miłe panie? – zapytał kierowca.

– Na razie przed siebie – rzuciła z zakłopotaniem. – Nawet jeśli podam ci adres, to założę się, że ani ty, ani twój kotek nie będziecie znali tych spadów.

ROZDZIAŁ 2

Pittsburgh, PensylwaniaWrzesień 2016 r.

Siedząca na ławce w parku kobieta w ciemnych okularach bacznie obserwowała mężczyznę, stale zerkającego w kierunku placu zabaw, gdzie dokazywały dzieci. Ich matki i opiekunki czuwały nieopodal, zajęte rozmową lub telefonami.

Podejrzany osobnik udawał, że czyta, ale przewracał stronę co dziesięć, piętnaście minut, gdy akurat mu się przypomniało, że trzyma w rękach książkę.

Obserwatorka sama nie miała dzieci. Nie dlatego, że nie chciała. Po prostu nie znalazła w życiu odpowiedniej osoby. Od pewnego czasu lubiła tutaj przychodzić i patrzeć, jak te niewinne istoty się bawią, całkowicie nieświadome otaczającego ich świata i niebezpieczeństw. Niektóre były doglądane przez opiekunki, pozostałe co jakiś czas meldowały się matkom plotkującym na ławkach ustawionych wokół placu zabaw. Przypominał on bezpieczną oazę – gdy jeden rodzic nie patrzył, inny nieświadomie przejmował jego rolę. Niepisana umowa…

*

Już za pierwszym razem, gdy tylko się pojawił, zwróciła na niego uwagę. Nazwała go Pan Książka. Przychodził i odchodził sam. Nigdy nie widziała go z dzieckiem. Prawdopodobnie nie był nawet ojcem. Nie miał partnerki, psa ani obrączki na palcu. Wielokrotnie szła za nim, a nawet jechała, by potwierdzić swoje obawy. Niestety, często gubiła go w tłumie albo na światłach na skrzyżowaniu.

Jako obserwator popełniał kilka podstawowych błędów. Pojawiał się zawsze o podobnych porach – gdy dzieci było najwięcej. Siadał na tej samej ławce, chyba że akurat była zajęta. Ta sama książka otwarta na podobnych stronach i identyczna poza – próbował wyglądać na spokojnego trzydziestoparolatka, który przyszedł do parku, aby zjeść lunch i poczytać. Tylko kto rozsądny, próbujący się skupić na książce, z wielu dostępnych ławek wybiera akurat tę obok placu zabaw, z którego stale dolatują śmiechy i irytujące popiskiwania dzieci, a czasem także krzyki matek?

Długo biła się z myślami, jak zareagować. Gdyby tylko dał jej choć jeden powód… Niestety, nigdy nie przyłapała go na niestosownym zachowaniu. Ani razu nie podszedł do dziecka, ani nie wpatrywał się uparcie w żadne konkretne. Nie interesowały go też matki, opiekunki ani nawet skąpo ubrane kobiety przechadzające się parkiem. Nie reagował na głośniejsze krzyki maluchów. Pozostawał też obojętny na ich płacz. Mimo to jego obecność nie pozwalała obserwatorce nawet na chwilę spuścić go z oczu. Zamyślona, godzinami zachodziła w głowę, jak podejść tego typa.

Gdy po raz kolejny spojrzała w jego stronę, nie siedział już na ławce. Wpatrzony w jej osobę szedł asfaltową ścieżką, szybko okrążając plac zabaw.

– O cholera… Tylko nie dziś… – bąknęła pod nosem i spokojnie odwróciła głowę, udając, że przygląda się starszej parze na rowerach, przejeżdżającej przed jej nosem. Wiedziała już, że ją nakrył. W pierwszej chwili chciała uciec, ale szybko zrozumiała, że to najgorsze rozwiązanie.

Pan Książka uprzejmie usunął się z drogi rowerzystce, za co otrzymał od niej przyjacielski uśmiech.

Z walącym jak młotem sercem kątem oka obserwowała dosiadającego się mężczyznę. Obrócił się w jej stronę. Przełknęła ślinę. Najspokojniej, jak tylko potrafiła, ukradkiem spojrzała na niego. Prawdopodobnie właśnie tak zachowałaby się osoba na jej miejscu, obok której usiadłby ktoś obcy.

Cholera, powtórzyła w myślach. Jak mogła być tak nieostrożna…

– Dzień dobry… – odezwał się Pan Książka, zdejmując okulary.

Uśmiechnęła się – na tyle przyjacielsko, na ile pozwoliły jej na to nerwy paraliżujące mięśnie twarzy.

– Przepraszam, ale zazwyczaj nie jestem tak odważny. – Mocno ścisnął książkę. Prawie złamał twardą okładkę.

Z udawaną obojętnością spojrzała na niego, jak na kogoś, kto próbuje poderwać samotną kobietę. Nie zdjęła okularów. Oczekując dalszych wyjaśnień, uniosła jedynie brwi.

– Wiem, że obserwuje mnie pani od dłuższego czasu, ale naprawdę nie mam złych zamiarów. Niestety, będę teraz bardzo dosadny, za co z góry przepraszam. – Wziął głęboki oddech. Wyraźnie się denerwował. – Jeśli z pani powodu spotkają mnie jakieś nieprzyjemności, to nasza kilkuminutowa znajomość skończy się w sądzie. – Ścisnął książkę jeszcze mocniej, rysując paznokciami okładkę.

– Że co, proszę?! – wystrzeliła. – Wypraszam sobie takie uwagi! Chyba mnie pan z kimś pomylił! – zareagowała ostro, choć facet miał rację i dobrze o tym wiedziała.

– Domyślam się, o co mnie pani podejrzewa – kontynuował. – Ostatnio szła pani za mną, a później jechała samochodem. Przed trzema dniami przypadkiem spotkaliśmy się w sklepie spożywczym, tutaj na rogu. – Wskazał ręką kierunek. – Stała pani przy lodówce wypełnionej jedną marką piwa. Po co? Zastanawiała się pani, które będzie świeższe? Wiem, że byłem widoczny w odbiciu szyby. W niedzielę zauważyłem panią na nabożeństwie w kościele. Druga ławka od końca. Siedziała pani z tyłu, mając wszystkich na widoku. Naprawdę… jestem o krok od zgłoszenia tego policji. Jeżeli się pani ode mnie nie odczepi, nie ręczę za swoje decyzje.

Słuchała Pana Książki, siedząc jak sparaliżowana, podczas gdy on atakował ją kolejnymi uwagami. Zawsze miała się za sprytną, ale ten człowiek rozniósł ją w pył, nie pozwalając nawet dojść do słowa. Milczała, gdyż po prostu nie wiedziała, jak zareagować. Na szczęście, gdy mężczyzna wyrzucił już z siebie wszystko, nieco ochłonął – jego ton uległ zmianie. Niespodziewanie pojawiła się w nim nuta uległości, a nawet żalu.

– Proszę spojrzeć na dziewczynkę w zielonej sukience. Dostała ją ode mnie na czwarte urodziny. Uwielbiała ten kolor. Nadal uwielbia… Ma na imię Hope (z angielskiego nadzieja). Niemalże przy każdej okazji ofiarowywałem jej coś zielonego, bo zielony to kolor nadziei…

Kobieta wciąż milczała.

– To moja córka – kontynuował. – Zabroniono mi ją widywać… – Musiał przerwać i chwilę odczekać, aż żal ponownie pozwoli słowom opuścić gardło. – Nie mogę się nawet zbliżać. Tylko tutaj jestem na tyle daleko i jednocześnie blisko, żeby w spokoju móc obserwować, jak córka dorasta i cieszy się życiem bez ojca. Nawet nie wie, że przychodzę. Hope odwiedza plac zabaw z opiekunką, która dostała moje zdjęcie. Musiałem przefarbować włosy i zmienić styl ubioru, żeby mnie nie rozpoznała. W ciągu kilku miesięcy straciłem dziesięć kilogramów. Na szczęście ta dziewczyna, opiekunka, nie jest specjalnie zainteresowana otoczeniem. Piąta ławka, licząc od lewej… – Wskazał ją skinieniem głowy. – Bawi się telefonem. Chociaż ona ułatwia mi życie – uśmiechnął się. – Gdy odchodzą, zawsze czekam co najmniej piętnaście minut, zanim ruszę w swoją stronę.

– Panie… – wreszcie się przemogła.

– Liam.

– Liamie… Wierz mi lub nie, ale nigdy cię nie śledziłam. Być może czasem się przyglądałam, bo każdy głupi zauważyłby twą obecność, szczególnie w tym miejscu.

– Wiesz, że za tysiąc dolarów tygodniowo plus wydatki na hotel można dziś wynająć kobietę, która uwiedzie twego męża? Wiedziałaś o tym? – Nie przedstawiła mu się, ale uznał, że może przejść z nią na ty.

– Działa to też w drugą stronę. Biznes, jak każdy inny… Nie musiałeś się połasić.

– Masz rację, nie musiałem… Problem polegał na tym, że wiedziałem, iż żona puszcza mnie kantem. Powiedziałem sobie, a co mi tam… Ona może, a ja nie?

– Była nie tylko pierwsza, ale też sprytniejsza…

– Otóż to… Jak ukryć romans i jeszcze zostać ze wszystkim. Powinna napisać podręcznik pod takim tytułem. Kochanek nawet obił jej twarz, by wyszło na to, że to ja ją uderzyłem, gdy zagroziła mi rozwodem. Słowo przyłapanego na zdradzie męża kontra płacząca matka z sinym okiem i krwiakiem na policzku.

– Nie uderzyłeś jej, więc nie mogła mieć świadków pobicia.

– Sąsiedzi słyszeli naszą kłótnię. Gdy odjechałem sprzed domu, jej facet czekał już na tyłach, aby się nią zająć. Dała się pobić. Kochanek uciekł, zanim przyjechała policja, a sędzia była kobietą…

– Przykro mi… – rzuciła obserwatorka, wciąż jednak pełna wątpliwości.

– Mam tylko nadzieję, że dziwka porządnie wtedy oberwała.

Nastała chwila ciszy przerywana pokrzykiwaniami dzieci.

– Co to za książka?

– Pierwsza lepsza, jaką kupiłem na wyprzedaży w księgarni. Myślałem, że będzie dobrą przykrywką.

Pokręciła głową, robiąc skwaszoną minę.

– Tak więc już mnie znasz. Przyjdę tu też jutro, pojutrze i w każdy kolejny dzień z nadzieją, że zobaczę swoją córkę. – Wstał. – Wierzę też, że jeśli jakaś zatroskana matka wezwie policję, mając te same podejrzenia, co ty, będę mógł liczyć chociażby na twoje współczucie – powiedział na do widzenia i spokojnie się oddalił. Wrócił na swoje miejsce. Więcej nie spojrzał już w jej kierunku.

Pomimo wzruszającej historii, drżących rąk i łamiącego się głosu Pana Książki, kobieta była daleka od uwierzenia w to wszystko.

*

Szybko zbliżała się niepisana godzina, gdy plac zabaw pustoszał. Dziewczynka w zielonej sukience opuściła go przed pięcioma minutami. Zgodnie z wcześniejszym zapewnieniem Pan Książka wciąż siedział na ławce i udawał, że czyta.

Długo nad wszystkim myślała, wpatrzona w jeden punkt. Oprzytomniała dopiero, gdy jedna z matek zaczęła głośno wołać swoje dziecko. Obserwatorka odruchowo spojrzała w stronę ławki, gdzie jeszcze przed chwilą siedział podejrzany. Nie było go tam, ani na żadnej ze ścieżek. Poderwała się i podeszła bliżej.

Na placu zabaw zapanowało ogólne poruszenie. Wszystkie matki i opiekunki zaczęły wstawać i podbiegać do przerażonej kobiety, jednocześnie wypatrując i wołając swoje dzieci.

Jeżeli dobrze usłyszała, chodziło o dziewczynkę o imieniu Cloe.

– Sukinsyn… – warknęła i zaczęła rozglądać się po parku.

Nagle wzywane dziecko z uśmiechem na twarzy wyskoczyło z drewnianego domku na grubych palach. Matka rozpłakała się na widok córki. Oczywiście nie skończyło się przytuleniem, a ostrą reprymendą.

– Masz szczęście… – bąknęła pod nosem obserwatorka, wciąż rozglądając się za Panem Książką. Odetchnęła i ruszyła za grupką podenerwowanych matek, które po krótkiej akcji poszukiwawczej postanowiły opuścić plac zabaw. Dwie skręciły w najbliższą odnogę głównej alei. Trzy szły dalej. Wkrótce wykruszyła się następna. Ostatnie zniknęły za parawanem zieleni oddzielającym park od ulicy.

Samochód zostawiła niedaleko zachodniego wyjścia. Omiotła wzrokiem jezdnię. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście – już myślała, że będzie musiała zmienić plan, tymczasem w jej stronę jechał biały chevrolet malibu – był to pojazd Pana Książki. Śnił jej się już po nocach.

Gdy przejeżdżał obok, odwróciła się do niego plecami i natychmiast pobiegła do swego samochodu.

*

Najwyraźniej mężczyzna zmierzał do domu.

Obserwatorka nie była tego pewna, ale też nie mogła sobie pozwolić na kolejną porażkę. Nie dziś, gdy już wszystko zaplanowała. Wyprzedziła białego chevroleta i pierwsza opuściła centrum.

Po kilku milach spokojnej jazdy skręciła w drogę prowadzącą na niewielkie osiedle domów jednorodzinnych. Tutaj wszyscy parkowali na ulicy, więc zatrzymała się przy krawężniku pod potężnym klonem. Przebiegła przez jezdnię i podążyła chodnikiem wzdłuż drogi w kierunku, z którego przyjechała.

Gdy jej oczom ukazała się parterówka o lekko skośnym, granatowym dachu i jasnej fasadzie, z tylnej kieszeni spodni wyjęła klucz. Pobiegła za dom i weszła tylnym wejściem.

W środku pachniało świeżością, a także farbą. Półki i szafki były jeszcze puste. W korytarzu i salonie stało kilkanaście dużych kartonów. Niektóre ustawiono jeden na drugim.

Kobieta wyjrzała przez okno w kuchni dokładnie w tym samym momencie, w którym biały chevrolet malibu zatrzymał się pod domem. Widząc Pana Książkę za kierownicą, poczuła uderzenie gorąca, a jej dłoń zaczęła drżeć. Podbiegła do drzwi i skryła się za kartonami. Odgłos przekręcanego w zamku klucza spowodował, że usłyszała łomot własnego serca, które wyrywało się z piersi.

Drzwi się otworzyły i Pan Książka wszedł do środka.

Wzięła zamach i z całej siły grzmotnęła mężczyznę metalową rurką w tył głowy.

Przedmiot z łatwością rozciął cienką skórę potylicy, a krew obryzgała kartony i ściany. Ofiara runęła na podłogę, wypuszczając z ręki pęk kluczy i… książkę.

Kobieta stała w bezruchu, próbując uspokoić oddech. Ostatecznie się opamiętała i zatrzasnęła drzwi. Przykucnąwszy, sprawdziła puls. Usta i oczy Pana Książki były otwarte, a jego klatka piersiowa nie unosiła się, ani nie opadała. Nagle wszystko się skończyło…

Osunęła się po zakrwawionej ścianie, rozmazując czerwone, spływające krople. Była sobie wdzięczna, że jej nie zmiękczył – nie uwierzyła w ani jedno jego słowo. Żałowała jedynie, że umierając, prawie nic nie poczuł.